Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Top commented
1 January, 19701 January, 1970 26 comments Trekking Trekking

26.08.2012r.

 

Tatry Bielskie, mało „graniaste" - mało ambitnie przedstawiały się w mojej wyobraźni. Na drugą wspólną wyprawę w tym sezonie proponuję Otrhance - zaklepane z Barańca inaugurującego tegoroczny sezon słowacki. Pogoda jednak niepewna, dojazd 100 km z hakiem - Helena proponuje Płaczliwą Skałę. Tylko Bielskie, ale blisko. W razie niepogody nie będzie żal wrócić. No i z mało ambitnych Bielskich wariant „poza szlak" czyni trasę atrakcyjną.

Udało się dojechać bezmandatowo, co wcale takie oczywiste nie jest.

Poranna pogoda w porządku. Nic nie wskazuje na burzowość zapowiadaną w prognozach. Zaczynamy ze Zdziaru. Szlak na zielono na jednym z budynków przy parkingu. Na łące traser zimowy z wyblakłym znakiem. Dobrze, że Helena zna drogę bo sama nie wpadłabym na to, którędy szlak dalej prowadzi. Z drogi się schodzi w miejscu bliżej nieokreślonym, nieoznakowanym i niewydeptanym czyli ja nie zeszłabym na pewno.

W lesie znaki zmieniają się na czerwone, co nas zadziwia bo czerwonego szlaku w tej okolicy, na tę stronę nie ma na mapie. Zielone, skośne (od ścieżki dydaktycznej), a szlakowe czerwone! Przy którymś z kolei zauważyłam, że to dawniej zielony przemalowany na czerwono. Znakarze niezbyt precyzyjnie wykonali robotę.  Mapa ExpessMapu wydana w 2009 roku jeszcze dodatkowo określa ten szlak jako jednokierunkowy, co też jest już nieaktualną informacją.

Początkowo luzik Doliną do Regli, potem ostre podchodzenie do Szerokiej Doliny i na Szeroką Przełęcz.

Podejście na próg Doliny Szerokiej

Słońce po plecach nieźle grzeje, pot się leje, ale jest pięknie. Widzimy ścieżkę trawersującą zbocze, którą mamy iść. Płaczliwa Skała prezentuje się wspaniale i coraz bliżej.

Ludzi nie ma. Tylko 1 człowiek nam się trafił na dojściu i chwilę na Przełęczy.

Na Szerokiej Przełęczy_1826m n.p.m.

 Dla mnie dopiero teraz zaczyna się ciekawe.

Szczyty nad Kieżmarską Doliną przyciągają chmury, ale to tylko dodaje uroku krajobrazowi.

Z Szerokiej P. widok na otoczenie Kieżmarskiej Doliny

 Gorzej, że chmura zahaczyła też o Płaczliwą, ale to z kolei chwilowe jest zdarzenie, więc... do przodu!

Gość sobie poszedł w lewo, my w prawo. Ścieżka sama prowadzi.

Błękit na niebie zachęcający. Trzeba przerzucić się przez to żeberko.

Trawersujemy zbocze Płaczliwej Skały_2142m n.p.m.

Za żeberkiem ścieżka w trybie pilnym rozmyła się w trawach i skałach. Teraz już tylko w górę, więc „idziemy ławą". Wystromiło się okrutnie, ale przed nami tylko 1 szczyt więc problemu nie ma.

Tylko mgły zaczynają podchodzić również z tyłu, od strony Doliny Szerokiej. Chmura na szczycie nadal stoi.

Coś jakby osaczają nas te mgły wokół. Na wszelki wypadek nakazuję sobie zapamiętać w jakim momencie zaczęłyśmy bezścieżkowe podchodzenie, bo trzeba będzie na ścieżkę wrócić. Zapamiętujemy osuwisko w żlebie, dwie linie skał powyżej - nie ma sprawy. Podeszłyśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów i ... mgły nas zamknęły.

Koniec wycieczki.

Przeczekujemy. Przecież jak szybko przyszły, tak szybko odejdą. No, ale z tym odchodzeniem wcale nie jest tak szybko.

Już nie widzimy żadnych punktów orientacyjnych w terenie.

Już nie wiemy gdzie na ścieżkę skręcać.

W ogóle siebie ledwo widzimy.

Do tego słońce zgasło zupełnie. Warstwa  mgły jest taka gruba, że zrobiła się szarówka.

Helena ma jeszcze głowę robić zdjęcia. Ja mam już tylko cykora. Nic tylko siąść i płakać.

Mgły już nas zamknęły:(

Jeżeli pójdziemy w górę, a sytuacja się nie zmieni - w życiu romana nie trafimy. Póki jeszcze jako tako pamiętamy jak szłyśmy - zawracamy.

Jakoś nam się udało do ścieżki dojść. Przez jakieś żeberko (czy aby to!?) na powrót przerzucić, ale ścieżka nagle rozwidla się. Nie było zadnego rozwidlenia ścieżki! Wybieramy prawą. Znajduję znak żółtego szlaku!

Helena! Nie tędy  droga. Znaków nie było.

Doszłyśmy na wysoką skałę i dalej prosto nie można. W prawo, w lewo - lepiej nie ryzykować. Zawracamy do rozwidlenia.

Teraz wybieramy lewą odnogę.

Przechodzimy pod ową ogromną skałą.

Ja jej nie widziałam. Kierunek ścieżki mnie nie pasuje, ale ja nawet przy 100% widoczności kierunki mam pomylone. Gorzej, że Hela też tej skały nie widziała, a skała nad nami jak niezłe urwisko!

Nie szłyśmy tędy.

Ja: Zawracać!

Helena: podejdźmy jeszcze trochę, może coś zorientujemy.

W tej mgle niczego się nie zorientuje.

 

Większych od nas taka pogoda zatrzymywała. Kukuczka na Cho Oyu, czy Dhaulagiri gdy schodzili przy zerowej widoczności (bo pogoda i noc) zdecydował „kibel" na ośmiu tysiącach, choć rano okazało się, że zatrzymali się 100 czy 200 m przed namiotami.

Proponuję zawrócić do rozwidlenia, póki jeszcze wiemy gdzie ono jest, oznaczyć jakoś to miejsce i dopiero próbować, a jakby co wrócimy do naszego znaku i będziemy czekać na boskie zmiłowanie.

Tak też zrobiłyśmy.

Na rozwidleniu ścieżki „ubieram" jeden kamień w moją czerwoną opaskę na głowę i ryzyk fizyk - idziemy na powrót lewą odnogą.

Za rzeczoną już skałą ścieżka nie do poznania. Helena dobrze mówi, że szłyśmy zachwycając się szerokim otoczeniem, nie zwracając uwagi co mamy pod nogami i dlatego teraz wszystko czyni nam ogromne zdziwienie.

Jeszcze ze 200 metrów i jest znak charakterystyczny. Ponumerowane kamienie. Ja obserwowałam je od liczby 1035 do osiemset parę i teraz są ponownie. Jesteśmy uratowane, to dobra droga.

Na długo przed - słyszymy liczne, ludzkie głosy na Przełęczy. Nawet się nie zatrzymujemy, bo to jakaś wycieczka w stylu PTTK. Do Kopskiej Przełęczy idziemy w towarzystwie i koszmarnej mgle.

We mgle do Kopskego Sedla

Nad Białym Plesem Kieżmarskie, Jagnięcy w chmurach, Jatki na błękitnym tle. Zupełnie inna bajka.

Zupełnie inna bajka:)

Zielonym do Chaty Plesnivec. Poniżej schroniska super lajtowe zejście, ale żeby nie było nudno idziemy na skraju terytorium burzy więc jeszcze zmokłyśmy, za to grzmoty skutecznie zadziałały na nas motywująco do przyśpieszenia tempa marszu. W Tatranskiej Kotlinie prawie godzina czekania na autobus. Trochę pada i jest zimno. Samochód mamy 10km bliżej domu. Doczekałyśmy się jednak.

Tak rączo wsiadałyśmy do niego, że zostały na przystanku kijki Heleny. To jednak żaden problem nie był. Wróciłyśmy po nie samochodem (jeszcze były) i jużSmile

Nie wszystko się udało, ale doświadczenie i emocje - rarytas.

Takie niby mało „graniaste" Tatry Bielskie - nic bardziej mylnego.

Na odchodnym w Bukowinie zatrzymałyśmy się żeby zrobić takie zdjęcie.

Tatry z Bukowiny Tatrzańskiej

Wspaniały widok.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 23 comments Trekking Trekking

             Kiedy 20 lipca 2013 w południe, Alek wskazał mi w panoramie z Kazbeka Elbrus i Uszbę, opowiedział o swoim wejściu na Elbrus - popatrzyłam na nie tęsknym wzrokiem i westchnęłam tylko ciężko bez wiary, że to możliwe.

            Kiedy w kwietniu br. skontaktowałam się przypadkiem z koleżanką poznaną na ubiegłorocznej wyprawie i okazało się, że są w trakcie kończenia formalności związanych z wyjazdem do Rosji, z zasadniczym celem Elbrus – weszłam w temat bez zastanawiania się (m.in. nad kosztami).

Szybko dokupiłam bilet na ten sam lot LOT-em, (drożej o 60% niż oni) wizę za pośrednictwem biura podróży zleciłam do załatwienia, waluty w międzyczasie, z grubsza przegląd wyposażenia, które będzie niezbędne i wszystko mam.

            Trochę poczytałam, nawiązałam kontakt z ekipą kończącą Elbrus 6 lipca i z dreszczykiem emocji - wszak to Rosja – ruszyłam.

06.07.2014 niedziela

Na Okęciu mam sporo czasu na myślenie. Pierwsza niepewność. Nie ma ich i nie ma. Powinni już być. Nie odbierają telefonów.

Zafoliowałam samodzielnie plecak (2 rolki folii plastikowej kuchennej po 3 zł, zamiast usługi lotniskowej za 50), nadałam bagaż, odprawiłam się, doczekałam się na samolot z Moskwy, którym przyleciał Bartek z Michałem.

Miłe spotkanie. Dostaję od chłopaków mapę na Elbrus. Cenne, najświeższe informacje o sytuacji na górze. Pamiątkowe zdjęcie na wypadek gdybym szczytu nie zdobyła, będę mieć zdjęcie ze zdobywcami.

 

Z Bartkiem i Michałem na lotnisku

Oni zaczęli atak szczytowy już o 23-ciej!!! To mnie zaskakuje. Z wyczytanych relacji zazwyczaj druga w nocy jest godziną startową. Ludzi na górze sporo, temperatury niskie. Mieli problemy z pogranicza odmrożeń. Też stanowią one dla mnie poważną obawę przy moim niskim ciśnieniu krwi. Tam gdzie inni się już pocą mnie jeszcze jest chłodno. Pogodę mieli znośną, ale nie temperatury są najgroźniejsze tylko tylko temperatury w połączeniu z wiatrem. Prognozy na nasz termin średnie. Szału nie ma. Podejście długie, wymagające. To wiem, ale… Lucyna jedzie z kontuzją kolana. To może być problem. Nosi stabilizator na nodze. Zakłada się, że wszędzie gdzie można będzie wjeżdżać. Dla mnie to nie jest optymalna opcja, ale innej nie mam. Co gorsza nie wyklucza się, że może w ogóle nie wejść. Zastanawiam się czy w razie takiego obrotu sprawy, będą warunki bym mogła zrobić to samodzielnie??? Oto jest pytanie…i utwierdzam się w przekonaniu, że to niemożliwe bym będąc u stóp góry nie podjęła próby… Zobaczymy.

07.07.2014 poniedziałek

            Lot – standard economy class - do Tbilisi.

Na lotnisku czeka na nas umówiony samochód, w Tbilisi przekazuje nas następnemu do Kazbegi. Tu nareszcie Kazbek z dołu się odsłania, ale wciąż nie jest to obraz z widokówek. W ub. roku nie było mi dane z tego miejsca go zobaczyć.

Kierowca z Kazbegi do do Влкaдыкaвкaзу jest tej klasy, że dostał przezwisko Shumacher. Ostra jazda bez trzymanki.

Stąd płacimy 2000 rubli plus 100$ i przekraczamy rosyjską granicę.

 

 

 

  wyeżdżamy na terytorium Rosji

 

 

We Władykaukazie wsiadamy do marszrutki do Н a л ь ч и к a. Z Nalcika następną do Т е р с к о л a i już. W hotelu Эльбруся  w wyniku niedopatrzenia obsługi zamiast zarezerwowanych turystycznych pokoi dostajemy w ich cenie apartament all inclusive – 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, weranda, TV, komputer z dostępem do internetu. Można się ogarnąć, skontaktować z domem,  sprawdzać prognozy. Nie są dramatyczne, ale dobre też nie są. Przyjechaliśmy z deszczem i na pocieszenie mamy tęczę.

 

08.07.2014 wtorek

Nazajutrz formalności w ichniejszym biurze gornospasatielna czyli zgłaszamy swoją akcję na Elbrusie. Po powrocie musimy zgłosić zejście. Wszystkie formalne, rosyjskojęzyczne sprawy załatwia Lucyna. Jest w tym najlepsza i nieoceniona. Cała logistyka na tej wyprawie typu telefony, rezerwacje, papiery, targowanie cen i trzymanie kasy to jej zasługa. Nikt nie zrobiłby tego lepiej. Fakt, że w dniu przylotu dostaliśmy się już do stóp góry jest majstersztykiem logistycznym.

 

załatwić formalności

 

Marszrutką do Aзaу. Propozycja by przejść ten odcinek (ze 3 km ) nie znajduje aplauzu, a już się nie mogę doczekać chodzenia. Z Azau kolejką – 500 rubli/os. Robię to niechętnie chociaż wiedziałam, że tak ma być, ale na samodzielne podejście w tym zupełnie obcym terenie i obcej rzeczywistości nie mam odwagi. Kto wie co mnie tam czeka... Za dużo niewiadomych. Lepiej trzymać się razem. Kolejka ma przesiadkę na stacji Кругозор. Dojeżdżamy do do Stacji Мир.

 

jesteśmy na stacji Mir

 

Myślałam, że to koniec jazdy, ale stąd są krzesełka do Gara-Bashi czyli krótko mówiąc do Beczek. Na moje szczęście (sorry ekipo) ogłoszono godzinną przerwę w dostawie prądu i musimy iść. Nareeeeszcie.

Ruszamy śladem ratraków. Podejście krótkie. Mnie zajęło 20 minut, ale pokazało już na wstępie jak bardzo moje tempo chodzenia odstaje od reszty. Tatrzańskie i nie tylko treningi ukazują swoją skuteczność. (jeszcze w piątek poprzedzający wylot byłam na Vysokiej, jeszcze w sobotę ekipa szła na Osobitą i odpuszczałam tę trasę z żalem, ale w końcu trzeba było się spakować).

Wreszcie w realu po raz pierwszy obrazek, nad którym długo ślęczałam projektując logo na koszulki naszej ekspedycji.

 

pierwsze spojrzenie na Elbrus

 

 

Pogoda w międzyczasie siada. Zaczyna padać mokry śnieg. Jesteśmy na wysokości 3700m prawie.

 

Beczki

 

Chmury się obniżyły, widoczność spada. Trochę wieje, mgła, chmury. Słońce zupełnie zniknęło. To nie wróży dobrze.

Ruszamy do poziomu Приют 11. My będziemy w Prijut Marija.

 

Priut Marija Nasz hotel na kilka dni

 

Warunki noclegowe dokładnie jak w Stacji Meteo pod Kazbekiem tylko obiekt mniejszy. 500rubli/os.

Reklamują się na wysokości 4200m, ale gps-y wskazywały niezmiennie 4070-4080m.

Tego dnia już nie było co robić. Pogoda nie poprawiła się właściwie. Miał być prąd – nie ma - awaria generatora.

Miała być woda – JEST – topiona ze śniegu.

Uśmiałam się serdecznie z różnicy w rozumieniu pojęcia „jest woda”. Przewalające się chmury, zaburzenie rytmu dobowego o 2 godziny, dwa dni podróży za nami. W tej sytuacji poszliśmy wcześniej spać.

09.07.2014 środa

Nazajutrz zaplanowane wyjście aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa. W duchu myślę sobie, że to stracony dzień, ale czas pokazał, że chyba jednak się myliłam. Zresztą i tak pogoda na atak szczytowy nie zapowiadała się dobrze. Może dopiero piątek/sobota.

Wyszliśmy rano. Szybko rozdzieliliśmy się, tzn. ja do przodu. Do Skał Pastuchowa doszłam, ale moje wyobrażenie o skałach i miejscu tak nazwanym było zupełnie inne. Ledwo parę kamieni ze śniegu wystawało.

 

Przy Skałach Pastuchowa

 

Doszłam do wysokości 4764m.

 

Doszłam do wysokości 4764m

 

 

Moją ekipę miałam przez jakiś czas z tyłu w zasięgu wzroku. Potem zniknęli mi za załamaniem terenu. Potem przyszły chmury i to już był zupełny koniec kontaktu. W gęstej mgle zawrócili z 4300 metrów.

 

Spotkaliśmy się na powrót w Priucie. I co dalej?

 

Była z nami 12-osobowa grupa Rosjan z przewodnikiem. Dochodzą wieści, że jutro pogoda ma być! To jest szansa. Oni zdecydowanie jadą ratrakiem. 14 osób po 2000 rubli, niezły biznes. Ja nie chcę. Jest dużo ludzi w różnych barakach, w namiotach. Na pewno będą szli. Na pewno nie będę sama.

Dwóch Rosjan Losza i Sasza atakują pieszo. To jest dla mnie szansa. Zabieram się z nimi.

 

10.07.2014 czwartek

Wstajemy o pierwszej.

O drugiej wychodzimy. Nikita zrobił nam wyjściową fotkę, ale nie mam jej niestety. Szkoda. Ze wszystkich Priutów i namiotów wychodzą ludzie. Mnóstwo światełek się kręci. Jest mroźna, gwieździsta noc. Będzie pogoda. Jeszcze przed świtem mijają nas 3 ratraki. Dojeżdżają do wysokości 5100m.

Ze dwie godziny idziemy razem. Pierwszy zaczyna odstawać Sasza. Przy Skałach Pastuchowa odpoczynek chwilowy, łyk herbaty. Zaczyna wschodzić słońce w Kabardo - Bałkarii.

wschód słońca w Kabardo-Bałkarii

 

 

Wiem, że zadanie na dziś to nie przelewki.

Na wysokości 5100 jestem przed chłopakami. To miejsce, w którym zawracają ratraki. Czekam na nich, ale oni muszą zdecydowanie dłużej odpoczywać. Na postoju szybko robi się zimno. Jest już widno. Ja idę. Idzie łącznie naprawdę dużo ludzi. Szczęściem są rozciągnięci w terenie i nie ma deptania sobie po piętach.

Długaśny trawers wschodniego Elbrusa.

 

 Łagodnie wspinamy się do góry by dojść do słynnego siodła między wierzchołkami. Pogoda piękna. Tempo mam dobre. Przekroczyłam już 5200m. Chwilami odczuwam tak przemożną potrzebę snu, że wydaje mi się iż zasypiam na ułamki sekund. Nie wiem czy to możliwe, ale tak jest. Za załamaniem zbocza widzę już przełęcz, ale weszłam w cień. Teraz idzie się właściwie płasko, a nawet odrobinę obniża. Zimno mi. Byle do słońca. Słońce jest na przełęczy.

 

część trawersu wschodniego wierzchołka, sidło i podejście na wierzchpłek zachodni

 

Tu spotykam moją ekipę. Oni już odpoczęli i ruszają w górę. Ja muszę się przespać. Dosłownie. Zrzucam plecak, zwijam się w kulkę i śpię na plecaku. Ile spałam – nie wiem. Patrzyłam na zegarek, ale nie pamiętam. Za jakiś czas zrywam się rześka i wyspana! Moi są ze dwadzieścia metrów nade mną! Ile spałam??? Pozostaje pytaniem bez odpowiedzi…

Zostawiam plecak na przełęczy. Ryzykowny pomysł, ale pogoda jest doskonała. Nic się nie wydarzy. Zabieram tylko paszport, portfel i butelkę wody do kieszeni. Z doświadczenia na Koprowej Przełęczy wiem,  że woda musi być.

Podejście robi się strome na poważnie. Mijam swoich, mijam kolejnych ludzi. Idą związani liną. Trochę mnie korkują. Udaje mi się ich ominąć, wyprzedzić. Zatrzymuję się na pierwszych (i jedynych) skałach bo dają poczucie stabilności. Słońce operuje mocno. Mój strach przed lawinami łagodzi tylko obecność wielu osób na tym podejściu. Irracjonalne pocieszenie, ale mnie wystarcza. Dochodzą ci związani. Polacy z Torunia i tak od słowa do słowa:

- A, to pani spała tam na przełęczy! – czyli jednak chwilę spałam naprawdę.

Od tego miejsca zawieszona stara poręczówka. Nie korzystam z niej. Właściwie nikt z niej nie korzysta, ale przy braku widoczności pewnie jest przydatna. Jak to z odpoczynkami bywa – oni zostają ja ruszam dalej. Już blisko.

Nareszcie grań, nareszcie wierzchołek. Uffff… Nic bardziej mylnego. Do wierzchołka jeszcze kawał drogi granią.

 

jeszcze kilkaset metrów granią

 

Rozleniwiające słońce nadal świeci, ale pojawił się wiatr i temperatura odczuwalna gwałtownie obniżyła się. Już lekko bo płasko więc zasuwam w przyspieszonym tempie. Na wierzchołku grupa kilkunastu osób. Robią odwrót jak ja dochodzę. Zostało tylko trójka Rosjan. Dobrze, bo nie mam problemu ze zdjęciem szczytowym.

Jest godzina 10.40

Jestem na szczycie i rozpiera mnie niesamowita radocha.

Patrzyłam na zegarek, ale zapomniałam. Czas wejścia odczytałam później ze zdjęcia.

Miałam na szczycie zrobić zdjęcie wskazania gps-a, ale zapomniałam o tym zupełnie. To zdjęcie dzięki uprzejmości kolegi mam.

 

bez komentarza

 

Wysokość jednak robiła swoje. To objawy niedotlenienia. Nie spowolniło mnie jakoś szczególnie, ale jednak „pod czachą” coś się działo. Nie zapamiętałam żadnego czasu kontrolowanego na zegarku.

A co by było gdybym nie zaliczała wczoraj aklimatyzacyjnego wyjścia do Skał Pastuchowa? Lepiej nawet nie myśleć. Moja ekipa ze swoim planem miała rację. To był potrzebny dzień. Cierpliwość w czekaniu na działanie w górach nie jest moją cnotą, a jest potrzebna niestety.

 

ostatni pieciotysięcznik przed pięćdziesiątką :)

 

 

na szczycie

 

Kilka fotek i z powodu wściekłego zimna z powrotem.

Widoki jak marzenie.

 

widok ze szczytu

 

Majetatycznie prezentuje się dwuwierzchołkowa Uszba z Elbrusa.

 

majetatyczna Uszba z Elbrusa

 

Dookoła morze gór.

 

widoki ze szczytu

 

Na słonecznym trawersie mijam wciąż podchodzących moich kumpli od „pieszkom” Losza i Sasza. Też zostawili plecaki na przełęczy. Nie mają wody. Oddaję im resztę, która mi została i rozstajemy się.

Zachowuję szczególną ostrożność na stromiźnie do przełęczy. Potem będzie już swobodniej.  Nawet się nie zatrzymuję. Zabieram plecak i dalej. Ci co schodzili przede mną zostali chyba na przełęczy bo ciągle jestem sama. Chwilami dostrzegam przed sobą ze trzy osoby w oddali. Są warunki by skorzystać z metody (sorry) dupozjazdów, ale… żałuję moich goretexów. (doświadczenie po zjeździe z Rysów – spodnie do krawca)

W miejscu zawracania ratraków zdejmę zewnętrzne spodnie i zjadę. Pogoda jednak spłatała mi psikusa. W tym miejscu tak okrutnie teraz wieje, że na samą myśl o zdejmowaniu raków, stuptutów, spodni odechciewa mi się zjazdów. Ściągam tylko puchówkę i w dół.

I tak do samego Priuta. Już mi było gorąco, już mi się chwilami nie chciało, ale spanie łamało mnie tak bardzo, że nie traciłam czasu na rozbieranie się. Byle się położyć.

13.15 jestem w Prucie. Pić i spać. Padłam jak kamień. Jak na tej przełęczy.

W międzyczasie wrócili Rosjanie, spakowali się, wyprowadzili. Nie słyszałam nawet jednego szmeru. To nie znaczy, że nie robili gwaru. Spałam jak kamień do 17-tej.

Budzę się, a tu niespodzianka – moich jeszcze nie ma.

- Gdzie są?

Administrator (szumna nazwa) naszego Priuta Marija mówi, że jeszcze nie wrócili.

Zaniepokoiłam się, bo to niemożliwe żeby tak długo.

Na szczęście w tym momencie weszli.

Okazało się, że problemy z niedotlenieniem mieli jednak poważne.

Powtórka z picia, opowieści, wrażenia i spać, spać, spać.

 

11.07.2014 piątek

Dziś powrót do Azau. Od rana biegam po okolicznych priutach, fotografuję wszystkie ciekawostki.

Priut11,

 

Приют oдиннaдцти

 

inne obozowiska/kwatery mieszkalne,

przy sąsiednim priucie

 

symboliczny cmentarz – coś na kształt tego na Ostervie i oczywiście obelisk dla obrońców Centralnego Kaukazu z II wojny, nasz miejscowy kibelek,

 

elbruśny kibelek

 

Ponadto sesja fotograficzna w koszulkach. Jesteśmy rozradowani, po trosze zaskoczeni, że już po wszystkim.

 Zakładało się, że akcja górska potrwa dłużej, głównie z powodu oczekiwania na sprzyjającą pogodę, a tu poszło nam z biegu.

 

nasz powód do radości

 

 

Ja nawet słyszeć nie chcę o zjeżdżaniu kolejką. Za pięć dwunasta opuszczam wysokość 4080m. Pożegnalne zdjęcie z administratorem Priuta Marija.

 

z administratorem naszego Priuta Marija

 

Do Beczek zbiega się lekko. Rozmawiam z jakimś funkcyjnym. Opowiada mi o tym miejscu, pozwala zajrzeć do jednej, porobić zdjęcia. Podziwiam panoramę.

 

przepyszne  widoki

 

Przyciągająca wzrok śnieżno lodowa czapa na Donguz-Orunbaszi.

 

czapa śnieżno lodowa na Donguz-Orunbaszi

 

Później dowiedzieliśmy się, ż ma ok. 100m grubości

Wokół dużo złomu, wielki hangar z buldożerami, skuterów śnieżnych i ratraków naliczyłam 20. Do stacji Mir ratrakowym śladem.

 stacja Mir z góry

 

Tu też pomnik „ku chwale”.

Miejscowy robotnik wyprowadza mnie za właściwy winkiel, pokazuje początek drogi zejściowej, potem skręcisz w lewo.

No to ruszam. Szybko tracę za zakrętem zabudowania stacji Mir. Jeszcze nie widzę w dole Krugozora. Robi mi się jakby troszkę „niewyraźnie” bo krajobraz powulkaniczny – niezwiązany żwir, pył, szaro-rude skały, zero roślinności i żywego ducha wokół.  

Gdzie ja się tu pcham?

Ścieżka miejscami oberwana przez wodę, chwilami jest, chwilami zanika budząc moje wątpliwości czy dobrze idę, ale właściwie nie miałam innej możliwości. Żlebiastą, dosyć wąską formacją terenu tylko w dół, bo w potok z lodowca z prawej trudno się pchać, z lewej też nie ma gdzie „tak na oko”. Byle tylko nie okazało się, że wyszłam na przykład na jakieś urwisko bez wyjścia.

W którymś momencie dostrzegam trąbkę powietrzną formującą się po lewej. Strach mnie obleciał na poważnie, że mnie tu zaraz wkręci, ale wystarczyło mi tupetu by ją jeszcze sfotografowaćSmile A trąbka po chwili się rozwiała.

 

trąba powietrzna

 

Na Krugozorze chwila odpoczynku. Z nieczynnych zabudowań infrastruktury narciarskiej obserwuję serpentynową drogę w dół i już się na nią cieszę bez obaw. Rozległą dolinę mam jak na dłoni i widzę Azau.  Podchodzi tylko jeden ludzik z plecakiem.

Widoki cały czas wspaniałe. Biel lodowców, szarość skał i soczysta zieleń doliny w jednym kadrze.

 

W Azau zasłużony odpoczynek. Przerwa na kawę. Na chachapuri, które marzyło mi się i od którego miałam zacząć pobyt na wschodzie nadal nie mam szans bo to nie Gruzja, a w Tbilisi byliśmy przed świtem, a w Kazbegi i tak było za wcześnie na otwarcie barów. Decyduję się na miejscowy niesłodki naleśnik z niesłodkim serem pod nazwą хичины. Zdążyłam kąsek sfotografować. Norma w Rosji – łyżeczkę podają w szklance!

 

zamiast chachapuri

 

Jeszcze zakup pamiątek i leniwym tempem doliną rwącej rzeki Б a к с a н (Baksan) do Эльбрусии (Elbrusii) w Azau. Po drodze „ku chwale” tym razem nie obelisk, ale armata.

 

12.07.2014 sobota

Poszliśmy na Ч э г э т_3460 m. (Czeget). To już погрaнзонa (strefa przygraniczna). Trzeba mieć пропуск (przepustkę) na pobyt w tej strefie. My nie mamy, ale ryzykujemy na wariata. Ostrzeżenie stosowne jest, chociaż leży sponiewierane troszkę, natomiast dzielny pogranicznik nie pozwala zapomnieć, że łamiemy rosyjskie prawo.

 

ostrzeżenie

 Został ogłoszony zakaz porozumiewania się w języku innym niż rosyjski, nierzucanie się w oczy i udało nam się. Ja z moją manią fotografowania nie odmówiłam sobie „strzelić gościa” z ukrycia.

 

trudno go lekceważyć

 

Następny, w drodze do Władykaukazu „strzelony” z ukrycia omal nie wygarnął mnie z marszrutki. Przez chwilę oczyma wyobraźni widziałam się już w ruskiej tiurmie. Znów mi się udało, ale mogłam nas wszystkich wpędzić w kłopoty, a zdjęcie i tak nie wyszło.

Czeget ma 7 żandarmów/wierzchołków/szczycików dowiadujemy się od miejscowych. Nam wystarcza tylko jeden. Lajtowy dzień więc cieszymy się w dwójnasób. Gorąco. Nie nabawiłam się odmrożeń na Elbrusie, z Czegetu wyniosłam poparzenia słoneczneFrown.

 

z Czegetu

 

Byliśmy świadkami dwóch obrywów seraków ze zboczy Donguz-Orunbaszi. Z naszej odległości wydawały się niewielkie, ale huk jak z odrzutowca nie pozwolił ich przegapić.

 

jedna z dwóch lawin sunących na naszych oczach

 

 Wspaniały Donguz-Orunbaszi w tle.

 

z Donguz-Orunbaszi, photo by Janusz

 

13. 07.2014 niedziela

Opuszczamy Terskol marszrutą do Nalcika, a stąd do Gołubyje Oziera – przyjemna turbaza w lesie nad jeziorami. Pogoda zmieniła się na deszcz.

Nazajutrz spotyka nas miła uprzejmość i gościnność ze strony dwóch poznanych Czeczeńców. Zawieźli nas na górne jeziora, zafundowali poczęstunek i nawet słyszeć nie chcieli o płatności z naszej strony.

 

14.07.2014 poniedziałek

Ponieważ nie mamy papieru, który nazywa się owir, a powinien go posiadać każdy obcokrajowiec, który na terytorium Rosji przebywa ponad 6 dni wyjeżdżamy do Gruzji.

Marszrutka do Nalcika, przesiadka do Władykaukazu, samochodem osobowym do Kazbegi. Tym razem samochód jest na rosyjskich numerach rejestracyjnych, kierowca przypadkiem z podwójnym obywatelstwem i znajomościami na zatłoczonej granicy rosyjsko-gruzińskiej. To znacznie skraca czas jej przekroczenia. 

 

Wtorek i środa trekujemy sobie po okolicy.

Nareszcie widzę Kazbek jak z pocztówki, który to widok nie był mi dany w ubiegłym roku.

Kazbek widziany z Kazbegi

 

Klasztor Gergeti z okna

 

Klasztor Gergeti

 

W czwartek rano 17-tego zrywam się mojej grupie, która spędza tu jeszcze cały dzień i jadę do Tbilisi. Mam tyły w zakupach.

Spotykamy się w nocy na lotnisku.

 

       Pomniejszych wrażeń i przygód moc. Rosyjska codzienność inna zdecydowanie. Ślady kołchoźniczej organizacji pracy wciąż widoczne. Póki byliśmy na terenie Rosji nie czułam się komfortowo. Jakaś presja, że ciągle czegoś nie wolno, że trzeba mieć pozwolenie, że można się narazić wisiała nade mną. Odetchnęłam z ulgą jak wróciliśmy do Gruzji.

Z jeszcze większą jak wylądowaliśmy w Warszawie. Akurat newsy o zestrzeleniu samolotu nad Ukrainą były na topie. Było groźnie w powietrzu??? Ostatnie zdjęcia z podróży wyjątkowe – widmo Brockenu.

 

w obłokach

 

Widmo Brockenu

 

 

Widmo Brockenu

 

Udana wyprawa. Koleżanka jest niesamowita. Z kontuzjowaną nogą, z bolącym kolanem weszła na 5642, a potem dzielnie jeszcze na 3640 i 2000. Trzeba mieć fest zapał do tej roboty.

 

Legendy o morderczym wysiłku przy zdobywaniu szczytu okazały się przesadzone, ale brać trzeba pod uwagę, że mówię o wejściu w doskonałych warunkach atmosterycznych, będąc w dobrej kondycji i mając doświadczenie, że do wysokości 5000 metrów jakiejś zasadniczej reakcji organizmu nie odczuwam. W innych okolicznościach wcale tak być nie musi. Wystarczy, że jeden z w/w czynników nie zadziała.

 

PS. Kilka wspomnień w obrazkach dodam później:)

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 20 comments Trekking Trekking
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 19 comments Trekking Trekking

Trochę ku refleksji, trochę ku przestrodze chciałbym się z Wami podzielić relacją z "wycieczki" jaką odbyliśmy 13 marca na Babią Górę. 

Oryginalnie zaplanowaliśmy szybkie wejście, zejście, piwko w schronisku na Markowych i powrót do domu - mieszkamy jakieś 120km od Zawoi, więc szykowała się fajna jednodniówka.
Do Zawoi Markowej dojechaliśmy około godziny 9:40, poubieraliśmy się jak należy i ruszyliśmy na szlak. Było umiarkowanie zimno, widoczność rzędu kilkuset metrów, słońce nieśmiało próbowało przebić się przez chmury. Maszerowało nam się dobrze i w 90 minut dotarliśmy do Markowych Szczawin, gdzie zatrzymaliśmy się w nowym schronisku na coś ciepłego do zjedzenia i coś słodkiego do wypicia przed podejściem na szczyt. Nie zabawiliśmy długo i ruszyliśmy po około 30 minutach dalej na szlak. Do Brony doszliśmy w 25 minut i grzbietami zaczęliśmy dreptać w kierunku szczytu. Szło się dobrze, śniegu nie było na szlaku zbyt wiele. Widoczność była już ograniczona do kilkudziesięciu metrów, ale marsz od tyczki do tyczki nie sprawiał problemów. W końcu dotarliśmy do kopuły na szczycie i zaczęliśmy pod nią podchodzić. Wszystko nadal było w porządku i pod kontrolą.

Po wejściu na szczyt doszło do momentalnego załamania pogody. Wiatr przyspieszył do prędkości ponad 100km na godzinę (jak ocenił później jeden z goprowców), temperatura odczuwalna spadła w okolice -30 stopni, widoczność nie przekraczała 3-5 metrów. Postanowiliśmy natychmiast wracać, lecz niestety - nie udało nam się znaleźć szlaku. W sumie podjęliśmy trzy próby zejścia, trzykrotnie wracaliśmy na szczyt gdyż jedynie tam była możliwość jakiejkolwiek osłony przed wiatrem (kamienny murek). Najbardziej wyziębioną koleżankę owinęliśmy folią NRC i wezwaliśmy na pomoc GOPR. Było około godziny 15, ale widzieliśmy że nie mamy najmniejszych szans zejścia. Dysponowaliśmy wprawdzie GPSem turystycznym i dokładną mapą, lecz w tych warunkach nawet on nam nie pomógł. 

foto (c) Adrian Wozniak - adrianwozniak.com

GOPR dotarł do nas już po 40 minutach - mieliśmy szczęście, że inne grupy też wzywały pomocy i kiedy my dzwoniliśmy oni już byli na szlaku. Wiola dostała od jednego z nich kurtkę, po chwili zapadła decyzja że schodzimy na Krowiarki.  

Zejście trwało 9 godzin. Po drodze nawet panowie z GOPR gubili szlak bo wiatr powywracał tyczki. Im to by nie zrobiło różnicy, mieli narty i poruszali się w terenie swobodnie, natomiast idąc z nami zmuszeni byli narty zdjąć i prowadzić nas "na GPSa" z nadzieją że w końcu na szlak wrócimy. Oznaczało to konieczność przedzierania się przez śnieg pokrywający kosówkę, którego w międzyczasie napadało tyle, że nieraz zapadaliśmy się po pas i wyżej. Po którejś kolejnej takiej przeprawie zapadła decyzja o wezwaniu posiłków, wyruszyło w naszą stronę kolejnych dwóch ratowników, a dodatkowe grupy wyjechały z Suchej Beskidzkiej i Cieszyna. Czekaliśmy w okolicach Sokolicy aż dodatkowe grupy dojdą do nas kilka godzin, usiłując osłonić się przed wiatrem jakimiś karłowatymi świerczkami. W końcu dotarła pomoc i udało nam się (ponownie w głębokim śniegu) jakoś dostać do granicy lasu.

Dalej było już lepiej - nie było wiatru i było znacząco mniej śniegu. Problemem był jedynie lód znajdujący się pod nim. Zaliczyłem kilkanaście upadków, lecz w sumie było mi już wszystko jedno, byle szybciej zejść na dół. W końcu po 23 dotarliśmy na Krowiarki. Myślę, że mogę z całą pewnością stwierdzić, że GOPR uratował nam tam życie - wątpię, że byśmy na szczycie w tych warunkach dotrwali do rana,a próba zejścia byłaby skazana na porażkę.

Wnioski? Kilka mi się nasunęło. Przede wszystkim trzeba mieć dobry sprzęt decydując się na zimowe wyjście na Babią. Dzięki temu, że byłem porządnie ubrany dość dobrze znosiłem niską temperaturę - dobre buty i grube skarpety, warstwa bielizny termoaktywnej, grube i nieprzewiewne spodnie, gruby polar oraz nieprzewiewna kurtka z membraną to podstawa! Zawsze trzeba mieć ze sobą naładowany telefon (idąc samemu najlepiej dwa, drugi trzymać jak najbliżej ciała, żeby był w cieple) z wpisanymi numerami GOPR. Trzeba brać rzeczy zapasowe - z całą pewnością rękawice. Z dodatków - czołówka, folia NRC, zapas czekolady, termos z herbatą, niby standard ale często o tym się nie myśli przy planowanych krótszych wyjściach. Nam to bardzo pomogło, przede wszystkim psychicznie - mieliśmy świadomość dobrego przygotowania, z czego wynikało przekonanie, że wszystko skończy się dobrze. Dobra kondycja fizyczna jest także niezmiernie ważna - taki marsz poza szlakiem w głębokim, kopnym śniegu jaki nam się trafił podczas schodzenia dał mi zdrowo w kość, pomimo tego że jestem dość wytrzymały i dbam o formę. 

No i najważniejsze - nie bać się i nie wstydzić dzwonić po GOPR. Jeżeli sytuacja jest trudna spróbować znaleźć miejsce w którym łatwo będzie ratownikom nas odnaleźć i po prostu poprosić o pomoc. Ratownicy którzy nas sprowadzali byli wspaniałymi ludźmi, którzy ani przez chwilę nie dali nam do zrozumienia, że mają do nas jakieś pretensje, nawet pomimo tego że dwie minuty przed naszym zgłoszeniem przyszła w odwiedziny do nich Anna Czerwińska akurat przebywająca na Markowych Szczawinach. Wręcz przeciwnie - stwierdzili, że ich zdaniem jesteśmy odpowiedzialnymi turystami, ponieważ większość ich akcji rozpoczyna się w okolicach godziny 22, po telefonie od kogoś kto przez kilka godzin miotał się i sam próbował znaleźć zejście i zazwyczaj nie jest w stanie powiedzieć gdzie jest. Cała akcja była przeprowadzona profesjonalnie, jestem pod ogromnym wrażeniem tego co widziałem. Nie dość, że uratowali nam życie to sprowadzili nas na dół w jednym kawałku.

Ponieśliśmy w zasadzie najniższy możliwy wymiar kary - kolega odmroził sobie dwa palce, koleżanka rozwaliła nogę o drzewko schowane pod śniegiem, ja mam zapalenie krtani, spojówek i stłuczone ramię po upadku. Tyle co nic, ale dość żeby mieć świadomość, że mogło być o wiele gorzej. Matka Niepogód pokazała nam jak mali i nieznaczący jesteśmy wobec natury.

Rozpisałem się strasznie, gratuluję jeżeli ktoś dotarł do końca i nie zasnął :-) Pisząc tego posta chciałem tym, którzy jeszcze czegoś takiego nie przeżyli dać pewien materiał do przemyśleń i analizy zanim sami zdecydują się pójść zimą na Babią, do czego oczywiście mimo wszystko gorąco namawiam.

A tak wyglądałem jak dotarli do nas goprowcy :-)

foto (c) Adrian Wozniak - adrianwozniak.com

Wszystki zdjęcia są autorstwa towarzysza wędrówki, Adriana

TagsTags: było beskidy babia gopr 
1 January, 19701 January, 1970 16 comments Trekking Trekking

29.05 - 2.06. 2013

Wszystkie elementy logistycznej układanki spasowały - wyjazd doszedł do skutku. Pikuj_1408m n.p.m. w Bieszczadach najwyższy - piękny i zdobyty!

Przedwyjazdowe detale i trudności - już nieistotne. Wycieczka, która stanowi pewne spełnienie. Było kilka okazji wcześniej i z powodu drobnych właściwie spraw, rezygnowałam. Głupia byłam, inaczej tego określić się nie da.
Kto nie był nie wie co traci (ja też nie wiedziałam). Mój zachwyt sięga nieba.

Prognozy pogody były wątpliwe, ale dobrze, że nie odpuściliśmy.
W czwartek po 18-tej melduję się na noclegu w Gorlicach. Taki sobie. Trafiłam z wyborem jak kulą w płot. Pokój nieciekawy i z wątpliwym aromatem w środku, więc wyszłam szybko na spacer po Gorlicach. Przemaszerowałam miasto wzdłuż i w szerz. Błędem było nie zabranie aparatu.
Z przyjemnością nabiłam kilka kilometrów przez 2,5 godziny. Ładne miasto.

Piątek rano 7.00 ruszamy. Jeszcze przez chwilę wątpliwość na które przejście graniczne się skierować? Ostatecznie decyzja - jedziemy przez Krościenko.
Na przejściu kilkanaście samochodów. Trwa to niespełna godzinę czyli jak na legendy o czasie przekraczania tej granicy - błyskawicznie. Dokonało się moje pierwsze przekroczenie wschodniej granicy kraju. Muszę koniecznie uwiecznić ten historyczny moment i jest pierwsze zdjęcie.

Na przejściu granicznym w Krościenku

Pierwszy obiekt sakralny na trasie

 

 

 

 

 

 

Pierwsza wieś i pierwszy obiekt sakralny jak

perełka. Nawet na Sławku robi wrażenie bo

zatrzymujemy się i robię ładne zdjęcie.

Przyszłość pokaże, że nieliczne ładne, bo

potem już tylko „w locie".

 

 

 

 

 

 

Droga na Ukrainie - dziurawa jak ser

 

Pierwszy kilometr i... chciałoby się powiedzieć zaczynają się

schody, ale to nie schody - to dziury w drodze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dziury w moście

 

 

 

Dziury w moście.

Na określenie jakości trasy słów brak. Dość powiedzieć, że

grzeszymy narzekając na jakość dróg w Polsce.

U nas czasem się trafia dziura, dwie, dziesięć. Czasem dziurawy

odcinek kilometr, kilka kilometrów!

Tam 130km - same dziury. Po prostu dramat.

Sławek dokonuje ekwilibrystycznych

manewrów za kierownicą.

Aryton Senna wysiadaTongue out.

 

Apogeum dziurawości drogi w centrum Starego Sambora.

Robi się z tego ruch prawostronny,

 

 

Prawą, lewą, w poprzek drogi, byle nie po dziurach

ruch lewostronny, czasem w poprzek, poboczami na wielu

odcinkach, bo zajeżdżone, gruntowe pobocze gładsze niż to co

zostało z asfaltu. Miejscowi też tak jeżdżą.

Ostatecznie 130km w 5 godzin, z zawrotną szybkością 26km/h.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dosyć. Przy tych dziurawych drogach takie perły

Błękitny Kościół
Biały Kościół

 

 

 

 

 

 

 

 

Panorama na Pikuj z trasy

Panorama na Pikuj z trasy. Jeszcze daleko, ale już wiadomo, że będzie pięknie.

 

Dojechaliśmy do Husnego, zakwaterowaliśmy się w agroturystyce (nowa inwestycja) „Bojkowska Chata". Jak na górską poniewierkę, śpimy w warunkach typu „wersal".

http://www.karpaty.info/ua/uk/lv/tr/verkhnye.husne/hotels/boykivska.khata/

We wsi biednie i jakoś bardzo staropolsko się wydaje. Zabudowa głównie drewniana.

 Lecznica weterynaryjna i sklep spożywczy i wszystkosprzedający

 

Lecznica wetwrynaryjna w Husnem

Sklep spożywczy wszystkosprzedający

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Asfaltu tu jeszcze nie kładziono więc droga ok. Bita droga bez dziur. TWe wsi dwa obiekty sakralne. Kościół? Cerkiew? Nie wiem. Pewnie jedno i drugie.

 

Nad naszą kwaterą schronisko turystyczne i jest do niego skierowanie z drogi!

Do schroniska
Schronisko w Husnem

 

 

Oczywiście zaszliśmy tam. Oczywiście spotkaliśmy naszych z Rzeszowa. Oczywiście nie mogło się obejść bez turystycznej imprezki jak się patrzy. Kiełbaski też byłyWink.

Zanosiło się na nocne Polaków rozmowy, ale o 23ciej opuściliśmy miłe towarzystwo. Wszak jutro czeka nas górska wyprawa, a dziś Sławek cały dzień za kierownicą walczył.

 

Nasze miejsce noclegowe

 

 

 

 

 

 

 

 

Sobota - wychodzimy 8.20 To nasza kwatera.

Gospodarz wyprowadza nas kawałek na właściwą drogę.

Potem już tylko prosto. Duża leśna droga do zrywki drewna. Nie można się zgubić.
Pogoda na razie niezła. Chmury haczą tylko o Pikuj bo jest najwyższy. Reszta grani na prawo czyli tam gdzie mamy iść w słońcu, błękitne niebo, ale z chmurami. Dosyć mocno wieje. Idziemy z nadzieją, że chmury rozwieje.

Powyżej lasu ścieżka (tylko jedna), ale widoczność się pogarsza niestety.

 

Na szczycie Pikuja_1408 m n.p.m.Na szczycie mleko. Wczoraj była taka piękna pogoda. Dziś jest źle.

Zrobiło się zimno. Załamka. Nie może się okazać, że przejechałam taki szmat drogi po to by w 2 godziny wejść na szczyt i zejść. Sławek też zawiedziony. Chciał koniecznie Tarnicę z pikuja zobaczyć. Nie wierzy w poprawę, ale ja mam nadzieję, że jak zejdziemy niżej, a cała grań z prawej jest niższa o co najmniej 100 metrów, jednak będzie lepiej. Niestety nie poprawia się sytuacja bo ciągle idziemy po płaskim. Sławek jest gotów zawracać. Rany boskie, jest dopiero 11.30 !!!
Rzucam na szalę ryzykowne hasło: idziemy na wprost do 12.00. Jak się nie zmieni to zawracamy. Teraz targowanie:
- Do 11.50
- Nie do 12.00
- Do 11.55
- Niech będzie. Kapituluję. Mam jeszcze 25 minut szansy.

Niebo się do mnie uśmiechnęło. Nareszcie jest zejście, obniżamy się trochę i dostrzegamy błękit. Daleko tej pogodzie do ideału, ale to wystarcza by nie rezygnowaćLaughing.

 

Pierwsze widoki na grani

Pierwsze widoki na grań. Zapowiada się cudnie. Już z dołu się tak zapowiadało.

Chmury niebezpiecznie nisko, ale wieje. Jest nadzieja. Rozczulający „...wąskiej ścieżki ślad..." Jak widzę te kilometry połonin przed sobą dostaję skrzydeł u ramion. Co tu dużo mówić. Wystarczy popatrzyć na namiastkę rzeczywistości, której zdjęcia nie oddają.

 

 

 

 

 

 

Na graniNa grani 2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na ten widok jednak ogarnia mnie niemal wzruszenie? Podniosły nastrój? Motylki...? Czuję się jak w świątyni.

Kilometry połonin

Idziemy w pewnej odległości od siebie co mi bardzo odpowiada. Nie godzi się profanować takich wrażeń rozmową. Byłam przekonana, że nie ma piękniejszych gór niż polskie Bieszczady, polskie połoniny. Myliłam się. Z polskimi zakątkami łączą mnie sentymenty, ale tu skala urody otoczenia bije je na potęgę.

Wspaniale się czuję. Dla mnie połoniny to kwintesencja wędrówki. Jak w niebie.
Wywołałam wilka z lasu - niebo do nas przyszło.
Wiatr zdecydowanie osłabł. Chmur już nie zwiewa. W końcu nas dopadły.
Idziemy wytrwale.
Może jeszcze dmuchnie.
Nie dmuchnęło.
Ściemniło się.
Widoczność zero.
Może jeszcze przeczekać z pół godzinki w miejscu? Może jeśli będziemy trzymać się grani to nic się nie stanie. Tylko, że póki widzieliśmy zabudowania w dolinie, to można byłoby nawet na krechę, ale jak nic nie widać to nic nie można.
Nic z tego. Lunęło deszczem.
W tej sytuacji Sławek ogłosił odwrót i z bólem serca trzeba było dać na wsteczny.

Krzyż, ale nie ten

Problem polegał na tym, że mieliśmy określony (opisany) punkt w terenie. Koło krzyża, należało skręcić w prawo by zejść do Libuhory.

Krzyż już był, a skrętu w prawo nie było. Żadnej ścieżki. Albo nie widzieliśmy jej w tej mgle, albo... to nie ten krzyż. Później dotarliśmy do informacji, że na grani są 2 krzyże. Jest jeszcze jeden. Biały! Do niego należało dojść. Ten który minęliśmy był nieistotny.
Na ścieżce było kilka znaków czerwonych. Ktoś prowizorkę malował. Na mapie nie ma szlaku, nie wiemy dokąd on prowadzi. W tej mgle... Bezpieczniej było zawrócić.
Z zasady nie lubię zawracania, ale tu bezradna jestem.

Deszcz się nasilał i słabł, chwilami ustawał.

Niżej, chmury zostawiliśmy za sobą, ale na grani dalej źle było. Schodzimy.
Nie jestem zła. Jest mi smutno. Nawet się porządnie nie zmęczyłam, a tu taki niefart.

Sławek mnie pociesza, że przyjedziemy tu jeszcze raz. Miło z jego strony, ale...

W lesie jest godzina 16-ta. Nie chce mi się wracać. Nie chcę siedzieć w pokoju.

- Będzie ławka w lesie, tam się zatrzymamy deklaruje mój kompan. Jest ławka, stajemy. Lunęło od nowa, idziemy.

JA NIE IDĘ!!!


Zostaję w lesie.

 

Teraz już mogę bo do domu blisko. Tylko godzinka łagodnego zejścia i jesteśmy na jedynej drodze. Mogę siedzieć nawet w deszczu, byle ta wycieczka się nie skończyła.

Doubieram pelerynę, wcinam kanapkę z deszczem.

Ślimak

Dostrzegam detale, które mogłam ominąć bez zatrzymywania sięSmile.

 

Jeszcze trafia mi się OKAZJA - kamaz z pniami drzew na pace - a wcale

nie szukałam STOPA. Dziękuję za propozycję i idę sama. Niepotrzebny

mi tu kamaz, ale to nasz gospodarz, więc mu wybaczam.

Przestało padać.

Zanim wyszłam na łąkę przydomową, pojawiło się zachodzące słońce, błękit na niebie. Lepiej późno niż wcale, ale dlaczego tak późno?

Na pocieszenie, na tej łące też sobie posiedzę. Kurtka, peleryna, czapka suszą się na trawie.

Zwlekam z powrotem do tego stopnia, że już zaniepokojony Sławek mnie namierza przez telefon. Pora kończyć wycieczkę. Wieczór blisko.
W domu gospodarze zapraszają na barszcz ukraiński i kielichaTongue out Tak się wita swoich turystówTongue out

Nazajutrz mam wyprzedzenie ze wstawaniem i zanim Sławek się pozbierał ja z kaweczką przez mosteczek, za potoczek, na łączkę, na połoniny popatrzyć raz jeszcze z bliska. Piękny dzień.

Droga powrotna - taka sobie. Dziur nie było czyli nudno. Wybieramy trasę 100 km dłuższą, na przejście graniczne ze Słowacją w Użgorodzie.

Pikuj towarzyszył nam potem przez pół drogi. Zdjęcie z samochodu.

Pikuj z trasy powrotnej

Na granicy w Użgorodzie
Na granicy 3 godziny. Kontrola celna. Nic nie przemycamy, ale

musiałam wygrzebać z plecaka część rzeczy. Przy brudnym i mokrym

ręczniku pani zwątpiła i dała mi spokój. Do tego awaria komputerów. Stoimy jako pierwsi do odprawy, a tu awariaYell.

(na marginesie: mam tak paskudne zdjęcie w nowym paszporcie, że jedna celniczka nie chciała dać wiary, że to ja)

Żegnamy Ukrainę.

Na przejściu polskim w Barwinku jesteśmy o 18tej, w Gorlicach o 19tej.

Sławek do domu, ja na stopa.

Mogę wołać transport domowy, ale to niehonorne rozwiązanie i długo by trwało. Wszak to 160km.
Jakoś to będzie.

 

 

Pół godziny i do Nowego Sącza okazja jest. Dwójka młodych ludzi, którzy wybrali się na niezamierzone zakupy. Ponieważ im wszystko jedno w której galerii je zrobią, przyjmują moją sugestię by na Węgierskiej, a ta jest na odpowiedniej dla mnie wylotówceSmile I już. Minuta osiem i jestem w Nowym Sączu.

Metodą sprawdzoną wielokroć czyli krótkimi skokami do przodu.

Z Nowego do Starego Sącza autobus podmiejski, bo akurat podjechał.

Ze Starego do Kadczy, bo kierowca uprzejmie mnie przerzucił za Dunajec, choć sam jechał tylko do Gołkowic.

Potem do Zabrzeża.

Do Krościenka.

Do Krośnicy.

Tu już wątpię w moje powodzenie transportowe, dzwonię po męża by mnie z drogi zdrapał. Nieprzyjemnie jest. Ciemno i pada.
Ale... 10 minut i jadę do Nowego Targu. Oddzwaniam dom-taxiWink by tam na mnie czekało i już. Wjeżdżamy na rondo w Nowym Targu, Polskie Radio podaje komunikat: dochodzi 22-ga, powodzie w Czechach.
Byłam w domu.
Opowieści bez końca. Odpaliliśmy ukraińskiego, pamiątkowego szampana (tak o nim myślałam), który okazał się cienkim winem musującym. Wino cienkie, nie cienkie, nieważne. Z Ukrainy było. Mnie smakowało i zaszumiało w głowie jak wiatr na połoninachSmile.
Wyjazdowe detale i trudności już nieistotne. Przetarliśmy sobie drogę na wschód. Wrócimy tam jeszcze.
Wrócimy na pewno!!!
Dzięki Sławek.

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 15 comments Trekking Trekking
20:14:08DSCN2938.JPG
 
 
Miały być Bałkany lub Rumunia a było Zugspitze (2962m.n.p.m.), Wodospady Krimml, Neuschwanstein– zamek, i niespodzianka w postaci lawety. Na śniadanie parę zdjęć.
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2938.JPG
 
                                                                     widok z campingu
 
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2572.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2590.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2659.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2685.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2703.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2753.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2891.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2988.JPG
1376230703547.jpg
Uczestnicy ja Kinga Bożena.6 sierpnia Kinga przyjeżdża do Gorlic i przed 13 wyjazd w stronę Nowego Targu skąd biorę Bożenę. Potem jazda w stronę Krakowa i autostradą A4. W planach było żeby jechać na Mszanę (na autostradę A1)ale po wyjeździe z bramek płatnych skręciłem za wcześnie i efekt był taki ze jechałem drogą na Bielsko. W Tychach zatankowałem na Bliska Lpg efekt taki ze powinno wejść mi ok. 28 l weszło 34 i powiedziałem żeby zakończyć tankowanie, a na to pani która tankowała mówi ze dlatego więcej wchodzi bo jest gorąco. OOOOO co za cyrk jeżeli już tak to powinno wejść mniej ale dobra. (co to za gaz zgroza , potem podczas reszty tankowań to ,,wchodziła,, mi właściwa ilość lpg). Potem dojazd do Pszczyny i jazda wzdłuż granicy z Czechami (Jastrzębie Zdrój) tak żeby dojechać do A1 i wjechać w Czechach na D1 a potem A5 czyli całe Czechy przejechać autostradą(pseudo autostradą). W końcu około 17 dojeżdżam do granicy potem jazda do najbliższej stacji Schel (Przed Ostrava) i tam kupuje winietę 10 dni 310 k.Ten odcinek autostrady jest bezpłatny. Na stacji dziewczyna przy kasie rozmawia dobrze po polsku. Autostrada D1 i D5 to tylko z nazwy autostrada bo jazda nią a zwłaszcza prawym pasem to tragedia. Na dłuższych odcinkach to wygląda to tak jak by były położone płyty drogowe i pokryte asfaltem. Jadąc przy prędkości 100 lub więcej to bardzo dobrze ,,czuć,, te nierówności w aucie. Ja jechałem cały czas lewym pasem i tylko jak doganiało mnie auto to zjeżdżałem na prawy pas ale wtedy to musiałem zwalniać bo wydawało się ze auto się rozleci. Poza tym to co chwila ograniczenia do 80,100,110 km tak ze jadąc przepisowo to nie pojedzie się szybko. Koło Brna mijałem niebieskiego (jasny) wolswagena nieoznakowanego chyba passat. Za Brnem postanawiamy zjechać na kemping i zanocować. Zjeżdżamy do Ostrovacice (trzeba przejechać pod autostradą) są tam przynajmniej dwa kampingi i noclegi w prywatnych domach. Jedziemy na sam koniec miejscowości i po lewej stronie jest kamping. Warunki bardzo dobre tylko ze jest jeden minus ale to za chwile. Dziewczyny rozbijają namiot na polu namiotowym ja oglądam domek ale smród jest w nim gigantyczny( stęchlizna). Postanawiam pojechać na wioskę i coś poszukać. W jednym i drugim domu nikt nie otwiera w trzecim otwierają i chłopak mówi ze niema miejsca jego mama ze jest w końcu mówią ze muszą się naradzić. Po minucie czekania nie ma mnie już jak przyjadę tam następnym razem to się zapytam. Po drodze mijam Motel zajeżdżam warunki super ale cena35 euro trochę mi nie odpowiada. w sumie to ta miejscowości to nie jest jakoś specjalnie znana nie jest w pobliżu jakiejś atrakcji turystycznej i takie ceny. Jak bym miał zostać na dłużej to bym został ale na jedną noc to nie. W końcu postanawiam jadę na kemping i rozkładam namiot. Jest 21. pogoda bardzo ładna więc rozkładam namiot tak bardziej na sztukę nie bardzo przykładam się do odciągów i śledzi. O 22 idę spać i jest minus tego pola. W prostej odległości ok.200m jest autostrada. Mimo ekranów dźwiękoszczelnych to są takie nierówności na tej drodze ze jak przejedzie Tir to jest taki huk jak by namiot był rozstawiony na pasie zieleni na autostradzie. Ledwo zasypiam a tu pobudka znowu. wychodzę z namiotu a tu niespodzianka z dwóch stron burza zaczyna deszcz kropić wiać wiatr który targa moim namiotem na wszystkie strony. Chwile stoję przed namiotem i postanawiam iść do auta . W aucie cisza ale w związku z tym ze bagaże na tylnym siedzeniu to nie mogę rozłożyć fotela a poza tym jak piorun strzeli to w aucie robi się jasno jak w dzień. Po dwóch godz. burza ustępuje i wracam na resztę nocy do namiotu. Tak sobie myślę dobrze ze pobłądziłem bo jak by nie to to bym pojechał dalej czyli bliżej Pragi i pewnie byłbym w samym centrum zawieruchy. Ceny z kempingu namiot 50k czyli 9 zł Osoba 80 k - 14 zł Auto 50 k- 9 zł Prąd 80k- 14 zł . To coś co śmierdziało to 290 k.
Po prawo kuchnia a za prysznice i toaleta po lewej to coś śmierdzące i za recepcja. samo pole jest ok. toalety czyste ale -----------------(minus) to huk z autostrady
 
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2472.JPG
Widze  ze  jak  bezpośrednio kopiuje  opis i zdjęcia   z  innego  forum (na  którym  pisze  tą  relacje  ) to  obcina zdjęcia  jak  by  ktoś chciał zobaczyć   zdjęcia w całości  to  niech  napisze  to podam  mu  adres.
Rano o 6 była pobudka i o 8 wyjazd. Jazda- to tak się czułem jak bym jechał koleją.Praga ,Pilzen i w końcu dojeżdżamy do granicy o to teraz będzie jazda ile fabryka da na Monachium wszak tam nie ma ograniczeń. nic mylnego. Jadąc autostradą to są na dłuższych odcinkach ograniczenia do 80 mimo ze żadne roboty nie są wykonywane i asfalt prosty jak stół, bez dziur. Wlokę się tym ślamazarnym tempie tylko co jakiś czas jest odwołane ograniczenie ale za chwile znowu jest. Przed Monachium trzeba auto nakarmić lpg więc zjeżdżam na stacje , podjeżdżam pod dystrybutor, Zakręcam adapter podpinam pistolet i naciskam przycisk i nic. Myślę sobie pewnie za lekko skręcone( w końcu to moje pierwsze tankowanie samemu) Dokręcam bardziej i dalej nic. Postanawiam odkręcić i problem . Samego pistoletu nie odkręcę od adapteru tylko udaje mi się pistolet wraz z adapterem odkręcić zresztą nie bez trudu. Biorę kombinerki i ściskając adapter próbuje kręcić pistoletem ale nie jestem w stanie utrzymać adaptera (za mały rozstaw kombinerek). IDE do kasy przy której sprzedaje Azjatka proszę o pomoc ale ona rozkłada ręce tak jak byśmy byli tylko we dwoje na tym świecie. Wracam do auta próbuje jeszcze raz odkręcić, zagaduje do kierowców którzy przyjeżdżają na stacje, ale ze każdy jest nowa furą to wiadomo nikt nie ma klucza francuskiego. Mam dwa wyjścia albo zostawić adapter w pistolecie i resztę jazdy jeździć na benzynie albo coś zrobić i odkręcić adapter. Wybieram to drugie. Idę do Azjatki jestem już wkur... na maksa ze na stacji nie mają klucz żeby pożyczyć lub kupić , nie ma też nikogo z obsługi żeby pomógł. Mój wygląd chyba wszystko wytłumaczył bo od razu idzie na zaplecze i woła pomoc.Ja wo gule nie znam j. niemieckiego więc rozmowa będzie się odbywać na migi. Spodziewałem się mężczyzny a tu wychodzi następna kobieta jak się potem okazało sprzedaje pieczywo i ciastka na stacji.
Idzie zemną ogląda o co kaman idzie na zaplecze i przynosi koszyk po pomidorach w którym jest wszystko tylko nie klucz i pomidory. Ale ze jest obrotną kobietą wychodzi przed stacje i podchodzi do mocno zdezelowanego auta którym właśnie klient podjechał pod dystrybutor, chwila napięcia i jest jest jest upragniony klucz. odkręcam adapter w tym czasie z drugiej strony podjeżdża polak pod lpg. pod jego nadzorem jeszcze raz próbuje zatankować i efekt ten sam. podjeżdżam z drugiej strony i da się. okazuje się ze po drugiej stronie jest zepsuty pistolet , akurat musiałem na niego trafić. Po zatankowaniu oddaje klucz płace i Dziękuję za pomoc. W ten sposób wyglądało moje pierwsze tankowanie lpg. Następnym razem to wezmę ze sobą klucz żeby był w razie w. Monachium miałem w planie objechać obwodnicą ale ze nie ustawiłem nawi to pojechałem przez miasto a tam korki i godz. stracona. W końcu wyjazd na A95 i już niedaleko do Ga-Pa. Na tej autostradzie znowu powtórka ograniczenie do 80 a nic się nie dzieje. W końcu Ga-Pa. Dziewczyny nocują na kempingu ja w planie miałem prywatną kwaterę więc zaczynam szukać w jednej nikt nie otwiera w drugiej otwierają turyści i informują ze właścicielki niema w trzeciej to samo. Dobra jadę na kamping i śpię pod namiotem. wziąłem go awaryjnie i się przyda. 18.20 jest w końcu recepcja. Kemping znajduje się na wylocie w stronę Austrii po prawej stronie. Po lewej stronie trzy markety i salon Porsche i audi. Załatwienie formalności meldunkowych znalezienie odpowiedniego miejsca i namiot stoi. Na tym kempingu to oprócz namiotów jest też miejsce na kam pery. Na polu oprócz toalet , pryszniców jest kuchnia gdzie można umyć naczynia pralka i miejsce do suszenia prania i stanowisko dla kamperow (nabranie wody opruznianie toalety itp.) i prąd za dopłatą. Za loduwke to służy przepływający potok. Najlepsze miejsce pod namiot to znalazłem na początku pola tuż przy wjeździe więc nie liczę na przespane noce bo będzie huk jeżdżących aut i chodzących ludzi ale za to jest trochę trawy i co najważniejsze jest na małej góreczce więc w razie deszczu to jestem bezpieczny. Na kempingu Spotykamy dwóch polaków ze śląska od których dużo dowiadujemy się na temat szlaku na Zugspitze byli tam wczoraj a jutro idą na Alpspitze.
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2817.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2822.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2823.JPG
widok z pola kampingowego
DSCN2824.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2939.JPG
DSCN2940.JPG
DSCN2941.JPG
DSCN2942.JPG
P1070386.JPG
Plan na jutro to Zugspitze więc drogę do parkingu i potem do schroniska pokonamy razem. pogoda ma być do południa a potem deszcze. wo gule to prognozy do niedzieli to nie są dobre coś nawet o śniegu jest mowa. Druga noc mało co przespana pobudka po 3 bo wyjazd po 5. z kempingu na parking jest ok. 2.5 km. przed 6 tą wychodzimy z parkingu najpierw idziemy chodnikiem . Pogoda angielska mgła nisko, zachmurzenie całkowite itd itp. Dziewczyny postanawiają ze nie zależnie od pogody idą na szczyt ja ze jak nie będzie widoczności to do lodowca i powrót a całą trasę zrobię jak będzie pogoda.
 
P1070410.JPG
 
 
Niektóre zdjęcia są robione w innym dniu jak relacja więc proszę nie sugerować się datą na zdjęciu. z parkingu idziemy chodnikiem w gure miejscowości i ok. 10 min dochodzimy do początku szlaku
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2735.JPG
początek szlaku
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2736.JPG
parking widziany od wejścia na szlak
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2739.JPG
cennik
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2738.JPG
tablica informacyjna
współrzędne parkingu
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 970 x 768)P1070411.JPG
niestety  chociaż  prubuje  normalnie  wkleić zdjęcie  do  tej  relacji to  ląduje  ono  na  początku  relacji  zamiast  na  końcu.
Zdjęcia robione w wąwozie nie są najwyższej jakości ale to ze względu na mgłę , jeszcze nie wymyślili aparatu przeciw mgielnego.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2481.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2483.JPG
przy tej tablicy należy skręcić w lewo
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2486.JPG
widok na punk poboru opłat
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2488.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2490.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2491.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2492.JPG
kasa 4e wstęp (są tez płatne toalety)
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2493.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2494.JPG
po drugiej stronie
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2495.JPG
z parkingu niecała godzina. Sama dolina piekielna jest podobna do słowackiego raju tylko ze ładniejsza
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2496.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2497.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2498.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2499.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2500.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2502.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2506.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2508.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2510.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2511.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2512.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2513.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2514.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2517.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2521.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2525.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2526.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2528.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2530.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)

Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2532.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2533.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2534.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2537.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2538.JPG
DSCN2531.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2539.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2541.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2542.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2543.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2547.JPG
po drugiej stronie szlak tylko gdzie on prowadzi?
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2549.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2553.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2554.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2555.JPG
mgła przed schroniskiem
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2556.JPG
z punktu poboru opłat do schroniska szli my ok. 1.30 min. tu znajomi ze śląska idą w innym kierunku a my w innym
ze schroniska ruszyłem w beznadziejnym humorze bo mgła nic nie widać i się nie zapowiadało ze coś się zmieni
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2557.JPG
barany pasące się na kamieniach
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2558.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2561.JPG
pierwsze zabezpieczenia
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2563.JPG
drabina końca nie widać
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2565.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2566.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2568.JPG
to najbardziej mi się podobało mógłbym chodzić po tym cały dzień
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2570.JPG
taka głęboka przepaść ze nie widać dna
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2574.JPG
cud cud słońce będzie pogoda będzie szczyt
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2578.JPG
w związku  z  tym  ze  jest  tu  duzo  zdjęć i  strona  otwiera  się  długo a  bedzie  jeszcze  więcej  to  zrobie  nowy  wątek  tej  relacji.
 
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
New layer...
TagsTags: alpy 
1 January, 19701 January, 1970 15 comments Trekking Trekking

 

KIERAT 2010
Dane podstawowe:
Termin 14-16 maj 2010
100km nieprzerwanego marszobiegu po : Beskid Wyspowy i Gorce.
Limit ukończenia trasy 30h z sumą przewyższeń 3500m
Liczba punktów kwalifikacyjnych na UTMB (Ultra-Trail du Mont-Blanc®): 3,
Liczba punktów do PMnO: max 100.

Biegaj z nami wariatami

Pierwsza myśl o wystartowaniu w tych zawodach pojawiła się tylko, jak dowiedziałem się o takiej imprezie, a był to styczeń-luty. Planowany start miał być w przyszłym roku. Kontuzje, które dopadły mnie pod koniec zimy, zmusiły do zmiany planów. Zamiast maratonu w Dębnie, a następnie w Krakowie, padło na KIERAT. Decyzje o udziale podjąłem na 3 tygodnie przed zawodami, wpisowe wpłynęło rzutem na taśmę.

Hasło KIERAT w naszym klubie nie znalazło zwolenników, nie znalazłem nikogo w naszym mieście chętnego do udziału w tych zawodach, w związku z tym nawiązałem kontakt z ludźmi. z forum biegaj z nami : wątek ultra i góry Wątek ten śledzę od dawna, jak tylko podjąłem decyzję o starcie,podłączyłem się do konwersacji. Umówiliśmy się na 2h. przed startem na parkingu, gdzie był start i meta.

Na KIERAT wyruszam wcześnie rano,kilka minut po 8-ej z przesiadką w Krakowie na busa. W Krakowie kierat-owcy opanowali busa, Kierowca był chyba mocno zdziwiony :

- gdzie oni się pąkują w taka pogodę?,

prawie 20 osób każdy z dużym plecakiem i z uśmiechem na twarzy :

-proszę bilet do Limanowej.

W drodze na zawody każdy zdaje sobie sprawę, że czeka nas ciężka przeprawa, padający deszcz nie przestaje padać, Mało tego w tym terenie pada od tygodnia.
W busie poznaje Krzyśka z Katowic (debiutant) jak się później okazuje dotrzymuje nam kroku gdzieś do 1-2 punktu kontrolnego, gdzie ślad po nim zanika aż do pkt. 4 gdzie wita nas wesoło?!

Skąd się tam wziął, jak i co się z nim działo później do dziś zostaje zagadką.

Po dotarciu do bazy maratonu odbieram pakiet startowy i instaluje się w szkole, tam czynie ostatnie przygotowania. Poznaję kolejnego kierat-owca, również debiutanta, przyjechał ze Szczecina, nockę spędził w pociągu. Do umówionego spotkania ekipy biegaj z nami została godzina, udaję się do pobliskiej restauracji w celu zjedzenia sytego obiadku. Cel realizuje i to strzałem w dziesiątkę, zamawiam regionalne jadło: placek ziemniaczany z gulaszem i surówką po limanowsku, dostaje ogromny półmisek, a jedzenie tak pyszne, że do dziś się oblizuję. Polecam,

16.00 forum-owicze biegaj z nami szukają się po parkingu, w końcu się odnajdujemy. Od tego momentu tworzymy nieformalna grupę biegaj z nami.

18.00 start. Nasza ekipa niemal na samym końcu, dopinguje nas Tusik na swoim rumaku rowerze z trąbka i biało czerwoną czapką, robi taki hałas, że tą trąbkę słyszę jeszcze na pierwszym punkcie kontrolnym oddalonym o 4km.
Nasza grupa liczy ok. 12 osób, uściślamy nowe znajomości, krótkie pogawędki. jak się da to biegniemy, dziewczyny inicjują przyśpiewkę BIEGAJ Z NAMI WARIATAMI jest wesoło. Po chwili zaczyna się podejście grupa się rozrywa, na 1 pkt. jest takie zamieszanie, że część grupy znika, w grupie której zostałem jest 8 osób w tym jedna kobieta . Jest chłodno i duża mgła, po chwili ruszamy do pkt. 2.

W drodze na 2 pkt. zapada zmrok, docieramy tam już w zupełnej ciemności,. Podbijamy karty, chwila odpoczynku i ruszamy do punktu nr 3, tak jak wszyscy odpalamy czołówki, widok który wtedy ujrzałem zapamiętam do końca życia, ponad setka osób idących w kolumnie w zupełnej ciemności z zapalonymi czołówkami na głowie robi piorunujące wrażenie, cos niesamowitego, oglądając taką kolumnę która przemieszcza się gdzieś po polach, lesie zastanawiałem się przez chwile gdzie ja jestem
. Szybka praca umysłu dała odpowiedź KIERAT!.
Niemal od samego początku coś kapie z nieba, na podejściach podchodzimy, tam gdzie się da to zbiegamy, Mało kto biegnie, tym samym nasza 8-ka zostaje sama gdzieś w terenie. W drodze na trójkę gubimy się po raz pierwszy i w tym momencie tak naprawdę zaczyna się KIERAT. Pierwsze błędy, pierwsze powitanie z mapą, pierwsze decyzje, konsultacje i uśmiech w stronę kompasu. Nie tylko my szukamy drogi, takich jak my jest wielu. Na trójkę obieramy dłuższą ale bezpieczniejszą drogę, zamiast błądzić po polach i lasach przemieszczamy się główną droga, tym samym dorzucając kilometry do dystansu. Z oddali widzimy grupy grupki przemieszczające się po lesie, ich ruchy poznajemy po zapalonych czołówkach, są widoczni jak świetliki, widok super. Po naszej lewej stronie przepiękna panorama Nowego Sącza w blasku lamp i świateł. Po drodze zatrzymuje się samochód z piskiem opon, w środku miejscowi młodzi gniewni, chyba są mocno zdziwieni tym co się dzieje w okolicy, bo pytają się:

-co to za akcja?

Ktoś od nas rzuca hasło pacyfikacja, wysiedlenie itp., humor nam dopisuje. Też bym się zdziwił gdyby w mojej okolicy nagle 500 osób z czołówkami kręciło się po okolicy, jak to śpiewa Andrzej Grabowski w piosence Himilsbacha jest dobrze.

Droga na trójkę okazuje się niezwykle trudna, podmokły teren, błoto, rowy z woda, mokre pola, mocno utrudniają marsz. Ludzie zaczynają gubić buty. Każdy zastanawia się co to będzie dalej. Jedna osoba z naszej grupy tak staje niefortunnie, że załatwia sobie kostkę, dalszy udział stoi pod znakiem zapytania. Również nasza jedyna kobieta w drużynie narzeka na trudy maratonu.
Docieramy do trojki, punkt umieszczony na wzniesieniu głęboko w lesie, tam kolega ze spuchniętą kostką oraz koleżanką podejmują decyzje, że dadzą rade dojść do pkt. 4 i tam się wycofają. Wielki szacunek za wytrwałość.

Na punkcie 4 żegnamy kolegę i koleżankę (przepraszam nie mam pamięci do imion). Jest to pierwszy punkt, gdzie można uzupełnić wodę, co bardzo szybko i starannie czynimy. Mała przekąska i idziemy dalej do pkt. nr 5.
Niemal na każdym punkcie jest ognisko przy którym można się ogrzać, po drodze przechodząc przez miejscowości napotykamy śpiących kierat-owców w rożnych miejscach: na przystankach, na ławkach, na schodach, najbardziej utkwił mi w pamięci kierat-owiec śpiący na ławce z włączona czołówką, ktoś od nas chciał ją wyłączyć, ale zrezygnował bo pewnie by go obudził.

Kolejno zaliczamy punkty, momentami klucząc po okolicznych łąkach, polach i lasach. Noc mija tak szybko, że nawet nie wiem kiedy zaczyna świtać. Pierwszy śpiew ptaków zanotowaliśmy 3:24 ( to taka informacja dla ornitologów ;
).

Suma podejść w tej edycji wynosiła 3500m. Trasa wyglądała tak, że podchodziliśmy po czym schodziliśmy, by znów podchodzić. Do najtrudniejszych należały dwa podejścia, pierwsze między punktem 4 a 5 gdzie trzeba było pokonać 9 km pod górę o przewyższeniu 450m, oraz wspinaczka na góre Gorc (1228 m n.p.m.) również 9 km mocno pod górę o przewyższeniu 650m.Byl to niewątpliwie najtrudniejszy szczyt w maratonie, ale nie najtrudniejszy moment.

Najtrudniejszym momentem, gdzie wszystko mogło się zdarzyć, gdzie ludzie mieli śmierć w oczach, był ostatni punkt kontrolny o numerze 13.

Z 12 wyszliśmy o 19:25 już wtedy zaczął padać deszcz, z każdym krokiem był coraz mocniejszy, Nikt nie spodziewał się, że sprawa może przybrać taki obrót jaki przybrała. KIERAT pokazał nam swoje oblicze. Po ok. 2 km po wyjściu z pkt. 12 deszcz zaczął przybierać na sile, do tego zaczął wiać mocny zimny wiatr, nagle ,gdy znaleźliśmy się na odsłoniętym terenie na wzniesieniu, pojawiła się ściana deszczu z bardzo mocnym porywistym przeszywającym do szpiku kości strasznym zimnem. Tak padało i wiało, że nie widziałem gdzie idę, do tego zupełny zmrok.
Myślałem, że to chwilowe, że parę minut i przestanie, a tu nic, tak jak my napieraliśmy przez cały kierat 100km tak teraz natura napierała na nas. Na szczęście nasza 6 osoba grupa nie była wtedy sama ,oprócz nas było jeszcze ok. 20 osób które zmagały się z tymi samymi przeciwnościami losu co my. Jedyną nadzieją wszystkich w tym momencie był punkt nr 13 gdzie będzie można się ogrzać lub zmienić ubranie, ukryć się przed pogoda, po prostu uciec przed tym cholernym zimnem. W zasięgu wzroku nie było żadnych zabudowań.

Mimo fatalnej pogody napieramy dalej, wznosimy się coraz wyżej ponad poziom morza, według mapy jesteśmy blisko punktu ale..... naprzeciwko kolejni błądzący kierat-owcy, mówią ze przeszli wszystko dookoła i nie ma.

Jak to nie ma ?

Zaczyna się panika, wiatr i deszcz nieprzerwanie pada, chłopak który doskonale nas nawigował, krzyczy:

-wchodzimy w las, tutaj musi cos być!

Cała ekipa ponad 20 osobowa wbiega w las, pełnym wody, błota i wychodzącymi z koryta potokami, jeśli była tam ścieżka, jeśli był tam szlak to był tylko na mapie, w rzeczywistości w tym momencie wszystko zaczęło zamieniać się w błotniste podłoże i rwące potoki. Błądzimy w tym lesie, punktu nie widać, jest coraz gorzej, przerażenie i panikę daje się odczuć, po chwili trafiamy na punkt nr 13, a tam nikogo nie ma : dwa badyle, jakaś plandeka zarzucona i wypalone ognisko, zero szans na schronienie się przed zimnem. Co robić? Organizator mówił że w przypadku, jeśli jesteśmy pewni punktu, a nie będzie go w miejscu w którym stwierdzimy, że powinien być, należy zadzwonić, wiec dzwonimy, w tym samym momencie ktoś gwizda z oddali,
jest!!! ,
to ludzie z punktu nr 13 , schowali się przed załamaniem pogody w oddali wśród drzew w namiotach. Każdy podbija kartę, ale co dalej do mety jeszcze 9 km, a my ledwo żyjemy.
Zaczyna się walka o życie, cel nr jeden uciec przed hipotermia (w pierwszym stadium uczucie przeszywającego zimna, drgawki, przerażenie, potem zmiana zabarwienia skóry na blado-siny, w końcu zaburzenia pracy serca mogące, w razie nieudzielenia natychmiastowej pomocy, doprowadzić nawet do śmierci. Całkowicie przemoczone ubranie przy temperaturze otoczenia plus 4 stopnie to wbrew pozorom znacznie większe zagrożenie dla organizmu, niż 20 stopni mrozu, ale w suchej i ciepłej odzieży info z forum napieraj.pl ).

Zaczynamy zbiegać w dół szlakiem zielonym?! Teren podmokły, wręcz bagnisty, stopa zapada się tak głęboko, ze można zgubić buty. Nikt już nie patrzy po czym biegnie, każdy chce jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu

Ścieżki, szlaki zamieniają sie w potoki, wiatr i deszcz nie dają nam spokoju, chyba zaczyna nas odcinać od świata. Po chwili wybiegamy z lasu jesteśmy na dole, ale jeszcze daleko do mety, gubimy szlak, trafiamy na asfaltowa drogę . Zaczynam odczuwać objawy zimna, szczęka zaczyna skakać samoczynnie, czuje okropne zimno, zachowałem zimna krew, okryłem się folia NRC, gdy stoimy podskakuję, gdy ruszamy biegnę. Takich  jak ja widzę parę osób z folia NRC, generalnie wszyscy truchtają. Widzimy jadące dwa samochody, blokujemy drogę, zatrzymujemy samochód nr 1 prowadzącym przez kobietę, pytamy o drogę do Limanowej, nie ufamy jej, puszczamy ją, a zatrzymujemy samochód nr 2 , ten również nie jest w stanie określić nam drogi, dziękujemy i przepuszczamy go. Trafiamy do jakiejś chaty, pytamy o drogę, pani wskazuje nam szlak. Na komendę tędy ruszamy, jak szalone krowy, nie widzę nikogo kto by szedł, wszyscy truchtają, załamanie pogody nie daje za wygrana, musimy trzymać się dzielnie i utrzymywać temperaturę ciała. Po kolejnym mokrym błotnistym i ciężkim szlaku docieramy do głównej drogi, do mety jakieś 5-6 km. Nasza grupa biegaj z nami i nawigator wraz z dziewczyną postanawiamy biec do samej mety, reszta zostaje w tyle. Musiałem komicznie wyglądać biegnąc okryty tą folia, bo mijający kierowcy dziwnie się patrzyli heh.

Była to walka nie tylko o znalezienie punktu 13-go ,ale również walka o życie. Całą tą grupę do 13-ki prowadził chłopak z dziewczyną (pseudonim mruk ), gdyby nie on nie wiem, czy znaleźlibyśmy ten punkt tym samym niewiadomą pozostaje, czy byśmy ukończyli Kierat. Wielki szacunek i jeszcze większy podziw dla dziewczyny.

Na metę wpadamy wszyscy razem, przed nami chłopak z dziewczyna i nasza wspaniała 6 osobowa wesoła grupka. Czas 28h i 50 kilka minut.
Radość radość i jeszcze raz radość , z ukończenia jak i z tego, że jesteśmy bezpieczni, wspólne gratulacje, ciepły posiłek, prysznic i upragnione spanie.

Gdyby na spokojnie usiąść to można by drugie tyle napisać choćby o : pysznym słynnym żurku na pkt. nr 12, przeprawie przez rzekę (pokonałem ja boso), kierat-owcu , który zatruł się czymś , leżał i zwijał się z bólu ( wielkie dzięki za pomoc w nawigacji oraz szacunek, że podniosłeś się i dałeś rade bez jedzenia!!), o kobiecie w ciąży, która również wystartowała!!! Błędach, które popełnialiśmy w nawigacji dorzucając do tej setki dobre 15-20km........

Bardzo miło było poznać Damka, kobiety i resztę ekipy ( imion nie pamiętam, jak wspominałem mam słabą pamięć do imion ), szkoda że na 1 pkt. było takie zamieszanie.

Wielkie dzięki i pozdrowienia dla wszystkich kierat-owców których spotkaliśmy na trasie.
Wielkie słowa uznania dla organizatora tej imprezy, Szóstka z plusem, fantastycznie przygotowana organizacja, bardzo mili i pomocni wolontariusze ( pozdrawiam dziewczynę z pkt. nr 8
).Trasa przepiękna z adrenaliną, rewelacja.
Wielkie dzięki chłopaki za wspólna przygodę w składzie: Adam, Bennet, Rysiek, Andrzej, Trebi. wlodec jeśli imiona przekręciłem to przepraszam, szczególne dzięki Bennetowi i Andrzejowi za nawigację.
myślę ze za rok............................

Mimo tego załamania pogodowego, myślę że pogoda i tak była łaskawa dla nas, biorąc pod uwagę ze przed Kieratem podobno padało od tygodnia, a na samej imprezie deszcz był uciążliwy na 4h przed końcem imprezy.

Wystartowalo 503 osoby, ukonczylo 231!

Zwycięzcy mieli czas 14:51, nasz czas to 28:57 i 207 miejsce

ps. wszyscy byliśmy debiutantami
ps.1 w drodze powrotnej z Limanowej miałem przesiadkę w Krakowie, ponad godzinę czekania na PKS spędziłem na prelekcji o wężach , bardzo ciekawych rzeczy sie dowiedziałem :-)

Pozdrawiam
wlodec

 

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 12 comments Biegi górskie Biegi górskie

Witam Was, szykuję się do celu nr 1 w tym roku dla mnie, by zdobyć fundusz zgłosiłem wyprawę do konkursu, jeśli będziecie tak mili i zagłosujecie na mój projekt to z góry dziękuję, link poniżej

 

www.miejodwage.pl/zgloszenia.php?!=woda&id=110

 

Dziękuję. Pozdrawiam

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 12 comments Trekking Trekking

"Bóg stworzył ziemię, spojrzał i stwierdził "jaka ty piękna, wspaniale mi wyszłaś".
Następnie stworzył sarnę, spojrzał i powiedział "Sarno, jak ty mi pięknie wyszłaś, cud!".
Następnie stworzył kamień "cóż za piękny kamień, niesamowicie cię stworzyłem".
Jako uwieńczenie dzieła stwórczego, z żebra stworzył niewiastę, kobietę! Spojrzał i westchnął:

"Ale ty to już będziesz musiała się malować"" :)

 

Uwaga! Ten wpis nie ma na celu obrazić nikogo, w szczególności tej bardziej piękną część naszego społeczeństwa, to tylko moje bardzo luźne przemyślenia. Fakt, że bywam szowinistą nie wpływa na moje treści tutaj :)

Chciałbym tutaj przedstawić parę dowodów, na to, że góry mają coś wspólnego z kobietami!

 

Po pierwsze: kobieta zmienną jest, oj tak...

Szedłem niedawno Orlą Percią, piękna pogoda! Ładnie mi spaliło ryjek, niebo koloru... niebieskiego! Lampa piękna! Godz 11.30 Zamarła przełęcz, obraz rysował się tak: 
Nad 5ką j.w. nad resztą Tatr: Biało... Chmury, jak wata cukrowa... Skąd one się tam wzięły? 
Od 12.30 Widoczność wynosiła maksymalnie 10 metrów, straciłem wszelkie widoki. Postanowiłem skrócić wycieczkę, schodząc żlebem Kulczyńskiego. A gdy byłem koło zmarzłego stawu... znów lampa, czyściutkie niebo! No cholera jasna... 
Tak drogie panie, tutaj pierwsze podobieństwo. Ale za to (pomimo tego?) was kochamy :)

 

Po drugie: Ile trzeba mieć cierpliwości w górach i przy kobietach!


Mordercza, wielogodzinna wyprawa, momenty wynudzenia, zmęczenia fizycznego i psychicznego. Modlisz się momentami o koniec, oraz zastanawiasz się co tutaj robisz. Masz już dość i czekasz na powrót do domu! To nie opis monotonnego wyjścia szosą nad morskie oko, ani przemyślenia osoby zdobywającej zimą szczyty Karakorum. To opis morderczego wyjścia z damą do galerii handlowej... Na co to! Kiedyś z nudów odkryłem, że w iPhonie 3gs można dojść w kalendarzu do ujemnych lat :D To jakiś zalążek rytału, takie pogrzebanie w ciuchach, których połowy się nie kupi, rytuał mniej zrozumiały, niż nasz wieczornego picia chłodnego piwka :) 
A co do tego mają góry? Kto szedł szosą z MOka ten wie... Kto szedł czarnym z Murowańca do Brzezin ten wie... Zdarzają się momenty, gdy zarówno jak przy kobiecie tak i przy górach trzeba mieć przy sobie dodatkowy worek cierpliwości.

 

Po trzecie: piękno obydwu arcydzieł stwórcy!

John Eldredge w swojej książce "Dzikie serce, tęsknoty męskiej duszy" (kto nie czytał, polecam!) Pisze, że mężczyzna został stworzony przez Boga poza pięknym ogrodem Eden. Dlatego raz, od zawsze szuka pewnej "dzikości". Ja dodam jeszcze, że mając w pamięci to pierwotne piękno, zawsze będziemy chcieli go szukać. Dlatego mamy góry i kobiety. Owszem, zdarzają się Jole Rutowicz i Góry Świętokrzyskie, ale tutaj ich nie uwzględniam. Popatrzcie, co się dzieje z "mężczyznami", którzy nie szukają piękna... Kilka takich osób siedzi nawet w sejmie...

 

Po czwarte: Chęć zdobywania!


Tutaj od razu zaznaczam delikatną różnicę! Zdobywca 100 ważnych szczytó świata będzie miał mój szacunek. Zdobywca 100 różnych kobiet to nie facet, tylko chodzący k*tas. A teraz podobieństwo: Zdobycie tej jedynej, jest jak wejście na K2 zimą. Trudne, ale za to jaki prestige i satysfakcja :)

 

Inne podobieństwa:


Podobieństwa wspinaczkowe (jebadełko? Polecam komiks na climb.pl "projekcik" :D)*, najbardziej w górach i najbardziej przy kobietach można okazać się męskim i... Gdyby zabrakło, któregoś na świecie, to ten świat z całym szacunkiem do Boga, byłby bez
sensu :)

 

*jedyny szowinistyczny tekst w tym wpisie!

Mam nadzieję, że teraz jest lepiej napisane :)

 

TagsTags: kobiety góry refleksje 
1 January, 19701 January, 1970 12 comments Trekking Trekking
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 12 comments Trekking Trekking

Idąc wczoraj (17.072012r) z Murowańca na Kasprowy Wierch zacząłem myśleć. Nie jest to raczej dobre w moim przypadku, w szczególności w Tatrach. Często mnie nachodziły myśli "Eee.. łatwy szlak, nic strasznego" np. schodząc z Kościelca. Często w takich momentach Bóg chyba stara się odpowiedzieć na moje myśli. Nasyła wtedy piękną burzę. Na początku słyszę śmiech (dłuuugi grzmot), następnie łzy ze śmiechu (deszcz), a potem zamiast klnąć na wszędobylskie owady klnę na przymusowy prysznic...

No dobra, ale po co to piszę? Otóż wczoraj (patrzy wyżej) miałem ciekawą sytuację. Idąc tym szlakiem myślałem o tym, że człowiek może przemyśleć wiele rzeczy dot. swojego zachowania, egoizmu czy różnych braków. Myślałem o tym całe 2 minuty, potem stwierdziłem, że aż takim ch*jem nie jestem więc zacząłem dalej klnąć na nowe buty, które wytarły mi całe pięty, plus myślałem nie wiem po co o pracy TOPRowca.

No dalej idąc, doszedłem na Kasprowy, spotkałem super dziewczynę! I kupiłem DVD o TOPR (Na każde wezwanie naczelnika), gdzieś się przeszedłem i lekko skontuzjowałem. Po powrocie na Kasprowy miło spędziłem 3 godz na rozmowach z tą dziewczyną i zacząłem schodzić z Kasprowego... Idąc dzielnie, pomimo lekkiego kłucia, tutaj znowu egoizm "ja? wspinacz? Taternik? Z dobrą kondycją i jednym z lepszych sprzętów? Ból.. pff..." i tak szedłem....

... Powiem, że TOPR ma fajne auta :D Z Myślenickich zjechałem Land Roverem, bo każdy krok powodował śmierć części mnie, wyklnięcie całego świata i odpływ z powodu bólu... Po co filmy jak można obejrzeć akcję z wewnątrz? Z kolanem nic nie jest, zwykłe przeciążenie. Lekarz w szpitalu zmienił moje zdanie o NFZ (dalej uważam to za burdel, ale z wyjątkami).

Wniosek i na cholibkę to piszę? A no raz: pokora, pokora i pokora, zawsze! dwa: lepiej poprosić chłopaków niż się katować jak ja dużą część zejścia. trzy: tylko tam mogę pomyśleć porządnie (o ile idę sam). Cztery: poznanie pięknej kobiety nie wiadomo jak w Tatrach to... no inexplicable :D 5: zawsze brać plastry na pięty i odciski, nowe buty lubią zrobić mielonkę ze stóp.

Mam nadzieję, że to nadaje się do czytania, pierwszy wpis :)

1 January, 19701 January, 1970 11 comments Trekking Trekking

2013_07_17 środa

16.25 czas przekroczenia bramki na lotnisku Okęcie i zaczęło się. Przez Monachium, Lufthansą, w Tbilisi wylądowaliśmy ok. 4tej, uwzględniając przesunięcie czasu do przodu o 2 godziny.

Jest 2013_07_18 czwartek
Transport zgodnie z opisami czerpanymi z forum - taxi do stolicy, utarczka z taksówkarzem, który podnosi w trakcie jazdy cenę o 50%, zaopatrzenie się w kartusze z gazem w Hostelu Opera prowadzonym przez Polaków. Ich kierowca za 5 lari odwozi nas na Dworzec Didube i miejsce postoju marszrutek.
Tu wymieniamy po 300$ na GEL po kursie 1$=1,65GEL (jest piąta rano, kantor całodobowy) i czekamy na marszrutkę do Kazbegi. Początkowo pustki z powodu wczesnej godziny i jest możliwość obejrzenia dworca centralnego w stolicy. Robi szokujące wrażenie. Nie, żebym nie widziała nic bardziej przykrego, ale to przecież stolica!
Brudno, mnóstwo śmieci, brak stanowisk odjazdowych, informacji, zero ławek do siedzenia
i plac dworcowy jest jednocześnie placem targowym. Obok nędznych bud kioskowych jeszcze nędzniejsze stragany kryte foliami, wiązane sznurkami, wspierane patykami, teraz puste robią przytłaczające wrażenie.

W Tbilisi o świcie, na dworcu Didube

W Tbilisi o świcie, na dworcu DidubeW Tbilisi o świcie, na dworcu Didube


Z upływem czasu dworzec zapełnia sprzedawcami, towarem, busami, taksówkami. Robi się kolorowo, tłoczno i wrzaskliwie.
Za kilka dni w południe - zupełnie inny świat.

Propozycji jazdy jest wiele. Prym w targowaniu i dyskusji nt. możliwości i ceny wiedzie Lucyna, perfekcyjnie porozumiewająca się po rosyjsku, więc my tylko słuchamy i czekamy. Lucyna, Janusz i syn to ekipa z Bydgoszczy, którą poznaliśmy w samolocie Monachium -Tbilisi, też na Kazbek. Ostatecznie nic nie stargowała, nic nie przyspieszyła i odjechaliśmy regularną marszrutką o ósmej dopiero, ale podziwu godną wytrwałość prezentowała w tej kwestii. Przed odjazdem zdążyliśmy zakupić śniadanko w postaci chachapuri prosto z pieca. Placek pieczony ze słonym serem. Mnie smakował. Jadłam go potem przy każdej okazji.

Droga do Kazbegi interesująca, ale oczy się zamykają po nieprzespanej nocy (nie pierwszej zresztą) i osobiście widzę tylko co nieco.
W centrum Kazbegi dopadają nas miejscowi oferenci. Każdy zawiezie gdzie chcesz, każdy zanocuje. Najskuteczniejszy był Wasilij.

Mamy u niego nocleg na potem. Dziś przyjmie część rzeczy na przechowanie w garażu. Przez niego mamy też gościa z koniem, a my dziś na nocleg pod klasztor Tsminda Sameba nad Gergeti.
Koń, po rosyjsku лошад (łoszad dla nieobeznanych z cyrylicą) ewoluował w naszych rozmowach i chwilowo został łosiem, by potem skrótnąć do qń. Już przed wyjazdem zaplanowaliśmy, że do lodowca nasze wory poniesie koń. Umawiamy się na 150GEL/7 rano jutro/pod Klasztorem.
Po zdeponowaniu nadmiaru bagażu, (w moim przypadku bardzo skromnego nadmiaru, najwyżej ze 2 kg), ruszamy pod klasztor Gergeti. Pogoda, która cały dzień była niewyraźna nareszcie zdecydowała się na deszcz. Chłopaki od początku lecą jakby ich kto gonił. Dalece mnie wyprzedzają, ale ja robię zdjęcia bo wszystko jest ciekawe. Zwykły bar przy drodze, ale gruziński, więc trzeba „cyknąć". Wiem dokąd mam dojść więc nie ma obawy.
Cały świat pisze zwykle Rent a car, a tu proszę Rent a horse. Niezłe ZOO w tej Gruzji.

Rent a car/Rent a horse

Wielbłąd wcale nie w ZOO, użytkowy

prosiaczki:)

Komentator spraw dziwnych

Jest droga dojazdowa do klasztoru dla samochodów, pełna serpentyn, ale idziemy skrótami. Przecież nie jestem samochód, żeby kilometry nabijać. Skróty na krechę piekielnie strome, po deszczu śliskie. Zaliczam poślizg - bliskie spotkanie z glebą i zjazd metr w dół. Ubłociłam się, no ale skoro już się ubłociłam to tym bardziej pójdę skrótem. W tym samym miejscu, taki sam poślizg, a na plecach 20kg. Bardzo się ubłociłam...
Zakładam pelerynę, przeczekuję troszkę ulewę pod drzewami, wdrapuję się na koniec tego skrótu i... skręcam potulnie na serpentynową drogę samochodową, nabijam niechciane kilometry.
W okolicznościach w tym momencie absolutnie nieprzewidywalnych, za 3 dni miałam przyjemność pokonania drogi Kazbegi - Tsminda Sameba taksówką! o północy! i przy pięknie prezentującej się z dołu iluminacji klasztoru. Nadzwyczajny gratis mi się trafił.
Tymczasem jestem na szczycie wzniesienia. Pada, mgła, klasztoru nie widać, obok kilku namiotów liczne stado bydła.
Chłopaki szybko pomagają rozbić mój namiot. Wrzucam plecak, sama wskakuję i już. Nareszcie sucho. Dochodzi piętnasta gruzińskiego czasu. Luz do rana, a ponieważ leje - zasypiamy.
Przed wieczorem udało mi się klasztor zwiedzić. Pan sprzedający pamiątki uprzedza przed wejściem, że wewnątrz fotografować nie można.
Zakupiłam pierwszą pamiątkę z podróży (magnesik) i mały album z tą świątynią, a ponieważ jestem sama bo deszcz wygonił wszystkich - ów pan pozwala mi na zdjęcia wewnątrz.

Wnętrze klasztoru Tsminda Sameba

 

 

Zastanawiam się co go przekonało - nieobecność innych ludzi czy zakupy?!

19_07_2013 czwratek
W nocy leje, nad ranem leje, o siódmej leje. Jesteśmy spakowani. Czekamy na konia w namiotach. Przyszedł przed ósmą. Namioty zwijamy w ulewie. Czym kto ma próbujemy zabezpieczać plecaki, ale...

będziemy wędrować w deszczu

Wędrujemy w deszczu


Teraz dopiero pojawia się u mnie przekonanie, że to nie śmieszny trekking czy Orla Perć tylko poważne wyzwanie.
Dlaczego godzimy się na taki deszcz?
Na sobotę wszystkie prognozy w kraju pokazywały okno pogodowe na wszystkich wysokościach. Żeby być na starcie w odpowiednim momencie, musimy iść. I idziemy cierpliwie. Mgła nie otacza nas ściśle, ale widoków nie ma żadnych.
Przekraczamy przełęcz, a następnie przeprawa przez huczącą rzekę spływającą z lodowca.
Długotrwałe opady podniosły poziom wody i jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie. Ciężko się przeprawić. Nawet wielkie kamienie ledwo wystają z wody, a na pomysł ułożenia jako takiej przeprawy nikt jeszcze nie wpadł. Najpierw koń, za nim koniuszy, potem Alek. Stoję na pierwszym brzegu i... muszę zaryzykować. Już nie zwracamy uwagi na buty, że woda zaleje, byle tylko nie zmyło z kamienia. Kijek zaklinował mi się kipieli. Stoję w środku rwącego niebezpiecznie nurtu. Nie potrafię kija uwolnić spomiędzy kamieni. Wreszcie jeden segment zostaje w rzece. Nasz koniuszy wyciąga do mnie rękę, jego asekuruje Alek, ja robię ze strachem wielki skok i udało się. Marek przeprawił się zgrabniej.

Koń się przeprawia

Powrotna przeprawa przez rzekę


Na drugim brzegu kilka namiotów, w tym ekipa Lucyny.
Podeszli wczoraj wyżej niż my, ale teraz dopiero zaczynają się zwijać bo przeczekiwali fale deszczu. Mijamy schodzących Słowaków. Nie zdobyli szczytu. Brakło im 200 metrów. Inni czekali 3 dni i nie podjęli próby ataku z powodu opadów. Czy nam się uda? Rodzą się wątpliwości.
Musi się udać. Jutro ma być słońce.
Dotarliśmy do czoła lodowca. Widzimy pomarańczowy punkcik stacji meteo. Koniec konia, tzn. koń zawraca. Pora wziąć ciężar na klatę - raki na nogi, plecak na plecy i przestało być lekko.

Czoło Lodowca

Szczeliny, których bardzo się obawiałam wąskie, niepozorne, widoczne. Nie robią specjalnego wrażenia. Przekracza się je zwykłym krokiem i nie piętrzy się przed nami żadna bariera seraków.

W połowie lodowca w minorowych nastrojach rozmawiamy o jutrze i prognozie. Alek decyduje: jak o 2 w nocy będzie ok - idziemy. Jak będzie lało - czekamy na poprawę pogody i przesuwamy atak na następny dzień.
Powiedzieć, że buty przemoczone to mało. W butach chlupoce woda. Czuję, że mi się przelewa między palcami. Jest mi zimno. Nie sposób naciągnąć rękawiczki na mokre dłonie. Nie ma ich w co wytrzeć. Wszystko mokre.
Mam tak dosyć deszczu i wilgoci, że myślę w duchu nic nie mówiąc głośno: żeby tak o drugiej lało, żeby tak lało...wtedy nie pójdziemy. Kryzys morale.

Ostatnie podejście gruntowe, bez raków. Dziwny, niezwiązany grunto-żwirek osuwa się spod nóg. Nikt nawet nie zająknął się o rozbijaniu namiotów. Śpimy w budynku. Wilgoć wszędzie, ale nie leje, a tam gdzie kapie podstawione miski, wiaderka itp.

W pokoju „biurowym" rozpalono kozę i suszą się dziesiątki butów, skarpet, kurtek, plecaki.
Nie wszystko jest blisko pieca więc nie wszystko wyschnie. Moja kurtka na pewno nie, ale mam puchówkę. To mnie ratuje.
Kuchnia/jadalnia jest miejscem, w którym spędzamy resztę dnia. Tam toczy się życie towarzyskie meteo. Jest kilkadziesiąt osób najróżniejszych nacji. Poznajemy ekipę z Gorlic: Damian, Mariusz i Bartek. Też planują jutro szczyt więc łączymy siły i pójdziemy razem.
Jesteśmy na 3700m n.p.m.

Przed wieczorem dociera ekipa Lucyny.
Wokół słyszę narzekania na skutki wysokości. Kogoś boli głowa, kogoś muli, ktoś czuje się niewyraźnie. Ja na razie nic. Zero reakcji na wysokość. Przed zmrokiem ktoś zauważa: tak tu siedzicie, a zobaczcie co na dworze się dzieje!
Wszyscy tłumnie na zewnątrz wylegliśmy. Przestało padać, chmury rozstąpiły się trochę. Poprawa pogody już się rozpoczęła. Wszyscy się cieszą, fotografują i wraca nadzieja, że jednak będzie dobrze i pójdziemy. Przecież jakoś to będzie!!!
Typujemy w otoczeniu, która to skała Prometeusza. Wszyscy mądrzy, a nikt tego na pewno nie wie. Każdy jakąś tam sobie upatrzył. Było w czym wybierać. Gdyby do KAŻDEJ skały, którą KAŻDY wybrał przykuć jednego boga, połowa lokatorów Olimpu cierpiałaby męki.

Nasz ekipa przed stacją meteo

Połączymy siły z ekipą z Gorlic

Jeszcze ostanie przygotowania. Ze względu na kłopoty z niedoborem tlenu, Marek rezygnuje z wyjścia. Idziemy tylko we dwoje. W tej sytuacji lina 60m to nadmiar do dźwigania. Alek tnie linę na 25 metrów.

O 22giej idziemy spać.

Budzik w telefonie na drugą, a niech stracę: 2.05

2013_07_20 sobota
Pierwsza czynność po przebudzeniu to rzut okiem za okno. Pogoda doskonała. Lekki mróz. W nocy słyszeliśmy osuwającą się , kamienną lawinę gdzieś niedaleko. Niebudujące zjawisko:(
Gotowanie, śniadanie, ubieramy uprzęże, robimy zdjęcia przed startem i... poszło.

Ekipa szczytowa na starcie
Za nami jeszcze dwójka obcokrajowców. Nie wychodzą Niemcy, a wyglądali na wyrypiarzy i liczyliśmy, że jakby torowanie - to my za nimi.
Ruszamy wg wskazań gps, nie mamy mapy. Po kilkunastu minutach pierwszy śnieg, zalodzenia - ubieramy raki. Alek narzuca tempo. Idzie się dobrze. Trochę zboczyliśmy ze śladu gps. Piargi usypane z drobnicy są ścięte mrozem i po rozmrożeniu na pewno niebezpiecznie „wyjeżdżają" spod stóp. Już wiadomo dlaczego tędy się nie chodzi. Nie możemy tedy wracać.
Dosyć szybko rozciągamy się w terenie. Do ściany sygnalizowanej w opisach jako osypującej kamienie towarzyszy nam dzielnie Damian. Potem on zostaje, czeka na swoich, a my do przodu. Rozdzieliliśmy się w tym momencie już na stałe.

Za nami wschodzi słońce. Chmury stoją poniżej szczytów. Jeżeli podniosą się do góry to będzie katastrofalne mleko. Na razie jest ok.

Nad Kaukazem wschodzi słońce


Na początku platou osiągamy wysokość 4200m. Alek zaczyna odczuwać skutki wysokości. Puszcza mnie przodem. Idziemy wprost na przełęcz więc mogę prowadzić. Podłoże super. Nie zapadamy się. Przy pierwszej szczelinie mocno przysypanej śniegiem, ale widocznej zaczynam tracić rezon. Wzmaga się wiatr. Lepiej tu poczekać na Alka niż na przełęczy. Może już pora na związanie się liną?

Alek na platou

Odłożyliśmy to jednak jeszcze na pół godziny. Dokoła skrzące, gładkie pola śnieżne i stoki, nie naruszone żadnym tropem. My znaczymy pierwszy. Już czuje się pierwsze zmęczenie, ale przed nami widoczna granica cienia. Byle wyjść na słońce. Tam odpoczniemy bo jest zimno pomimo wysiłku.

Związujemy się na wysokości 4300 i zaczyna się podejście na poważnie. Wg śladu gps - na wprost. Ciężko tak iść. Zrobiło się stromo. Trawersujemy zakosami. Od czasu do czasu dziura jak szczelina na stoku. Trzeba omijać w stosownej odległości. Mądre urządzenie mierzy wysokość, ale zdaje się, że nie nabieramy jej wystarczająco. Idziemy na 30 kroków, potem na 20, potem na 15. Musimy odpoczywać.
Z tyłu sznur następnych walczących o szczyt.
Nie skręcają na podejście za nami, idą dalej przez platou, my trawersujemy w tym samym kierunku, ale znacznie wyżej. Widocznie jeszcze bardziej na lewo jest lepsze podejście, ale mamy już za dużo wysokości. Na wypukłej formacji terenu nie widzimy zbyt rozległego otoczenia. Tylko w górze szczyt, nad którym wiatr podnosi śnieżne chorągiewki.
Nie jest już koszmarnie daleko, damy radę. Trawersy nam wydłużają znacząco drogę, ale i stromizna rośnie. Słońce przygrzewa, jesteśmy na nasłonecznionej stronie stoku. Śnieg na razie trwały, ale zbyt świeży by był mocno związany (tak sobie dywaguję). Jeszcze trochę i wyjedziemy na dół z całą ścianą.
Na 4700 rzucam propozycję - czekany w dłoń i idźmy na krechę, najkrótszą drogą. Alek się zgadza. Zdecydowanie dobra decyzja. Teraz już nabieramy wysokości szybciej w rytmie 7czekanów, przerwa. Chciałabym szybciej (bo te lawiny!), ale Alek nie da się oszukać. 7 i musimy stanąć. Nie wiem skąd to się bierze - wysokość na mnie nie działa. Nie odczuwam żadnych skutków niedotlenienia.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów wysokości - niespodzianka. Pojawił się twardy lód. Nie da rady tylko rakiem. Muszę stopnie czekanem wykuwać. Pierwszych kilka dosyć niezgrabnie, niemiarowo na wysokość, potem ok. Na moje szczęście nie było dużo tego lodu, bo tu się zmachałam. Końcówkę przed granią już wystarczyło rakiem dziobnąć porządnie.

prowadzę na linie

aż przysiadłam z wrażenia

Alek w akcji

Już blisko, tylko kilka metrów i jestem na górze. Grań jak ostrze noża i....
- O, k...! Alek, to nie ten szczyt!!! (sorry za brak parlamentaryzmu, ale tak mi się wyrwało spod serca).
Widzę przełęcz znacznie niżej na lewo i początek sznureczka ludzików skręcających z niej jeszcze bardziej na lewo. Jesteśmy na wysokości sporo ponad 4900 metrów.
Aż siedliśmy z wrażenia.
Tyle wysiłku na nic.

nasz trawers z
Początkowo granią nie można więc metr poniżej trawersujemy w dół do przełęczy. Tu chwila oddechu. Nareszcie czuję pewny grunt pod nogami. Przed nami osławione 50 metrów stromizny nie robi na nas wrażenia bo my właśnie dopiero co 400 metrów takiej stromizny zrobiliśmy. Rozwiązujemy się z liny. Teraz ląduje ona w moim plecaku. Zmieniamy czekany na kije i wchodzimy sobie na luzie na KAZBEKSmile.
Jestem na szczycie dokładnie 12.00 Czwórka Rosjan, którzy weszli kilkanaście minut przed nami (przyszli z rosyjskiej strony) już zabiera się do odejścia. Gratulujemy sobie. Kilka minut po mnie dochodzi Alek.

Alek  już jest

Nie ma granicy naszej radości. Udało się! Daliśmy radę. Góra pozwoliła się zdobyć.

Kazbek_5047m n.p.m. zdobyty

Nareszcie możemy nasycić oczy wspaniałymi widokami. Chmury cały dzień utrzymujące się poniżej naszej wysokości zasłaniają teren, ale nie szpecą krajobrazu. Czynią go atrakcyjnym w inaczej.

Chmury są poniżej

Widzimy Elbrus

Widzimy Elbrus. Myślę sobie: skoro tu jestem to i tam być nie jest niemożliwym. (to perspektywa na zaś)
Nie można zbyt długo pozostawać na szczycie. Wieje silny, mroźny wiatr. Dochodzą następni - ludziki, których obserwowaliśmy za nami.
Zabieramy się do odejścia.
Zejście to jeden wielki trawers w kopnym śniegu. Najchętniej zjechało by się na pupie jak to z Rysów było, ale śnieg za miękki nie pozwala. Alek nawet próbuje, ale nic z tego. Im niżej tym zbocze mniej twarde. Ścieżka śladów tych, którzy podchodzili platou zasypana lawiną. Więc jednak coś wyjechało.
Spadać stąd jak najszybciej.
Na poziomie płaskiego pola śnieżnego robi się gorąco. Poniżej przełęczy rozbija się liczny biwak Litwinów.
Zmrożony śnieg rano był suchy, teraz buty szybko nabierają wilgoci. Człapiemy cierpliwie. Zapadamy się co drugi krok. Jesteśmy zmęczeni, niewyspani i adrenalina już spadła. Uffff... byle do meteo. Szerokim łukiem omijamy niebezpieczną ścianę. Teraz kamienie osypują się nieustannie. Prócz drobnicy spadającej pojedynczo i lawinkami, lecą "telewizory". Niektóre przekraczają ślad ścieżki. Nie mamy kasków, ale choćbyśmy mieli - kontakt z pociskiem takiego kalibru skończyłby się tragicznie. Ich odgłosy wzmagają naszą czujność.
Jeszcze czarny krzyż, potem biały krzyż, meteo już widać i nareszcie koniec.

Jesteśmy „w domu".
Zrobiliśmy tak dużo, że pozwalamy sobie na drugi nocleg w meteo. Nic nas nie goni, mamy czas. Dalsza część pobytu w Gruzji nie była szczegółowo ustalona więc wolno nam wszystko, żaden plan się nie wali.
Zbieramy gratulacje, odpowiadamy na mnóstwo pytań. Ekipa Lucyny startuje jutro. Prognoza pogody nadal jest sprzyjająca więc mają taką samą szansę.

21_07_2013 niedziela
Około pierwszej w nocy ruch na korytarzu obudził mnie. Lucyna z ekipą przygotowują się do ataku szczytowego.

Opuszczamy meteo przed południem. Pogoda piękna. Na pożegnanie Kazbek pokazał się nam zza chmur.

Chmury odsłoniły nam Kazbek na odchodnym

Odchodzimy ze stacji meteo

Na lodowcu mijamy karawanę dostawczą do schroniska.

Karawana przez lodowiec
Spotykam przypadkiem idącego z przeciwka Roberta znajomego z Planety i innej wyprawy. Trzeba do Gruzji lecieć by się przypadkiem spotkać bo 500km w kraju to za dalekoWink.
Na powrót przeprawiamy się przez rzekę.

Powrotna przeprawa przez rzekę

Powrotna przeprawa przez rzekę

Te panienki też przez rzekę zamierzają się przeprawićSurprised. Szpilki na Giewoncie, tu sandałki.

klapki na Kazbek???

Pytają w którym miejscu!!!
Mijamy dużo ludzi idących do meteo, z czego 90% to nasi. Znów mamy blisko świątynię Gergeti.

Ze świątynią nad Gergeti

Zaszliśmy po drodze do baru zjeść i sukces uczcić.

Pora na toasty

pyszne jedzonko-orginalne kinkali

Pierogi kinkali bdb. Znalazłam w tym barze zgubioną przez dziecko zabawkę, plastikowego konika. Koń to dobry omen naszej wyprawy - zabrałam go ze sobą. Mam pamiatkę.

Dobry omen naszej wyprawy:)

W barze nasi motocykliści! Dochodzi poznana na trasie druga ekipa z Bydgoszczy (nie mylić z Lucyną). Dochodzi ekipa gorlicka. Impreza się rozkręca. Chacha się pije, chacha się tańczy.

Chacha się pije, chacha sie tańczy
Dość powiedzieć, że do Wasilija na nocleg docieramy na 23-cią.
Kwaterunek nie zaczął się od kąpieli i spania, ale to temat na odrębną opowieść.

22_07_2013 poniedziałek
Taksówką wracamy do Tbilisi. Po drodze ciekawostka - miejscowe krowy południową sjestę spędzają na mostach.

Krowy na mostach to norma

Podziwiamy piękne skały z naciekami mineralnymi,

 

podziwiamy z punktu panoramicznego wspaniałą okolicę, zwiedzamy twierdzę Ananuri.
W Tbilisi wynajmujemy w Hostelu Liberty (polecam bardzo) prowadzonym przez Polaków samochód terenowy (ciasny ale własny). Przepakowanie totalne. Marek - właściciel pozwala nam masę rzeczy zostawić w depozycie. Tu zanocujemy po powrocie. Cena 20 lari za noc, ale stanęło na 15. Kąpiel i w szóstkę ruszmy do Dawid Garega.
Wśród pustkowi, w krajobrazie podobnym stepowemu zatrzymujemy się na kawę, w kawiarni Oasis.

Kawiarnia Oasis

Właścicielem jest Polak!

Biwak mamy pod murem oporowym już w Dawid Garega, które to sioło liczy ze trzy zabudowania. Dlaczego pod tym murem? Bo nieliczni miejscowi twierdzą, że jest bardzo dużo żmij w trawach. Lepiej nie ryzykować.
Dzień kończy się imprezką na murku.

Imprezka na murku

23_07_2013 wtorek


Zwijamy biwak,

nasz biwak w Dawid Garega

Zwiedzamy wciąż zamieszkany klasztor Dawid Garega wykuty w skale

klasztor wykuty w skale

Ja wdrapuję się na grań nad nim i podziwiam niekończący się płaskowyż po azerbejdżańskiej stronie

Niekończący się płaskowyż

Niekończący się płaskowyż

Niekończący się płaskowyż

Zwiedzamy winiarnię z tradycjami, smakujemy różności. Najlepsze jest wino kindzmarauli i koniak. Oczywiście robimy zakupy.
Dosyć późno ruszamy w drogę do Omalo. 70 km, 6 godzin jazdy.

Miejscowi w sklepie o tym uprzedzają i wyrażają odrobinę niepokoju, że już późno jest. Jakoś mi nie wchodzi do głowy jak można 70km jechać 6 godzin, ale niebawem przekonałam się.

Cały czas Mariusz prowadzi, a jedziemy drogą trawersującą zbocza wspinając się na przełęcz 2900 metrów.
W życiu nie miałam jeszcze taaakiej jazdy. Dla mnie chwilami szok. Z jednej strony non stop przepaść. Czasem przekraczamy wodospad, który drogę przecina. Czasem z przewieszonej skały do samochodu woda wpada przez szyberdach. Asfalt był na początku kilka kilometrów, potem co nieco utwardzona droga gruntowo kamienista.Po zewnętrznej, na małych tyczkach znaczniki kilometrów. Po 30-tym już męczące odliczanie. Droga zaczyna się dłużyć bo od słupka do słuka nie jedzie się minutę niestety.

ale jazda

Na drodze do Omalo

Nie dojechaliśmy. Zapadła noc, zaczął padać deszcz. Zatrzymaliśmy się na nocleg w pierwszym możliwym miejscu, które nie było przepaścią, poniżej przełęczy. Śpimy gratis w dosyć cuchnącym pomieszczeniu, prawdopodobnie z myszami. Brrrr, ale dalej jechać jest zbyt ryzykownie.

24-tego było Omalo. Teraz zbliżyliśmy się do granicy z Dagestanem. Zjazd powrotny, biwak w okolicy Pshvali nad rzeką. Następnego dnia zwiedzamy Mchetę, zwracamy samochód, rozstajemy się z ekipą z Gorlic. Damian, Mariusz i Bartek - dzięki, było super. Szczególne uznanie dla Mariusza-kierowcy, jest w tym świetny.

My natomiast robimy sobie spacer pod hasłem Tbilisi by night.

Spacer (prawie biegiem bo Alek nadaje tempo), kolacja na starym mieście, spacer, winko, spacer, spacer, spacer. Mądre urządzenie pokazało 13,6km.
26-tego jeszcze kamienista plaża w Batumi, miast herbacianych pól, i kąpiel, i zachód słońca nad Morzem Czarnym,

nocleg na plaży pod chmurką. RE-WE-LA-CJA!!!

27-ego wracamy do stolicy. Suszenie, mycie, pakowanie i każdy robi co mu się podoba. Zostawiam Marka i Alka bo z pewnością nie spodoba im się co chcę robić i idę do miasta. Wszystkie sklepy mojeWink.

Wieczorek pożegnalny, stosowny do okolicznościWink z Markiem - właścicielem hotelu Liberty. Opowiadaniom i wspominkom nie ma końca. Rozliczamy się. Płacimy po 20 lari uczciwie, żeby nie robić wiochy bo dobra wola właścicieli przekracza wręcz ludzkie pojęcie. Kilka dni góra naszych betów zalegała im hol lub pokój. Hostelowy samochód odstawia nas na lotnisko. Znów spotykamy Lucynę z Rodzinką. Jeszcze sklep wolnocłowy zdążyłyśmy zaliczyćEmbarassed

W Monachium miłe spotkanie towarzyskie, Warszawa, Bielsko i w domu.

Każdy dzień tej wyprawy jest wart odrębnej opowieści, ale wyszedłby za długi tasiemiec.

Świetna wyprawa, było wspaniale.

 


INFORMACJE PRAKTYCZNE
Taxi: lotnisko - Tbilisi 35 - 40 -50 lari
Kartusz z z gazem w Operze, 450 ml/15 euro
Marszrutka Tbilisi - Kazbegi: 15 lari
Koń do czoła lodowca: 150, do meteo 200 lari
Nocleg w meteo 25 lari
Namiot: 10 lari
Nocleg w Hotelu Liberty 15 - 30 lari
Taxi Kazbegi - Tbilisi: 80-100 lari
Marszrutka Tbilisi - Batumi 20 lari
Nocleg na plaży: - gratis
Bilet na pociąg: Batumi - Tbilisi: 23 lari
Wypożyczenie samochodu: 55$/doba
Chaczapuri: 5 - 8 lari, zależy od wielkości
Pierogi kinkali: 1szt. /1 lari
½ litra czaczy: 5 lari
Butelka kindzmarauli: 15 lari
Piwo - nie wiem
Z kupowaniem jedzenia nie ma problemów żadnych.
Z pozyskiwaniem środków transportu też.
W Liberty dostęp do Internetu, w meteo też jak się poprosi szefa.

 

POLECAM: http://www.liberty-hostel.com/

https://www.facebook.com/liberty.hostel?ref=ts&fref=ts

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 11 comments Trekking Trekking

 2011_07_29 Wysoka Kopa_1126m n.p.m. - Góry Izerskie

Jeszcze Wysoka Kopa - najbardziej na zachód wysunięty szczyt KGP. Jeśli warunki będą sprzyjać - być może dojdę do Świeradowa.

Od rana słoneczny dzień, w południe gorąco, wręcz parno. Po wybrnięciu ze Szklarskiej Poręby, minięciu ostatnich zabudowań wreszcie wchodzę na ścieżkę, która jest szlakiem turystycznym. (to co w mieście trudno szlakiem nazwać, choć znaki wyprowadzają z centrum)

Na wstępie do lasu tablica informująca, że jestem na  Dużej Sztaudyngerowskiej Trasie Turystycznej. Zacytowano jego fraszkę:

„Motylu ja bym ciebie szczęścia uczyć mógł,

Tobie pył potrzebny kwiatów, mnie starczy pył dróg"

Pasuje mi jak ulał. Podoba mi się moja sudecka poniewierka i podbudowana trafną fraszką  zasuwam do góry.

Trochę dużo ludzi, co mnie odrobinę zadziwia, ale sądząc po strojach i wyposażeniu klapkowo-torebkowym daleko nie idą. Po godzinie mniej więcej okazuje się w czym rzecz - towarzystwo liczne zmierza na Wysoki Kamień_1058m n.p.m. Schronisko/bar jest celem.

Tu postanawiam zasięgnąć języka odnośnie wejścia na szczyt, bo trzeba zejść ze szlaku kilkaset metrów. W lesie to dla mnie wcale nie jest bajka. Jak nie zginąć poza szlakiem, jak ja na szlaku się gubię.

Zadziałał czepek, przynależny mi z urodzeniaJ bo moje pytanie słyszy gość, który zmierza na Wysoką Kopę właśnie!!! Problem z głowy - mam kompetentne towarzystwo.

Paweł z Krystianem też robią KGP i Paweł już tam był w ub. roku, a teraz syn potrzebuje wejść. Pierwsi po półtora tygodnia ludzie w moim temacie. Czekamy trochę na Krystiana bo zawrócił do Szklarskiej z powodu zapomnienia książeczki GOT (dobrze, że nie sformalizowałam mojej Korony, nie ma czego zapominać). Towarzyszący mi Panowie też są w trasie, też kończą w niedzielę. Na Skalniku w Rudawach byli wczoraj, na Skopiec w Kaczawskich idą jutro. Rozminęliśmy się o dni kilka na sudeckiej trasie, ale wymieniamy się doświadczeniami.

Od nich wiem, że szczyt Skalnika nie jest trwale oznakowany, ale zostawili wielką strzałę na ścieżce, więc trafię jeśli jej nikt nie popsuł.

Ja z kolei podpowiadam jak znaleźć szczyt Skopca, który też oznakowany nie jest. W oczekiwaniu na zapominalskiego podziwiamy piękne widoki. Szrenica i przekaźnik TV Śnieżne Kotły prezentują się na horyzoncie.

Widok z Wysokiego Kamienia na Szrenicę i przekaźnik TV Śnieżne Kotły

 

Tędy na Wysoka Kopę_1126m n.p.m.

 

Mijamy nieczynną kopalnię kwarcu pod Zwaliskiem i na Wysokiej Kopie jesteśmy o 14tej. Ze szlaku schodzi się koło wiaty w miejscu, które może i było oznakowane, ale stoi tylko tyczka, na której nie ma żadnej tabliczki. Paweł pamięta, że w ub. roku napis na wiacie był lichy i w tym roku idzie przygotowany z flamastrem - poprawia napis.

 

Wg mapy schodzi się na drogę równorzędną do tej, którą się opuszcza, ale nic bardziej mylnego. W zdewastowanym lesie ślady wielu ścieżek wydeptanych przez zbieraczy jagód na rozległej płaszczyźnie wierzchołkowej. Katastrofa lasów izerskich to nie przesada. Gdybym samodzielnie szukała drogi, w którą trzeba skręcić - tu nie skręciłabym na pewno. 

 Trochę krążymy zanim znaleźliśmy punkt 0. Żeby chociaż słupek był wysoki jak na Wysoką Kopę przystało, a tu kopczyk pół metra i tabliczka.

 

Wysoka Kopa_1126m n.p.m. - Góry Izerskie

 Zawracamy do szlaku. Popas przy wiacie. Zachęcam Panów, że może by tak do Świeradowa ruszyli, ale pomysł jest rozbieżny z ich marszrutą. Oni schodzą na Wysoki Kamień, ja ruszam dalej czerwonym.

Piękny szlak przez Góry Izerskie

 

 

 Dochodzi 15ta. Jeszcze ponad 4 godziny, a pogoda niepewna. Piękna, szeroka droga prowadzi przez kolejne łagodne wzniesienia i niestary las. Idzie się super, tylko ciemne chmury doganiają mnie za plecami...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Młaka jak lustro na Rozdrożu pod Kopą - Młaki

 

 

 

Na szlaku pustki. Minęły mnie w przeciwka ze cztery osoby i rowerzysta i doszłam do Rozdroża pod Kopą. Świerki przeglądają się w lustrze młaki.

W ciągu paru minut następuje kumulacja zachmurzenia i... dało niebo wody. Jestem na rozdrożu więc najkrótszą drogą do szosy. Odpuszczam Świeradów. Żal mi tej zachęcająco prezentującej się trasy, ale i tak deszcz odbiera jej część uroku. Nie bez znaczenia jest prawdopodobieństwo wcześniejszego ściemnienia. Lepiej nie. Przyjadę tu za rok i zacznę od Świeradowa!

Zdążyłam na 18tą, na ostatni autobus do Karpacza.

 

 

2011_07_30 Skalnik_945m n.p.m. - Rudawy Janowickie

  za Kowarami - chmury za nisko:(

 Ostatnia wycieczka z punktu wypadowego Karpacz. Prognozy zapowiadały niż i pogoda się sprawdza. Rano, na dole jeszcze jako tako, ale górą dobrze nie jest. Zaczynam w Kowarach, przez Wojkowice ścieżką rowerową, obok dwóch leśniczówek dochodzę do zielonego szlaku.

 Bardzo niski pułap chmur nie wróży widoków, ale trudno. Mijam Małą Ostrą i Konie Apokalipsy.

 

 

 

 

 

Brak widoczności w Rudawach Janowickich

 

 

Zaliczam z punkt widokowy, z którego widzę prawie nic, za to wdrapał się tam za mną grzybiarz z wiadrem, w którym nie było grzybów. Pierwszy i ostatni człowiek na trasie.

Brak widoczności więc  zabieram się za poszukiwanie wierzchołka.

 

 

 

 

 

Skierowanie na szczyt Skalnika

 

 

Niebieskim szlakiem kilka minut i trafiam na strzałkę zostawioną 2 dni temu przez chłopaków. Dobrze, że jest.

 

 

 

 

 

 

 

Skalnik_945m n.p.m. - Rudawy Janowickie

 

Za chwilę mam wierzchołek, „oznakowany" rewelacyjnie. Zastanawia mnie dotychczas jakim sposobem ta cegłówka pręta się trzyma?

   Powrót - im niżej tym ładniejsza pogoda, ale już nie rozczulam się nad trasą. Schodzę czerwono żółtym i czerwonym szlakiem na Przełęcz Pod Średnicą. Wychodzę na powrót w Wojkowie, autobus do Karpacza, pakowanie biegiem, bo o 13tej autobus do Wrocławia.

Żegnam Sudety przy nieszczególnej pogodzie. Z żalem opuszczam to miejsce, bo odtąd okrężną drogą, ale jednak zmierzam już w stronę domu, a to z kolei oznacza, że kończy się mój luz- total.

 

 

 

Po długich konsultacjach z cierpliwym kierowcą dokąd mam dojechać, żeby ostatecznie skończyć w Sobótce staje na tym, że najlepiej jednak do Wrocławia. Stamtąd połączenie do Sobótki będzie najlepsze.

Trzy i pół godziny jazdy. Z drogi dzwonię do Schroniska pod Wieżycą. Z noclegiem nie ma problemu - to ja proszę pokój 1osobowy.

Jadę w stronę gorszej pogody, ale prócz Ślęży w perspektywie mam 2 spotkania ze znajomymi, więc widzę wielkie plusy. Do Wrocławia dojechałam w deszczu. Z Wrocławia do Sobótki w ulewie. W deszczu docieram do schroniska. W miasteczku było zero ludzi, a w lesie tym bardziej. Idę żółtym szlakiem.

Zapobieram klucz do pokoju, idę się „ogarnąć" i dopiero wracam się zameldować i zjeść coś na gorąco. Menu pożal się Boże, tylko żurek w chlebie wydaje się normalny i zjadliwy. Po słodyczach na trasach preferuję kwaśne zupy. Nie wiem czy żurek był taki dobry, czy ja byłam taka głodna, ale czynił wrażenie nieba w gębie.

W schronisku chyba nikt poza mną nie nocuje! W barze nie ma nikogo. Wystrój wnętrza -  bez sensu. Pani barmanka, recepcjonistka, sprzątaczka (3w1) podała mi kawę, „przeleciała" ścierą po podłodze i rozmawiamy chwilę, aż wchodzą następni, zmoczeni turyści.

 

w Schronisku Pod Wieżycą

W pierwszym momencie niezupełnie kojarzę aż okazuje się, że to znajomi Paweł i Krystian z Wysokiej Kopy! Co za spotkanie! Nie umawialiśmy się, a tu proszę - taki fart.

Właśnie zeszli ze Ślęży - znów się rozminęliśmy.  Wymieniamy się informacjami do jakiego stopnia przydały się wcześniejsze, wzajemne instruktaże. Przydały się! - obu stronom.

Ja już przy kawie, Panom polecam żurekWink

Oni jeszcze rozbijają namiot i przenosimy się do mojego pokoju. Prawie - nocne Polaków rozmowy. Okazuje się, że świat jest mały i w przeszłości już musieliśmy się mijać gdzieś z bliska (przynajmniej z Pawłem), zanim każde z nas trafiło tam, gdzie stacjonuje obecnie. Jest czas na wymianę doświadczeń, wrażeń, planów górskich, turystycznych. Fajne spotkanie.

Nazajutrz - ja na Ślężę, oni w stronę Warszawy. Żegnamy się dziś- do zobaczenia na szlaku - bo zanim oni rano wstaną ja już na pewno ruszę w górę.

 

 

2011_07_31 Ślęża_718m n.p.m. - Masyw Ślęży

 Wieża widokowa strzeże widoków:(

Obudziłam się wcześnie. Leje jak z cebra. W pokoju za 75zł okropna wilgoć. Za mniej niż 1/3 ceny w schronisku w Kłodzku miałam wersal, naprzeciwko tej nory, że nie wspomnę o Łomniczance w porównywalnej cenie. Za oknem mam wysoką, zalesioną skarpę. Ciemno. Nie ma się na co oglądać, pogoda się nie poprawi. Wychodzę w deszcz. Jest 6.15.

Pierwsza na trasie Wieża Widokowa oferuje coś, ale nie mnie.

Ścieżką, którą podchodzę do góry woda miejscami rwie jak górski potok mimo to fajnie jest i na luzie bo zakładam, że żadna dziczyzna mi z krzaków nie wyskoczy, bo za mały rejon leśny. Poza tym niech sobie leje i błotnieje i tak mam możliwość kąpieli po powrocie do pokoju zanim do ludzi wyjdę.

8.30 Odbieram wiadomość, że deklaratywne towarzystwo nie wybiera się na wycieczkę. To mnie nie dziwi bo normalni ludzie w deszczowy niedzielny poranek po prostu śpią, a nie włóczą się po zabłoconych górach. Zresztą i tak za późno - jestem już na szczycie. 

 

W Domu Turysty PTTK pocałowałam klamkę, bo czynny dopiero od godziny 9. Widać niewiele. Zardzewiałe znaki szlakowe, kościół we mgle, cokół z krzyżem. Przeczytłam tablice ścieżki dydaktycznej, siadam na schodach, wysyłam parę sms-ów,

 

Katastrofalny brak widocznosci ze Ślęży

 

Wreszcie zgrzyta klucza w zamku drzwi. Wchodzę, omiatam wzrokiem, robię kilka zdjęć i wychodzę. Nic tu po mnie.

Teraz niebieskim szlakiem na dół tak, żeby nie na Przełęcz Tąpadła tylko do schroniska pod Wieżycą. Nie wyjmuję mapy bo leje. Skręcam grzecznie jak znaki każą i spadam na dół.

Trafia się przypadkiem - bo jej nie przewidywałam - żelazna wieża widokowa. Tej kłódki nie strzegą można wejść.

Pora na panoramy, które obiecywałam sobie pod Śnieżnymi Kotłami. Niestety...to nawet nie mgła - wierzchołek jest w chmurze.

 

 

 

Wyladowalam na Przełęczy Tąpadła

Niżej jest lepiej. Deszcz stopniowo ustaje, chmury zostały w górze,  widoczność lepsza. O 10.30 dochodzę do jakichś zabudowań i znajduję się...

na przełęczy Tąpałda, czyli dokładnie po drugiej stronie Ślęży niż chciałam się znaleźć. Zamiast zrobić promień na Ślężę i po promieniu wrócić zrobiłam jej średnicę, a teraz jeszcze muszę dorobić półokrąg wokół góry czarnym szlakiem.

Bar na Przełęczy już czynny. Nie pozostaje mi nic innego jak pocieszyć się gorącą kawą. Przy okazji analizuję mapę, z której jasno wynika, że niebieski szlak przebiega przez szczyt w dwie strony i powinnam skręcić nań w prawo, a nie w lewo. Teraz mam jeszcze prawie 2 godziny drogi co mi za bardzo nie przeszkadza, ale bezpośredni autobus do domu o 13tej z Wrocławia pojedzie beze mnie. Trudno, mam metę w mieście, nie ma sprawy.

W trybie zupełnie luzackim siedzę sobie przy kawie, poczytałam trochę historycznych, miejscowych informacji i zabieram się na czarny szlak. Ruszam, ale...ten szlak też wiedzie w dwie strony. Po kilkudziesięciu metrach zawracam do szosy sprawdzić czy aby na pewno tym razem dobrze skręciłam. „Czarna obwodnica" Ślęży w druga stronę jest o godzinę dłuższa. Lepiej nie.

Na szosie trafił się stop. Stanął bez względu na moją pelerynę czyniącą ze mnie mało atrakcyjnego autostopaowicza. Nawiedzony kierowca nawijający o żyłach wodnych, energiach, kabałach, siłach tajemnych, kosmosie - no okultysta. Stary wartburg wlecze się z prędkością 40 na godzinę. Niedaleko przecież, ale i tak zdążył mi nawinąć sporo makaronu na uszy.

Odetchnęłam jak wysiadłam - o dziwo - w miejscu takim, że do mojego schroniska szeroka asfaltowa droga prowadzi, a nie tak jak wczoraj w deszczu przedzierałam się szlakiem przez krzaki.

Bez pośpiechu zwinęłam się i na 16tą byłam we Wrocławiu. Moja wrocławska meta spalona, autobus dopiero 20.50 - pięć godzin do strawienia. Gdyby nie plecak to byłby luz, więc plecak do przechowalni (na szczęście Wrocław jeszcze ją ma). Skorzystałam z dobrodziejstwa neta na dworcu i poszłam na Rynek. Porządny obiad, kawa w ogródku, wysłuchałam plenerowego koncertu z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, popatrzyłam na elementy rekonstrukcji historycznej, połazikowałam i tyle. Żałowałam, że nie wyjęłam aparatu z plecaka, nie mogłam robić zdjęć, a zmienił się bardzo, na lepsze ten wrocławski Rynek od czasu mojej ostatniej bytności lat temu... kilka. Reszta - rozkopane miasto.

O północy byłam w Krakowie. Osobisty transport już czekał i przed trzecią byłam w domuJ Koniec sudeckiej wyprawy. Nareszcie w swoim łóżku z satysfakcją, że moja Korona liczy sobie 26 szczytów, z tego na dwudziestu trzech postawiłam stopę w bieżącym roku. Został mi Czupel i Biskupia Kopa, ale to już pestka.

Moja ściąga „koronna", którą zabrałam na wyprawę dziś wygląda tak.

Moja

Dziewczynom i Chłopakom z Planety dziękuję za wsparcie duchowe na mojej długiej trasie.

Za trzymane kciuki,

za sms-y,

za rozmowy.

Jerzykowi szczególnie za domaganie się transmisji z trasy (Halo! Halo! Tu wóz!),

Bogdanowi za cierpliwe odpisywanie na każdego maila,

a Rodzince, że dali sobie dzielnie radę 2 tygodnie bez mamy:) Grunt to RodzinkaSmile.

 

 Po tej wielkiej wyprawie jeszcze parę razy byłam w Tatrach. Zrobiłam Orlą Perć na max, (wpis TYLKO DLA ORŁÓW), potem Tomanowa Dolina i Czerwone Wierchy, potem Rohacze, końcem sierpnia weszłam na Gerlach,  początkiem września 3dniowo Roztoka, Rohatka i Rysy. Wyprawa warta wpisu, ale nie ma go jeszcze. Potem były znów m.in. Rohacze - 2 dni na grani czyli nocleg w krzakach, potem jeszcze Sivy Vrch początkiem zimy Pogoda marna może nie iść, a KGP jakoś umykała. W Tatrach zima już pokazała pierwszy pazur. Zostały tylko 2 szczyty i nie dawały mi spokoju. W październiku mobilizowałam czas, siły, środki i kombinowałam jak je zrobić w 1 weekend. Czwartego listopada skoczyłam do Głuchołazów (320km) aby Biskupią Kopę zdobyć.

 

2011_11_05 Biskupia Kopa_889m n.p.m. - Góry Opawskie

Biskupia Kopa_1126m n.p.m. - Góry Opawskie

 

Z Jarnołtówka. Późnojesienny krajobraz w lesie. Wyszłam dosyć wcześnie.

Pogoda jak przystało na złotą polską jesień. Od Grzebienia szlak biegnie granicą państwa. Kawa w ładnym Schronisku pod Biskupią Kopą_765m. Jeszcze 130 metrów w górę i mam szczyt. Jest parę osób i nieczynna, murowana wieża widokowa, jak na Wielkiej Sowie.

Nie mam szczęścia do wież widokowych. 

 

 

 

 

Niemoralna propozycja dla zwierzyny:( 

 

Dalej czerwonym przez Przełęcz Pod Kopą, Srebrną Górę, Przełęcz Srebrną, Szyndzielową Kopę.

Schodząc jeszcze taki obrazek widziałam w miejscu, o którym w pierwszej chwili pomyślałam, że to strefa dokarmiania zwierzyny.

Pryzma buraków w odległości 20 metrów od ambony myśliwskiej. Niemoralna propozycja.

Wabik skuteczny, bo śmignął mi za plecami ogromny jeleń, przyprawiając o szybkie bicie serca i skutecznie przyśpieszenie marszu. Jeleń wystraszył się bardziej bo uciekał szybciejWink.

 

Wychodzę na tyły ośrodka wypoczynkowego Złoty Potok między Moszczanką, a Pokrzywną.

 

 

 

Teraz parę km asfaltem do Jarnołtówka. Stopa nie było.

200km powrotnego kursu do Żywca i jutro Czupel. Ostatni rzut oka na Biskupią Kopę już po wyjeździe z Głuchołazów. Odrobinę smutno mi się robi, bo... kończy mi się Korona.

 Przede mną trasa przez Racibórz, Rybnik, Żory - jedno wielkie nieustające rondo. Znów złapią mnie ciemności, co jest o tyle niekorzystne, że nie widzę z daleka drogowskazów kierunkowych. W tamtą stronę najpierw do Bielska wjechałam przez Straconkę zamiast przez Żywiec, a z Bielska zjechało mi się na Skoczów zamiast Pszczynę, ale to szczegół mało istotnyJ. Noclegu nie mam, ale w Głuchołazach też nie miałam, a się trafiłJ Znakiem tych czasów chyba jest dostępność bazy noclegowej w zasadzie wszędzie - nie ma problemu, jakoś to będzie.

 

2011_11_06 Czupel_933m n.p.m. - Beskid Mały ostatnia perła do mojej Korony

 

Czupel_933m n.p.m. - Beskid Mały

 

Zdobyty w niedzielę przy pięknej pogodzie i w licznym towarzystwie niedzielnych spacerowiczów na Magurce.

Czapki z głów panowie - korona na głowę.

Zeszłam do Łodygowic i jeszcze z godzinę asfaltem do samochodu i jużJ

 

KORONA GÓR POLSKI ZDOBYTA!!!

(Fanfary)

Prawie koniec.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawie, bo jeszcze jest epilog 

 

 

 

 

 

EPILOG

 

Jak już wróciłam z Czupla W KORONIE NA GŁOWIE, 26 z 28 szczytów zrobiłam w 2011 roku. Gdybym jeszcze weszła na Tarnicę i Łysicę byłaby KGP w 1 rok. Teraz patrzę na mój sukces pod kątem sportowego wyniku. KGP w 1 rok to byłoby piękne osiągniecie.  Niby tylko 2 górki, ale rozrzut spory i nie po drodze. 250km na Łysicę i 300 do Ustrzyk. 

Szybka mobilizacja czasu, sił i środków i... gdybym nie mogła wykonywać tej pracy, którą wykonuję - mogłabym alternatywnie zostać kierowcąSmile.

 

2011_11_19 Tarnica_1346m n.p.m. - Bieszczady

Napisałam o tej wyprawie w części „...tam gdzie nie ma szosy...". Znów pojechałam sama bo wszyscy zabiegani.

Cudna wyprawa piątek-niedzielaJ

 

2011_11_26 Łysica_612m n.p.m. - Góry Świętokrzyskie

 

Łysica_612m n.p.m. - Góry Świętokrzyskie

 

 

Łysica - górka najniższa, sercu najbliższa, zdobyta przeze mnie wielokrotnie.

Teraz depnęłam ją po raz kolejny, z ogromną satysfakcją, że dopełnia mojej Korony Gór Polski w 1 rok.

Kielce, studenckie czasy, starzy znajomi, 2 spotkania po latach - jednym słowem - znów weekend super.

 

 

 

 

 

 

 

Gdy składaliśmy sobie życzenia na Planecie, na Nowy 2011 Rok, planowaliśmy - co w tym roku zrobimy? Pewnikiem był dla mnie tylko Gerlach. Reszta to improwizacja. Czas pokazał, że plany krótsze i dalsze sypały się jak domki z kart, ale życie nie lubi próżni - potrafi zaskakiwać - KGP zrobiła się z trybie „zamiast". Chcieć to móc.

Po co? Niech ten cytat - z trasy na Biskupią Kopę - służy za odpowiedź!

Mądry cytat na podsumowanie

cdn. nie będzie. KONIEC

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 11 comments Trekking Trekking

Na Siwy Wierch szło się całkiem fajnie, nie było zbyt łatwo, ścieżka od pewnej wysokości znajdowała się pod śniegiem. Potem mijaliśmy skałki, wąskie przejścia między nimi, jakieś małe przepaście, jak to na grani. Były dwa łańcuchy, jeden do pokonania bez większego problemu, drugi dziwnie przytwierdzony, tak że trzeba było dość wysoko nogę oprzeć, a nie bardzo było na czym, bo skała była lekko oblodzona. 

 

Na szczycie stanęłam dumna z siebie i szczęśliwa, że udało mi się pierwszy raz w życiu w takich zimowych warunkach (mróz, mgła, śnieg) w Tatrach wejść gdziekolwiek. Miałam świadomość, że już niedługo zaczniemy schodzić. Byłam zmęczona, było zimno, zero widoków, które mogłyby wynagrodzić trudy wycieczki. Poszliśmy dalej, w dół, przechodząc przez oszronione skały i kolejne łańcuchy. 

 

Na przełęczy zdecydowaliśmy, że idziemy na Brestovą. Schodzenie w dół do Zuberca i darcie z buta do Zverovki mogłoby być męczące, o wiele bardziej niż druga opcja — Brestova, a potem zejście niebieskim na dół. Byłam już dość zmęczona, ale nie na tyle, by schodzić do asfaltu. 

 

 

Siwy Wierch i Brestova

 

Nie lubię chodzić po śniegu, to charakterystyczne "zapadanie się" w niego stopy jest męczące. Tu miałam tego w nadmiarze. Podczas kiedy podchodziliśmy do góry, zerwał się tak silny wiatr, jakiego jeszcze nie odczułam w życiu. Do tego igiełki lodu, które niósł ze sobą, wbijały mi się w oczy i w twarz. Zostały mi po tym małe czerwone kropki głównie po lewej stronie — stąd wiało. Starałam się utrzymać równowagę, opierając się kijkami z całej siły. Szłam dosłownie krok za krokiem, wiatr przeciwstawiał się każdemu mojemu ruchowi, powoli zaczynałam słabnąć, przez myśl zaczęły mi przechodzić dziwne obrazy, myśli typu, żeby usiąść i odpocząć... Dobrze, że obok był Marcin i podtrzymywał mnie na duchu. Dla niego, taternika, to była tylko "zwykła dupówa", dla mnie — walka o przetrwanie, dosłownie o życie.

 

Bałam się usiąść choćby na chwilę, bo wiedziałam, że sama już nie wstanę. Na szczęście miałam nakładki antypoślizgowe, takie mikro raki, dzięki którym moje buty się nie ślizgały na oblodzonej powierzchni (na normalne raki nie było warunków). Nie piszę, że na ścieżce, bo jej prawie nie było, przysypanej śniegiem. Dzięki tym nakładkom się nie poślizgnęłam i nie przewróciłam.

 

Starałam się za bardzo nie marudzić, byłam świadoma, że to dodatkowy ubytek energii, najlepiej nic w takich momentach nie mówić. Wiedziałam też, że bezsensem byłoby zawrócić, skoro do szczytu jeszcze 10... 15... 20... minut. Straciłam rachubę czasu, przede mną gdzieś majaczyła sylwetka Dagmary, za mną szedł Marcin, a wokół było biało. Przed Małą Brestovą Marcin złapał moje końcówki kijków i ciągnął mnie za sobą. Dzięki niemu w ogóle tam weszłam. Jednak tuż przed szczytem noga zaplątała mi się o kamienie, on tego nie widział, pociągnął za kijki do przodu i się wywróciłam. Dodatkowo mnie to dobiło, czułam się fatalnie. 

 

Potem usiadłam na zawietrznej, której chyba nie było, bo miałam wrażenie, że z każdej strony wieje tak samo, zjadłam zamarzniętą bułkę i napiłam się letniej herbaty. Chciałam, żeby zadzwonić po Horską Służbę, ale Marcin z Bożeną szybko i skutecznie mi to wyperswadowali.

 

Czułam, że się trzęsę, byłam strasznie wyziębiona. Zauważyłam, że moje spodnie, tzw. nieprzemakalne są całe mokre, getry pod nimi też, zaimpregnowane buty miały w środku powódź. Brestova była gdzieś w nieokreślonym kierunku w mleku i tamże ruszyliśmy, tym razem szłam o własnych siłach. Każdy krok, każde podniesienie nogi w górę w tym wietrze to była walka.

 

Szłam jak owieczka za stadem, bezwolnie i wtedy już bezrozumnie, kiedy Marcin powiedział, że już jest szczyt. W głowie miałam tylko tę myśl — na dół, na dół, na dół... Zresztą ciągle mi to Marcin powtarzał:  "jeszcze 300 metrów w dół i przestanie wiać, odpoczniesz, będzie lepiej...". 

 

Niestety zejście granią nie było w dół, tylko jeszcze trochę w górę. Prawie się załamałam, ale starałam się iść dalej, wiedziałam, że jeszcze trochę, jeszcze tylko 2 godzinki i Zverovka, samochód i w końcu dom...

 

W międzyczasie zgubiła nam się na chwilę ścieżka, na szczęście szybko się znalazła. Podczas schodzenia obiecałam sobie, że będę trzymać fason do końca. Że nie odpuszczę, będę uśmiechnięta, będę starała się myśleć i mówić normalnie, racjonalnie, mimo że miałam ochotę natychmiast położyć się i zasnąć. Rozpłakałam się dopiero w domu, kiedy poczułam, że jestem bezpieczna. Pozwoliłam ujść z siebie napięciu, które skumulowało się we mnie w ciągu całego dnia.

 


 

Myślę, że wszystkim, którzy lubią chodzić w warunkach zimowych po Tatrach, przydałaby się przede wszystkim pokora, rozwaga i doświadczenie. Tu nie ma miejsca na zbytni entuzjazm. Jest za to na realną ocenę swoich możliwości, ocenę zagrożeń i ryzyka, na jakie możemy być narażeni. Odpowiedzialność i doświadczenie przede wszystkim. Nam tego zabrakło — zaplanowaliśmy wycieczkę w nieodpowiednią pogodę na zasadzie "poradzimy sobie" (wszyscy doświadczeni głównie w Beskidach), nikt nie słuchał Marcina, który już sporo w zimie w Tatrach przeżył i to podczas wspinaczki, nie tylko chodzenia, grupa za bardzo się rozwlekła. Całe to wydarzenie pokazało mi moją słabość, to, że silniejszy wiatr na grani jest w stanie prawie mnie przewrócić, a zimno, mgła i zwykła tatrzańska "dupówa" rozwalić mi psychę. Kocham zimę i kocham zimę w górach, ale te warunki kompletnie mnie pokonały. 

 

1 January, 19701 January, 1970 11 comments Trekking Trekking

 

1-2. 10. 2011r.

Niedokończone trasy trzeba skończyć. Na Rohacze wybrałam się 21 sierpnia, przy fantastycznej pogodzie, z noclegu w Chochołowskiej, ale nie dane było mi przejść zaplanowanej trasy. Osoba towarzysząca zwątpiła na Jamnickiej Przełęczy. Weszłam więc tylko na Ostry i z powrotemL

Potem nadmiar czasu trawiłyśmy wylegując się na Rakoniu i na Grzesiu.

Tym razem poszło dobrze. Nikt nie wymiękł - trasa zrobiona, dusza ucieszona, satysfakcja gwarantowana.

Zbiórka pod schroniskiem w Chochołowskiej. Hela czeka tam na nas od wczoraj wieczór. Nie śpieszymy się bo plan jest dwudniowy, a w sobotę mamy dojść do Banikovej Przełęczy. Ruszamy około 10tej.

Pogoda równie fantastyczna jak w sierpniu. Nawet lepiej, bo mniej upalnie.

Na Wołowiec wchodzimy zielonym szlakiem.Na zielonym szlaku na Wołowiec

Spotykamy kilka osób, ale dużo robi się dopiero na przełęczy i na szczycie. Można Wołowiec trawersować niżej z pominięciem wierzchołka, ale nie chcemy odpuścić taaaaaakich widoków. Widoki z Wołowca

Na szczycie popasamy, cieszymy oko. Prócz Rohaczy i Trzech Kop trudno zidentyfikować resztę szczytów słowackich (znów zapomniałam Panoramy). Zastanawiamy się czy widać Salatyn czy go nie widać? Co to jest - to co widać? ale nic to - dojdziemy - przekonamy się. Obchodzimy Rohacką Dolinę „od czoła" i wrażenie takie jak z Doliny Roztoki, gdy idzie się żółtym na Krzyżne. Z każdym krokiem coraz rozleglejsza się zdaje.Rohacka Dolina

W dole Tatliakova Chata, szlaki ze Smutnej i Banikowej Przełęczy, podejście na Zabrat - można spenetrować nieźle tę dolinę. Trzeba to zrobić! Następnym razem. Dziś nie przewiduje się zejścia w żadną dolinę. Na Ostrym trochę spowolnienia z nadmiaru turystów średnio radzących sobie z łańcuchami. Dziś Tatry Wysokie mamy cały czas za plecami, ale z obydwu Rohaczy majestatyczny Baraniec jak na dłoni. I jak blisko.

  Baraniec z Rohaczy

Na mapie wygląda tak niepozornie, samotny szczyt w dużej odległości od reszty, a tu proszę - jest na co wchodzić. Już chciało by się iść, ale... Teraz skupiamy się na tym co pod nogami, a sporo tego. Z Ostrego schodzi się ostro:) Rohacka Przełęcz i cierpliwie wspinamy się na Płaczliwy.  Nareszcie można zajrzeć do Rohackich Stawów, co jest niemożliwe z polskiej strony. Miła pogawędka na szczycie ze spotkanymi Polakami i widoki, zdjęcia, widoki, zdjęcia. Trzeba jednak dalej. Jakoś późnawo się zrobiło - dochodzi 15ta. Do Banikovej jeszcze daleko, a to jest cel na dziś. Zawsze mam takie wrażenie, że jak idę to czas „idzie" ze mną normalnie, jak się zatrzymam to czas pędzi w tempie przyśpieszonym i ani się człowiek obejrzy, już pół godziny, godzina na postoju.

Schodzimy do Smutnej Przełęczy. Słońce ogrzewa ją pięknie i już chyli się ku zachodowi. Rozkładamy się na zawietrznej i tak bardzo nie chce nam się ruszyć, że postanawiamy spauzować na dziś. Ostatecznie - cel ustalamy sobie sami. Jak nie zrobimy Trzech Kop dziś, to zrobimy jutro. Trzy Kopy i Hruba z Wołowca

Dużo jest takich co korzystają ze słońca i ciepełka w tym miejscu. Rozważamy różne warianty postępowania. Mamy w zasięgu 2 schroniska w Rohackiej i Ziarskiej Dolinie, ale nie mieliśmy opuszczać grani w dniu dzisiejszym. I ten punkt planu zostaje nienaruszony. Słońce schowało się za Kopami. Natychmiast zrobiło się chłodno. Ludziska znikają. Jedni w prawo, drudzy w lewo, do schroniska, do parkingu - każdy swoje robi. My czekamy i filujemy gdzie by to zakotwiczyć. Minęliśmy piękne miejsce, ale przecież nie będziemy wracać. Wypatrzyłam stosowny (z daleka) punkt przy szlaku do Ziarskiej. Hela i Marek wyrażają wątpliwości, ale twierdzę, że dobre miejsce. Schodzimy kilkadziesiąt metrów niżej i faktycznie okazuje się być ok, w kosówce, trochę płaskiego. No to nocleg mamy. Namiocik się mieści. Biwak

 Kawa z kolacją w bajkowym otoczeniu. Feeria kolorów na zachodzie, pogodny wieczór, księżyc, gwieździste niebo. Wieczorem Obserwujemy lecące samoloty, spadają gwiazdy. Myśl szybko marzenie tyko głośno nie mówJ   Wspaniały dzień za nami, noc zapowiada się atrakcyjnie i wschód słońca. Mam cykora z powodu potencjalnej możliwości miśka, ale nie zdradzam się z tym. Jakoś to będzie, nie jestem sama.

Mnie pierwszą chłód do namiotu zgonił. Poza tym klakulowałam, ze jak usnę zanim towarzystwo uśnie to już mi przejdą strachy. Marek śpi na zewnątrz, bo ma stosowne opakowanie na śpiwór.

W nocy jestem na 100% pewna, że coś koło namiotu chodziło (Hela też słyszała), ale wolałam nie przekonywać się co to było.

Pobudka przed wschodem daremna, bo mgła i chmury więc jeszcze przymknęliśmy oko i w końcu zaspaliśmy trochę. Likwidacja biwaku żeby ślad wszelki po sobie usunąć i wróciliśmy na Smutną Przełęcz na godzinę 8. Więcej było takich co noc pod gwiazdami spędziliJ.

Następny dzień pełen wrażeń. W końcu nasz szlak to słowacka Orla Perć. Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banikov - łańcuchy za łańcuchami. Jak na Orlej Perci

Tych Kop to chyba wiecej jest niż 3J Grań Banikova szczególnie atrakcyjna - długa,  pozioma. Przepaścisto i z prawej i z lewej. Jest po południowej stronie ścieżka trawersująca poniżej grani, ale jak już tu jestem nie mogę sobie odmówić przyjemności i chodzić na łatwiznę. Hela z Markiem zostali sporo za mną. Przede mną nie ma „spowalniaczy" - świetnie się idzie. Trochę solowej adrenaliny. Nie jest nadzwyczajnie trudno, ale sam fakt, że skała pod stopą i nie ma jej już ani z boku, ani z przodu, ani za plecami jest ekscytujący. Dobrze, że jest sucho. Na mokrych skałach - rozważałabym trawers na poważnie. Na Banikovie odpoczynek i dalej - Pachola, Spalena, Mały Salatyn, Salatyn, Brestova i zejście do Zverovki.

Z Brestovej telefon po samochód na 18tą i już. Problem komunikacyjny rozwiązany zgodnie z planem.

W 2 dni zrobiliśmy kaaaawał grani Tatr Zachodnich, 10 szczytów dwutysięcznych, kilka tras do przejścia zaplanowanych na zaś, noc pod gwiazdami na wysokości 1900. Obeszliśmy naokoło Dolinę Rohacką. Na Wołowiec i Rohacze napatrzyliśmy się z każdego wierzchołka.Wołowiec i Rohacze z Kop

Już wiadomo, co z Wołowca widaćJ Super było. Wszyscy zdrowi, cali i zadowoleni. Pogoda świetna. Jedynym niespełnieniem naszym pozostała kawa na Salatynie. Obiecywaliśmy sobie, że skoro wyjątkowo mamy sprzęt, to raz w życiu nie będziemy czekać na kawę na dole tylko wypijemy ją na ostatnim szczycie. Niestety okazało się, że tym razem nie mamy już wody na kawęL Znowu trzeba było czekać.  Żegnaliśmy grań takimi widokami. Żegnaliśmy grań i takie widoki

Jak można nie wrócić w takie miejsce?

WRÓCĘ:) Na pewno!!!

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 11 comments Wspinanie Wspinanie

Czy ktoś jeszcze pamieta taki film jak Czekajac na Joe? Orginalny tytuł brzmiał Touching the Void czyli dotknięcie pustki. Bardzo dobry film o wspinaniu, przyjaźni, życiu. Piekne widoki, wspaniala historia, prawdziwi bohaterzy, prawdziwi, bo historia opisana w filmie naprawdę się wydarzyła.

Kto widział ten wie o czym pisze, kto nie widział niech zobaczy, bo nie wie co go omineło.

 


Trailer poniżej.

 

 

W ostatni weekend byłem na filmie 127 Godzin, film także na faktach autentycznych, już nie o wspinaczce, ale dalej kręcący się w kręgach "górskich" tym razem tematem przewodnim jest kanioning w stanie Utah, w parku narodowym Canyonlands, tutaj także zobaczymy piękne ujęcia, i widoki choć odmienne od tych w Czekajac na Joe. Film inaczej skonstruowany, mówiący o trochę innym problemie, niż w Touching the Void.

 

Sam po oglądnięciu filmu odrazu bym sie wybrał w to piękne miejsce, teraz przynajmniej wiem gdzie są robione takie zdjęcia.

 

canyon

 

Myślę że jeśli kiedykolwiek się wybiorę do USA to Canyonland będzie głównym miejscem docelowym.

 

Ale nie odbiegajac od tematu trailer filmu 127 godzin na zachętę poniżej by wybrać sie do kina.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 10 comments Trekking Trekking
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 10 comments Wspinanie Wspinanie
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 10 comments Trekking Trekking

 

2012.08.10

 Cały lipiec pogoda super, a ja...powiedzmy - zajęcia w delegacji. Niecierpliwię się, aż podeszwy swędzą, żeby w góry iść.

 

Po długim okresie sprzyjającej pogody kiedy to wyjść nie mogłam, pogoda się pogarsza, a ja właśnie teraz iść mogę.

Na piątek prognoza dwie krople z chmury pokazuje, ale zwlekać nie ma co, bo w sobotę już krople są cztery. Marek mówi, że jestem szalona i wychodzenie przy takiej prognozie to masochizm, ale on jest uzależniony od słońcaCool

Piątek zaczął się bez deszczu. Pierwszy autobus z Zakopanego 6.15 odpuszczam. Nie ma co na najwcześniejszy się zrywać, więc 7.15

8.30 wysiadam w Białej Wodzie i Kieżmarska Dolina moja.

Po słowackiej stronie przez chwilę nawet jaśniej się zrobiło, ale to trwało krótko. Po pół godzinie zczęło mżyć.

Zaklinam deszcz: nie będzie padało, nie będzie padało, ale czarownica ze mnie żadna bo lunęło jak z cebra w połowie drogi. Gdy wyszłam z lasu chmury zamykają widoczność.

Po zakręcie potoku poznaję, że już niedaleko do schroniska. Jeszcze pada, ale chmury trochę się podnoszą.

W Kieżmarskiej Dolinie. Czary nie zadziałały:(

W schronisku tłok. Wszyscy czekają na poprawę pogody. Śniadanko, kawa i ... co robić? Przestało padać!

Pojawił się pierwszy dylemat: w górę czy wracać? Tą samą drogą niechętnie. Choćby przez Svistovkę - to tam już byłam.

Potrzebuję na Jagnięcy. Obserwuję towarzystwo liczne. Wszyscy pod drogowskazem się zatrzymują, uważnie czytają, rozglądają się po niebie, które wiele nie wróży na dziś i wchodzą na szlak do Białego Plesa, albo na Svistovkę się odwracają, albo doliną w dół. W górę nikt. Dywaguję: tacy mądrzy i doświadczeni czy stonka?

Na licznym towarzystwie mi nie zależy, niemniej jakby tak w tych warunkach choć 1 człowiek się zdecydował byłoby raźniej. Niestety.

Szczyty w chmurach. Na pewno nic nie zobaczę, ale jak tu wracać z niczym? Liczę na to, że pogoda będzie miała pozytywny kaprys.

Może chmury się przesuną.

 Wierzchołek Jastrzębiej Turni rysuje się we mgle, ale podejście na próg Doliny Jagnięcej jest ok, więc wejdę chociaż na próg Doliny. Chociaż tyle zobaczę, co za progiem.

Do grani jeszcze daleko.

Z podejścia odwracam się wielokrotnie czy czasem ktoś jednak na żółty szlak nie wchodzi, ale nic z tego. Mam to co w górach najcenniejsze - cisza i zero ludzi na tatrzańskim, atrakcyjnym szlaku w pełni sezonu. Pachnie mokra ziemia, pachnie kosówka, miejscami strużka wody sączy się między kamieniami na ścieżce.  Pierwsze przegięcie terenu, trochę się wypłaszcza, ale to jeszcze nie próg doliny. Kontakt wzrokowy z cywilizacją już straciłam. Teraz jestem naprawdę zupełnie sama.

Jastrzębia Turnia rośnie w oczach.

Obserwuję ścieżkę i... po ulewie gładko zmyta, jednak jakieś ślady są.

Ktoś przede mną idzie. To dobra wiadomość.

Dziwne jakieś te ślady „niebutowe"!

To nie człowiek.

Jak nie człowiek TO CO???

Mnie do głowy w takiej sytuacji może przyjść tylko niedźwiedź!

Bystry rzut oka po okolicy. Niewiele widać. Już nie z powodu chmur tylko ukształtowania terenu.

Na próg Doliny zostało mi raptem ze sto metrów, ale jak to niedźwiedź!!!

Zawracać!!!

Nie zawrócę.

Zawracać!!!

Nie zawrócę. Niemożliwe żeby niedźwiedź tak wysoko w takiej ruchliwej okolicy łaził.

Ale jak to niedźwiedź?

Już fałszywy alarm zrobiłam sobie w Bieszczadach. Tym razem bez paniki. Robię zdjęcie odciśniętego tropu. Łapa odciśnięta razem z palcami jak nic.

Napawający strachem trop niedźwiedzia

Na próg doliny. Dalej nie pójdę, (bo niedźwiedź), ale chociaż na próg.

Doszłam, Czerwony Stawek sfotografowałam, niewiele więcej zobaczyłam i zawróciłam. Przypomniała mi się wyczytana na stronie TPN-u bodajże mądra rada - w razie misia robić hałas: np. głośna rozmowa albo jeśli solo - np. gwizdać, śpiewać piosenkę.

Po raz pierwszy w górach włączam muzykę. Sama jestem zszokowana tym co robię bardziej niż niedźwiedziem. I set fire to the rain z telefonu na maxa (z wyrzutem sumienia że robię hałas) i zmykam z powrotem.

W połowie zejścia głosy z przeciwka. Trafiły się dwa „żywe duchy" na mojej drodze. Nie podzieliłam się z nimi swoim niedźwiedzim cykorem tylko zawróciłam ponownie!!! We troje zawsze można liczyć na to, że misiek nie potraktuje mnie jak danie główne, tylko przystawkę.

Chmury podniosły się jeszcze wyżej, Jagnięcy zdobyliśmy. Towarzyszyło nam ogromne stado kozic z młodymi. Dwie kozice na szczycie właziły mi na plecy niemalże, aż musiałam je płoszyć bo zbliżały się na niemile małą odległość. Lepiej z takimi rogami się nie skontaktować.  Peter i Ana miłe towarzystwo. Peter robił mnóstwo zdjęć z tym kamzikiem, ale niestety nie przysłał choć obiecał.

Niebo na chwilę odchyliło zasłonę z chmur. Widzieliśmy Dolinę Białych Stawów, grań Koperszadów, Kołowy Staw w Kołowej Dolinie - bo w dole.

Białe i Trójkatne Pleso z Jagnięcego

 Górą chmury. Nie udało się więc obczaić ścieżki na Kołowy, a taki miałam cel drugi, no ale cała wycieczka jak łyk wody spragnionemu po upalnym dniu. Tak długo na nią czekałam. Zachwycająca. Tego było mi trzeba.

I zdążyłam w Białej Wodzie na autobus do kraju o 18.28 Przedostatni.

Zapowiadało się byle jak, a tu proszę-wycieczka jak należy. Deszcz był, ale się zmył, niedźwiedź prawie był, więc były emocje, wątpliwości jak zwykle, tam gdzie trzeba ludzi nietypowo zero - tylko chmury, góry i jaLaughing.

Z Kieżmarskiej Doliny

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 10 comments Trekking Trekking

 2011_07_20 Kłodzka Góra_765m n.p.m. - Góry Bardzkie

 

Po pierwszym wielkim dniu, wielkiej przygody budzę się o normalnej godzinie. Pamiętam, że miałam nie wstawać, ale taka piękna pogoda za oknem, że byłoby to  największą niestosownością. Mam odnotowany autobus do Bystrzycy Kłodzkiej. Pod nr 3 na mojej liście jest Jagodna w Górach Bystrzyckich. Krótki szlak. Można ten szczyt robić w wersji 2,4,6 godzin lub jeszcze więcej. Jak kto chce.

Zanim się jednak pozbierałam, autobus odjechał. Jestem na dworcu o przed jedenastą. Jest gorąco i stanie w miejscu mnie irytuje. Na następny trzeba czekać godzinę. 

Alternatywnie mogę iść na Kłodzką Górę jest.

Można podjechać autobusem do niebieskiego szlaku na Przełęcz Łaszczowa, albo z drugiej strony na Kłodzką Przełęcz, albo żółtym szlakiem, który wyprowadza z samego centrum miasta. Potem z którejś z w/w przełęczy zjechać.

Żółta opcja jest najprostsza. Nie wymaga autobusu więc idę. Męczący pierwszy kilometr w dusznym mieście. Potem w prawo. Skonsultowałam z przygodnym rowerzystą dalszy przebieg szlaku. Z oznakowania nie wynika jasno, w którą stronę iść. Jak szlak zboczy z ulicy wchodzi się w zarośla, pokrzywy, błotnista ścieżka. Zaskoczona jestem niemile. Na dodatek w którymś momencie fetor szamba. Błeeee.

To podmiejska, spacerowa górka. Miejscowi z pewnością nie wchodzą na nią tą ścieżką, przynajmniej w tej części. Przykry odcinek na szczęście szybko się kończy. Szlak wyprowadza mnie na wspaniaaaałą asfaltówkę. Super górska!!! wycieczka.

Część drogi na Kłodzką Górę_765m

 Krótka droga do jakiegoś masztu z antenami. Póki nie weszłam w las widoki są ok. i cały czas dobiegają jeszcze odgłosy samochodów z ruchliwej drogi 46.  Na razie jest dobrze, ale pogoda dziś nie wytrzyma.

Widok sprzed lasu na szlaku na Kłodzką Górę

Oznakowanie szlaku w porządku. Idzie się bez problemów, luzik. Zaskakuje mnie telefon z pracy. Że też człowiekowi nie dadzą spokoju. Zlecenie na sierpień.

Wierzchołek parę metrów od szlakowej ścieżki w gęstym młodniku. Ktoś siermiężnym sposobem przy ścieżce oznakował go na drzewie i dzięki temu skręciłam w młodnik, który już przerósł słupek wierzchołkowy.

Kłodzka Góra_765m zdobyta:)

Zdobyłam Kłodzka Górę. Jeszcze nie rozpędziłam się dziś, a tu już wierzchołek. Sesja foto dla plecaka i idę dalej bo zaczyna kropić deszcz.

Na skrzyżowaniu z niebieskim szlakiem chwila postoju, kanapka. Teraz wybór w prawo na Kłodzką czy w lewo na Łaszczową Przełęcz? Decyduję się na Kłodzką. 15 minut krócej i przez nią biegnie droga z większym potencjałem na okazję. Deszcz rozpadał się na dobre.

Na dół krótko, prędziutko i już droga. Deszczyk się zatrzymał. Tuż po nim okazja. 10-15 minut i jestem w mieście. Z Panią za kierownicą rozmawiamy o KGP.

- Pani tak sama chodzi? - słyszę pytanie.

Koniec wycieczki. Mogę odpoczywać po wczorajszej wyrypie. Jest godzina 15.30

Rozśmiesza mnie fakt, że niewiele szłam, niewiele widziałam, zdobyłam kolejny szczyt KGP, zaliczyłam kolejne pasmo polskich gór, a trwało to niespełna 5 godzin.

Przedłużam pobyt w schronisku o 1 dobę. Już zorientowałam się, że to Kłodzko jest świetnym punktem wypadowym na kolejny szczyt.

Można sumiennie zaplanować jutro. Nie zaśpię na Jagodną.

 

2011_07_21 Jagodna_977m n.p.m. - Góry Bystrzyckie

Na Jagodną autobus do Bystrzycy Kłodzkiej -Młoty 7.10 Trasa piesza z 5 godzin do Długopola + dojazdy. Pobudka o stosownej porze, ale leje jak z cebra. Nie ma po co wstawać.

O 8-ej są chmury, ale już nie pada. Najlepszy dojazd do zielonego szlaku z Młotów już przepadł. Informacja na dworcu w Kłodzku nie obiecuje niczego z Bystrzycy, ale przecież JAKOŚ TO BĘDZIE.

W międzyczasie znów pada.

Do Młotów nie ma szans. Może coś na Przełęcz Spalona. Dyżurny ruchu w Bystrzycy pyta:

- Ilu was jest? - bo mogą uruchomić kurs extra.  

- Jest nas 1 osoba. - extra kursu nie będzie.

Tylko STOP może mnie uratować i ratuje. Na Przełęczy Spalona jestem o 11.15 Stąd szlak krótszy o godzinę. W tym deszczu skrót to konieczność. Nie tylko pada, ale leje jak cebra. Nawet na zdjęciu deszcz „wyszedł".

Schronisko na Przełęczy Spalona_788m

Do schroniska wstępuję z nadzieją, że tam ktoś przeczekuje deszcz i też pójdzie zdobywać Koronę.

Płona nadzieja.

Schronisko puste.

Zaczekam trochę, może deszcz ustanie? Nie ustał.

Weszło dwoje młodych ludzi. Przemoczeni dokładnie. Przyszli czerwonym i idą bankomatu w Bystrzycy. Miło się gawędzi.

Korzystam z okazji żeby porozmawiać, bo dziś znów nie będzie z kim pogadać.

Nie mam szans na towarzystwo. Nie zanosi się też na poprawę pogody. Odjechać nie ma czym. Przecież nie będę zawracać. Deszcz deszczem, a na Jagodną wejść trzeba.

Zostawiam młodzież i komu w drogę, temu peleryna na plecy.

- Pani tak sama pójdzie? ...

Początek szlaku rozorany totalnie robotami drogowymi pod nartostrady.

Rozorany poczatek szlaku na Jagodną

Znów chwila konsternacji. Jeśli nartostrada pokrywa się ze szlakiem to jest znacznie szersza. To z kolei oznacza, że wycięto drzewa ze znakami. Ale na szczęście nie. Może i wycięto, zadbano jednak o malowanie następnych. Łatwy, prosty i jeden z najlepiej oznakowanych szlaków jakimi się poruszałam. 

Na niebieskim szlaku na Jagodną

Deszcz słabł, słabł aż zmienił się w kapuśniaczek. Pierwsza górka Sasin_886 m, druga górka Sasanka_965 m. Jeszcze 12 metrów w górę i 2 cm na mapie. 

Z mapy wynika, że wschodnie zbocze jest mocno strome. Nie idę we mgle, ale widoczności na okolicę nie mam.

Z pewnością byłyby piękne panoramy, ale cóż...

Sytuacja ma jednak inny pozytywny wymiar. Może ze względu na lajtową trasę, brak rozległych widoków, niegęsty las? Może absolutna cisza? Może brak ludzi albo wszystkie te elementy razem wzięte - jest w tym miejscu niewiarygodnie pozytywna aura. Jestem spokojna, wyciszona, wyluzowana. Fizyczna przyjemność z łazikowania. 

Kwintesencja wolności.

Jestem, a świata jakoby nie było.

Wspaniałe deja vu. Już kiedyś... gdzieś...  czułam taki nastrój. Gdzie to było?  

..."będziemy szli nieprzerwanie, w ulewie, skwarze, huraganie... bez gromkich fanfar i okrzyków"... nucę sobie Imperatyw SDM-u.

Na całej, kilkukilometrowej trasie tylko 189m podejścia. Po prostu spacerek. Przedłużam ten miły czas idąc w tempie człap - człap.

Dla butów próba wody. Wyszłam z błota. Teraz mam elegancką drogę leśną. W koleinach stoi woda. Czasem głębsza. Idę wzdłuż jednej poziomicy więc nawet nie płynie.  Lepiej nie iść koleiną. Środek drogi trawiasty. Każdy krok zdejmuje z traw fontanny wody. Z góry woda, z dołu woda, ale to nie ma wpływu na fakt, że dochodzę do wierzchołka.

Dochodzę do wierzchołka Jagodnej_765m

No właśnie. Na wierzchołku ambona myśliwska. Pryska czarowna chwila, włącza mi się alarm. Jest ambona jest zwierzyna. Natura naturą, pięknie jest, ale jak mi tu dziczyzna z krzaków wyskoczy to już pięknie nie będzie. Miśków tu nie ma, ale spotkanie z dzikiem czy jeleniem nie jest najskrytszym z moich marzeń.

Wierzchołek oznakowany w trójnasób. Przedobrzona sprawa.

JAGODNA_765m n.p.m.

Fajne miejsce na odpoczynek. Są ławeczki i stolik stosowny do miejsca, ale wszędzie mokro. Nie siadam. Nie jestem nawet zmęczona. Spokojnie schodzę do Przełęczy Nad Porębą. Niesamowity dzień.

Schodzę niebieskim do Przełęczy Nad Porębą_690m

Tu skrzyżowanie szlaków i dróg. Czas na powrót do realiów. Na stopa w pelerynie nie mam szans. Nikt takiego garbatego Quasimodo nie zabierze do samochodu. Machnęłam na 2 samochody, ale daremny wysiłek. Na następne nawet się nie odwracam.  Zawijam asfaltową serpentyną do Poręby. Przy pierwszych zabudowaniach, jeszcze w lesie postraszył mnie miejscowy, przydomowy kundel bez uwięzi. Do Długopola i bardziej ruchliwej drogi 5 km. Na optymizm komunikacyjny nie ma miejsca. Coraz więcej zabudowań - dochodzę do wsi. Wychodzę na prostą i oczom nie wierzę - nadjeżdża autobus z przeciwka i zawraca! No to w nogi, żeby go dopaść. Ktoś wysiadł. Macham rękami, kijami żeby go zatrzymał. TAAAKI FART. Znów mi się udało.

W Bystrzycy leje.

Spotykam na dworcu tę dwójkę, która była w schronisku na Spalonej. Odbieram gratulacje za przejście trasy. Oni do Międzylesia ja do Kłodzka na ostatni nocleg. Pora je opuścić. Przemieszczam się w górę Kotliny Kłodzkiej do Karłowa.

Stamtąd Góry Stołowe i Orlickie. Można by na Szczeliniec i z Kłodzka, ale obiecuję sobie 3 dni w Górach Stołowych. Błędne Skały, Pasterka, Skalne Wrota ze studenckimi wspomnieniami. To też będzie przyjemność. A ponieważ dalej mam azymut na Wałbrzych - jadę we właściwym kierunku.

 

2011_07_22 piątek - opuszczam Kłodzko.

Mam 8.40 autobus do Karłowa, ale leje jak z cebra. Pojadę o 11.20

Nysa Kłodzka podnosi swój stan. Słyszę na dworcu zatroskane głosy ludzi mówiących o podtopieniach. Nie wszyscy mają lekko.

Plecak spakowany racjonalniej niż w czasie przyjazdu. Jakoś wszystko się mieści bez problemu. Chyba dlatego, że więcej mam na sobie.

Po południu w Karłowie nadal leje. Odpuszczam wyjście, ogłaszam sobie dzień luzu. Melduję się na 3 dni, rozpakowuję się i ... stwierdzam, że nie ma zasięgu w telefonie.

We wsi gęsto informacje o zmianie przebiegu trasy ze względu na remont szlaku.

Wychodzę na rekonesans zobaczyć co się dzieje, jak na niego wejść w takiej sytuacji?

Tymczasowe oznakowanie jest, nie będzie problemów. Chmury nisko. Szczelińca nie widać. Jest późne popołudnie, wszystkie budy pozamykane i żywego ducha we wsi. Nie podoba mi się.

Drobne zakupy. Ekspedientka w sklepie mówi, że brak zasięgu to norma w tym miejscu, a ludzie wrócą jak deszcz ustanie.

No nieeeee.  Może nie być pogody, może nie być ludzi, ale nie może nie być kontaktu ze światem. Rezygnuję z trzech dni. Dziś prześpię, ale jutro zmykam stąd.

 

2011_07_23 Szczeliniec Wielki_919m n.p.m. - Góry Stołowe

                        Orlica_1084m n.p.m. - Góry Orlickie

Wstaję wcześnie rano. Zimny poranek po deszczu, ale pogodny. Ubieram się ciepło. W połowie podejścia na Szczeliniec spotykam dwójkę emerytów i dalej idziemy razem.

- Pani tak sama chodzi? - koronne pytanie.

Piękna trasa. Bezwidokowa na podejściu, ale formacje skalne na zboczu rekompensują brak panoramy. Jest wystarczająco wczesna pora aby nie było ludzi. Parę osób przy schronisku. Przyjemny, ciekawy spacer ścieżką wierzchołkową.

Z koleżanką na Szczelińcu Wielkim_919m n.pm.

 

Schronisko w międzyczasie zapełniło się. Przed schroniskiem kwitnie handel.

Widoki piękne. Byłam już tu i ówdzie i zaczynam kojarzyć na co patrzę. Pogoda niepewna. Dużo chmur. Może się obrócić w każdą stronę.

Widok ze Szczelińca Wielkiego

Na zejściu mnóstwo ludzi podchodzących (Pani w sklepie miała rację). Nie chciałabym teraz przeciskać się przez szczeliny na szczycie. Rozstaję się z Zosią i Heniem. Dalej nam nie po drodze.

Do hotelu, dopakować plecak transportowy i na STOP-a do Dusznik. Muszę na Orlicę wejść, chociażby szlakiem w najkrótszej wersji.

Jak opuszczę Kotlinę Kłodzką już tu nie wrócę.

Muszę. I tak wczorajszy dzień odpuściłam.

Okazja w 5 minut jest, ale do Kudowy Zdroju. Niech będzie. Z większego dworca więcej możliwości. W Kudowie chyba nie ma dworca autobusowego.

 Dojechałam do Kudowy Zdroju

Ja w każdym razie odjeżdżam po niedługim czekaniu z jakiegoś przystanku przy ulicy. Do Dworca PKS w Dusznikach. Po co mi dworzec? Po przechowalnię bagażu. Ale w Dusznikach nie ma dworca, nie ma przechowalni. Południe, gorąco. Jest mi źle. I ten nieszczęsny plecak. Nic tylko załamka.

....

Pozostanie moją tajemnicą co zrobiłam z plecakiem, ale na Orlicę weszłam bez niego zaczynając od Przełęczy Polskie Wrota. Kierowca, który mnie podrzucał najpierw zadał pytanie:

- Pani tak sama chodzi? Odważna Pani jest. Przy wysiadaniu ostrzega:

-Tylko niech pani uważa, ale jest pani dobrze ubrana: buty, spodnie.

Zdziwiona pytam o co chodzi?

-Rozmawiałem dziś ze znajomym grzybiarzem. Mówi, że żmij w tym roku gęsto.

Po tak „pokrzepiającej" informacji nic tylko wsiadać z powrotem i zmykać stąd, ale nie będę robić obciachu.

Idę cały czas przez las.

Poczatek leśnej drogi na Orlicę_1204m n.p.m.

Widoków nie ma. Choćby były - wpatruję się tylko w ziemię. Szukam żmij wzrokiem.

Jak się szuka to się znajdzie.

Coś za mną szurnęło w trawo-krzakach.

Nie wiem co to było, ale dusza na ramię, nogi do galopu. Żeby choć piła w lesie grała - dziś nic. Co pod Zieleńcem mieli wyciąć już wycięli. Pusto, a tu żmije na mnie czyhająFrown

Doszłam do granicy państwa, doszłam do zmiany kierunku szlaku. Poza szlakiem wyszperałam wierzchołek w krzakach. Dojście do niego wcale oczywiste nie jest. Nawet 2 Czeszki tam były i dziś plecak zdjęcia nie ma.

Na ORLICY_1084m n.p.m.

Potem jeszcze 2 ludzi się znalazło. Schodziliśmy razem. Żmije już mi nie były straszne. Zapomniałam na ten raz o żmijach, ale do końca pobytu nie ubrałam już ani razu krótkich spodni. Po co ja trzy pary dźwigałam?

Zwiedziłam jeszcze pieszo Zieleniec, dotarłam do Dusznik, zapobrałam plecak i aby do Wałbrzycha dojechać wróciłam... autobusem  do Kłodzka.

Z Kłodzka PKS do Świdnicy, ze Świdnicy bus do Wałbrzycha, z Wałbrzycha „nyska" do Jedliny Zdroju. W każdym środku lokomocji zasięgam języka jak dalej jechać i poszło sprawnie.

W Jedlinie nocleg miał być tuż przy rondzie, ale Pani zwinęła ten biznes i odesłała mnie na ulicę Akacjową.

Tam Pani biznes noclegowy jeszcze prowadzi, ale nie ma miejsc. Była jednak tak miła, że zadzwoniła do znajomych Pań i po drugim telefonie odesłała mnie na ulicę Piastowską.

Jest spanie.

Szósty dzień mojej samotnej przygody dobiegł końca. Długi dzień. Pełen dylematów, przesiadek, wrażeń, żmij, ale mam 2 szczyty do Korony. Jeszcze telefon do domu i spać.

W kwestii komunikacji publicznej - dworzec PKS Kłodzku zasługuje na piątkę. Długi rozkład jazdy. Mnóstwo lokalnych połączeń, dalekobieżne w różnych kierunkach. Mogłam to przewidzieć, ale nie przewidziałam. (2 dni targałam się niepotrzebnie z wielkim plecakiem).

W Wałbrzychu szok z powodu warunków komunikacyjnych. O ile w Dusznikach dworca PKS mogło nie być, to jego brak w byłym mieście wojewódzkim mnie zaskoczył totalnie. Kierowca wyjaśnił mi, że stary dworzec sprzedany i niedziałający po drugiej stronie drogi jest. Wysiadłam na poboczu. Wiata przystankowa i słupek. Rozkładów jazdy ze siedem. Każdy od innego przewoźnika. Kartki naklejone na „żywca" na ścianie wiaty i na rzeczonym słupku, oskubane. Co nieco wyczytałam, o resztę dopytałam oczekujących tudzież kierowców i znalazłam się w Jedlinie Zdroju.

Punkt wypadowy w Góry Sowie, Kamienne, Wałbrzyskie. Wyszłam już poza mapę Sudety Wschodnie. Teraz będę się obracać w Środkowych.

cdn. 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 10 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Zakopiański Weekend  Biegowy z ‘'Sokołem''

 

3-5 czerwca 2011

 

Trzy biegi w trzy dni

 

Miałem nosa, bo  w tym terminie nie wiedząc jeszcze o zawodach, zaplanowany miałem solidny trening w Tatrach. Wiadomość od ‘'Kucharza'', że Sokół organizuje Festiwal akurat w tym terminie bardzo mocno mnie ucieszyła. Nie mogło być inaczej, planowany trening odbędzie się na zawodach i to m.in. na biegu Marduły, który uważam , jak już kiedyś wspomniałem za imprezę biegową nr 1 w Polsce. 

Swoją drogą ‘'Kucharz'' rozkręca się na górskich szlakach z biegu na bieg, co mnie bardzo cieszy, bo już nie pojawiam się sam na górskich imprezach, jak to miało miejsce w zeszłym roku.

 

Właściwie to skompletowaliśmy mocny skład na wyjazd, bo towarzyszył nam  Kazik z RMD Montrail Team oraz Janusz -  Sokół Zakopane.

 

Piątek  3 czerwca

 

Weekendowy Festiwal zaczęliśmy  od Testu Coopera na stadionie tartanowym Centralnego  Ośrodka Sportu w Zakopanem. Dla niedoinformowanych Test Coopera to 12-minutowa próba wysiłkowa, uczestnicy starają się pokonać w tym czasie jak najdłuższy dystans na bieżni. Serie były puszczane co 20 minut w 15 osobowych grupach.

 

Mój wynik to 3150m.

 

Ps. Gdyby ktoś miał zamiar pobiegać w okolicach stadionu w Zako to polecam ścieżkę treningową na terenie ośrodka. Zaliczyłem ją przed testem Smile, rewelacyjna.

 

jj j

 

Sobota  4 czerwca

 

Nie było dane nam długo pospać. O 8 rano należało stawić się na linii startu w Palenicy Białczańskiej, gdzie przeprowadzony został II Bieg im. hr. Władysława Zamoyskiego, który to podobno...

 

cytat.. ‘' Nie było w Zakopanem ani jednej sprawy, ani inwestycji, w której by hrabia Władysław Zamoyski nie brał udziału i której by szczodrze nie poparł...''.

 

Trasa 10km prowadziła drogą sfaltową z Palenicy Białczańskiej  980m n.p.m. przez Wodogrzmoty Mickiewicza 1100m n.p.m. do schroniska Morskiego Oka 1410m n.p.m, potocznie zwane MOKO. Suma przewyższeń 430m. 

 

Pogoda była piękna, rywalizacja również. Mocna obsada biegu. Wystartowało 85 zawodników w tym jeden nie ukończył.

 

Mój czas to 48,23s co dało 21 miejsce.

jj

j

j

 

 

Niedziela 5 czerwca

 

W nogach już dwa dni biegania, a przed nami ‘'danie główne''. Morderczy silnie obsadzony  IV Wysokogórski Bieg im. druha Franciszka Marduły. Najtrudniejszy bieg anglosaski w Polsce, ale i najpiękniejszy widokowo.

Do pokonania 22km tatrzańskimi szlakami. /+1700m - 1400m/

Przebieg trasy:

Zakopane ( kino Sokół ) w stronę skoczni, następnie na rondo J.P II, dalej drogą asfaltową do tamy - Nosal  - Kuźnice - Myślenickie Turnie - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa - Kuźnice - Kalatówki

 

Na linii startu stawiło się 127 zawodników, nie ukończyło 5 osób.

Mój wynik to 40 miejsce z czasem 2:45:6s

j

 

Podsumowanie

 

Było wszystko, rewelacyjna atmosfera, pogoda mimo przechodzących burz w górach, humor z aferą czajnikową w tle i poszukiwaniami dyrektora sanepidu, regeneracja, wyniki, nagrody, przyjacielskie uściski, nowe znajomości, klimat i perfekcyjnie z wielkim sercem zorganizowana impreza. Kochasz biegać, kochasz góry musisz tam być.

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 9 comments Biegi górskie Biegi górskie

GSB Główny Szlak Beskidzki na Biegowo

 

Noc z 11/12 września siedzę wciśnięty w przedni fotel pasażera jakiegoś 25 letniego BMW kabriolet. Dobre pół nocy już leje, zadaję sobie pytanie, co jeśli za kilka dni będzie tak wyglądał szlak. Pytanie zostaje bez odpowiedzi.  Pomiędzy zmęczeniem, natłokiem zawirowanych wydarzeń z ostatniego miesiąca, setek przebytych kilometrów w drodze, często w nocy, muszę znaleźć pomysł  i siłę na szybkie spakowanie plecaka i wyruszyć  niemal w całodzienną podróż w Bieszczady. Miejsce, do którego muszę dotrzeć to Wołosate. Malutka miejscowość wepchnięta niemal pod samą granicę z Ukrainą, gdzie dzikość przyrody wypiera cywilizację.

 

Zanim wyruszę w drogę, jeszcze króciutkie spotkanie z Rubin, która została mianowana sekretarzem prasowym całego przedsięwzięcia.  Był już zmierzch, gdy niewysoka sylwetka pojawiła się na parkingu w umówionym miejscu. Tak to Rubin, w ręku kartonik, a w nim chyba prawie wszystko, aby przeżyć w dżungli. Mój plecak dysponuje niestety ograniczonymi możliwościami, dlatego też ograniczyłem się do magicznego magnezu sztuk 4, elektrolity sztuk- brak danych, wziąłem ile było Smile. Malutkiego mydełka i żelu.

 

Po za tym w skład mojego plecaka wchodziło:

 

Folia NRC, maść rozgrzewająca, kremy i skromna apteczka.

Trzy koszulki, 3 par skarpet, dwie pary bokserek, spodenki krótkie i spodnie długie

Kurtka przeciwdeszczowa, czapka, czapeczka z daszkiem, rękawiczki, dwa bidony, Power bank, kabelek od zegarka, 5 marcepanów o wadze 100g każdy

 

Po zatankowaniu bidonów bagaż zrobił się, jak dla mnie ciężki. Należy tu zaznaczyć, że z plecakiem nie biegam od dawna, a preferuje pas biegowy pewnej marki. Nie lubię naprawdę biegać z plecakiem. Nie robiłem kompletnie żadnych treningów z plecakiem przed tym wyzwaniem. Gdy dosiadłem zapakowany plecak przytłoczył mnie jego ciężar. Pierwszy dzień był naprawdę ciężki, a ująć z plecaka nie było co, bo wszystko potrzebne.

 

Dzień wcześniej obdzwoniłem całe Wołosate, na numery jakie tylko znalazłem w necie. Wszystko zajęte. Pogodziłem się z myślą, że z Ustrzyk Górnych będę musiał dorabiać z samego rana 6km do początku szlaku. W drodze do Ustrzyk, wpadłem na pomysł, aby pojechać do końca PKS-em czyli do Wołosate i osobiście poszukać raz jeszcze noclegu. Pomysł udał się, już w pierwszym podejściu łapię nocleg na dziś. Mając spory zapas dnia postanawiam wrócić do Ustrzyk Górnych, zjeść coś oraz zaopatrzyć się w produkty na kolację i śniadanie. Po zaliczeniu punktów dnia do Wołosatego udaję się z buta z reklamówką pełną smakowitych owoców. Siata ciężka, a te 6km dłuży się i dłuży. Reszta dnia mija tak szybko, że po obfitej kolacji leżę już i myślami wbijam w szlak się przy słowiańskiej muzyce.

 

Wołosate 14 września -  Pobudka 4.30

 

Lekkie śniadanie i ruszam na początek szlaku, gdzie uwieczniam tą historyczną chwilę.

Biegiem ruszyłem, zaraz za tabliczką koniec Wołosate zaczyna się dzicz. Odgłosy z pobliskich łąk lasów, zatrzymują mnie. Stoję i nasłuchuję, co to jest? Moje największe obawy to niedźwiedzie. Słabo znam Bieszczady, nie wiem czego spodziewać się.  Po kilku minutach przezwyciężam strach, mimo że odgłosy, ryki itp. są coraz bliżej, są tak wyraziste, jakby były dosłownie 100m ode mnie. 

 

Pozostaje biec i rozglądać się dokoła siebie. Jest jeszcze ciemno, pół szaro robi się w drodze na granicę z Ukrainą. Ryki hałasy nie milkną. I nie umilkną, aż przez najbliższe dwie godziny. Tak samotny i bezbronny nie czułem się jeszcze nigdy w górach. Natura w całej okazałości. Przekrój dźwięków od A do Z.  Dokoła dzikie góry, z dzikimi stworzeniami, które nastawione są na przetrwanie. Ja również nastawiłem się na przetrwanie, biegiem, czerwonym szlakiem, przez Połoniny do najbliższej miejscowości Ustrzyk Górnych. Jak najdalej od tych odgłosów, które nie są przyjemne, a na pewno nie są przyjacielskie. To królestwo zwierząt i to one ustalają tutaj reguły. Czmycham stąd mimo piękna jakie widzę i słyszę, dreszczyk emocji dodaje jeszcze ślad na szlaku łapy i pazurów niedźwiedzia.

 

Zastanawiam się kiedy spotkam pierwszego człowieka. Jest! są! nie jeden, a troje naraz, widzę że mają sprzęt fotograficzny, są na Tarnicy, musieli też włożyć poranny trud, by o tej porze znaleźć się tutaj. W drodze do Ustrzyk G. mijam jeszcze jedną również trzyosobowa grupę samców i na samym zbiegu już parę idącą w górę.

 

Pierwszy etap zaliczony, teraz króciutkim przecięciem asfaltem kieruję się na Połoninę Caryńską, a następnie na Wetlińską.

Ostre podejście, doskonale pamiętam je z biegu Rzeźnika, gdy to z Bennetem przemieszczaliśmy się tutaj ładnych parę lat temu. Tylko, że wtedy zbiegaliśmy nim. Tego dnia było naprawdę gorąco, temp dochodziła do 30 stopni  C. Na górze grzało jak diabli. Wyobraziłem sobie jakie trudy miał Maciek Więcek, gdzie temperatury czerwcowe to dopiero dają popalić. Ja tego dnia sam miałem ochotę chłodzić się w rzece, a co dopiero w czerwcu przy rozgrzanej ziemi nocą i dniem.  Wszędzie tam gdzie jest możliwość uzupełniam płyny. Był postój w Ustrzykach G. w schronisku Chatka Puchatka…..

 

Połoninami nie łatwo biec, tłum ludzi tego dnia, piękna pogoda, niedziela zaowocował w rzeszę turystów. Budowa podłoża również sprawia trudności z układaniem stopy w biegu. Tego dnia mam najwięcej wywrotek, niektóre były naprawdę groźne, ale kończące się szczęśliwie na ostatnią chwilę. Nawet raz gałąź dostała z główki Smile.

 

Największe zwątpienie miałem pierwszego dnia w Cisnej na 61km. Było to jedyne zwątpienie i tak jak szybko przyszło tak szybko odeszło. Planowałem tego dnia zrobić więcej niż 76,5km. Dzień przyniósł inne rozwiązanie, na Przełęczy Żebrak decyduję się na zakończenie dzisiejszego etapu i odbić od szlaku 2km na nocleg do bazy studenckiej Rabe. Dlaczego tak? Postanowiłem nie przemieszczać się po zmroku ze względu bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że liczyłem że o tej porze roku będę miał światło dnia aż do godziny 20. Przeliczyłem się już kwadrans po 19 robiło się szaro, a kilka minut później zupełnie ciemno. Ograniczyło to moje przemieszczanie się w ciągu dnia, bo liczyłem na 15 godzin dziennie światła, a okazało się że będę dysponował  13 godzinami, gdyż Pan Bóg żarówkę podkręcał tuż przed 6 rano, a po 19 już zakręcał. Uświadomiłem to sobie pierwszego dnia, że dzienny kilometraż będzie mniejszy niż początkowo zakładałem. Cóż, rady na to nie było żadnej. Morale nie spadło, przyjąłem poprawki jakie dzień dawał i napierałem dalej.

 

Ktoś może zadać pytanie dlaczego nie zdecydowałem się wcześniej zaatakować szlak. Otóż, początkowo myślałem o maju/czerwiec, tak zakładał plan, ale życie zawodowe nie pozwoliło mi na jego realizacje, drugim  terminem był właśnie wrzesień, który uważałem, że w tym miesiącu jest najstabilniejsza pogoda i najłatwiej ją przewidzieć.

 

W bazie noclegowej Rabe zastaję trzy urocze dziewczyny. Bardzo sympatyczne. Sama chatka powala swym wyposażeniem i wyglądem. W środku materace koce, piecyk z drewnem, woda, jest wszystko to co potrzeba. Do mycia pobliski z strumyk.  W środku bardzo przytulnie i ciepło. Usypiam bardzo szybko.

 

Pierwszy dzień  76,5km plus 2km extra na nocleg. Czas 13h09min. D+3965, D-3879.

 

15 września Przełęcz Żebrak

 

Poranna pobudka nieco później niż planowałem, tak dobrze tam się spało i tak cieplutko było.

Odrabiam 2km pod górę z chatki na Przełęcz Żebrak. Odcinek do Komańczy wydaje się był łagodny.  Jeszcze dobrze nie obudziłem się, a przed oczami mam kilka ogromnych włochatych punktów, które również gapią się na mnie. Nagle gwałtowny ruch i trzęsienie Ziemi. Całe stado Żubrów w odległości 50 metrów przecięło mi szlak. Stoję jak w murowany, jeszcze nigdy w życiu na żywo nie widziałem Żubra, a tu taka miła niespodzianka, całe stado około 14 sztuk. To nie koniec żubrowego dnia, pół godziny później spotykam następne stado już nieco obok szlaku. Tak zaczął się mój drugi dzień napierania Smile.

 

W baku tylko pół bidonu wody, a do Komańczy 20km.  Mówię sobie w Duszatynie  zatankuję. Niestety byłem tak wcześnie, że chatka z napojami była jeszcze zamknięta. Robi się coraz cieplej, jadę kropelka po kropelce, aż zaczyna brakować J.  Jeszcze tylko skok przez jedną błotnistą, mokrą górkę i będę napojony.

 

Zaplanowałem sobie tego poranka śniadanie w schronisku w Komańczy. Niestety obszedłem się smakiem, gdyż kuchnia tego dnia akurat była nieczynna i miała remont. Dobrze, że zatrzymałem się wcześniej w sklepie. Właściwie zatrzymywałem się niemal w każdym sklepie, gdzie zaopatrywałem się w płyny jak i w owoce.  Moje główne menu to banany, pomidory, jabłka, ogórki, pomarańcze, czasami śliwki, raczyłem się tym co oferował sprzedawca, wybór owoców niestety bardzo słaby, szczególnie w małych miejscowościach.

Po minięciu schroniska w Komańczy, spotykam dwóch sympatycznych energicznych panów. Plecaki wypchane po brzegi, idą cały szlak, na mój widok jeden od razu strzela z armaty – ULTRA.

 

-Tak jest Panie, ultra.

 

-W jaki czas celujesz?.

 

Mówię, że miało być sześć dni, ale plan zweryfikował się na siedem i tego będę się trzymał.

 

Uprzedzają mnie, że przed Bartnem jest szlak kiepsko oznaczony i że jest jeszcze kilka miejsc w Beskidzie Niskim, gdzie należy uważać. Zostawiając Komańczę opuszczam Bieszczady i pakuje w 150km odcinek Beskidu Niskiego. Odcinek, którego obawiam się najbardziej  na całej trasie.

 

Dzisiejszy odcinek nie należy wydawałoby się do wymagających. Szlak póki co jest oznaczony dobrze, ale jakoś tak mozolnie dziś idzie. Znów patelnia, łysy grzeje od 11, a przede mną  Tokarnia 778m. Co?! niewysoka niska górka, ha!, owszem ale jakie podejście!. Na rozgrzanej łące wyciska ze mnie wszystkie krople. Co wypiję to po sekundzie już spływa po mnie. Otuchy dodaje mi pełzający wąż, który przeciął mi ścieżkę jak samolot tanich linii lotniczych.

 

Dziewczyny z chatki mówiły, że w Niskim są ciężkie podejścia. Oto miałem pierwszy przykład. Toczyłem się na Tokarnie, nagrodą są piękne widoki. Znajduję się też na odcinku, gdzie punktów z wodą jak na lekarstwo.  Pomiędzy Komańczą,  a Rymanowem Zdrój sklepów brak. Dobre 40 km posuchy.

 

Jak mówiłem grzało tego dnia dość mocno. Robił się powoli problem z paliwem. Wierzyłem, że w Puławach Górnych lub Dolnych na coś trafię. Nie trafiłem, a z nadziei wybił mnie miejscowy osadnik Puław, że najbliższy sklep w Rymanowie Zdrój. …………………….  ale jest Bar Leśny w Rudawce.

 

Od tej chwili to był mój cel. Trzeba odbić od szlaku około 1500m. Jest bar czynny, pragnienie zaspokojone. Powrót 1500m i szlakiem do Rymanowa Zdrój, w którym nawet się nie zatrzymuję, a miasteczko bardzo urocze, spodobało się mi, ale dziś czasu brak na chwilową przerwę, napieram do Iwonicza Zdrój, by zdążyć przed zmrokiem i znaleźć nocleg.

 

Do Iwonicza docieram jeszcze za dnia, atakuję pierwszy lepszy lokal z napisem pokoje. Miejsc brak, ale jest bar, więc zamawiam solidną porcję surówek i frytek. Następnie po około półgodzinnym szukaniu noclegu, w końcu udaję się. Cieszę się, że po dwóch dniach napierania wreszcie wezmę gorący prysznic.

 

Nic z tego, dziś rura pękła i prysznica nie będzie, właśnie ekipa naprawia usterkę. No cóż, dostaję miskę i  trochę gorącej wody od gospodarza, wystarczy, lepsze to niż nic.

 

Dzień drugi 60,5km, Czas 10h56min, D+ 1859, D- 2281.

 

16 września Iwonicz Zdrój

 

Czas wyjścia 5:40. Na ulicach Iwonicza ciemno jeszcze, piekarze rozwożą pieczywo, a mieszkańcy udaję  się do pracy. Czasami czuję ich wzrok. Znikam za kilkoma zakrętami.

 

Pamiętam jak kila miesięcy wcześniej Pan Lucjan, mówił nie tyle o oznaczeniu szlaku w Niskim, a główną uwagę zwracał, ze jest on mokry. Ten dzień potwierdził to. Ilość błota jaką można byłoby przerzucić z Beskidu Niskiego, można byłoby zbudować drugą Warszawę.

Dziś kolejne podejście, które zapamiętam na zawsze Cergowa 716m.  Z Cergowej lecę do Chyrowej na małe co nie co. Jest sklep dobrze zaopatrzony. 

 

Jak na Beskid Niski myślę sobie szlak jest oznaczony dobrze.  Wszystko do czasu. W drodze na Bacówkę w Bartnem , po zbiegu, gdzie zaczynają się mokradła tracę szlak. Zagłębiam się w zagajnik i próbuję odnaleźć właściwą drogę.  Po małym kręceniu odnajduję właściwą ścieżkę i docieram do Bacówki.

 

W Bacówce gospodarz oznajmi mi, że ktoś dzwonił w mojej sprawie i uprzedził o moim przybyciu. Trochę jestem zdziwiony no bo i po co i dlaczego?!.  Po zapoznaniu się z moją dietą wegańską, dostaję propozycję upieczenia frytek. Brzuszek burczy, na co dzień nie jem i unikam takich dań, mimo że nie jest mięsne to nie należy do zdrowych, ale bieg ultra wymaga ‘’małych’’ poświęceń. Nie grymaszę tylko cieszę się jak dziecko. Do tego dostaję świeżutką mizerię z pomidora, ogórka zwykłego i małosolnego. Na deser propozycja jabłek od gospodarza tyle ile udźwignę. Udźwignę jedno, więc dźwigam jedno.  Straciłem dużo czasu na pobyt tutaj chyba prawie całą godzinkę, ale za to syty.

 

Robi się późnawo już na nocleg do Regietowa nie dam rady dotrzeć. Wychodzi na to, że zanocuję w miejscowości Ług  (Zdynia). Na mapie widziałem, że jest tam jakiś ośrodek szkoleniowy oferujący noclegi. Docieram tuż przed samym zamknięciem sklepu. Napoje i owoce to kupowane przeze mnie produkty w takich punktach.Nie było inaczej  i tym razem. Nocleg okazuje się być przy samym sklepiku.

Z noclegiem nie ma problemu, mało tego, dostali telefon od Rubin, że kuchnia ma przygotować wegańską strawę. Dziękuję, kuchnia wywiązała się z zadania na 6+. Pani kucharka powiedziała, żebym sobie nie myślał, że tutaj nie wiedzą co to jest weganizm. J. Wcale tak nie myślałem, ale zdziwiłem się, że coś przyszykowali dla mnie. Smile.

 

Dzień trzeci 71,5km Czas 13h28min D+ 2798, D- 2704.

 

17 Września Ług.

 

Wydostać się z mglistej doliny w Beskidzie Niskim nie jest łatwo, ostrożnie uważnie poruszam się w półmroku od znaczka do znaczka. Powoli, ale do przodu. Im wyżej tym przejrzystość  wyraźniejsza i coraz widniej. Na dzień dobry kolejne podejście, którego nie zapomnę Kozie Żebro. Przy akompaniamencie różnych odgłosów z lasu zdobywam Kozie Żebro.  Za Ropkami a w drodze na Banice szlak tak zamotał, że pukałem do chałupy, która stanęła mi na drodze. Przemiła pani wyjaśnia, żę owszem szlak tędy szedł, ale kiedyś, teraz omija jej prywatną działkę, trzeba iść wzdłuż jej granicy. Strat żadnych, ale czas i zamota, nie lubię tego.

 

Zbliżam się do Krynicy Zdrój, a to oznacza po pierwsze opuszczenie Beskidu Niskiego 150 km mokrych, błotnistych dzikich ścieżek. Pająki przez dwa dni po mnie chodziły i odczepić się nie chciały. Jeszcze dzień później wyrzucałem je z koszulki, którą miałem w plecaku. Po drugie czas na obiad! Smile.

 

Przelatując przez miasto, napotkałem tani jak barszcz bar szybkiej obsługi. Od ręki ( a o to chodziło) dostałem ziemniaki, surówkę i herbatę. Dziś 17 września, tą datę w Polsce szczególnie pamięta się.  Obiadek konsumowałem przy gawędziarskim historyku, którego można było usłyszeć z radia jakie nadawało w lokalu. Jako, że interesuję się tymi tematami, przykro było opuszczać lokal, no ale służba na szlaku Smile.

 

Był pomysł, aby to co nie potrzebne wysłać pocztą do domu. No ale co jak wszystko potrzebne, ciążył mi ten plecak, i jedyne co mógłbym wysłać to urządzenie Power bank, który dość ważył.  Zdecydowałem, że nic nie będę wysyłał, to co zabrałem wydawało się być konieczne i niech tak zostanie do końca trasy.  Po opuszczeniu miasta czekało na mnie podejście na Jaworzynę Krynicką, następnie Runek, Hala Łabowska, miejsca znane z trasy 7 Dolin.

 

Dziś koniecznie chciałem dostać się dalej niż Rytro. Doskonale wiem, że z Rytra w którą stronę, by się nie poszło jest mocno w górę. Rytro leży raptem na 338 m n.p.m. Za cel obrałem sobie chatkę pod Niemcową. Na mapie miałem zaznaczone, że czynna sezonowo. Rubin upewniła się, czy sezon jeszcze trwa. Powoli zmierzch zapadał. Mocnym, szybkim i zwartym krokiem napierałem pod górę.  Mocny chłodny wiatr nie dodawał otuchy, ale za to napędzał mnie, by jeszcze przyspieszyć. Na Niemcowej melduję się niemal z zapadniętym zmrokiem. Odpalam czołówkę, las gęsty i ciemny w drodze do chatki. W końcu jest, uradowany, że zaraz się ogrzeję i będzie gdzie spać.

 

Jest co zjeść, co wypić i z kim pogadać. Sama chatka to najbardziej klimatyczne miejsce na całej trasie, a nocne i poranne widoki powalają z nóg.

 

Dzień czwarty  72km, czas 13h09min D+ 2748, D- 3187

 

18 września Chatka pod Niemcową

 

Wszyscy jeszcze spali, gdy opuszczałem ciepłe przytulne i piękne miejsce. Kierunek Radziejowa. Tuż po wyjściu na szlak, nagle jak pierun przemknął gość na rowerze.

 

Qrcze?!, o tej porze?, na tej wysokości? (Niemcowa 1001m), co jest grane?, przecież nie piłem gruzińskiego trunku jakim raczono się w chatce. Nie dam za wygraną i dawaj za gościem. Z górek miał przewagę, ale pod górę dochodziłem go i wyprzedzałem. Zagadnąłem, 

 

-do roboty?

 

-Nie, na borówki, końcówka już, ale jeszcze są. A Wy gdzie, na Przechybę,

 

-tak na Przechybę i dalej,

 

-acha.

 

Nie wiem ile to było, ale dobre 2-3km ścigaliśmy się i mogę powiedzieć był remis Smile. W końcu odbił na swoje borówki, a ja z nadzieją na śniadanie w  schronisku na Przehybie podążałem przed siebie. W schronisku pocałowałem klamkę, bar jeszcze nieczynny, za wcześnie. Następny przystanek Krościenko nad Dunajcem. Tam coś ciepłego na pewno zjem, myślę sobie.

 

Tego dnia wiało przeokropnie, bardzo chłodny, czasami mroźny wiatr. W biegu przeszywał spocone ciało, aż do gęsiej skórki. Widoczność za to kapitalna, widok Tatr ucieszył bardzo.

 

W Krościenku i tym razem nic ciepłego nie zjadłem, jestem tak wcześnie, że otwarte są tylko sklepy,  ale namierzyłem kramik z warzywami  i owocami. Czysta rozkosz. Siata zakupów, konsumpcja na ulicach Krościenka i tym samym opuszczam Beskid Sądecki, mój ulubiony, bardzo go lubię, podoba się mi i już.

 

Przede mną Gorce i Lubań Wielki 1211m, a Krościenko leży na 420m. Była to długa wspinaczka, Lubań jest naprawdę wielki. Co jakiś czas mijam oznaczenia trasy, z tego co zorientowałem się to Maraton Gorce. Po drodze do schroniska na Turbaczu, jeszcze czeka mnie Kiczora.

W schronisku na Turbaczu, ruch duży, zabawny był pewien chłopak, który pytał obsługę , czy w pobliżu , dokładnie to, czy w okolicy jest jakiś bankomat. Smile.

 

Z Turbacza czekał mnie długi ponad 15 km zbieganie do Rabki Zdrój.  W Rabce duża zawierucha z noclegiem, przez to zawirowanie gubię mapę w centrum. Po namierzeniu noclegu, w którym pomogła Rubin, wróciłem się szukać mapy. Było już ciemno i mały ruch, mapę odnalazłem Smile.

 

Dzień piąty 72km, czas 13h09, D+ 2748, D- 3187.

 

19 września Rabka Zdrój

 

Wyjść z Rabki czerwonym szlakiem o tak wczesnej porze jest nie lada sztuką. Szlak prowadzi  dobrze do momentu jak pojawiają się pola i przestrzeń. Miał być łatwy odcinek, by przeciąć Zakopiankę i dalej do Skawy. Na czerwonym szlaku nie ma łatwych odcinków, każdy daję popalić pod innym kątem. Czas stracony na odnalezienie szlaku i dorobienie dystansu mocno denerwuje. Sam szlak z Zakopianki do Skawy, jest jeszcze dzikszy niż ścieżki w Beskidzie Niskim. Ten odcinek to już tylko sympatycy czerwonego szlaku chyba pokonują, bo walorów krajoznawczychnie ma żadnych. Udaję się dostać do Skawy, następnie czeka mnie klepanie trochę asfaltu, aż do Jordanowa i kawałek zanim.

 

Za Jordanowem zaczyna towarzyszyć mi pies. Nic nie mówi, tylko biegnie przede mną uchachany z jęzorem do trawy. Towarzyszył długi odcinek, do momentu jak trzeba było przekroczyć lodowatą rzekę. Mostku nie było, a szlak przecinał rzeczkę. Piesek nie zdecydował się na zimną kąpiel, nie chciałem go przenosić, bo do końca nie byłem pewny, czy to bezdomny piesek. Przypomniała się mi też krowa, która w Beskidzie Niskim, również towarzyszyła mi , z dobre 300metrów. Smile

 

Dziś na szlaku dużo pod górę, w tym najwyższy punkt czerwonego szlaku Babia Góra (1725m). Na początek  z Bystrej (448m), podjazd na Okrąglicę (1247m) i na Policę (1369m). W schronisku na Starych Wierchach ładuję dwa ogórki kiszone. Pani zdziwiona, że najedzony hehe. Nie chcę tracić czasu na przygotowywanie posiłków.

 

Dzisiejszy dzień i jutrzejszy jest decydujący, by zmieścić się w siedmiu dniach. Gołym okiem widać, że idzie zmiana pogody, której obawiałem się najbardziej.

 

Przy silnym, zimnym wietrze po kolei osiągam szczyty. Ten wiatr był niczym w porównaniu z tym jak wiało na Babiej. Był tak mocny i tak zimny, że przeszywał mnie aż do kości, a z oczu czasami wyciskał ze mnie łzy. Na szczycie Babiej zatrzymałem się tylko na sekundę. Napisałem sms do Rubin: Halo Baza, Halo Baza, jestem na szczycie, powtarzam jestem na szczycie.  Sms ten to nawiązanie do słynnego cytatu z rozmowy, jaką Krzysztof Wielicki przeprowadził z Andrzejem Zawadą ze szczytu Mount Everestu. Zimą.

 

Szybko stamtąd zawinąłem się do Markowych Szczawin. Szybki posiłek i długa ciężka droga do schroniska na Hali Miziowej. Na Przełęczy Glinne byłem już tak wypompowany, że podejście, cholernie strome na Halę Miziową dało mi popalić najbardziej ze wszystkich podejść jakie do tej pory na tym szlaku pokonałem.  Zapadł już zmrok, a ja jeszcze nie byłem na miejscu. Po drodze mijam jeszcze grupę chyba czteroosobową, która widzę, również ma już dość i też kierują się do schroniska. Tempo mają słabe, więc odpuszczam i napieram nadal sam. Oj mocno mną poszarpało. Ta końcówka, ale był to dzień rekordowy pod względem kilometrażu na mojej wyprawie do tej pory.

 

Dzień szósty 78km, czas 14h06min, D+ 3750, D- 2944

 

20 września Hala Miziowa - Decydujące starcie

 

To był rytuał jak do biegu na zawodach. Założyłem sobie jeden postój, nie robiąc żadnych przerw. To miał być bieg po zwycięstwo. Ostatni dzień, jak pogoda pozwoli. Wiedziałem, że tego dnia pogoda zmieni się, że może padać, a nawet zagrzmieć. Na zmianę pogody zapowiadało się już od dwóch dni.

 

We wczorajszej rozmowie telefonicznej z Rubin, potwierdziło się to co widziałem w górach. Budząc się w nocy z bólu mięsni, które rzucały prawie każdej nocy na prawo i lewo, widziałem jeszcze gwiaździste niebo. Nad ranem już takie nie było, co ujrzałem to mgła i chmury. Plan polegał, by tak się sprytnie przemieszczać, aby nie trafić na nawałnicę w nieciekawym miejscu. Sprytny plan? Napieranie non stop. Mało tego chciałem koniecznie dotrzeć do Ustronia przed zmrokiem.

 

Ognia! Rano znów krzaki i lasy poruszone odgłosami z oddali, a czasami na wyciągnięcie ręki. Planowałem gorącą herbatę w schronisku na Rysiance. Nic z tego, sprzątanie kuchni, trzeba czekać 15 minut.

 

-Pani kochana ja nie mam dziś 15 minut.

 

Napieram dalej. Może na stacji Słowianka złapię jakąś bułę. Też nic z tego gospodarze jeszcze śpią. Do Węgierskiej Górki tak rozpędzam się, że niemal łapię jelenia za tylne nogi. Smile. Szlak również tutaj płata figla, jest nowa droga i oznaczenia niekoniecznie są czytelne. Jeszcze przy takiej pogodzie, gdzie chmury wiszą 5 centymetrów nad szlakiem, a z nieba kapie co nieco za uszy.

 

Pogoda nie zapowiada się ciekawie na ten dzień. Mówię sobie jeszcze tylko dzisiaj, proszę, dziś są moje urodziny, niech jeszcze dziś wytrzyma, ten ostatni dzień.

 

W Węgierskiej Górce, króciutki postój na prowiant i wodę i dalej w górę na Baranią Górę. Mgła, mroźna mżawka i czasami bardzo wietrznie. Turystów sporo, jest sobota i liczyłem, że spotkam ich w dość dużej ilości. Skoro tyle osób to myślę sobie, może nie ma prognozy burzowej, a jak nie ma prognozy burzowej to już nic mnie dziś nie powstrzyma, aby dotrzeć do mety. Smile

Barania spowiła się we mgle, widoczności żadnej z tej wieżyczki turyści nie mają. Mknę między polsko czeskimi turystami  do schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Nigdy nie byłem na Baraniej Górze, zawsze jakoś tak mijałem ten szlak, cieszę się, że tym razem mogę go zobaczyć i zaliczyć. W schronisku to co wydają najszybciej, frytki i surówka, której normalnie nie serwują do frytek, ale Pani zrobiła wyjątek.

 

Dalej mokrym, niełatwym szlakiem na Kubalonkę, a stamtąd już na Kiczory, czyli prawie w domu. Na odcinku Kiczory-Czantoria trenowałem wiele razy, znam te zakręty. Smile

 

Z Kiczor to idę już jak burza, zaliczając po kolei Stożek Wielki, Soszów Wielki, Czantorię. W międzyczasie pogoda robi się ładna, chmur ubywa i pojawia się Słońce. Dostaje też sms od Rubin, że tak mknę, że przerażam ich Smile.

 

Z Czantorii robię sobie lekki trekking, nie chcę, by na końcowym odcinku co się mi przytrafiło, tempo spowalniam, mam spory zapas przed zmrokiem, mogę sobie pozwolić.  Jest Ustroń Polana, jeszcze tylko  podejście do schroniska na Równicy i w dół w dół 4km do mety. Hurra.

Mijając schronisko już czuję relax, odprężenie, czuję metę. Radość narasta. W Ustroniu czeka Tomek, przyjechał specjalnie po mnie z Częstochowy, by zabrać, brudnego, wyczerpanego Beskidzkiego Wilka do domu.

 

Jest Ustroń, jest meta!!!

 

 

Dzień siódmy 81km, czas 13h10min D+ 2839, D- 2839

 

Przez siedem dni moim domem były góry.

 

Wyruszyłem 14 września o godz.5:08 z Wołosatego, dotarłem 20 września o godz.19.15 do Ustronia. Czas łączny 158 godzin i 7 minut. Zapis trasy zegarek Ambit S. wymierzył 513 km. Przewyższenie D+ 19476, D- 21769. Udostępniłem zapis na moim profilu sportowym Lukas Wlodec Pawlowski.

 

 

https://www.facebook.com/pages/Lukas-Wlodec-Pawlowski/222794447912861

 

Relacja na żywo miała miejsce tutaj:

 

https://www.facebook.com/events/828126290540867/?notif_t=plan_user_joined

 

 

Dziękuję wszystkim za wiarę, wparcie, dobre słowa, smsy, oraz tym którzy zaangażowali się w projekt, czyli sekretarzowi prasowemu Rubin, ukłony niskie, oraz Tomkowi za specjalny przyjazd po mnie, ukłony po raz drugi. Dziękuję, to była wspaniała przygoda.

 

Dziękuję również Akademii Marmot za wparcie sprzętowe. Sprzęt służył dzielnie i ma się dobrze!.

Pozdrawiam cała brać ULTRA i cała resztę.

Beskidzki Wilk Wlodec Smile

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 9 comments Biegi górskie Biegi górskie

1

zdjécie : BMashine

 

..'' Ludzie niekiedy szydzą z tych trenujących codziennie, twierdząc, ze niektórzy sa gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie zycie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, ze chce żyć dłużej, ale dlatego żeby przeżyć Zycie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle. Moim zdaniem bieganie bardzo w tym pomaga. Zmuszenie się do największego wysiłku , do jakiego jesteśmy w stanie się zmusić przy wszystkich naszych ograniczeniach - oto istota biegania i metafora życia, a dla mnie również pisania. Sadze, ze wielu biegaczy się ze mną zgodzi.''...

 

Długim cytatem z książki  ‘' O czym mowie, kiedy mowie o bieganiu''-  Haruki  Murakami wchodzę z relacją z Kieratu. Książkę tá, przeczytałem w drodze do Limanowej na IX edycję Kieratu. Bardzo ucieszyłem się, gdy to przeczytałem, bo to pokrywa się z moim myśleniem , jeśli chodzi o bieganie i Zycie.

 

Od Kieratu u mnie się wszystko zaczęło. Trzy lata temu mając na koncie 9 miesięcy biegania, zaliczona dychę w Krakowie i półmaraton w Żywcu, zdecydowałem się na udział w nieznanym wówczas dla mnie temacie.  Można rzec że dziewięć miesięcy biegania to czas, aby cos się urodziło. Narodził się w moim życiu KIERAT. Dwie poprzednie edycje to srogie lekcje. W tegorocznej edycji wiedziałem, ze zdobyte doświadczenie fizyczne sprosta trudom imprezy. Niewiadomą pozostawała nawigacja, którą właściwie oprócz Kieratu nie trenuje. Można biegać szybko, ale bez nawigacji będziesz w tym samym miejscu co ludzie którzy idá tylko pieszo, a dobrze nawigują.

 

Każdy start w Kieracie to niewiadoma, nigdy nie wiesz co Cié spotka i jak potoczą się losy na trasie. Można wiele zyskać, ale i stracić. Budowniczy trasy dba o to, aby nie było nudno.

 

,, Na majówké''

 

Na linii startu spotykam Darka, druha którego poznałem rok temu na drugim punkcie, z którym to napieraliśmy niemal do samego końca razem. Postanawiamy w tej edycji zmierzyć się razem z trasa.

 

Rok temu to Darek dyktował tempo. Byłem pewien że w tym roku wspólnymi siłami pognamy do przodu. Okazało się, że tym razem dyktowanie tempa należy do mnie.  Dla Darka to pierwsza impreza ultra i góry w tym roku Dla mnie to czwarta impreza w ciągu niemal miesiąca, w tym druga ultra w górach. Wybiegany i naładowany energią pozytywnie patrzę na mapę. Martwią mnie trzy punkty 8,9,10 do których załączona jest dodatkowa szczegółowa mapka. Nigdy wcześniej na Kieracie tego nie widziałem. Będzie ciężko.

 

Widząc mnie, tzn. mój skromny ubiór i skromne wyposażenie Darek jest ... na pewno zdziwiony i bliżej nieokreślone myśli jakie jemu w tym momencie przeszły przez głowę, kwituje słowami : ‘' Co Ty tak, jak na majówké''.

 

W tym roku moje bieganie przechodzi metamorfozę o 180 stopni. Zmieniam niemal wszystko. Na biegi szykuje się z marszu, minimalistycznie zabierając tylko to co potrzebne. Skromne wyposażenie, Izo własnej roboty batonik i do przodu. Jak to Rysiek mówi :  ,, Alleluja i do przodu''.

 

Na 1 punkt obieramy w pewnym momencie własną ścieżkę, pnąc się w góré przez chaszcze skracamy dystans do punktu. Po chwili z każdej strony pojawiają się napieracze głodni podbicia karty na punkcie 1.

 

Z jedynki na dwójkę, proponuję przez babcyne. Tniemy na azymut przez pola łąki, zarośla i potoki. Nawet jakieś rowy po drodze zaliczamy. Piękny był również sad, przez który przeszliśmy sobie niczym właściciele.

 

Przekraczając most nad rzeka Łososina, znów z rożnych stron pojawia się napieracze. Droga na dwójkę pod góré na cmentarz upływa w większym rozrzedzonym gronie .

 

Z dwójki na trójkę każdy ma swój wariant, ja proponuję dołem, skakać  z drogi na drogę, przecinając w ten sposób nie duże wzniesienia. Darek proponuje bezpieczniejszą opcję, jak większość, górą po szlaku. Wydaje się mi że jego opcja jest zła, ze względu na przewyższenia. Namawiam go na swój wariant. Udaje się. W pędzie przeoczyliśmy jedna dróżkę i w ten sposób lądujemy nieco dalej tzn. niżej niż zakładaliśmy. Dorzucamy w ten sposób 2-3km, ale mamy bezpieczną drogę i ominęliśmy góry i większe przewyższenia. Zaoszczędzone siły przydadzą się na kolejne punkty. Na trójce mieliśmy być o 22, tak zakładał nasz plan. Niestety lądujemy  tam o 22.20, gdzie znajduje się również punkt z wodá. Wlewamy co potrzeba i napieramy na czwórkę, do której docieramy po asfalcie.

 

Oj dość miałem tego asfaltu.   Z czwórki na piątkę dalej gnamy asfaltem aż do przecinki. Dołącza do nas starszy pan w trampkach. Siwa broda, okulary, w lewej ręce folia strunowa od organizatora w której trzyma mapę, latarkę, butelkę wody, kanapkę, a w prawej ręce kijek. Wygląda jak mistrz niczym z filmów kung - fu . Malo rozmowny. Ale energia napieracza jak młodego, trzymał się nas dzielnie. Mało tego, jak później się okaże, razem przebędziemy spory dystans aż do mety.

 

Dobiegając do przecinki tniemy na azymut do Ruin domu. Punk okazał się nieźle ukryty i znalezienie go poprzedziło konkretne chaszczowanie w dużej grupie. Było to chaszczowanie przez duże CH. W pewnym momencie wspólnie szukało go chyba ze 20 osób albo i więcej.  Teraz wiem gdzie i jaki błąd popełniliśmy. Tracimy na szukaniu sporo czasu, pierwsza większa wtopa tego wieczora.

 

Do tej pory szło ładnie i zimny prysznic w postaci piątki. Nachaszczowal się człowiek.  W nogach ponad 40km już , Darek po odliczeniu 44km mówi : czuje już ten dystans.  Ja właściwie nic nie czułem oprócz ochoty wyrwania do przodu. Oj paliły mi się podeszwy. Ale razem to razem.

 

Z piątki uderzamy na półmetek do Kasiny Wielkiej. Bardzo fajny przelot torami - Karpacka Linia Transwersalna z 1884 roku. Dobre parę kaemów bijemy torami wyprzedzając zawodników. Co rusz słyszymy : ale chłopaki lecicie, jak pospieszny, Uwaga TGV nadciąga . Dodam ze biegnąc po ciemku po spróchniałych deskach i kamieniach jest duże ryzyko kontuzji. Biegło się cudnie do stacji Kasina Wielka. Jak wyczytałem  później będąc już w domu, tego dnia gdy napieraliśmy tam BBC i TVP zaczęła kręcić tam serial ‘'Szpiedzy w Warszawie'' okres II wojny światowej - premiera na Jesień 2012.

 

Na szóstce wodopój i zupka z proszku w szkole i półmetek trasy. Baterie naładowane i ruszamy na siódemkę, prosta droga na skrzyżowanie szlaków. Tam tez zostało zrobione to zdjęcie. Jakoś tak świtać zaczęło po drodze.

 

j

zdjécie : Krzysztof Wiktorowski

 

Brnąc po przecinkach na punkt nr 8. Spotykamy po drodze większą grupę w której znajduje się również starszy Pan, napotkany wcześniej. Z grupą tá dochodzimy do punktu ósmego i tak już nie rozstaniemy się aż do mety. Ekipa z Leszna nawiguje na poszczególne punkty. Kontroluję mapę, ale momentami ich przecinki zaskakują mnie.

 

Najbardziej ukryty punkt nr 9 Cyrkowa Skała ukryta w gęstwinie leśnej, poszła im bardzo szybko. Sá mocno zorganizowani co jest dużym plusem.

8,9,10 punkt to sztuka nawigacji, dla ułatwienia organizator dodał specjalną mapkę z tymi punktami czego wcześniej na Kieracie nie widziałem. Był to znak ze nie będzie łatwo je namierzyć.

 

‘'Na ogórka''

 

Podłączeni do pociągu zaliczamy kolejne punkty.  W drodze na 11 punkt chaszczujác pod góré nagle objawia się zapach ogórka. Zapach jest tak intensywny ze zaczynam  zastanawiać się czy ze mną wszystko ok.?!.

 

Pół godziny wcześniej zaliczyliśmy sklep. Nasza ekipa wpadając po prowiant niemal nie rzuciła się na smakołyki stojąc w kolejce. Było nas jakoś 11 osób.  Nie wytrzymując już pragnienia łapiemy po puszce napoju i wlewamy w przełyk, oczywiście informując o tym panią ze sklepu. Pierwszy raz zapłaciłem przy kasie za pustá puszkę Smile

 

W sklepie zaczepiam starszego Pana, który napiera z nami od samego początku mam wrażenie że znam go. Stojąc w kolejce dostaje olśnienia.  Twardziel Świętokrzyski, tak tak to właśnie tam z nim rozmawiałem w drodze na start. Opowiada mi jak pomylił trasę i pobiegł szklakiem do końca robiąc w ten sposób 105km. Jak się później okaże zaliczył tez Transjuré.

 

Pyta się mnie co tu zjeść, czy czekolada będzie odpowiednia. Łapiemy po czekoladzie i wypadamy na zewnątrz.

 

Wychodząc ze sklepu rzuca się w oczy beczka z ogórkami małosolnymi, ślinka leci, ale stwierdzam że nie ma czasu i nie wracam się po nie.

 

Wspinając się tak, mówié do Darka : czujesz? Ogórki!. Po chwili Darek odpowiada: czujé ! Pachnie ogórkami.

 

Uff, jestem w realu, Darek tez to czuje. Roślinność przez która przedzieraliśmy się wydawała taki zapach. Bardzo ciekawe hmm..... . A może obaj byliśmy poza realem hmm  ciekawe....

 

Po zaliczeniu 11 punktu ostry wspin, bardzo ostry, w stronę wyniosłego szczytu Mogielica 1171m.

 

W jakimś miejscu pomagam młodej dziewczynie podając jej rękę, aby wspiąć się po stromym urwisku. Było tak stromo że trzeba było,  jak kot na czterech łapach. Dziewczyna dzięki mnie miała łatwiej.

 

Podąża z nami przez chwile, ale przystaje i mówi: mam dosyć tych gór już. Ciekaw jestem jak dalej sobie poradziła.

 

12 punkt to trasa narciarstwa biegowego, tutaj zostawiamy parę osób, których tempo jest wolniejsze od grupy mającej aspiracje na bieg. Od tego momentu biegniemy już do samej mety zaliczając punkt nr 13 po drodze.

 

W drodze na trzynastkę dołącza do nas Stanlej, mocno wkurzony. Stracił dużo na punktach 8.9,10, tracąc przy tym dobra pozycje. Tak to już jest na Kieracie można mocno zyskać, albo stracić na poszczególnych punktach.

 

Razem udajemy się w stronę mety, na końcowych kaemach Stanlej wraz ze starszym Panem przyśpieszają i odłączają się od nas.

 

Spotkamy ich na mecie.

 

Po 19 godzinach i 45 minutach dobijamy do mety, przybijając sobie piąteczki. GPS Darka pokazuje, że mamy zabiegane 110km, czyli teoretycznie jakieś 2 godziny w topy.

 

Starszym Panem okazuje się Pan Krzysztof rocznik 1949r. który ostatecznie wraz ze Stanlejem wpadają na metę z nami, bo zakręcili się i pobiegli na rynek zamiast do bazy zawodów.

 

Wspaniała impreza, chce tam wracać. Podsumowując  kończę swoim cytatem ...

 

 

...,, Odkryć to co nieodkryte okrywające nasz umysł''....  wlodec 29.05.2012

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 9 comments Trekking Trekking

Znak początek/koniec GSB w Wołosatem28.04 - 4.05.2012

 

Wyprawa w Bieszczady atrakcyjna, acz obłożona dwoma dniami jazdy w tę i z powrotem. Można próbować nocnych dojazdów, ale nie bardzo jest czym i dzień po nocnej jeździe też rześki być nie może. Jedziemy z założeniem, że do wieczora jakoś do Ustrzyk dotrzemy. Dalekobieżny autobus do Nowego Sącza, w 10 minut przesiadka do Ustrzyk Dolnych. Trzeba nam do Górnych, ale nic nie ma. Jakoś to będzie. W najgorszym przypadku śpimy tam gdzie nas kryzys komunikacyjny dotknie, bo mamy sprzęt biwakowy i jesteśmy na razie niezależne od prądu.

Na przystanku w Ustrzykach Dolnych próbuję „przygadać” się do busika, który przyjechał po syna z naszego autobusu, ale nie ma miejsc siedzących. Może zabrać tylko 1 osobę i oba plecaki. My jesteśmy nierozłączne, musimy podziękować. Jest dworzec, ale nic z niego nie pojedzie (sic!).

 

Wychodzimy na wylotową drogę 896 w stronę Ustrzyk Górnych. Profilaktycznie zaopatrujemy się w zapas pieczywa na jutro, bo a nuż okaże się, że w Górnych będzie pusto jak w listopadzie. To była obawa bardzo na wyrost. Kupione bułeczki przywiązujemy w reklamówce na wierzchu plecaka bo gdyby je do środka wcisnąć – przestaną być bułeczkami. Jest stop. Kierowca ze śląską rejestracją jadący na urlop w Bieszczadach zatrzymuje się. Ze zrozumieniem podchodzi do naszego problemu komunikacyjnego. On tylko do Czarnej, ale proponuje, że nas podrzuci gdzie trzeba (30km), jeśli tylko po drodze pozwolimy mu zgłosić się w swoim hotelu. O płaceniu oczywiście nie ma mowy.

O 19.30 jesteśmy zameldowane na campingu. Pogoda doskonała. Kilkanaście namiotów już stoi. Nasz też szybciutko do nich dołącza - luz. Przyjemny, ciepły przedwiczorek po męczącym, gorącym dniu w autobusie i zielona, chłodna w dotyku trawa pod stopami. Uwielbiam ten moment - bosą stopą po zielonej trawie podeptać, przed namiotem usiąść, kaweczkę delektować, słuchać odgłosów kończącego się dnia. Słońce chyli się coraz niżej, maluje na złoto wszystko co jeszcze oświetla, wydłużają się cienie, a człowiek ma poczucie dobrego, mijającego dnia. Jeszcze nie mam wędrówki za sobą, ale jej perspektywa na jutro jest pokrzepiająca.

Ostatni, przed zmrokiem złapany widoczek z przed kempingu.

zachód maluje góry


Plan na najbliższych dni kilka przewiduje konsekwentne trzymanie się czerwonego szlaku. Zaczynam Główny Szlak Beskidzki i zamierzam go w tym roku skończyć. Początek w Wołosatem. Dojść tam trzeba 5km niebieskim, ale okazuje się, że na weekend majowy zaktywizowali się prywatni przewoźnicy i za 5 zeta, w niedzielę rano podjeżdżamy busem. W budce biletowej przytomnie pytam o znak początek/koniec GSB z czerwoną kropką czerwonego szlaku. Pamiętam, że jesienią go nie widziałam.

 

 

 

Pan z kudłatą brodą i fryzurą mnie odsyła do tyłu, do tablicy BdPN. Wróciłam, „przeszperałam” wzrokiem przydrożne krzaki, zapytałam w sklepie „ostatnim na szlaku”, na parkingu „ostatnim na szlaku”, przed sklepem miejscowego bywalca… i nic. Nikt nie wie o czym mówię czyli nie widzieli znaku. Nie znalazłam.

Zamieszczone tu zdjęcie ściągnęłam z netu, za pozwoleniem nieznajomego Łukasza, z jego strony. W sierpniu ubiegłego roku oni ten znak fotografowali.

Niepocieszona wracam po bilety. Zapisuję mój początek trasy w jakimś kajecie „na brudno”. Gość z budki zbiera ponoć wpisy o takich jak ja beskidnikach z GSB, ale dziś nie ma ze sobą szacownej księgi.

Zachodzimy na stary cmentarz. Trudno jakoś minąć to miejsce bez odrobiny uwagi chociaż i jesteśmy na trasie. Godzina dziewiąta, a już gorąco. Zapowiada się upał, ale co tam.

Szeroki Wierch i Tarnica


 

 

Czuję, że wkraczamy w bezludzie, w ciszę, w piękne panoramy. Szum wiatru, traw falujących szelest na połoninach... Wiem, że przed nami piękna trasa. Towarzyszy nam od lewej Szeroki Wierch i Tarnica.

 

Znam trasę, ale Ola jest pierwszy raz w Bieszczadach i… „zupełnie mama nie rozumiem Twojego zachwytu”. No masz!

 

 

 

 

380 m różnicy wysokości do Przełęczy Bukowskiej_1107m n.p.m. rozciąga się na długim, łagodnym podejściu. Pokonujemy je spacerkiem leśną, coraz węższą drogą.

Poznajemy ekipę z Bielska, z którą kilka razy będziemy się spotykać na szlaku. Lasy jeszcze w dużej mierze bezlistne.

Na Przełęczy pierwsze albo raczej ostatnie w tym roku łaty śniegu.

Przebiśniegi kwitnące




Przebiśniegi kwitną!

Wiosna walczy z zimą, ale zielonej trawy na połoninach jeszcze nie będzie.




z Halicza


 

Wchodzimy na Rozsypaniec.

Trochę zawiedziona jestem, że szumu traw nie usłyszę, ale rozszerzająca się panorama jest jak należy. Ponoć przy doskonałej widoczności Gorgany widać. Dziś widoczność ok, ale niewystarczająca.


Przez Halicz na Przełęcz Goprowców.

 

 

Na Tarnicy_1346m n.p.m.


Od Halicza mamy sporo ludzi w towarzystwie -przesadziłam z tym bezludziem. Na Przełęczy Siodło tłum wycieczkowy, na Tarnicy takoż, ale wiatr mocno dający się we znaki przerzedza towarzystwo stosunkowo szybko.


Mam zdjęcie, którego nie miał mi kto zrobić przy „koronnym” wejściu w listopadzie i widoki.

Pauzujemy odrobinę niżej niż na szczycie i ciut wyżej niż na przełęczy. Spotykamy ponownie bielską ekipę. Załapujemy się na szarlotkę!!! – (albo wspaniała żona, albo mama kochana za nią musi się skrywać), wymieniamy się mailami do wymiany zdjęć i oni na Bukowe Berdo, my przez Szeroki Wierch.

Teraz już tylko z górki.


 

...taki domek:)


Przed 18-tą jesteśmy w domu.

Mamy później czas na spacer po centrum.

2 sklepy, 3 budki z pamiątkami, knajpa, rondo i koniec.

Przy okazji wpadają mi w ręce mapy Gorgany-Świdowiec i Bieszczady Wschodnie. Może się kiedyś przydadzą. Lepiej mieć niż nie miećWink

22,4 km GSB mam i powód do zadowoleniaSmile

Byłby większy gdyby towarzyszące mi kolana nie marudziły, że bolą. Zmieniamy wobec tego plan na jutro. Z mojej trasy Caryńska-Smerek zostaje tylko Caryńska, no ale – jesteśmy tu dla przyjemności.

Z odrobiną zaskoczenia rejestrujemy silną opaleniznę. Wiatr bałamucił nas na grani, a słońce robiło swoje.

 

Nazajutrz Caryńska.

Obudziłam się o 6 tej. Całe pole śpi w najlepsze. Nasza trasa to jak pół trasy – nie ma po co studentów budzić i narażać się na kwękanie, więc tylko wymyk z namiotu i mam godzinę o rosie tylko dla siebie. To jest TA godzina. Dla mnie bajka.

Jeszcze w śpiworze bo żal wyjść z ciepełka - kawa na trawie (kuchnia w zasięgu ręki). Kto mieszka w betonach, wysoko nad ziemią i po trawie nie stąpa na co dzień docenia taki zielony komfort. Po śniadaniu de lux gotowanym (dziś mleko się nie przypaliło) ruszamy o 9tej. Podjeżdżamy busem do Berehów i wracamy szlakiem do Ustrzyk.

Rawki Mała_1272m i Wielka_1304m n.p.m. i Bacówka pod Małą





Cały dzień słońce pali niemiłosiernie. Ludzi mnóstwo, ale dla tych widoków warto. Z każdym krokiem po wyjściu z lasu coraz szersze. Kolejne pasma pojawiają się jak zaproszenie do wejścia.

Rawki wyróżniają się wyraźnie w krajobrazie śniegiem zachowanym na północnych stokach.

 

wąskiej ścieżki ślad na Połoninie Caryńskiej

 

 

Ślad ścieżki na połoninie.

Taką drogą, najlepiej w nieznane mogłabym… iść, ciągle iść, w stronę słońca... aż po horyzontu kres.

No może tylko żeby nie było tak ludno.

Dziś podziwiamy Tarnicę, Szeroki Wierch i Bukowe Berdo z daleka.

 

ulga dla stóp po całym dniu

 

 

 

 

Pierwsza napotkana woda skusiła do zanurzenia stóp. Tego nie sposób było sobie odmówić. Szkoda tylko, że potoku nie było wcześniej. Jesteśmy na samym dole, we wsi.

I już – w namiocie o 15tej. Zwijamy biwak i przemieszczamy się dziś do Wetliny na pole namiotowe przy schronisku PTTK.

 

 

 

 

Tu więcej namiotów i głośniejsze towarzystwo. Nie podoba mi się, ale to tylko 1 noc. Wytrzymamy.

Rano zaczynamy z Berehów trasę Wetlińska-Smerek wieś.

 

 

 

Kolejny dzień z prażącym słońcem. Długie nogawki i rękawy bo opalenizna zbliża się do poziomu oparzeń. Ręce i nogi jako tako, ale o smarowaniu filtrem karku zapomniałam jakoś niestety. Dzień był męczący. Ludzi ilość chyba nieskończona. Nie pasuje mi to do mojego obrazu Bieszczad. Tłumy w Tatrach to ja rozumiem, ale tu…? Zatęskniłam za listopadowym wypadem, kiedy był mróz i przez 2 dni spotkałam kilkoro ludzików.

 

 

Połonina Caryńska z WetlińskiejNa podejściu spotykamy miłe towarzystwo i aż do Przełęczy Orłowicza idziemy razem. Dziś podziwiamy Caryńską z daleka.

W Chatce Puchatka mały popas. Agituję nowopoznanego, dziesięcioletniego młodzieńca do pójścia dalej bo widzę, że mama chce iść bardzo, ale mały traci motywację. Argumentuję, że zamiast wracać tym samym szlakiem zejdą następnym, ale zaraz pierwszym jaki tylko będzie. Dał się przekonać. Troszkę tym sposobem wpuściłam dziecko w maliny, ale Patryk przeszedł całą Wetlińską i zasłużył na tytuł wytrawnego bieszczadnika, bo poradził sobie dzielnie, a towarzystwo nie rozdzieliło się na podgrupy.

Na Przełęczy Orłowicza wzmożona frekwencja. Majowy weekend się rozkręca. Jestem pewna, że od jutra jak wejdę na leśny szlak to się zmieni, ale Ola jutro już odjeżdża i te przez 3 dni, które spędza ze mną chcę jej pokazać Połoniny właśnie – wszak to kwintesencja Bieszczad. Przechodzimy Smerek. We wsi jesteśmy po 17tej. Łapiemy stopa do Wetliny, zwijamy biwak i przerzucamy się do Cisnej. Stopem.

Tym razem rodzinka z łódzką rejestracją. Młodzi ludzie z czteroletnim maluchem. Z takim niewiele można, ale znam ten ból, kiedy małość dziecka ograniczała aktywność górską. Głód gór, który znamy. Ola wspomina jak ją mama targała po Tatrach w tym wieku.

 

W Cisnej udało się nawiązać kontakt na dojazd do Leska nazajutrz rano i połączenie do Krakowa. San-bus expres frontem do klienta.

Bolące kolana odjadą, nie będzie ograniczeń co do długości trasy. Jutro ze Smereka do Cisnej. To miał być rest day, po trasie Caryńska-Smerek poprzedniego dnia, ale wyszło jak wyszło.

 

W środę o 8-mej ruszam ze Smereka.

Krzyż w miejscu cmentarza

 

Pierwsza rzecz we wsi godna uwagi to stary cmentarz. Właściwie tylko miejsce gdzie kiedyś był. Ani jednego nagrobka. Tablica informująca o nim i pamiątkowy krzyż postawiony dopiero w 2008 roku. Wiatr historii zmiata skutecznie pamięć o ludziach. 

Zgodnie z przewidywaniem idę sama.

Po godzinie dochodzę trójkę wędrowców i dalej maszerujemy wspólnie. Fajne towarzystwo. Na wierzchołku Fereczatej_1102m spory kopczyk kamieni ułożony. Żartujemy, że to ten metr przewagi jaką ma ona nad Okrąglikiem_1101m n.p.m. Zasadnicze podejście dzisiejszego dnia za nami więc robimy popas.

 

 

 

 

 

widok z Jasła... namiot ogromny z błękitu

Potem wychodzimy na Jasło_1153m n.p.m. z widokami, a że jest na co patrzyć i czasu mamy dostatek znów postój albo raczej posiad. Namiot ogromny z błękitu…

Dalej Szczawnik_1098m, Małe Jasło_1102m, Worwosoka_1024m, Rożki_943m i na sześćdziesiątym piątym kilometrze GSB od Wołosatego licząc, w Cisnej jestem o 15tej. To trochę strata czasu, ale ogarniam się po trasie i żeby go nie tracić robię mały rekonesans do Bacówki pod Honem. Przebiegła mi przez głowę myśl, że mogłabym się tu przenieść z biwakiem, ale ostatecznie to tylko pół godziny drogi od miejsca w którym jestem – trochę bez sensu. Porzucam ten pomysł. Przygotowuję się do jutrzejszej trasy. Tym razem 32 km do Komańczy, 10 godzin. Zacznę wcześnie. To może nie być lajt i pogoda ma się zmienić. Lepiej żeby nie.

 

W czwartek pobudka przed piątą. Nareszcie wstaję jak człowiek i bardzo mnie cieszy, że mam po co. Różne ludzie mają kółka zainteresowań, a ja mam poranną kawę jeszcze w śpiworze. Taki rytuał.

Opuszczam pole 5.55 Pusto we wsi i cicho.

mgły o poranku z Bacówki pod HonemDochodzę do Bacówki i nareszcie mam na szlaku chłód wczesnego poranka. Obfita rosa srebrzy wszystko wokół, mgły snują się doliną. Chce się żyć.

Mijam śpiące schronisko i krótko, ale ostro podchodzę na Hon_820m n.p.m. Pierwsza dziś górka. W bliżej nieuzasadniony sposób uklepało mi się w głowie, że Przełęcz Żebrak to połowa trasy, a wcześniej jak zdobędę Jaworne to potem już mi nie grozi niezrobienie planu. Trzeba zdobyć Jaworne. 10 km i 3.45 godziny. Dzisiejszego dnia nie zakłóca mi obecność żadnego towarzystwa. To co Bożenki lubią najbardziej - iść, dumać, nie gadać - kontemplować urodę świata.

pierwszy sygnał o niedźwiedziachTrasa leśna, słońce już tak nie doskwiera. Zaliczam płynnie Osinę_963m, Berest_942m, Sasów_1010m. Ktoś jednak chodzi tym szlakiem. Na Sasowie kartka weryfikacyjna Studenckiego Klubu Górskiego. Zespół NIEDŹWIEDŹ.

Że też taką prowokacyjną nazwę sobie obrali. To mi przypomina, że powinnam wzmóc czujność!!! Wszak niedźwiedzie nie śpią. Może za następnym krzakiem... Jerzyk nie omieszkał mi podesłać stosownego linka o niedźwiedziu w Bieszczadach, ale to było w Lutowiskach. Idę w przeciwnym kierunku więc spoko, nie mniej jednak ziarno niepokoju zakiełkowało.

Na Wołosaniu_1071m mam dobry czas więc odpoczynek i śniadanko. W drodze na Jaworne znienacka dostrzegam na ścieżce kupę!!! Czyja? Niedźwiedzia!!!!!

Przemknęła mi przez głowę myśl by ją sfotografować, ale nogi pomknęły natychmiast do przodu i nie zdążyłam nic prócz pomyślenia zrobić. Daję ostro z buta, bo z górki jest do skrzyżowania z czarnym szlakiem. Tu zaczynam się śmiać sama z siebie, bo po pierwsze nie wiem jak wyglądają odchody niedźwiedzia i może to wcale nie niedźwiedź był, a po drugie nawet jak niedźwiedź to przecież nie idzie szlakiem do Komańczy, nie ma obawy. Faktem jest, że na Jawornem byłam o 10tej, piciu i dalej. Na Przełęczy Żebrak o 10.55 i ta mnie zaskoczyła. Jakoś za prędko do niej dotarłam. Tu spotykam pierwszych dwóch chłopaków, którzy z Bacówki pod Honem wyszli godzinę wcześniej niż ja tam byłam. Mam czas o godzinę lepszy od nich. Po niedźwiedziej kupie, - którą oni też widzieli i ze znawstwem oceniają, że wczorajsza - zabieram się dalej z nimi. Lepiej nie ryzykować. Wspólnie trzymamy się z pół godziny, ale idą znacznie wolniej. Poza tym widzę, że gość na podejściu powstrzymuje sapanie. Chyba nie czują się komfortowo w moim towarzystwie. Zatrzymujemy się na chwilę. Picie, kanapka i ruszam wcześniej. Cześć chłopaki – to ja lecę. Już mi niedźwiedzie strachy przeszły. Teraz mam ludzi za sobą.

szczyt Chryszczatej_998m n.p.m.

 

 

 

Szczyt Chryszczatej_997m znów mnie zaskakuje, że już jest. Tu popasam sobie pół godzinki. Jak utrzymam dotychczasowe tempo bez sensu zalecę do tej Komańczy w pół dnia. Daję sobie na wstrzymanie tempa. 

 

Z dwóch cmentarzy wojennych, które powinnam minąć dostrzegam tylko jeden za Chryszcztą. Zmierzam do Jezior Duszatyńskich.

Zrobiło się gorąco.

 

 

 

Duszatyńskie Jezioro

 

 

 

Jakby tak stopę w wodzie zanurzyć byłoby super. Nie da się jednak stopy zanurzyć od tej strony jeziora, a z drugiej strony mnóstwo ludzi. Tak to ja nie chcę.

Jestem w Rezerwacie Zwiezło. Jeziora malownicze, tylko ze 3 km od Duszatyna. Od tej pory mam już liczne towarzystwo spacerowiczów.

 

i znów namiot ogromny z błękitu

 

Wychodzę z lasu w ciasnej dolinie Osławy. Nie ma wiatru. Natychmiast skwar daje znać o sobie. Terenowych widoków nie ma, ale niebo rekompensuje ten brak. Pogoda raczej wytrzyma zaczynają się jednak gromadzić się chmury. Pięknie jest…”namiot ogromny z błękitu, wsparty na drzewach jak maszty”- stara harcerska piosenka kołacze mi się w myśli od kilku dni.

Na szutrowej drodze do Prełuków nieznośny pył. Przejeżdżające samochody wznoszą całe tumany i osiada na mnie niemiło. Fatalny odcinek.

 

znaki leżą pokotemNie ma znaków. Mam iść drogą, ale jakiś znak dla utwierdzenia w przekonaniu, że dobrze idę by się przydał. Wyrąb po zalesionej stronie drogi nie wróży dobrze oznakowaniu. Po ujrzeniu takiej tablicy w pozycji leżącej wiem, że nie ma na co liczyć. 

Na poboczu stoi jakaś pani przy samochodzie z miejscową rejestracją. Zagadnęłam ją i skierowała mnie do mostu starej kolejki wąskotorowej w dole nad Osławą. Zeszłam, zdjęcia i wracam na drogę. Gdyby nie ona, minęłabym atrakcyjny punkt tuż przy trasie, bo nic o nim nie informuje. Za parę minut ta kobieta jedzie samochodem i zatrzymuje się z propozycją, że mnie podrzuci.

Dziękuję jej bardzo, ale ja muszę iść – wszak idę GSB. Z podrzucaniem się nie liczy. Cierpliwie przemierzam Prełuki. Bacznie obserwuję prawą stronę drogi, bo szlak na prawo w las ma skręcić, a ja mam dosyć kurzu i upału. Słupek m. in. z czerwonym znakiem także w pozycji leżącej. Baczna uwaga mnie uratowała - skręciłam gdzie trzeba i z ulgą weszłam w las na wschodnio-północnym zboczu z głębokim cieniem. 

Teraz już spokojnie człap, człap.

Przed wejściem do Komańczy jeszcze jeden pomnik pamięci – tym razem Cyganów z Komańczy. Jedna wojna, druga wojna, Świerczewski i akcja Wisła wyjątkowo tragicznie naznaczyły te tereny. Aż niestosowność jakąś dostrzegam w moim dobrym nastroju, w takim miejscu ze smutną historią.

16.30 jestem przy kościele w Komańczy, na dziewięćdziesiątym szóstym kilometrze Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przeszłam dzisiejszy etap w czasie zgodnym z mapą. Równocześnie z wyjściem na drogę pierwsze grube krople deszczu. Teraz może już nawet padać. Padało tylko 5 minut, ale daje mi do przemyślenia co z dniem jutrzejszym. Skończyła mi się mapa Bieszczadów. Jutro - albo dalej bo mam czas i następną mapę albo do domu, bo pogoda w końcu przestanie sprzyjać, a i przed powrotem do pracy pasowałoby odpocząć po tym urlopie. Zobaczymy.

Do Cisnej wróciłam stopem bez problemu. Nazajutrz wczesny ranek niedoskonały pogodowo, ale ze słońcem - to bez pośpiechu kaweczka. Namiot i tak musi z rosy obeschnąć. Poza tym obserwuję, w którą stronę przechyli się niepewna pogoda. Przechyliła się w stronę deszczu. Ostatecznie zwinęłam się na mokro w tempie błyskawicznym z konieczności. Tym razem bez dobrodziejstwa stopa wróciłam przed wieczorem do domu, komunikacją publiczną, sprawdzoną metodą - krótkimi skokami do przodu. Z Cisnej kolejne przesiadki „drzwi w drzwi” niemalże - do Sanoka, do Krosna, do Jasła, do Nowego Sącza, do Nowego Targu i prawie już Smile

Dzień był bezdeszczowy na trasie podróży. Jak w Bieszczadach było – nie wiem.

Bez względu na dyskomfort tu i ówdzie: za gorąco, za tłoczno, za szybko, za pylisto, za niedźwiedzio – to był wspaniały wypad. Najważniejsze: pokazałam Oli Bieszczady – najpiękniejszą część GSB, mam 1/5 szlaku, 7 dni bez codzienności pracowo-domowej. Żadnych spraw pilnych, ważnych, terminowych itp. Jak tu się nie zachwycać gdy… namiot ogromny z błękitu...

Posłowie

Sprawdziłam w necie. Kupa za Wołosaniem była końska. Mój cykor przed miśkiem był zupełnie zbędny.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 9 comments Biegi górskie Biegi górskie

Przy okazji wyjazdu do Zuberca - pięknej wioseczki położonej tuż u stóp masywu słowackich Tatr Zachodnich, postanowiłem zrealizować małe tatrzańsko- górsko- biegowe marzenie: pobiegać po Tatrach Zachodnich. Wszystko w ramach przygotowań do sezonu biegów górskich 2011' , a takze, a może przede wszystkim do realizacji większego Marzenia - przebiegnięcia głównej polskiej grani Tatr Zachodnich. Żeby jednak to marzenie zrealizować trzeba uzyskać tzw. "lekkość w nóżkach", czyli oględnie mówiąc, nienajgorsza kondycję:) W ramach szlifowania tejże, a także w ramach rozpoznania frontu pokusiłem się o 15 km kółeczko prowadzące ze Zverovki przez Tatalikową Chatę, Przełęcz Zabrat, Rakoń na Wołowiec. Następnie już zbieg z Wołowca spowrotem w stronę przełęczy Zebrat, a potem żółtym szlakiem do Zverovki.

 

Po lekkiej rozgrzewce do Tatalikowej i skonsumowaniu cuuudowie pysznej kawy mogło już byc tylko lepiej :) I ku lekkiemu zaskoczeniu, było. Dolina opustoszała, ludzi po deszczu wywiało, schronisko zamknięto (byłem tam dość późno bo około 14.00) i zostałem zupełnie sam na sam z górami. Uczucie rzadkie w Tatrach. I unikalnie wspaniałe. Podbiegi, choć ciężkie okazały się być jednak łaskawe, a widoki wynagrodziły wysiłek po stokroć. Fantastyczna cisza i widok łaciatych Tatr z grani był balsamem dla umęczonej miejsko- komercyjnym gwarem duszy. Tak duchowo "podleczony" podążałem granią w strone Wołowca, gdzie podbieg dał w kość dość mocno, ale udało się. Na szczycie zrobiłem sobie dłuższą sjestę tj. "pogospodarzyłem" (jak to nazwał podchodzący na szczyt ponad 70-letni spotkany Turysta, który stwierdził, że "to dobrze że na Wołowcu ktoś gospodarzy"... :) Przy okazji zrobiłem baaardzo dużo zdjęć,  trochę się wzmocniłem, a nastepnie pobiegłem spowrotem w stronę Przełeczy Zabrat. Dodatkowo w drodze powrotnej wyszło słońce i zrobiło sie naprawdę cudownie. Całość, nie licząc krótkich odpoczynków na szczytach (dłuższego na Wołowcu) i przełęczy, zajęła mi około 3 godzin. Podbiegi udało sie pobiec w całości, a więc egzamin zaliczony. Można myśleć o Grani.


Po dobiegnięciu do Zverovki skierowałem swe kroki do znajomych w Zubercu, którzy juz od jakiegoś czasu, skończywszy wspinanie rozkrecali imprezę na rozpoczęcie sezonu wspinaczkowego naszego Bielskiego Klubu Alpinistycznego. Imprezka się udała, a nastepnego dnia udało mi się jeszcze  powspinać na Vapence, ale to juz zupełnie inna historia...:) Słowem: weekend się udał, a egzamin został zaliczony. No i przede wszystkim.... było pięknie!

Poniżej  profil traski i kilka zdjęć:

 

00

 

0

 

 

1

 

2

 

3

 

4

 

5

 

6

 

7

 

8

 

9

 

10

 

11

 

12

 

13

 

1 January, 19701 January, 1970 8 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Stovka Jarním Šluknovskem
 115 km, 4400+

 

Krupka – Komáří vížka – Zadní Telnice – Tisá – Děčínský Sněžník – Děčín, Maxičky - Děčín, Dolní Žleb - Gr.Zschirnstein – Bad Schandau – Lilienstein – Bastei - Hohnstein – Köhlmuhle - Lichtenhain – Mikulášovice 



Błoto jak w Beskidzie Niskim, śliskie kamienie jak w Karkonoszach i stopień techniczny trudności jak przystało na Szwajcarkę, tym razem Saską Szwajcarię na wysokim poziomie.

 

Krupka to miejscowość w północnych Czechach położona w Rudawach  - Krušné hory z wyciągiem na pobliski szczyt Komáří hůrka 809 m n.p.m. I to właśnie tutaj zaczęliśmy zmagania z stupiętnastokilometrową trasą od razu zaczynając od ostrego podbiegu pod wyciągiem na szczyt, gdzie znajdował się pierwszy punkt kontrolny.

 


Pogoda jest taka jakiej najbardziej nie chciałem – rzekłem do Huberta. Siąpi deszczem i wilgotno. Powtórka z dwóch ostatnich ultra maratonów – Szlakiem Orlich Gniazd i Prazskiej Stovki – myślę sobie. Mimo, że lubię deszcz to chciałem od takiej pogody nieco odetchnąć na zawodach. Ale jest tak, że my nie wybieramy pogody, tylko zawody i pogodę bierzemy w ciemno.

 

,,Nie chcem, ale muszem’’ – biegnę.

 

Pierwszy podjazd od razu rozpala ciało. Nie zamykam się w samotności, współpracuję z Czechami. Oznaczenia trasy nie widzimy, wiemy że pod wyciągiem na samą górę. Na pierwszych kilometrach taki test ciała uświadamia skalę trudności biegu.

 

Ze szczytu gaz po pochyłej, ale do momentu bliskiego spotkania z ciapą. Toną buty, a my jeździmy co rusz na prawo i lewo. Z doświadczenia wiem, że najgorzej jest zamoczyć buty pierwszy raz, a potem to już leci. Tak rozpędzeni z nieznajomym mnie Czechem wypadamy poza trasę o 1,5km. W sumie więc dorzucamy w pierwszym etapie biegu 3km extra.



 

Znów wyprzedzam te same osoby co przed chwilą , w tym ‘’gościa’’ w jeansach! Nie wiem jak dalej mu szło, ale pierwsze kilometry zasuwał szybko. Nadrabiamy to co straciliśmy. Na punkcie w gospodzie po tym jak odmówiłem zupy dla zawodników, musiałem ujawnić się, że jestem Vegan. Próbowali wcisnąć mi jakieś ciasteczka, ale po moich kilku pytaniach zrezygnowali i sami przyznali, że mogą mieć masło, czy coś tam innego. Mam tycinky tzn. batony raw i myśl, że na kolejnych punktach będą banany.

 

Z gospody wypadam sam, trzeźwy bo piwa i ogólnie alko też nie piję. Napieram na jeden z bardziej znanych i charakterystycznych punktów regionu – stołowa góra - Děčínský Sněžník 723 m n.p.m.. Mgłę dosłownie czuję gaciach. Jest tak gęsta, że oświetlając swoje buty ledwo je widzę. Gubię  gdzieś tutaj rękawiczkę i pozostaje w jednej. Klimat nieziemski, samotność i cisza wśród skał. Takie sceny powtórzą się jeszcze kilkukrotnie podczas tej podróży.

 


 

Szurając butami po mokrym podłożu doganiam dwóch zawodników, którzy nie wiedzą, którędy dalej. Szybko orientuję się w terenie i nawołuje, aby podążali za mną. Od tego momentu będziemy się mijać, siedzieć sobie na ogonie, a ostatecznie razem wbiegniemy na metę.

Opady deszczu na szczęście nie są uciążliwe, największe chyba miały 2mm. Następny punkt programu to już po niemieckiej stronie Gr. Zschirnstein. Na ogonie dwóch znajomych, przede mną mgła, że niemal po omacku napieram do przodu wiedząc, że za chwilę będzie platforma widokowa - Gr.Zschirnstein 561 m n.p.m. Najwyższa góra Saksonii. Stąpając tak to jak rosyjska ruletka, żle staniesz lub o jeden krok za daleko i można zwiedzać inne tereny niż, te które przygotował nam organizator.

 

 


 

Ze szczytu gonię do Bad Schandau nad Elbą. Miasteczko kurort pięknie położone. Jest klepanie asfaltu, ale w dzisiejszych czasach to już ciężko zrobić setkę nie wchodząc z butami w takie podłoże. Tutaj Olaf przeprowadza kontrolę chipową. Co bardzo sobie cenię na zawodach to herbata na punktach. Nie kojarzę, aby na jakimś punkcie jej nie było. Niestety bananów nie mogę namierzyć na żadnym z punktów. Jest za to marchewka?! To chyba z okazji Wielkiej Nocy. Pietruszkę już kiedyś testowałem, więc i pora na marchewkę przyszła. Jeśli nie macie ze sobą sporo celulozy to odradzam  na zawodach. Jest też zielony ogórek, pomidory i na jakimś punkcie jabłko. Oczywiście jest też cała masa różnych innych artykułów spożywczych, naprawdę dużo, włącznie z piwem, winem i chyba zdaje się Egon miał też coś mocniejszego, bo na tajnej kontroli wyskoczył z pierożkami domowej roboty i arsenałem trunków.


 

Z Bad Schandau to wspinaczka na Lilienstein. Taka górka 415m n.p.m. ale aby wspiąć się na nią trzeba zmęczyć ciało i wdrapać się po schodach i drabinkach. Właśnie byłem w połowie drogi na szczyt, gdy minął mnie czwarty zawodnik, który pędził już w dół. Rzuciłem się w wir gonitwy za nim, ale on musiał rzucić się w wir ucieczki spotykając mnie, bo ani go widu ani słychu.  Przede mną zatem danie główne tej stówki – Bastei. Jednym z głównych powodów dla którego przyjechałem na tą imprezę  to właśnie Bastei. Most skalny wybudowany w 1851 r. Tyle, że mgła go spowiła i miałem inny klimat niż na pocztówkach. Zaraz za mostem spotykam pierwszych turystów, niektórzy na mój widok reagują cichym chichotem i coś szepcąc między sobą. Pewnie nie tylko ja z naszej wycieczki miałem takie sytuacje. Szlak dalej prowadził nas na kolejne ciekawe miejsce z widokiem i ponownymi schodami, tym razem w dół. Tyle schodów co na tych zawodach, nawet jakby zliczyć wszystkie moje ultra razem wzięte, to nigdy w życiu nie pokonałam.

 


 

Wypadając z tych schodów przed nami roztaczał się Hohnstein, gdzie znajdował się punkt kontrolny, z którym wszyscy, a na pewno większość miała problem ze znalezieniem go. Mnie to zajęło od 30 do 40 minut. Nawigacja pokazywała w lewo, szlak szedł w prawo, a rozpiska trasy na wprost. Wszystko poszłoby gładko, gdybym nie odbił z zielonego szlaku tuż przed skałą w lewo do miasta. Nadłożyłem trochę, ale punkt zdobyty. Mniej szczęścia mieli dwaj wspomniani Czesi, którzy od Bad Schandau siedzieli mi na ogonie. Myślałem, że zgubiłem ich, aż tu nagle jakieś 10km dalej niż Hohnstein, biegną w moją stronę szlakiem, na którym w ogóle powinno ich nie być. Tną jak brzytwa, dopiero jak mnie zobaczyli zaczęli wyhamowywać i poczuli chyba ulgę. Oni też weszli w miasto i popędzili nie tym szlakiem co trzeba dokładając troszkę. Los splótł nasze drogi i od tego momentu razem dreptaliśmy aż do mety.

 


 

Z tego wszystkiego nawet nie wiem kiedy rozpogodziło się. Zrobiła się przyjemna górska pogoda. Doczekałem się też banana. Dostałem od jednego z moich towarzyszy po fachu. Niemal na deser trasy biegniemy cudownymi dzikimi ścieżkami wzdłuż potoku przecinając co rusz go mostkami. Piękny śpiew ptaków przestał być słyszalny dla nas przez następne może i nawet 10 km  na poczet szumu wody przelewającej się w górskim korycie rzeki. Po tym wspaniałym fragmencie został nam ostatni kopiec do przeorania za którym miał znajdować się ostatni punkt kontrolny. No właśnie miał. W miejscu w którym powinien być - Zlodejska Cesta – nie ma go. Myślimy sobie, że jak sama nazwa wskazuje, na tym szlaku nic długo nie postoi. Po 500 metrach postanawiamy jednak wrócić i jeszcze raz obejrzeć miejsce, może przeoczyliśmy. Ale nie, nie ma nic, w sumie 1 km dorzucony – śmiejemy się, że na weekend.

 


 

Na metę w Mikulášovicach wbiegamy po 18h i 04 minutach tym samym całą trójką zajmując piąte miejsce. Na najdłuższym dystansie wystartowało 63 osoby, ukończyło 54 osób. W sobotę ruszyły krótsze trasy 50, 30,21 km. W niedzielę następne i w lany poniedziałek ostatnia 14km. Wyobrażacie sobie takie Dni Wielkanocne w Polsce? Bo ja nie i cieszę się, że mamy takich super sąsiadów.

Zdjęcia dostępne dzięki uprzejmości Zdeněk Černý

Ps. Impreza zrobiona raptem kilkuosobowym składem i minimalnymi kosztami.

Zdravim

Łukasz Pawłowski - wlodec

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 8 comments Trekking Trekking

Albo solo albo wcale – taki miałam wybór. Miało być towarzystwo, ale komuś coś wypadło, ktoś inny obawia się czy to bezpiecznie na Ukrainę obecnie.

Póki jeszcze czas urlopu zdecydowałam się na solo w niedzielę wieczór. Zakupiłam bilety do Krakowa, następny do Przemyśla, przez Medykę przejdę pieszo, a dalej jakoś to będzie. Cel podstawowy Howerla i Borżawa.

Środa 1.30 jestem w Krakowie. Przemyśl podjeżdża, ale Wrocław- Lwów już stoi.

no to w drogę 

 

Puszczam Przemyśl, wsiadam do Lwowa i o 5 rano jestem na przejściu granicznym Krakowiec. Kolejka 10 autokarów, nasz jedenasty. Optymistycznie licząc pół godziny na każdy – mamy 5 godzin stania na granicy. No i tyle staliśmy.

Koło południa jestem we Lwowie. Autobus do Iwanofrankowaska za kwadrans i jestem tam o 16tej. Autobus do Worochty już stoi, ale za szybko to wszystko się dzieje. Jak tak będę pędzić po drodze nic nie zobaczę. Następny o 17.25, o 18-tej, 18.25, 19-ta. Puszczam ten, który stoi, kupuję bilet na 17.25, idę na kawę, obiad i małe zwiedzanko.

O 17.25 niespodzianka – autobus nie pojedzie z powodu awarii, o 18-tej też nie pojechał, dopiero o 18.25 i jeszcze trzeba bilet przebookować. 300% normy jeśli idzie o stopień wypełnienia wnętrza pojazdu i o 21-szej jestem w Worochcie.

 

Gdzie spać?

Turbaza Ukraina – brak miejsc.

Już się ściemniło zupełnie.

Przydrożne dwa punkty, do których mnie odesłano – brak miejsc. Już kombinuję o rozbijaniu namiotu na terenie turbazy,  ale trafiam na dwie spacerowiczki z dziećmi, które po wykonaniu kilku telefonów odprowadzają mnie do centrum, do Turbazy Howerla. Pokój (2 łóżka) z łazienką = 100UAH. Luksus za drobne.

Po upalnym, długaśnym i męczącym dniu korzystam z przyjemnością.

 

Czwartek rano, kursowym autobusem do przystanku Worochta Ardeluza, skrzyżowanie z drogą do Zroślaka. Skądinąd wiadomo, że z Worochty na ogół ludzie taksówką lub innym wynajmem do Zroślaka jeżdżą, ale w pojedynkę to nawet w hrywnach tanio nie będzie. Poza tym jest widno i dzień długi. Nawet jak mi przyjdzie piechotą drałować uznam to za rodzaj atrakcji w podróży. To tylko 10km, a może jakoś to będzie.

 

Na rzeczonym skrzyżowaniu wysiada kilka osób z plecakami, dwoje w klapkach i ja. Na Howerlę zmierzają te klapki, ale nie wiedzą jak i gdzie? Mam gps w ręku. Pasażer oczekujący na przystanku przykleja ich do mnie – ona znajet - i idziemy. Po 5 minutach ja łapię toyotę na STOP-a, oni nie wiem co dalej.

Dojeżdżamy do szlabanu – Worochta Zavoielia.

szlaban na drodze do Zaroślaka

 

Kierowca musi zarejestrować przejazd samochodu. Płacimy po 20 UAH/os. za wstęp na teren Parku i jedziemy dalej. Asfalt się skończył. Toyota raczej z limuzyn niż terenówek. Parę razy haczyła o kamień podwoziem, że tylko zgrzyt żelaza, ale szczęśliwie dojechaliśmy. Zbliża się południe. Co w tej sytuacji robić? Siedzieć – za wcześnie. Iść coś konkretnego – za późno.

Będzie rekonesans na szczyt lub Jezioro Niesamowite i rozejrzeć się po otoczeniu.

Zaroślak to wielka Sport-Baza, a nie turbaza. Oficjalnie miejsc nie ma. Trwa obóz treningowy. Zabezpieczam sobie spanie na szczycie wieży obok, na terenie obiektu za 50 UAH.

w tej wieży będzie spanie

 

 

Rozglądam po kilku budkach z pamiątkami i spożywczą drobnicą, zostawiam w depozycie uprzejmej pani portierce nadmiary z plecaka i idę na szczyt.

Szlaki niebieski i zielony. Ruch na obu duży.

 

Powyżej Małej Howerli zanosi się na burzę. Przed szczytem zaczyna padać i grzmi. Rodzą się moje wątpliwości, ale nikt, dosłownie nikt nie rezygnuje. Na szczycie burza w najlepsze. Przy betonowej kolumnie zbita grupa zorganizowana, ze 20 dzieciaków. Nikt nawet nie myśli o sprowadzaniu ich niżej.

 

Jestem zszokowana. Przeczy to wszelkim regułom zachowania podczas burzy jakie z Tatr wyniosłam.

 

 

 

No i ponieważ oni się nie boją, ja też się nie boję i ze 40 min przeczekuję burzę.

 

burza na szczycie Howerli

 

Aż trudno uwierzyć, że to już Howrla.

 

Howerla_2061m n.p.m. 

Widoki jak to po burzy.

po burzy

 

po burzy

Zejść zamierzam zielonym szlakiem dla odmiany. Skręcam w kierunku przeciwnym do tego, z którego wchodziłam. Błąd. To był szlak żółto czerwony. Zeszłam już ze 100m niżej, muszę się cofnąć na szczyt. Teraz dokładnie sprawdzam gdzie idę – wchodzę w zielony. On też do Zroślaka, ale… są znaki niebieskie kierujące do sportbazy, a zielone nie kierują. Zaczynam wątpić i w końcu trawersuję na powrót na niebieski szlak.

Z biegu zaliczyłam sobie cel główny wyprawy. Co jutro? Jezioro Niesamowite.

Jak przejrzałam uważnie mapę – szlak na J. Niesamowite (7km) omija kawał grani, trzy wierzchołki. Przyjechałam tu dla połonin, tego mi szkoda.

Daruję sobie wobec tego Jego Niesamowitość, pójdę jutro przez Howerlę. Postanowione.

Tymczasem po powrocie spanie w wieży zamieniono mi na pokój z łazienką za 120UAH i bardzo mi to było na rękę.

 

schemat trasy

Rano – jak pomyślałam tak zrobiłam, z tą różnicą, że na plechach 23kg. Mam 5 litrów wody, bo nie będzie jej na grani, a ma wystarczyć na 2 gorące dni.

Dziś na Howerli zdjęcia i widoki piękne.

w drodze na Howerlę

 

Z pozoru bliski niemal majestatyczny Petros.

Petros z Howerli

 

Na horyzoncie Pop Iwan rozpoznawalny ruinami obserwatorium meteo. Tam idę.

Pop Iwan na horyzoncie

 

No i moja fotka szczytowa jak nalezySmile

 

Howerla_2061m n.p.m.

Dziś na szczycie prócz ludzi stado owiec jest.

Spotykam staruszka tak koło siedemdziesiątki. Zamieniamy parę słów. Moja babuszka była z Polszy – mówi, z Krakowa. Takich ludzi z odległymi, ale polskimi korzeniami spotkałam jeszcze potem kilkoro.

Grań Czarnohory wspaniała. Idę dokładnie wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Zostały niemal wszystkie słupki graniczne w terenie. Reguła jest taka: słupek ma numer główny i numer podpunkt. Na wierzchołku kolejnego wzniesienia lub na dnie przełęczy jest nr bez podpunktu. Po tych słupkach rozpoznaję kolejne wierzchołki bo nie ma innych oznaczeń.

grań Czarnohory

Kolejno wchodzę na Breskuł_1911m, Pożyżewską_1822, Dancyż_1855m, Turkuł_1933m. Stąd Jezioro Niesamowite ze 100m w dół. Kilkanaście namiotów, płoną ogniska, ludzie biwakują na luzie. Spoko można tam spać.  Nie schodzę nad jezioro, ale decyzję o pójściu granią uznaję ze wszech miar za słuszną.

Jezioro Niesamowite

 

Widoki jak z bajki.

Połoniny niemal bez końca i wokół. Chmury się zbierają. Łaskawie przysłaniają trochę prażące słońce. Zbierze się burza, ale do 14-tej mam czas. Jakby co – przeczekam ją na grani. Na Ukrainie tak się robi.

Mijam nienazwany szczyt 1910m, odbijam troszkę z czerwonego szlaku trzymając się granicy i wchodzę na Rebrę_2001m. Po zejściu z tego wierzchołka na przełęczy jest znak kierujący na GutinTomnatyk_2016m. W dole widzę zagospodarowane namiotami Jezioro Brebeneskuł.

Jest już 16-ta. To ja sobie na luzie (plecak w trawy na pobocze) Gutin Tymnatyk robię i na nocleg schodzę nad rzeczone jezioro.

 Jezioro Brebeneskuł

 

Chmury krążyły, krążyły ale w końcu nie zdecydowały się na deszcz. Udało mi się, burzy nie było.

Biwak – rewelacja! Zbiornik główny służy do kąpieli i pływania (ja nie korzystam). Woda do picia płynie 3 metry od mojego namiotu. Po co ja tyle dźwigałam cały dzień??? Żyć nie umierać. I tyle cudów z całego dnia pod powiekami. Skromne gotowanko (miejscowi gotują na ogniskach, ja mam gaz), myciu, zachód słońca nad Tomnatykiem i spanko jak u Pana Boga za piecem. Pop Iwan będzie jutro i tam też będzie gdzie spać jakby co.

 

Nazajutrz Brebenskuł_2035m. Szlak trawersuje go wyraźnie, ale skręcam na szczyt.

Trzeci dzień maszeruję wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Ludzi wokół jak okiem sięgnąć nie ma. Postanowiłam na chwilę przyłączyć Brebeneskuł do Macierzy :)

 

 Brebeneskuł_2035m n.p.m.

 

Potem  Munczel_1998m, Dżembronia_1877m, szczyt_1851 i Pop Iwan_2028m z ruinami obserwatorium.

Pop Iwan na horyzoncie

 

Z zewnątrz stan budynku solidny (ostatnio pokryto go nowym dachem), ale wnętrze w opłakanym stanie.

ruiny obserwatorium na Pop Iwanie

Długo rozmawiam z chłopakiem, który tam stacjonuje. Opowiada i o remoncie i o współpracy z Uniwersytetem Warszawskim w tym zakresie. Wymienia rok 2016, 2018 jako kolejne etapy finansowania i odtworzenia materii budynku. Z ogromną wiarą o tym mówi. Życzę mu by się spełniły te wszystkie plany, ale w duchu myślę sobie, że w naszym kraju… różnie to bywa z takimi obietnicami, projektami.

Jakoś same wątpliwości mi chodzą po głowie. Mam nadzieję, że Ci co z naszej strony zajmują się tą sprawą dotrzymają słowa i wywiążą się z podjętych zobowiązań. Chłopak objaśnia mi szczegółowo rozległą panoramę. Widzę Stoha, Pop Iwan Marmaroski, przebieg granicy ukraińsko rumuńskiej.

Na Popie Iwanie_2028m n.p.m.

Na Popie Iwanie_2028m n.p.m.

 

Na Popie Iwanie kawa własnym sumptem oczywiście. Zapraszam trójkę młodych ludzi z Kijowa. Poznaliśmy się wieczorem na biwaku. Dalej idziemy chwilę wspólnie żółtym szlakiem na Uchaty Kamień_1864m.

Z przełęczy Sedlo widać w dole kolejne jezioro z namiotami. Przy nim są ponoć ruiny starego, polskiego schroniska turystycznego, ale ich nie identyfikuję z daleka.

 

Moi nowi znajomi z Uchatego Kamienia schodzą na Połoninę Smotrycz. Ja chcę jeszcze wejść na szczyt Smotrycz_1898m więc tu się rozstajemy.

 

Oni w dół, ja w prawo granią, niebieskim. Na Smotryczu chwila przerwy. To ostatni wysoki punkt dzisiejszego dnia. Napatrzyć się jeszcze, napatrzyć.

 

Zejście strome, ścieżka wąziutka, ale spoko. Tu ludzi już nie ma. Szlak niebieski oznakowany bdb. Na Połoninę Smotrycz schodzę o godzinie 17-tej. Spotykam znów Julię, Romka i Wasię. Zapraszają mnie na wspólny biwak, ale ja już zdecydowałam wrócić dziś jakoś do Worochty, by jutro móc zacząć kolejną trasę.

 

Do Dżembronii zeszłam ok. 19.30

 

Autobusu już nie będzie. Stoi kilkanaście samochodów, ale to mogą być Ci co biwakują nad jeziorami. Wydostać się stąd będzie ciężko, ale jakoś to będzie.

 

Na razie uzupełniam płyny na drogę i ruszam z buta. Nie do końca zdawałam sobie sprawę na jaką trasę się porywam. Po półgodzinie zatrzymuję autobus z wycieczką. Do Ilczi. Zawsze to bliżej. Ze 20 km jedziemy doliną rzek najpierw Dżembronii, a potem Czarnego Czeremoszu.

Na drodze nie ma asfaltu, ale to droga.

W Ilczi jestem o 21.

Autobusu niet, stopa niet, taksi niet, hotel niet albo za 3 km i nie wiadomo czy mnie przyjmie.

 

Jestem sama, ściemniło się, ktoś mi się przygląda, mnie się to nie podoba.

Nie mogę tu tak stać.

Nic już się nie wydarzy, a w każdym razie nic dobrego. Idę na stację CPN. Jak tam niczego nie wymyślę to pozostaje mi nocleg w krzakach.

 

Na stacji kilka samochodów podjechało ale do Worochty nikt nie jedzie. To 30 km.

Wreszcie trafia się Andriej. Dogadaliśmy się co do Polszy i Zakopanego. On też nie może jechać bo jakieś interesy jeszcze ma do załatwienia, ale dzwoni dla mnie po taksówkę. Przynajmniej wie gdzie zadzwonić.

Taksi jest z Kołomyi, woła za kurs 300 UAH i… nie pojedzie.

- To ja Ci dam te 300 hrywien tylko mnie powiezi.

Andriej drapie się po głowie bo ma te swoje załatwienia, ale cena/oferta jest jak dla niego szokująco wysoka.

Tak wysoka, że go przekonuje i jedziemy.

Udało się! Tak mi się wydaje.

Ostra jazda bez trzymanki to był kurs i wcale nie ze względu na prędkość. Szybko się nie da bo to dziury z odrobiną asfaltu.

Wciąż jeszcze chyba przeżywa - taki intratny mu się trafił – i gada, i gada, i gada.

U nas takie drogi, ale jego żiguli rocznik ’72 da radę. Stareńki, pali 12/100 ale oryginał. Na małolitrażki on się nie decyduje. Ciemno, a on długich świateł nie włącza bo żiguli by nie wytrzymał chyba.

 

Mówię, że u nas nie wyjechałby na drogę tym samochodem bo po trzech kilometrach policja by go zgarnęła.

U nas wsio korupcja i separatysty (!). Z Donbasu prijechali (!). Milicja korupcja, wsio możesz.

Mnie ciarki po plecach przeszły na takie dictum.


Dziwi się, że sama jestem. Nie on pierwszy. Intuicja mi jednak podpowiada, że tym razem to nie jest imponujący atut. Kłamię jak z nutEmbarassed, że sama to tylko dzisiaj, ale jadę do Worochty bo jutro tam przyjeżdżają moi przyjaciele i dalej idziemy razem. Może już tam są, jesli udało im się złapać polączenie.

 

Po drodze Andriej załatwia swoje interesy. Czeka na niego przy drodze – wypisz wymaluj separatysta – czarny, zarośnięty, broda do pasa. Dla mnie szok.

Andriej płaci, dostaje plastikową torebkę strunową z nieokreśloną zawartością. Sprawdza towar na węch, na dotyk, kręci głową. Nie chcę wiedzieć ani widzieć co to, ale zakładam, że nic dobrego i nie powinnam w tym brać udziału.

Potem jeszcze przystanek u Swiety przy hotelu.

On wychodzi, ja zostaję w nieoświetlonym samochodzie na poboczu.

- Padażdi minutku.

Strach siedzieć w takim aucie, więc chcę wysiąść. Nie ma klamki. Jakoś udaje mi się w drzwiach wymacać jej ułamek, wysiadam. Czekam obok. Jak coś w niego wjedzie to przynajmniej beze mnie.

Wraca ze Swietą. Teraz ona dostaje towar. Andriej takich torebek ma więcej. Niestety hotel pełny i nie da się zrezygnować z jazdy więc jedziemy.

- Tu nie ma po drodze żadnych miejscowości pytam? – bo wciąż tylko las.

- Niet. Tolko lis i zwieri. A Ty znajesz pociemu taksi nie chce jechać?

- No pociemu? - pytam.

- Bo jakby coś z maszynu, albo ktoś w lesie zatrzymał to nóż do gardła i po sprawie.

Nawet nie mogę zrezygnować z tej jazdy, no bo co zrobię? W lesie wysiądę? Mam już dosyć tych gadek, wesoło nie jest. Gościu próbuje być zabawny, ale mu to nie wychodzi. Nie tylko mnie nie bawi, ale straszy.

Jeszcze po drodze benzynu. Zatrzymuje się na poboczu w ciemnym lesie.

- Gdie ty benzynu tu najdiosz?

- Mam w bagażniku.

Faktycznie dolewa benzyny. Chyba benzyny. Podniósł maskę samochodu, która otwiera się w archaiczną stronę. Smród paliwa, ale czy aby dolać paliwa trzeba podnosić maskę silnika?

Kompletnie mi się to nie podoba. No, ale jedziemy dalej.

Próbuję zmieniać temat na siemiu, -  ale rozwiedziony, nie ma o czym gadać.

Próbuję zmieniać temat na rabotu, ale to był chybiony pomysł, zaś korupcja i ciemne interesy wyłażą.

Na szczęście dojechaliśmy do Worochty. Zapłaciłam, wysiadłam z ulgą w centrum pod drzwiami turbazy Howerla. Wcale nie mam pewności, że będzie miejsce, ale byle już wysiąść. Jest 22.45.

 

Miejsce było. W pustym pokoju 4-os. bez łazienki 50 UAH.

Jutro jadę do Kwasów. Pójdę na Bliznicę. Pociąg mam 10.30

To był piękny dzień z nadzwyczajną atrakcją komunikacyjną na koniec. Znowu mi się udało niemniej jednak to była ryzykowna sytuacja.

3 dni w Czarnohorze minęły.

 

Niedziela

Najpierw dojazd Worochta-Kwasy.

odjeżdżam z Worochtydworzec w Kwasach

Na szlaku jestem 12.30

ruszam na Bliźnicę_1872m  n.p.m.

Daleko nie dojdę bo niesamowity upał, ale wiem gdzie po drodze jest dobre miejsce do biwakowania w lesie. Albo jakby dalej się udało to pod Bliznicą Jezioro Ivor. Jak jest jezioro, na pewno będą tam biwakować ludzie.

To był najcięższy dzień w całej wyprawie. Gorąco spowalniało.

Idę czerwonym, dobrze oznakowanym szlakiem.

Po wyjściu z lasu, w "osiedlu" bacówek drogowskaz na Bliznicę 2km/55min.

 

Zajęło mi to 2 godziny! Tego jeszcze nie było. Temperatura nie wiem ile, ale przegrzanie osiąga apogeum gdy pot się leje strumieniami, a mnie łapią dreszcze jak w gorączce.

Udar jak nic.

Koniec wysiłku, siadam w lesie, aż słońce się trochę przechyli na horyzoncie. Mam wodę. Mogę spać na połoninie bez obawy.

ze 30 bacówek w  jednym miejscu zgrupowanych

Niebo sprzyjało mi jednak. W ciągu godziny pojawiły się chmury. Te trochę łagodziły upał i dawały cień od czasu do czasu. Mogę iść. Jest 15.40

Już na spoko, z założeniem, że tylko do Jeziora Ivor zachwycam się marszem. Ludzików kilkoro w dużych odległościach, za to całkiem blisko minęły mnie 2 samochody(!!!)

Czasu mam dostatek by podziwiać, a jest co. Ja czuję się jak w niebie.

Dziesiątki kilometrów połonin. Wokół góry i góry i góry. I całe moje życie w górach…

 

 

 na połoninach

 

na połoninach

 

na połoninach

Kusiło mnie zostać do zachodu na Wielkiej Bliźnicy,

na połoninach

 

ale zejście super strome i muszę obniżyć się 250m na odcinku krótszym niż kilometr. Lepiej za widoku. Schodzę.

Jezioro to za dużo powiedziane. 2 stawy. Próbuję z góry dostrzec strugę wpływającą do stawu – nie ma. Wypływającą  - nie ma. Tzn, nie bierze się stąd wody pitnej, tym bardziej, że goście z czterech rozbitych namiotów po prostu pływają sobie.

Jezioro Ivor i Drahobrat w dole

 Dopytuję o ujęcie wody. Jest źródełko o bardzo niskiej wydajności jeszcze trochę niżej.

Rozbijam namiot, zapobieram wody ze źródła i mam biwak doskonały. Temperatura wzorowa. Wiatru prawie zero. Pozostałe namioty w obniżeniu stawów. Ja rozbiłam się na krawędzi progu oddzielającego je od doliny z Drahobratem. Pięknie i cicho. Najspokojniejsze miejsce na Ziemi i ja będę tu spać. Rewelacja.

biwak nad Jeziorem Ivor

 

Rano zejdę do Darahobratu, zostawię depozyt w którymś z hotelowych obiektów i na lekko, Stoh, dwa Żandarmy i zejdę przez Jezioro Ivor do Drahobratu. Dalej – zobaczymy.

Nie nastawiam budzika. Bezstresowo będę spać ile chcę.

I spałam.

Rano – taki piękny dzień, że nie można go stracić na Drahobrat. Nie pójdę tam.

Wracam na grań tą samą drogą, którą wczoraj zeszłam. Kolejność odwrotna do planowanej.

na połoninach

 

Najpierw Żandarmy, potem Stoh i ponieważ wody mam 4.5 litra dalej dokąd się da. Mogę nawet spać na Tempej, bo do UstCziornej trudno będzie dojść. Do Tempej tylko mam 23km.

widok z Żandarma

 

Ze Stoha trawersuję Kraciunską, wchodzę na Połoninę Apszyniec. Z lewej Jezioro Dogjaska. Przez Gieriszjaskę wchodzę na Połoninę Świdowiec.

na grani

Teraz z prawej mam Jezioro Apszinec.

zejście do Jeziora Apszyniec

 

Kolejno Trojaska_1762m, Ungarjaska_1707m, trawersuję Małą Kurtjaskę_1591m, zaliczam Wielką Kurtjaskę_1621m i nareszcie Tempa_1634m. Widoki po drodze zapierające dech w piersiach (żeby nie było że to z wysiłku), a wysiłek był przedni. Ruszyłam znów z plecakiem 23kg. No może 22 i słońce daje czadu cały dzień.

na połoninie Apszyniec

 

na połoninach

 

na połoninach

Wreszcie jest Tempa.

Wg mapowych czasów powinnam tu być o 18-tej, a jest 17.30 Zasłużona przerwa i delektowanie się otoczeniem. Plecak zelżał o 3 litry wody.

Tempa

Mała przegryzka, duże picie, wody mam 1 litr i do Ust Cziornej 14km.

Wybór jest taki: zostaję o tym litrze wody tu na szczycie, a rano będę się martwić jak pokonać owe 14km „o suchym pysku” albo… jeszcze są 3,5 godziny światła dziennego i z szybkością 4km/h (mało prawdopodobne bo to nie płaski marsz) dojdę do wsi.

 

Na razie oddycham. O 18-tej bęc, bęc, bęc – zbieram szybciutko manatki i idę dalej. Przestało być upalnie, ale wciąż gorąco, a ja narzucam sobie tempo. Najgorsze jest to, że po pierwsze: nie mam śladu w gps-ie bo nie pomyślałam o takim wariancie wydarzeń jak dzisiejszy.

Po drugie: kończy mi się na Stogu mapa w gps-ie i dalej pójdę już tylko na papierową mapę. To w moim wykonaniu ryzykowna wersja działania, ale szlak narysowany niemal po prostej więc nie powinno być problemów. Byle tylko było oznakowanie szlaku (dotychczas bez zarzutu) i byle jak najmniej zostało przez las, bo w świetle czołówki świat się zawęża do zasięgu światła tylko. Wypatrywanie znaków będzie trudne. Już nie wspomnę o jarzących,  zwierzęcych ślepiach, które wtedy można zobaczyć. Na razie moja grań zejściowa.

zejście przez Stogi do Ust Cziornej

Napieram.

Stogi – szlak trawersuje, ale ja oczywiście pcham się na szczyt. Tu popas w borówkach.

Pomysł był średni bo potem szukanie ścieżki szlakowej trochę mi zajęło, nie wspomnę o niepewnościach, które mnie ogarniały i stracie czasu.

Jest szlak. Las piękny, buczynowy. Droga po zejściu ze Stogów świetna. Dobrze czytelna ścieżka użytkowana często przez konie co znać po odchodach. Szlak hippiczny pokrywa się ze szlakiem pieszym. Gdzie brakło znaków białoczerwonych, są różowe znaki szlaku końskiego. I poszło.

Na dole w lesie już zmrok, ale ostatecznie udało się nie zapalić czołówki.

zachód słońca ze stoku nad Ust Cziorną

Jeszcze pierwsza i ostatnia struga do przekroczenia. Kładka to 3 deski, z czego tylko jedna poziomo, parę kroków i pac. Zaliczyłam upadek już w ciemności.

Suche podłoże lasu zmieniło się w mokrą trawę i błoto. To mnie zaskoczyło. Na szczęście poleciałam do tyłu na plecak. Nawet siniaka z tego nie było, ale… złamałam kijek. Ponadto jestem wykończona. Padam na twarz niemalże i już niczego nie pragnę tylko zrzucić plecak. Bolą mnie niemiłosiernie ramiona. 23 kilo już nie ma, ale 18 wciąż zostało.

Przechodzę przez teren jakiegoś tartaku. Pierwszy budynek, który mijam to bar!!! Hurrrra!!!

To specjalnie dla spragnionego. Niebo sprzyja wytrwałymSmile Woda mineralna, dwie cole, kawa i nocleg proszę.

Pensjonat pani co prawda prowadzi, ale miejsc nie ma. Zadzwoniła tu i tam i za chwilę mam nocleg. Zaraz po panią przyjadą.

Jest Dima. Stróż z miniętego tartaku, on mnie zawiezie. Kolejny, którego niezmiernie dziwi, że sama (!) jestem. Jeszcze w międzyczasie dostaję propozycję spania u niego w pakamerze Frown.

- Nie, dziękuję. - aż tak spać mi się nie chce Yell.

Pokój bez łazienki 100UAH.

Coś mi mówi, że tak sobie cenę krzyknął słysząc obcą mowę, a miejscowi którzy u niego nocowali płacili połowę z tego, bo po kwadransie, gdy relaksuję się na schodkach przy wejściu do domu, podszedł, zapytał czy nie jestem głodna i zaprosił a kolację. Sam mi ją podał w pomieszczeniu mix - kuchnia/sypialnia/salon z tv. Co to było, nie wiem i ni mam siły, żeby się tego dowiadywać. Miało konsystencję jajecznicy, było z jajakmi, kluskami i papryką. Taka "ciapka" z chlebem, ale pyszna.

Jeszcze ręcznik ponad standardowo poprosiłam i zasłużone spanie.

Mądre to czy głupie – trudno powiedzieć. Samotne podróże mają swoje blaski – robisz co chcesz, kiedy chcesz, ile chcesz. Mają też swoje cienie – jedziesz z Bóg wie jakim separatystą czy innym szemranym interesem, dźwigasz cały biwak bez podziału i zwiewasz biegusiem przed ciemnością w lesie i świecącymi ślepiami.

Czy to była udana impreza? – oczywiście!

Czy warto było? – oczywiście!

Czy pojadę tak raz jeszcze? – bez namysłu!

 

Epilog

Po tym dniu mam kurcze lewego ramienia wynikające z przeciążenia. Nawet po kromkę chleba na kolacji trudno ręką sięgnąć. Gps pokazał 37km z kawałkiem i 1500m przewyższenia. Koniec marszów.

Poza tym ten nieszczęsny kijek. Bez niego z takim plecakiem nie da rady. Bardzo mi żal, bo nie goni mnie ani czas, ani pieniądze, ale trudno.

 

Połonina Borżawa musi poczekać.

Wrócę w przyszłym roku. Krótko mówiąc – pora wracać. Ta podróż trwała tylko 7 dni, a ja 5 spędziłam na grani. Apetyt zaspokojony. Rano będę spać do południa. Właściciel pokoju pozwala na to, ale… jednocześnie informuje, że autobusy dokąd bądź są tylko rano. Przed siódmą.

Nie mam wyboru. Doświadczenie uczy, że stopa na ukraińskich peryferiach może nie być.

Wtorek.

Niesprawność ramienia już minęła. Ręka działa na pełnych obrotach. Chwila zawahania, ale...  Koniec. Wracam do domu.

6.50 jestem na przystanku. O 8.30-ej w Tiaczewie, tu śniadanie. Bilet na 9.50 do Lwowa.

do domu

Siedem godzin tłuczenia się po pseudodrogach. We Lwowie w ostatniej chwili pytam kierowcy czy jedzie na awtostancję. Jedzie, ale na którą? – pyta. No, mnie trzeba na tę, na którą przyjechałam z Krakowa.

To tu.

No to ja też wysiadam.

Plecak – żałość mnie ogarnia na jego widok po 7 godzinach w nieszczelnym bagażniku na pylastych drogach. Trudno go wziąć w rękę bez odrazy. Odrobinę otrzepuję z grubsza i na dworzec.

Kijów – Wrocław stoi na stanowisku. Czy ma wolne miejsce? – Niech Pani wsiada. Ładuję plecak, ale jeszcze chociaż kanapkę i picie kupię. Znowu biegusiem.

do domu

O 19-ej jesteśmy na przejściu granicznym Krakowiec. Po 22-giej opuszczamy przejście.

1.30 jest środa.

Jestem w domu :)

do domu

 

Najlepiej przygotowany plan, nie dałby mi chyba takiej skuteczności transportowej na całkowitym luzie. W każdnym miejscu, w którym się zjawiłam autobus już na mnie czekał. Taki fartCool.

Super impreza SmileLaughingCool

 

 INFORMACJE PRAKTYCZNE

- bilet Kraków - Lwów (ukraiński przewoźnik, autobus z poduszkami dla śpiących) 60 zł.

- bilet Lwów - Kraków (ukraiński przewoźnik, autobus bez poduszek za to z klimatyzacją) 450 UAH

- autobus Lwów - Iwanofrankowsk 79 UAH

- autobus Iwanofrankowsk - Worochta 42,5 UAH

- bilet kolejowy Worochta-Kwasy 9 UAH

- przejazd marszrutką: Ust Cziorna - Tiaczew 60 UAH

- autobus Tiaczew - Lwów 140 UAH

- taxi (ha ha) Ilczi - Worochta 300 UAH

 

- nocleg Turbaza Howerla w Worochcie: 100 lub 51 UAH

- nocleg w Zaroślaku: 50 (w wieży) lub 120 UAH w pokoju lub gratis w namiocie

- w pokoju na dworcu kolejowym w Worochcie 50 UAH

- toaleta dwrcowa (w Tiaczewie pożal się boże) 2-3 hrywny

 

W/w ceny przeliczałm w skrócie na zł dzieląc przez 5. Przed wyjazdem hrywny kupowałam po 0,25-0,17zł

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 8 comments Trekking Trekking

  KGP -  nie wpadłabym na taki pomysł, ale ktoś go wymyślił i uznałam projekt za ciekawą logiczną całość. Gwarantuje zajęcie w górach na dłuższy czas. To jest to!

Gdyby tak zacząć nad nim pracować, możliwy do zrealizowania. Poczytałam na temat, pomyślałam co z tego już zrobiłam. Wyszło, że Góry Stołowe, Świętokrzyskie, Tatry, Bieszczady już mam, ale zwątpiłam czy aby na pewno byłam na Szczelińcu będąc w G. Stołowych. Na wszelki wypadek skreślam je, bo pamiętam Błędne Skały, ale czy Szczeliniec? Stanęło na tym, że zaliczam sobie Łysicę, Tarnicę i Rysy z dawnych czasów. Reszta do zrobienia.

To co w pobliżu można oblecieć weekendami, to co daleko - kiedyś się złoży żeby wyjechać i wejść.

Na słowackie Tatry trzeba czekać do połowy czerwca, więc będzie co robić wiosnąJ

2011_04_03 Turbacz 1314m n.p.m. - Gorce

 

Zaczynam od Turbacza w czas kwitnących krokusów. Jest niedziela 3 kwietnia. Jeszcze leży tu i ówdzie trochę śniegu, jeszcze ogromne błota na drogach, ale łąki usłane krokusami, ciepło. Dodatkowe atrakcje w drodze na Turbacz

Czuje się powrót lepszych czasów razem z wiosną. Piękna wycieczka, przy pięknej pogodzie, z Helą - dlatego bezstresowo, że pójdę poza szlak. Hela w kwestii kierunków jest skuteczna jak gpsJ. Kilka razy skręciła jak należy - wbrew mojemu przekonaniu, że trzeba inaczej - i dobrze na tym wyszłyśmy. Szczyt zdobyty niewielkim wysiłkiem.

 Na Turbaczu. Pierwszy w tym roku czszyt KGP zdobyty:)

Widoki z trasy zachęcające. Nawet Tatry chwilami przez mgły prześwitywały.

Tatry za mgłą

W sobotę na Starorobociańskim jeszcze warunki ekstra zimowe były i zrezygnowałyśmy z wejścia na Błyszcz i Bystrą z obawy przed lawinami, a tu proszę - zupełnie inna bajka.

Przed schroniskiem na Turbaczu mnóstwo ludzi. Wiosna zachęciła wielu do wyjścia z domu. Schronisko Stare Wierchy też oblężone, ale teren większy i nie jest to specjalnie męczące. Samo schronisko trochę mnie zawiodło. Za dużo blachy i reklam. Ze Starych Wierchów idziemy przez Obidową do Nowego Targu. 

2011_04_10 Wysoka 1050m n.p.m. - Pieniny

 10 kwietnia idę na Wysoką. Z Jaworek przez Wąwóz Homole, zejście przez Durbaszkę do Szczawnicy.  Tym razem Hela nie mogła iść. Dzień pogodny, ale mało słoneczny i chłodniej niż tydzień temu. Na szlaku niezbyt wielu ludzi. Może dlatego, że wcześnie wyszłam?

 

 Na Wysokiej. Drugi w tym roku szczyt KGP zdobyty:)

Powietrze niezupełnie przejrzyste, ale widoki piękne. Trzy Korony blisko. Spośród wiosennych kwiatów króluje żywiec gruczołowaty. Widać Tatry.Tatry z Wysokiej

Żółty szlak na zejściu gdzieś mi się zapodział na łące (Heli brak). Ten niefart znoszę na spokojnie bo wieś w dole jest w zasięgu wzroku więc wiadomo - tylko w dół. Ale dostrzegłam w lesie 1 turystę. Podpięłam się do towarzystwa. Pan wędrujący zwykle poza szlakami, więc tym razem mi się udało. Zapoznał mnie przy okazji ze śladami - o zgrozo - działalności dzików. Cieszę się, że nie idę sama tym bezdrożem. Wyszliśmy pod Szczawnicą. Do samochodu w Jaworkach z 5 km, ale szybko udało mi się złapać stopa. Wycieczka niedługa, zaliczona do udanych.

2011_04_16 Radziejowa 1262 m n.p.m. - Beskid Sądecki

Na sobotę16 kwietnia zdarzyła się okazja na planetarne, nowe towarzystwo w Beskidzie Sądeckim i Niskim. Dla mnie to gratka - bo z różnych źródeł wiadomo, że szlaki poza Tatrami oznakowane różnie, z akcentem na słabiej. Na dole wiosna, wyżej zima. Za ciekawostkę uznaję fakt, że z wiosennej aury na pewnej wysokości wchodzi się w zimowy krajobraz. Dwie pory roku na jednej trasie poza Tatrami.

 Na Wielkim Rogaczu

Jerzyk okazał się sympatycznym gościem na trasie. Nowy kolega - fotograf. Na wszelki wypadek ma zakaz fotografowania koleżanki swoim aparatem więc moich zdjęć mam niewiele, bo mój aparacik staje się przedmiotem ironicznych uwag. Niech mu będzie, mnie to nie rusza. Mój waży parę deko, jego parę kg:) Pogoda sprzyja. W południe zaczyna kapać na głowy śnieg topniejący w koronach świerków. Na szczycie chwila postoju. Na wieży widokowej ziąb i mokro, więc szybciutko na dół. Radziejowa zdobyta.Trzeci szczyt KGP w tym roku zdobyty:)

 Szliśmy trasę Rytro - Rytro. W górę czerwonym przez Kordowiec - Wielki Rogacz - schronisko na Przehybie i powrót niebieskim. Wg mapy ok. 28 km, 1310m przewyższeń, 9 godzin. Nieźle. Było się czym zmęczyć. Strat w ludziach nie było, tylko moja para rękawiczek została na Przehybie. Do Rytra zeszliśmy już w ciemnościach.

 

2011_04_17 Lackowa 997 m n.p.m. - Beskid Niski

Jednym tchem po Radziejowej idę na Lackową w niedzielę 17-tego, bo jest blisko. Wstępnie umówione towarzystwo zaczyna mi się „sypać". To niedobrze. Umawiam się około 10-tej w centrum Muszyny, ale wspólne wyjście stoi pod znakiem zapytania. Nocleg pod Krynicą, jeszcze przed sezonem, 25zł. Zaskoczona jestem, że tak tanio bo standard wysoki.

Wieczorem ogarniają mnie wątpliwości: czy dobrze zrobiłam z tym umówieniem się?

Primo: Kolega jutro może nie pójść. Secundo: niepotrzebnie opóźnię godzinę wyjścia na szlak, a trasa parę godzin. Tercjo: do domu trzeba wrócić 120km.

O świcie wysyłam sms-a, że idę sama i wiem, że nie spowoduje to wielkiego żalu u odbiorcy. Jerzyk miał alternatywny plan B - objazdowa sesja foto po cerkwiach.

Ze Szczawnika trzeba dojechać na start, na zielony szlak w Mrokowcach. Sprawdzam drogę na mapie. Do Tylicza i drogą 75 raczej w lewo. Nie na Muszynkę.

W poplątanym centrum Tylicza skręcam jak się patrzy. Po paru minutach mam znak MuszynkaL. Nie tu powinnam być. Zawracam do Tylicza. Teraz już nie skręcam nigdzie, jadę prosto. Nawinęła się piesza Pani przy drodze i pytam:

- Gdzie na zielony szlak wejście jest?

- Tuż bliziutko. Za mostkiem, ale Pani tak sama na Lackową?

No sama - to pytanie usłyszałam w tym roku jeszcze wiele razy.

Za mostkiem jest szlak, droga w prawo trochę więcej niż polna. Woda nią płynie z góry, ale są ślady kół czyli można tam wjechać. To wjeżdżam. Ujechałam z 500 metrów. Zrobiło się wąsko, grząsko i las wyrósł na drodze. Jakaś buda nieczynna robiąca za bar w sezonie, ale to nie sezon. Koniec jazdy. To nie był mądry pomysł z tym wjeżdżaniem. Z lewej skarpa w górę, z prawej teren opada w dół, ale wygląda jak nie skoszona łąka. Jakoś zawrócę.  Zdołałam tylko przodem z drogi zjechać. Nie jest błotniasto, ale zaryło mnie w głębokiej, mokrej trawie. Ani w przód, ani w tył, a samochód siada. Błoto spod kół zaczyna na dach ładować. (nauka od taty - nie gazować). Koniec wycieczki. Wyrzucam sobie: trzeba było czekać na Jerzyka! trzeba było nie wjeżdżać w marną drogę! trzeba było cofać nie zawracać!!! Wysiadam, oceniam sytuację i rozpacz mnie ogarnia bo nie ma w ogóle przestrzeni między glebą, a podwoziem. Zawiesiłam się na krawędzi drogi?! Do wsi kawałek jest, ale choćby blisko - kto w niedzielny poranek zechce ryć się błocie na bezdrożu, żeby udzielić pomocy pani bez wyobraźni? O tej porze ludzie albo odsypiają, albo do kościółka się szykują. Telefon do domu - bez sensu. Pomoc drogowa - gdzie? Skąd? Najbliższy znajomy nr mam na Śląsku. Telefon do Jerzyka! To nie pomoc drogowa, ale przecież coś wymyśli no i jest tylko z 15 km stąd.

Dzwonię. Dla niego to też nie atrakcja, ale coś spróbuje wymyślić. Uff... Będzie dobrze. Już nie jestem sama z problemem. Mam trochę czasu żeby się uspokoić i czekam. Staram się patrzyć na sprawę mniej emocjonalnie, ale... Jak mnie tu ktokolwiek stąd wyciągnie, wypchnie? Oczyma wyobraźni widzę urwany zderzak, pogięte blachy. Jak ja do domu wrócę? To nie może być!

Powoli zaczynam dostrzegać coś więcej niż katastrofalną pozycję samochodu. Jakiś gruz, zniszczone drewniane palety, plastikowe wiadro, śmieci. 

Podłożyć coś pod koła (nauka od doświadczonego kierowcy). Deskę z palety. Znalazłam taką bez gwoździa. Pierwsza próba bez sensu bo to pod koło trzeba nie pod zderzak. Na czysto się nie uda. Jakoś ja podepchnęłam, druga próba i do przodu-do tyłu „wyrwało mnie"J. Hurrrrra. Jestem uratowana. Ręce i nogi mi się trzęsą, ale zjeżdżam na dół, parkuję na poboczu, sprawdzam czy nie blokuję drogi, bo a nuż jakaś pani zechce podjechać wyżejJ

Odwołuję Jerzyka, który podjął już czynności logistyczne stosowne dla akcji ratunkowej i mogę rozpocząć wycieczkę. Z ulgą nareszcie wyruszam.

Piękna pogoda, rześki poranek, trasa nietrudna, oznakowana. Ostre podejście dopiero przed szczytem. Nastrajam się pozytywnie. Lasu okazało sie na poczatku niewiele. Zaczyna się rozległa łąka. Nie lubię łąki na trasie bo nie ma na czym znaków malować. Kwitną pierwiosnki i przebiśniegi. Wiosna!!! 

Właśnie zgubiłam szlak, ale jeszcze o tym nie wiem

Maszeruję dumna z siebie, że poradziłam sobie w tak trudnej sytuacji. Czegóż chcieć więcej? Ale... idę sama. Pilnować szlaku - daję sobie ostrzeżenie. No właśnie. Już od dłuższego czasu nie widziałam znaku. Idę cały czas prosto. Znaku skrętu nie było. Ale to łąka jest. Pewnie będzie na drzewach po jej drugiej stronie.

Droga zanika. Po drugiej stronie łąki ambona myśliwska. To teren dla dzikiej zwierzyny nie dla mnie. Już mi się otocznie tak bardzo nie podoba, ale muszę do drzew po znak szlakowy.Nieszczęsna ambona

Doszłam do ambony - niestety nie ma znaku. Zawracać!!! Już nie mam ochoty na zdjęcia i przestałam się zachwycać. Pamiętam gdzie widziałam ostatni znak.

Istotnie dochodzi w tym punkcie droga pod kątem prostym. Nie zwróciłam na nią uwagi. Poszłam prosto. Na znaku nie ma zmiany kierunku. Ewidentny błąd oznakowania szlaku. Skoro prosto było źle idę w lewo. Są znaki, jest dobrze, ale z półtora km nadrobiłam za friko.

Następny las, następna łąka. Dochodzę do ruin jakichś fundamentów. Humor mi siada, bo ruiny to smutne miejsce. Zwykle wiąże się to z jakimś niepowodzeniem, a z historii tych terenów wiadomo, że i z nieszczęściem, tragedią.

- Zrobię zdjęcie.

- Nie mam aparatu w kieszeni.

- Gdzie jest aparat? Powinien być w kieszeni.

Sprawdzam w plecaku, ale nie zdejmowałam plecaka.

- Zgubiłam aparat.

- Gdzie?

Ostatnie zdjęcie robiłam jeszcze w stanie zachwytu przed amboną. Na łące, która była błędem. Mało, że zeszłam z trasy to jeszcze teraz muszę ten błąd powtórzyć. Nikt nie idzie. Żywej duszy nie ma w promieniu paru kilometrów. Jeżeli mi wypadł to leży gdzieś na drodze. Nikt go nie podniósł.

- Machnąć ręką na aparat?

- Nie. Zdjęcia z wczoraj i innych wiele.

- Zawracać!!! O ironio - teraz już świetnie znam drogę:( Jestem zła na siebie za gapiostwo i roztrzepanie.

-Może niedaleko mi upadł? Może przy skrzyżowaniu?

- Niestety.

Wchodzę na wielką, błędną łąkę.

- Może przy tych pierwiosnkach?

- Nie. Przy ambonie. Na samym końcu łąki. Jak tam doszłam pierwszy raz zachciało mi się ambonę „zwiedzić" bo nigdy nie byłam w myśliwskiej ambonie. Nawiasem mówiąc nic ciekawego. Tylko śmieci i brudno. Pewnie wtedy mi wypadł.

Podsumowuję sytuację: rano pojechałam najpierw gdzie nie trzeba.

Potem zaryłam się w łące i narobiłam rabanu.

Potem zgubiłam szlak.

Potem zgubiłam aparat.

Jest dopiero 10-ta, a już ze 4 km nadrobiłam extra. Tyle niepowodzeń.

Trzeba było czekać na Jerzyka! To nie jest dobry dzień. Mam już dość wycieczki, Lackowej, całej Korony.

Do domu!!! Nie po dzikich terenach się włóczyć. Ten szlak nie wygląda na nazbyt uczęszczany bo nie jest szczególnie widokowy. Pewnie nie będzie nadzwyczajnie oznakowany dalej też. Co jeszcze po drodze mi się trafi?  Wejdę w las i zgubię się na amen. Granica państwa, teren niezyt gęsto zaludniony.  Na skrzyżowaniu dróg chwila zawahania. Szkoda mi jak już tu jestem, ale... wiem, że jeśli jest jeszcze przede mną wątpliwe miejsce, w którym można się zgubić - to ja zgubię się na pewno. Zdrowy rozsadek wziął górę. Schodzę do samochodu. W jakim nastroju nie musze dodawać. Nie jestem zła, jestem wściekła na siebie, ale trudno.

Jak skończył się pierwszy las i doszłam do budy/niby baru, przy którym poranne ślady mojego braku przewidywania, z przeciwka nadszedł 1 człowiek. Starszy Pan, kuracjusz z Krynicy, na Lackową sobie spaceruje już po raz drugi. Korzysta z niedzielnego luzu w sanatorium. Pan Stefan mnie uratował.

Zawracam!!! To już czwarty raz dzisiaj:(

 Dalej idziemy już razem. Jestem bezpieczna. Zeszliśmy w którymś miejscu w lesie ze szlaku, ale zejść we dwoje to nie to samo co solo.

Pan Stanisław, który mi

Trasa mało widokowa. Prawie cały czas przez las. Bardzo strome podejście ze 150 m w górę na końcowym odcinku przed szczytem. Spotkaliśmy Pawła i Zbyszka. Na sczycie nastepne 2 osoby. Nastrój zdecydowanie poszybował w górę. Można pożartować. Na Lackowej bar otworzyli:)

Każdy kolejno po termos sięga i powstał żart: na Lackowej bar otworzyli:) Zbyszek dostał przydomek Waleczny:) Razem zdobyliśmy szczyt i szliśmy do końca trasy.Lackowa. Czwraty szczyt KGP w ytm roku zdobyty:)

 Poranne stresy zaczynają przyjmować postać dodoatkowych atrakcji na wycieczce. Teraz okoliczności zdecydowanie działają in plus. Spotkana dwójka z gps-em - problemów być nie mogło. Kolega Jerzyk na dole został, objeżdżając swoją cerkiewną trasę, do Cerkwi św. Michała Archanioła w Bielicznej się kierował. To oznaczało, że można było spokojnie iść do przodu, bez zawracania [sic] tą samą drogą. Dodać muszę, że z naszego spotkania Pan Stanisław również odniósł korzyść, bo gdziekolwiek byśmy nie wyszli, trzeba tylko dostać się do samochodu i mogę go „podrzucić" do Krynicy. Nie musi deptać tego samego szlaku na dół. On też kompletuje KGP, ale ma już prawie 20 szczytów.

Cerkiew św. Michała Archanioła w Bielicznej

Jerzyk do cerkwi nie dotarł, ale my dotarliśmy do Izb. Znajomi z trasy odjechali.  Na nas czekał koleżeński samochód. Jeszcze po mój do Mrokowców.

Po spotkaniu kolega stwierdził:

- Jakoś tak pan Stefan czyściejszy od Ciebie.

- Bo Pan Stefan nie rył w błocieL

Potem z fasonem obiad w Krynicy.

- Tylko nie do Continentalu - zastrzegam -  bo mnie nie wpuszcząJ. Zasłużony posiłek na "sucho" bo my za kierownice, ale może innym razem będzie można sptkanie uczcić atrakcyjniej:) Pożgnaliśmy się, może do nastepnego i każdy w swoją stronę.

 Nie odmówiłam sobie spaceru krynickim deptakiem, odwiedzenia pijalni, zahaczenia o księgarnię. Dokupiłam 2 kolejne mapy do Korony - jednak nie będę z niej rezygnować:) Jakoś to będzie. I dopiero do domu.

Tak skończyła się wycieczka na czwarty w tym roku szczyt, w drodze do KGP. Jeszcze 21.  Trekking po kolejnych pasmach Gór Polski atrakcyjny. Jak późniejsze doświadczenia pokazały podróże, dojazdy, transport - emocjami i wrażeniami przebijały niejedną górską trasę. Jeszcze wiele razy musiałam sobie zadawać mnóstwo pytań i sama sobie na nie odpowiadać, ale o tem - potemJ

cdn.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 8 comments Rowery górskie Rowery górskie

VIII Rajd Rowerowy "W jeden dzień dookoła Tatr" - Rajd Kurierów Tatrzańskich

Trasa: długość 210 km; start - Kościelisko, Kiry (wylot Doliny Kościeliskiej) - Zakopane - Jaszczurówka - Zazadnia - Łysa Polana - Ždiar - Tatranská Lomnica - St. Smokowiec - Podbanské - Pribilina - L. Mikulász - Przełęcz Huty - Zuberec - Oravice - Suchá Hora - Witów - Kościelisko, Kiry

 Długo nie zastanawiałem się nad rajdem. To była szybka decyzja. Trudność, która przysporzyła mi dużo myślenia, była kwestia logistyczna, jak dostarczyć bicykla do Zakopanego. Z pomocą przyszedł Mad_Mistrel, który również, podjął odważną decyzję i  postanowił wziąć udział. Wszelkie planowania dostarczenia bicykla  na miejsce wykopałem przez okno. (był nawet pomysł wpakować rower do luku bagażowego PKS-u Smile).

 Pomysł Mada i jego ojca udał się. Polegał on na wyjęciu tylnich siedzeń z  Felicji i wpakowaniu rowerków. Trochu myślenia było, ale poszło szybko i sprawnie ;-). Pakowanie odbyło się w czwartkowy wieczór.

 W piątkowy poranek, byłem już w trasie PeKaeSkiem do Zakopanego. Mad z ojcem dotrą w sobotni poranek, wyjeżdżając z CzeFki o 3 w nocy.

Droga polską linią autobusową po polskich drogach na trasie Częstochowa -Kraków-Zakopane,  jest męcząca. Roboty drogowe tuż przed Krakowem i rozkopane całe Zakopane , powodują, że trasa wydłuża się z 5h na 6.5h.

 Gdy widzę góry to nosi Mnie, zamiast odpoczywać przed trudnym rajdem, to oczy i nogi niosą Mnie na tatrzańskie szlaki. W głowie Kasprowy, na szczęście opanowałem pomysł i wybrałem lżejszą trasę na Giewoncik. Krupówkowych turystów na szlaku trochę było, ale nie było nawałnicy. Na szczycie ok. 20osób, przepustowość na łańcuchach bez kolejek. Długo zastanawiałem się jak można w  białych tenisówkach, klapkach, czy bez wody chodzić po Tatrach. Nie wiem może trenują do jakichś specjalnych zawodów , o których nic nie wiem.:-). Np. Krupówkowy Bieg  w Klapkach o Suchym Pysku na Giewont.Laughing

Wieczorem melduję się u Narcyza - organizatora rajdu, który zapewnia mi nocleg. Bardzo sympatyczny wesoły człowiek oraz jego rodzina, również giga sympatyczna, tworzą klimat, że człowiek czuje się jak w domu. Dom Narcyza na czas rajdu , jak to on sam powiedział jest domem publicznym.Wink. Wszyscy stanowimy jedną dużą rodzinę.

Z zawodników tylko Ja nocuję u Narcyza, reszta rozsiana gdzieś po okolicy. Wieczorem odczuwam tatrzańskie szlaki, nóżki bolą. Myślę. Co to będzie jutro, czy dam radę?. Miałem iść na herbatkę do gospodarza............. nawet nie wiem kiedy usypiam przy analizowaniu map.

Pobudka  5:50 Mad melduje, że będą za 10 minut w Kirach z rowerkami. Szybka musztra i jestem przy wylocie /wlocie Doliny Kościeliskiej. Szykujemy rowerki i udajemy się do bazy Narcyza, gdzie jest biuro zawodów. Wraz z upływem wskazówek zegara, zjeżdżają się zawodnicy. W sumie jest nas 25 osób w tym jedna kobieta. Rajd ma rangę międzynarodową za sprawą  zawodnika, który przybył z Republiki Czeskiej.

Kilku minutowa odprawa i udajemy się na start - Kościelisko, wylot Doliny Kościeliskiej (restauracja Harnaś); start godz. 8.00

3...2...1....start, krzyknął sympatyczny czeski mężczyzna (kibic), peleton rusza, za nami wóz techniczny. Przez Zakopane staramy się przejechać  zwartą grupą, aby nie utrudniać ruchu drogowego. Tempo jest tak szybkie, że ledwo nadążam. Co tu się dziwić jak tam sami wyjadacze na kolarzówkach, w porównaniu z moim góralem (koła szerokie 26 calowe) nie mam szans na ‘'ściganie się z nimi". 

 Nie jestem samotny w ogonie peletonu, wraz ze Mną dzielnie kręci Mad_Mistrel. W drodze na Łysą Polanę , która wiedzie przez: Jaszczurówkę (ok. 1 km podjazd), Cyrhlę › Brzeziny › Zazadnia › (ok. 5 km podjazd,) Wierch Poroniec, peleton nam odjeżdża. Po drodze jest kilka defektów, mijamy się z kolarzami naprawiającymi swe bicykle. W związku z tym nadal towarzyszy nam uczucie, że jedziemy w peletonie.

 Na którymś podjeździe dochodzimy Olka z Bańskiej Bystrzycy (czy jakoś tak). Olek 61 lat , 5 lat po zawale, bardzo sympatyczny, ubrany w narodowy strój z napisem Podhale. Myślałem, ze pojadą drużynowo, bo oprócz niego w takim samym stroju było jeszcze dwóch, ale gdzie tam zostawili Olka z tyłu Smile. Twardziel z niego, 8 sierpnia bierze udział w pielgrzymce  rowerowej  Zakopane- Hel. 1000km w 10 dni.  Na zjazdach gubimy go, ale dochodzi nas na górkach. Wspólnie pokonujemy ok. 70km. Trasa wiedzie nas przez: Łysa Polana - przejście graniczne› Tatranska Jaworina› Podspady› Żdiar, ostry zjazd ok. 5 km› Tatranska Kotlina › Tatranska Lomnica › ok. 10 km podjazd Stary Smokowiec ›. Mijamy kolejno  te miejscowości podziwiając okolice i piękne widoki. Stary Smokowec jest szczególnie urokliwy. Mad mówi, że jak będzie stary i miał pieniądze, to kupi sobie tutaj domek. Dajemy ostre zmiany. Olek dzielnie się trzyma, aż do ok. 20 km podjazdu na Strbskie Pleso. Odjeżdżamy mu, narzuciłem tempo  prawie 13km/h. Mad cały czas z tyłu na kole.

 Tuż przed szczytem mijamy kolarza z naszego peletonu, na podjazdach jest cienki, ale nadrabia na zjazdach. Będziemy się z nim mijać podczas rajdu jeszcze kilkakrotnie. Sympatyczny chłopak z czapką z daszkiem Smile. Po minięciu Strbskie Pleso, główną drogą w dół, kierunek Liptowski Mikulasz przez  › Pribylina › Vavriszowa › Liptowski Hradok . Dluuuuuuugi zjazd, licznik waha się między 40km/h, a 60 km/h. Momentami nawet ponad 60km/h. Tego dnia biję swój rekord prędkości  65.4 km/h.

Radość ogromna!. Podczas tego zjazdu powstaje pomysł wskoczenia do potoku „na golasa". Podejmowaliśmy kilka prób, znalezienia odpowiedniego miejsca, niestety zawsze ktoś się kręcił. Na następną edycję rajdu postanawiamy zabrać strój kąpielowy. W Liptowskim Hradoku podziwiamy  zamek, potok i pomnik. Pięknie tam jest. Po naszej prawicy cały czas towarzyszą nam Tatry.

W drodze  na  Liptowski Mikulasz, podziwiamy autostradę oraz piękne nowe bloki. Kolorystycznie wygląda to super, bo każdy blok ma inny kolor. Jeszcze nikt w nich nie mieszka, mówię  do Mada : no to Ja mogę tutaj dostać mieszkanieWink. Kilka km dalej stoi wóz techniczny, a  w nim same smakołyki: woda, batoniki, isostar.... Uzupełniamy braki.

Przy wozie technicznym dwóch kolarzy- znajomi Olka, te same barwy. Będziemy się mijać z nimi jeszcze kilkakrotnie na trasie. Nie jest wcale z nami tak źle, biorąc pod uwagę, że zatrzymujemy się w ciekawszych miejscach i do tego dochodzimy jeszcze kolarzy. Kinga kierowca wozu technicznego opowiada nam o kolarzu, który zgubił się już dziś 3 razy i jest .........w czołówceWink. Ostrzega nas również przed niedźwiedziami na przełęczy Huty. W Liptowskim Mikulaszu, kolejna próba zmoczenia tyłka . Nie udana. Pozostaje nam widok na jezioro. W tatralandii impreza, dj i wstęp za free. Znowu żałujemy, że nie mamy kąpielówek.

Po krótkim odpoczynku ruszamy przez Liptowskie Matiaszowce na przełęcz Huty> podjazd ok. 10 km. (nachylenie do 12%). Jest to najtrudniejszy etap trasy. Na tym podjeździe naprawdę można wypluć płuca. Ja czuję się jak ryba w wodzie, uwielbiam takie podjazdy, w takiej pięknej tatrzańskiej scenerii, sama rozkosz. Ogarnia Mnie uczucie wielkiego tour-u,  Tour de France, tym bardziej że przypomina słynny podjazd na  L'Alpe d'Huez- Podjazd z 21 zakrętami prowadzący z Le Bourg-d'Oisans do L'Alpe, jest jednym z najsłynniejszych na Tour de France, Długość podjazdu wynosi 13,8 km. Średnie nachylenie 7,9 % prowadzi na metę ustanowioną na wysokości 1850 m n.p.m. Nasz podjazd wynosi ok.10km i nachylenie do 12%!!!. Oczywiście nie ma 21 zakrętów, ale jest ich sporo i też ma charakter serpentyny. Następnym razem policzę ile jest zakrętów.Laughing

Narzucam tempo, Mad_Mistrel siedzi mi na kole, po drodze mijamy dwóch kolarzy z naszego rajdu, prowadzących rowery!!. Chłopaki nie mieli siły podjechać!!! Wspinamy się ok. 8-9km/h, sukcesywnie podnoszę tempo, nawet nie wiem kiedy Mad zostaje z tyłu, za kolejnym zakrętem oglądam się za siebie Nie ma go. Naciskam na pedał, licznik waha się w okolicach 10km/h. Mijam następnego kolarza z rajdu, który podjeżdża 4km/h! Wygląda jak pijany na rowerze, rzuca go na prawo i na lewo, ale nie poddał się, nie prowadzi rowerka tak jak poprzednicy, cały czas wspina się na szczyt. Mijam go, czuję się kapitalnie, przed oczyma mam obrazki z Tour de France (dla Mnie impreza sportowa nr1 na świecie),gdy kolarze wspinają się w słynnych Alpach.

Przypominają mi się wspaniałe pojedynki Armstronga z Urlichem. Co jakiś czas przejeżdżają samochody, mały ruch pozwala wykorzystać cała szosę do wspinania. Na  szczycie trochu ludu, pożerają Mnie wzrokiemJ.Za szczytem ostry zjazd na Zuberec. Zjeżdżam z prędkością 50km/h. Po kilku km zatrzymuję się i czekam na Mada. To nie wyścig tylko rajd, na miejscu Mi nie zależy. Cel to ukończyć i zobaczyć jak najwięcej. Wygląda na to, że forma jest bo za sobą w tym momencie mam 5 zawodników, wszyscy koła 28 cali i cienkie, a Ja na swoim góralku. Po kilku minutach dojeżdża Mad. Dalej zjazdem ostro w dół na Zuberec. W Zubercu zatrzymujemy się w restauracji na smakołyki. Naleśniki z bitą śmietaną i dżemem oraz frytki.

Trasa następnie prowadzi na Oravice ok. 10 km podjazdu, następnie Vitanova i na przejście graniczne Sucha Hora - Chochołów. Po drodze m.in. jeszcze jedna 12% podjazd, ale krótki. Zostaje prosta droga na Kościelisko Kiry. Droga ta dłuży nam się niesamowicie, humor nam dopisuje (dopisywał nam całą drogę), pojawiają się nawet inicjacje piosenek m.in. o ...........Narcyzie Wink.

Meta znajduje się u Narcyza w domu, dojeżdżamy, na mecie impreza już na dobre w garażu (biuro zawodów),widząc nas dostajemy gromkie brava , zastanawiamy się ,czy jesteśmy ostatni, ale okazuję się, że dwóch jest jeszcze w trasie, zostaną zdjęci i przywiezieni autem. W związku z tym oficjalnie zostajemy okrzyknięci ostatni na mecie. Nasz czas to 12h16min., dostajemy dyplomy, koszulki z nazwą wyścigu i.............................. PUCHAR!!!!!!!!!!! Puchar za „ostatni na mecie". Zdziwienie, radość i zmęczenie tak wymieszało się, że nawet nie wiem jakie mamy miny.

dyplom puchar

W garażu party: projektor z ekranem, na którym wyświetlany był przebieg rajdu (relacja jak na tourze heh ), mnóstwo smakołyków do wyboru do koloru, piFko, a na koniec ognisko z kiełbaskami na które już nie zostaliśmy.

Fantastyczna przygoda, z pięknymi widokami i scenerią nie do opisania. Moje serce jest tak blisko Słowacji, po rajdzie jest jeszcze bliżej. Narcyz wraz z rodziną tworzą super klimat. Dzięki Mad za towarzystwo na trasie, było super. Dzięki również za transport. Następny rajd już za rok ;-).

Gdyby nie informacja na naszym portalu o takim rajdzie , nie wiedziałbym, że taki istnieje. Drogie koleżanki, koledzy wrzucajcie info o wydarzeniach, nawet tych mega mało kameralnych!!!bo WARTO!!

 

wlodec

ps.zdjecia MADA!

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

2015_07_22

Na Bradavicę Droga dłuższa i trudniejsza – umawiamy się godzinę wcześniej niż na Durny.

Wchodzimy Granacką Ławką. Mam obawy co do wyboru drogi (moim zdaniem z Małej Wysokiej zdecydowanie prościej, ale nie udaje mi się przekonać Jurka) więc Granacka Ławka.

Spod Śląskiego Domu za opisem Jaćkiewicza, rozpoznaję trawiaste zachody w ścianie. Łatwo znaleźliśmy zejście ze szlaku i w górę. Po zejściu z rumowiska wielkich want wydeptana ścieżka w trawie.

Za nami z pół godziny wchodzi w tę drogę jakaś para. Wnioskujemy, że oni też na Bradavicę.

Doszli nas, jak łapaliśmy oddech na Niżnym Wielickim Przechodzie. Okazało się, że to pracownik TANAP-u  z jakąś botaniczką – będą spisywać rośliny. I rzeczywiście spisywali bo szli za nami aż do Kwietnikowego Żlebu, ale to nieistotne. Istotne to, że baba nas zagadnęła o zejście ze szlaku i pobyt w miejscu niedozwolonym. Jurek wyciągnął legitymację KW, ja zagadywałam posiadaniem sprzętu, „lanu” acz akurat prócz jednego kasku niczego na wierzchu nie mamy. Babeczka się trochę ciskała, że KW to za mało. Tłumaczę jej, że to członek Polskiego Klubu Alpinistycznego, rzucam hasło Alpy, Kaukaz, ale nie bardzo chce tego słuchać. Jakby nieciekawie zaczęło się robić. Facet był mniej aktywny w tych przepytywankach i w końcu to on odpuścił. Polscy horolezcy – mówi i dali nam spokój.

Ja swojej legitymacji nie miałam –BŁĄD – nawiasem mówiąc składkę opłaciłam dopiero post factum.

Obawy dotyczące przejścia i szukania drogi - trzy lata się tego obawiałam - przy pięknej widoczności okazały się nieuzasadnione.

na Granackiej Ławce

 

Z każdego Przechodu w żebrach widoczny był dalszy przebieg przejścia, ślad ścieżki i problemu z orientacją nie było.

Po 20 minutach zdjęcie za kolejnym żebrem.

 

na Granackiej Ławce

 

i kolejne żebro za nami. Pewien rodzaj monotonii: żebro-przechód-trawers żlebu, żebro-przechód-trawers żlebu i tak ze sześć razy.

na Granackiej Ławce

 

Dopiero na ostatnim Przechodzie – ramię żlebu w prawo? czy ramię w lewo?

Tym lewym schodził człowiek więc my w niego weszliśmy. Wyszliśmy na Zwodną Ławkę.

 

w prawę ramię żlebu czy w lewe?

 

Teraz wszystkie wierzchołki Bradavicy mieliśmy z prawej.

Ubieramy uprzęże, lina do akcji na skalną półkę, którą pójdziemy.

Jurek decyduje by zostawić plecaki. Nie podoba mi się ten pomysł. Zawsze jak na przełęczy zostawiłam plecak to okazywało się, że był potrzebny, że czegoś nie miałam, ale on bez plecaka to ja też.

 Zakładamy stanowisko, Jurek prowadzi ja asekuruję. Jeszcze to miejsce przeszłoby się na luzie, ale nie wiadomo czy dalej będzie miejsce na oszpejanie więc się nie odzywam. Jurek przeszedł, teraz moja kolej. Wybieraj krzyczę, bo nie mamy kontaktu wzrokowego, ale niemrawo mu idzie to wybieranie. Lina się klinowała. Za załomem skały odblokowuję linę, oceniam podejście kolejnym, niezmiernie kruchym żlebem, warunków na stanowisko nie widzę na pierwszy rzut oka i stwierdzam, że ta lina tylko nas opóźnia. Póki co – rozwiązujemy się. To był najtrudniejszy odcinek drogi bo najbardziej sypki. Teraz Klimkowa Turnia, (błąd z zostawieniem plecaka, został w nim gps, nie sfotografuję wskazania wysokości)

Tajbrowa Turnia,

na Tajbrowej Turni

 

ksziążka szczytowa

 

po prostu szczyt

 

Kwietnikowa

 

Keietnikowa Turnia

 

i Pawłowa Turnia

 

jak to ugryźć

 

 A ponieważ Korona wymagała dużo czasu i wysiłku - sukces ten uświetniłam podskokiem na ostatniej turni ostatniego wierzchołka, co mnie się często nie zdarza (taki podskok Smile ). Na dodatek w okrutnie napowietrzonym terenie. Mądre to chyba nie było.

 

koniec wieńczy dzieło

 

– ostatni wierzchołek Bradavicy. Pawłową Turnią zamknęłam mój prywatny projekt KORONA TATAR WYSOKICH vel WIELKA KORONA TATR!!!

Ta daaaammmm (fanfary w tle).

 

Widoki bajeczne

z Bradavicy

 

z Bradavicy

 

z Bradavicy

 

 

Na szczycie przed nami była para na Klimkowej Turni, z boku widzieliśmy parę na Kwietnikowej – to ułatwiało określenie drogi wejścia na każdą i szybko nam poszło.

Nie użyliśmy już liny.

Zejście tą samą kruszyzną na Zwodną Ławkę i dalej graniówka Drogą Tetmajera.

 

na Drodze Tetmajera

 

Zwalista Turnia, Baniasta Turnia do Małej Wysokiej, Polski Grzebień, Śląski Dom.

 

Wielicki Staw

 

Wybieramy się na zapracowaną dzielnie kaweczkę, ale… łapiemy stopa na dół. Kawa będzie na dole. Tym sposobem udało nam się wyeliminować z dniówki bezproduktywne zejście i zaoszczędzić godzinę z haczykiem.

 

Dosyć lekki wyszedł mi ten opis, a szczyt mówi się – najtrudniejszy w KTW.

Na naszą korzyść działały doskonałe warunki atmosferyczne, sucha skała, widoczność, doświadczenie i brak lęku wysokości, lęku przed stromizną, przed przepaścią. Na każdym kroku zachowaliśmy najdalej posuniętą ostrożność. Tam gdzie krucho, sypko – koniecznie idziemy blisko siebie. Tam gdzie można – drugie czekało z boku, za skałą, za załomem.

W żadnym razie nie zachęcam, nie polecam.

 

Najbardziej satysfakcjonujący moment dnia to rzut oka wstecz na grani i konkluzja – na każdej z tych surowych Turni już byłam. Niesamowite Cool

Bradavica

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Biegi górskie Biegi górskie

Główny Szlak Sudecki na Biegowo


 

Po udanym projekcie GSB Główny Szlak Beskidzki na Biegowo zrealizowanym we wrześniu 2014 roku ( 158 godzin i 7 minut) postanowiłem zmierzyć się z drugą częścią projektu, czyli GSS Główny Szlak Sudecki. 

 

Szlak wokół, którego jest troszkę zamieszania. Chodzi o dodany w 2009 roku odcinek Paczków – Prudnik, by włączyć w strukturę GSS Góry Opawskie. Pierwotnie szlak kończył się i zaczynał w Paczkowie i wynosił 360km. Po podaniu kontrowersyjnego odcinka, obecnie długość szlaku wynosi 440km. Widziałem i czytałem wypowiedzi ludzi, którzy mają różne opinie o tym przedłużeniu.

 

Oficjalnie PTTK uznało dodatkowy przelot i nie zważając na to co mówią ludzie, naturalną dla mnie rzeczą było, by pokonać cały GSS, czyli 440 km w pięć dni.

 

Szlak zaczyna się ( jeśli lecimy od zachodu na wschód) w  Świeradowie Zdrój i kończy w Prudniku.

Do pokonania są takie góry jak: Góry Izerskie, Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Góry Czarne, Góry Sowie, Góry Stołowe, Góry Orlickie, Góry Bystrzyckie, Masyw Śnieżnika, Krowiarki (góry), Góry Złote, Góry Opawskie. 

Poszukując informacji o najszybszym przelocie trasy, trafiłem na dwie relację. Pierwsza to  nieudana próba Piotra Kłosowicza, oraz druga udana Dominika Ewalda. W obu przypadkach pod uwagę brana była stara wersja szlaku GSS, czyli 360km.

 

Dominik starą wersję GSS zrobił w 98h35’ – wrzesień 2014. I był to najszybszy przelot do tej pory, o którym wiadomo.

Ja od początku planowałem mierzyć się z całością szlaku, czyli 440km z metą w Prudniku. Co z tego wyszło, przeczytacie poniżej.

 

 

Etap pierwszy 17 Maj 2015 Świeradów Zdrój

 

Prognoza pogody na najbliższe dni nie była satysfakcjonująca, powiedziałbym że była zła. Zła, ale nie fatalna. Okno pogodowe miałem prawie pewne przez pierwsze dwa dni napierania. Bez opadów, ale za to z mocnym wiatrem, a tam gdzie wiatr to i duże prawdopodobieństwo jakichś opadów. Dlaczego zatem wybrałem ten termin?!. Rozważałem Maj albo Wrzesień. Każda pora ma swoje zalety jak i wady. Uważam, że te dwa miesiące są najbardziej przewidywalnymi w górach. Bardziej stabilny jest Wrzesień. Maj może nam pofiglować, ale bez dużych niespodzianek. Miesiące pomiędzy nimi mogą sprawić sporego psikusa, gdzie największym zagrożeniem mogą być upały i burze. Biorąc pod uwagę moje plany biegowe na ten rok, ostatecznie zdecydowałem  się na próbę majową.

 

Równo o 5 rano stanąłem na swojej linii startu przy tabliczce z czerwoną kropką i białym obrysem, która informuje nas, że to tutaj znajduje się punkt zero Głównego Szlaku Sudeckiego.

 

Po sesji fotograficznej o godzinie 5:04 moje fale mózgowe uwolniły ciało i obróciły je w ruch napędzając system biegowy do realizacji planu.

 

Na pierwsze śniadanie poszły Góry Izerskie. Lekko kropiło, gdy ugryzłem pierwsze kamienie i błotniste podłoże. Piękna Łania była tak uprzejma i powiedziała mi Dzień Dobry. Była tak szybka i zwinna, że nie zdążyłem jej odpowiedzieć. Momentami muszę dawać duże susy, by nie zaliczyć na samym początku mokrego buta. Im wyżej tym bardziej wietrznie. Przyjaciele życzyli mi wiatru w plecy, miałem nadzieję, że na wysokości tak też będzie. Schronisko na Stogu Izerskim mijam o 6 rano. Pustki, jedynie wiatr hałasuje i dobija mnie swoją siłą.

 

Izery to przelot rzędu ok.23 kilometrów. Połowa z tego dystansu to mokra przeprawa. Duże susy przez błoto i obejścia kałuż nieco hamują mój impet biegu. Wraz z dystansem poprawia się szlak oraz pogoda. Przejaśnia się, Słońce nieśmiało smyra po czole, a wiatr wieje tak jak życzyli przyjaciele, czyli w plecy.

 

Nie spotkałem nikogo na tym odcinku. Wpadam do Szklarskiej Poręby, rozglądam się, czy czasem Bennet nie czai się za rogiem. Niestety przyjaciela z biegów brak, zajęty swoimi sprawami, pewnie nawet nie wie, że przyszedł mi do głowy znowu szalony pomysł. Szczerze mówiąc planowałem tutaj wrzucić coś na ząb, ale przy szlaku wszystko zamknięte.

 

Zatem na drugie śniadanie Karkonosze. Znam doskonale z biegów maratońskich. Gdy znalazłem się na Szrenicy wróciły wspomnienia. Od Szrenicy, aż do Śnieżki to fragment trasy Maratonu Karkonoskiego, w którym startowałem dwukrotnie. Fala pięknych wspomnień, alpejskiego krajobrazu i silnego wiatru w plecy mija bardzo szybko. Kilka zdjęć, dwa przeloty przez pozostały śnieg dające dużo frajdy i jestem u stóp Śnieżki. To była niedziela, turystów sporo, tu i ówdzie biegacz, a pod Śnieżką tłumy. Rzucam się w wir zbiegania na śniadanie do Karpacza.

 

 

 

 

Wchodząc do sklepów moje pierwsze słowa to: Dzień Dobry, czy są owoce?

 

W Karpaczu tuż przy szlaku jest dobrze zaopatrzony sklep. Dobrze to znaczy mają warzywa i owoce. Zjeść przy dobrej muzyce humor zawsze idzie w górę. Dużo Słońca i Reggae zapodało dobrą nutę. Zaraz za Karpaczem jest bardzo ciekawy szlak. Niedługi fragment, ale wart zaliczenia.

 

Po opuszczenia Karkonoszy, kolejnym etapem jest przelot przez Pogórze Karkonoszy na Rudawy Janowickie. Po drodze spotykam osiołka zaintrygowanego moim biegiem.

 

Rudawski Park Krajobrazowy powala swą zielonością. Jest tak malowniczy, jak namalowane pędzlem obrazy najwyższej klasy malarza. Nie brakuje tu nic.

 

 

Jest cisza spokój, woda, góry, las,

mówię Wam ta kraina pokocha Was.

 

                                                                                                       wlodec

 

Pędząc przez Rudawy nie mogłem oprzeć się myśli, jak to będzie cudownie tutaj wrócić, gdy teściowa naszego szybkiego przyjaciela Jaro z Zabieganego Teamu, wyjedzie na kilka dni, a My z całą paczką wpadniemy nieco udeptać okoliczne szlaki. Czerwony szlak jedynie odsłania kawałek tej pięknej ziemi. Móc udeptać pozostałe szlaki już na samą myśl noga sama chodzi.

 

 

 

Napierając na Ostrą Małą dopadł mnie delikatny kryzys. Mając w nogach ponad 80km żwawym rytmem, lekko mnie zatkało. Doświadczenie pozwoliło szybko zażegnać kryzys i już mogłem puścić się w wir zbiegania do Lubawki.

 

Pierwszy nocleg na szlaku w samym centrum Lubawki na rynku w Hotelu Lubavia. Zanim tam trafiłem odwiedziłem jedyny otwarty w niedzielny wieczór sklep w mieścinie. Był to całodobowy sklep nocny  z alkoholem, a na moje: Dzień Dobry, czy są owoce?, Pani wybałuszyła oczy i wybuchła uśmiechem. Udało się znaleźć dwa fanty: wafle ryżowe i czekoladę gorzką.

 

W Hotelu witają mnie bardzo sympatyczni ludzie słowami Pan Maratończyk. Udaję się też, dzięki Rubin ,dostać solidny rabat na spanie.

 

Dzień pierwszy 100km, w górę wyszło 3781, w dół 3765 Czas 14h 55'

 

Etap drugi 18 Maj 2015 Lubawka

 

Drugi etap poszedł w ruch o godz. 5:10, na dobry poranek Góry Krucze, Wzgórza Krzeszowskie oraz Pasmo Lesistej. Pogoda zapowiadała ciepły piękny dzień. Już z samego rana widoki cudowne. W odległości 9km za Lubawką jest ciekawe miejsce nazywa się Betlejem. Rozważałem tutaj nocleg po pierwszym dniu napierania, jednak stwierdziłem, że lepiej będzie zrobić trochę mniejszy kilometraż i mieć więcej czasu na regenerację. Dalej nasz malarz od obrazów przenosi nas w przepiękne widoki. Za Krzeszowem, wspinając się na Wzgórza Krzeszowskie barwa kolorów i panorama rozkłada na łopatki.

 

 

 

Na GSS jest dużo przelotów asfaltowych, których nienawidzę. Jedyny plus tego jest, że można zobaczyć budownictwo oraz ich stan, po którym można stwierdzić jak się żyje ludziom. Czasami widoki są bardzo przykre, a świeżość budynków uleciała bardzo dawno.

 

Dziś na obiad pójdą Góry Sowie, ale za nim to nastąpi najpierw Góry Suche, które kończą się w Jedlinie Zdrój. Tam też przerwa na doładowanie baterii.

 

Góry Sowie znam, trenowałem w nich. Wiem, że przy słonecznej pogodzie potrafią dać w kość. Wiem też, że mimo pilnowania szlaku w biegu można się zatracić.

 

W samo południe wbiłem się w Park Krajobrazowy Gór Sowich. Słońce tego dnia wysoko, bardzo wysoko. Gdy mocno wieje to nie jest przyjemnie biec, ale gdy nie wieje to Słońce grzeje jak kaloryfer w zimowy wieczór. Plusy i minusy pogody.

 

Plus i minus to jedyne co widzę,

Plus i minus to jedyne co słyszę,

Plus i minus to jedyne czym żyję

Kaliber 44

 

Zanim dotarłem do Przełęczy Sokoła, dwa razy szlak spłatał figla. Oznaczenia są słabe lub było ich brak. Kilkaset metrów dorzucam i kilka minut do worka.

 

Podejście na Wielką Sowę znam nie tylko z treningów. Byłem tutaj kiedyś na zawodach. Mijam kilku turystów.

Uhu Uhu Wielka Sowa. Na górze trwają jakieś prace budowlane. Liczyłem na mini sklepik w wieży, ale z powodu tych prac jest zamknięty. Przelot przez Góry Sowie, może okazać się ciężki, gdy nie ma się dostatecznej ilości płynów, a Słońce daje po pacynce.

 

Docierając pod Twierdzę Srebrnogórską leciałem na samych ostatkach kropli wody. Musiałem dawkować odpowiednie proporcje, by starczyło do Srebrnej Góry. To był solidny trening wytrzymałości. Twierdza po ciężkim boju w Górach Sowich zdobyta. Tuż przy szlaku zdążyłem przed samym zamknięciem zaopatrzyć się w płyny, ale żeby coś zjeść było już za późno.

 

 

 

Góry Bardzkie to przelot z Małej Przełęczy Srebrnej na Słupiec. I to właśnie Słupiec będzie moim drugim noclegiem na trasie GSS. Nocleg mam zaklepany w starym PRL – owskim Domu Wypoczynkowym. Żeby tam trafić to pół Słupca trzeba przerzucić do góry nogami. Stan w środku taki, że bałem się dotykać klamki, aby nie odpadła, a cena za nocleg solidna. Jest łóżko, łazienka z gorąca wodą, a to dla spragnionego i zmęczonego człowieka wystarczy. Na recepcji można zamówić herbatę. Działa też WiFi.

 

Dzień drugi 92 km; pod górę 3174m, w dół 3172m; czas 15h11'

 

 

 

Etap trzeci 19 Maj 2015 Słupiec

 

Ze Słupca do Wambierzyc jest łatwy przelot przez Wzgórza Włodzickie i Wzgórza Ścinawskie. Jeśli ktoś jest w temacie ultra biegów górskich ten wie, że od jakiegoś czasu poruszam się trasą 7 Szczytów, z tym,  że ….. pod prąd.

 

Znam te zakręty, miejsca i każdy centymetr doskonale. Od dwóch lat wylewam pot na trasie 7 Szczytów, a odcinek w Wambierzycach szczególnie pamiętam, bo zawsze tutaj łapie mnie kryzys. Ale nie tym razem. Tym razem jestem tutaj tak wcześnie, że o kryzysie nie może być mowy, a Słońce jest niziutko i na pewno nie przygrzeje w piekarnik. Wracają wspomnienia, te piękne jak i te bolące.

 

Tuż przed Wambierzycami pole rzepakowe tryska żółcią tworząc piękną panoramę na Góry Stołowe. Zaraz za Wambierzycami zaczyna się odcinek Gór Stołowych. Sarenka zapuściła żurawia i czai z trawy co jest grane. O godzinie 8:00 osiągam Rogacza, co zwiastuje półmetek trasy GSS.

 

 

 

Obserwuję niebo z zaniepokojeniem. Dziś miały zacząć się już duże opady deszczu. Chmur przybywa z każdej strony, a najwięcej zbiera się ich w kierunku w którym zmierzam.

 

Z Rogacza pięknie leci się na Skalne Grzyby, następnie na Szczeliniec i do Karłowa. Z Karłowa bardzo ciekawym szlakiem na Skalniaka. Jedno z ciekawszych miejsc jak dla mnie kończące się Błędnymi Skałami okupowane przez szkolne wycieczki. Niebo zamienia się w wietrzne i mokre krople. Przyspieszam, bo znajduję się na wyeksponowanym terenie, a nigdy nie wiadomo co tam za kocioł w niebie się zagotuje.

 

Z Błędnych Skał to szybki zbieg do Kudowy Zdrój. Tam to też natrafiam na bar mleczny. Biorę ziemniaki ,surówkę i kompot. Płacę 2zł10gr. Surówkę smaczna i dobra, ale ziemniaki zalatują mi zmieszane z masłem. Zwracam  tackę z ziemniakami, popijam kompot i następnie ląduję w warzywniaku obok. Co tu mówić Raj dla weganina.

Po posiłku Wzgórza Lewińskie, które prowadzą mnie do Dusznik Zdrój.

 

 

 

W Dusznikach atakuję ,,Biedre’’. Konsumpcja owoców świata na schodach przy lekko łzawiącym niebie.

 

Odcinek Duszniki Zdrój- Zieleniec-Lasówka to Góry Orlickie. Niestety tyle asfaltu się tu klepie, że się odechciewa. Droga Sudecka. Monotonia i katorga dla mnie. Szukałem jakiejś ścieżyny tuż obok drogi, ale nic nie ma. Kto wie, czy ten asfalt nie był przyczyną moich losów w dalszej części trasy. Na domiar tego, niebo rozpłakało się jeszcze bardziej, a tuż przed samym Zieleńcem, się rozbeczało. Trochę zdziwiony byłem, bo napierając z Dusznik Zdrój do Zieleńca, tuż przed nim znów ujrzałem tablicę informacyjną Duszniki Zdrój. Zanim ogarnąłem, o co chodzi zobaczyłem też tabliczkę Zieleniec.

 

W Zieleńcu przymusowa przerwa przez mocne opady deszczu pod sklepem na ławeczce, ale z daszkiem. Bla bla przez telefon z Rubin. Wyjaśniliśmy też jeden skręt szlaku, który zrobiony jest tylko po to, aby dosłownie przejść pod samym progiem schroniska.

 

Z Zieleńca do Lasówki to dalsze klepanie asfaltu – daleko jeszcze?!.

 

Dopiero w Lasówce można wbić się na normalną drogę, czyli szlak prowadzący do schroniska Jagodna. Momentami jest taka kupa błota, że przypomniał się mi Beskid Niski z GSB.

 

Schronisko omijam mimo głodu, a na pocieszenie znowu klepanie asfaltu Drogi Sudeckiej.

 

Dzisiejszy nocleg zaplanowany we wsi Ponikwa. Zanim tam dotarłem na łąkach już po odbiciu z asfaltu, miałem spotkanie pierwszego stopnia z krową.

 

 

    

Tyle co miałem mały problem ze szlakiem, który szybko rozwiązałem i ku radości nabierałem prędkości, znad przeciwka niczym strzała mknęła w moją stronę krowa!. Jakieś dwa metry przed sobą wyhamowaliśmy prędkość. Stanąłem i myślę zdezorientowany co jest grane?!. Pierwsze co to sprawdzam, czy to nie aby byk. Uf, to nie byk. Ale co z tego jak krowa znowu napiera w moją stronę. Podbiega i oddala się. I tak kilka razy. Gdy ruszam w jej stronę ona rusza w moją. Na nic zdaję się rozmowa z nią. Krzyczę do domu, a ona nic. Obczajam krzak w pobliżu. Szybkim susem jestem tuż przy nim, ale krowa powtarza mój ruch i też już jest przy krzaku. No i zaczęło się. Ganianie wokół solidnego krzaka. Raz w jedną, raz w drugą stronę, jak w berka, albo jak chłopak z dziewczyną, który robi zaloty do dziewuszki. Tylko w tym przypadku to chyba krowie zebrało się na figle. Nie wiem, czy czasem jej przed chwilą byk nie ,,wybyczył’’, bo z gospodarstwa obory, które było tuż obok, byk dawał o sobie znać tak mocno, że nie chciałbym się z nim spotkać. Słychać go było chyba na całą wieś. Wyczekałem moment, gdy zaczęła podgryzać trawkę i cicho chodem dałem dyla do wsi. Tak żwawej krowy w życiu nie widziałem, a ogonem merdała jak pies wyprowadzony na spacer.

 

Ponikowo nad Ponikiem, ale bez paniki  napisała Rubin w poście relacji, którą mogliście śledzić.

 

Gospodarstwo Agroturystyczne, w którym nocowałem jest przepiękne. Gospodarze bardzo sympatyczni, a gospodyni lubi jedzenie wegańskie, z czego oczywiście skorzystałem. Kasza jaglana z warzywami smakowała wybornie.

 

Dzień trzeci 94,5km, w górę 2284m, w dół 2299, czas 14h41’

 

Etap czwarty 20 Maj 2015 Ponikwa

 

Gospodarze wiedzieli o moim porannym planie. Kładąc się spać byłem niemal przekonany, że rano obudzę się i zobaczę ulewę , przekręcę się na drugi bok i dalej będę spał. Jeszcze w środku nocy lało, ale gdy otworzyłem oczy, była cisza. Nie padało. Można było wskoczyć w kimono i ruszyć przed siebie. Ukradkiem przez tylne wyjście opuściłem ciepłe gospodarstwo i o godzinie 4:55 już byłem na szlaku. Chmury wisiały niziutko, ale przez najbliższe 2-3 godziny stwierdziłem, że większych opadów nie będzie. Zaczął się wyścig z czasem, ile uda się zrobić przed zapowiadanymi ulewami.

 

Mokre łąki dały sygnał, że dziś nie będzie łatwo. W Długopolu Zdrój cisza jak makiem zasiał, a planowałem śniadanie. Mokrych łąk ciąg dalszy i od rana już w butach mokro. Tyle saren co do tej pory nie widziałem nigdzie na GSS. Całe stada. Szlak w jednym momencie ucieka, ale dzięki wskazówce Dominika, tego co zrobił stary GSS w 98h35’, wiedziałem że muszę uważać w tym miejscu. Odcinek Długopole Zdrój – Wilkanów to fragment Kotliny Kłodzkiej.

 

Za wszelką cenę jak najszybciej chciałem dotrzeć do Marianówki, by mieć łąki i w perspektywie opadów deszczu odkryty teren za sobą i mieć możliwość schowania się w terenie zalesionym. Wraz z napieraniem pojawia się mżawka. Mniej lub bardziej mży.

 

Wreszcie docieram pod stoki Góry Iglicznej. O godzinie 7:29 jestem już na szczycie i cieszę się ze śniadania jakie zaplanowałem w Międzygórzu. Na śniadanie owoce ze spożywczaka, w menu pojawiły się m.in. tak długo oczekiwane przeze mnie truskawki. Czerwona słodka moc wypełnia mnie i napieram na strome podejście do schroniska na Śnieżniku. Po drodze mijam dwóch turystów. Ubrani w bluzy i kurtki przeciwdeszczowe, ja w krótkim rękawku, dopiero tuż przed schroniskiem zakładam bluzę, bo zaczyna wiać.

 

W schronisku ładuję pyszną świeżą surówkę i słucham ciekawej historii wieży jaka to kiedyś stała na szczycie Śnieżnika. Jak dobrze pamiętam wysadziła ją ówczesna władza w 1972 roku. Zostało z niej tylko zdjęcie. Po co? Dlaczego? Nie wiem, nie zapytałem, bo czas mnie gonił i ruszyłem dalej w misję. 

 

 

 

Mgła oblewa teren dookoła. Wilgotność duża, widoczność słaba, ale nie leje więc nie jest żle. Coś tam kapie i z czasem, gdy docieram do Czarnej Góry rozpadało się. Na jej szczycie leje, czym prędzej zbiegam w dół w stronę Lądka Zdój. Jest to łatwy odcinek pod warunkiem, że nie pada. Momentami robię przystanki pod drzewami, by przeczekać mocniejszy opad. Krótkie przystanki przeradzają się w długie przystanki. Najdłuższy miał czas około godziny. W bezruchu nie można wtedy zostać, bo grozi wychłodzeniem. Deszcz, wiatr, niska temperatura, kupa kilometrów w nogach, a ja pod drzewami rozgrzewałem się robiąc przysiady i pompki.

 

Mógłbym napierać dalej i dotrzeć do celu moknąc przy tym kilka razy. Tylko trzeba sobie zdać sprawę z kilku rzeczy. Czy wychłodzony organizm nadal będzie wstanie jutro być w ruchu, czy rzeczy wyschną, by móc wskoczyć w suche nazajutrz. Z tym nie jest tak łatwo. Z doświadczenia wiem, że nie wszędzie da się wysuszyć rzeczy, nie wszędzie jest gorąca woda, nie wszędzie grzeją. Miałem już różne niespodzianki. Czy następnego dnia nadal będzie padać, bo jeśli tak to ile ubiegnę znowu cały mokry, być może w mokrych rzeczach. Zawsze trzeba rozpatrywać  wszystko. To są czynniki, które mogą zaważyć na całym przedsięwzięciu. Jeden błąd, jedna zła decyzja może kosztować bardzo dużo.

Gdyby to był ostatni dzień napierania, grzałbym ile wlezie i nie patrzył na warunki pogodowe.

 

Skacząc tak pomiędzy większymi opadami z grzędy drzew na grzędę, docieram do Lądka Zdrój. Stąd jest niełatwy odcinek do Złotego Stoku przez Jawornik Wielki. Sporo podejścia, wiatr, mgła, deszcz, wycinka drzew, przez którą szlak zamieniony jest w breję błota i kałuż i tym samym bardzo słabe oznaczenie spowodowało  bardzo surowe warunki na tym odcinku. W Złotym Stoku miałem serdecznie dość. Zacząłem też odczuwać lewą nogę na wysokości golenia. Po godzinie spędzonej pod piwnym parasolem, wpadłem na pomysł, by zdobyć parasol i postawić dziś kropkę nad i, na starym szlaku GSS, który kończył się w Paczkowie. Dotychczasowy najszybszy przelot starego GSS wynosił 98h35’ godziny, zrobiony przez Dominika Ewalda we wrześniu zeszłego roku.

 

Po zaliczeniu trzeciego sklepu w poszukiwaniu parasola, z nową zdobyczą napieram do Paczkowa. Jest to klepanie asfaltu do znudzenia. Dominik napisał mi, że dla niego GSS mógłby się kończyć już w Złotym Stoku. Też tak uważam, bo tam kończą się góry.

 

 

 

W Paczkowie melduję o 20:27. Po 360km ,,stary’’ GSS od momentu startu machnięty w 87godzin 23 minuty. I już w tym momencie poczułem się spełniony.

 

Dzień czwarty 74,5km, w górę 2098, w dół 1998 czas 15h32’

 

Etap piąty 21 Maj 2015 Paczków

 

Gdy zasypiałem w Paczkowie w bardzo zimnym pokoju z jeszcze zimniejszym grzejnikiem, wiedziałem, że coś jest nie tak z moją lewą nogą. Na wysokości golenia pojawiła się górka i bolała. Nie mam pojęcia, gdzie co jak i kiedy. Podejrzewam dwie rzeczy, że gdzieś na zbiegu jak potknąłem się, lub od klepania asfaltu. Rano ból był większy i przeszła mi myśl, aby odpuścić dzisiejszy etap.

 

Niebo zachmurzone, ale bez opadów. Biec nie dawałem rady przez ten ból. Postanowiłem spróbować iść i zobaczyć jak będzie. Odcinek ten to znów udeptywanie asfaltu. Droga jest malownicza, wioski ładne i podobała się mi, ale powiedziałbym, że jest to wspaniały odcinek na rower.

 

 

 

Ból próbowałem koić mokrymi liśćmi, a jak nie były mokre to moczyłem w kałuży i okładałem kontuzję. Niestety opuchlizna coraz większa, ból większy, skóra czerwona i rozgrzana jak pies. Próbowałem jeszcze lody ze sklepów, ale tyle co przyłożyłem to lód topił się po 5 minutach. Po podjęciu wyzwania, przejściu 41km podjąłem decyzję o wycofaniu się z GSS.

 

Dokładnie na 401 kilometrze o godzinie 13:35 na Rozdrożu Pod Czechami zakończyłem imprezę. Do końca zostało jakieś 40km i Góry Opawskie. Decyzja była trudna, ale jedyna właściwa i rozsądna.

 

401 kilometrów Głównego Szlaku Sudeckiego pokonałem w 104 godziny 31 minut. Stara wersja GSS zrobiona w 87godzin 23 minuty i jest to o ile mi wiadomo najszybszy przelot.

 

Dziękuje za wsparcie, kciuki, miłe słowa , doping i że byliście duchem ze mną na szlaku.

 

Projekt wspierał sklep black-rock.pl. Wsparcie medialne zapewniła Planeta Gór.

 

Relację na FB przekazywała Wam Rubin (Monika)

 

Dziękuję i do następnego……

 

Łukasz Pawłowski (wlodec)

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

Półtorej roku temu jesienią nabawiłam się kontuzji kolana, a w zasadzie pogłębiłam już istniejącą, do tego stopnia, że dalsze wspinanie i góry stanęły pod znakiem zapytania. Pamiętam, że z gabinetu ortopedy wyszłam zapłakana, z przeświadczeniem, że to, co kocham, stało się dla mnie niedostępne na zawsze, do końca życia. Po kilku miesiącach bezczynności trafiłam na rehabilitację i dostałam cień nadziei, że może jednak kiedyś znowu będzie dobrze. Oczywiście wielogodzinne wycieczki, jak słynna Wyrypa Beskidzka zostają za mną, wybitne szczyty, góry wysokie i wędrówki z dużym plecakiem także są tym, czego już nie będę próbować.

 
W sumie moje dotychczasowe przejścia górskie dały razem, według TrekPLANNERA ok. 2500 km tras. Nie uwzględniłam tam wycieczek, których przebiegu nie jestem w stanie odtworzyć, a także okresu dzieciństwa, kiedy chodziłam po górach z rodzicami. Myślę, że mimo to te dwa i pół tysiąca stanowią całkiem fajną liczbę :). W ciągu ostatnich kilku lat byłam na kursie lawinowym, przeszłam kolejno 50 i 60 km w czasie dwóch Wyryp Beskidzkich, jednym ciągiem, bez długich odpoczynków i bez noclegu, a w polskich Tatrach zaliczyłam niemal wszystkie znakowane szlaki. Sporo osiągnęłam i chcę wyciągnąć rękę po więcej - marzę o alpejskich czterotysięcznikach, prawdziwym zimowym wspinaniu, Koronie Tatr zdobywanej wspinaczkowo, Koronie Słowacji, o wielu szczytach, szlakach, pasmach górskich, o powrocie do mojej Rumunii, magicznej, ze wspaniałymi, dzikimi górami.
 
Od początku rehabilitacji dzielnie starałam się wykonywać pakiet ćwiczeń, który dostałam. Teoretycznie nie powinnam się wspinać i wędrować, ale... Nie mogłam wytrzymać. I tak po pół roku przerwy przeszłam się na Magurkę, następnie pojechałam do Doliny Kieżmarskiej, potem kolejno: pochodziłam po Wapienicy, dwa razy byłam na Koziej Górce (znów ok. 8 km), trochę powspinałam się na Jurze i w Predhorie, w marcu zdobyłam Wysokie Skałki w Pieninach i poszłam do schroniska Stare Wierchy z Obidowej, w kwietniu zdobyłam Błatnią szlakiem z Jaworza (pierwszy raz od tej strony), a w długi weekend majowy znowu zaliczyłam Kozią. Na urlopie, w połowie września na luzie zaliczyłam trekking w Dolomitach, zdobyłam alpejskie wzniesienia o wysokości 2800 m n.p.m., choć celem było zdobycie trzytysięcznika, a potem przez ponad 10 dni wspinałam się w Arco. W tym roku znów zaczęłam nieco intensywniej chodzić po górach, a w marcu zrealizowałam swoje naprawdę wielkie, wielkie marzenie - zimowe wspinanie na tatrzańskich lodospadach.

Kiedyś 22-30 km w każdy dzień weekendu to była norma. Teraz pilnuję nie tylko długości trasy, ale dbam, by przewyższenia nie były zbyt duże, a podejścia za strome. Nie mogę dopuścić do obciążenia kolana, bo w przeciwnym wypadku kilka miesięcy rehabilitacji pójdzie na marne. Na początku każdy krok naznaczony był bólem, nie byłam w stanie przejść kilku kroków, byłam skazana na silne środki przeciwzapalne. Później musiałam bardzo uważać, powoli zwiększać dystans do przebycia, aż w końcu 8 km na Błatnią z Jaworza i z powrotem zupełnie bez bólu stało się wielkim sukcesem. Nauczyłam się cieszyć z krótkich, ale bezbolesnych wycieczek, każde 4-5 km w lesie w okolicy Bielska stanowiło wyzwanie, a 200 m przewyższenia było już poważnym podejściem.

Zawsze uważałam, że trudne doświadczenia wzmacniają, że warto dostrzec ich pozytywny wydźwięk, no i oczywiście, że nic nie dzieje się bez przyczyny - wszystko jest po coś, a to co nas spotyka to tylko lekcje do odrobienia. Kontuzja stała się więc dla mnie taką lekcją: pozwoliła mi dostrzec źródło radości w tym, co mam, nawet jeśli wydaje się, że to tak niewiele. Problemy z kolanem nauczyły mnie wdzięczności za zdrowie, za możliwości, jakie mam, za każdy jeden krok. Dzięki nim zaczęłam doceniać fakt, że nadal mogę chodzić i wspinać się, a że mniej intensywnie niż kiedyś, to już zupełnie nieistotne. To co posiadam, to czego dokonałam i co jeszcze przede mną stanowi wielką wartość - mam wszystko, czego potrzebuję, by być w pełni szczęśliwa :). Zmęczenie, powiew wiatru, szum górskiego potoku, świetni ludzie, z którymi chodzę w góry, ciepło słońca i orzeźwiająca mżawka, trudności na szlaku i bezkresne widoki - o wiele łatwiej to dostrzec i zachwycić się, kiedy wiem, że mogłabym tego nie mieć i nie przeżyć. Jestem wdzięczna za to, czego doświadczyłam w górach i patrzę w przyszłość z absolutną nadzieją - wierzę, że uda mi się zrealizować górskie plany, że wokół mnie zawsze będą fantastyczni, pozytywni ludzie, z którymi przejdę niejeden szlak i że osiągnę - z łatwością lub trudem, ale jednak - każdy sportowy cel, jaki przed sobą postawię :). 
 
Snieg w sierpniu, Tatry 2005
 
zielone góry Bucegi w Rumunii, sierpień 2006
 
deszczowe Fogarasze, Rumunia 2006
 
gdzieś w Tatrach Zachodnich, lato 2004
 
W drodze na Przełęcz pod Chłopkiem, lato 2003
 
słynna drabinka nad Kozią Przełęczą, Tatry 2003
 
Na Przełęczy pod Chłopkiem, lato 2003
 
Na Wrotach Chałubińskiego, lato 2003
 
Orla Perć, cz. II, lato 2004
 
Wołowiec, Tatry A.D. 2002
 
 
 
Rysy, Tatry A..D. 2002
 
Bieszczady A.D. 2002
 
Wielka Racza, lato 2003
 
 
VI Wyrypa Beskidzka, wędrówka przez Beskid Mały
 
IV Wyrypa Beskidzka, lipiec 2011
 
W Dolinie Złomisk, jesień 2012
 
 
Na Ornak, fot. Bożena Z.
 
Pod Siwym Wierchem, jesień! 2011
 
Jest walka! Fot. Bożena Z.
 
I jest poddanie się. Fot. Bożena Z.
 
Dolina Białej Wody, listopad 2011
 
zachód słońca nad Tatrami Zachodnimi
 
Arco jak burzowy las tropikalny :)
 
Dru bawi się w chowanego :)
 
Lodowiec Mer de Glace
 
w Dolinie Kieżmarskiej, styczeń 2014
 
Bela, Mała Fatra, listopad 2011
 
 
Trekking wokół Tre Cime

 
Przedmurze Alp. Jezioro Garda
 
Pod Wildes Mannle. Alpy. Austria
 
Lodospad koło Hrebenioka
 
Pełnia szczęścia :). Grześ. Krokusy A.D. 2015. fot. Patryk K.
 
Pierwsze prowadzenie, Apteka, Podlesice, 2010
 
Arco 2010
 
 
Massone, 2010
 
Tofana, Dolomity, koniec sierpnia 2010
 
Cinque Torri, Dolomity, sierpień 2010
 
Finale Ligure, Wielkanoc 2010
 
Liguryjska skała
 
Tak się spełnia marzenia: działaniem :)
 
Razem na Załupie. Zastrzyk endorfin w czystej postaci :).
 
W stronę Starorobociańskiego, Tatry 2005
 
"Bądź zadowolony z tego, co masz, ciesz się tym, jak się sprawy mają. Kiedy zdasz sobie sprawę, że niczego nie brakuje, cały świat będzie należeć do ciebie". Lao Tsu
 
"Pe­symis­ta szu­ka prze­ciw­ności w każdej okaz­ji. Op­ty­mis­ta widzi okazję w każdej prze­ciw­ności". Winston Churchill
 
"W życiu nie chodzi o czekanie, aż burza minie… Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu". Vivian Green
 
"Wdzięczność otwiera pełnię życia. Sprawia, że to, co mamy, wystarcza. Zamienia opór w akceptację, chaos w porządek, konfuzję w klarowność. Może zamienić posiłek w ucztę, mieszkanie w dom, obcego w przyjaciela. Wdzięczność nadaje sens przeszłości, przynosi pokój dzisiaj i tworzy wizję jutra". Melody Beattie
 

 

1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

Witam

 

Mam pytanie czy w polskich górach można znaleźć szczyty na które aby wejść trzeba zapłacić?

 

Odpowiedź - Oczywiście że nie. I tutaj mamy błąd.

Odpowiedź powinna brzmieć- Oczywiście że tak.

 

Gdzie, kiedy jak, dlaczego?

 

Już odpowiadam.

 

W pieninach "Trzy Koronowy" opłata tuż przy wejściu na szczyt 5 zł od łebka. Świat się zmienia. Oczywiście można ominąć te obostrzenie, idą na szczyt bardzo wczesnie rano, lub pewnie zimą. Czyli wtedy gdy prawdopodobieństwo że ktoś wyjdzie na szczyt jest bardzo niskie, i nikomu nie chce sie siedzieć w budce aby kasować za wejście na szczyt.

 

 

trzy

 

Wejście i kasa na Trzy Korony

 

 

trzy

 

Barierki i podest w drodze na szczyt

 


Pewnie dla niejednego ten fakt nie jest szokiem, bo już tam był, ale dla mnie musze przyznać, jest to ostatania rzecz jaką bym się spodziewał w polskich górach. Świat dzie do przodu mamy XXI wiek, az strach co będzie dalej.

 

Moze kosze na szlakach? Nie to już mamy. Gdzie?

 

Opiszę następnym razem

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

 

14.04.2013r.
W piątek dostaję informację: wybieramy się w Tatry w niedzielę.
Bez zadawania pytania wiem co to znaczy - na Rysy. W Tatrach nadal solidna zima więc to niemożliwe w moim wykonaniu. Uprzedzając doprecyzowanie trasy, wymyślam i ślę w odpowiedzi różne ciekawe propozycje zamiast Tatr: może na Klak? może na Wielki Rozsutec? może na Tarnicę?
W sobotę schodzę z Babiej, dostaję sms-a: W niedzielę na Rysy. Zapraszamy.
No to stało się.
Nie zadziałało.
W mailu zwrotnym Marek pisze: Klak to pomyłka, a jak powiem Alkowi o Tarnicy to umrze ze śmiechu.
Dlaczego ja na Rysy zimą nie? - bo lawiny!!!

Mój zimowy kontakt z górami zaczął się od Marka. On mnie zachęcił do kursu turystyki zimowej, wysokogórskiej, zabrał na Szpiglasową Przełęcz (sam wszedł na szczyt, ja nie bo...lawiny). Poza tym parę razy na Grzesiu, Rakoniu, Trzdniowiańskim i Starorobociańskim czyli klasyka w Zachodnich.
Koniec. Dalej nie pójdę... bo lawiny!!! Kolega już wielokrotnie o Rysach mówił, ale ciągle ich nie było co mnie bardzo cieszyło, bo to on nie ma czasu, a nie, że ja się boję.

Teraz jest inaczej. W lipcu lecimy na Kazbek.
Musisz zdobywać doświadczenie zimowe! - słyszę, obywać się z zimowymi warunkami!, itp. Dwa tygodnie wcześniej nie poszłam z nimi na Babią "akademikiem" - bo lawiny!!! (minus dla mnie, ale było dopiero co po świeżych opadach). Nie ma mowy.
Chłopcy byli, wrócili, nic się nie wydarzyło, a ja zniesmaczona moim brakiem odwagi zostałam z nosem na kwintę. Jak teraz nie pójdę - moje akcje spadną do zera. Trzeba iść. Ale...lawiny!!!
Świeżych opadów nie było-plus. Jest zdecydowane ocieplenie - minus.

Marka znam. Podkpiwa sobie z moich zimowych obaw górskich bo sam jest w zimowych górach zakochany. Z Alkiem byłam tylko raz, w styczniu na Rakoniu. Jak teraz mój strach zwycięży to mnie gościu skreśli, powie spadaj na drzewo nie na Kazbek.
Przecież oni wejdą, nic się nie wydarzy, wrócą szczęśliwi, a ja znów z niesmakiem do samej siebie będę swoje obawy pielęgnować. Ech...co by tu wymyślić, żeby nie poszli. Może zdarzy się cud.
W niedzielę rano zabierają mnie po drodze. Prognoza się sprawdza, pogoda ładna (pech). Z asfaltu do MOka szczyty w chmurach (Marek jest uzależniony od słońca - może jeszcze nie pójdziemy - liczę po cichu).

Widok z Włosienicy_chmury dosyć nisko

Doszliśmy do schroniska. Śniadanie.
Może jeszcze ratownik dyżurny wyjdzie i powie, że niebezpiecznie, że nie można iść i będzie po sprawie - moja ostatnia deska ratunku. (Przed Szpiglasem 2 lata temu tak było. Odwiódł Marka od schodzenia na stronę Piątki) Sama w to nie wierzę, bo sprawdzałam komunikat TOPR. Jest dwójka z tendencją malejącą.
Nic się nie wydarza.
Obserwujemy przez okno przynajmniej trzy osoby wspinające się do góry. To trochę napawa mnie nadzieją, że przecież jakoś to będzie.
Zostawiamy kijki w depozycie, ja robię dobrą minę do tej gry, która mnie nie zachwyca, nie zdradzam się nawet mrugnięciem oka i z fasonem ruszamy wprost przez Staw. Na schodkach do Stawu czwórka innych turystów. Zagadnęliśmy ich, ale oni na Rysy nie, bo zbyt niebezpiecznie z powodu ocieplenia.
Mnie tyle wystarczyłoby do odwrotu, ale na Alku to nie robi wrażenia.
Zresztą jak zawrócić takich gości? Ja się boję, a oni się cieszą.

Marek i Alek na tafli Morskiego Oka

Więcej - nad Czarnym Stawem 4 panienki zawróciły - „nie idziemy bo tam jest szczelina". Nie wyglądały na autorytety górskie, więc sama z dystansem do tego komunikatu podeszłam i odrobiną zdziwienia, bo nigdy o szczelinie na Rysach nie słyszałam.
My idziemy niestety.
Żaden z moich towarzyszy nawet na sekundę nie wyraża zwątpienia.
Nie mam szans na odwrót. Będę musiała wejść.
Przekonuję sama siebie - przecież oni wiedzą co robią, przecież lawiny nie czyhają specjalnie na mnie, przecież zagrożenie wielkie nie jest, a wszystko to kwestia psychiki. (psycho-filozofoia górska to jest konik jednego z kolegów i powód do dowcipkowania dla pozostałej dwójki:)
Na dole nad Czarnym Stawem niedzisiejsze lawiniska - to dobry znak - nadmierne depozyty śniegu już z góry zeszły.
Ogłaszam sama sobie - koniec rozczulania. Ruszamy w górę.
W naturalny sposób rozciągamy się trochę zachowując tym samym bezpieczne odległości. Powyżej wanty obserwujemy pierwszych, ślizgiem na pupie zjeżdżających z góry. Byli na szczycie, widoczności nie mieli.
Nie podoba mi się to ich ślizganie. Każdy za sobą jakieś drobne obsuwy ciągnie, ale poza tym nic się nie dzieje. Robi się zbyt ciepło. Zdejmuję kurtkę. Na razie jest ok jak patrzę do przodu, ale do tyłu... Czarny Staw już daleko za nami, a do Buli jeszcze daleko.

Marek na podejściu_Czarny Staw już daleko w dole za nami

Jak dojdziemy do Buli, to potem już będzie lepiej, a po wejściu w rysę teren się trochę kładzie. Tak to widzę z dołu.
Alek cały czas z przodu. Napawa mnie pozytywną energią jego obecność. Zachowuję za nim odległość ze 20-30 metrów, ale więcej lepiej nie. Jak jestem blisko to nic się nie stanie.
Robi się gorąco.

Na podejściu_jeszcze ponizej Buli

Zdejmuję polar. (Żart Marka - na szczycie będziemy toplessCool) Pierwszy łyk picia i oddech. Nie podoba mi się bo stromooooo.

Śnieg wypełnił żleb tak wysoko, że nabrał niewiarygodnie wielkiej szerokości w porównaniu z letnią porą i okrutnej stromizny.

Nie podoba mi się, że idziemy prawie środkiem. Nic mi się nie podoba.

Następny „ślizgacz" minął nas w drodze na dół.
Co on robi?! W życiu tak nie zjadę.
Dostajemy komunikat, że na szczycie już nikogo nie ma.
Alek zauważa, że jesteśmy teraz jedynymi, którzy prowadzą akcję górską w tym terenie. No... nie wiem czy to powód do radości.
Żeby już była Bula, żeby już była Bula... Wiem, że będzie za zakrętem, ale dlaczego jej jeszcze nie ma? A za mną tak stromo! Jak ja stąd zejdę? Jeszcze nie mamy dwóch tysięcy. Wątpliwości mnie nie chcą opuścić.

Śnieg różny. Miejscami świeży!!! Gdy na dole wiosna mamiła nas deszczem, w górach padał śnieg. To wzmaga niebezpieczeństwo i moje obawy, ale... nie myśleć, nie dołować się, nie tracić morale. Nie oglądać się za siebie bo stromo.
Już mi ciężko chwilami, ale to nic. Cukierek i do przodu. Nie myśleć o zagrożeniu, trzymać się Alka i będzie dobrze. Liczę kroki bez celu i... zaczynam cieszyć się, że już tak wysoko jesteśmy. Dopiero połowa, a nic się nie dzieje, lawiny nie walą. Miłe zaskoczenie. Pozytywne myśli próbują się przebić, ale jeszcze za wcześnie. Jeszcze nie pora na radość. Nie oglądać się za siebie. Przecież ludzie stąd schodzą.

Nareszcie Bula jest poniżej. Znikąd nabrałam pewności, że teraz już będzie dobrze.

Nareszcie Bula jest poniżej

Dobrze, że nie ma słońca, temperetura cały czas lekko poniżej zera, ale z drugiej strony niepokojące, że chmury otaczają szczyty coraz niżej. Zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Jakaś odrobina opadu, ni to śnieg, ni grad. Jak się pogoda załamie, to po nas.
Ciągle jeszcze jednak daleko.

Już jesteśmy powyżej Buli_stromizna nie maleje

W połowie rysy, która miała wypłaszczać teren, a moim zdaniem stromieje on niemiłosiernie, czuję pierwsze oznaki wyczerpania. Od śniadania nic nie jedliśmy. Alek zatrzymał się pod ścianą. Nareszcie otoczenie zawęziło się trochę. Dochodzę, on zwalnia mi miejsce na biwak bo jest wygodne, ale jednoosobowe, podaje komunikat, że mamy już 2400 metrów, jest 13.30 czyli mamy prawidłowy czas i rusza.
Marek już wszedł w rysę.

Marek już wszedł w rysę

Alek już z niej wychodzi na przełęcz u góry. Już niedaleko. Tylko 100metrów pionu. Dostrzegam światło w tuneluSmile.

Alek toruje non stop_zbliża się już do grani

Ja wcinam szybką kanapkę, herbatę i za nim, ale Alka już nie widać, moje światło zgasło. Przekazuję Markowi komunikat o wysokości i ruszam zwalniając mu miejsce. Marek się jednak nie zatrzymał. Napiera wytrwale.

Nagle - sama jestem na przełęczy. Naruszam czekanem nawis, żeby czasem nie skusił postawieniem na nim stopy, jaszcze parę kroków i jestem na szczycie kwadrans po Alku.
Chwilę zdziwiona tym faktem, ale potem już tylko radość.

Już się cieszę_na szczycie Rysów


Nie chodzi o to, że szczyt Rysów. Chodzi o to, że pokonałam swoje strachy. Marek miał rację. To kwestia psyche, bo przecież nie możliwości fizycznych jak widać na załączonym obrazku.

Szczęśliwi zdobywcy

Jesteśmy na szczycie.
Marek też już jest! Pokonuje ostatni kamień.

Jeszcze tylko 1 kamień

Gratulujemy sobie. Chłopaki żałują, że nie ma widoków, ale co mi tam widoki. Ja tu weszłam, strachy odeszły do historii. Jeszcze tylko zejść.
Z powodu pogody na szczycie tylko krótki odpoczynek. Jakoś nikt nie miał głowy do zdjęcia wspólnego, szczytowego.
Tuż przed naszym odejściem weszło dwóch narciarzy od słowackiej strony. Marek przytomnie zauważa, że właściwie powinni jechać przed nami, ale oni dopiero weszli, my zabieramy się pierwsi.
Alek długo nie namyślając się rozpoczyna ślizg na pupie.
Noooo, ja nie będę się wygłupiać.
Niebezpiecznie.
Schodzę parę kroków, kolega już ze 30metrów niżej i na mnie czeka. Samo mi się siadło i mi się jedzie. Staram się ostrożnie, ale jak się zatrzymać??? Łaaaaaa!!!
Przytomnie łapie mój czekan. Już wiem jak to zrobić. Chwila i Marek jest z nami. Zdążył nam zrobić zdjęcie.Ślizg w rysie_z Alkiem znikamy we mgle

Krótkich minut kilkanaści i jesteśmy poniżej Buli, w okolicy wanty.

Tak się ślizgało:)

Wcale niegłupi pomysł z tym ślizganiem. Z zachowaniem pewnej ostrożności, żeby nie wzbudzać zbyt dużej masy śniegu, krótkimi ślizgami na dół jesteśmy na tafli Czarnego Stawu po 50 minutach. Nigdy nie myślałam, że można w takim czasie Rysy opuścić. Narciarze równo z nami. Był po drodze czas na zdjęcia.

Metoda dupoślizgów w wykonaniu Marka

Na tafli Czarnego zdejmujemy raki, stuptuty. W jednym bucie śnieg mi się topi. Skąd śnieg w bucie?

Sprawdzam czy na pupie mam jeszcze spodnie czy tylko wielką dziurę, ale jest dobrzeWink, tylko mokroUndecided. Na drugim brzegu Stawu popas zasłużony. Słońce nareszcie wróciło. W schroniskowym kiosku może kupię skarpetki jakieś. Alek dzieli się swoją zapasową parą. Jest lepiej. Teraz już możemy cieszyć się od ucha do ucha. I cieszymy się. I okazuje się, że mamy statyw, że możemy mieć cały zespół na fotce. Rysy w tle, chmury się podniosły.

TEAM KAZBEK 2013 po zdobyciu Rysów

I toasty, i gratulacje, i Kazbek już wydaje się pestką. I życie jest takie piękne!
Różnicę poziomów miedzy Czarnym Stawem, a taflą Morskiego Oka pokonujemy sprawdzoną metodą dupoślizgów, i tu ja prym wiodę. Tak się cieszę, że mogłabym wrócić na RysyLaughing. Chłopaki za mną, dlatego mają fajne zdjęcia.

Ślizgiem z Czarnego Stawu do MOka:)

Ponieważ stuptuty już w plecaku, teraz mam mokro w obu butach. W ogóle wszystko jest mokre. Kurtki, plecaki, w plecaku. Śniegu nabiło w każdy zakamarek, trudno się dziwić.
Na pożegnanie z MOkiem - błękit na niebie się pojawił. W nagrodę dla mnie, że nie wymiękłamWink.

Błekitne niebo na pożegnanie z MOkiem

Piękna wyprawa.

Jak w to uwierzyć, że zdobyłam Rysy zimą? No, może nie zimą, ale w warunkach zimowych.

Czego ja się bałam? Już nie pamiętamLaughing.
Dzięki ChłopakiSmile.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

2011_07_27 Śnieżka_1602m n.p.m. - Karkonosze

Wczoraj wieczór miałam dużo czasu na szperanie w sieci i wymyśliłam, że jak wjadę na Kopę kolejką, to zaoszczędzę z 500 metrów w pionie i ponad półtorej godziny czasu, nie muszę wstawać o świcie, a jeśli wszystko pójdzie ok, z Przełęczy Okraj będę miała dość czasu by dojść na Skalnik w Rudawach Janowickich przez Kowarską Przełęcz i zejść na Przełęcz Pod Średnicą. Od Przełęczy Okraj potrzebuję na to z 5 godzin. Trasa długa, ale bez podejścia z rana będzie nietrudna i dam radę spoko.

Na każdej innej trasie twierdziłam zawsze, że wjazd kolejką to dyshonor. Tym razem odpuszczam regułę.

8.30 jestem pod kolejką jako jedna z pierwszych.

O 9.00 ona nie rusza bo awaria prądu.

O 9.30 siedzę nadal w miejscu i mnie trafia bo nie tylko kolejka nie rusza, ale do tego deszcz leje. Ludzi zgromadziło się moc i przybywa. Awaria miała trwać 20minut.

Jest 10-ta kolejka nadal stoi - ja ruszam z irytacją na twarzy. Nie na deszcz, nie na awarię prądu tylko na siebie. Już byłabym na Kopie, a jestem u jej podnóża. Dobrze mi tak za złamanie mojej dotychczasowej zasady - kolejki są dla lajciarzy.  

Tyle z mojego czekania pożytku, że największa zlewa już przeszła, deszcz ustaje i do końca dnia nie wrócił.

Podejście niezłe jest, ale zasuwam jak mały samochodzik. Na Kopie kawa i oddech, bo dałam czadu. Przed jej opuszczeniem - wjechała kolejka. Wrrrr...

Na Śnieżce jestem dokładnie w południe.

Duże zachmurzenie, ale chmury wędrują. Chwilami widoczność super, chwilami i zero widoczności.

Równia Śnieżnicka

Ludzi mnóstwo. Czeska kolejka wciąż dowozi nowych i nasza kolejka na Kopę już działa. Niesprzyjające miejsce dla zdrożonego turysty przy niepogodzie. W restauracji zakaz spożywania posiłków własnych. W środku tłok i długi ogonek do baru. Uciekam stamtąd. Ubieram się bo zimno, wilgotno i trochę wieje. Zaglądam wszędzie gdzie można zajrzeć. Zaskakuje mnie mnogość obiektów budowlanych. Najciekawsza dla mnie  informacja na znaku - pomysł na jutroJ - Szrenica 20 km! To mi się podoba - tam pójdę.

Na Śnieżce zrodził się pomysł na jutro:)

 Zeszło mi z godzinę na szczycie zanim w każdą „dziurę" zajrzałam i sfotografowałam. Dłuższy popas zrobiłam sobie w kosówce, po odłączeniu się od nadmiaru ludności. Spodziewałam się, że Karkonosze to już nie będą puste szlaki, ale że aż tak zatłoczone to się nie spodziewałam. Długa droga przez kosodrzewinę i wcale nie pnie się do góry.

Za Sowią Przełęczą sytuacja się poprawia. Znaczna część Czechów, którzy wjechali kolejką schodzą na swoją stronę żółtym lub zielonym, ludzi mniej. Do schroniska na Jelence nawet nie zaglądam bo wiem czego się spodziewać. Wolę posiedzieć w ładniejszym miejscu. Idę spokojnie bo już zrezygnowałam z pomysłu ze Skalnikiem.

Na Skalnym Stole_1283m n.p.m.

Przez Czarny Grzbiet, Czarna Kopę_1407m, Sowią Przełęcz_1164m, Skalny Stół_1283m, Kowarski Grzbiet, Czoło_1275m, dochodzę do Przełęczy Okraj_1046m o 16tej.

Na Przełęczy Okraj_1046m n.p.m.

Przy takiej mnogości tras, które się tu krzyżują nie dziwi wielka frekwencja na trasie. Żurek w schronisku i teraz żółtym na Kowarską Przełęcz. Szlak zaczyna się schodzeniem drogą 368, na której przy schronisku parkuje wiele samochodów, w tym jeden z dwoma panami właśnie szykującymi się do odjazdu.

To się nazywa pomyślny zbieg okoliczności. Błyskawicznie rezygnuję z „górskiej" trasy asfaltową drogą.

Panowie mnie zabierają i w Kowarach jestem szybciutko. Bus do Karpacza za chwilę i już. O 18tej jestem „w domu". 

Nazajutrz mam super plan i to mnie cieszy bardziej niż dzień miniony.

2011_07_27 Szrenica_1362m n.p.m. - Karkonosze

 

Dzisiejsza wycieczka to „skok w bok" od KGP, ale nie umiałam sobie odmówićSmile.

Wstałam o 5tej, by 6.15 być już na czerwonym szlaku. Na Rozdrożu Łomnickim mijam kasę - nieczynną. Pomijając 5zł na Szczelińcu, w żadnym poborze opłat nie płacę bo chodzę za wcześnie. Wyjątkiem wczorajszy dzień. Za wcześnie nie było, ale perfidnie ominęłam kasę uznając, że jak przyszłam to była nieczynna, czyli mi wolno. Poza tym straciłam 2 godziny czyli trochę „im na złość".

Elegancka leśna droga do Schroniska nad Łomniczką. Jeszcze nieczynne. Dopiero powyżej ścieżka przybiera górski charakter. Mijam symboliczny Cmentarz Ofiarom Gór i wspinam się na Przełęcz pod Śnieżką.

Przełęcz pod Śnieżką_1400m n.p.m.

Zasadnicze podejście dzisiejszego dnia mam za sobą więc czas na poranną kawę w Śląskim Domu. Jestem na wysokości 1400m. Na południe i zachód mam ładną widoczność, ale obejrzawszy się do tyłu Sokoliki ledwo widzę. Nie mniej jednak już rozpoznaję w panoramie te dwie kopki i wrzucam je do mojego planu na zaś.

Sokoliki ledwo widać, ale są i kuszą na zaś

Na Spalonej Strażnicy znaki kierują do Strzechy Akademickiej 15 min, do Samotni 30. Nie planowałam ich, ale po pierwsze Kotły kuszą (Bogdan je skutecznie reklamował), po drugie jak teraz nie zejdę - nie wiadomo kiedy uda mi się tu przyjechać na powrót?

Jedyna okazja. Takiej się nie przepuszcza.

Schodzę do Strzechy, i do Samotni. Niepowtarzalne miejsce na schronisko górskie. Super.

Nad Małym Stawem na kamieniu przerwa śniadaniowa.

Schronisko opuszcza liczna ekipa plastyków - sądząc po akcesoriach. Przez chwilę było gwarno, ale odeszli.

Jest cicho, pusto, kamienisto i pięknie.

Głęboko w Kotle nie ma słońca. Niepokoi mnie ta pogoda. I nie deszcz jest najgorszy, ale chmuryL.

Trudno - JAKOŚ TO BĘDZIE - jak już nie raz bywało. Niechętnie opuszczam to ciche miejsce, ale trzeba. Wracam na Spaloną Strażnicę uczciwie bez korzystania ze skrótowych ścieżek.

Z górnej krawędzi Kotła mam jak na dłoni obydwa schroniska i Stawy Mały, potem Duży.

Samotnia i Strzecha Akademicka

Tu już jest sporo ludzi i będą mi towarzyszyć tak licznie aż do Przełęczy Karkonoskiej.

Przy Słoneczniku pogoda siadła. Zaczął padać deszcz.

Chmury przewalają się z zaskakująco szybkim tempie. Górą musi nieźle wiać. Dwa zdjęcia Śnieżki zrobione w ciągu pół minuty.

Widać Śnieżkę   ...i nie widać Śnieżki

O 13.30 jestem na Przełęczy Karkonoskiej. Na ten moment nawet na chwilę zaświeciło słońce. Po ilości zaparkowanych samochodów domyślam się, że wiele osób z towarzystwa na szlaku tu właśnie skończy wycieczkę - obiadem w schronisku. Robię swoją przerwę obiadową na kamieniu przed przełęczą.

 

Nad Przełęczą Karkonoską_1198m n.p.m.

Do schroniska Odrodzenie zajrzałam, ale już tam nie musiałam się zatrzymywać. Połowa dnia minęła, a połowa trasy jeszcze nie. Zabieram się dalej. Do Szrenicy jeszcze daleko, a chcę również zejść do Śnieżnych Kotłów.

Ciekawie „rozjechane" słupki graniczne. Plus dla tych co nie kuli skały. W Tatrach widziałam taki tylko na Świnicy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Oczywiście formacje skalne, które są charakterystycznym elementem krajobrazu dostępne tylko z bliska. Z Czeskimi Kamieniami niemal się zderzyłam, dopiero je dostrzegłam.

Chmura - pojawia się i znika

Na Czarnej Przełęczy schodzę na niebieski szlak do Śnieżnych Kotłów. Jest 15.20 Kusi mnie podejście do przekaźnika TV Śnieżne Kotły. Stąd tylko 45 minut, ale chmura pomaga mi zrezygnować z tego pomysłu. Im wyżej tym widoczność gorsza, a czasu jakby przymało się robi. Niewielkie różnice wysokości robią dziś wielką różnicę.

 Do Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem doszłam szybko bo z górkiSmile i odtąd jestem sama. W Śnieżnych Kotłach na wstępie młaka, a potem Śnieżne Stawki. Urokliwe miejsce.

Na urwisku u góry przekaźnik pokazuje się tylko chwilami. Dobrze, że tam nie poszłam. Spędzam trochę czasu w Kotłach. Odpoczynek już mi się należy przyzwoity, a i otoczenie piękne.

Z jednej strony potężna skalna ściana, z drugiej kraina łagodności i wszechogarniający spokój.

Carpe diem ...

Śnieżne Stawki w Śnieznych Kotłach

 Opuszczam Śnieżne Kotły najładniejszym odcinkiem trasy w dniu dzisiejszym. Ścieżka prowadzi po ogromnych głazach w kosówce.  

Przypomina mi do złudzenia przejście przez Świstówkę z Piątki do MOka. Trawersuję teraz zbocze, idzie się lekko, mam panoramę na którą tak czekałam. 

Miejsce odkryte i sprzyja widokom. Przejrzystość powietrza jest niedoskonała, ale i tak się zachwycam.

Wyobrażam sobie jakież panoramy będę miała ze Ślęży - tam już będzie na około płasko. To dopiero będą widoki!!!

Zatrzymuję się i patrzę, patrzę niemal łapczywie.  Napawam się Kotliną Jeleniogórską. Stosunkowo płaski, rozległy teren to niecodzienny dla mnie widok. Szachownica lasów i pól, rozrzucone miejscowości. Pod każdym dachem toczą się czyjeś ludzkie losy, codzienność, powroty z pracy, domowy obiad. Co ja tutaj robię? Do domu...zatęskniło mi się.

 Widok na Kotlinę Jeleniogórską

Z daleka widzę Schronisko pod Łabskim Szczytem w dole. Ciekawość mnie tam sprowadza.

Niby niewiele, ale pół godziny zeszło. Jest 17.35

Do Szrenicy jeszcze godzina drogi, a jeszcze do Szklarskiej Poręby, a gdzie tam Karpacz.

Siadły mi baterie w aparacie. Dopiero co rano założyłam nowe, ale też zdjęć natrzaskałam setki. Akumulatory wytrzymały cały tydzień, baterie 1 dnia nie wytrzymują. Już nie mogę trzaskać. Ma to tę dobrą stronę, że nie zatrzymuję się nieustannie. Jeszcze Mokra Przełęcz i na Szrenicy jestem o 18.30 W schronisku dokupiłam baterie, picie i bez zbędnej zwłoki zasuwam na Halę Szrenicką. Do szosy w Szklarskiej - półtorej godziny wg mapy. Tu już nie wchodzę nigdzie tylko w dół.

Myliłby się ktoś twierdząc, że już luz. Zejście dopiero mi uświadamia, że jestem zmęczona bo ciągle muszę trzymać „na hamulcu" na kociołbowej drodze, a kolano trzeszczyUndecided

Schronisko Kamieńczyk mam o 19.30. Chwila odpoczynku.

Zaglądam z góry na wodospad, ale niewiele widać.

Niżej bramka - zamknięta i punkt poboru opłat. Tym razem JEST JUŻ ZA PÓŹNO na opłaty. Rzut oka po otoczeniu, ogrodzeniu i... skok przez barierki i już. Piękne miejsce, warto było taki nieszkodliwy włam zrobić.

Wodospad Kamieńczyk

 

 

W niespełna pół godziny jestem na drodze nr 3 w miejscu zdawałoby się stosownym do łapania stopa, ale nic z tego.

Czyżby pierwsze problemy z komunikacją?

Późno  jest. Ruszam, może po drodze coś się zatrzyma, a jakby nie - z centrum Szklarskiej może prędzej coś będzie.

Nic się nie zatrzymało. Z półtora km szłam z tym plusem, że obejrzałam z bliska Krucze Skały. Załapałam się na ostatnie promienie zachodzącego słońca w mieście.

Na rozkładzie jazdy - ostatni bus do Karpacza odjechał o 18-tej. Jest 20.30.

Ustawiam się gdzie trzeba i liczę na łut szczęścia.

15 minut. Najdłuższe łapanie stopa, ale był - do Jeleniej. Aż tyle mi nie trzeba, ja tylko do drogi 366 w Piechowicach. Wysiadam na skrzyżowaniu, przechodzę przez most i czekam. Taki niepewny środek lokomocji mam do dyspozycji, że - oby tylko za dnia dojechać!!!.

 

3 minuty i zatrzymała się pani do Sobieszowa. Może być. Zawsze to o jedną wieś bliżej.

Krótka jazda. Pani skręciła, ja przeszłam na drugą stronę skrzyżowania i ... 3 minuty.

- Ale tylko do Sosnówki.

Nie wiem co to, ale jak w stronę Karpacza - może być.

-  To my w Sosnówce postawimy panią na właściwym skrzyżowaniu - otrzymuję uprzejmą propozycję.

Krótka jazda i wysiadka. Jeśli pierwszy nadjeżdżający samochód się zatrzyma - to ja jestem w czepku urodzona.

Nie zatrzymał się. Zatrzymał się dopiero czwarty. Trwało to z 5 minut.

-  W stronę Karpacza?

- Tak.

- No to pasuje.

Rozmawiamy o turystyce. Wysłuchuję żalu kierowcy, że nie może pozwolić sobie na taką wycieczkę, odbieram wyrazy uznania za dzisiejszą trasę.

Pytam dokąd konkretnie dojadę.

- Ja tu tylko na ognisko w pobliżu jadę, ale pani dziś taką piękną trasę przeszła, że podrzucę panią do Karpacza.

Uprzejmy ksiądz zawiózł mnie do Karpacza pod same drzwiLaughing

Niektórzy to mają szczęście.

Dochodzi 22-ga.

Przeszłam pieszo z Karpacza do Szklarskiej Poręby. Google na mapie pokazuje 33km. Granią było krócej - tylko dwadzieścia parę

Wspaniała wycieczka. To nic, że nogi zdrożone, że obiadu nie było, że na trasie czas trochę poganiał, że nie było dziś szczytu z Korony, ale łącznie z dniem wczorajszym grań Karkonoszy przeszłam prawie w całości. Hura! To był bardzo trafiony skok w bok. Kawał mapy zrobiłam. To się nazywa satysfakcjonujący dzień, tylko znów nie miałam czasu na zwiedzenie świątyni Wang. Może jutro.

cdn.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Biegi górskie Biegi górskie

  

ULTRAMARATON - BIEG 7 DOLIN

 

Sobota 10 września

 

Start - Deptak w Krynicy Zdrój godz. 3.00

Meta Deptak w Krynicy Zdrój - zamknięcie mety godz. 22:00 (limit czasu 19h)

 

Dystans 100 km , na poszczególnych punktach i przepakach obowiązują limity czasowe:

 

• Rytro (35 km) - limit 6h15'

• Piwniczna (64 km) - limit 12h

• Wierchomla (79 km) - limit 14h45'

• Bacówka nad Wierchomlą (88 km) - limit 16h30'.

 

Profil trasy: trasa trudna wyznaczona w Beskidzie Sądeckim, górzysta, z licznymi podbiegami i zbiegami:

 

j

j

 

Start: Krynica-deptak - Jaworzyna Krynicka (1114) - Runek (1080) - Łabowska Hala - Rytro - Hala Przehyba - Radziejowa (1262) - Eliaszówka (1024) - Piwniczna Zdrój - Łomnica Zdrój - Wierchomla Wielka - Wierchomla Mała - Szczawnik - Bacówka n/Wierchomlą - Runek - Krynica-deptak - Meta

 

 

Najbardziej oczekiwany bieg tegorocznej Jesieni. Niezwykła koncentracja towarzyszyła przez cały tydzień poprzedzający bieg. Bieg ten był bardzo istotny dla mnie z różnych powodów. To miał być bieg, gdzie wreszcie wszystko zagra tak jak jest w nutach. Wykorzystać maksymalnie, swoje krótkie doświadczenie biegowe.

 

Doświadczenie to wykorzystałem na maxa, wszystko poszło zgodnie z planem, a nawet lepiej. Przetestowałem również nowe pomysły na biegi ultra. Zdobyte kolejne doświadczenie nie pójdzie w las. Do tego kończąc B7D wpadły kolejne punkty do UTMB.

 

Sam bieg rewelacyjny, takiej atmosfery i DOPINGU nie ma na żadnej innej imprezie biegowej w PL.

 

Dopingują wszyscy bez wyjątków, w każdej miejscowości mieszkańcy dodają otuchy zawodnikom, mało tego częstują również wodą, jak np. babuszka przed Piwniczną przygotowała dwa wiadra wody dla spragnionych.

 

Życzliwość okolicznych mieszkańców jest niesamowita. W jednym miejscu mijał mnie samochód, na mój widok zatrzymał się, a ludzie siedzący w nim zaczeli bić bravo i zachęcać do dalszego biegu. 12 km przed metą, gdy zdobywałem ostatnie 2 km pod górę - Runek - chłopiec góra pięcioletni, gdy go mijam nagle krzyczy - GAZU ! Smile

 

Wiele już przebiegłem i szczególną uwagę zwracam na doping ludzi na trasie, to co się dzieje w Krynicy jest niesamowite.

 

Gdy się już wbiega do Krynicy wprost ze szlaku, na deptak to ciarki przechodzą, a i łezka może się zakręcić.

 

 Czas na mecie 14:18:05 - 63 miejsce OPEN. Wystartowało 242 zawodników, ukończyło 193.

j

Meta Krynica fot.: P.B

 

Bramki ustawione po lewej i po prawej stronie w kilkumetrowych odstępach zwiastują iż to końcowe metry. Z każdym krokiem biegowym bramek coraz więcej, ludzi coraz więcej, bramki zaczynają się ciągnąć jedna za druga, doping coraz większy, głośniejszy, dłonie publiczności wystawione po lewej i prawej stronie do przybijania piątek, spiker krzyczący wręcz do mikrofonu na widok kolejnych zawodników.

 

Coś przepięknego, to trzeba przeżyć. Atmosfera jak z filmików UTMB.

 

Mam nadzieję, że Festiwal Biegowy w Krynicy będzie się rozwijał, takiej elity biegowej ultra w jednym miejscu nie sposób spotkać. Fajowo też było spotkać starych znajomych.

 

Poznajecie kto biegnie obok mnie? pamiétacie KIERAT 2011? Wink. Znów sié spotkaliśmy

 

j

Rytro - pierwszy przepak

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

 11.08.2011r. czwartek

Co przejść w Tatrach gdy przeszło się już wszystko?

To samo tylko inaczejSmile np. Orla Perć w całości - czemu nie?! Z Kuźnic do Polany Palenicy. Zliczam na mapie czasy. 16 godzin ze Świnicą, 15 bez Świnicy. Za dużo! Twórcy trasy nie wliczali Świnicy do Orlej Perci, ale teraz różnie się ją traktuje. Można skrócić o 2 godziny zejścia z Piątki do Palenicy i wtedy mieścimy się w czasie wędrówki słońca. Na 11-tego sierpnia dla Krakowa (dla Zakopanego nie znalazłam) wschód słońca o godz. 5.22, zachód 20.09 Dzień trwa 14 godz. 47min. Stanąć na szlaku o wschodzie słońca i o zachodzie w schronisku. Akuratna zbieżność. Pogoda ma być ok, czyli już wiadomo co zrobię jutro.

Pobudka o 4 rano i podążać ze Słońcem. Prosty plan.

Plan, planem, ale jak nie dam rady? Jest 5 szlaków zejściowych po drodze: z Koziego Wierchu do Piątki, Żleb Kulczyńskiego, z Koziej Przełęczy w obie strony i 2 z Granatów.

Pobudka o 4.15 Przejrzystość powietrza super. Po wyjściu widzę 3 Korony!

5.45 jestem na starcie w Kuźnicach. Idę przez Boczań. Na Przełęczy miedzy Kopami przekonuję się, że musiał być niezły przymrozek w nocy, bo ławeczki oszronione.

Był przymrozek w nocy, ławki na Przełęczy między Kopami oszronione

Pogoda fantastyczna. Babia Góra jak oddzielona od Ziemi snującymi się dołem pasmami mgły nad Dunajcem, aż od Zalewu Czorsztyńskiego.

Z Przełęczy do Murowańca zachwycające jak zwykle Kościelce i Orla Perć. Ostre granie kontrastują z niebem. To moja droga na dziś. Za wcześnie żeby spodziewać się wielu osób, ale i tak kilka spotykam. Wszyscy skręcają do schroniska na śniadanie jak mówią. Ja idę prosto na czarny szlak. O tej porze bar jeszcze nieczynny przecież. Jest 7.15. Nad Zielonym Stawem kwitnące tojady. Tojad mocny nad Zielonym Stawem Gąsienicowym

Zielony Staw dokładnie zielony. Przeglądają się skały w lustrze wody. Łyk kawy na rozwidleniu szlaku na Karb i dalej. Z podejścia wszystkie Stawy w Gąsienicowej jak kawałki nieba na ziemi. Stawy Gąsienicowe jak kawałki nieba na Ziemi

Przed dziewiątą jestem na Świnickiej Przełęczy. Jest kilkanaście osób. Dochodzą z Kasprowego. Kolejka już wjechała parę razy do tego czasu. Panorama fantastyczna po prostu. Pięknie komponują się szczyty z pasmami chmur. 

Na Świnickiej Przełęczy

Rozmawiam z kilkoma osobami. Wymieniamy się planami na dziś. Ci co wiedzą o czym mówię z uznaniem odnoszą się do mojej trasy. Wszyscy życzą sobie wzajemnie powodzenia na szlaku. Niewielu będzie mi towarzyszyć za Zawratem. Przed pierwszymi łańcuchami,  na Świnicy spotykam czterech gości wyglądających na takich po niezłym balu. Jeden pijany!!! Pali, klnie i zarzeka się, że zawraca - na szczęście. Jak on tu dotarł??? Stoją w punkcie gdzie utrudniają trochę przejście bo miejscami zamarznięta woda na kamieniach. Jakoś przechodzę obok. Przede mną mały spowalniacz. Wystraszona wyraźnie mama i tata nieudolnie próbujący asekurować syna. Dziecko ma z 10 lat, a tatuś trzyma go za rękę. Zwracam mu uwagę: niech dziecko dwoma rękami trzyma się łańcucha, ale nieskutecznie. Strach na to patrzyć. Mijam ich w pierwszym możliwym miejscu.

9.40 jestem na Świnicy. Dziś luzów nie będzie. Mój ambitny plan może się zwalić na zakorkowanych łańcuchach. Jest na co patrzyć, ale w tych warunkach tylko zdjęcia panoram naokoło i idę. Ze Świnicy 2301m n.p.m.

Nic tu po mnie bo następni dochodzą. To nie są sprzyjające warunki do kontemplacji urody świata. 10.30 na Zawracie. Miejsca więcej - można pozwolić sobie na śniadanie. Smak zwykłej kanapki rośnie wprost proporcjonalnie do wysokości, na której się ją konsumuje, a tu jest 2159m n.p.m. PychaSmile

Dzień już jest piękny, a najlepsze cały czas przede mną. Na Kozi Wierch idzie już mniej osób. Od Zawratu stale ktoś mi towarzyszy - co akurat jest wielkim plusem, ale nie ma nadmiaru ludzi. Idzie się sprawnie. Na żaden zator nie trafiłam. Na Kozim ostatnia liczna grupa zdobywców. Potem po kilka osób zgrupowanych na każdym Granacie. Utrzymuję dobry czas. Nie mogę przyspieszyć przejścia więc oszczędzam postoje i obiecuję sobie kosmiczny popas na Krzyżnem. Kalkuluję: jeśli dojdę na 15tą na Skrajny Granat to idę dalej na Buczynowe Turnie, jeśli nie - schodzę żółtym do Murowańca tym bardziej, że w miarę upływu godzin pojawiają się chmury. Zasnuwają chwilami doliny, zakrywają Wysokie Tatry, stale się przemieszczają. Gromadzą się chmury po południu

Już nie jest tak optymistycznie jak o poranku. Jak zachmurzenie skumuluje się zanadto albo co gorsza zacznie padać (chociaż prognozy obiecywały, że nie będzie) dzień zrobi się krótszy, łańcuchy mokre, skały śliskie. Będzie niedobrze. Dokładnie o 15tej doszłam na Skrajny. Zasłużony odpoczynek. Widzę na moim szlaku z przodu kilkanaście osób, ale jak ruszyłam o 15.30 to już ich nie było w zasięgu wzroku. Mieli z godzinę wyprzedzenia. Teraz zanosiło się na to, że pójdę sama, bo rozsądni ludzie o takiej godzinie mykają na dół. Ostatni raz szłam ten odcinek solo w przeciwnym kierunku w ub. roku, o wcześniejszej porze dnia, ale przy niepewnej pogodzie. Czułam się maleńka jak ziarenko piasku na tle potężnych skał i nad przepaściami. Niech kto mówi co chce, ale pogodne niebo i światło dodaje człowiekowi pewności siebie.

Tym razem miałam fart bo dwoje młodych ludzi też idzie jeszcze na Krzyżne. Opuszczamy wierzchołek jako ostatni z grupy, która go okupowała i idziemy razem. Chmury/mgły krążą wokół, przelewają się przez granie, ale zagarniają nas dopiero na Krzyżnem. Jesteśmy tam o 17.30 Jestem niepocieszona. Obiecywałam sobie w tym miejscu postój ile dusza zapragnie, ale w tej sytuacji nie ma po co tu stawać. Robimy sobie ostatnie zdjęcie we mgle i oni żółtym do Murowańca, ja do Pięciu Stawów. Teraz już tylko z górki. Krótko po zejściu z Krzyżnego chmura zostaje najpierw w tyle, potem jaśnieje, potem podnosi się wysoko do góry. Wróciło błękitne niebo. Przed zachodem wróciło błękitne niebo

Pogoda zdecydowanie się poprawia przed zachodem. To nagroda za cały pracowity dzień. Mogę popasać do woli. Widoki fantastyczne. Poświęcam im dużo czasu. Uczta dla oczu, ulga dla stóp i kęs dla żołądka. Na trawersie już tylko człap, człap. Mam czas do zachoduJ Jakby trzeba było robić zejście do Palenicy - to spoko.

W Dolinie jestem na 19.30. Słońce już za granią, ale Miedziane pięknie jeszcze oświetlone. Słońce schowało się za granią

Nad Wielkim Stawem czekam na zachód. Umawiam się sama ze sobą, że jak zgaśnie na Miedzianym to znaczy, że zaszło. Zgasło o 20tej. Idę pukać do drzwi schroniska o dach nad głową prosić. Pozdrawiam po drodze „dzień dobry" kilka osób siedzących na schodkach Goprówki.

- Pani do schroniska? Tam tłok, z nami lepiej

I tak załapałam się na materac w Goprówce. Kilka osób. Luzik.

Poszłam do schroniska na herbatę i doceniłam swój komfortowo luźny nocleg i spać. To był pracowity, ale piękny i udany dzień. Jutro rano - do domu.

KUŹNICE - HALA GĄSIENICOWA - ŚWINICKA PRZEŁĘCZ - ŚWINICA - ZAWRAT - KOZI WIERCH - GRNATY: ZADNI - POŚREDNI - SKRAJNY - BUCZYNOWE TURNIE - KRZYŻNE - DOLINA 5 STAWÓW razem ze SłońcemLaughing

 12.08.2011r. piątek

Dopiero rano dotarło do mnie jakiego wysiłku dokonałam wczoraj. Obudziłam się jak potłuczona. Orla Perć to nie trekking. Chwilę trwało zanim rozeszło się po kościach. Czuję, że moje kolano aż trzeszczy. Znikam po cichutku z izby bo reszta jeszcze śpi, kładę 2 dychy na stole w kuchni i nad Staw!!! Jest po szóstej. Słońce wychyla się zza Miedzianego.Słońce wychyla się zza Miedzianego

Powrót Doliną Roztoki uznaję za zbyt konwencjonalny. Jak mi tak dobrze idzie - dlaczego nie wracać przez Gąsienicową Dolinę? Większość  w takiej sytuacji idzie niebieskim na Zawrat, to ja dla odmiany żółtym do Pustej Dolinki (Pusta Dolinka i Chuda Przełączka to dwie „mizerne" nazwy w Tatrach, które wciąż mi się mieszają!) i przez Kozią Przełęcz, Kozią Dolinkę, Zmarzły Staw. Szlak stąd niezadługi, ale trudny i ciekawszy.

 Na Kozią Przełęcz szlak trudny, ale ciekawszy

Piękna pogoda. Zupełnie nieśpiesznie. Śniadanie na progu Pustej Dolinki. Pięć Stawów skąpane w słońcu, rześkie powietrze poranka, 2000m n.p.m. i wczorajsza kanapka. Gdyby jeszcze gorąca kawa - to żyć nie umierać.  Dziwi mnie, że jeszcze nie ma ludzi - tylu ich tłoczyło się w schronisku. A przecież już 7.30! Z drugiej strony stąd każda trasa jest o 2 godziny krótsza niż z dołu. Z podziwem obserwuję dwa zespoły wspinaczy atakujących Zamarłą Turnię. To jest dopiero wyzwanie i umiejętności! Szacun dla tych co potrafią. Orla Perć z łańcuchami to pestka naprzeciwko takiej drogi. Odbijają się od ścian ich okrzyki. To zwielokrotnia wrażenie surowości miejsca i potęgi ściany. Nie śpieszy mi się. Odbijam sobie postoje za wczoraj:) Doczekałam się tym sposobem za plecami licznych wędrowców na Zawrat, na Szpiglasowy nikogo nie widzę. Za mną do Pustej wszedł jeszcze tylko 1 człowiek. Wspinamy się chwilę razem. On skręca na czerwony szlak i Kozi Wierch, ja lecę żółtym. Po przekroczeniu wąskiego siodełka Przełęczy zmiana klimatu. Słońce przygasa, chmur więcej, chwilami mgła w Dolinie. Po stronie Gąsienicowej zbierają sie chmury

Na razie nie jest źle, ale może padać. Tu mi to już jednak nie będzie przeszkadzać. Ubieram kurtkę. Obiecuję sobie gorącą kawę w Murowańcu. Nad Czarnym Stawem rozpoznaje mnie para, którą spotkałam wczoraj gdzieś na szlaku. Pytają czy się udało? Gratulują. Oni dziś tylko na Zawrat i z powrotem. Obok tego Stawu nie da się przelecieć bez zatrzymania. Ja do swojego kącika znikam:) Na rozdrożu szlaku na Karb tłum. Tam na pewno nie stanę. Na Kościelec liczny sznureczek wspinaczy. Z przyjemnością obserwuję otoczenie z daleka od towarzystwa. Nie zliczę, który to już raz patrzę na te widoki, ale na pewno nie ostatni. Nie można napatrzyć się na zapas, jak nie można na zapas się wyspać. Tu trzeba po prostu wrócić.

W Murowańcu katastrofalny tłok. Do kasy kolejka, do kuchni kolejka, do toalety kolejka. Nie mam nic przeciwko tylu wycieczkowiczom, tylko ja tu się nie zatrzymam. Każdy robi to co lubi, ale... kawy nie będzie.

Poniżej Przełęczy między Kopami deszcz. Wracam przez Boczań. W lesie już leje i tak do samych Kuźnic. Kawa w pierwszym barze. Nareszcie!!! Do autobusu mam 2 godziny, więc mogę sobie pozwolić. Rozmawiam z Panią, która zjechała kolejką z Kasprowego. Po 13tej na Kasprowym padał śnieg!

Jeszcze tylko bus, Zakopane i do domu.

DOLINA 5 STAWÓW - PUSTA DOLINKA - KOZIA PRZEŁĘCZ - KOZIA DOLINKA - DOLINA GĄSIENICOWA - BOCZAŃ - KUŹNICE

Takie miałam wspaniałe 2 dni w Tatrach.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Trekking Trekking

I stało się. Nie zachorowałem ostatnio i żaden wirus mnie nie dopadł, a tu patrz - jednak. Okazuje się, że te góry zmagań z wirasami i chorobami są nieraz trudnijesze do przejścia niż szlak, czy zdobycie jakiegoś szczytu. Walczysz z chorobą tak prawdę mówiąc sam, choćby Ci inni mieli nie wiem co mówić, podawać cokolwiek, czy jakkolwiek wspierać. Każdy z nas sam musi się zmagać z cierpieniem, chorobą i trudniściami powrotu do zdrowia, lub pogodzenia się z tym, że może trzeba będzie tak a nie inaczej żyć. Coż to jest grypa - ktoś powie? - jednak to wiele, bo nieleczona i bagatelizowana staje się przyczyną śmierci. Cóź to jest Szyndzielnia w Bielsku-Białej - ktoś powie? - jednak to też góra i wiem, że nawet ta góra zdołała wiele osób pokonać. Każdy ma swoje K2 czy to w górach, czy to w życiu. A jak mawiał Jose Ortega Gasset - "Dla człowieka, dla którego nie istnieją małe rzeczy, wielkie rzeczy nie są wielkimi." Wierzę więc, że trzeba umieć walczyć i mieć cierpliwość na małe choroby i góry, by to samo umieć później powiedzieć o większych walkach i większych górach. Tym którzy chorują - życzę szybkiego powrotu do zdrowia i sił do znoszenia cierpienia. A tym, co zdrowie mają - niech szanują je, bo to cenny dar.

TagsTags: życie choroba góry 
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Rowery górskie Rowery górskie

Sobotę urozmaiciłem sobie rowerowym wypadem na Jurkę, czyli Jurę. Muszę nadmienić, że jeszcze w piątek do późnych godzin wieczornych rozważałem propozycję  Klubu Turystyki  Aktywnej z Blachowni, który organizował wycieczkę na górę św. Anny. Do wykręcenia było prawie 200km.

Sobotnie kręcenie traktowałem jako podkład przed zbliżającym się rajdem rowerowym dookoła Tatr (3 lipca,210km). Poprzeczkę postawiłem sobie, by wykręcić co najmniej 120km. Wyszło 170km!

Planowy wyjazd z CzeFki  ustalony był na godz. 6 rano. Jednak przesunął się na godz.8, gdyż przymknęło się oko  na dłużej niż planowałem. Wiedząc, iż nikt nie dołączy do mojej spontanicznej wycieczki, nie przejmowałem się zbytnio opóźnieniem  dwu godzinnym.

Kierunek Olsztyn, skąd zaczynam jazdę czerwonym rowerowym szklakiem Orlich Gniazd. Trasa idzie lasami oraz drogami  asfaltowymi prowadząc mnie przez takie miejscowości jak: Przymiłowice-Kotysów, Rędziny, Zrębice, Krasawę I I II, Szczypie. Suliszowice.  Na którymś etapie w jednej  z miejscowości , gdzieś pomiędzy  Rędzinami, a Suliszowicami, foto-radar robi mi zdjęcie!!!Jestem lekko w szoku, pierwsza myśl, słońce odbiło się od lustra?!, ale lustro nie błyska takim fleszem, poza tym słońce nie miało takiej mocy na tą chwilę, była godz. ok. 9.30 i trochę chmur na niebie, momentami zasłaniając promienie słoneczne. Na 99% to był foto-radar. Jest tam taka górka, że można naprawdę wykręcić 50km/h. Tego dnia kilkakrotnie biłem rekord prędkości. Pierwszy raz w życiu radar zrobił mi takie zdjęcie ;-). Będą mieli ubaw, widząc kolarza w koszulce Astany, przekraczającego prędkość w terenie zabudowanym.:-).

W Suliszowicach szlak odbija mocno w las, kierując się na Ostrężnik. Jest trochę do podjechania, ale nóżki i rowerek doskonale współpracują ze sobą. W Ostrężniku odbijam na pieszy szlak czerwony wiodący przez Trzebniów, Moczydło do Niegowej, gdzie szlak pieszy łączy się ze szlakiem rowerowym.

W dorsze  z Niegowej do Mirowa i Bobolic osiągam rekordową prędkość dla mnie. Przyjmując aerodynamiczną pozycję zjazdową osiągam 55,6 km/h. Absolutny rekord.

 Podziwiam piękne zamki w Mirowie i Bobolicach. W Bobolicach remont zamku prawie na ukończeniu, oficjalne otwarcie we wrześniu. Poza tym Mirów jest znanym miejscem ze względu na skałki, gdzie zawsze można spotkać wspinaczy.

Z Bobolic kieruję się na Podlesice przez Zdów. W Podlesiach jakaś impreza, fajnie  kręci się więc nawet nie zatrzymuję się zobaczyć co się dzieje. Docieram do Morska pod kolejny zamek na Jurze.

W Morsku odpoczywa jakaś pielgrzymka, również przysiadam na kilka minut łyknąć napoju izotonicznego i przegryźć trochę węglowodanów. Po odpoczynku ruszam na Podzamcze przez Skarżyce i  Żerkowice. Wjeżdżam na zawierciańskie ziemie, gdzie kręci się wspaniale, ze względu na ukształtowanie terenu, licznik nie schodzi poniżej 40km/h.

W Podzamczu robię dłuższa przerwę ( ok.20 min.)., zastanawiam się co dalej, brnąć na Kraków i dzwonić do przyjaciół o nocleg, czy objechać coś w pobliżu. Pada na Pilice. Słyszałem, że są tam ładne tereny. Po przerwie podczas której analizowałem mapy oraz podziwiałem zapaleńców skałkowych odbijam na pieszy szlak czerwony, który prowadzi wprost na Pilicę.

Szlak prowadzi przez lasy, następnie odbija na asfaltową drogę, chwilę prowadzi przez drogę o kącie nachylenia 9%. Mijam Kocikową i wjeżdżam do Pilicy, która robi na mnie duże wrażenie. Po prawej stronie wita mnie zalew Pilica, po lewej stronie nowiutkie obiekty rekreacyjno sportowe z pełnowymiarowym boiskiem i bieżnią, na którym zaczynał się właśnie mecz piłki nożnej, Piliczanka Pilica ,czy jakoś tak ;-). Po minięciu obiektów sportowych wjazd do  centrum Pilicy, duży przestrzenny piękny rynek, obok stary odmalowany kościółek. Warto również zobaczyć dworek, zespół pałacowo parkowy ( 1325-27, przebudowany w 1612r.- niestety ruina L, oraz klasztor Matki Bożej Śnieżnej (1739-46r.)

Z Pilicy wracam już nie szlakiem tylko trasą na Podzamcze i do Ogrodzeńca. W Podzamczu „łapię gumę", na której dojeżdżam, aż do Zawiercia (ok.10km). Między Podzamczem, a Zawierciem mijam trzy stacje benzynowe, na pierwszej na pytanie, czy jest kompresor pan mówi, że nie w tej chwili, na drugiej nie ma kompresora, a na trzeciej obsługa mówi, że już dziś za późno ( nie łapię o co biega ). Uważajcie jak złapiecie gumę w tej okolicy ;-).

Dopiero na czwartej stacji już w Zawierciu, jest kompresor i dokonuję szybkiej wymiany dętki. Pompkę oczywiście miałem w plecaku, ale po pierwsze  guma nie była tak uciążliwa aby natychmiast dokonać wymiany, a po drugie pompka jest kiepskiej jakości i wolę unikać jej ;-).

W Zawierciu zbieram jeszcze resztę sił i kręcę do Myszkowa. W Myszkowie ze względu na pożną porę i wyczerpanie pakuję się z rowerem do pociągu. W sumie na rowerze spędziłem 13h wykręcając  170km. Następny cel na Jurze to przejechać ją od Częstochowy do Krakowa.

Jura jest piękna, przyciąga swą urodą oraz tajemniczością, bo jak wytłumaczyć jadąc szlakiem suchym jak pieprz ,  nagle pojawiają się kałuże, błoto ......przecież nie padało, dokoła na próżno szukać rzeki , stawu, czy zalewu. Można tam wrócić się do przeszłości, przejeżdżając przez małe miejscowości, wsie, sięgnąć pamięcią do dzieciństwa. Takie obrazy jak „babuszki" stojące przy płocie, dziadki wysiadające na drewnianej skonstruowanej własnoręcznie ławce przed swoim domem, miejscowi smakosze piwa pod sklepem lub przystanku autobusowym, szczekające  kundle wbiegające pod koła, wiejskie zapachy, cisza,  pola, lasy, skałki, ruiny zamków to wszystko sprawia, że kocham te jurajskie klimaty.

wlodec

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 7 comments Wspinanie Wspinanie

ale ma być lepiej -tzn. mrozy i mało opadów więc może przyszły weekend...

niestety plan Tatry nie wypalił. Choć warunki były niezłe to jednak zdrowie nie dopisało i trzeba będzie z inauguracją sezonu zimowego jeszcze trochę poczekać niestety.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Trekking Trekking

 Na pewno nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, iż nic bardziej nie cementuje rodziny, jak przebywanie ze soba. Wspólne wedrowanie po szlakach gorskich. Jest rola rodzica by pokazywać dzieciaczkom, te pozytywne wzorce. Myślę że takie wspólne górskie przygody będa do pewnego stopnia ochrona dziecka, przed nie koniecznie dobrymi wzorcami, z którymi nie jednokrotnie spotykamy się w życiu codziennym. Oczywiście nie piszę o budowaniu klosza, tylko o byciu  konkurencja dla wszelkich negatywnych autorytetów. Myślę że zaszczepienie w dziecku pasji może odnieść pozytywne skutki i tego się trzymajmy :). Wiem że jest to ciężki temat, ale jestem aktualnie na takim właśnie etapie życia i postanowiłem się tym podzielić.

Udało nam się juz na krótko być z dziećmi w dolomitach, a 1,5 roczny synek widzac kalendarz z górami mówi: ALPI (czyt. alpy). Oczywiście z 7-mio letnia córa zwiedziła już więcej miejsc.

Tymczasem pozdrawiam.

Jest to mój pierwszy blog więc tym pardziej dzięki za uwagę.

 

Rafał

TagsTags: góry 
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

...''A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne''... W.S. Reymont, Z konstytucyjnych dni.

 

VIVE MONT BLANC ET LUCAS LE GRAND !!!!

 

Plac w samym centrum deptaka w Chamonix wypełniła lawina ludzi przyodzianych w różne i dziwne ozdoby. Ubiór ich wyróżniał nie mniej jak nazwa biegu i dystans, z którym to mieli zmierzyć się. Tego kończącego sierpniowego lata jednak niedane było im. Jedną z najtrudniejszych tras biegowych świata zmieniono. Nadchodzące wiadomości głęboko z Alp zapowiadały kilka dni wcześniej oszałamiające nagłe i złe pogorszenie warunków na szlakach. Po upalnym, słonecznym 30 stopniowym całomiesięcznym dogrzaniu, szczyty zamieniły się w białe lodowate rożki, a potoki wypełniły  spływającym z wysokich gór błotnistym deszczem. Wiatr opanował Doliny i Przełęcze wdzierając się w każdą szczelinę na swej drodze.

 

Królewski dystans 170km 9800+ zostaje skrócony do 100km 6000+. Informacje tą dostaję przy odprawie w dniu zawodów około południa. Jak piorun wiadomość ta rozchodzi się po hali, wychodząc na ulice Chamonix, docierając falą radiową do pozostałych uczestników święta, jakim jest UTMB - ULTRA TRIAL DU MONT BLANC.

 

j

Masyw Mont Blanc w dniu startu

 

Odprawa jest skrupulatna, należy odmeldować się ze sprzętem na miejscu. Wszystko dokładnie jest sprawdzane, lista obowiązkowego sprzętu jest na całą kartkę A4. Czegoś nie masz, nie startujesz. Należy też być przygotowanym na kontrolę podczas biegu. Sprawdzony sprzęt zostaje przypieczętowany i oznakowany specjalną wstążką na plecaku, która to zostanie odcięta po przekroczeniu linii mety. Na nadgarstek dostaje się gumową bransoletę, której to nie można zdjąć aż do zakończenia imprezy.

 

Informacja o skróceniu i zmianie trasy dajé do myślenia, czy w ogóle nie odwołają startu. Patrząc w góry, których i tak nie sposób dostrzec, bo pogoda jest tak fatalna nie można być pewnym, że impreza się odbędzie.

 

Niedługo potem darekk napisze na forum:

 

‘'Niestety w tym roku, ze względu na fatalne warunki pogodowe UTMB skrócono do 100 km.Wlodec trzymamy kciuki.''

 

Jedno jest pewne, że Mont Blanc nie obiegniemy w tym roku, nawet nie wybiegniemy poza terytorium Francji.  Jedynie pierwsze 39km prowadzi normalną trasą, reszta to nawrót i sztukowanie trasy, gdzie najwyższe punkty to 1900 m n.p.m.

 

Les Contamines - La Balme - Les Contamines retor - Les Houches - Argentiere

 

Prognoza: zimno, deszcz i śnieg, wiatr dochodzący do 70km/h powodujący, ze temp odczuwalna to -10 stopni C. Organizator zaleca 4 warstwy odzieży!!!.

 

Nie zmieniam kompletnie nic w swoim sprzęcie i taktyce. Zabieram tyle sprzętu i tyle jedzenia ile miałem zabrać na 170km. Zaczynam tez bardzo wolno, by piąć się w górę po każdym punkcie kontrolnym.

 

Gęstnieje tłum, 2300 zawodników ustawia się na linii startu, trzy razy tyle, to kibice wypełzający z każdej strony, zajmując dogodne dla siebie miejsce, by móc dopingować ruszający korowód biegaczy.

 

To 10- ta jubileuszowa impreza UTMB, w związku z tym tuz przed startem organizator uskrzydla nas krótkim filmikiem na telebimie, znajdującym się po prawej stronie, po którym to następuje odliczanie 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1...START.

 

j

Start/Meta UTMB

 

Przy dźwiękach VANGELIS - CONQUEST OF PARADISE ruszamy do przodu, w deszczowe zaśnieżone zimne i wiatrowe ALPY. Tego piątkowego wieczora Chamonix, Alpy należały do nas, do biegaczy.

 

Cóż to za wiwat tłumu obfitował w gromkie brawa, uśmiechy i nadzieje na twarzach zawodników, kibice barwnie, kolorowo i bardzo żywiołowo, wręcz nieśli dopingiem pełnych energii zawodników. Nie ostawili nawet milimetra, by móc wepchną się i spojrzeć jak ruszają do przodu. Zajęte wszystkie balkoniki, podesty, knajpeczki i kawiarenki. Barierki uginające się pod ciężarem widzów wariują z zachwytu potupywania i truchtania zawodników z 72 krajów, pnących i wijących się w górę strumieniem ludzkich ciał. Widok to niecodzienny bez bała fascynujący ujmujący i wzniosły podnosząc ludzkie serce, dający wiarę i nadzieje na osiągnięcie sukcesu. Niezapomniane i ujmujące na długo, na wieki to chwile.

 

Czterdzieści minut przed startem znajduję dogodne miejsce w ogonie sznura zawodników.  Po odliczeniu i wystartowaniu wbiegam na kamerę przesyłając buziaki wszystkim kibicującym i oglądającym zmagania ultrasów.

 

Pogoda lekko patrząc na nas, nie pada na głowę, na 8km słyszę z tłumu ‘'dajesz Łukasz dajesz'' - obracam się - to Jarek z ekipą, stoją z biało czerwoną flagą i grzeją z dopingiem! Rewelacja!.

 

Nieco kilometr dalej zaczyna kropić, by chwilę później skroplić nas na całego. Zapada zmrok. Odpalone czołówki pryskają energią. Przebiegając przez Le Delevret  14km trasy znajduję się na 1189 pozycji. Ciągnąc w Górą jestem świadkiem, jak jeden z zawodników przede mną wypada z trasy niczym kolarz na zjeździe Tour de France. Dziwię się, że pod górę można wypaść z trasy. Jest ciemno, sturlał się biedak w ciemne i nieznane drzewa. Zatrzymuję się, wyciągam i podaję grabę, z chłopkiem wszystko gra, napieram dalej.

 

j

 

Wzniosłe to pagóry, siejące nieznane w naszych umysłach, kwitujące i stopujące w najmniej oczekiwanych miejscach, dając do ostrożnych stawianych kroków ku przodowi górskiemu w kierunku wschodzącego księżyca za horyzontem, wzbudzając naszą uważność i ostrogę nad nadchodzącymi przeszkodami pojawiających się i czyhających w najmniej spodziewanych miejscach.

 

Deszcz i przenikające zimno jest już tak odczuwalne, ze na pierwszym punkcie żywieniowym, szczeka zaczyna sama gadać. Wbiegając do miejscowości kibice są wszędzie. Mimo tego okropnego zimna, stoją tam i dopingują każdego o każdej porze. Słychać tylko gromkie brawa i ‘'allez allez''. Sama gadająca szczęka mówi mi, ze trzeba przyspieszyć tempo. Na zbiegach mijam zawodników jak tyczki. Jest ciemno, błotnisto, ślisko i wąsko, ale slalom gigant działa i napieram z gracją.

 

 

W pełnym solidnym deszczu po stromym bardzo wymagającym błotnistym zbiegu po wąskiej ścieżce momentami nad przepaściami zaliczając punkt odżywczy wzniosłem sie na wysokość wysokości, nawet nie wiem, kiedy deszczowa mokra kraina zamieniła sie w śnieżną zimną lodowatą nieprzyjemną otchłań. Krok za krokiem, wraz z nim but za butem sunął po śnieżnym stoku.  Przeszywający mokre przemoczone kilkugodzinnym deszczem ubranie chłód i silny wiatr wita mnie wraz z płatkami śniegu na białej polanie. Mocniej zaciskam lodowate dłonie, poruszam palcami by poprawić krążenie, nie ma czasu na zawieszenie, trzeba cały czas myśleć, pełna świadomość i doświadczenie pozwalają mi robić to, co chcę, a chcę do przodu, bez paniki sunę serpentynami po ledwo widocznym szlaku zdobywając kolejne metry. Dookoła ciemność i chmury na wyciągnięcie języka, krople spływające po czole i policzkach, jedyne światło pada z mojej czołówki, zawodnicy przede mną momentami ujawniają się aurą swojej postaci, po czym znikają jak duchy. Podłoże zmienia się jak w kalejdoskopie, po ubitej dróżce nagle pojawia się teren niczym z biegu na orientacje.

 

j

 

To w tym momencie UTMB ujawniło swą moc, niemal jednocześnie uświadamiam sobie, dlaczego organizatorzy skrócili i zmienili trasę, zarazem dziękuje, że chociaż puścili nas na te 100km. Warunki na górze miały być ciężkie temp. do -10 stopni, wiatr dochodzący do 70km, a wszystko to powyżej 2000m n.p.m. Mając na sobie mokre ubranie od deszczu i potu to mało przyjemne uczucie i ryzykowne na dłuższą metę. My wspięliśmy się na 1900m.n.p.m. i już było źle, a co dopiero wyżej. Jak później się okazało na 2500m na jednej z Przełęczy, przez która mieliśmy m.in. biec śniegu chłopaki z PTL mieli po kolana........

 

Po pokonaniu śnieżnego odcinka zbiegiem wśród skał w mleczną krainę z widocznością metra napędzeni szybkością i grawitacją mkną po górskiej nawierzchni rozpychając łokciami, czubkami butów i oddechem gęstą białą przestrzeń wchodzącą do oczu i wdzierającą się do gardła. Tumanów kurzu nie ujrzycie, wszystko przykryte mokrym świeżym deszczem lejącym się nieustannie z ciemnego mrocznego nieba. Naciskając mocniej w swe podeszwy melodyjnie i rytmicznie uderzając w alpejską ziemie, przenikają do przodu i znikają za kolejnym zakrętem nie oglądając się za siebie, a patrząc za następnym kilometrem kierując się ku celowi.

 

Właściwie to nawet nie wiem, kiedy, zmrok zniknął, a pojawił się Świt. Z każdą godzina pogoda poprawiała się, po lodowatej nocy, dzień przyjąłem z utęsknieniem. Opady ustawały, nie mieliśmy już dużej wysokość, przez co wiatr był bardziej znośny. Jednak wyziębione ciało potrzebowało non stop energii na ogrzanie. Na punktach wypijałem zawsze herbatę, a czasami nawet kawę. Herbatę piję rzadko, a kawy to już w ogóle. Zajadałem się pomarańczami i bananami oraz bagietkami. Mimo uginających się stołów na punktach odżywczych, poza wymienionymi produktami żywiłem się wyłącznie swoimi wyrobami. Jednak, gdy ktoś zajada, co popadnie, to tak naprawdę nie musi brać zapasu do plecaka, na tych stołach jest wszystko, uczta jak u króla, włącznie z batonami i napojami energetycznymi. Ciekawym rozwiązaniem jest na punktach wodociąg z kranami, gdzie można bardzo szybko i sprawnie napełniać camelback'i. Osobiście nie skorzystałem w ogóle z napełniania podczas zawodów. To, co zatankowałem przed zawodami ok. 1L wody z magnezem starczyło mi do ok. połowy trasy. Biegłem z bidonem, którym operowałem przez cały dystans, mając swój izotonik, a na punktach jedynie pobierałem do niego trochę wody.

 

Na punktach kontrolnych i żywieniowych w terenie, w górach, zawsze rozpalone jest ognisko, przy których za każdym razem widziałem grzejących się zawodników.

 

Gdy ciemność swą siłą dogniatała wyziębionych bohaterów alpejskich ścieżek górskich, gdy księżyc pospiesznie podążał za swym drogowskazem, gdy mroczne mokre otchłanie odchodziły w nieznane, nagle ujawnił się obrońca Świt, natchniony nową energią, tryskający jaskrawym światłem oświetlając drogę walecznym ultrasom niezmiernie podążającym do celu. Bieg przybrał nowy wymiar, a zwierciadło czasu uruchomiło swe mechanizmy tkwiące w biegaczach, prowadzące do nowych niezliczonych sił strudzonych nocnym napieraniem zmęczonych już walecznych nadludzi.

 

j

 

Niektóre zbiegi po opadach nocnych były dość niebezpieczne, szczególnie jeden porośnięty trawą i błotem po kostki. Rozwinąłem tam bardzo szybką prędkość mijając kolejnych zawodników pnąc się w klasyfikacji generalnej. Podejścia w końcówce okazały się bardzo solidne, na jednym z nich na moich oczach nagle zawodnik przewraca się, pada i nie rusza . Miał szczęście gdyż bardzo blisko była służba medyczna.

 

Ostatnie 8km to dość płaski teren prowadzący do Chamonix, do mety, do kibiców wiwatujących na widok każdego zawodnika. Gromkie brawa na ulicach Chamonix, im bliżej mety tym większe tłumy, większy hałas i aplauz. Wbiegając czujesz się jak zwycięzca nie tylko pokonanego dystansu, ale całej imprezy. Dla nich nie ważne, który jesteś, jesteś bohaterem, częścią historii, publiczność również nią jest i doskonale to reprezentuje oddając cześć i hołd zawodnikom. Taki doping towarzyszy wszystkim podczas całej imprezy, na całej trasie, nie mając znaczenia, które zajmujesz miejsce jesteś witany jak Król.

 

Piłkarze mają World Cup, lekkoatleci Olimpiadę, koszykarze NBA, żużlowcy Polską Ekstraklasę, a My biegacze mamy UTMB, najbardziej prestiżowe i jedne z najtrudniejszych imprez biegowych na świecie, nieoficjalnych Mistrzostw Ultra z bazą w Chamonix, u stóp Mont Blanc, który to odsłonił się w całości w dniu niedzielnym, podczas dekoracji zawodników.

 

j

 

 

Wbiegając na magiczne uliczki i deptak w centrum wspaniałego uroczego miasteczka Chamonix Mont Blanc, uśmiech rysuje się na twarzach ludzi przemierzających dziesiątki, setki kilometrów do upragnionej mety. Zmęczenie widoczne gołym okiem zaczyna błyszczeć szczęściem rozpromienionym na wszystkie strony, odwzajemniając aplauz kosmicznej, magicznej niestrudzonej publiczności zebranej wzdłuż trasy i ogłuszającej zawodników swym dopingiem. Niesieni chórem, muzyką, dzwoneczkami, brawami i francuskim allez allez, uparcie dążą do celu osiągając to, co zamierzali, wznosząc się na szczyty swoich możliwości dokonują to, co z goła wydaje się niemożliwe.

 

Samo dotarcie do mety jest niesamowite, publiczności nie sposób opisać, są niesamowici, Mistrzami nad Mistrzami w dopingowaniu. Ileż razy wykrzykiwano ALLEZ LUKA ALLEZ!. Coś pięknego, w życiu nie bawiłem się tak z publicznością, to był spektakl, na który chce wracać każdego roku, miejsce i czas dla mnie było nieistotne, liczyło się dla mnie ukończenie i zdobycie ogromnego doświadczenia i zdobyłem je. Pozycję, którą zająłem wywalczyłem prężąc się jedynie na zbiegach, na podejściach ani razu tętno nie podskoczyło w górę. Ostatnie 8km to tempo turystyczne.  To była przełomowa setka w moim bieganiu. Wiele patentów się sprawdziło i wiele odkryłem nowych. Biegi Ultra Trial to jest to.

 

j

Niedziely widok po zawodach na Mont Blanc

 

RAW VEGE RUN.

 

Po trzech latach biegania, spełniam swe marzenie, staję na Starcie i docieram do Mety UTMB.

 

...‘'Własna Legenda''. To jest to, co zawsze pragniesz robić (...). Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka. Wszystko jest, bowiem jednością. I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć''...

 

  Paulo Coelho

 

 

j

 

Miejsce 650, Czas 18h47min. Wystartowało 2300 uczestników.

 

650

3643

Lukas PAWLOWSKI

ZABIEGANI/PLANETA GOR 

SE H

294

18:47:15

08:14:39

Pologne

                 

 

 

Dziękuję Wszystkim za Wspaniały doping, kciuki, sms'y, gratulacje. Bardzo się cieszę.

Pozdrawiam.

 

PS. 6 dni po UTMB  jadę do Krynicy na B7D ULTRAMARATON BIEG 7 DOLIN 100km 4500+. Zajmuję 103 pozycję na 300 zawodników z czasem 14h17minut poprawiając tym samym swój czas z roku poprzedniego Smile Allez Allez.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Trekking Trekking

Jest coś niesamowitego w obcowaniu z majestatem największego twórcy. Każdy dźwięk niosący się z tępej ciszy, niczym piorun, przeszywa nasze myśli i ciało. Niby znajomy, a jakże inny. Bliski, a daleki. Tak niepospolicie wyraźny i prosty. Dopadają nas drgawki, zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. I znowu cisza...

 

Banikov

Jest poniedziałek, 17 października. W Zverowce, oprócz nas i personelu, nie ma już nikogo. Weekendowi turyści powrócili już do swoich domów. Słowacja już za dwa tygodnie zamknie szlaki dla turystów w Tatrach. Już teraz można zwietrzyć ospały klimat. Obudziłem się nieco wcześnie, jest 5.30. Agnieszka, Jurek jak również Mirek, tak samo jak Ja, leniwie odpowiadają na odgłos budzika w telefonie. Trzeba się zwlec z posłania. Zrobić prędkie śniadanie i zapełnić herbatą puste termosy. Dzisiaj rozdzielamy się na dwie grupy: Agnieszka z Jurkiem - zmierzają na przełęcz pod Osobitą, Ja z Mirkiem - posiadamy w zarysie Płaczliwy Rohacz. Pakujemy z Mirkiem małe plecaki , ubieramy się i jako pierwsi pozostawiamy chatkę.


Na zewnątrz panuje niewielki mróz. Jest rześko i przyjemnie, ani znaku po przenikającym wietrze sprzed dwóch dni. Ponownie mamy do przejścia 5km asfaltowego odcinka kierującego do Tatliakovej Chaty. Nieustające rozmowy niwelują monotonię. Monotonię? Ileż to można oglądać ośnieżonego Salatina i podobnie białego Wołowca? Ile razy się można tym zachwycać? Wydawać by się mogło się, że bez umiaru... Jednakże monotonia, może dojść nawet w takie rejony. Wiem, że wieczorem będę tęsknił za tym wszystkim. Będę pragnął wrócić, w myślach przewidując nową ekspedycję!


Przy Tatliakovej Chacie zakładamy raki. Mądrzejsi po wczorajszej wycieczce na Banikov, nie będziemy ryzykować poślizgnięć na szlaku na Smutną Przełęcz. Śnieg trzeszczy pod rakami, a solidne kolce wbijają się w lód. Bezusterkowo i sprawnie przybywamy do rozgałęzienia pod Rohackimi Plesami. Pojawia się więcej śniegu. Tutaj już raki będą nam tylko utrudniać wędrówkę. Zdejmujemy je i czynimy krótki spoczynek.


Na trasie króluje nieskrępowana cisza. Wiatr, który niczym huragan odbija się od skalnych grzbietów - zamilkł. Smutna Dolina jest zacieniona, podtrzymują się tutaj niewielkie temperatury. Po prawej stronie, na skalnym zboczu, utworzył się interesujący lodospad. Lśni on w słońcu nieskazitelnie białym kolorem. Od czasu do czasu słychać odpadające sople, które niszczą się o skały i spadają niczym kryształy do doliny. To promienie padające od słońca niszczą to lodowe dzieło. Nie spodziewaliśmy się, że w naszej najbliższej okolicy, nie będziemy mieli kontaktu wzrokowego z innymi turystami. Zjawisko bardzo rzadko spotykane w Tatrach. W Beskidzie Małym, na mniej popularnych trasach, przez prawie cały dzień można zobaczyć kilkanaście turystów. Jednakże w Tatrach? Nie do pomyślenia! A jednak....

 

Na dachu świata


Podążamy w kierunku Smutnej Przełęczy. Dziś w dwuosobowym zespole. Wzrasta w tej sytuacja uznanie słowa - odpowiedzialność. Zimowy, tak bardzo rygorystyczny krajobraz, jest piękny. Jednak może być podstępny. Rozpoznajemy swoje siły. Ja czuję się znacznie lepiej aniżeli wczoraj. Za to Mirek ma dziś gorszy dzień. To wtedy, po raz pierwszy, pomyślałem co by się stało gdyby? Podążamy dalej...


Dochodzimy na Smutną Przełęcz. Pomimo wolniejszego tempa, jesteśmy na Przełęczy o rozsądnej godzinie. Jest 10.00. Na "dzień dobry" wita nas swoim potężnym grzbietem Baraniec. Nie chcę składać deklaracji, jednak na Barańcu, jeszcze mnie nie było... A takie widoki są jak zaproszenie, którego nie można nie przyjąć! Poniżej Ziarska Dolina. Po prawej stronie znajduje się szlak w kierunku Trzech Kop, które są zamaskowane za nader dużym przewyższeniem. Po lewej szlak na Płaczliwy. Patrzę na drugą stronę przełęczy. Wszystko się topi pod działaniem dominacji promieni słonecznych. W zacienionych miejscach utworzył się lód. Warunki przypominają mi wiosnę w Tatrach.


Sporządzamy dłuższy spoczynek, konsumujemy śniadanie i odnawiamy siły. Jest ciepło, wiatr leniwie przypomina o sobie. Rozmawiamy i chłoniemy to czego doznajemy. Niektórzy lubią jeść śniadanie na tarasie. My też posiadamy tu własny taras... Najbliższych sąsiadów z niego nie dostrzegamy.... Bezcenne.


Ponownie oceniamy sytuację i własne siły. Co prawda pierwsze podejście wygląda nawet ciekawie, jednak omija je nie stanowiący przeszkód trawers. Siły po części zregenerowane. Jest decyzja... Próbujemy! Pozostawiamy ekwipunki i podążamy na Płaczliwego. Gdzie dojdziemy tam będziemy. Nic na siłę! Płaczliwy Rohacz nie ucieknie.

 

Rohacze


Śnieg się topi. Najgorsze są jednak oblodzone odcinki. Można na nich trochę zjechać. Pierwsze przewyższenie osiągnięte. Teren się wypłaszcza. Śnieg jest tutaj bardziej mokry. Za nami ujawnia się Banikov, Przysłop oraz Hruba Kopa z Trzema Kopami. Przysłop wygląda z tego miejsca bardziej okazale od Banikova. Idziemy dalej. Południowo-wschodnie pochylenie Płaczliwego nie jest pokryte śniegiem. Odróżnia się na tle białawych czubków. Jesteśmy mniej więcej za połową drogi do naszego głównego celu. Tutaj musimy po raz kolejny podjąć decyzję - co dalej? Mirek rezygnuje - nie jest to jego dzień. Góra tym razem z nami zwyciężyła. Powracamy na przełęcz.

Jak pewnie przypuszczasz pozostał niedosyt. Rohacz Płaczliwy musi na nas poczekać. Być tak blisko, a jednak za daleko. Sam szlak nawet w takich warunkach nie był zbyt ciężki. Wyłącznie oblodzenia mogły stanowić niebezpieczeństwo. Ta wyprawa wiele mnie nauczyła. Warto mieć ambicje, ale trzeba umieć się z nimi odpowiednio obchodzić. Dzisiaj miało to miejsce pod Płaczliwym, kiedyś może będzie to inne miejsce...

 

 

TagsTags: płaczliwy rohacz 
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

 

Trasa prowadzi grzbietem Grubego Jesenika (Hruby Jesenik). W Polsce spotykana nazwa to Jesionik Wysoki. Jest to część wschodnich Sudetów  północnej Moravii i Czeskiego Śląska. Na terenie Republiki Czeskiej stanowią drugie co do wysokości góry. Najwyższym szczytem jest Praded 1491m, na którym znajduje się wieża pełniąca funkcję nadajnika.

 

j

Serak

42km i 195 metrów wiedzie przez:

 

START: Ramzová 778m - Obří skály - chata Jiřího na Šeráku 1329m - Keprník 1423m - Červenohorské Sedlo 1001m - Švýcárna 1303m - Praděd 1491m - Ovčárna 1300m - Vysoká hole 1465m  - Ztracené kameny 1140m - Skřítek 670m - META.

 

j

 

Najszybciej i najprościej jest dostać się tam przez Głuchołazy (województwo opolskie). Z Opola pociągiem na Nysę, następnie busem na Głuchołazy. W Głuchołazach należy (najlepiej starymi torami) z dworca PKS udać się na dworzec PKP, z którego kilka razy dziennie odchodzi czeski wagon do Jesenika. Dlaczego wagon?, otóż wygląda on tak:

 j

 

Jesenik postanawiamy zwiedzić, dysponujemy czasem, a i pora obiadowa. Zasiadamy na rynku w i delektujemy się ‘'jesenicką topinką'' oraz makaronem. ‘'Jesenicka topinka'' to grzanka z mięsem mielonym, żółtym serem i sosem. Pyszna !.

 j

Rynek - Jesenik

 

Jesenik nas zauroczył, ale czas nagli i udajemy się do Ostrużnej, gdzie mamy nocleg. Ostrużna okazuje się bardzo małą osadą z wiatrakami w tle. Gdyby nie te góry w okolicy to można pomyśleć, że to holenderskie wzniesienia (o ile je mają).

 j

Ostruzna

 

Po małym błędzie nawigacyjnym namierzamy Chate Jonaska, w której mamy zaklepany nocleg. Warunki mega komfortowe, całe poddasze nasze, ale gość kroi nas na 60 koron więcej niż to było w cenniku (więcej nas tam nie zobaczy).

 

Kucharz widzi jak mnie nosi z ochotą na bieganie. On odpuszcza, a ja wieczorem śmigam jeszcze na rozruch - 1km w dół do centrum osady i 1km do góry, tak się rozpędziłem, że minąłem naszą przystajń jak struś pędziwiatr.

 

Dopiero, gdy skończyły się lampy drogowe zorientowałem się, że coś mi tu w krajobrazie nie gra. Powrót do chałupy i jeszcze krótki trening na poddaszu po schodach. Rozruch zrobiony. Do poduchy ‘' Zapiski oficera Armii Czerwonej'' Siergieja Piaseckiego i kima.

 

W sobotę wczesna pobudka i dywagacje o temperaturze. Jest o czym, bo w piątek było plus 36 stopni C !!!.

 

Patrząc za okno zapowiada się podobna temperatura. Uzbrajamy się w sprzęt i napieramy na metę startu do Ramzovej oddalonej o 1km.

 

j

 

W biurze zawodów chaos na całego. Brak kart rejestracyjnych, brak ludzi do pomocy. Frekwencja przerosła organizatorów. Trochę minęło zanim to opanowali. Efektem jest opóźniony start o 4 minuty.

 

j

 

Na linii startu prawie 150 osób. Oprócz Czechów, i może kilku Słowaków,  jeden gość z Serbii i my pierwsi Polacy na tym maratonie.

 

Tuż przed startem witam się z Romanem i Adelą. Roman to legenda czeskiego biegania, na tegorocznym Maratonie Karkonoskim zajął 5 miejsce.

 

Pierwsze kilometry to mozolna wspinaczka na Serak 1329m. Jest mnóstwo cienia, więc patelnia ok.30 stopni C jeszcze nie daje o sobie znać. Sprzyjający dla nas zawodników, był lekki wiaterek, który nieco niwelował wysoką temperaturę.

 

Po pokonaniu jednego szczytu, nadszedł czas na kolejny Keprnik 1423m. Cienia coraz mniej, patelnia na całego. Plusem jest, że jest sporo punktów z wodą, o ile się nie mylę to było pięć lub nawet sześć.

 

Z Keprnika zbieg, czasami ostry, momentami po drewnianych platformach. Na 15km ostra wyżerka, banany, arbuz, czekolada, ciasteczka i wiele innych,  których nie zdążyłem odszyfrować. Łapię swoją pepsi, czekającą na mnie w koszyku z własnymi odżywkami i w długą przez Švýcárna 1303m na Praděd 1491m.

 

Gdzieś na 22-23km dochodzi do częstej pomyłki na trasie. Bardzo mylące rozwidlenie w prawo i lewo. Brak oznaczenia orga i mylące czerwone chorągwie górskiej służby ratunkowej doprowadzały iż w tym miejscu wielu dorzuciło dystansu.

 

Sam biegnąc z grupką biegaczy skręcam w prawo, przekonany, że to właściwa droga. Mylące były te chorągwie w kolorze oznaczenia trasy. Org chyba wyszedł z założenia, że w tym miejscu należy sugerować się szlakiem, który faktycznie skręcał w lewo. Było to jedyne miejsce na trasie, gdzie można było popełnić błąd. Reszta trasy oznaczona bez zarzutu.

 

Praded to oczko turystyczne w tym terenie, turystów jak mrówek. Jak na taką ilość ludzi to doping słaby. Jest trochę i Polaków, ale dopingu brak z ich strony. Wpadłem w oko czeskiej grupce, która dopingowała mnie w drodze na szczyt Pradeda i w drodze powrotnej. Zamieniam słówko i lecę na Vysoká hole 1465m  przez Ovčárna 1300m.

 

Tutaj już słońce daje popalić na całego, odkryty teren, brak jakiegokolwiek cienia. Na 30km mam 3h i 20min. Do mety 12km. Przechodzi mi myśl aby docisnąć i pójść na 4h30, ale po co się żyłować, gdy najważniejszy bieg 10 września. Ustalam plan, aby zmieścić się w 5h. Ostatnie kilometry pokonuję w towarzystwie 50 latka, z którym prowadzę konwersację i ubaw mam po pachy.

 

Przeklinał, krzyczał, a gdy zbliżał się do turystów udawał św. Mikołaja HO HO HO, aby mu ustąpili drogę. Kilometr przed metą mówię mu, że trzeba trochę podkręcić tempo na 5h. Na metę wbiegam z czasem 4:56:41 zajmujác 60 miejsce.

 

Na mecie bufet z darmowym gulaszem i piwem, masaż dla chętnych i odjazdowy prysznic.

 j

Prysznic - pan ładuje drzewo, aby się paliło i macha wajchą, aby leciała woda za parawanem :-)

 

Czekanie na kucharza umilam sobie robiąc fotki oraz rozmową z Romamen, który zajął 3 miejsce. Dokładnie godzinę po mnie wpada kucharz, dla którego to był pierwszy górski maraton. bravo.

 

 j

kucharz na mecie

 

 j

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Trekking Trekking

12 czerwca 2011r. 

Pomysł na 3 doliny wpadł mi do głowy w ub. roku. Niedopracowany, ale był.

Na niedzielę plan był inny, z dostosowaniem do towarzystwa, ale... wyszło jak wyszło. Poszłam sama. Bez konieczności dostosowywania się zdecydowałam - Zawrat z Doliny Gąsienicowej i zejście przez Piątkę. Na wszelki wypadek raki, czekan bo może być różnie, wszak to dopiero początek czaerwca.

7.35 ruszyłam z parkingu w Kuźnicach. Miły poranny chłodek. Na niebie błękit. Z pełnego busa na lewo, na szlak oprócz mnie tylko 1 osoba. Reszta na prawo do kolejki na Kasprowy. Parę kroków i chwila zawahania: Boczań czy Jaworzynka? Jaworzynka. Boczań deptałam już w tym roku 2 razy.W Dolinie Jaworzynki

Minęłam kilka osób w Dolinie. Na Przełęcz między Kopami 3 doszły równo ze mną z Boczania. Okazja się trafiła, żeby mieć własne zdjęcie. Kościelce i Świnica prezentują się doskonale.Kościelce

Bez zahaczania o Murowaniec idę nad Czarny Staw Gąsienicowy. Pięknie jest. Nad Stawem chwila na oddech, ale popas dopiero powyżej Stawu. Czarny Staw Gąsienicowy widziany z drugiego brzegu, to wg mnie jeden z najlepszych widoków w Tatrach. Można patrzyć, i patrzyć, i patrzyć:)Przy ładnej pogodzie jest niebiesko-zielony. W trakcie obchodzenia zmienia się kąt patrzenia i kolor wody. Odwrócony fotoplastikon. Dopiero w promieniach zachodu robi się czarny.Czarny Staw Gąsienicowy

Jest taki kamień w kosówkach, na którym lubię przysiąść wracając i czekać na zachód. Trochę oddalony od szlaku (nie zbaczać ze znakowanego!). Ludzi coraz mniej. Oddalają się i cichną głosy tych co wracają z Orlej Perci, aż zapada szarówka. I tu koniec romantycznych wrażeń - ostro z buta bo ludzi już nie ma, a misiek może za sąsiednim krzakiem:(

Koniec dygresji. Wracamy do niedzielnego poranka.

Nad Zmarzłym Stawem szukam wzrokiem lodospadu, na który wspinałam się zimą, ale lodospad jest cieknącą strugą. Po prostu mokra skała.

Nad Zmarzłym

Powyżej Stawu kilkanaście osób napiera na Zawrat. Obserwuję co się dzieje, ale nie zawracają czyli da się jakoś przejść. To ja też w górę. Dwa miejsca trudne. Łańcuchy przysypane. Jeden niebezpieczny trawersik w śniegu.. reszta normalnie. Raki się nie przydały.

              Strefa łańcuchów

Przed południem Zawrat osiągnięty.

Na Przełęczy czwórka młodzieży z Krakowa zachwyca się głośno swoim osiągiem wysokościowym, bo dotychczas najwyżej gdzie byli to Kopiec Kościuszki. I nie mogą doliczyć się bułek, których kupili 20:))

Koniec odpoczynku. Jest godzina 12.20. Nie godzi się o takiej porze do domu wracać. Szpiglasowy, Mięgusze, Cubryna z przeciwka tak kusząco się prezentują!Sziplasowy Mięgusze Cubryna

I wtedy zapada decyzja - rezalizować stary pomysł. Pogoda sprzyja. I poszłam.

Do Piątki - wiadomo - luzik w dół (bez schroniska). Na Szpiglasową - wiadomo - opór w górę. Szlak trochę "potargany" po zimie. Zniknął paradny murek. Zza Koziego  chmury się gromadzą i ciemnieją. Wydaje się, że pogoda może nie wytrzymać. Jeszcze godzinę w górę. Oceniam "na oko" - zdążę. Byle tylko grań przeskoczyć. Na szczęście ruszył wiatr. Dodatkowo mam te chmury za plecami więc łatwiej je zignorować.

Na Przełęczy Szpiglasowej już piękne słońce.Na Szpiglasowej

Na Wierchu zimno i silny wiatr. Znów mnie roczochrał:)Na Szpiglasowym W

Dwa kwadranse na zawietrznej w ciepełku. Przejrzystość powietrza niedoskonała, ale i tak jest na co patrzeć. Ciemnosmreczyńska Dolina i panorama super!Panorama ze Szpiglaowego

Jeszcze tylko ceprostrada i już kawa w schronisku. Spotkałam na zejściu miłego pana z Krakowa, więc kawa była w towarzystwie. Dałam się namówić "do złego" i wsadzić na furę!!! Asfalt miałam z głowy i zaoszczędziłam kolano. Jeszcze ostatni rzut oka wstecz z asfaltuRzut oka wstecz

i na 19 tą byliśmy na Palenicy i do domu. Zjadłam i padłamWink, ale to była fantastyczna wyprawa bez planu.                       

KUŹNICE - DOLINA JAWORZYNKI - PRZEŁĘCZ między KOPAMI - DOLINA GASIENICOWA - ZAWRAT - DOLINA PIĘCIU STAWÓW - SZPIGLASOWA PRZEŁĘCZ - SZPIGLASOWY WIERCH - MORSKIE OKO - DOLINA RYBIEGO POTOKU - PALENICA BIAŁCZAŃSKA

Taki miałam pięknie udany 12 czerwiec 2011r.

KONIECSmile

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Pasmo Czantorii-Slezske Beskydy

W skrócie.

Jawornik- Przełęcz Beskidek-Czantoria Wielka- Nydek-Filipka-Kyrkawica-Kiczory-Kyrkawica-Stożek Wielki-Stożek Mały-Cieślar-Soszów Wielki-Soszów  Mały-Przełęcz Beskidek-Jawornik-Wisła

 

Długość trasy ok.38km, czas przebycia 6h z minutami.

 

Start godz. 8:02

 

Wycieczkę biegową zaczynam  na parkingu w Jaworniku szlakiem czarnym na Przełęcz Beskidek (684n.p.m).

 

8:16 Przełęcz Beskidek. Skręcam w prawo  na Czantorię

 

8:50 Velka Cantoryje (994). Niestety przed 9 rano wszystko zamknięte, szczególnie żal, że wieża widokowa również, chciałem tego dnia przekroczyć 1000m n.p.m. Smile

 

   k h      

                                                                             

 

Z Cantoryje kieruję się  szlakiem niebieskim mijając  Chate na Cantoryji, gdzie skręcam w lewo na Nydek. Po kilku minutach niebieski dochodzi do czerwonego, a czerwonym to już wprost do Nydka na wodo stopa Smile.

 

j

k

 

9:36 Nydek wita mnie ciszą i wczesnowiosennym spokojem. W samym sercu robię pięciominutowy postój na doładowanie się.  Do tej pory spotkałem na szlaku dwie wędrowniczki, dwóch wędrowników z dwoma małymi wędrowniczkami. Pobliskie potraviny (sklepy) zorientowały mnie, że zapomniałem zabrać czeskie korony. Tak bardzo uwielbiam zagraniczną prasę.Lekki niedosyt pozostał.

 

n

 

 

Z Nydka podążam dalej czerwonym szlakiem na Filipka (762). Tuż przed Filipkiem szlak czerwony łączy się ze szlakiem żółtym, prowadzącym na pobliskiego Loućka(835) oraz zielonym, którym można dotrzeć do Hradka. Oba szlaki kuszą i to bardzo. Jednak muszę odpuścić , pozostawiam sobie je na następną wizytę w tej okolicy. Trzymam się czerwonego dobiegając do Filipka o 10:44. Tutaj wszystkie trzy szlaki rozchodzą się. Zielony prowadzi na Maly Stożek, a żółty na Jablunkovo.

 

j

 

Na górze lampa, na dole lód :-)

 

j

 

Z Filipka czerwonym  napieram  na Kyrkawice, na którą musze odbić szlakiem niebieskim. Po drodze mijam trójkę czeskich turystów z żółto- czerwonymi  emblematami na plecakach. Przy rozwidleniu na Velky Stożek, na który prowadzi szlak żółty, wymieniamy ahoyki.  Od tego miejsca zaczyna się totalne wyciszenie cywilizacji. Podążając na Kyrkawice tym odcinkiem odniosłem super uczucie odludzia.  Nie jestem pewny, ale znalazłem ślady chyba wilka i kraina jakaś taka mroźna i  ponura zrobiła się przez moment. Ciekawe uczucie.

 

m

 

Niewątpliwie szlak czerwony od Nydka  do momentu spotkania szlaku niebieskiego na Kyrkawice i żółtego, który prowadzi na Gronićek(832) jest bardzo malowniczy, ciekawy  i piękny. Są tam bardzo fajne podbiegi, które zaczynają się już w Nydku na drodze asfaltowej, gdzie spotkałem dwóch crossowców na motocyklach. Samo podejście szlakiem niebieskim na Kyrkawice jest dosyć wymagające.

 

k

 

11:34 Kyrkawica (973). Tutaj mocno powiało przez moment, trzeba było schować się za drzewem. Jeszcze tylko Kiczory i będę mógł kierować się w stronę Przełęczy Beskidek, aby zacisnąć pętelkę.

 

11:54 Kiczory (990). Wreszcie jakiś rozległy piękny widok. W tym miejscu z obliczeń miało braknąć mi płynów i tak też dzieje się. Łykam ostatnią kroplę i udaję się do schroniska pod Stożek Wielki, w celu naładowania się i uzupełnienia braków.

 

W schronisku pięciominutowy postój na doładowanie się. Następnie zaliczam kolejno Stozek Wielki (978), Stożek Mały (843), Cieślar (918),Soszów Wielki (886), Sosów Mały (764).

 

13.19 zaciskam pętlę na Przełęczy BeskidekSmile. Czarnym zbiegam do Jawornika i pozostaje tylko i aż 6km do centrum Wisły, gdzie jest baza.

 

14.15 wpadam wprost na jadalnię. Po drodze spotykam chłopaków z klubu, którzy też nie próżnowali i zaliczyli sporo km po górkach.

 

Bardzo fajna trasa szczególnie po czeskiej stronie z extra podbiegami, ciekawa, malownicza i momentami tajemnicza ( może ktoś mi powie co to za budynek? budowla? bunkier? wyglądający jakby lata świetności miał w latach 50-stych ubiegłego wieku, coś co jest ogrodzone siatką z drutem kolczastym, tabliczką aby nie wchodzić, otwartą zardzewiałą furtką i widokiem jakby czas zatrzymał  się, znajdujący się tuż za rozwidleniem, szlaku żółtego na Vel.Stożek i czerwonego  w stronę Kyrkawicy, kusiło aby tam zajrzeć, drzwi główne do tego były otwarte, odwagi nie znalazłem i nie wszedłem, stwierdziłem, że to była więźniarka SB w czasach komunistycznych co mocno zniecheciło mnie, aby tam zajrzeć. 

 

Fajna trasa na maraton Wisla-Nydek-Wisla ;-)

 l

 

Mapa trasy:

 

j

TagsTags: wlo 
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Biegi górskie Biegi górskie

Przelajowa Osemka - Blachownia - 8km


Blachownia, Blachownia hmm, to nie tam gdzie 2 lata temu byla traba powietrzna? Tak, dokladnie  to wlasnie tam.

Juz po raz X Blachownia  powitala biegaczy. Blachownia to male miasteczko niedaleko Czestochowy okryte dookola lasami, a sercem miasta jest jezioro. Pogoda byla w kratke tzn, chmury, slonce, chmury,slonce, a tuz po starcie ''urwanie chmury''. Na mecie i dekoracji, troche slonko poswiecilo, pozniej znow troche przylalo i tak w kolko.... Trasa bardzo malownicza, start na stadionie, nastepnie, uliczkami parkowymi wzdluz jeziora, lasami, uliczkami miasta, lasem, gdzie przeszla  traba powietrzna tzn. kiedys tam byl las, teraz to wyglada jak las widmo i straszy badylami. Ogolnie, bardzo fajna impreza z setkami biegaczy i Nordic Walking-owcow, gdyz impreza towarzyszaca byly zawody w Nordic Walking.

 

Pierwsze zawody  w barwach Planety ukonczylem na  53 miejscu na 387 biegaczy.

M.P.M czyli Maly Pieninsky Maraton wypadl mi z planu ze wzgledu na prace.

wyniki z Blachowni na stronie:

 

http://www.maratonypolskie.pl/wyniki/2010/blachow0op.pdf

 

 Juz za tydzien stawiam sie na zawody w Zakopanem, najwazniejsze moje zawody w sezonie z powodu.......a z jakiego powodu to  dowiecie sie  next time. Smile. Zapraszam na trase :-)

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Trekking Trekking

Dziś sprawdziłam prognozę pogody na następne 16 dni i zapowiada się o dziwo pogoda jeszcze gorsza. :-( Nic tylko siedziec w domu nad książką, lub w pubie nad piwem. 

 

Albo można zwalczyć deszcz jej własną bronią, czyli wodą i iść na basen. :-) Ja tak uczynię w weekend.

 

Trzecia wersja to internet i surfowanie w nim. Dla znudzonych deszczem, dwa filmy poniżej. Pierwszy nakręcony przez BBC z pięknymi widokami i niebieskim niebem, a drugi to już krótki skecz. Idealny na tą pogodę. 

 

        

 

        

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Wspinanie Wspinanie

Każdy wspinacz jak i pewnie cześć nie wspinaczy wie że istnieje skala wspinaczkowa, która przedstawia za pomocą cyfr wycenę danej drogi wspinaczkowej. Jest skala krakowska zwana także skalą Kurtyki. Zakres jej to od I do VI z tym że do rzymskiej cyfry Vi dodaje się arabskie cyfry od 1 do maks 7. Choć teraz przy ciągłym podnoszeniu poprzeczki przez Sharme i Ondrę (ostatnio pierwszy zrobił 9b a drugi 9a ) sam już nie wiem czy nie do ósemki. Wszystkie przewodniki skałkowe po jurze posługują się ta skalą. W Tatrach posługujemy się skalą tatrzańska praktycznie tożsamą z skalą UIAA wycena dróg zawiera się w przedziale od I do XI. Są również skale, brytyjskie, mikstowe, lodowe, boulderowe, skala amerykańska i francuska, która jest powszechnie używana w Europie. Prócz tego masa innych skal, w zalezności od kontynentu lub kraju.

Więcej na ten temat można zobaczyć tutaj oraz tutaj dla chętnych wzbogacenia wiedzy i porównania jak one wyglądają.

Jednakże ostatnim czasem w Polsce „powstała" nowa skala, która odnosi się tylko do dwóch skałek, a do tego nie odnosi się do trudności dróg, a do warunków na nich panujących. Cóż one zawiniły. Lub co takiego w sobie posiadają że mają swoja skalę? Otóż skałki to Wzgórze 505 i Fiala. Idealne skałki na pierwsze wiosenne wspinanie. Posiadają południową wystawkę i łajno krowskie w kluczowych miejscach na drogach wspinaczkowych.


Taak tak krowskie łajno, ( przynajmniej tak mi się wydaje bo dokładnie nie sprawdzałem czy jest od krowy ). Otóż pewna osoba, dokładnie nie znana z przyczyn nie przychylnych wspinaczom smaruje ringi zjazdowe jak i kluczowe klamy i chwyty gównem.
Można się nieźle załatwić gdy się nie jest przygotowany na takie niespodzianki. Dlatego pewien „ktoś" na forum wspinanie.pl zaproponował taka oto skalę.

 

1. Gówno, zwykle stare i zaschnięte, zalega na nielicznych formacjach - generalnie bezpieczne warunki do wspinu, nawet bez patyczka.

2. Stare gówno zalega na sporej połaci najczęściej uczęszczanych ścian, ale jest dość łatwe do usunięcia za pomocą patyczka.

3. Gówno - zarówno stare zaschnięte, jak i młode lepkie - pokrywa większą część najczęściej uczęszczanych dróg, wspinanie wymaga dużych umiejętności poruszania się w zagównionym terenie.

4. Gówno pokrywa niemal wszystkie chwyty i stany zjazdowe. Wspinanie w tych warunkach jest praktycznie niemożliwe.

5. Alarm gówniany - podejście pod ściany zagrożone gównem. W świeże, rzadkie kupsko w dużej ilości można wdepnąć już na parkingu. Należy stanowczo powstrzymać się od wspinu.

 

        Ring



Może się to wydawać śmieszne ale problem jest już znany od kilku lat, temat był wielokrotnie poruszany miedzy innymi na forum wspinanie.pl i nic. Jestem ciekaw czy w tym roku znów będę wspinał się tam z patyczkiem w celu czyszczenia chwytów i ringów.

 

Wiem że zawsze można jechać gdzie indziej na wspinanie, ale to wzgórze bardzo mi odpowiada, i poza tym jest stosunkowo łatwą skałka z dużą ilością dróg o łatwej wycenie, do VI -.

Już za tydzień o ile będzie pogoda w weekend zdam relację z sytuacji w tym roku. J

P.s. Ja natknąłem się tam na stopień drugi. Smile

 

TagsTags: kupa gówno skala 
1 January, 19701 January, 1970 6 comments Trekking Trekking

Od kilku dni wszyscy wszedzie zapowiadali deszczowy wekend i ochłodzenie. I mówili.

Wekend będzie brzydki, znów w wekend bedzie padać a w tygodniu jest ładnie etc.

Toteż nawet nie zeknąłem na ICM i w sobotę 27 marca wybrałem się na moje poddasze celem, remontu i adaptacji jego części na nowy pokój, prace zostały przewidziane na cały dzień.


I CAŁY DZIEN ŚWIECIŁO SŁOŃCE !!!!

Szlag by czlowieka trafił, bo jak widzę z okna mojego pokoju śnieg w górach zaczyna sie dopiero od poziomu gdzieś około 900 m.n.p.m. Więc można się juz było gdzies wybrać na wiosenny trekking. A tak w piękny słoneczny dzień siedziałem na poddaszu bez okien.


WNIOSEK: nie słuchaj, radia, telewizji, ani tego co mówia Twoi nie górscy znajomi, którzy nie wiedzą co to jest ICM.

I ZAWSZE ZAWSZE PATRZ NA PROFESJONALNA POGODĘ A NIE NA POGODE W TV.

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Wstęp.

 

Minęły chyba 2 miesiące od ostatniego wyjazdu w Tatry.  Na wolny weekend się nie zapowiadało, zatem uznałem, ze należy sprawdzić czy warto tam pojechać na 1 dzień.  Za cel postawiłem sobie jeden z najpopularniejszych szczytów: Rysy.  Żeby nie było zbyt łatwo.  Wyjazd w środku tygodnia powoduje brak towarzystwa, wiec żeby nie zrujnować budżetu do reszty i podnieść poprzeczkę (zmieścić się w 24h) wybrałem zbiorkom. Plan bardzo prosty:  jadę w nocy busem, przesiadam się na busika,  szybkie wejście i zejście no i powrót do Wrocławia.  Jak wyszło?  Zapraszam.

 

Międzyczasy

 

 

23:25 odjazd z Wrocławia.  W autobusie pusto.  Jeżdżąc tyle razy nauczyłem się w nim spać.  6:20 wysiadam z autobusu.  Bieg do szafki zostawić zbędne rzeczy. Zostawiam w pośpiechu kijek do kamery, telefon do zdjęć i  10 min później ruszam „Szos-migiem” do Palenicy Białczańskiej.

DCIM102MEDIA

Poranek na Włosienicy 

 

 
7:03 Ruszam na szlak z zakupionym biletem do parku. Niestety mimo dobrego czasu przyjazdu na parking straciłem 10 min w kolejce do kasy.  8:15 Docieram do starego schroniska.  Musze schować transport na dól oraz  Wymienić baterię w kamerze i podłączyć do ładowania.  Najwięcej czasu zabiera szukanie skrytki.
W końcu się udaje i ruszam w dalszą podróż.

Postój zabiera ok 20-30 minut.

 

DCIM102MEDIA

Rano przy schronisku pustki

 
 Docieram na czarny staw pod rysami pokonując 200 metrów wysokości na odcinku 400 m – czuć podejście w nogach. Po drodze mijam turystów.  Już jest spory ruch na szlaku. Pod stawem grupowa wycieczka z przewodnikiem.  Ruszam mocno przed siebie po drodze zjadając batona.  Po okrążeniu stawu zaczynam nabierać wysokości.
 
DCIM102MEDIA

Udało się zrobić zdjęcie stawu bez ludzi

 

 

 
9:50 Dochodzę do buli pod rysami. Pozdrawiam Pana co chciał pożyczyć kije.  Nie zatrzymuję się. Przy łańcuchach zakładam opaskę na głowę z kamerą – teraz są potrzebne ręce. Pierwsze metry pokonuję swobodnie idąc zastanawiając się, po co te pierwsze łańcuchy.
 
 
10:15 Jakoś w połowie grzędy spotykam Ojca z synem i zastanawiamy się nad potrzebą kasku. Żądne z nas nie ma, ale przy dużym ruchu jest parę miejsc gdzie można by strącić kamienia. Z biegiem lat może stać się niezbędny.
 

 

10:20 Docieram na przełączkę. Mam dobry czas, jeszcze o tym nie wiem. Głownie przez sprawne podejście. Biegi górskie jednak robią kondycję, do tego nie stoję prawie w kolejkach, bo nie korzystam z łańcuchów. Jednocześnie pilnuję bezpieczeństwa swojego i innych osób na szlaku.Grań przebiegam po ostrzu i rozpoczynam końcowe podejście.

 

 

 

 
 
10:34 Szczyt. Napawam się widokami mimo, że jest już sporo ludzi. Robię przerwę na kabanosy. Ludzi przybywa, więc szybko ewakuuję się na słowacki wierzchołek. To dobra decyzja bo jestem na nim pierwszy raz. Tak jakoś wyszło.
 
 
10:48 Zaczynam się zastanawiać co ze sobą zrobić. Wcześniej rozważałem Niżne rysy, ale na grani kruszonka i podobnie na opcji zejściowej do czarnego stawu. W domu jeszcze sprawdzałem TOPO Wysokiej, więc postanawiam zobaczyć opcję graniową. Schodzę Na przełęcz Waga klnąc kamienie pod nosem. Szlak Słowacki może i łatwiejszy, ale żałuję że nie mam kasku. Będę musiał nim wrócić… 10:55 Od przełęczy Waga ruszam ściśle granią mimo, że widzę wyraźną ścieżkę „drogi normalnej” pokonuje 200 metrów i spoglądam naprzód. Liczę, ze mi zejdzie trochę czasu na to i jeszcze trochę na powrót, więc uznaję, iż szybciej będzie jak „droga normalną” przelecę do przełączki i stamtąd ruszę granią do Wagi. Szybko się cofam. Ruszam szybko ścieżką. Trochę za szybko, bo mnie znosi do tabliczki pamiątkowej. Tam się przywołuję do porządku. Spoglądam w TOPO i ruszam sprawnie łatwym terenem do przełęczy. W kominku spotykam schodzącego Słowaka. Wymieniamy parę zdań o warunkach i ruszamy w swoja stronę. Docieram na przełęcz. Podziwiam widok i szybko wchodzę na SZCZYT. Z niego przyglądam się grani prowadzącej na Wysoką. Wygląda pięknie. Schodzę zatem na przełęcz i zaczynam się wspinać. W końcu! J Delektuję się każdym ruchem ale na jakieś 100 m drogi od szczytu spoglądam na zegarek. CHOLERA!
 
 
12:45 Pofolgowałem sobie! 2 Szczyty WKT w 1 dzień w 24h z powrotem do domu to by była dobra przygoda, ale pewnie bym nie zdążył. Nie zastanawiając się zarządzam odwrót. Schodzę ( po raz 3ci) na przełączkę tam w kominku spotykam wchodzących Polaków. Znowu wymiana zdań głownie na temat warunków i ruszamy dalej. Docieram na ścieżkę do Wagi. Nią prawie biegnę. Od przełęczy znowu zaczynam szybko podchodzić. 13:35 Rysy po raz 2gi tego dnia. Tym razem tylko przelatuję przez szczyt. W międzyczasie łapię łączność z bazą. Okazuje się że zgubiony telefon, którym się wcześniej nie przejmowałem bo miałem zapasowy. Został znaleziony przez kierowcę Polskiego Busa. Załatwienie tego zabierze mi pewnie  dodatkowy czas więc przyspieszam. Do tego kończy się woda. Dziwne. Miałem 2 litry ale mam też zapas przy morskim oku więc się nie martwię.
W tym miejscu chciałem podziękować kierowcy oraz ICE za skoordynowanie przekazania mojego telefonu 
Znowu sprawnie schodzę na dól, momentami lekko zbiegam i znów kolejki, które zaczynają się robić dla mnie nie istnieją bo łańcuch mnie parzy  Po drodze mijam wycieczkę z przewodnikiem, który sprawnie koordynuje mijanki oraz pana, który na grzędzie idzie sobie nonszalancko rozmawiając prze telefon – pozdrawiam! Tez chciałbym mieć tyle umiejętności i opanowania!  Pod koniec spotykam parę ( która tez pozdrawiam ) i ratuje ich rozwalonego buta trytytką.
 
 
13:50 Odcinek z łańcuchami mam pokonany. Zastanawiam się czy zacząć biec, ale mam podwózkę do Palenicy, wiec póki co idę na dół. Dziwie się ze  mimo tak już późnej godziny wciąż widzę na dole podchodzących ludzi. No cóż…
14: 25 Docieram do tabliczki przy czarnym stawie pod rysami. Pełno ludzi i plażowiczów – już wiem co się dzieje przy Morskim Oku. Schodzę na dół mając wiele osób wykończonych tym podejściem. Subiektywnie zdaje się ,że z każdym rokiem jest ich więcej…
14:45 Armagedon Przy Morskim Oku. Ledwo mieszczę się  na ścieżce do schroniska, bo nad brzegiem każdy moczy swoje spocone stopy w jeziorze  Ludzi jak mrówek. Wchodzę tylko szybko do sklepiku po napój z kaloriami. Wracam po wodę. Wtedy okazuje się, że jeszcze mam coś na plecach tylko rurka od  bukłaka się podwinęła. Następnie przepakowuję się. (zostawiłem tez spodnie) Przebieram i wyciągam tajna bron… HULAJNOGĘ!
 
 
Wychodzę na asfalt i zjeżdżam. W 30 min spokojnej jazdy i bolących rękach i
spalonym kole jestem na dole.

 

 
15: 30 parking Palenica Sznur Samochodów,zawalony parking i busiki jeżdżące w kółko. W miarę szybko dostaję się do jednego z nich i po 8 min czekania ruszamy do zakopanego… objazdem! Remont drogi i nie ma mocnych.
 
 
16:15 Zakopane Dworzec autobusowy. Udaje się do dyżurnego po telefon. Procedura trwa szybko. I mam tylko 20 min czekania na autobus do Krakowa, wiec dosłownie biegiem do sklepu. Autobus podjeżdża 10 min przed odjazdem. Znowu na wariata wyciągam z szafki duży plecak. Ale chyba nic nie brakuje poza kijkiem do kamery.
 
 
16:40 Odjezdzam do Krakowa. Korki po weekendzie więc planowanie 2:30 trwa 2:55.
 
 
19:15 Wysiadam w Krakowie. Po drodze mam kupiony bilet na autobus do Wrocławia. Już jestem pewny że wyrobię się  „na styk”, jeśli nie będzie więcej opóźnień. Mam godzinę na zakup jedzenia I umycie się w umywalce dworca PKP – za 2 PLN ale mało ludzi, nikomu nie przeszkadzam świecąc klatą.
 
 
20:15 Ruszam przebrany, umyty najedzony do domu. Zaczynam się odprężać. Lekko drzemię w podróży.
 
23:35 W wysiadam na dworcu W Wrocławiu. ZROBIŁEM TO! Na radość przyjdzie czas, a póki co, trzeba się wyspać 
 
 

LISTA SPRZĘTU:

 
– 1 x koszulka bawełniana na podróż.
–  1 x cienka bluza. ( użyłem jej tylko jako poduszki)
– 1 x cienkie spodnie z odpinanymi nogawkami. ( użyłem tylko na podejściu do MOKA)
– 1 x 40L plecak. na podroż. (Zostawiłem go w szafce z resztą zbędnych rzeczy)
– 1 x ręcznik. ( na podroż, wytarłem się po umyciu)
– 3 x pary skarpetek. 2x cienkie. 1 mam na sobie i 1 szt awaryjnie. 1 x grubsze na podróż.
– 1 x koszulka techniczna.
– 1x cienka wiatrówka. Nic nie wazy i chroni przed lekkim deszczem
– 2 x buff/chusta 1szt
– 1 x leginsy do biegania ¾ długości. Lekkie dobrze oddycha. Wygodne. Nie obciera.
– 1x buty podejściowe. Gdyby nie plany Taternickie, to bym zabrał adidasy do biegów górskich. Tak do są dość wygodne lekkie i bardzo precyzyjne.
– 1 x para kijków trekkingowych. Te ponoć najlżejsze na świecie i często używane na biegach górskich. Używałem gumowych nakładek bo cala droga po twardym.
– 1 x mały: 10 litrowy plecak do „fast trekkingu”/ biegów górskich. Zmieścił wszystko co potrzebne. Serio 
– 1 x okulary przeciwsłoneczne
-1 x pas biodrowy z kieszonką na drobne rzeczy. -czołówka ( tak nawet jak planuje wrócić przed zmrokiem!)
– 2 x telefon. Jeden zgubiłem w autobusie A drugi naładowany z bateria trzymającą tydzień. Tak 
– apteczka podstawowa. Kilka plastrów, folia NRC, zestaw RKO,
– podstawowy zestaw naprawczy. gafa, trytki, sznurówki
– bukłak na 2 litry z rurką. Na drogę zabrałem 1,5l wody + depozyt przy morskim oku.
-Szturmżarcie. Kabanosy, batony białkowe,batony inne, musy owocowe, orzeszki ziemne. W zestaw kalorii na 2 dni. Tez serio. Zostało mi kilka batonów orzeszki i 1 mus.
-Żarcie normalne w depozycie na dworcu w Zako.
–  2 x Ubezpieczenie na cały świat NNW pokrywające koszt akcji ratunkowej w tym Śmigłowca.
 

SPRZĘT FILMOWY:

 

– 1 x kamerka sportowa
– 4 x baterie do kamerki
– 1 x kijek do kamerki ( zgubiony po drodze)
–  1x mini-statyw . Zastąpił kijek.
– 1 x opaska na głowę do kamerki
– 1 ładowarka do baterii na 2 baterie
– 3x kabel do kamerki/telefonu
– 1x powerbank 4400mah
 

Podsumowanie.

 
 
Jak można zobaczyć na wideo i przeczytać to da się przejechać w 2 strony z Wrocławia, wejść i zejść z Rysów w dobę. TO tego warto jak nie wiem co. Głód Tatr był już nie do wytrzymania i taka wycieczka zaspokaja go w zupełności. Mimo że wszedłem dla siebie rekordowo szybko i podobnie z zejściem to również nacieszyłem oczy pięknym krajobrazami tatrzańskimi. Tym więcej tego czasu może być na to, jeśli nie zaczniesz się szlajać po Słowackich graniach  Plan zrealizowany na styk, ale jeśli ktoś nie ma najlepszej kondycji to też się wyrobi, jeśli będzie wchodził 5h i schodził 4h. Tym też więcej można mieć czasu w zapasie jeśli obierzemy za cel w rejonie Hali Gąsienicowej 

VIDEO do obejrzenia:

https://www.youtube.com/watch?v=wK0xqHHWvPM

1 January, 19701 January, 1970 5 comments Biegi górskie Biegi górskie

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2013 18.07-21.07.13

Bieg Siedmiu Szczytów 235km

 

Długość trasy: 240 km
Najwyższy punkt: Śnieżnik (1425 m. n.p.m),
Najniższy punkt: rzeka Nysa Kłodzka koło Barda (261 m. n.p.m),
Różnica wysokości 1164m.
Całkowite wzniesienie terenu: 7635m. 
Całkowity spadek terenu: 7670m.

 

punkt

odległość

lokalizacja

zaopatrzenie

limit czasu

Start

0 km

Stronie Śląskie

-

0,5 h

1

9 km

Przełęcz Gierałtowska

W,I

2,5 h

2

31 km

Przełęcz Płoszczyna

W,I,J

7 h

3

44 km

Międzygórze GOPR

W,I,J

11 h

4

60 km

Długopole Zdrój

W,I,J,D1

14 h

5

75 km

Schronisko Jagodna

W,I,J

17 h

6

93 km

Masarykowa Chata

W,I

21 h

7

105 km

Jamrozowa Polana

W,I,J

23 h

8

120 km

Kudowa Zdrój – Park Zdrojowy

W,I,J,D2

26 h

9

134 km

Schronisko Pasterka

W,I,J

30 h

10

137 km

Schronisko Na Szczelińcu

W,I

31 h

11

157 km

Ścinawka Średnia

W,I,J

37 h

12

178 km

Przełęcz Wilcza - parking

W,I,J

42 h

13

188 km

Bardo Śląskie - park za Nysą

W,I,J,D3

45 h

14

198,0 km

Przełęcz Kłodzka - parking

W,I,J

47 h

15

212 km

Orłowiec - kościół

W,I,J

50 h

META

223 km

Lądek Zdrój - amfiteatr

W,I,J

52 h

 

 

To był mój docelowy start sezonu biegowego. Wszystkie biegi sezonu poprzedzające udział w Biegu Siedmiu Szczytach, były biegami przygotowawczymi. Często testowałem różne rozwiązania, jak na przykład zabierałem dodatkowy balast, który imitował lub stanowił wyposażenie na Siedmiu Szczytach, a zupełnie nie był potrzebny w biegu w którym akurat uczestniczyłem. Skupiałem się także na innych elementach treningowych. Szybkość, czy miejsce było sprawą drugorzędną. Wszystkie zamierzone działania miały przynieść efekt na docelowym starcie.

 

To była podróż w nieznane, cokolwiek bym nie robił i nie wiadomo, jak podchodził do tego biegu, nie uzyskałbym odpowiedzi, jak to jest przebiec 223km (tyle z założenia na początku miał wynosić dystans, a wyszło 235km plus małe błądzenie), z prostego powodu – nigdy w życiu nie pokonałem takiego dystansu jednorazowo.

 

Przygoda w tym biegu była niesamowita i przyniosła niespodziewanie mnóstwo emocji.

 

Na starcie

 

Namacalnie dało się wyczuć niepewność, a zarazem spokój wśród zawodników. Widziałem unoszącą się aurę, zadającą pytania, jak to będzie, jak to biec, czy dam radę, jak to jest pokonać taki dystans. W Polsce wcześniej nie rozgrywano takiego ultra długiego biegu górskiego, każdy był ciekaw jak to się potoczy, jak skończy i co z tego wyjdzie.  Spokojną ciszę przerywały powitania, gdzie nie sposób było nie zauważyć znajomych twarzy z biegów ultra. Jak mogło ich tutaj zabraknąć, to prawdziwy kąsek, święto w którym trzeba wziąć udział, sprawdzić się i doświadczyć przygody. Wspólne pamiątkowe zdjęcia, poklepywanie się po plecach dodające otuchy i pozostające myśli w głowie, z którymi przyjdzie zmagać się podczas wyścigu.

 

Najpierw hałasu narobili ludzie na szczudłach  z bębnami. Kolorowy korowód próbujący rozbudzić ciszę, spokój i energię zawodników. Następnie powitanie przez organizatorów, którzy ogłosili start, a w dalszej części już tylko szmer tuptających butów na trasę pełną wrażeń.

 

Ognia

 

Start ostry był naprawdę ostry, spora grupka od razu ruszyła mocno do przodu. Pierwsze kilometry to pogaduchy, głównie z Kulą do pierwszego punktu żywieniowego. Od tego miejsca nieco przyspieszam wyprzedzając zawodników, których widzę przed sobą. Po jakimś czasie zostaję sam, tempo które sobie narzuciłem jest za wolne, by gonić czołówkę, a za szybkie na zawodników znajdujących się za mną.  Gdzieś na jednym z pierwszych wzniesień Piotr Dymus (najlepszy fotografSmile) ustawia swoje super obiektywy, dzięki którym czaruje niesamowite fotografie. Widząc mnie mówi: - dobrze Ci idzie.

 

Foto: Piotr Dymus

 

 

Utrzymując swoje tempo przez jakiś czas postanawiam nieco zwolnić i nie gonić. Droga do domu jeszcze daleka. Pierwszy etap to przetrwać pierwszą noc jak najmniejszym kosztem sił. W drodze na Śnieżnik po 30km, dogania mnie dwóch zawodników. Jeden z nich utrzymuje podobne tempo do mojego. To Mario z Leszna. Na Śnieżniku robimy pamiątkowe zdjęcia, Mario proponuje ze względu na podobne tempo wspólnie pokonać pierwszą noc. Zgadzam się, pokonujemy trasę ramię w ramię, ucinając przy tym ciekawe konwersacje, zarazem kontrolując trasę. Nad rankiem będąc już po stronie czeskiej, przy pięknych okolicznościach przyrody znów pamiątkowe zdjęcia Smile.Nie wyobrażalnym było dla mnie nie zatrzymać się na zdjęcia w tak pięknych okolicznościach. To co przyroda nam zaoferowała do dziś mam przed oczyma.

 

Foto: z Mario

 


 

 

 

Pierwsza noc za nami, czas przejść powoli do gry. Mniej więcej na 80km objawia za moimi plecami Jarek ( Haczyk). Byłem zaskoczony obecnością Jarka, napierał równym tempem.

 

Co Ty tu robisz? – pyta Jarek, -  Dlaczego nie ścigasz się z Piotrkiem.

 

Myślę sobie, chyba przesadza z tymi słowami, przecież nie jestem na tym poziomie co Piotrek.

 

Odpowiadam – Co Ty z Piotrkiem mam się ścigać?!

 

Jarek – ‘’wcale takiej dużej różnicy między wami nie ma’’.

 

Słowa te podziałały na mnie jak płachta na byka, mimo że mój plan ataku miał zacząć się nieco później, nie zwlekałem już dłużej, szybka modyfikacja planu w głowie i odjazd. Zaczął się bieg. Oderwałem się od Jarka i pozostałych kilku osób sukcesywnie zwiększając tempo i doganiać następnych zawodników.

 

Z Jarkiem spotkałem się jeszcze raz , gdy nie mogłem znaleźć oznaczonej trasy – dogonił mnie. W tym samym punkcie znalazł się też Marian kolega Jarka (obaj z Opola), straciliśmy myślę ok. 20min w poszukiwaniu oznaczenia i właściwej drogi, a Marian jeszcze więcej, bo gdy przybyłem to on już się motał z kierunkiem. Z pomocą Jarka, dzwoniąc do organizatorów i z mapą, namierzamy interesujący nas kierunek.  Wyścig znów się zaczął. Od tego momentu zacząłem kontrolować mapę, czego wcześniej nie robiłem i to był błąd, bo uniknąłbym tego błądzenia. Należy dodać także, że jedna wstążka była tutaj myląca. Później wyjaśniło się to, że trasa szła przez prywatny teren i właściciel pozbył się oznaczenia .

 

W drodze na 120km na odsłoniętym terenie dopadł mnie duży kryzys. Żarówa z nieba tak przygrzała, że musiałem nieco zwolnić i odżyć w napotkanym sklepie. Kryzys ten spowodował, że z  godzinnym opóźnieniem według zakładanego planu dobiegam do punku na 120km. W drodze na ten punkt mijałem się z Marianem i z jeszcze jednym zawodnikiem, którego imienia nie poznałem.

 

Dla mnie to punkt strategiczny, zostawiam sporo zbędnego balastu, głównie plecak, który zamieniam na worek Smile. Widząc mój nowy plecak, Piotr ( ten od najlepszych zdjęć) mówi: - Po co kupować plecak, jak można pojechać na maraton i dostać worek.

 

Pamiątkowy worek uwieczniony na zdjęciu Piotra Dymusa poniżej. Smile

 

 

 

Pościg trwa, wyprzedzam kilku zawodników, na jednym z punktów dowiaduję się, że ktoś z czołówki odpadł. Automatycznie przesuwam się w górę. Pokonując kamienny labirynt za Szczelińcem, spotykam kuśtykającego dotychczasowego lidera. Prosi o skorzystanie z telefonu do organizatorów, aby go zwieźli do bazy. Dowiaduję się od niego, że przede mną jest dwóch zawodników i mają dużą dwugodzinna przewagę nade mną i nie mam co gonić, tylko pilnować swojego aktualnego miejsca. Gdy rozmawia przez telefon zaczynam gorączkowo się rozglądać, głównie za siebie. Gadał przez ten telefon z 5 minut, a ja przeskakiwałem z nogi na nogę, jakby chciało się mi…. Miałem czas rozmyślać co dalej Smile.

 

Samotnia od tego momentu to walka ze wszystkim po trochu, z trasą , z oznaczeniem trasy, z czasem, z mapą, z workiem też. Patent zawiązania worka miałem opracowany przez Didi (ode mnie z ekipy ,razem trenujemy), którą spotkałem przypadkowo trenując wysoko na Jurze. Kłopot sprawiał mi ,gdy chciałem coś z niego wyciągnąć, rozwiązywanie i na nowo opracowane wiązanie było nie lada trudem, w dodatku wszystkie te ruchy w biegu. Było to upierdliwe i spowalniało. Suma summarum działało i sprawdzało się, nie było narzekania. To było świetne posunięcie, ale czas uciekał przy tym wiązaniu i rozwiązywaniu supłów.

 

Foto: Piotr Dymus

 


 

Zanim zapadł zmrok, miałem dwie sytuacje. Kłopot z oznaczeniem trasy. Ktoś ewidentnie bawił się wstążkami, co wybiło mnie z rytmu, kosztowało sporo czasu 20min i dodatkowe parę kilometrów. Wyciągnąłem kompas, który wyprowadził mnie na dobry kierunek. Zmęczenie wgryzało się powoli do organizmu. Od tej pory kontrolowałem każdy zakręt. Niestety taki bieg z jednym okiem na mapie spowalnia tempo, jednak wolałem mieć pewność, że stąpam we właściwym kierunku. Gdy pokonujesz trasę w towarzystwie lub masz w zasięgu wzroku zawodnika (tak chyba było w przypadku pierwszej dwójki), jest dużo łatwiej. Kontrola jest łatwiejsza i mniej czasu spędza się na patrzenie w mapę. Dodatkowo napędza się nawzajem. W tym przypadku od wielu godzin byłem samotny, poza sms’ami i punktami kontrolnymi była totalna izolacja i mogłem polegać wyłącznie na sobie.

 

Foto: Piotr Dymus

 


 

 

Ogromny kryzys uderzył mnie w drodze na bufet nr 11- Ścinawka Średnia 157km. Tuż przed miejscowością Wambierzyce (jak czytałem później wpisy na fb, to Sławek -z mojej ekipy napisał – że może pielgrzym – mając mnie na myśli-znajdzie tam schronienie, biorąc pod uwagę mój kryzys i ten wpis tylko uśmiechnąłem się -nie pomylił się). Brakło mi płynów, teren dokoła suchy, żadnych potoczków, a na niebie Słońce- podgrzewało jak na patelni. Dłużyły się te kilometry. W Wambierzycami na rynku usiadłem na ławce. Obok panowie z trunkiem mocniejszym, nieświadomi jaki mam problem. Z wielką trudnością obsługiwałem telefon. W worku znalazłem parówki sojowe chili. Najlepsze jest to, że wcześniej ich nigdy nie jadłem. Zjadłem niecałą jedną sztukę, zostawiłem resztę na ławce, mówiąc do panów obok, żeby się częstowali. Do piFka jak znalazł Smile.

 

Wpadając  na punkt w Ścinawce jestem bardzo zaskoczony, że nikt mnie nie wyprzedził. Mój kryzys w Wambierzycach trwał dobre 20 min, byłem przekonany, że straciłem świetną pozycję. Fotograf przed punktem kontrolnym, twierdzi mało tego, że nikt mnie nie wyprzedził to za mną jest spora przepaść. Nie chciało się mi w to wierzyć, więc po króciutkim postoju (chyba na tym punkcie włożyłem głowię do wiadra z zimną wodą) ruszyłem dalej.

 

Na kolejnych punktach dowiadywałem się, że zmniejszam przewagę do liderów. Z każdym krokiem byłem coraz bliżej, natomiast w ogóle nie widziałem co dzieje się za moimi plecami. Ciekawiło mnie, czy ktoś depcze mi po piętach. Dostawałem mnóstwo dopingujących wiadomości, ale nikt nie pisał jaką mam przewagę nad pozostałymi. Gdy już powoli słoneczko zachodziło, zadzwonił Kaziu Kordziński, potwierdził mi że jestem na trzeciej pozycji, podał mi też przewagę nad czwartym zawodnikiem. Informacja była z przed kilku godzin, ale zawsze to coś.

 

Celem było nie tylko utrzymanie pozycji, ale również atak na czołówkę. Sukcesywnie powoli zmniejszałem przewagę. W początkowej fazie biegu to było jakieś 2 godziny straty, a na ostatnim punkcie kontrolnym podobno kilkanaście minut, by na mecie stracić zaledwie kilka minut. Ta druga noc w terenie przyniosła mnóstwo wrażeń i emocji.  Od halucynacji do braku światła i kontuzji.

 

Opuszczając punkt Przełęcz Wilcza na 178km, gdzie poza dobrym jedzonkiem, czyli banany, pomarańcze, arbuz i gaworzeniu z wolontariuszkami (nie pierwszy i ostatni raz na tym biegu), przy dopingu tychże sympatycznych dziewczyn i służby pierwszej pomocy ruszyłem zmierzyć się z drugą nocą. Jeszcze było widno, ale w gąszczu zarośli na szlaku z każdą minutą szybko pociemniało się. Gdzieś wcześniej zdałem sobie sprawę, że na przepaku w Kudowie na 120km zostawiłem cięższą czołówkę, a wymieniłem na lżejszą już mocno wysłużoną , gdzie niekoniecznie są mocne baterie. Mając to na uwadze zwlekałem z odpaleniem światła. Korzystałem z dobrej pogody tzn. Księżyc służył mi swym blaskiem. To było dobre posunięcie, bo gdy odpaliłem czołówkę, moc świetlna szybko traciła swój zasięg. Miałem przez to nie lada kłopoty.

 

Po pierwsze tempo biegu spadło, zasięg światła uniemożliwiał szybsze poruszanie. Na tym etapie musiałem być bardzo czujny – zmęczenie, oczy już nie te same co poprzedniego dnia, kontrola mapy. Bardzo łatwo było zgubić szlak. Tak też stało się. Przez słabą widoczność zapuściłem się w jakieś chaszcze zamiast skręcić w prawo za szlakiem. Na szczęście szybko zajarzyłem, że nie tędy droga, odnalazłem szlak ale ciemność i to słabe światło spowolniło mnie mocno na zejściu z tej górki – pamiętam, że było tam mnóstwo ogromnych głazów, Kamoli i tam miałem największy problem z poruszaniem się.

 

Po drugie zaraz na zejściu przez te kamole – głazy i słabej lampie, dostaję ogromną siłą w goleń kłodą, na która przy zbiegu nadepnąłem podczas biegu. Oddała mocno , bardzo mocno ( przez tydzień byłą opuchlizna), także trzy tygodnie później ból odezwał się na Chudym Wawrzyńcu i znów tempo siadło- tylko hart ducha pozwolił mi ukończyć Chudego. Tutaj podobnie, ból też towarzyszył do samego końca biegu.

 

Lampa coraz słabsza, wcześniej nieco słyszałem jakieś głosy. Ale to jeszcze nic, głosy niosą się po lasach więc idzie to wytłumaczyć, ale np. halucynacje typu słoń, czy ludzik leśny przy szlaku to już inna bajka Smile. Widząc tego leśnego ludka, mówiłem sobie, że jeśli okaże się realny to zapytam się, czy ma dla mnie garnek złota. Smile.

 

Wstążki organizatora były wyposażone w odblaski. Gdyby ktoś widział jak podchodziłem do jednej z nich – myśląc, że to zwierze, bo tak ten odblask widziałem, że to świecące oczy. Na szczęście im bliżej podchodziłem to nie ruszało się Smile. Swoją drogą, że tego nie obszedłem, ale szlak szedł ewidentnie przez tego zwierza, a w głowie było tylko aby do mety.

 

Ze mną to chyba jeszcze nie było tak źle z tymi halucynacjami. Po biegu kolega Maria opowiadał jak widział Chińczyka na drzewie, co najlepsze podobno w grupie było ich kilka osób i wszyscy widzieli tego owego Chińczyka. Dobre. :-). W ogóle opowieści z biegu i tuż po nim co się działo można napisać osobny rozdział. Smile

 

Miałem jeszcze jedno zdarzenie tej nocy realne - bardzo realne. Zanim zaczęły się halucynacje, biegnąc nagle poczułem drżącą Ziemie i słyszałem potężny tupot pędzącego bydła. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Tylko wyglądałem jak mi tu coś wyskoczy na szlak. Owe zwierzęta przemieszczały się. Zacząłem dochodzić co to jest. Głowiłem się i próbowałem rozwiązać zagadkę. Odnalazłem ogrodzenie, ale tupot ustał i nic nie widziałem. Gdy wróciłem do domu, pamiętając tą wyjątkową sytuację sprawdziłem w internecie co w tym rejonie może żyć. Okazało się, że dokładnie w tym rejonie, gdzie to było żyją Muflony. Jestem przekonany, że to one tak buszowały, ale jak było w rzeczywistości to już się nie dowiem.

 

Foto: Mario/Leszno

 


 

Podążając tak docieram do Bardo Śląskie na 188km, gdzie znajduje się kolejny ostatni przepak. Miałem oczywiście tam zostawiony głównie prowiant, ale odpuszczam, posilam się tym co zawsze na tym biegu, banan-pomarańcz- arbuz. Wyjątek był na 120km, gdzie czekały na mnie pyszne wegańskie kotleciki. Na drugim przepaku też je miałem, ale wylądowały w worku i zjadłem dopiero po biegu- krótkim śnie między rzędami w kinie usytuowanym tuż za metą. Smile.

 

Mając na uwadze tyły, zastanawiam się, czy zaraz ktoś mnie nie dogoni. Nagle pojawia się Marian, ale mówi, że on już nie bierze udziału w biegu i za mną jest Węgier, ale ma dużą stratę. Jest pod wrażeniem jak wyrwałem do przodu od ostatniego naszego spotkania.

 

Zaraz po opuszczeniu punktu na podejściu dopada mnie trzeci ostatni potężny kryzys. Kładę się na chwilę na ławce, które tam były rozmieszczone. Strome podejście, ciężko było oddychać, ziemia nagrzana. Doprowadzam się do porządku i napieram do przodu. Gdzieś później spotykam Piotrka organizatora i Kamila  zabezpieczających trasę. Ktoś tam podobno bardzo figlował i oznaczenie znikało nawet już po godzinie.

 

Dopingują, mówią że tym tempem powinienem dojść prowadzącą dwójkę. Dobre słowo zawsze miło słyszeć. Dobrze, że robiło się już coraz widniej bo moje światło już ledwo zipało. Ja już lepiej się trzymałem niż moja czołówka Smile.

 

Na Przełęczy Kłodzkiej 198km mocno dopinguje mnie obecny fotograf, którego chyba już spotkałem wcześniej na jakimś punkcie. Nie był to Piotr Dymus, którego spotkałem kilka razy podczas tego biegu, gdy przemieszczał się za pięknymi zdjęciami (co widać po zamieszczonych zdjęciach załączonych w relacji). Smile

 

 

Foto: od fotografa, którego nie znam imienia

 

 

 

Łapię w dłoń banana, arbuza i z buta przed siebie. Im widniej to czuję się coraz lepiej. Ostatnie kilometry sprinterskie – widać na filmiku na mecie jak ciężko oddycham- efekt szybkiego biegu na końcowych kilometrach.

 

Gdy usłyszałem spikera z oddali, gdy wbiegałem już asfaltową drogą do Lądka, wiedziałem, że dotarli do mety mimo to napierałem do końca tak szybko, jak dawałem rady.

 

Na mecie fotele dla pierwszej trójki, które były strzałem w dziesiątkę.

 

Foto: z FB organizatora

 


 

 

Wspaniałe chwile. To był bieg, który dostarczył mi mnóstwo emocji i chyba nie tylko mnie. Dziękuję wszystkim za wspaniałą przygodę, każdy stał się jej częścią. Kibice – krótko- warto dla Was biegać. Smile.

 

Pierwsza Trójka

1.     Kiełbasiński Michał         TEAM360                                           Łódź                                   35h31:53

2.     Kłodnicki Tomasz             MOK Mszana Dolna                       Dobra                                   35h33:26

3.      Pawlowski Lukas              Raw Vegan Run                               Czestochowa                     35h37:23

 


TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Zainspirowany artykułem „Homo schroniskus” (NPM nr 9 (150) wrzesień 2013) sięgnąłem w głąb swoich górskich wspomnień i zrobiłem podsumowanie typów turystów, których do tej pory spotkałem na górskim szlaku. Pojawiło się wśród nich kilka barwnych postaci. Jedni zaimponowali mi swoim obyciem w górach i kulturą na szlaku, drudzy zasłużyli na pogardliwe spojrzenie. Bez zbędnego mądrzenia się, poniżej przedstawiam krótkie zestawienie kilku typów miłośników górskich wędrówek.

Ranking rozpoczyna:

Nachalus irytatus – zwykle wędruje samotnie wypatrując grupy, pod którą mógłby się podczepić. Cel: umilenie sobie wycieczki, uprzykrzenia dnia innym. Po zaproszeniu do wspólnego przemierzania szlaku niemożliwy do pozbycia się. Występuje główne w wersji male. Swoim zachowanie przyprawia o ból głowy, wrzenie krwi i nagły wzrost ciśnienia. Posiada cały zestaw irytujących pytań, zaczynając od: daleko jeszcze? Co macie do jedzenia? Przez te, mające na celu zredukowanie jego dysonansu i nieprzygotowania do wyjścia na szlak: A dobrze się ubrałem w góry? Raki na prawą, czy na lewą stronę? A w tych spodniach tam wejdę? Jedyny znany sposób na przetrwanie takiego spotkania: milczenie.

Zapraszam do lektury pozostałych typów: Familia tyrannus, Amateur animalus, Alpha masculus, Wycieczkus zakarus, Burżujus pogardus, Idiotus pospolitus na:

http://www.dokadnogiponiosa.pl/turysta-inni-niz-wszyscy/

TagsTags: turystyka górska tatry 
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Kierat ! Górska Setka na Orientacje.

 

Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2013: 


Teren: Beskid Wyspowy, Gorce; 
Start/meta: Limanowa; 
Dystans: 100 km; 
Suma podejść: 3600 m; 
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc); 
Termin: 24-26 maja 2013 r.

UTMB - 3 punkty

 

k

Foto: Adam Bielak

 

KOMUNIKAT SĘDZIOWSKI ( ze strony orga.)


... W X Międzynarodowym Ekstremalnym Maratonie Pieszym KIERAT 2013 wystartowało 611 zawodników, w tym 64 kobiety i 547 mężczyzn. Trzej zawodnicy, którzy nie dotarli nawet do 1 PK, nie zostali sklasyfikowani. Do mety dotarło 387 zawodników, w tym 27 kobiet i 360 mężczyzn. Sześcioro z nich przekroczyło nieznacznie regulaminowy limit czasowy. Sędziowie nie stwierdzili żadnego przypadku rażącego naruszenia regulaminu zawodów - nikt nie został zdyskwalifikowany. 

 

To bardzo dużo, jak na stosunkowo trudną trasę tegorocznego maratonu. Na trudność tej trasy złożyły się: nieco większa niż zazwyczaj suma przewyższeń, rekordowe ilości błota na sukcesywnie zwilżanej deszczem trasie i związana z tym zmniejszona przyczepność obuwia do podłoża, gęsta mgła spowijająca szczególnie górne partie Ćwilina oraz odcinek specjalny w postaci Linii Obowiązkowego Przejścia Percią Borkowskiego pod Luboniem Wielkim. Wyniki osiągnięte przez ogół uczestników X Jubileuszowego MEMP Kierat 2013 świadczą o ich bardzo dobrym przygotowaniu...

 

k

Punkt nr 10 i obmyślanie trasy wraz z Darkiem kompanem 

Foto: Michał Bubel

 

KIERAT MOIM OKIEM 2013

 

Tegoroczny Kierat to popis budowniczego trasy, to wreszcie taki Kierat na jaki przez te wszystkie lata sobie zapracował na swoją już kultową renomę, to Kierat przez duże K. Minimalna ilość asfaltu, trudność terenu, ostre pionowe podejścia, czyli lufy, prawie non stop teren, do tego wymarzona pogoda do ścigania. To był taki Kierat  jaki poznałem 4 lata temu z chaszczowaniem przez większą część terenu. Rzekłbym ze Kierat wrócił do swych korzeni.

 

Start w Limanowej po raz trzeci ramię w ramię z Darkiem. W drodze na pierwszy punkt tradycyjnie ploteczki z ostatniego roku, następnie ustalamy taktykę.

 

Pierwsze podejścia i chaszczowanie zaczyna się już w drodze na drugi punkt tnąc na azymut przez Masyw Łopienia.  Punkt ten i następny w Dobrej nie stanowi większego problemu.

 

Zabawa zaczyna się w drodze na Ćwilin spowijająca gęsta mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów, czasami nawet do 2 metrów. Do tego zapadająca ciemność i ostre podejście na Ćwilin,  bardzo ostre.

 

Na szczycie polany, mgła tak gęsta, ze krzyczę do punktu: Hop Hop punkcie, gdzie jesteś szukamy Cie?! Nagle z kilkunastu metrów odzywa się punkt : tu jestem i nawet podbijam karty!Smile.

 

Po podbiciu 4 punktu mglistym, okropnie mglistym, tak mglistym ,Że po odpaleniu czołówek jest jeszcze gorzej, napieramy żółtym szlakiem do Mszany Dolnej na punkt nr 5. Mimo nieodpalonej czołówki i trudnego terenu we mgle przesyłam informacje (SMS-y)do Tomka111 co się dzieje na trasie. Smile.

 

Punkt w Mszanej znajduje się na wschodnim brzegu Mszanki, którą to nie wiedząc jeszcze będziemy przeprawiać na druga stronę.

 

Mgła mocno spowalnia i utrudnia prawidłowe poruszanie się po szlaku. Jest tez bardzo błotnisto. Buty co rusz jak podeschną to znów mokre i tak w kolo błotka.Smile.

 

 

Urywamy się grupce z która chwilami pokonywaliśmy ten odcinek i nowatorską w tym momencie droga napieramy niemal wprost na punkt nr 5. Wypadliśmy z terenu jedynie jakieś 50m od punktu Smile.

 

Podbijamy karty i lodowatą przeprawą przez rzekę Mszankę przedostajemy się na drugi brzeg. Oczywiście była opcja dorzucić drogi na most, ale szkoda czasu i zabawy. Po tzw. progu spowalniającym nurt rzeki, murku śliskim i z coraz głębszym i silniejszym nurtem pokonujemy rzekę szeroka gdzieś na 10m. Buty w dłoń i na drugi brzeg goń goń goń.

 

Pierwsze kroki ostrożne ślisko, ale im dalej to lepiej za to nurt silniejszy i głębszy. Darek idąc za mną ponagla : szybciej bo mi już stopy odpadają i nie wytrzymam.

 

No cóż trzeba było przyśpieszyć. Lodowata woda wspaniale podziałała na stopy, oj ulga rewelacyjna. Byli też tacy co w butach napierali przez rzekę co w dalszej perspektywie chyba ich spowolniło np. gość wykręcał skarpety, którego minęliśmy już na czarnym szlaku w drodze na punkt nr 6, czyli Stok Adamczykowej.

 

Tuż po przeprawie rzeki, zaraz za nami wpada ekipa Sławusia, stary znajomy ultras, jest ich tam dobre z 15 osób,  co jak się okaże etap nocny będziemy pokonywać razem. Z tego co pamiętam momentami było nas tam ze 20 osób. Bardzo długi tramwaj, ale też bardzo wesoły i zgrany. W grupie tej były m.in. 4 pierwsze kobiety tegorocznego Kieratu w tym legendarna zwyciężczyni Czeszka Magda Horova.

 

Najweselszym momentem, chyba była scenka, gdy w drodze na Glisne punkt 7, zatrzymaliśmy się na chwilę na rozwidleniu dróg. Jakiś jegomość poszedł za potrzebą, dokoła terenu tyle, do wyboru do koloru, ale akurat upatrzył sobie taka miejscówkę, gdzie jak się do niej skierował, to usłyszał: ZAJĘTE.

 

Miejscówkę okupowały już kobiety, no ubaw na całego, dokoła lasy, łąki a tu taki numer, Zajęte. Hehe Smile. Kierat.

 

Na punkcie 7 - punkt żywieniowy, z tym ze jeść nie bardzo było co, umiesz liczyć licz na siebie.

 

Po lekkiej pożywce (własnej) ruszamy na kolejną lufę - Luboń Wielki. Długie ostre podejście. Momentami jak koty wbijamy się w szlak i pniemy w górę. Na górze punkt nr 8.

 

Pomiędzy 8, a 9 punktem budowniczy trasy wprowadził LOP, czyli Linia Obowiązkowego Przejścia. Był to odcinek bardzo wymagający, szczególnie w tych nocnych mglistych warunkach. Perć Borkowskiego, bo tędy prowadził LOP, to bardzo trudny szlak, wymagający ogromnej ostrożności i gimnastyki. To właśnie tutaj noga utknęła mi między głazami, tak, że nie mogłem jej wyciągnąć. Zaklinowała się, dopiero po odepchnięciu głazu mogłem uwolnić stopę.

 

Na końcu relacji dam link do Perci Borkowskiego, jeśli będziecie w tym rejonie musicie tu zajrzeć koniecznie i zaliczyć ja, niekoniecznie w nocy Smile.

 

Na tym odcinku na chwile odprężyłem się i nie spoglądając na mapę podążyłem za Sławusiem i jego bandą.  Sławuś to wybitny nawigator, naprowadził nas po ostrym chaszczowatym zejściu na punkt, który znajdował się w Kamieniołomie.

 

Z punktu 9 na 10 Poręba Wielka - rozwidlenie dróg, można się na chwile odprężyć, jednak trzeba być czujnym, droga mimo, że po szlaku właściwie, ale jest noc i łatwo można przegapić zakręt. Góral spod Nowego Sącza wykazał się tą czujnością i skręcamy we właściwy kierunek.

 

Tradycyjnie już 3 godz. z minutami zaczynają ćwierkać ptaszki, co zwiastuje rychły świt. Tej nocy mimo fatalnej prognozy pogody nie odczuwało się zimna i nie padało też, a zapowiadano deszcz już od samego startu. Chmury wisiały cały czas, choć przez kilka momentów coś się przejaśniło w nocy.

 

k

FOTO : Adam Bielak

 

 

Już nie pamiętam, pomiędzy którymi punktami to było, ale przeprawialiśmy się przez ogrodzenia pod napięciem, mierżąc się wzrokiem z bykami i skacząc przez jeszcze jakieś ogrodzenia. Wesoło było.

 

Jak zastanawiasz się jak pokonać 2 metrowe ogrodzenie to oto sposób: rzucasz mapę i nie masz wyjścia musisz już chybać na drugą stronę, oto mój sposób.Smile

 

Gdy docieramy do punktu nr 11 jest już od dawna widno, po krótkim postoju na herbatę Sławuś po okrzyku : BANDA JEST? Ruszamy dalej na przód do punktu nr 12 mieszczącym się na polu biwakowym. Już na tym odcinku grupa nocna szarpie się i topnieje z każdym kilometrem. Multum wariantów pozwala każdemu na rozwiniecie skrzydeł.

 

Z Darkiem nawigacja na tegorocznym Kieracie idzie nam bezbłędnie, po zaliczeniu punktu nr 12 zostawiamy przesympatyczna bandę Sławka i obieramy już własne warianty. Z Darkiem to już trzeci Kierat uzupełniamy się doskonale, z roku na tok poprawiając się w każdym elemencie, w tym najważniejszym nawigacji.  

 

Multum dróg, przecinek i gęsty las na wzgórzu w drodze na punkt nr 13, daje dużo możliwości, łatwo tez zatracić się i zmarnować czas. Jednak tutaj nawigacja pod moim dowództwem przebiega idealnie na punkt znajdujący się na polanie.

 

Po zaliczeniu punktu nr 13 należy zbiec w dół,oczywiście chaszczujemy pokonujemy jakieś strumyki, by po przekroczeniu drogi znów zapychać pod górę i to ostro. Troszkę nas rzuciło za bardzo na prawo i chaszczujemy mokrą wysoka trawą. Zresztą cały ten Kierat to mokro w butach. Łąki tniemy na azymut we czwórkę, po drodze dołącza do nas Koń. Piękny ogier z długą grzywą. Tak nas polubił, że szedł za nami dobre ze 100m, popychając jednego z naszej ekipySmile .

 

Po naprowadzeniu na 14 punkt, gdzie chłopaki rzucili się na kabanosy  GOPR-u, nawet jakiś miejscowy kundelek miał smak na nie,  pozostaje nam ostatnie podejście na punkt 15,a później już tylko 8km asfaltu do mety Smile.

 

W drodze na punkt 15 zaczyna padać, co jednak przynosi tylko uśmiech na mej twarzy i dodatkowe siły. Dużo nie popadało, ale na tyle fajnie by móc sobie pohasać jeszcze te ostatnie km po mokrym w deszczu lesie.

 

Zaliczamy punkt nr 15 i pokonujemy ostanie 8km po asfalcie do mety, mając przed sobą zwyciężczynie  Czeszkę. Nie gonimy jej, pozwalamy jej odskoczyć ostatecznie, nie mamy sumienia wyprzedzać jej, ani nawet rzucać wszystko na jedna szale i walczyć o pierwsza 20.

 

 Jesteśmy bardzo zadowoleni z siebie, wspaniały czas dla nas, bezbłędna nawigacja, fenomenalna trasa, pogoda, przygoda,ludzie. Te kilka miejsc wyżej nie wiele i ta by zmieniło. W porównaniu z poprzednimi Kieratami robimy milowy skok, uzyskując tym samym nasz najlepszy wynik, poprawiając zeszłoroczny o 3 godziny !!!.

 

Oczywiście Kierat Kieratowi nie równy, bo trasa jest inna i nigdy nie wiadomo co się wydarzy i jak pójdzie nawigacja, nie mniej można już określić po takich wynikach miejsce w szeregu, wierzę, że za rok będzie jeszcze lepiej, bo podkręcimy tempo.

 

k

META !

Foto: Darek Bielak

 

Zajmujemy ex quo 23 miejsce z czasem 16h48min i jesteśmy szczęśliwi, a to co przeżywamy podczas tych napierań to nasze i nikt nam tego nie zabierze. Kierat to jest jedyna impreza, która chce zaliczać co roku bezwzględnie, jak tylko warunki życiowe pozwalają. To był mój już 4 z rzędu i chce jeszcze Smile.

 

wlodec - Raw Vegan Run

 

 

Link do Perci Borkowskiego ( wikipedia)

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Per%C4%87_Borkowskiego

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Nareszcie swobodny dzień w moim intensywnym życiu. Nie pozostaje nic innego jak wybrać się w najbliższe górki (ze względu na zmianę nocną w tym samym dniu). Godz. 3:30. Pobudka! Szybkie spakowanie plecaka, zrobienie śniadania i w drogę do katowickiego dworca PKP. Polecam zwiedzenie dworca, który ma być jednym z najpiękniejszych nie tylko w Polsce, ale i w Europie! Udaję się do Kasy Kolei Śląskich i pierwszy raz kupuję bilet SilesiaWeekend (informacja dostępna w internecie na stronie Koleji Śląskich) i dokładnie o godz. 5:31 w przepełnionych wagonach jadę do stacji Bielsko-Biała Leszczyny. Po godzinie i dwudziestu minutach wysiadka. Zastaje mnie drobny deszczyk i słaby wiatr. Przede mną plan ambitny, więc po ubraniu kurtki przeciwdeszczowej natychniast ruszam w drogę! Na początku asfalt, którego nigdy nie lubiłem i staram sie go pokonać jak najszybciej. Na wysokości kościoła w Straconce szlak czerwony dobrze oznakowany skręca w lewo, po godzinie osiąga znaczną wysokość i dochodzimy do wierzchołka Czupel, ale nie tego najwyższego w Beskidzie Małym. Potem spokojną, przyjemną wędrówką poprzez Gaiki, Groniczki, Przeł. u Panienki dochodzimy do Chrobaczej Łąki gdzie stoi potężny krzyż. Warto sie przy nim zatrzymać, aby przeczytać informację. Z Chrobaczej Łąki można sobie wybrać jedną z dwóch tras prowadzących do Międzybrodzia Bialskiego. Szlakiem czerwonym przez zaporę w Porąbce lub szlakiem żółtym (także dla rowerzystów). Dochodzę do Miedzybrodzia Bialskiego i tutaj zaplanowana godzinna przerwa! W miejscowości tej krzyżuje sie wiele szlaków, ale dla lepszego poznania tej pięknej okolicy proponuję przyjazd samochodem. Drugie śniadanie zjedzone, herbata wypita, więc czas na osiągnięcie najwyższego szczytu Beskidu Małego. Czerwony szlak skręcający w prawo od szosy Miedzybrodzie Bialskie - Żywiec ostro idzie ostro pod górę! Potem jest już nieco lżej, ale cały czas pod górę. Tuż przed szczytem rozwidlenie szlaków. Czerwony zbiega do Łodygowic, z lewej strony niebieski z Czernichowa podąża w kierunku Magurki. Na tym szlaku znajduje się najwyższy szczyt Beskidu Małego. Po ok. 2 godzinach osiągam najwyższy szczyt Beskidu Małego czyli Czupel! Niestety na szczycie brak jakiejkolwiek informacji na temat osiągnięcia tego szczytu. Dwie ławeczki, kopczyk i grupa młodego towarzystwa to zbyt mało! Po krótkiej przerwie udaję się do schroniska na Magurce, gdzie nawet w pochmurny dzień bardzo duży ruch. Rozwidlenia szlaków w bardzo różnych kierunkach. Nie lubie hałasu i tłoku w górach, więc szybko czerwonym szlakiem udaję się do stacji PKP w Mikuszowicach Śląskich, a stamtąd jadę do Katowic. Wycieczka udana, tylko szkoda, że widoki były bardzo ograniczone. Może jak bede następnym razem pogoda dopisze:-)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

W drode do Rajczy, 4 marca
Boże jak pięknie - jeszcze godzinkę temu wędrowaliśmy widząc w oddali łańcuch solidnie zalodzonych Tatr - teraz widoki uboższe bo tylko na Worek Raczański i pobliskie góry - ale i tak jest super. Piękne, błękitne niebo, góry lśnią się w słońcu. Jeszcze kilkadziesiąt minut i zasiądziemy w czekającym na stacji PKP autokarze. Idę sama i czuję jak do oczu coraz mocniej płyną mi łzy. Bo czuję, że to, że tak pięknie to jakby pożegnanie. W czwartek zaczynam kurację interferonem i rybawiryną - pół roku wcześniej wykryto u mnie żółtaczkę typu C, groźną, śmiertelną chorobę. Leczenie jest ciężkie, i przy moich dobrych genach daję ok. 70% na skuteczne pozbycie się wirusa - jednak cena jest wysoka. Kuracja interferonem jest porównywalna do chemioterapii, lista potencjalnych skutkach ubocznych jest długa, jak kiedyś stwierdził mój kolega czytając ulotkę „od tego można dostać wszystkiego". Jestem młoda, silna, poza wirusem zdrowa - więc liczę na to, że „jakoś to będzie". Ale boję się, bardzo się boję. O lekach wiem, że strasznie osłabiają, nie tylko dlatego, że spada hemoglobina i inne parametry krwi, mówili, żebym zapomniała o górach na ten rok.  Że po tym ma się problemy z chodzeniem po schodach. Wiem, że spróbuję zawalczyć, ale wiem, że moja silna wola może nie mieć żadnego znaczenia. Wobec pewnych spraw jestem bezbronna.
Potrzebuję tych łez, tego smutku, tego pożegnania. Boję się, ale nie jestem przerażona, to co ma przyjść ma być po prostu trudnym zadaniem do wykonania, nie żadną tragedią. I mam nadzieję, że choć troszkę, choć czasem, jakoś będę w tych górach mogła być.

Hala Redykalna

Radość istnienia w Beskidzie Żywieckim - chwilę przed pierwszą dawką

Warszawa, 8 marca
Pierwszy zastrzyk. Ogromy lęk, ale też świadomość, że sama się zdeycodowałam i że po prostu trzeba. Cztery godziny po zastrzyku, podręcznikowo, prszyły bóle mięsiniostawów, gorączka - ale w sumie nie było strasznie - no w każdym razie przytotowałam się na dużo gorszą opcję. Wyszłam na krótki spacer. Wieczorem pierwsza dawka rybawiryny... słyszłam, że niszczy przełyk i żołądek, ale aż takiej zgaagi się nie spodziewałam. Ból w całej klatce piersiowej.... Od tej pory nauczyłam się jeść rybawirynę nie po posiłku lecz w trakcie - najlepiej w serku topnionym lub jogurcie.
Jescze tylko 48 tygodni. Jakoś to będzie.

Gdzieś tam pojawia się pomysł - skoro nie da rady w Himalaje to może stare dobre Beskidy. A żeby był konkret - to może tak najwyższy szczyt każdego z nich? Z zestawienia PTTK pominęłam tylko Lubomir - bo z tym Beskidem Makowskim to różne są teorie i według wielu badaczy Lubomr to jedna z wielu gór Beskidu Wyspowego...


Grześ, 21 kwietnia
Podchodzę na Grzesia (1653 m.n.p.m) pełna obaw. W końcu interferon i hemoglobina 9,5 to nie przelewki. Nie idzie jakoś źle, choć ewidentnie jest gorzej niż było. Często przystaje - a to na herbatkę a to coś przegryźć, więc nie jestem jakoś szybka. Z resztą pogoda ewidentnie się psuję, pada ni to śnieg ni to deszcz i widoczność nie najlepsza. Niby znam tę drogę (choć akurat na tym szlaku nigdy nie byłam inną porą kwietniowo-krokusową), ale tym razem jest jakby dłuższa i bardziej męcząca. Szczególnie kopuła szczytowa już ponad granicą lasu - nie pamiętałam żeby była aż tak stroma. Wreszcie szczyt. Płaczę ze szczęścia bo jednak weszłam, choć mówili, że na pewno nie dam rady.Pogoda zniechęca mnie do dalszego marszu w stronę Rakonia.

Grześ

Na mrocznym i mistycznym nieco szczycie Grzesia

*
Wieczorem spaceruje po okwieconej polanie. Odwiedzam kapliczkę św. Jana Chrzciciela, pamiątkowy wpis w księdze. Dziś padało, krosusy zamknietę, ale fioletowe dywany kwiatów są przepiękne. Później zachód słońca - przez zachmurzone niebo barwy rzucane na Kominiarski Wierch i Ornak są niesamowite... Jest mi dobrze, trochę zmęczona, wieczorem rzucę się na łóżko i szybko zasnę. Przed spaniem spróbuję jeszcze coś zjeść, ale efekt dość marny. Ale i na razie utrata wagi nieduża to nie ma się czym martwić.


Polana Chochołowska

Ukwiecona Polana Chochołowska. Dziś padało, krokusy zamknięte. Klasyczny widok na Kominiarski Wierch i grzbiet Ornaku.

Trzydniowiański Wierch, 22 kwietnia
Piękny górski poranek. Świeci słońce. Pełna obaw o stan zdrowia i kondycję wyruszam na szlak. Na Polanie Chochołowskiej tysiące krokusów. Nie chcą się tylko „otworzyć" a szkoda bo takie zdjęcia ładniejsze.
*
Podejście Krowim Żlebem nie należy do najprzyjemniejszych - ale pamiętam też końcówkę podejścia od strony Jarząbczej i nie wiem, czy w ogóle dałabym radę. Trochę brakuje oddechu. Najgorzej przy stopniach w zmrożonym śniegu, które powstały przy czyiś śladach. Stopnie za wysokie do mojego wzrostu - męczę się. Kiedy sama próbuję „wyrąbać" swoje stopnie - nie dość, że się męczę to jeszcze ślizgam bo nie mam dość sił żeby wybić głębokie ... i bądź tu mądrym Z ulgą osiągam grzbiet. Zjadam żelka, mijam dwóch skiturowców, pierwszych turystów spotkanych tego dnia. Jeszcze tylko granią aż na sam wierzchołek Trzydniowiańskiego Wierchu (1758 m.n.p.m) Pod sam koniec czuję to zmęczenie, walkę o każdy krok i brak tchu - ten jeden jedyny raz anemia mocno daje mi w kość.

*

krokusyDziś słonecznie, więc krokusy "otwarte" - ukwiecona polana prezentuje się wspaniale. Rozkoszuje się widokami, fotorgafuję. Na Polanie tłumy. Spotykam po raz pierwszy w realu Emilkę i Marcina z Planety - potem spotkanie z Iwoną i Moniką, przeczytały na Planecie, że Paulina będzie i szukają - co prawda nie podeszły bezpośrednio do mnie, ale słyszę to się zgłaszam. I tak zapewniony miły wieczór w dobrym, górskim towarzystiwie.

Iwaniacka, 23 kwietnia
Po deszczowo-śniegowej nocy poranek zachwyca - pięknie, słonecznie, krokusy powoli rozkwitają. Z Tomkiem, sąsiadem ze schroniska, zmierzamy w skierunku Przełęczy Iwnaniackiej. Moje pierwsze podejście z plecakiem, lekka trema. Ale nie - tym razem idzie dobrze, oddech w miarę w porządku, tempo też. Czyli jednak z tymi górami jakoś to będzie. Zaczynam jednak lubić podejście na Iwaniacką:) Połamane drzewa, ślady dawnych lawin. Jest „jedynka", śniegu niewiele, więc nie mam wielkich obaw że coś na nas spadnie - ale też nie mam pewności „lawina może zejść zawsze, lawina może zejść wszędzie" - uczyli w grudnio na kursie. Jest pięknie - błękinte niebo i topniejący śnieg, w powietrzu czuć już wiosnę. Chwilo trwaj :)

Kalatówki, 23 kwietnia
Po przejściu z poznanym w schronisku znajomym przez Przełęcz Iwaniacką (hurra jestem w stanie chodzić z plecakiem!) i Dolinę Kościeliską chcę wpaść jeszcze na Kalatówki, zobaczyć reklamowane przez Karolinę krokusy. No faktycznie jest na co popatrzeć! Polana cała fioletowa. Zostawiam plecak i z aparatem w kwiatowy dywan! Fotografuję krokusy na tle gór w każdej pozycji Przy okazji odkrywam, że widok z Kalatówek jest znacznie okazalszy niż ten, który znałam wcześniej - Kopa Kalacka u wejścia do hotelu. W głąb polany roztacza się fantastyczny widok - Kasprowy i Goryczkowa Czuba (i szczyty pomiędzy nimi) w pełnej krasie, jeszcze ośnieżone. Widok jest naprawdę piękny, musi być jeszcze lepiej gdy krokusy prześwietlone są słońcem - to popołudnie jest nieco pochmurne. Kilkadziesiąt minut szaleję z aparatem na Polanie, potem wpadam do Karoliny na pogaduchy. W czasie leczenie będę jeszcze na Kalatówki wracać.

Barwinek 3 maja
Wyraźiście zielona łąka i wyraziście żółte kwiaty - Beskid Niski wiosną... Rozkładamy się na łące z widokiem na niewielkie okoliczne wzniesienia. Za chwilkę śniadanko więc opróżniamy plecaki z pyszności, przygotowanych trochę według listy, trochę według uznania. Przerażają mnie trochę rozmiary grupy - 46 osób, do dziś nie pamiętam wszystkich imio.n Przewodnicy - Ala i Michał, zarządzają jedną z tych gierek na poznanie grupy - niby trochę naiwnych, ale zawsze dobrze mieć w pamięci jakieś podstawowe informację o ludziach z którymi wędruje się kilka dni. Przynajmniej łatwiej zagadać jak akurat obok siebie wylądujemy na jakimś fragmencie szlaku.
Trochę obawiam się marszu z placakiem. I to jakim plecakiem - w końcu idę z SKPB a tak jednak bardziej się dba o żołądek uczestników niż o ich kręgosłup. Na szczęście trasa nie jest z namiotem a i proporcje jedzenia w miarę rozsądne. Wiem, że w razie potrzeby będę mogła poprosić o pomoc. Po śniadanku kawałek drogą i podejście na Studenny Wierch - bez szlaku, ale to nie park to można. Później malowniczą dolinką do Olchowca. Pełna obaw. Ale jednak jest w porządku. Idę. Z grupą. W tempie grupy a nie z tyłu. Nie trzeba mnie odciążać już na wstępnie... czyli innymi słowy jestem uratowana. W klapie plecaka zastrzyk - poniżej jednej doby spokojnie może być poza lodówką. Po trasie 10. dawka interferonu - i obawy jak będzie się szło dzień po zastrzyku...

Studenny Wierch

Podejście z plecarami na Studenny Wierch - w Beskidzie Niskim pełnia wiosna.


Nasza niesamowicie rozciągnięta grupa robi pewnie sporo zamieszania w tym dość spokojnym zakątku. A na postoju tak trudno ogarnąć ją wzorkiem. A ile czekolad, żelków, ciastek i innych przekąsek krąży po grupie...

Olchowiec

Malownicza dolina we wsi Olchowiec. Wrócę tu jeszcze w lutym, na spacerze ekipą z Ropianki.

Burza

Z Olchowca przez Baranie wyruszyliśmy w stronę Ożennej (ześrodkowanie rajdu). Po drodze dopadła nas burza z gradobiciem. Pierwszy raz przeczekiwana z nogmi podulonymi na plecaku. Waliło. Bałam się

Nieznajowa, 6 maja
Nieco ciasną jak na ponad 30-osobową grupkę chatkę w Nieznajowej opuszczamy ze sporym opóźnieniem. Nazwa naszej trasy „trasa dla zabieganych" nabiera nowego znaczenia - jakaś jedna trzecia grupy (finalnie grubo ponad połowa) łapie dziwnego wirusa - to chyba rota wirus bo wiąże się z sensacjami żołądkowymi „w obie strony" i osłabieniem. Przewodnicy organizują łatwiejszą trasę - ale jesteśmy w środku Beskidu Niskiego i jednak biedacy muszą kawałek przejść z ciężkimi „worami". Ja mimo stanu zdrowia znajduje się nieoczekiwanie w silniejszej grupie idącą dłuższą trasą. Cóż, taki rota wirus z interferonem nie ma szans Idziemy dość szybko bo trzeba zdążyć na autokar podstawiony w Gładyszowie o określonej godzinie. Michał - przewodnik pyta, czy nie za szybko dla mnie - ale o dziwo nie. Tylko stopy, które ewidentnie nie znoszą asfaltu i twardy dróg (stare rozpadające się buty nie pomagają...) coraz bardziej bolą. Każdy krok zaczyna być nieprzyjemny. Mimo wszystko jest pięknie. Zieloność i dzikość okolicy. Ten spokój. Wspomnienie trudnej historii, ludzi, których brutalnie wykorzeniono, choć rodzinna ziemia znaczy dla nich nieporównywanie więcej niż dla nas mieszkańców „globalnej wioski" Umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne które miały tu pozostać.

Przełęcz Przysłop, 7 czerwca
Szlak z Krościenka na Przehybę, choć jest to przecież fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, choć jest to długi weekend z Bożym Ciałem - zupełnie pusty - spotkałam może ze dwie osoby. Wędrówka głównie lasem - choć zdarzają się widoki na okoliczne pasma - udaje się też wypatrzeć Tatry. Fajnie, spokojnie, choć plecak nieco cięży i nieprzespana noc daje we znaki. Przystanek na Przełęczy Przysłop. Ładne widoki na Pieniny i charakterystyczną kopkę Wysokiej. Wtedy tego nie wiem - ale na szczycie stanę za mniej niż miesiąc. Powietrze nieco ciężki, chmurzyska- cóż, nie pozwalają się rozsiadać. Wolałabym żeby mnie burza nie dopadła. Więc równym marszem ku schronisku na Przehybie.

*

Na Przechybie rozkładam karimatę i padam ze zmęczenia. Wtedy jeszcze udaje mi się zdrzemnąć na trochę. Później zastrzyk numer 14.

Radziejowa, 8 czerwca
Całą drogę z Przehyby na Radziejową (1266 m.n.p.m. - najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, pierwszy szczyt mojej korony) szłam właściwie sama, mimo że postanowiłam spać ile będę mogła kosztem późniejszego wyruszenia na szlak. Na samym szczycie jednak grupka ludzi, pewnie doszli niebieskim ze Szczawnicy. Szybkie podejście na wieżę widokową. Powietrze zamglone (czuć, że będzie burza - na szczęście dopiero popołudniową porą), Tatr nie widać - ale ogólnie widok dość rozległy - i Pieninki i Beskid Niski i inne góry i pagórki, których nie umiem jeszcze opisać. Wszędzie zielono - późna wiosna ma swoje prawa.

Radziejowa

Kamień uświetniający tysiąclecie Chrztu Polski na szczycie Radziejowej.

Przełęcz Żłobki

Rozległa panorama z Przełęczy Żłobki. Na pierwszym planie Pieniny, w oddali Tatry.

Niemcowa

Widokowa polanka pod szczytem Niemcowej. Później stromawe zejście.

*
Zdązyłam do Chatki na Korodowcu przed nadciągającą burzą. Jest przytulnie i bardzo ładnie. Właściciel bardzo przyjemny i dba o gości , zupełnie inaczej niż w wielu schroniskach. Widoki chyba na pasmo Makowic. Oprócz mnie jest jeszcze jedna Pani (wstyd, ale już nie pamiętam imienia), stały bywalec, ciepła i serdeczna, pozostali goście dopiero wieczorem. Jest fajnie, wiele wspólnych tematów. Dziś otwarcie euro. Mam mecz Polska-Grecja w głębokim poważaniu, ale skoro oni oglądają przecież nie wyjdę. Czytam sobie o Sto lat samotności jednym okiem, mecz oglądam drugim. Właściciel chatki później już cały wieczór przeżywa to że nasi przerżneli a telewizorowi grozi zakopaniem Faceci
Marquez pisze o pladze bezsenności w Macondo. Jak bardzo ten temat jest mi bliski. W maju straciłam umiejętność samodzielnego zasypiania. Były czasy że nawet leki były mi w stanie przynieść 2-3 godziny snu, były noce gdy całkowicie nie zmrużyłam oka. Do tego gignatyczne rozdrażnienie, pobudzenie, zmęczenie nie byciem zmęczonym... koszmar, który udało się z czasem złagodzić, ale już do końca leczenia, i nawet teraz, parę tygodni po ostaniej dawce stale mi towrzyszy.
W Macondo bezsenni przestają pamiętać - ja po tych wszystkich nieprzespanych nocach też nie raz i nie dwa zapominałam o tym co najbardziej oczywiste. Śmiałam się, że niezłą amfę mi dają i że może pójdę na studia skoro mam tyle czasu nocami. Ale nie, to stanowczo nie jest śmieszne.
Nad Korodwcem zapada zmrok. Już po burzy. Jest pięknie. Przykryta śpiworem modlę się, żeby przyszedł sen.

W drodze do Cyrli, 9 czerwca
Z Kasią, Marcinem i Piotrkiem wędrujemy w na TAM - górską imprezę śpiewaną. Trochę pada, nad beskidzim lasem unoszą się mgły, jest pięknie. Momentami ciężko dotrzymać kroku, ale ogólnie daję jakoś radę. Pozastrzykowe bóle dają we znaki, zużywam Marcinowi nieco apapu:)



Cyrla

Dzień po TAMie spokojna i krótka wędrówka w stronę Rytra

Warszawa, czerwiec

Wynik badania na obecność wirusa po 12 tygodniu - MINUS. Czyli bardzo dobrze. Oznacza to dla mnie kontynuację leczenia do 48 tygodni. I większe szansę na minus pół roku od zakończenia leczenia.

Dolinka za Mnichem

Dolinka za Mnichem - sprzątana przez ekipę Planety w ramach akcji Czyste Tatry

Łysa Polana, 1 lipca
Akcja Czyste Tatry udana, impreza w Moku też. Na taternickim obozowisku na Włosienicy było naprawdę miło, także godzina na której jesteśmy na Łysej Polanie pozostawia wiele do życzenia Pierwotny plan zakładał przejście Białej Wody aż do Polany pod Wysoką, ale wiemy już że pójdziemy dużo bliżej. O 17 Emilka i Marcin muszą być z powrotem przy samochodzie. Cóż, nie zawsze trzeba łoić, czasem można tak po prostu przejść się w miłym towarzystwie. Przekraczamy granicę państwową - teraz to niemal niezauważalne, tyle że słowackie tabliczki ze znakami nieco się różnią. Kontemplujemy ile czasu powinno nam zająć dojście do wskazanych lokalizacji - Biała Woda może być miłym początkiem wypadku w słowackie Tatry Wysokie. Nieśpiesznym krokiem ruszamy w głąb doliny.

Kopa Kondradzka, 2 lipca
Dzień zapowiada się ładnie właściwie wszystko widać, ale jakby przez mgłę. Miałam nadzieję, że nie będzie burzy - za parę godzin dowiem się jak gorzko się pomyliłam. Wyszłam bardzo późno jak na tatrzańskie standardy, jest prawie ósma - ale musiałam poczekać na obsługę schroniska żeby wyjęli magiczny interferon z lodówki, a jeszcze jak na złość trochę zaspali. Ale nic to. Idę sobie z plecakiem, mógłby być lżejszy ale da się żyć - na grań Czerwonych Wierchów. Ładną i widokową grań. Na razie spokój, dopiero na grani sporo ludzi idących od Kasprowego. Mam frajdę bo akurat tym zielonym szlakiem jeszcze nigdy nie szlam. Bardzo fajnie wygląda z tej perspektywy masyw Giewontu. Z każdym krokiem widać coraz więcej Tatr Wysokich i innych okolicznych gór. Pójdę tam, gdzie bezmiar błękitu...

Wysoka, 3 lipca
„Pieniny na patelni" tak nazwał album Wojtek i miał rację. Było bardzo, bardzo gorąco -zatrzymywaliśmy się na chwilę przy każdym drzewie stojącym na szlaku. Tuż przed Wysoką słyszę pierwszy grzmot. Wpadam w lekką panikę, jeszcze jestem przestraszona po wczorajszych przejściach. Zostawiam plecak, choć jest na lekko i szybko po schodkach, na szczycie szybka sesja zdjęciowa i spadamy. Trzymam tempo i nie wierzę Wojtkowi, że już niedaleko. Uspokajam się dopiero na dole. Dziś burza nie dopadła.

Wysoka

Na szczycie Wysokiej (1050 m.n.p.m. - drugi szczyt w Koronie), widoki niezbyt rozległe z powodu ciężkiego, burzowego powietrza.

Turbacz, 5 lipca
Ze Starych Wierchów wyszłam wcześnie żeby uniknąć upałów i burz. Mimo, że dopeiro 9 kiedy jestem na szycie czuć duchotę - a ciężkie powietrze nie pozwala na rozległe widoki - od strony Obidowca podejście na szczyt wśród połamanych drzew coś niecoś mogłoby oferować. Na szczycie tabliczka, jakiś post-peerelowski monument, krzyż z Jezu Ufam Tobie. Jeszcze teraz piękne słońce. Oczywiście jestem sama Dziś na lekko, upał w Pieninach za bardzo dał mi w kość żeby decydować się na jakąś dłuższą trasę z plecarem. Gorce przyjazne są turystom - spacerowiczom - większych podejść czy trudności brak. Dobre dla rodzin z dziećmi, dobre dla leczących się interferonem ... nie zostaje na szczycie długo, idę w stronę schroniska. Zamawiam butelekę coli i wypiajm niemal od razu... uff jak gorąco!


Turbacz

Na szczycie Turbacza (1310 m.n.p.m. - trzeci szczyt w Koronie) - połamane drzewa pozowliłyby coś zobaczyć - zamglone burzowe powietrze mocno widoki ogranicza

torfowiska

Zwiedzanie Podhala i Orawy zaczynamy od torfowisk w okolicach Czarnego Dunajca

Pająków Wierch, 7 lipca
Uff jak gorąco. Ciężko się idzie. Nie jest mi słabo, ale nie mam siły. Zostaję z tyłu. Gorąco wydziela ze mnie siły witalne. Nigdy nie chodziłam w takim upale i nie wiem, czy i bez interferonu dałabym radę bo upał zwykle mnie osłabia. No, interek na pewno nie pomaga Przykry moment, kiedy zabierają mi rzeczy z plecaka i rozdzielają między najsilniejszych członków grupy. Niby żaden wstyd, każdy ma prawo czasem być słabszym, każdy ma prawo nie mieć siły. Przed wyjazdem zgłaszałam Pingwinowi, że jestem „uczestnikiem podwyższonego ryzyka". Niby wszystko ok., ale nie ok. Nie jest fajnie być najsłabszym, przynajmniej ja nie umiem. Tak nie lubię sprawiać kłopotu... Jak zabrali większość zawartości plecaka jest już lżej, ale nadal droga po prostu nie sprawia mi przyjemności. Gdzieś tam doceniam uroki miejsca - spokojna okolica, widoki - mijane wioski podhalańskie ze swoimi urokliwymi kapliczkami i ciekawą architekturą - no ale cóż wolałabym być w jakimś innym, chłodniejszym miejscu. Wiem jednak że wcześniejszy powrót do Warszawy nie byłby dla mnie żadnym rozwiązaniem - przecież tam jeszcze bardziej duszno, a otwieranie okna to narażanie się na hałas z ulicy, który tak mnie rozdrażnia i przed którym tak uciekałam. Przydałoby mi się posiedzieć na działce nad jeziorem jakimś - tylko nie znam nikogo, kto by mógł mnie przygarnąć.

Orawa

Upalno-burzyste Podhale - pełne urlokliwych zakątków.

Sidzina, 8 lipiec
Nad górami znów zbierają się burze - właściwie z każdej strony a przecież wczesne popołudnie. Całe szczęście, że będąc w „grupie kościelnej" poszłam krótszą trasą bo burz się boję... duchota nieziemska, po prostu płynę. Buty sklejone taśmą, rozwaliły się zupełnie, stopy piekielnie bolą od tego asfaltu... idziemy do skansenu zapoznać się z miejscową kulturą. Druga grupa przedziera się w tym momencie przez krzale - my byliśmy u spowiedzi, oni odprawili pokutę - śmieją się.

Warszawa, lipiec
Po powrocie do Warszawy odkrywam ze zdumieniem, że ogólna irytacja na świat uległa lekkiej poprawie. Śpię nadal źle, wstawanie do pracy nadal mnie bardzo męczy. Ale jestem ciut spokojniejsza i nie drażni mnie każdy tramwaj przejeżdżający pod oknem (mieszkam przy ruchliwej ulicy). Czyli mamy jakiś postęp.

Skrzyczne, 29 lipca
21 tydzień leczenia. Gorąco, ale na szczęście nie aż tak jak na Orawie. Mimo wszystko z powodu złych wspomnień i ogólnego lenistwa decyzuje się dziś na wersję minimum - wejście na Skrzyczne od strony Szczyrku i resztę dnia na lenia z książką. Początek szlaku był spokojny, ale teraz kiedy połączył się z innymi szlakami ludzi jest naprawdę sporo - oczywiście to w większości wczasowicze, w tusytycznych butach i z plecakiem jestem tam co najmniej dziwna. Zdobyciu szczytu towarzyszy zatem mniej emocji niż zwykle - z resztą nie ma tu jakiegoś punktu kulminacyjnego. Ładnie widać głównie Kotlinę Żywiecką i Beskid Mały, całkiem nieźle prezentuje się Babia. Tatry zobaczę dopiero następnego dnia rano. Na szczycie niezły cyrk - gwarne schronisko bo kupa ludzi przyjeżdża kolejką, jakieś boisko do siatkówki, jakaś ścianka. W środku gra jakiś rmf lub zetka. Totalnie bez atmosfery, którą kojarzy się z górami, ale też i nie spodziewałam się, że tak będzie. Wiem, że w okolicy schroniska nie poodpoczywam sobie ale na szczęście nie muszę wędrować dużo dalej

Skrzycze

Schronisko na szczycie Skrzycznego (1257 m.n.p.m. - czwart szczyt w Koronie) umożliwia nocleg już na grzbiecie - wędówka w stronę Baraniej Góry będzie więc lekka i przyjemna. W nocy padało więc rano witają mnie piękne widoki na Babią i Tatry...

Małe Skrzyczne, 30 lipca

W nocu padało, ale teraz się przejaśniło. Piękny, lekko zachmurzony poranek. Na szlaku sama, oddycham wolnością, czystym powietrzem. Wiem, że upały i burze wiec raczej wyszłam wcześnie - i miałam rację bo od 14 już grzmiało i padało. Podoba mi się tu. Testuje nowe buty - na razie ocierają pięty i lekko za twarde.

Barania Góra

Na szczycie Baraniej Góry - dzięki atakom kornika na okoliczne drzewa widoki na trasie przepiękne

Lidecko, 11 sierpnia
Czechy, w których jestem pierwszy raz w życiu, nie przywitały miło. Nie dość że pada to jest naprawdę zimno- kilkanaście stopni. Niedobrze, bo to namiotówka. Czekaliśmy w pobliskiej kanjpie na poprawę pogody, ale chyba nic z tego. Na szczęście to deszcz, nie ulewa. Wchodzimy na pobliskie Czarcie Skały - legenda głosi, że postawił je jakiś diabeł żeby zdobyć miejscową piękność. Ładne kawałki skały - widoczki na okolicę. Przypomina mi się ścianka - tak bardzo bym chciała się powspinać - to po bólach pewnie jakoś by szło. Ale nie miałabym odwagi nikogo asekurować przy tym osłabieniu. Co prawda zimno -ale chociaż ludzie sympatyczni. Majkę znam ze studiów, przypadkowo byłyśmy na tym samym majowym wyjeździe w maju. Jacka znam z jesiennych Bieszczad. Dzika, Pawła i Magdę dopiero poznaje. Wszytsko super tylko gdyby było choć trochę cieplej...

Czarcie Skały

Nasza przemarźnięta i moknąca grupka w Czarcich Skałach. Dopierpo na zdjęciach widzę jakie wszystko na mnie zrobiło się duuże.

Czechy

Totem na jednej z polanek, gdzie robiliśmy obiad. Mokre drewno nie chciało dać upragnionego ciepła.

Mały Jawornik, 13 sierpnia
Wychodzę z namiotu po ciężkiej nocy. Kolejny lek przestaje działać. I klasutrofobia, nocne wyjścia z namiotu, lęki, niepokoje - a przecież bywałam pod namiotami wcześniej. Po solidnej dawce leku którą zafundowałam sobie żeby wreszcie zasnąć makymalnie ścięta. A tu trzeba iść. Przysypiam na każdym postoju. Myślę o powrocie.

Wielki Jawornik

 

Wielki Jawornik, 1071 m.n.p.m., najwyższczy szctyt Jawroników. Krzyże - symbol Słowacji.

Główny grzbiet Jaworników, 14 sierpnia
Mimo, że Dzidek codziennie pokazywał trasę i góry, które mijamy nie pamiętam już dokładnie większości miejsc z czecho-słowackich Jaworników. Może z resztą nie za każdym razem o tę dokładną pamięć chodzi? Tamten dzień był nie tylko ładny ale i CIEPŁY, wreszcie można było spędzić na postojach tyle czasu ile by się chciało „leniuchować, świat całować... i oczywiście JEŚĆ". Na szczycie, który właśnie zdobyliśmy stoi niewielka wieża widokowa - wszystkie okoliczne pasma czy to Beskid Śląsko-Morowaski, czy to Fatry czy odległe polskie pasma - całkiem nieźle widać. I wszechobecne rzeźby - tu mamy takie jakby aniołki/ślimaki. Mimo, że nie rozumiemy „co artysta chciał przez to powiedzieć" całkiem fajnie, oryginalnie tu wyglądają. Chciałoby się zostać, ale namawiają, żeby jednak iść, jeszcze trochę GOTów dziś przed nami...

Rysy, 20 sierpnia
Nie w koronie, ani nawet zdobyty nie od polskiej strony - ale w końcu Rysy to jakoś najwyższy szczyt więc jakoś pasuje mi do koncepcjiLaughing Kilka dni urlopu jakie mi zostały spędzam w Tatrach słowackich- omijam największe przepaści i eksponpowane szlaki bo teoretycznie przy anemii i lekach nasennych mogę mieć zawroty głowy więc lepiej nie ryzykować. Ciągnęło mnie na Ukrainę, ciągnęło na bardziej ambinte wycieczki - ale wiem, że ambicja może źle się skończyć a opieka medyczna dostępna być musi... no i ten namiot - trasa Dzidka akurat tak się ułożyła, że mogłam zastrzyk przechować w Zakopcu w lodówce tak jak nakazoano i iść, zwykle jednak namiotówek nie układa się pod harmonogram brania interferonu:) Więc padło na Tatry słowackie...
Jestem na szczycie sama od jakiegoś pół godziny. Pogoda wspaniała, widoczność super i widoki piękne i rooooooozległe. Cudo:) No i zupełnie sama na takim szczycie -od Popradzkiego ludzie zwykle nie wychodzą tak wcześnie, ci z Moka niedługo dojdą. Ci z Chatki już poszli. Tłumy mijam z zejściu, teraz rozkoszuję się samotnością i pięknym miejscem. Kiedyś ten szczyt był szczytem moich marzeń, taka byłam dumna z jego osiągnięcia. Dziś - jest jednym z wielu pięknych szczytów jakie zdobyłam - i dumna jestem nie z samego szczytu, lecz z faktu, że mimo tych wszystkich przeciwności chcę doświadczać tyle pięknego ile tylko będzie mi dane...

Lodowa Przełęcz

Lodowa Przełęcz, najwyższe miejsce w jakie dotarłam z plecakiem podcza leczenia.

Czupel,22 września
Grzbietem Pasma Magurki Wilkowickiej spaceruje się bardzo przyjemnie. Cisza spokój - gdzieniegdzie widoczki na Jezioro Międzybrodzkiej - z drugiej na Beskid Śląski z charakterystycznym Skrzycznem. Pogoda jakby powoli zaczęła się poprawiać, bo deszczowy poranek niczego dobrego wróżył. Niewila kumulacja w grzbiecie - i tak - to tu. Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego. Jest tabliczka do pamiątkowych fotek, jest jakiś kopczyk. Ludzi zero więc muszę troszkę powalczyć z autofocusem. Zza drzew widoczki. Niedługo schronisko. Nie zmęczyłam się, ale przecież nie zawsze o to chodzi. Z resztą, najnowszy lek nasenny bardzo nasila pointerferonowe bóle pozatsrzykowe, a ciśnienie miłałam maskarycznie niskie 85/54. Naprawdę byłam zmęczona, naprawdę miałam dość. Jednak cieszę się, że pojechałam. W górach tkwi spokój.

Czupel

Na szczycie Czupla (933 mn.p.m. - piąty szczyt w koronie) - zza drzew widoki na okoliczne masywy


Kiedy zbliżam się do schroniska na Magurce Wilkowickiej mijam coraz więcej ludzi - i grupki i rodziny - pewnie w większości przyjechali na weekendowy spacer po górach, szczęściarze :) Pogoda robi się coraz lepsza - nieco posępny krajobraz staje się jaśniejszy, przyjaźniejszy. Nie przeszłam dziś dużo, ale czuję, że powoli zaczynam mieć dość. Jak dobrze, że niedługo schronisko...
Finalnie nocowałam wóczas nie na Magruce lecz w Chatce na Rogaczu.

Hrobacza Łąka, 23 września
Jesteśmy na miejscu - poznaję po dużym białym krzyżu - nie jestem fanką takiego manifestowania religijności, ale cóż nie mój wybór. Pamiątkowe zdjęcia - moje i Przemka, niemal autochtona, który za pośrednictwem Planety Gór postanowił mi potowarzyszyć :) Zaglądamy do schroniska-domu rekolekcyjnego. Mam ochotę na kawę. Potem podziwianie widoków - pięknie prezentuje się stąd Babia i Tatry, Sporo ludzi - w piękny niedzielny dzień wielu ludzi postanowiło sobie zrobić piknik. Dobrze mi tu.

Przełęcz Przegibek

Gdzieś między Przełęczą Przegibek a Przełęczą u Panienki - urokliwa wędrowka po zakątkach Beskidu Małego

Babia Góra

Masyw Czupla z Jeziora Międzybrodzkiego.

Wołosate, 26 września
Błogosławiąc ludzi, którzy wzięli mnie na stopa - ruszam w kierunku Tarnicy. Piękny słoneczny dzień. Mam w planach przejście przepięknej trasy przez Halicz i Rozsypaniec, ale nie wiem, czy kondycyjnie wyrobię być na dole przed szóstką - podobno ostatnia godzina żeby złapać busa. Niby na lekko, niby z moją formą Bogu dzięki nie jest źle - ale w nocy praktycznie nie spałam. Najnowszy lek nasenny działał na mnie około 3 tygodni, a autobus nie sprzyja raczej wysypianiu się Motywują się jednak do szybszego marszu, obiecuję, że nie będę robić za dużo zdjęć, nie zatrzymuję się także żeby zaprzyjaźnić się z pasącymi się niemal na szlaku hucułami.
*
Na Tarnicy jestem sporo poniżej czasu mapowego Dobrze znany krzyż na tle błękitnego nieba, dobrze znany widok. W końcu Bieszczady to moje góry pierwsze. Szkoda tylko, że urywający głowę wiatr nie pozwala zostać dłużej. Szybkie zejście na Przełęcz pod Tarnicą, tu szukam czegoś osłoniętego od wiatru, coś by się zjadło Czas mam dobry więc ryzykuję jedną z najpiękniejszych tras - przez Halicz, Rozsypaniec i Przełęcz Bukowską. Przede mną masyw Krzemienia - i „połoniny traw, niebieskie przestrzenie".

Tarnica

Na Tarnicy (1346 m.n.p.m. - szósty szczyt w Koronie), charakterystyczny krzyż - przejrzyste powietrze, tłumy ludzi

*
Mocno wieje - na tyle mocno, że często nie da się dostawić kijka, a czasem potrafi nieco przestawić. Z jednej strony cieszy mnie piękne miejsce w którym jestem - z drugiej - zaczynam mnie wkurzać ten wiatr. Takie rozdwojenie charakterystyczne dla tego leczenia - z jednej strony pięknie, bo przecież jest pięknie i przejrzystość powietrza niesamowita i ta jesień w Bieszczadach i och i ach ... ale z drugiej strony to permanentne podenerwowanie, to uczucie że mam wszystkiego dość i nic tylko usiąść i rozpłakać się z tej złości i bezradności. Podejście, na szczęście niezbyt strome. Mijam parkę, która podwiozła mnie na stopa do Wołosatego (busiarze z Ustrzyk nie chcieli brać trzech osób), wdzięczna jestem i im i innym, którzy dzielą się wolnym miejscem w samochodzie Zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, dochodzę na Halicz, (1333 m.n.p.m.), chowam się za jakąś skałką - termos gorącej herbaty, coś przegryzam. Małżeństwo w średnim wieku dzieli się ze mną czekoladą, która oczywiście w tych warunkach jest czymś boskim.

Bukowe Berdo

Grzbiet Bukowego Berda, dzień po wędrówcę na Tranicę, Halicz i Rozyspaniec. Silny wiatr nadal "przestawiał" uczestników rajdu, mimo że większość z nich miała ciężkie plecaki.

W drodze do Jaworca, 28 września
Wczoraj po wycieczce na Bukowe i Szeroki Wierch zastrzyk numer 30. Dziś połonina Wetlińska i zejście czarnym szlakiem w kierunku Bacówki na Jaworcu. Susza, ciężko było znaleźć jar gdzie płynęłyby jeszcze resztki wody - jakimś cudem znaleźliśmy, choć głęboko w krzalu. Obiad na ognisku gotuje się długo, z resztą i my się szybko nie zbieramy. Przedzieramy się przez krzaki, nie lubię tej skibowej mody chodzenia po kłującym i bez ścieżki - po ciemku nie lubię jej jeszcze bardziej. Szczególnie, że parę miesiący teu zgubiłam czołówkę i jeszcze ni kupiłam nowej. Ilość rzeczy, którą podczas lecznia zgubiłam jest przerażająca, chociaż i bez interferonu moje rzeczy mają tendencję do samouciestwiania. Na szczęście życie ratuje mi Michał, miał zapasową, ręczną ale też super Nie boję się chodzić po ciemku, ale jednak po ciemku bez ścieżki trochę ciężko Wreszcie strumo. Myjemy menażki, chociaż mycie w ciemnościach nie daje gwarancji czystości. Egoistycznie nie dzielę się resztkami ciepłej herbaty. Jest wieczór, wzmaga gorączka. Wiem, że mam święte prawo do egoizmu, ale wcale nie czuję się z tym dobrze, zwłaszcza, że na wyjazdach SKPB dzielimy się większością naszych rzeczy. Niedługo za strumolem kraale się kończą. Wędrówka drogą, przy księżycu, w górach - tak mi zdecydowanie lepiej. Jakieś rozmowy, albo i cisza i wsłuchiwanie się w echo czyiś rozmów.

Jaworzec, 29 września
Ciężka noc. Leki, które mam przestają działać. Kręcę się niespokojna. Kolejna dawka leku przynosi sen. Nie chcę wstać, nie chcę iść, gdyby nie z grupą to pewnie bym została w schronisku.

Terka

Zmęczenie po bezsennej nocy

Warszawa, październik
Zaczęło się od niewinnego bólu gardła, potem przyszły gigantyczne osłabienie, gorączki, utrata apetytu, zapalenie ucha. Często walką było pójście do kuchni po herbatę. Teraz wiem, że moja silna wola i detreminacja mają znaczenie, ale leki mogą być silniejsze. I moje chodzenie po górach jest łaską.Z punktu górskiego październik zmarnowany - a przed śniegiem chciałam iść na te trudniejsze szczyty korony.

Sulowa Cyrla, 10 listopada
Piękny jesienny dzień, mocne słońce, kolory - tylko w gdzieś ta za drzewami majaczy potężny, zaśnieżony już masyw Babiej. Docieramy do polanki Sulowa Cyrla skąd mamy piękny widok na Morosny Groń i dalej pasmo Policy. Na szlaku od Zawoi Policzne jesteśmy samu i tak właściwie jest całą drogę. I tak jest dobrze. Herbatka, drobna przekąska - i troszkę czasu tracimy na poszukiwanie szlaku który w tej okolicach jest nieco zakręcony i nieco nielogiczny jak dla mnie przynajmniej. O ile rano był względnie spokój teraz czujemy że zaczyna wiać i to dość mocno. Obawiamy się tego, co może być na górze. Parę godzin później będziemy już wiedzieli jak słuszne są nasze obawy...

Markowe Szczawiny, 11 listopada
Wieje niemiłosiernie - nawet pod przytulnym dachem schroniska to czuć. Wiemy, że będzie ciężko. Ale widzimy jakiś ludzi, którzy schodzą, więc chyba się da. W taką pogodę ciepłe śniadanie jest ważne więc czekaliśmy specjalnie do 8 na otwarcie bufetu żeby wszamać jajecznicę. Przy wejściu do schorniska norweska prognoza i komunikat GOPRu- temperatura, zachmurzenie mniej więcej się zgadza, ale wiatr... słaby (WTF?). A na górze podobno ciężko ustać... czy na silny zmieniają wtedy kiedy urywa dach ze schroniska? Czy kiedy wybija pierwszą szybę? - zastanawiamy się z innymi turytsami

Na przełęczy Brona cienka kilkucentrymetrowa wartstwa śniegolodu błyszczy się w słońcu. Wieje bardzo mocno, ale jeszcze spokojnie stoimi, łudzimy się, że wczoraj kiedy szliśmy na Małą Babią w tym miejscu wiało słabiej. Wiemy, że dalej nie będzie łatwo, ale chcemy próbować. Ja bardzo chcę bo ta korona... Widoczność podobnie jak wczoraj - cudowna - widać nawet Bielsko-Białą czy odległą Łysą Górę w Beskidzie Śląsko-Morawskim, którą pamiętam z wędrówek po Jawornikach. Masyw Babiej przedstawia się imponująco...
Podejście z przełęczy na Babią Górę to niby tylko godzinka... jednak czasem taka odległość jest nie do przejścia. Takiego wiatru nie doświadczyłam nigdy wcześniej, mówili że wiało ponad 100 km/h. Coraz trudniej iść, właściwie idziemy tylko dlatego, że ten szczyt niedaleko, że tak trudno się wycofać. Pod szczytem chowamy się za jakieś skałki od zawierznej da się iść. Jednak ostatniego odcinka zwyczajnie nie da się pokonać. Wiatr przewraca. Decyzja ciężka, ale nie da się inaczej. Tylko pamiątkowe zdjęcia i odwrót. W iście himalajskim stylu - bo przecież zawracamy może sto piędziesiąt metrów od wierzchołka. A potem znów w himalajskim stylu trzeba jak najszybiecj uciec w dół - jak najszybiciej w dół byle się nie wychłodzić, byle uciec od tego wiatru.

Babia Góra

Masyw Babiej Góry (1725 m.n.p.m. - byłby siódmy szczyt w Koronie) Potężny, wystawiony na wiejące zewsząd wiatry. Czeka na "rewanż" wiosną.

Kiedy wiatr zaczął wiać w plecy właściciwie nie jestem w stanie utrzymać się na nogach a i Michałowi nie idzie wiele lepiej. Boże nie mam siły a wiem, że muszę w dół jak najszybciej, że tu nie odpocznę. W dół za wszelką cenę, jak nie na pełnych nogach to i na czworakach... Na granicy dzwonienia po GOPR, choć zanim by dotarli pewnie bym się wychłodziła moncno -więc choć chce się odpocząć trzeba w dół - byle do kosówki potem będzie już lepiej... Jak często w życiu tak jest, że mimo braku sił trzeba walczyć z niesprzyjającym losem - bo okoliczności, które zabierają nam siły nie da się „pozbyć" innaczej niż przez walkę... Ciepła herbata dosłownie stawia na nogi...

To było głupie. Wiedziałam, że jestem chora bardziej narażona na niekorzystne warunki, bardziej osłabiona, żeby z nimi walczyć. Wycofałam się co najmniej kilkadziesiąt minut za późno. Nie należy iść na szczyt za wszelką cenę. Nawet jak niedaleko, nawet jak korona ograniczona w czasie, nawet jak „inni jakoś weszli". Góry były łaskawe pozwoliły wziąźć cenną lekcję bez większych szkód.

Na Babią wrócę wiosną. Pod warunkiem, że nie będzie aż tak strasznie wiało.

Kondradowa, 6 grudnia
40 tydzień leczenia. Przepiękne, niemal baśniowe szczyty otaczające schronisko na Hali Konratowej. Zmęczona, bardzo zmęczona - uciekłam z Warszawy „opocząć nareszcie odpocząć choć nigdzie nie dobiegłam" Popijam gorącą czekoladę. Zakwarterowana na Kalatówkach, poza sezonem tanio - no i raz na jakiś czas mogę przecież pobyć w ludzkich warunkach :) Nastawiam się na łagodne wędrówki, czytanie pod kocykiem, hebratki, regurlane posiłki (na tyle na ile pozwoli mi oblolały żołądek). I spokój. Żadnego intrnetu, choć u Karoliny łatwo go dostanę, smsy ograniczone do minimum. „Czyli czuje się Pani bardziej podle niż zwykle" - jedna z trafniejszy diagnoz lekarza prowadzącego.
Kondratowa o tej porze zamknięta, tylko bufet z ciepłymi napojami. Turystów jeszcze niewielu, przed sezonem przecież. Razem ze mną na werandzie schroniska kot - i dwie panie, które rozmawiają o programach Magdy Gessler i innych telewizyjnych głupotach .. mogłyby już sobie pójść. Rozdrażniona, choć mniej niż w zwykłych miejskich warunkach.
Potem jeszcze spacer nieco wyżej szlakiem ku Przełęczy pod Kopą - widoki śliczne, ciekawie stąd prezentuje się Giewont. I tylko widać nadciągające chmury, zapowiadające opady. Idę na Kalatówki, zjeść coś i poczytać sobie. O!

Polana Olczyska, 7 grudnia
Dziś moje urodziny - wolę nie pamiętać które. A przede wszystkim wolę nie myśleć o wszystkich życzeniach, które nie przyjdą - bo naturalną koleją rzeczy w czasie tego koszmarnego leczenia ubyło mi wiele osób, które były bliskie, i którym ufałam. Nie mówię, - że zabrakło wsparcia - czasem zabrakło nawet jednego dobrego słowa, jednego telefonu - jakbym całkowicie przestała istnieć. Wy, którzy to czytacie - proszę nie uciekajcie, kiedy Waszym bliskim dzieje się coś złego. Może i tak jest że „właściwie" zareagować, ale milczenie to też rekacja - najgorsza z możliwych.
Zewsząd otacza mnie biel. I błogi spokój. Cienka - kilkunastocentrymetrowa warstwa śniegu, przedeptany szlak - opady nie są duże, a w lesie dobrze trzymają się nawet ślad sprzed kilku dni. Nareszcie spokojnie... trochę mroźne, jaks się idzie ok., ale postoju dłuższego niż kilka minut raczej się nie . Na zdobytm kila chwil wcześniej Nosalu czy Polanie Olczyskiej nie byłam nigdy wcześniej - latem trzeba biegać po skałach i graniach . A dziś - biały kolor, kolor ciszy.

Kilkadziesiąt minut później docieram na szczyt Kopieńca. Widoki już popsute, nadciągają ciemne chmurzyska, za niedługo będzie sypać. Szkoda, bo musi być stąd niezła panoramka Tatr Wysokich. Za szczytem szlak zawiany, ale potem bez problemów go znajduję. Nie wiem, kto w tm odludnym miejscu i w tym odludnym czasie przedeptał mi szlak ale chwała mu za to :)


Kasprowy Wierch, 8 grudnia

Zimny i mrożny wiatr sprawia, że nie mam ochoty długo zabawiać na grani - szybko znikam Beskidw przytulnym budynku obserwatorium. Jakie to dziwne miejsce w tym pięknym, zimowym górskim krajobazie - cepry i ich rozmowy nie pasują do mistyki świata, który właśnie zostawiam za drzwiami. Decyduje się na zjad kolejką - może i niehonorowo, ale też trzeba czasem zadbać o komfort. W mrożny dzień przejrzystośc powietrza niesamowita. Widać m.in. znaczną część Beskidu. Dumna, bo tyle ostatnio przeszłam na swoich coraz chudzych nóżkach, dumna bo już dość dobrze rozpoznaję poszczególne pasma.

Warszawa, grudzień
Tatrzańska biel i ten spokój, ten niezłykły spokój, z dala od wszystkiego - poprawiają codzienne funkcjonowanie. Tak naprawdę dopiero teraz dochodzę do siebie po październiku Zaraz po porwocie comiesięczne badania krwi. Hemoglobina 10,7 - najlepsza w całej historii leczenia

Mogielica, 5 stycznia
Na Polanie Strumogi tuż pod szczytem tracimy ostatnie widoki. A szkoda, bo z tego co pamiętam sprzed prawie dwóch lat całkiem tu ładnie. Niby nie jest to ani silny wiatr, ani duży opad śniegu, ani zimno - a jednak nie idzie się jakoś super przyjemnie. Niby tylko dwadzieścia - trzydzieści centymetrów śnieżnej pokrywy a jednak robi to różnicę przy podejściu i przecieraniu szlaku. Krótki postój, jeszcze tylko lasek, troszkę bardziej stromo, potem w lewo i już widzimy szczyt Mogielicy (1171 m.n.p.m. - ośmy szczyt) z charakterystyczna wieżą widokową. Wiemy, że nic nie zobaczymy, więc więżę sobie z Wojtkiem darujemy. Pamiętkowe fotografie na szczycie, oglądamy całkiem niezłą propozycje szlaków rozchodzących się stąd we wszystkich kierunkach. Jest i kalpiczka i krzyż i fragment drogi krzyżowej - nieodłączne elementy górskiego krajobrazu. Jesteśmy sami. Ładnie tu, ale wiatr i chłod jednak nie zachęcają do rozsiadywania się. Więc w dół. W stronę obiadu Smile

Mogielica

Na zalesionym szczycie Mogielicy

Mochnaczka

Nieprzetartym szlakiem z Krynicy do Mochnaczki - naszej bazy wypadowej na Lackową.

Lackowa, 27 stycznia
Słynna zachodnia ściana Lackowej pokonana. Było stromo jak pisali, ale te odcinki na szczęście dość krótkie... Teraz szukamy samego szczytu, wiem, że ma być tabliczka i polska i słowacka. Trochę się niecierpliwie, bo do naszej „godziny alarmowej" -13 zostało dwadzieścia parę minut a wypłaszczenie zdaje się nie mieć końca. Las, piękny, biały, ośnieżony, jak w bajce -nie spotkałyśmy dziś żywej duszy (dopiero w zejściu dwaj słowaccy narciarze). Weszłyśmy cudem - szlaki beznadziejnie oznakowane i gdyby nie podążanie za śladem skutera a później rakiet byłoby ciężko się połapać. I cudem, że szlak wyjeżdżony i twardy bo inaczej Kasia bez rakiet by nie weszła... Pięknie, tylko jednak czuć tutaj chłód i mroźny wiatr. Rano było ponoć minus 19, teraz jest dużo cieplej na szczęście. W końcu szczyt. A jednak się udało No i skończyłam Koronę - mówią. I szybko się reflektuje - nie, jeszcze musimy zejść na dół. I zdążyć złapać stopa przed zmrokiem...

Lackowa

Szczyt Lackowej (997 m.n.p.m. - dziewiąty i ostatni szczyt Korony) nie jest może efektywny... Ale za to podejście dostarcza emocji. Zimą to dość trudna i wymagająca trasa.

Ropinaka, luty
W środę połknęłam ostatnią tabletkę, w czwartek rano badania, ważenie (niecałe 42 kg, spadek masy o prawie 20%) popołudniem wyjazd do Ropianki, chateńki w Beskidzie Niskim. Tym razem mało łojenia, za to dużo śpiewania. Całe dnie i noce, na przemian z pysznymi posiłkami (obowiązuje zasada, że nie należy głodny siadać do obiadu). Śpiewamy, gramy, śmiejemy się. W chatce nie ma prądu, zasięgu, bieżącej wody - czyli jest dobrze:) Większośc ludzi nam bardzo słabo, niektórych wcale - ale to jakby wcale nie przeszkadza, w takim gronie wspólny język tak jakoś sam się znajduje...

Będę odchodził i wrócę niebawem
Do tej chateńki pełnej ziół i malin
gdzie serdeczności zachłanny uczeń
Kochałem tych co mnie kochali

Warszawa, luty

Chciałabym wierzyć, że od tego dnia może być tylko lepiej, cóż kolejne tygodnie pokazały, że detox też musi chwilę trwać. Teraz wielomiesięczne czekanie na wyniki -bezradność wobec spraw, na które już nie mam wpływu. I kolejne górskie marzenia, kolejne górskie cele...

1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

 2011_04_25 Lubomir 904 m n.p.m. - Beskid Makowski

Tydzień później były Święta Wielkanocne i udało mi się wyprowadzić całą rodzinkę na Lubomir, w wielkanocny poniedziałek. Typowy, świąteczny, rodzinny spacer nie górska wyprawa. Do schroniska na Kudłaczach dojeżdża się samochodem na odległość 300m. W godzinach przedpołudniowych pusto. Nie ma nikogo.

Schronisko na Kudłaczach

Widać wszyscy uczciwie w domach świętują. Dopiero od schroniska zaczyna się wędrówka.

W drodze na Lubomir - widok z Trzech Kopców

Lekko, miło i przyjemnie. Śmiech towarzyszy nam non-stop. Nie zwracam w ogóle uwagi na znaki, bo mam najlepszą na świecie obstawę osobistą. Żartom nt. "mama w lesie gubi się za pierwszym drzewem" nie ma końca. Rodzą się kosmiczne pomysły jak mamę wyposażyć na następną trasę żeby się nie zgubiła. Propozycja: towarzyszyć mamie - odpada 2:1. Nie mam siły przebicia w TYM towarzystwieL, ale też nie ma zmartwienia - na którymkolwiek szlaku mama się nie zgubiła - zawsze się znajduje.

Wiosna, pogodny dzień, świąteczny nastrój, stosowna do daty w kalendarzu wałówka - po prostu super. Wracamy tą samą drogą. W schronisku na Kudłaczach postój. Po południu okazało się, że byli tacy co podjechali zupełnie pod schronisko. Jest około 15-tej. Frekwencja zdecydowanie wzrosła, ale fajnie posiedzieć jeszcze na świeżym powietrzu. W powrotnej drodze, co się nie zdarza na solowych wyprawach - kwiaty dla kierowcy - dziś mama wszędzie skręcała jak trzeba. Z dwoma pilotami w samochodzie to nie problemJ.

W drodze powrotnej kwiaty dla kierowcy:)

 

2011_04_29 Mogielica 1170 m n.p.m. - Beskid Wyspowy

 

Jest piątek 29 kwietnia. Zaczynam w Jurkowie ok. 9-tej rano. Na początku zwraca uwagę starannie utrzymany kościół.

Kościół w Jurkowie

Niebieski szlak prowadzi przez centrum wsi w dwie strony. „Prywatną"-  metodą w prawo - znaczy się w lewo, skręcam we właściwą. Prognoza nie na cały dzień była pomyślna, ale ranek jest słoneczny. Na polach już widać wiosnę. Zieleń zaczyna być dominującym kolorem. Cisza, spokój, nikogo w pobliżu. Z każdym krokiem w górę to „pobliże" robi się większe. Z przyjemnością można pomyśleć, planować. Najlepszy czas w roku dopiero się rozpoczyna. Nadzieja na piękne lato. Co w tym roku zrobimy?

Nazajutrz wyjeżdżam do Słowackiego Raju na długi weekend. Spotkam nowe planetarne towarzystwo. Kogo spotkam? Zawsze jakiś margines obawy przed, który potem okazuje się zbędny. Przynajmniej dotychczas tak bywało.

Lubię takie samotne wędrowanie. Mam czas na wyciszenie i przemyślenia. W końcu czymś trzeba się zająć przez parę godzin. Czas wyłącznie dla siebie.

W lesie jeszcze drzewa nie okryły się liśćmi. Widać co nieco w okolicy.Na niebieskim szlaku z Jurkowa na Mogielicę

Na ziemi zeszłoroczne liście, ale fiołki już są.

Wiosna, wiosna, wiosna-zakwitły fiołki

Wzdłuż całego szlaku stacje drogi krzyżowej. Początkowo myślałam, że to przydrożna kapliczka. Zwróciłam dopiero baczniejszą uwagę, jak kapliczki zaczęły się systematycznie powtarzać.

Stacje Drogi Krzyzowej na niebieskim szlaku na Mogielicę

Mogielica zdobyta. Na szczycie kilka osób. (można tu dojść trzema szlakami z pięciu różnych kierunków), 1 rowerzysta - ekstremista i quadowiec. Wrrrr...

Wieża widokowa z daleka psuła co prawda panoramę, ale teraz korzystam z niej. Widoki jakie oferuje uzasadniają jej obecność.

Panorama z wieży widokowej na Mogielicy

Spędzam na wieży sporo czasu, ale pora zmykać. Chmur gromadzi się coraz więcej. Ludzie już odeszli, zostałam sama. W razie burzy...

Widok z zejścia zielonym szlakiem z Mogielicy

Zielonym szlakiem na Przełęcz Rydza Śmigłego. Miałam zamiar wejść jeszcze na Łopień, ale burza jest tuż, tuż. Trasa wiedzie przez las - lepiej nie. Na przystanku autobusowym jakaś mama czeka z parasolami na dzieci, które przyjadą szkolnym autobusem. Korzystam z okazji i zjeżdżam nim do samochodu w Jurkowie. Burza ostatecznie nie zebrała się. Trasę zrobiłam niecałą, ale szczyt Mogielicy zdobyty. W mojej Koronie dziewiąty. ...

 

2011_05_21 Babia Góra 1725 m n.p.m. - Beskid Żywiecki

 Byłam na Turbaczu z Helą, na Radziejowej z Jurkiem, na Babią Górę idę z Helą i Jurkiem.

Startujemy z Przełęczy Krowiarki. Pogoda zapowiada atrakcje. Nie utrzyma się cały dzień.

Deszcz dopada nas w lesie jeszcze przed Sokolicą. Zatrzymujemy się pod drzewem bo to tylko zlewa. Ja testuję nową pelerynę, Jerzyk ma kurtkę, która nie przemaka, ale ostatecznie wszyscy są zmoczeni. Mój plecak też, bo postawiłam na ziemi i woda dołem go załatwiła. Dopiero początek trasy, a już jest ciekawie.

Na Sokolicy świeci słońce. Troszkę się osuszamy i chwila przerwy.

Po deszczu, na Sokolicy z Heleną

Ruszamy w górę. Burzy nie było przed Sokolicą to dopadła nas na podejściu na Babią. Pociemniało zdecydowanie. Zdjęcia piękne bo chmury na niebie, urozmaicają to co mgły przysłaniają na ziemi.

Widok w stronę Babiej z podejścia

Początkowo tylko grzmoci i leje. Sporo ludzi jest na szlaku. Większość zdecydowana zawraca. My póki co idziemy do góry, a robi się coraz groźniej. Szkoda nam wycieczki. Jeszcze nawet pół drogi nie zrobiliśmy. Cytujemy bezpieczne zasady zachowania w czasie burzy.

Unikać cieków wodnych - schodzimy ze ścieżki, którą szoruje woda jak potokiem ze 2 metry w bok.

Unikać wielkich skał - odsuwamy się od skały parę metrów niżej.

Unikać wysokich drzew - stoimy w kosówce, pod  drzewkiem, ale niewielkim. 

Nikt nie kwapi się do odwrotu, albo raczej wszyscy nadrabiamy miną, żeby nie być tym pierwszym, który wymięknie. Zaczynają walić pioruny. Miny nam rzedną, na odwrót jednak już za późno. Przeczekaliśmy i udało się, ale nikt z nas specjalnie mądrością nie zgrzeszył. Burza przeszła, my poszliśmy dalej. Na grani wiatr dawał się we znaki, widoczność się popsuła, deszcz nadal padał, ale humory dopisywały i nie było tłoku.

Wierzchołek mi się nie podobał. Nadmiar zbędnych elementów. Murek, cokół, tablice „ku chwale", tyczki traserów, znaki polskie i słowackie - za dużo!!!

Nadmiar

Deszcz w końcu ustał, ale jest chłodno. Odpoczynek, posiłek i maszerujemy dalej. Być może wejdziemy na Małą Babią, ale jak się później okazało nie weszliśmy. Na zejściu ładna panorama. Chmury podniosły się trochę.

Panorama z Babiej Góry

Z Przełęczy Brona zeszliśmy do schroniska w Markowych Szczawinach. Elegancka toaleta to plus, reszta nie powinna nazywać się schroniskiem. Restauracja pełna więc z przyjemnością odpoczywamy na powietrzu. Trochę żałujemy, że nie weszliśmy na Małą, ale i tak jest ok. Pogoda się poprawia. Przed zachodem nawet słońca zażyliśmy.

Schodzimy na powrót na Przełęcz Krowiarki

Schodzimy na powrót na Przełęcz Krowiarki, tym razem niebieskim szlakiem.

 

2011_06_3-5 Skrzyczne 1257 m n. p. m. - Beskid Śląski

 

Na Skrzyczne - z wątpliwościami czy dojazd komunikacją publiczną uda się jako tako - wyprawa super. Najpierw komunikacja publiczna okazała się zaskakująco skuteczna na naszej trasie i bez przestojów byłyśmy w Szczyrku przez Bielsko, w piątek, przed 20tą. Plan A -wejść w piątek na Skrzyczne i nocleg w schronisku, plan B - gdyby za późno było - nocleg w mieście. Poszło sprawnie - no to w górę!

Piękny zachód słońca nad Pasmem Klimczoka. My w górę, słońce w dół. Wspaniała kolorystyka. Cudne zdjęcia, ale to kosztuje czas bo najpiękniej mamy za, a nie przed sobą czyli zatrzymujemy się nieustannie.

Zachód słońca nad Pasmem Klimczoka

Po zachodzie wierzchołek zaczyna "ubierać się" w chmury. W las wchodzimy już o szarówce. Słychać pierwsze pomruki burzy gdzieś bokami. Co nam błyskawica "odpali" gdzieś za plecami - to mocniej napieramy z buta - bo nie ma, że boli - dojść trzeba. Weszłyśmy w chmurę. Widoczność kilka metrów. Ciemno i mgła, ale szkoda czasu na szukanie latarek. Jeszcze oczy stopniowo przyzwyczajane do ciemności widzą co nieco. Chyba zeszłyśmy ze szlaku. Kierujemy się na czerwone światła masztu na szczycie. One wskazują nam kierunek. Już jesteśmy prawie na wierchu, ale nic nie widać i zaczęło padać. Co tam padać - lunęło! Na okrycia też machnęłyśmy ręką. Za późno. Przemoczyło nas natychmiast, a poza tym już koniec trasy. Wiemy, że schronisko 3 kroki stąd, ale w którą stronę? Jak ćmy kierujemy się dalej na światła. Najpierw spenetrowałyśmy zabudowania wyciągu, potem obiekt techniczny przy maszcie i dopiero metodą "na macanta" - trzecie było schronisko:) Dobrze, że już nic więcej nie świeciło na Skrzycznem:) Tyle świateł było przed, ale nad drzwiami wejściowymi żarówki nie było. Dokładnie okrążyłyśmy jeszcze budynek, aby znaleźć drzwi wejściowe. Chyba żeby nie było za krótko w deszczu.

Na szczęście bar jeszcze był czynny i załapałyśmy się na gorącą herbatę no i był nocleg, bo mało ludzi było. Nie miałyśmy rezerwacji. Zrobiłyśmy wrażenie na kilkorgu ludziach w barze swoim nocnym wejściem na mokro.

Schronisko ze wszystkimi atrybutami górskiego schroniska, bez znamion bycia hotelem. Opiera się tendencji czasów. I dobrze. Nocleg w pokoju 6-osobowym, ale luz - byłyśmy same.

Ranek z piękną pogodą. Zanim wstałam Hela już obfotografowała wschód słońca i odbyła długi spacer. Celem na sobotę jest Barania Góra, a dalej - zobaczymy. Może Czantoria? - rozmarzamy się przez chwilęJ. Nie mamy ani samochodu, który zmusza do powrotu w to samo miejsce, ani rezerwacji noclegu, który zmusza do dotarcia pod konkretny adres. Dokąd nogi doniosąJ.

Jeszcze zdjęcia w i przed schroniskiem i żegnamy Skrzyczne.

Schronisko na Skrzycznem

Poranek po wczorajszym deszczu rześki. Zaczynamy nie nazbyt wcześnie bo po ósmej, ale wysoko więc nie ma ludzi. Mijają nas trzej rowerzyści, później dochodzimy trzech innych gości na szlaku. 11 perłę do mojej KGP zdobyłam nocą:) O poranku szybciutko opuściłyśmy wierzchołek i reflektuję się, że jakoś tak mimochodem mi to Skrzyczne przeleciało, więc jeszcze rzut oka wstecz.

Rzut oka wstecz na Skrzyczne

Fajny szlak, widoczność niezła (przynajmniej do południa). Typujemy nazwy kolejnych wierzchołków przed nami z umiarkowanym skutkiem. Zaaferowana widokami i rozmową zaliczam zderzenie ze złamanym konarem. Ramię skaleczone, na szczęście niegroźnie. Pod Baranią zaskakująco zmasakrowany las. Dopiero na wierzchołku Baraniej jest kilkanaście osób.

W południe jest gorąco, parno, duszno - może być burza. Jak było daleko do tej wyprawy drugim punktem, programu miały być źródła Wisły. Jak już jesteśmy na szczycie rezygnujemy z nich. Idziemy do przodu. Jeszcze jesteśmy na etapie, że może by tak Czantoria? Ostatecznie do Czantorii nie doszłyśmy i źródeł Wisły nie widziałyśmy. To bezprecedensowy minus wycieczki.

Na Baraniej Górze z Heleną

W schronisku na Przysłopie burza zatrzymuje nas na ponad godzinę. W końcu można iść dalej. Szeroka, płaska droga leśna - prowadzimy „międzyplanetarną", sms-ową korespondencję.

Spotykamy gościa, który zabawia się GPSem w komórce. Zagaduje nas:

- Panie też eksperymentują ścieżkami pozaszlakowymi jak ja?

- Nie, my jak najbardziej szlakiem tylko.

- No to są Panie poza szlakiem.

No to panie zawracają i skupiają się na obserwowaniu znaków. Więcej sms-ów nie będzie.

Czerwonym dochodzimy przez Stecówkę na Przełęcz Szarcula. Rezygnujemy z Kubalonki bo kierowanie się na lewo oddala nas od Szczyrku. Szosą, która oznakowana jest jako ścieżka rowerowa obok Zameczku Prezydenta RP dochodzimy nad Jezioro Czarniańskie, na przystanek autobusowy Czarne Duże chyba. Busa dziś już nie będzie. Musimy się dostać do drogi 942. Noclegu nie mamy, ale pasuje nam w Szczyrku. Minuty mijają jak samochody, które się nie zatrzymują. Zaczynam wątpić w powodzenie na końcu dnia. Perspektywa kilku kilometrów z buta asfaltem mnie nie zachwyca. Wcale nie jest z górki. Hela już by szła, ja się opieram. Stałyśmy z pół godziny zanim zatrzymało się cinquecento. Pani za kierownicą była tak miła, że podrzuciła nas na właściwy przystanek wylotowy, przy właściwej drodze. Stąd jak nie wyjedziemy to ostatecznie można tu noclegu próbować szukać. Znów z pół godziny zeszło, ale udało się. Zabrał nas pan z Tarnowa, również wracający z górskiej wycieczki.

Elegancki nocleg w Jesionie na ulicy Zdrowia znalazłyśmy bez problemu.

Jeszcze piękny, ciepły, długi wieczór na werandzie. Można pomilczeć, pogadać, skomentować przygody, przerzucić pod powiekami kalejdoskop widoków minionego dnia. W takich chwilach czuje się pełnię własnego istnienia. Nogi bolą, a lekkość człowieka ogarnia niezmierna. Kawał drogi przeszłyśmy. Jesteśmy zadowolone. Planujemy jutro.  Na dobranoc nie odmówiłyśmy sobie jeszcze nocnego spaceru po Szczyrku. Sobota była udanaJ . Wieczór przemknął błyskawicznie.

Nazajutrz niedziela 2011_06_05 - przez Klimczok, Szyndzielnię do Bielska i powrót do domu.

Duży wybór tras ze Szczyrku:)

Dzień wg schematu: rześki poranek, potem gorąco, parno i burza.

Przeczekujemy opad w schronisku na Szyndzielni. Dwukrotnie zbieramy się do odejścia i dwukrotnie nas zatrzymuje bo chmura wraca. Niecierpliwię się. Wolałabym czekać na dworcu w Bielsku. Być może o ten kwadrans czy dwa tracimy doskonałe połączenie. Wreszcie po deszczu jest. Na sucho dochodzimy do przedmieść. Na trasie zagadnęłam jedną Panią - bielszczanka na spacerze. Mamy nieocenione źródło info z pierwszej ręki - którym autobusem, dokąd dojechać i gdzie wysiąść. W międzyczasie ulewa wróciła nad miasto. Opuszczamy Bielsko w deszczu.

Teraz to już niczemu nie przeszkadza. Trzy dni w Beskidzie Śląskim zaliczamy do bardzo udanych. Wyprawa na jedenasty szczyt mojej KGP, ósmy w tym roku - atrakcyjna. Jeszcze 17.

Na ówczesną chwilę wyglądało na to, że z KGP wszystko co w tym roku mogłam zrobić - zrobiłam. Przyszłość okazała się jednak zaskakująco różna od krótkoterminowej perspektywy jaką wtedy mogłam dostrzec - KGP zdobywała się dalej, ale o tem - potemJ

cdn.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

 

2011_11_19 Tarnica 1346m n.p.m.

Mógł wyjazd nie dojść do skutku, ale udało się! W piątek po pracy minimum obowiązków domowych do zrobienia i w drogę.

O 20-tej dojeżdżam do Wetliny. Nauczona zeszłorocznym doświadczeniem, że po 22-giej już nikt nie chciał mnie do domu wpuścić dzwonię na jedyny nr jaki zanotowałam, (Hotel PTTK w Ustrzykach Górnych) aby zapowiedzieć się z noclegiem. Poszło bez problemów.

Sobota rano - za oknem jest ok, ale górą mgła i chmury.

- Jak dostać się na przystanek autobusowy Widełki (6km)? Kręcący się po hotelu Pan wyglądający na miejscowego zgodził się podwieźć mnie tam moim samochodem. I już. Problem rozwiązany.

8.45 startuję na niebieski szlak. Przejdę Bukowe Berdo, Tarnicę, być może Halicz - to zależy od pogody. Przewiduję powrót do Ustrzyk jeśli z Tarnicy lub do Wołosatego jeśli z Halicza. Rzeczony Pan, deklaruje, że w razie czego wyjedzie po mnie do Wołosatego (w końcu ma czym) i przewiduje, że zachmurzenie górą utrzyma się cały dzień. Nie dodaje mi tym otuchy, ale co tam...

Na wstępie zmrożony potok. Temperatura +1, ale musiał być niezły mróz.Na początku przymrożony potok bez nazwy

W lesie sucho. Gruba warstwa szeleszczących liści pod stopami. Gałęzie drzew zupełnie nagie. Nie zdążyłam na bieszczadzką, kolorową jesień. Na dole stał jakiś samochód. Teraz na oszronionej ścieżce znaczy się ślad czyichś stóp czyli ktoś idzie przede mną. To mi dodaje otuchy, chociaż obaw niewiele. Szlak oznakowany doskonale. W zasięgu wzroku po kilka znaków na raz.Szlak oznakowany doskonale

Fajnie się idzie. Jest mi ciepło, cicho i w ogóle super. Cieszę się niezmiernie, że tu jestem.

Wreszcie wychodzę z lasu, zaczyna się połonina. Sentymenty trącają struny w sercu. Przypomina mi się stara harcerska piosenka: „...tam gdzie nie ma szosy, wąskiej ścieżki ślad, właśnie tędy poprowadzi nas bieszczadzki szlak..." Ech, kiedy to było? Im dalej od tych czasów, z tym większym sentymentem pragnę wracać Bieszczady.

Tam gdzie nie ma szosy...poczatek Bukowego Berda

Jeszcze kilkadziesiąt metrów i będę na grani. To jest to!!! Wzdłuż Bukowego Berda mam niezłą widoczność. Nie mam z kim podzielić się radością więc uśmiecham się do siebie i bardzo pasuje mi ten stan rzeczy. W dużej odległości od siebie dostrzegam w którymś momencie trzy osoby na szlaku.

Z lewej widzę nawet kolory jesieni, odrobinę błękitu na niebie. Prawa strona w chmurach. Mgły przesłaniają dolinę. Przelewają się, podnoszą do góry, ale zwał chmur nad Tarnicą trwa nieporuszony.Na grani z Tarnicą utrzymuje się zwał chmur

Niedobrze. Nie żeby groźnie, ale nie będzie widoków. Mój szlak skręca w prawo. Muszę wejść w chmurę i wchodzę. Mija mnie z przeciwka jeden człowiek. Mówi, że nie ma problemów bo wszędzie tylko szron nie śnieg, ścieżka jest widoczna. Wobec tego spoko.

Na Przełęczy Goprowców 1160m n.p.m. odpoczynek. Już  3 i pół godziny maszeruję bez przerwy. Gorąca herbata i kanapki jak zawsze w takiej sytuacji - pyszne. Zastanawiam się do czego i komu służą takie narzędzia, rozrzucone tu w ilości sztuk 3. Mnie jedno posłużyło do siedzenia.

Komu i do czego służą narzędzia na Przełęczy Goprowców?

Widoczność kilkadziesiąt metrów, ale wyżej jest gorzej. Po 20 minutach dalej ruszam. Następny punkt to Przełęcz 1275m - na mapie nazwana Siodło. Trzy osoby zeszły akurat z Tarnicy. Jedyna szansa na zdjęcie - nie wolno zmarnować takiej szansy.

Przed Tarnicą - jedyne zdjęcie z wycieczki

Do wierzchołka kilka minut. Tu trochę zawodu, bo nie widać już nic. Na ten krzyż patrzę z odległości kilkunastu, dwudziestu metrów. Jest, a jakoby go nie było. W tej sytuacji nie zabawiłam długo i zawracam.

Krzyż na wierzchołku Tarnicy. Jest, a jakoby go nie było

Nie znalazłam żadnej tabliczki szczytowej więc poradziłam sobie inaczej. Ławeczki oszronione, bo nikt ich nie dotykał, bo niewielu tu było.

Tarnica zdobyta:)

Rezygnuję z trasy przez Halicz. Schodzę czerwonym szlakiem przez Szeroki Wierch. Minęły mnie jeszcze 4 osoby idące w górę. Na dole jestem ok. 16.45 Okrągłe 8 godzin. Spotkałam 8 osób na szlaku przez cały dzień. Pora roku wymiotła turystów z Bieszczad. Poranna prognoza uprzejmego kierowcy nie do końca się sprawdziła, bo 2 godziny południowe miałam zupełnie niezłe. Pięknie.

Udana wycieczka. Jutro zacznę wcześniej. Pójdę na Rawki i Krzemieniec.

Po trudnym tygodniu w pracy najdoskonalszy z możliwych relaksów sobie zafundowałam. Długi spokojny wieczór. Wspinam się z Moro i Bukriejewem na Annapurnę.

 

2011_11_20 Rawki Mała1272m, Wielka 1304m i Kremenaros 1221m.

 

W niedzielę rano katastrofa. Nie widać nic, a nic.

Wracać do domu i już. Jazda w tej mgle też nie rarytas.

Trzeba było spać spokojnie.

Po wczorajszym dniu można było przewidzieć, że wczesny ranek będzie kiepski.

Poczekam do 10-tej. A jak się nie zmieni...? Nawet nie dopuszczam takiej myśli, że mogłabym nie iść wcale. Z drugiej strony - rozpaczliwy brak widoczności. Na trasie absolutnie nikogo. 

W najgorszym razie skończę przy Bacówce pod Małą Rawką. Zobaczymy. Dobrze, że mam książkę.

O 10-tej mgła nisko, ale widzę już sąsiednie budynki. Temperatura +1. Ponieważ nie zrobię trasy mam czas by zajrzeć do Wołosatego. Przypominam sobie jak lata temu z mężem, (który jeszcze nie był mężem) po Haliczu, z Wołosatego biegiem pędziliśmy do Ustrzyk na ostatni autobus do Wetliny. Wtedy to było kilka nowych domków i niedokończona budowa następnego. Ech, znów sentymenty.

Szybko sprowadza mnie na ziemię pierwszy znak przy drodze. W sam raz dla mnie na samotna wędrówkę.Dla

Robi się cieplej i mgły się podnoszą. W Wołosatem: parking OSTATNI NA TRASIE, sklep OSTATNI NA TRASIE, koniec drogi. Zawsze tchnie smutkiem takie miejsce lub czas, w którym coś się kończy. Domków nadal kilka, w tym jeden niedokończony. Ciekawe - ten sam czy następna budowa. Niewiele się zmieniło. Może nic? Zawracam za bramką na szlak. Zaglądam na Cmentarz w fatalnie złym stanie. Resztki kilku nagrobków.Cmentarz i Cerkiew w Wołosatem

Na ruinach fundamentów Cerkwi zbudowano drewnianą wiatę, która spełnia rolę ołtarza/kaplicy. Ostatnie ślady dramatów tutejszej ludności. Smutne miejsce.Tu była kiedyś Cerkiew

Pusto. Cicho. We wsi żywego ducha nie ma. Do domu - ale... teraz patrzę w stronę Połonin i widzę je. Mgły zanikają!!! Słońce przedarło się już zupełnie. W drodze na Przełęcz Wyżniańską całkowita zmiana nastroju. Robi się wspaniały dzień. Mgły ustąpiły dopiero co. Szadź maluje drzewa.Szadź maluje drzewa-przed Wyżniańską Przełęczą

Zima próbuje dokonać unifikacji kolorów - nieskutecznie. Jesień się opiera. Wyżej mgły nie stały tak długo. Słońce zrobiło swoje na południowych stokach.

Będzie piękna pogoda. Tu gdzie dociera słońce robi się cieplej. Ta wycieczka nie skończy się przy Bacówce pod Małą Rawką.Zima próbuje, jesień się nie daje:)

Nikt nie idzie, ale na parkingu kilka oszronionych samochodów. Chyba ci co nocowali w Bacówce. Coraz piękniej z każdym krokiem. Ruda Połonina Caryńska. Widzę Chatkę Puchatka na Wetlińskiej. Nie mogę uwierzyć, że tak mi się poszczęściło. Sama radość. W cieniu i w lesie jeszcze chłód, ale podejście rozgrzewa. Zero podszytu tylko rude liście. Przed samym wierzchołkiem zdecydowanie zima. Mróz jeszcze nie ustąpił na tej wysokości.Przed szczytem MRawki aura zdecydowanie zimowa

Na Małej Rawce siadam kilka metrów niżej i oddaję się zachwytowi. Mgły i chmury, które chciały zepsuć moją wyprawę, teraz dodają jej uroku. Rozpiera mnie tak wielka radość, że muszę podzielić się nią z całym światem. Wysyłam sms-y. Zatrzymuję tylko jedenJ choć bardzo żałuję, że nie poszedł. Nie zgadzam się z tymi którzy twierdzą, że komórka na szczycie jest be. W takim momencie - chcemy się dzielić chwilami szczęścia. To nic złego.Z Małej Rawki na zachodnią stronę

Z oburzeniem słucham, dolatuje mnie warkot silnika quada. Nie do pomyślenia. Nawet tu się ktoś pcha na ryczącym potworze od strony Wielkiej Rawki?!

Zatrzymuje się na wierzchołku. Wstaję gotowa zbesztać bezecnika, ale to Straż Graniczna. Temu wybaczamy. Odjeżdża szybko jak się pojawił, a ja podziwiam dalej. Smerek, Przełęcz Orłowicza, Połonina Wetlińska. Wspomnienia wracają. Kilka razy już przechodziłam ten szlak i zawsze z równym zachwytem. Ostatni raz w ub. roku:)

Smerek, Przełęcz Orłowicz i Połonina Wetlińska

Cała grań rawczańska jak na dłoni. Caryńską mam z boku na oku. Za Wielką Rawką widać Szeroki Wierch i Tarnicę. I Bukowe Berdo, z którego wczoraj nie widziałam Rawek.Szeroki Wierch, Tarnica i Bukowe Berdo

Na południe widzę tylko Kremenaros i morze chmur. Przejrzystość powietrza nie jest stuprocentowa, ale takiej  inwersji jeszcze nigdy nie było mi dane oglądać.Morze chmur nad Słowacją

Od Wielkiej idę z turystą, który mnie tu dogonił. Dochodzimy na Kremenaros. Teraz mam zdjęć dużo, ale pogoda i oświetlenie sprawia, że sama sobie zrobiłam zdjęcie.

Autofoto na Krzemieńcu

Punkt styku trzech granic zdobyty. Słupki graniczne polski, słowacki i ukraiński z numerem 1. Nasz najładniejszy. Eleganckie, metalowe tabliczki z ORŁEM w  KORONIE. Na tamtych godła namalowane. Mniej eleganckie. Odpoczynek z gorącą herbatą. Zasłużony popas.

Słońce chyli się ku zachodowi. Jest zupełnie bezwietrznie i w powrotnej drodze położenie chmur wcale się nie zmieniło.

Morze chmur nad Ukrainą utrzymuje się nadal

Jeszcze się zatrzymujemy. Jeszcze nie mogę się napatrzyć. Towarzyszący mi Pan rzuca uwagę, że on ma godzinę do domu, ja więcej - sugerując tym samym odwrót - ale ciężko opuścić to miejsce.

Nie mniej jednak trzeba. Schodzimy na Przełęcz Wyżniańską. Jego samochód też tu parkuje. Na dole pozwalamy sobie na jeszcze jedną malutką przyjemność - kawa w Bacówce. Opuszczamy ją o szarówce. Do parkingu 900m (było napisane na znaku!), dziękujemy sobie za miłe towarzystwo i każde w swoją stronę. Prócz towarzyszącego mi turysty na szlaku dziś spotkałam 5 osób.

Nie czuję zmęczenia. Termometr pokazuje -4,5 stopnia. Trzeba uważać, może być ślisko. Nie ma ruchu. Na drodze pusto. Drogi w Bieszczadach zdecydowanie lepsze niż ongiś bywało. Wybieram trasę przez Duklę. Będę dłużej bliżej gór

Po dwudziestej będę w domu.

Zadaję sobie pytanie:

- Czy tych kilkanaście kilometrów pieszo jest warte tych (tam i z powrotem) 600 km za kierownicą?

- Nigdy nie żałowałam.

Moje marzenie dwóch tygodni włóczęgi po Bieszczadach jednym tchem, nadal pozostaje niespełnione, ale wierzę, że jeszcze się spełni. Minione 2 dni to kwintesencja Bieszczad. Na rok musi wystarczyć.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

26.06.2011r.

Pierwsze wyjście na Bystrą było 2 kwietnia, jednak na Siwej Przełęczy okazało się, że śniegu zbyt wiele i absolutnie nikt tam nie idzie. Jeszcze 1 czy 2 stopień zagrożenia lawinowego był. Zwątpiłyśmy w swoje możliwości i z Gaborowej Przełęczy skręciłyśmy rozsądnie na Starorobociański.
W międzyczasie 2 razy się umawialiśmy i ciągle coś wypadało na przeszkodzie (zrobiłam w zamian Zawrat:). Tym razem jednak idziemy. Warunki sprzyjające. Chłodno, ale słonecznie i prognoza pozytywna. Tylko godzina wyjścia trochę późna.
Czekam na Helenę na dworcu w Zakopanem. Przyjeżdża dopiero po 9tej. Bus do Chochołowskiej. Kombinujemy, że jak ciuchcią to trochę czasu zaoszczędzimy na asfalcie. Z Polany Huciska wyruszamy w każdym razie jest 10.18!!! Zupełnie nietypowo jak na nas.

W Dolinie Starorobociańskiej pięknie. Trochę błota po ostatnich deszczach, ale słońce, błękit na niebie i ładna widoczność. Powyżej lasu przechodzimy na krótkie rękawki. Na Siwej Przełęczy już wieje (normalka).

Popas na Siwej Przełączy_1812m n.p.m.

Chmur gromadzi się więcej, zaczepiają o wysokie wierzchołki, ale wiatr je przesuwa. Sytuacja jest dynamiczna. Najpierw Starorobociański w chmurze przez chwilę, potem Bystra, a potem znowu wszystko ok. Niemniej zachmurzenie rośnie. Idziemy na Liliowy Karb. Chmury przeciągają przez Liliowe Turnie, ale to chwilowe. Błyszcz w chmurze, która sięga dokładnie do poziomu Banistej Przełęczy. Przeczekamy aż ją wiatr zabierze. Dotychczas zabierał. Kilka osób schodzi z Błyszcza, kilka niebieskim z Bystrej. Doradzają wejście na Bystrą trawersem niebieskim i powrót przez Błyszcz, ale my nie zamierzamy wracać na polską stronę. Nasz plan - zejść na Słowację - czyli najpierw Błyszcz potem Bystra:)
Po półgodzinie trzeba podjąć decyzję-idziemy czy zawracamy? To już kolejne podejście-znów miałoby by być nieudane? O widokach należy zapomnieć. Robi się coraz gorzej, ale nie pada i nie zanosi się na padanie. Po prostu mgła. Na Liliowych Turniach
Ze świadomością, że nic nie zobaczymy - idziemy. Liczymy na to, że za granią będzie lepiej.
Na podejściu na Błyszcz widoczność kilka metrów.
Na wierzchołku tak samo. Dogonił nas na szczycie chłopak, który wcześniej zbiegał niebieskim z Bystrej. Dziwna ta jego marszruta. Zachęcamy go żeby poszedł z nami, ale zawraca. Jego strata:)Na Błyszczu 2158m_z chwilowym znajomym

Spacerkiem na Bystrą. Kwiaty w śniegu. Niecodzienny obrazek. Robimy zdjęcia na potęgę. Urdzik karpacki w śniegu


Na Bystrej krótki popas. Najwyższy szczyt Tatr Zachodnich 2248m zdobyty, z gestem zapożyczonym od Lukasa:)

Bystra zdobyta z gestem zapozyczonym od Lukasa:)

Widać nic więc lecimy dalej. Jest kwadrans po piętnastej. Wyrażamy głośno swój zawód z braku widoków. Wyobraźnia działa: jak byłoby cudnie gdyby widoczność była. Teraz już tylko w dół. Na poziomie pierwszej przełęczy do której dotarłyśmy chmury wreszcie za nami zostają wyżej, a przed nami teren jak połonina. Dostajemy namiastkę tego co tracimy, ale cóż. Trudno się mówi. Pięknie w dole widać Bystrą Dolinę z prawej z elegancką ścieżką jakiegoś szlaku, stawy, Dolinę Kamienistą z lewej, a my trzymamy się ścieżki. Jedna górka, druga górka, przed trzecią jakaś wątpliwość mi zaświtała bo nie było podejść na mapie, i nie widziałam oznakowania szlaku już od dłuższego czasu, ale nasz zachwyt widokami wyłączył racjonalne zachowanie by sięgnąć po mapę. Grań Siroke Uplazy

Tylko skrzywiłam się niechętnie na kolejne podejście i nic - idziemy dalej. Za ostatnim wierzchołkiem ścieżka się traci. Jej ślad słabnie. Schodzimy w dół, kosówka, koniec ścieżki.
Helenaaaaa!!! wyciągaj mapę. Nareeeeszcie. Należało to zrobić godzinę temu:)
To czym zachwycamy się z prawej to wcale nie Otarhance tylko Grun, Niżna Bystra, Predna Kopa. My już dawno zeszłyśmy ze szlaku i zrobiłyśmy grań Kobylą i Sirokie Upłazy do końca! Zaliczyłyśmy podejścia na wierzchołki 1974m, 1969m, i Kotlova 1985m i zeszłyśmy z Kotlovej do poziomu kosówki. Koniec wrażeń jak z połonin.
Co dalej? Zawracać do szlaku to ponad godzina. Jest już 16.30 Chmury co prawda już wyżej, ale pochmurny dzień - ściemni się szybciej. Pamiętam z doświadczenia płynący wniosek kolegi Marka - NIE DA SIĘ PRZEBIĆ PRZEZ POLE KOSÓWKI.
Więc wszystko, tylko nie w kosówkę. Helena radzi trawersować Kotlovą przez halę nie zniżając się zanadto (bo kosówka) i zobaczymy co będzie dalej. Dalej pięknie nam się pokazał w Dolinie Bystrej szlak, na którym nas nie ma i tam trzeba dotrzeć. Na razie jest trawiasta hala, ale w kosówkę w końcu trafimy. Zawracać!!! Tylko jak tu zawracać jak taki kawał drogi przeszłyśmy. Zawracanie jest w górę!!! Godzina niewczesna. Trawersujemy Kotlovą_1985m n.p.m.
Dostrzegam „światełko w tunelu". Jak będziemy trzymać się tego żlebu, który do samego dołu rysuje się zbrązowiałym kolorem kosówki to jakoś przejdziemy. W każdym razie jeśli kosówka gdzieś rzednieje to w tym żlebie właśnie.
Na początku jest stromo, ale pięknie szeroko. Na początku w żlebie jest pięknie, szeroko

Cały czas widzimy ścieżkę w dolinie, do której mamy dotrzeć. Potem coraz stromiej, coraz węziej, aż schodzimy na dno żlebu.
Jak spojrzę w górę to aż ciarki mi chodzą po plecach co będzie gdy pojawi się przymus zawracania? Sytuacja w której się znajdujemy różowo nie wygląda:(
A co będzie jak nie wyjdziemy stąd albo któraś skręci nogę? Oczyma wyobraźni już widzę Horską Służbę! Helikopter! koszty! Przecież nie mamy ubezpieczenia. Kto by się ubezpieczał na taką trekingową trasę? Jeszcze rozważam w myślach czy nie zadzwonić do domu póki jest zasięg, ale rezygnuję z tego pomysłu bo nam to nie pomoże, a wywoła zbędny niepokój. Póki co radzimy sobie.
Idziemy „na krechę" i mamy już kilkaset metrów utraty wysokości. Rzut oka do tyłu na nasz żleb zejsciowy

Kamieniste dno żlebu czyli troszkę lepiej niż na śliskiej trawie. Ale,... pojawia się woda. Teraz idziemy dnem wątłej, stromej strugi. Stromej więc wody przybywa bardzo wolno i da się iść, ale z kolei pojawia się kosówka w żlebie. Oby nas tylko nie zamknęła. Żleb się zwęża, kosówka się zbliża, ale widać nasz szlak po drugiej stronie

Aż niespodzianka miła - woda weszła pod ziemię. No to teraz luzik zdaje się, ale nie. Schowała się woda - pojawia się roślinność. Kamienie poprzerastane zielskiem. Coraz trudniejsza widoczność pod stopą. Hela zaliczyła poślizg i upadek. Niegroźny na szczęście i dosłyszała szum potoku z doliny. To pomyślna wróżba. Już niedaleko i dobrze bo coraz gorzej jest. Stromizna terenu odrobinę się wypłaszcza, ale nie widzimy już ścieżki do której zmierzamy. To działa deprymująco na nastroje, ale potok słychać. Tylko oczywistym jest, że ocena odległości z dna żlebu o szerokości kilku metrów na poziomie mojej głowy może być żadna.

Mnie paraliżuje dodatkowo myśl, że idziemy tak dziką okolicą, że z pewnością zwierzyna tu gości. Niedźwiedź może?! Jestem pewna, że rośliny przede mną już coś deptało, no bo przecież nie ktoś!!! Nic nie mówię żeby nie pogarszać sytuacji bo na razie trzymamy się dzielnie.
Aż przyszedł ten moment, którego się obawiałyśmy. Dalej już nie można. Z przerażeniem stwierdzam: ten głośny szum wody to niekoniecznie potok tylko wodospad w naszym żlebie. Kilka metrów skały pionowo w dół. Kosówka z obu stron połączyła się - przejścia nie ma, a w górę też już nie bardzo. Z lewej pionowa ściana skalna. Hela wypatrzyła przejście pod skałą. To faktycznie kilkanaście metrów tylko i udało się. Jesteśmy nad potokiem Bystra. Ufff.... Sekunda ulgi, ale to nie koniec. Naprzeciwko prawie pionowa skarpa i kosówka. Wzdłuż potoku też nie ma szans. Trzeba na drugą stronę. Po kamieniach, niebezpiecznie, ale przez potok udało się szczęśliwie. Teraz najkrótszą drogą w górę czyli po prostej. Przez krzaki, zielsko, chaszcze i kosówkę. Na szczęście krótko.
Jest ścieżka, jest żółty szlak. No to jesteśmy w domu. Ale o ewentualnym niedźwiedziu pamietam i jeszcze nie ma radości bezgranicznej. To już nieracjonalne myślenie bo jesteśmy na uczęszczanym szlaku, ale jak można się bać - to dlaczego sobie tego odmawiać:) (w tym momencie Marek by stwierdził - typowe babskie myślenie!!!)Ścieżka z żółtym szakiem
Po kilku minutach wiata z ławeczką. Oceniamy gdzie jesteśmy. Zlokalizowałyśmy nasz żleb. Do magistrali jeszcze godzina drogi. Licząc czasy wg mapy straciłyśmy 2 godziny na zgubienie szlaku i skrót.
O 18.30 dzwonię po samochód, który ma nas zabrać z drogi 537. Trochę za późno. Z Zakopanego to 100km. Czekamy na zastavce prawie godzinę. Robi się zimno bo w butach mokro, ale już na luzie. Choć zmęczone, humory dopisują. Perspektywa wygodnego powrotu sprzyja refleksjom nt. wycieczki. Zachwycamy się zapachem kwitnacej kosówki, który mam stale towarzyszył i został na kurtkach  i dzielimy się wątpliwościami jakie nas dręczyły: ja niedźwiedziem i Horską Służbą, Helena brakiem przejścia.
Konkluzja zasadnicza tylko jedna: MIAŁYŚMY WIĘCEJ SZCZĘŚCIA NIŻ ROZUMU. Na przyszłość w podobnej sytuacji - nie wracać skrótem, tylko po śladach do ostatniego znaku. A wcześniej - nie gapić się i zachwycać bez umiaru tylko pilnować znaków. A jeszcze wcześniej  - od sterowania ruchem ma szlaku jest Helena. To już zostało ustalone jakiś czas temu. Ale ona nieustannie robi zdjęcia, i zdjęcia, i zdjęcia. I ja wtedy z przodu i tak się to kończy:) To już trzeci raz gdy z zagadania i nadmiaru zachwytów szlak zgubiłyśmy, ale udzielamy sobie pochwały, że spisałyśmy się dzielnie. Widoki marne, ale wrażeniaaaaa - bezcenne:) i niedostępne przy pięknej pogodzie.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Biegi górskie Biegi górskie

VIII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy KIERAT 2011

Mistrzostwa Polski w Pieszych Maratonach na Orientację


 

 

 

 

Informacje:

Teren: Beskid Wyspowy, Gorce
Start/meta: Limanowa
Dystans: 100 km, oczywiście setka przy doskonałej nawigacji
Suma podejść: 3500 m
Limit :30 godzin (non-stop, dzień i noc)
Termin: 20-22 maja 2011r.
Start piątek godz.18.00, do zdobycia 13 punktów - kolejność obowiązkowa
3pkt do UTMB

Fakty:

Miejsce: 101
Czas na mecie: 23h33min.

Pokonany dystans: ok.113km

Straty:

3 pary skarpet w tym: 2 pary NB i 1 para Rockommended
Buty NB model 1064 (nigdy więcej NB! )

Zdrowie:

Pęcherze na stopach
Zadrapania i pokłute nogi (krzaki, pokrzywy,kolce itp.) od chaszczowania
Otarcia na szyi od ramion camelbak'a

Doginacze:

2 żele powerbar
1 żel isostar
1 żel maxim
2 batony powerbike
2L isostar'u
1 puszka coca coli
2 batony kit kat
Glukoza
1 energy booster shot

Start:

W Limanowej melduję się dość wcześnie, bo już ok. 10.30 jestem na miejscu. O 12.00 następuje otwarcie biura zawodów oraz zakwaterowanie uczestników. Odbieram pakiet startowy i od tego momentu zostaję numerem 378.

Do startu zostaje parę godzin, czas poświęcam na przygotowania do maratonu, na krótką drzemkę oraz sms do kibiców. Płytki sen przerywają grzmoty, po okolicy krąży burza. W górach pioruny walą po szczytach. Do godziny W, jeszcze 2-3 godziny, jest nadzieja, że burza pójdzie sobie precz.

W tym roku brama startowa stoi na rynku, na którym zjawiam się gotowy po przygodę o 17.40. Nie pada, burza ucichła. Wraz ze mną Pinochcio, przyczepiony do plecaka, który towarzyszy mi na biegach. Nie zawsze dane mu jest wystartować wraz ze mną, zazwyczaj towarzyszy w górach, a na wyścigach kibicuje z miejsca, ale dziś jest jego wielki dzień, wystartuje w ''Kieracie''. Smile

Rekordowa liczba, bo prawie 600 osób o 18.00 porywa się na zmierzenie z górami, dystansem i własnymi słabościami.

Nie spodziewałem się tak szybkiego startu, chyba nikt się nie spodziewał. Nikt nie odpuszczał, wszyscy napierali.

Do pierwszego i drugiego punktu bardzo mocne tempo. Punkt nr 1. znajdował się na cmentarzu nr 359 z I Wojny Światowej. Pot się lał, ale bieganie nie sprawiało problemu, nawet na podbiegach.
W drodze na drugi punkt kontrolny - Pasierbiecka Góra - Kamieniołom, spotykam napieracza, który obiera tą samą ścieżkę, o której myślałem.

Od tego momentu wspieramy się razem. Pokonujemy ¾ trasy wspólnymi siłami. Razem nawigujemy, razem rozpatrujemy indywidualne warianty, razem podejmujemy decyzje, by obrać jak najlepszą drogę.. Na drugim punkcie dostajemy informację, że jesteśmy w pierwszej trzydziestce, czy dwudziestce nawet.

Problemy zaczynają się, gdy zapada zmrok. W drodze na trzeci punkt - Diabelski Kamień, za wcześnie skręcamy ze ścieżki, przez to tracimy ok.30 minut. Gdzieś tam w drodze na czwarty punkt - Szczyrzyc - Restauracja ‘'Marysia'', mój nowy znajomy napieracz informuje mnie, że właśnie mamy maraton 42km za sobą. Była to czwarta godzina napierania !!!!.

W środku nocy na punkcie piątym i szóstym popełniamy błędy w nawigacji, które kosztują nas sporo czasu, dorzucamy do tego parę zbędnych kilometrów. Punkt kontrolny nr 5 znajdował się pod mostem kolejowym - Podłopień.
Dotrzeć do niego trzeba było ciąć ostro na azymut. Trochę nam nie poszło i dorzuciliśmy kilometry biegnąc. Było tak ciemno, mglisto i tak byliśmy zapatrzeni w mapy, że minęliśmy tory , po których mieliśmy dotrzeć do punktu. Znalezienie drogi zajęło nam troszkę, a czas leciał. Po babcynym, chaszczach, torach i rzece znaleźliśmy punkt.

Punkt kontrolny nr 6 - Polana Myconiówka - skraj pd.-wsch. wydawał się łatwy do zdobycia, w ciemnościach gubimy szlak dorzucając dystans. Trochę kombinowania i udaje się wyjść centralnie na punkt.

Do siódemki Słopnice Kukuczki, poszło nam sprawnie, a i świadomość, że czeka na nas posiłek na tym punkcie dodała trochę otuchy. Bułka z serem i gorący barszczyk stawia na nogi.

Opuszczając punkt siódmy, jest już widmo, chowamy czołówki. Dwudziestominutowa przerwa na siódemce i poranna niska temperatura schłodziła nam organizmy. Szybko rozgrzewamy się biegnąc.

Napieranie do punktu ósmego, było kluczowym momentem w naszej nawigacji. Dobrze zaczęliśmy ale przedobrzyliśmy, brakło chyba trochę wiary w nasze możliwości i dorzucamy kolejne parę kilometrów, tracąc dobrą pozycję. Kluczyliśmy, był moment, że zrobiliśmy kółko, wyglądało to naprawdę bardzo źle, szczerze mówiąc byliśmy w d****.

Nie poddaliśmy się !!!, użyliśmy wszystkich swoich szarych komórek, zaparcie psychiczne, że trafimy pozwoliło nam osiągnąć cel. To był przełom w naszej nawigacji, od tego momentu radziliśmy sobie całkiem dobrze, a momentami bardzo dobrze.

Już nie dorzucaliśmy zbędnych kilometrów do dystansu, a warianty nawigacyjne były optymalne. Myślę, że nawigacyjne frycowe zapłaciliśmy w nocy, żaden z nas wcześniej nie nawigował indywidualnie, w drugiej połowie trasy nawigacja szła nam już niemal idealnie. Oczywiście w dzień łatwiej nawiguje się, ale powoli też zaczęliśmy łapać o co chodzi w tej zabawie. Objawem poprawy nawigacji było właśnie wyjście z opresji w napieraniu do ósemki.

Na ósemce, która umiejscowiona jest w Dolinie Potoku Mogielica- Dom Leśników, dostajemy gorący żurek, można też napić się herbatki z sokiem i miodem, smak był, ale nie tracąc czasu zawijamy się stamtąd wraz z ostatnią łyżką zupy. Po drodze obmyślamy trasę na punkt kontrolny nr.9 - Kiczora Kamienicka - Nadajnik Telekomunikacyjny.

Dziewiątkę, a następnie dziesiątkę zdobywamy bez problemowo. Namierzenie nadajnika nie sprawiło problemu. Dziesiątka znajduje się w miejscowości Szczawa- Zajazd‘'Głębieniec'', w tym samym miejscu co rok temu, wracają wspomnienia, gdy z ekipą biegajznami napieraliśmy do tego punktu.

Wydawałoby się, że z punktu dziesiątego to już z górki będzie, bo do zdobycia jeszcze tylko 3 punkty i meta, ale na Kieracie nie ma z górki. Dotarcie do punktu 11 - Cichoń - rozwidlenie szlaków, zajęło nam troszkę dłużej niż planowaliśmy. Z małym problemem, ale jednak docieramy i podbijamy karty na jedenastce. W tym miejscu według danych podanych przez organizatora mamy 3100m podejść plus to co dorzuciliśmy błądząc.

W napieraniu z jedenastki na dwunastkę mam kryzys biegowy, w nogach ponad 80 km, nie jestem w stanie już biec, główną przyczyną są cholerne odciski na stopach, doskwiera mi również ból mięśni czworogłowych, to efekt zeszłotygodniowych zmagań w Mistrzostwach Polski w Długodystansowym Biegu Górskim w Ludwikowicach.

Mniej więcej w połowie trasy do dwunastki, drogi z moim przyjacielem napierającym od punktu drugiego ramię w ramię rozchodzą się. Kolega napieracz napiera dalej, jeszcze kawałek daje radę podbiec do Przełęczy pod Ostrą, następnie znika mi z oczu.

Ładuję w siebie wszystko co zostało w plecaku, oszczędzając jedynie wodę, przy takiej lampie bardzo szybko ubywa. Nie jest też wesoło, bo od ponad godziny dookoła szaleją burze. Do tej pory udawało się czmychać pomiędzy nimi. Gdy docieram do punktu 12 - Okowaniec - Zakręt szlaku, a następnie udaję się w dół do miejscowości przez, którą muszę przejść, aby dotrzeć do punktu 13 - Ogrojec- Gospodarstwo, las odsłania mi wschód.

To co zobaczyłem bardzo mocno mnie zaniepokoiło. Ogromne, przeogromne chmury, błyskawice nadciągały w moją stronę. Wszystkie małe burze krążące po okolicy połączyły się i ryczały swoje nuty. Burze to bardzo piękne zjawisko, ale niebezpieczne, biorąc pod uwagę przygodę jaką miałem rok temu na Rysach w Tatrach, widząc burzę uciekam gdzie pieprz rośnie.

Już było tak pięknie, zdobyć punkt trzynasty i prosto do mety łatwą trasą. Przed startem, zaczepił mnie jakiś napieracz i spytał czy trasa jest ta sama i czy łatwiejsza?!. Na Kieracie nie ma tej samej trasy, a już na pewno nie ma łatwo.

W połowie drogi na punkt nr.13 dogania mnie burza. Jest godzina 14, do mety raptem 10km!!!. Wychodziło, że dobiłbym na 16.00 do bazy, niestety pioruny komplikują plan. W tym momencie czas przestaje grać dla mnie roli. Wiedziałem, że będę musiał znaleźć schronienie i przeczekać piekielne chmury.

Uwaga zgadnijcie gdzie znalazłem schronienie???!!!.

Otóż schronienie znalazłem 2km od punktu nr 13, w starym opuszczonym domu na skraju lasu. Spędziłem tam ponad godzinę, czekając aż całkowicie piorunki sobie pójdą precz. Właściwie to straciłem przez to ok. 1,5 godziny.
Przez ten czas opróżniłem całkowicie wszystkie doginacze, przeanalizowałem najlepszy wariant do punktu 13 kilkanaście razy, zastanawiałem się jak można taki domek opuścić oraz jak wejść w jego posiadanie. Czas pozwolił jeszcze na inne myśli nie związane z Kieratem.

Gdy burza ucichła, a niebo zaczęło rozjaśniać się, zdecydowanym krokiem przez trawę sięgającą mi do klatki piersiowej ruszyłem zdobyć ostatni upragniony punkt. Z zaciśniętymi zębami, bo mokro jak diabli, odciski dostawały po d**** jak nigdy, napierałem do przodu. Jeszcze nigdy tak zdecydowanie nie szedłem na orientację, porywając przy tym grupkę nie zdecydowanych napieraczy. Zdobywamy punkt nr 13, pozostaje tylko i aż 7km do mety.

Każdy krok to ból, te odciski czułem już w połowie trasy, teraz to była już katorga. Wyczekiwałem, liczyłem, spoglądałem na zegarek ile jeszcze zostało do mety. Każdy metr wydawał się kilometrem. Psychika, determinacja i wytrwałość pozwoliła dotrzeć do mety.

O godzinie 17.33 czasu lokalnego melduję się w biurze zawodów, co daje 23h33min. napierania non stop - informują mnie, że zająłem 101 miejsce.
Dla mnie to ogromny sukces, choć biorąc pod uwagę, pozycje zajmowane na poszczególnych punktach można mieć niedosyt, ale ja nie mam!!!.
Jestem bardzo zadowolony z wyniku i swojej nawigacji, której tak bardzo się obawiałem.

Meta

Na mecie dostałem medal, certyfikat i pyszny gulasz, po którym zaraz to myślałem co i jak poprawić na przyszły rok. Wink

Ciekawostka, kolega z którym napierałem przez ¾ trasy, nawet nie znamy swoich imion, połączył nas KIERAT i numery, mój numer 378,a jego 387, czyżby przypadek? Wiem tylko, że jest z Kędzierzyna.

Kolego napieraczu, jeśli trafisz na tą relację, proszę Cię o kontakt , doskonale współpracowało się z Tobą, pamiętasz?!, że za rok musimy się poprawić, więc czekam na kontakt. Wink

Pozdrawiam

Jj

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

 

 

 

 

 

 

 

Korzystając ze świetnych prognoz pogody, w których królowała lampa totalna, udało mi się  wczoraj (9.03.11 r.) zrobić piękny marszobieg traską zataczającą około 26 km grzbietowe koło w Beskidzie Śląskim. Trasa przedstawia się następująco: Ostre (parking) - Skrzyczne (drogą dojazdową)- Kopa Skrzyczeńska- Malinowska Skała- Zielony Kopiec - Magurka Wiślańska - Magurka Radziechowska - Muronka - Ostre (szczyt) - Ostre (parking). 

 

 

1

Trasa "Skrzyczeńskiej pętelki"

 

W większości prowadzi ona znakowanymi szlakami, które bez problemu każdy znajdzie na mapach. Tylko odcinek na Skrzyczne  (nieznakowana drogą dojazdową -część trasy Maratonu Dudka), oraz odcinek ze szczytu Ostrego (drogi zwózkowe) były nieznakowane, ale dość łatwo można się zorientować jak prowadzą spogladając na mapkę z zaznaczona trasą.

 

3

Wykres traski: pionowo wyskość npm, poziomo dystans w m.

 

Warunki wciąż jeszcze zimowe, szlaki przetarte i śliskie, mocno zmrożone na większości trasy. Najgorszy pod tym wzgladem był odcinek od Malinowskiej Skały w stronę Magurki Radziechowskiej - choć przedeptany to jednak dość nierówny i ciężko się szło (biegło).

 

 

2

Miejsca, z których robiłem fotki

 

 

Pod względem biegowym szczególnie polecam przepiekne 10 km serpentynek (przewyższenie prawie 700 m.) drogą dojazdową na Skrzyczne - ciągły lekki podbieg z licznymi  wypłaszczonymi odcinkami pozwalają oglądać oszałamiające widoki na uciekającą za plecami Dolinę. Widoki z tego odcinka wynagrodzą każdy wysiłek, a opalanko na werandzie Schroniska na Skrzycznem cudownie regeneruje siły... :)

 

Cała trasa jest wybitnie widokowa, jako że w wiekszości nie jest porośnięta lasem. Ten ostatni fakt może nieco dziwić zwłaszcza tych, którzy nie byli w tych stronach tak gdzieś około dekady. W tym czasie las się nieco "położył", a raczej położył go kornik i mamy swoje własne, Beskidzkie Połoninki :) Wszystkich zachęcam do odwiedzenia tej pięknej trasy!

Na koniec kilka zdjęć z trasy:

 

2

 

Z Zielonego Kopca

 

1

Widok na Skrzyczne z Zielonego Kopca

 

2

Widok na Muronkę i Ostre

 

3

W stronę Magurki Wiślańskiej (z lewej) i Baraniej Góry (z prawej)

 

 

 

 1    

 

Z Magurki Wiślańskiej 

4

Rezerwat Barania Góra- Magurka Wiślańska

 

5

Grzbiet od Skrzycznego (z prawej), aż po Malinowską Skałę (skrajnie po lewej)

 

 

 

3

Z Magrki Radziechowskiej

 

6

Skałki na Magurce Radziechowskiej

 

7

 

8

Ten przewieszony filarek (ok. 5 +) swego czasu zrobiłem z karimatką jako asekuracją :) 

 

1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

W ramach powitania jakże długo nie widzianej w naszych stronach zimy oraz rozprostowania kości, popełniliśmy z Emi dzisiaj małą traskę, w warunkach, nie powiem, w pełni zimowych. W Tatrach nazwałbym pogodę, która nam towarzyszyła, "totalną tatrzańską dupówą" - w tym zaś wypadku nie zostaje mi nic innego jak nazwać ją "dupówą Magursko- Czuplowską" :) Charakteryzowała sie ona oględnie rzecz ujmując brakiem jakiejkolwiek widoczności,  lodowatym wiatrem niosacym ciągle sypiący śnieg i wiejącym prosto w oczy oraz dość dużą ilością sypkiego śniegu na szlaku. Niby tylko Magurka, a jednak też może być ciekawie:)

 

 Profil trafy

Tak mniej więcej biegła trasa naszej wycieczki

 

Wycieczka udała się jednak przednio, dla Emi był i mały skukces - zdobycie po raz pierwszy najwyższego szczytu Beskidu Małego tj. Czupla (933 m. n.p.m). Punktem wypadowym był początek czerwonego szlaku w Międzybrodziu Bialskim; następnie Rogacz, Czupel, Magurka i powrót żółtym szlakiem do punktu wypadowego - całkiem zgrabne i dotleniające kółeczko. W międzyczasie była klasyka, czyli obszczekujące nas zajadle ze wszech stron latające luzem małe psiaki przy wejściu w szlak, kilka małych zamotek z słabo oznakowanymi szlakami, lekko przemoczone tu i ówdzie buty i ubrania, mały popas w schronisku na Magurce i przyspieszanie kroku przy zejściu, żeby uniknąć konieczności używania czołówki. Na koniec trochę mało przyjemnego już asfaltu i byliśmy z powrotem przy samochodzie. Lekko zmęczeni, mocno dotlenieni i całkiem szczęśliwi:)

 

Profil naszej wycieczki

Profil naszej wycieczki

 

Już w drodze do domu dowiadujemy się z radia o sukcesie Stocha- no nieźle... myślimy... kto by pomyślał.. tak trzymać! No cóż, nie żałujemy jednak, że tego czasu nie spędziliśmy przed telewizorem ani nawet na Krokwi...

Poniżej kilka zdjęć z traski:

 


 

W drodze

Znaki na Magurkę

Przed Schroniskiem na Magurce

TagsTags: czupel magurka 
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Ostatnio w wyniku przegladania naszego forum dowiedziałem się o ciekawym programie o nazwie GEOCONTEXT-Profile za pomocą którego możemy w łatwy i prosty sposób dowiedzieć się ile przeszliśmy w górach kilometrów. Ile trasy było pod górę, ile w dół, i jaką sume metrów przewyższenia zrobilismy, a do tego wszystkiego przekrój w pionie naszej trasy. Naprawdę super sprawa.

 

Niby proste rzeczy ale zapewne każdy z nas sie czasami zastanawiał nad tym. Teraz prosto i przyjemnie sami możemy to sprawdzić tutaj.

 

Z tego wynika że w dwa dni zrobiłem ponad 30 kilometrów z sumą przewyższeń ponad 2000 metrów.

 

 

Jak to wygląda w rzeczywistości trzeba sprawdzić samemu, poniżej zapodaje screen z obu wycieczek.

 

 

trasy

 

Jak widać do profilu trasy jest dodana mapka z trasą w google maps, którą oczywiście można przybliżać oddalać etc. Do programu można także wgrać trasę z plików KML, KMZ, GPX.

Każda utworzona trasa jest zapisywana tak więc zawsze mozemy wrócić do naszych wycieczek o ile zapiszemy oczywiście do nich linki. :-)

Polecam.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

W ostatni weekend wybraliśmy sie na Wielki Chocz na Słowację.

Bardzo polecam tę górę. Wysokosć 1608 metrów, i dzieki swojej wysokości rozciaga się z Chocza widok na

Babią Górę

Skrzyczne

Klimczok

Pilsko

Tatry Zachodnie

Niżne Tatry

Mała Fatrę

Wielką Fatrę

Wielki Klak

i oczywisiście góry Choczańskie

 

oczywiście nie wspominając o jeziorze Orawskim i Liptowskiej Marze. Z jednym razem można machnąć zachód słońca nad Fatrą i wschód nad Tatrami. Szlak jest bardzo słabo uczęszczany co widać na zdjęciu poniżej.

 

 

Ładny i widokowy szlak z Vyznego Kubina prowadzi przez polany na szczyt. 

W Vyznym Kubinie znajduje się również Tupa Skała, miejsce wspinaczkowe, czynne od lipca, w związku z ochroną ptaków, które gniazdują tutaj wiosną.

 

 

W Orawskim Podzamoku można zwiedzić najpiękniejszy zamek Słowacji. A w okolicznych jeziorach wykąpać sie w goracy dzień.

 

POLECAM

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Wspinanie Wspinanie

Cześć

 

Jeszcze tylko dzisiaj w Warszawie w kinie IMAX odbędzie się ostatnie wyświetlenie filmu The Alps. Jest to jedna z 5 prezentacji tego filmu w Polsce niestety. Film posiada dobre recenzje, na wielkim IMAXowym ekranie będą prezentowane piękne plenery Alp szwajcarskich, wraz z wspinaczką północną ścianą Eigeru. 

 

Dziś to znaczy 27 maj 2010 roku :-).

 The Alps

 

więcej na stronie

 

Niestety mi nie udało się wybrać na to, za późno się dowiedziałam, :-/ 

 

TagsTags: alps 
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Wspinanie Wspinanie

Czekałem na to całą zimę. Marznąc na kolejnym lodospadzie przez głowę, zwłaszcza pod koniec sezonu zimowego, przelatywały urywane,  lekko niesmiałe myśli i obrazy. Pojechać w ciepłe skały, dotknąć wapienia, wspiąć się po raz pierwszy.

Jako, że warunki pogodowe w Polsce nie napawały optymizmem (co nie jest jakimś zresztą szczególnym wyjątkiem od reguły), postanowiliśmy, że tym razem sezon letni zainaugurujemy we Włoszech. Wybór padł na Finale Ligure - piękny, nadmorski rejonik na północno zachodnim krańcu Włoch położony w Alpach Liguryjskich. Rejon okazał się być wyjątkowo malowniczy i wyjątkowo przyjazny wspinaczom. Ilość skał i dróg przyprawiała o zawrót głowy. Charakter wspinania zmieniał się w zalezności od rejonu. Niektóre z nich to wywieszone, długie  drogi po klamkach wymagające niezłej wytrzymałości. Inne to techniczne płytki w szarym, wyjątkowo ostrym, kaleczącym skórę wapieniu. Trzy rzeczy jednak były wspólne wszystkim rodzajom wspinu- niesamowite tarcie skały, potrzeba znacznie lepszej wytrzymałki niż na Jurze, oraz piękno samej skały i poszczególnych formacji.

Udało nam się zahaczyć o trzy rejoniki: Monte Cucco, Rocca di Petri i Rian Cornei. Z tych trzech zdecydowanie najczęściej wracaliśmy pod Monte Cucco, sektor Fenia i Amfiteatro. Skała ta dochodzi do 100 metrów wysokości i obok wielu dróg jednowyciągowych zdarzają sie też i drogi dłuższe, kilkuwyciągowe. Sektor Amfiteatro to długie przewieszone wspinanie w pięknym pomarańczowym wapieniu, w wiekszości po dobrych chwytach, na drogach z przedziału 5c-7c, ze zdecydowaną przewagą dróg od 6a-7a.

Liguria okazała sie być wyjątkowo uroczą i przyjazną krainą, gdzie zamiast lecacego z nieba śniegu z deszczem (tak było w tym czasie w Polsce- czego dowiedzielismy się później od znajomych), kwitną żółte cytryny, dojrzewają na drzewach pomarańcze i mandarynki, na co trzecim wzgórzu wznosi się piękny stary zameczek, a za każdym niemal rogiem kryją się ciekawe zabytki, morze jest na prawdę turkusowe, a ludzie sie uśmiechają (taki mały ewenement:)...  a po wspinaniu można usiąść na tarasie lub nad morzem z butelką dobrego włoskiego, czerwonego wina, albo przy mocnym espresso i tak po prostu cieszyć się życiem ...

Zdecydowanie jest tam po co wracać...:)


Poniżej kilka fotek z wyjazdu:

 

Fot. Wspinanie w Finale, sektor Caprazoppa.

 

Fot. Uroki restu w Ligurii.

 

Fot. Wspinanie na Monte Cucco.

 

Fot. Monte Cucco w całej okazałości.

 

Fot. Liguryjska wspinaczka.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Wczoraj portal Wspinanie poinformował nas o takim wydarzeniu. Patrz niżej.

Dzisiaj Radni Miasta Krakowa przewagą trzech głosów odrzucili projekt ustanowienia na terenie Zakrzówka zespołu przyrodniczo-krajobrazowego.

Zakrzówek z lotu ptaka (fot. Krzysztof Karolczyk/AG/Wyborcza)


Inicjatorami ustanowienia na Zakrzówku zespołu przyrodniczo-krajobrazowego byłi właściciele działek przyległych do tych terenów oraz Stowarzyszenie "Zielony Zakrzówek". Celem było powstrzymanie inwestycji firmy Gerium, obecnego właściciela dużej części terenów na Zakrzówku, w tym terenów, na których znajdują się skały.

Co taka decyzja Rady oznacza dla wspinaczy? Dotychczasowe ustalenia dają nadzieję, że wspinanie na Zakrzówku będzie nadal dozwolone. W planach Gerium jest utworzenie na intresujących nas terenach miejskiego parku. Miałby on powstać w ciągu dwóch lat. Zobaczymy, czy Gerium wywiąże się ze zobowiązań...

Czyżby okolica widziana przez nas na zdjęciu bezpowrotnie uległa zmianie? Cóż moim skromnym zdaniem, zdecydowanie tak się stanie, i zielona część Krakowa zmieni się na asfaltowo-betonowy plac. I tylko resztki tej enklawy ostaną się w swojej postaci. Lecz i tam pewnie wprowadzi sie sciezki, ławeczki, etc. I ta część Krakowa zmieni się w mocno zmodernizowany park.


Smutne to bo przecież Zakrzówek mógłby miec całkiem inną przyszłość, i być zielonym zapleczem tej częśći Krakowa. Ale taka zielona część nie przynosi zysków.

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Adrszpaskie Skały... po naszemu to miejsce niezwykłe, które odkryłem dla siebie w 1989 roku.

Pod koniec lat 80'tych i na początku lat 90'tych, Czesi niezbyt dobrze się do Polaków odnosili. Trochę się nas bali. Myślę że patrzyli się na nas, jak na hordy dzikusów, które chciały zalac ich malutki kraj, wykupując wszystko do cna w sklepach, wypijając ich piwo i uwodząc czeskie kobiety :). Zresztą akurat to ostatnie w pewnym sensie przychodziło nam łatwo :))) .... biorąc pod uwagę tradycyjnego połykacza piwa, z czeskiego miasteczka ( typ: płetwal czeski w niebieskich ogrodniczkach, 2 tygodniowym zarostem i sporym brzuszkiem) i naturalnie wrodzoną ciekawośc Czeszek :)

Oczywiście to tylko pewien profil tubylca, który zresztą się z czasem zmienił, tak jak i zmieniło się po 20 latach postrzeganie Polaków przez Czechów.

Wtedy po raz pierwszy zawitałem do Adrszpachu. Bywało się w różnych górach, większych i mniejszych. Jednak Adrszpach i Teplice zawsze w sercu trwac będą niewzruszenie, niczym Kochankowie (Milenci), ich najsłynniejsza formacja skalna.

Miałem to szczęście, że trafiłem przypadkowo na ciekawego człowieka, dzięki któremu u źródeł mogłem zapoznac się z tą częścią Gór Stołowych (po polsku) a Hejszowiną (po czesku). Pierwszy raz zawitałem tam dzięki swemu późniejszemu przyjacielowi Josefowi Rotterowi z Teplic. Kiedyś znany czeski biegacz narciarski, potem nauczyciel w szkole w Teplicach.

Góry Stołowe z polskiej strony tworzą swoiste, wypiętrzające się platformy skalne z kulminacją na Szczelińcu Wlk. (919 m n.p.m.)

Od młokosa ilekroc stałem na jednej z platform przed schroniskiem na Szczelińcu, zawsze pobudzały moją wyobraźnię góry po drugiej stronie granicy. Bliskie Broumowskie Ściany były wręcz na wyciągnięcie ręki ... jednak blisko nie zawsze oznacza łatwo. Dla mnie były to góry obwarowane czeską nieufnością. Granica była mocno patrolowana a historie o wyłapywanych polskich turystach, którzy nieopatrznie zapuścili się na czeską stronę, były stałym elementem piwnych opowieści w schronisku w Pasterce, czy Barze pod Kasztanem w Karłowie.

...Wracając jednak do Josefa... po naszym spotkaniu, na drugi dzień zabrał mnie do Adrszpachu. Pierwsza rzecz jaka mnie uderzyła, to jednak nie piękno skalnych formacji wyrastających wprost z ziemi, tuż obok małej stacyjki kolejowej, gdzie co jakiś czas zatrzymywały się "motory" ... a widok kilkudziesięciu niemieckich autokarów i tłumu niemieckich emerytów.

- Kurczę - pomyślałem sobie - o co biega? Bez sensu wydawało mi się przeciskanie pomiędzy tymi tłumami. Absolutnie nie odczułem jakiejś większej sympatii do tego miejsca. Nawet cudowne skalne formacje, nie były w stanie się obronic przed głośnym szwargoleniem.

Na szczęście szybko uciekliśmy od tłumów i zaszyliśmy się w miejsca dla turystów biletowych niedostępne. Josef był przewodnikiem, oraz zasłużonym instruktorem skałkowym, dzięki temu mogliśmy się zapuszczac w skały głębiej. Mimo znacznej różnicy wieku, rozumieliśmy się bez słów. Bez trudu zresztą radziliśmy sobie z porozumiewaniem się. To akurat było przywilejem pogranicza, że człowiek język czeski rozumiał. Telewizja czeska była na równi odbierana z programami polskimi a księżniczka Arabella w czeskiej wersji, do dziś mnie prześladuje ;-)

Za pierwszym razem tylko je liznąłem. Drugi raz umówiliśmy się, że tym razem pójdziemy w Skały na tydzień. Spaliśmy w chatce położonej wśród skał, przeznaczonej dla skałkowców. Dzieliliśmy prycze razem z kilkoma osobami które się tam wspinały. W skałach, mimo że to ścisły rezerwat przyrody, można się wspinac. Trzeba wykupic tzw. pernamentkę dla wspinaczy i raj się otwiera. A raj to kilkaset dróg w skałach o różnej skali trudności. Cudowne skalne ściany z piaskowca w których można odnaleźc wszystkie trudności, jakie można tylko sobie wymarzyc. Ściany niezwykłe od kilku metrów, do stu metrowych pionowych gładzi.

Przez te wszystkie dni poznałem skały od podszewki. Przeszliśmy cudownie dziką trasę od Adrszpachu do Teplic, przez skalny labirynt. Byliśmy w Jiraszkowych skałach a ten etap zakończyłem wspinaczką na Dzban ze Standą, jak się później okazało moim nowym kumplem z Pragi a późniejszym towarzyszem w czeskich wyprawach.

W skały wracałem jeszcze wielokrotnie sam lub ze znajomymi. Powoli stały się one wtedy ważnym miejscem na moich życiowych ścieżkach. Dzięki pracy przewodnickiej stały się także przez kilka lat, moim miejscem pracy i domem na kilka miesięcy w roku. Jako przewodnik górski nie raz prowadziłem w nie hordy dzieciaków i młodzieży. Czasami prowadziłem mniejsze ekipy aby powspinac się w skałach. Wtedy najczęściej zabierałem ludzi w okolice Zamku Skaly, by tam w absolutnej ciszy, móc się nimi rozkoszowac. Uwielbiałem wyjśc nad ranem z Zamku (mieszkałem tam u znajomej Czeszki) i dac dosłownie nura w skalny labirynt. Godzinami wtedy się przeciskałem przez szczeliny. Wychodziłem do góry bez zabezpieczenia, czy schodziłem szczelinami w dół na zapieraczkę. Znajomi zaczęli mówic że jestem polskim Rumcajsem :))). Niesamowity okres w moim życiu.

Jednak najbardziej uwielbiałem powracac tam zimą, kiedy cisza wwiercała się w uszy. Kiedy nie słychac było ptasich trelów a jedynymi śladami bytności były tropy zwierząt. Nieraz po pas w śniegu, stawałem się ludzkim buldożerem, bezczelnie naruszającym idealnośc śnieżnych połaci. Ale kto raz tego doświadczył w górach, ten na zawsze będzie już zarażony tą przypadłością.

Potem niestety miałem kilkuletnią przerwę. W międzyczasie z moich ukochanych gór przeprowadziłem się do Wrocławia. Zmieniłem pracę. Wypady w góry musiałem zacząc planowac, co było dla mnie dziwnym doświadczeniem. Wypady w Adrszpach, czy Teplice stały się rzadsze.

Jednak kiedy tylko nadarza się okazja, czasami udaje mi się zajrzec na stare śmieci. Tak było i tym razem. Nagła decyzja, zmiana trasy. Jeden dzień, na szczęście sprzęt w aucie na wszelki wypadek zawsze pod ręką i znów stanąłem u wrót Adrszpachu. Cisza, czapy śniegu i zero ludzi. Najpierw trasa zwykła, chciałem zobaczyc wodospad, który w zimę zamieniał się w piękny lodospad... a potem w trasę zimą zamkniętą... może inaczej ... wejście na nią jest na własną odpowiedzialnośc. O czym informują tablice w trzech językach.... A dalej.... dalej to już istne szaleństwo...

cdn

TagsTags: adršpašské skály 
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Trekking Trekking

Wczorajszy dzień miał być fajnym relaksem tzn. pobudka o 5:00 i o 9:00 wchodzimy na szlak na Babią Górę,wracamy ok 17:00 i mamy czas dla siebie,niestety życie miało dla nas inną wersje.

Planowo rozpoczeliśmy wyprawę Zawoja Markowe-Szczawiny,zielonym szlakiem do schroniska na Markowych  (1180m n.p.m.),trasa pokonana książkowo 1:30, mimo dużej ilości świeżego śniegu. W nowym schronisku zjedliśmy fasolkę po bretońsku,zagrzaliśmy się i wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w drogę na Babią Górę.

Gdy dochodziliśmy do szczytu pogoda się znacznie pogorszyła,widoczność była zerowa, wiał lodowaty wiatr z prędkością grubo ponad 100km/h z każdej strony, na twarzy odczucie jakby setki żyletek cieły skórę.

ja i Michał

Na szczycie Babiej Góry spędziliśmy zaledwie kilka minut żeby zrobić sobie fotki i nabrać sił na dalszą walkę z wiatrem. Podjęliśmy 3 próby zejścia ale za każdym razem kończyło się porażką, sił ubywało, a pogoda się trastycznie pogarszała,dlatego postanowiliśmy bez zastanowienia wykonać telefon ostateczny-GOPR!

Grupa babiogórskiego gopru dotarła do nas po ok.40min. chociaż w warunkach jakie mieliśmy trwało to całą wieczność!

Naoglądałam się za dużo filmów,wyobrażałam sobie,że po telefonie nagle zjawi się nad nami czerwony helikopter,na linie zjedzie ratownik,przypnie nas pojedyńczo do siebie,wciągnie na pokład i po kilku minutach będziemy grzać odmrożone dupki w siedzibie gopru ale to tylko na filmach, no i pogoda była tragiczna.

Byliśmy poubierani jak na plan wycieczki odpowiednio,dobre buty,bielizna termoaktywna,polar i ciepła kurtka no i czapy i rękawice, termos z herbatą,czekolada ale z uwagi że byłam babeczką dostałam od jednego z goprowców-pana Szafy jego kurtawę która była taka cieplutka,że w tych warunkach była jak zbawienie, mój Miś oddał mi swoje rękawiczki bo moje dwie pary już zamarzły na maxa.

ja zmarznięta na kość po godz.15:00

Miś

Po tym jak gopr napoił nas ciepłą herbatką i czekoladą zaczeliśmy schodzić w stronę Krowiarek, a więc w inną stronę niż mieliśmy auto ale to nie było ważne, bo wkońcu chodziło o nasze zdrowie. Schodziliśmy od tyczki do tyczki,mieliśmy zgarnąć po drodze 3 inne osoby które poległy i w międzyczasie też wezwały ratowników,trasa się niesamowice przeciągała,robiło się ciemno, sił było coraz mniej ale ze świadomością,że idziemy z ludźmi którzy wiedzą gdzie idą humory nam dopisywały.Pogoda była dramatyczna i już nawet goprowcy zgubili szlak.Zaufali gpsowi i poszliśmy bardzo ciężką trasą,śniegu po same cycki,zapadaliśmy się,nogi grzęzły między choinkami co dodatkowo osłabiało nasze wymarznięte ciała.W pewnym momencie panowie podjęli drastyczną decyzję wracamy kawałek i do góry pod stromą górę, a za nami było już tylko urwisko.Wtedy złapał mnie dół spowodowany wyziębieniem,zmęczeniem i brakiem nadzieii,że wyjdziemy z tego prędko.Na szczycie okazało się że wyszliśmy idealnie na szlak,cała grupa zareagowała nadzwyczaj entuzjastycznie,ale niestety widoczna była tylko 1 tyczka i co dalej!?!

Panowie z gopru przez ok.3h starali się znaleźć dalszy szlak, niestety bez efektu.My grupą 6 osób staliśmy za jakimiś choinkami które minimalnie chroniły nas od silnego wiatru.Padł pomysł rozpalenia ogniska ale nie dało rady.Staliśmy gadając o głupotach i milczeliśmy.W tym momencie kłębiły się różne myśli w głowie dotyczące sytuacji, życia,priorytetów,marzeń, wszystkiego.

W takiej sytuacji człowiek docenia maleńkie rzeczy których w codziennym życiu nie dostrzega.Nigdy tak się nie bałam o mojego Miśka jak wtedy,był dużo cieniej ubrany niż ja,twarz miał fioletową,pokrytą lodem,zmarznięty na kość, bez rękawiczek bo oddał mi swoje które już w tym momencie były zamarznięte, a mimo tego ciągle mnie wspierał i nie pozwolił mi się poddać.

W końcu goprowcy postanowili wezwać wsparcie, na pomoc wyruszyło 2 ratowników z Zawoji i po kilku z Suchej Beskidzkiej,Szczyrku i Cieszyna, akcja na całego. Czas oczekiwania na tych ludzi ciągnął się strasznie, mnie zaczynały brać zakwasy,dopadało zimno i zmęczenie,oczy się same zamykały.Gdy po dłuugim czasie zobaczyliśmy światła idące w naszym kierunku było to jak światło w tunelu w kieruku którego trzeba się kierować,znowu przyszła nadzieja, że już za chwilę będziemy w ciepłym autku i dotrzemy szczęśliwie do domku.Ratownicy uraczyli nas różnego rodzaju herbatkami,dużą ilością czekolady co dało niezłego kopa organizmowi.W tej chwili mieliśmy jakies 45min do zakończenia tej całej akcji.Nowe grupy ratownicze dołączały do nas na trasie,wyposażone w  gorące herbatki,słodycze,zapasowe ubrania i kupę optymistycznego podejścia do nas.Zejście przebiegło szybko i sprawnie,nie było łatwo,trasa oblodzona pokryta grubą warstwą śniegu ale "biegliśmy" jak szaleni z myślą, że na dole będzie już cudownie,bez tego wrednego wiatru.Na dole byliśmy ok 23:30,można powiedzieć,że zejście było bajedzne mimo rozwalonego kolana i zmęczenia ;)

Podsumowując byliśmy 26h w ruchu, z czego ok 15h w samym śniegu, ma się tą kondyche hehe <żarcik>

Na dole czekali już na nas pozostali goprowcy z nowymi zapasami twixów,delicji,kawy,herbaty ;) Tutaj już tylko spisali nasze dane ,my grzecznie podziękowaliśmy za ogromny wisiłek włożony  w akcję,oddaliśmy nieswoje rzeczy i razem z parą która razem z nami ocalała wróciliśmy do samochodu.

Wzywając gopr obawialiśmy się ich reakcji na nas, tzn myśleliśmy,że dostaniemy wykład na temat odpowiedzialności i ochrzan ;) Ochotnicy gopru okazali się niesamowitymi ludźmi, z pełnym poświęceniem wykonywali swoje obowiązki,wspierali nas i nie pozwalali myśleć, że może coś pójść źle.Poza tym pochwalili nas za to, że od razu wezwaliśmy ich, a nie czekaliśmy na ostateczność, bo ponoć ludzie reagują nieodpowiedzialnie i wzywają ratowników późnym wieczorem, będąc poza szlakiem, kiedy możliwości szybkiego odnalezienia drastycznie się zmniejszają.

W tym momencie chciałam podziękować bardzo mojemu mężowi "Miśku mimo tego,że fizycznie było Ci 100razy zimniej cały czas mnie wspierałeś i dbałeś o moją kondycje psychiczna.Wielkie dzięki kochanie!"

Dzięki też Michałowi który z nami szedł, że troszczył się o to żeby było mi ciepło  ;)

Wielkie dzięki wszystkim sekcjom gopru, które uczestniczyły w akcji ratunkowej na Babiej Górze w dniu 13.03.2010r

Na domiar złego,po drodze do domu czekała nas jeszcze jedna "akcja",na chodniku zauważyliśmy kolesia który cieniutko ubrany leżał na śniegu,więc zatrzymaliśmy się wzywając pogotowie,na szczęście po ocenie lekarza okazało się, że facet żyje.

Dzień okazał się bardzo ciężki,ale bogaty w nowe doświadczenia,nauczyliśmy się każdy czegoś o sobie i drugiej osobie, a Babia Góra hm jak to Diablak pokazała swoje pazurki.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 5 comments Wspinanie Wspinanie

  Jadąc na festiwal w Szczyrku, miałem trochę z góry negatywne nastawienie do tego wydarzenia. Pewnie dlatego ze jak co roku bywam na KFG w Krakowie. A do tego jako jedna z głównych gwiazd miała być Martyna Wojciechowska. Jakaś blondyna z BigBrothera i wogóle z telewizji, no dobra wiem wiem zdobyła Mont Everest, i co z tego?

  No ale jadę, bedzie kilku znajomych i co najważniejsze będą najnowsze filmy z Banff Festiwal, te które beda dopiero na KFG w grudniu 2010. To mnie głównie ciągneło. Faktycznie filmy z Banff były super, o wiele lepsze iż te z KFG w 2009. Przedewszystkim były rowery górskie, wspinanie, freeride, i inne "sporty", natomiast w grudniu w Krakkowie królował freeride, ja natomiast lubię zróznicowanie.

 

                fot. Grzegorz Jendrzej

  Potem nastąpiła MARTYNA o jezu i  jej "Korona Ziemi" nawet nie wiedziałem że ją zdobyła. I tutaj się bardzo co do niej pomyliłem bo miała naprawdę fajny pokaz, głównie poprzez to że był dobrze złożony, były zdjęcia, krótkie urywki filmów, odwołania do historii odkryć, i Martyna pokazała drugie swoje oblicze. Co to znaczy? hmm mianowicie, jej pokaz był bardzo osobisty, można było się dowiedziec wiele z jej życia osobistego, jak doszła do tego że dobyła koronę ziemi, jak pogodziła bycie matką z zdobywaniem gór, oraz z pracą zawodową i innymi hobby. Długo by pisać w kazdym razie mało było o górach, a dużo o drodze do nich oraz róznego rodzaju dygresji które związane były z głównym tematem pokazu "Korona Ziemi".

                fot. Grzegorz Jendrzej

   W każdym razie jak dla mnie był to jeden z fajniejszych pokazów jakie widzialem, lepszy chyba niż wszystkie pokazy na ostatnim KFG. Główną przyczną było to że Martyna cały czas wszystko komentowała. Osobisty komentarz nadaje pokazowi pewnego rodzaju wyjatkowość i widz czuje sie jakby historia opowiadana była tylko dla niego. I faktycznie tylko takie pokazy zawsze przynajmniej mi najbardziej się podobaja i zapadaja w pamęci. Na Krzysztofie Wielickim już nie zostałem , jego pokazy widziałem juz wielokrotnie, jak pierwsze w zyciu pokazy górskie, które nigdy nie zapomnę, i które zrobiły na mnie duże wrażenie.

  Ogólna ocena festiwalu bardzo pozytywna, impreza bardzo kameralna, mniej ludzi niż w Krakowie, i więcej znajomych, ale to już dlatego że sam mieszkam w Bielsku Białej i znam dużo ludzi z tego miasta, z widzenia i nie tylko z widzenia. Ludzi z KW BB, BKA, Speleoklubu BB i GOPRu.

  Do zobaczenia za rok.

 

TagsTags: wondół festiwal 
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Trekking Trekking

21/22 luty 2015

III prawdziwa Zimowa Wyrypa Beskidzka to hura optymistyczna impreza trekkingowa dla zapaleńców, ze wspaniałym regulaminem. Cyt:

„1. Wyrypa jest bez organizatora - spotkanie ludzi o wspólnej pasji.
2. Brak zapisów.
3. Uczestnictwo jest bezpłatne.
4. Każdy odpowiada SAM za SIEBIE.
5. TY decydujesz o wszystkim za SIEBIE.
6. Wyrypa odbędzie się bez względu na pogodę oraz ilość uczestników.
7. Brak gwarantowanych posiłków oraz noclegów.
8. Dojazd i powrót we własnym zakresie.”

 

W ub. roku byłam pierwszy raz, sama. Niepewna czy aby dam radę, ale dałam więc w tym roku bez zastanawiania wielkiego weszłam w temat.

 

Z ubiegłorocznej ekipy w tym roku jest nas pięcioro chociaż na wstępie wiemy, że Zdziś nie idzie do końca, ale jego obecność gwarantuje ognisko i boczek pieczony.

 

21_02_2015 jest kilka minut po siódmej. Zaczyna się formować startowa ekipa wyrypowa. Na razie z dwóch samochodów. Dori, Zdzisia i Grzesia znam, Łukasz i Dominik nowi.

początek ekipy startowej

 

O godzinie 7.40 ekipa z czterech samochodów wystartowała. Zeszłoroczne Jacki (czyli Jacek z synem Maćkiem) i nowi Małgosia i Rafał. Miała być jeszcze moja kol. Ela, ale sprawy rodzinne zatrzymały ją w ostatniej chwili. Szkoda.

 

Tu na pierwszym polu powyżej Rabki w pełnym składzie. Jest godzina 8.20

Pełna ekipa marszowa

Przy bacówce na Maciejowej. Zadowoleni, rześcy, świezi (!) chociaż to pierwsze podejście na Maciejową tak nas zgrzało, że pora się rozbierać. Część ekipy już się stołuje w Bacówce.

Jest godzina 9.20  

przy Bacówce na Maciejowej

Dzwoni Ela, że jednak jej sprawy „puściły”, może do nas jakoś dojechać. Umawiamy się na drodze 28 w Rabce-Zaryte, będziemy ją przecinać.

 

Międzylądowanie w Olszówce Tu spotkało się kilka grup startowych głównie po to by posilić się żelkami, mentoskami i innymi ciasteczkami spod znaku żubra.  

międzylądowanie w Olszówce

 

Kontrolujemy mapę, wyhaczamy skrót i z tymi co poszli szlakiem po ulicy spotykamy się po kwadransie w polu.

Przy pięknej pogodzie wychodzimy w Rabce na drogę, zdzwaniamy się z Elą.

Idą i się cieszą Smile

 

idą i się cieszą:)

 

 

Odtąd maszerujemy teoretycznie w grupie 11 osób, ale Grześ z Dominikiem mają tempo zdecydownie a’la ściganty więc zostawiają nas na podejściu na Luboń Wielki, ale to nic. Na Luboniu się spotykamy.

My wchodzimy, oni opuszczają schronisko. Przygotują ognisko. Trochę nam te przerwy zajmują za dużo czasu racjonalnie rzecz ujmując, ale nikt tu nie przyszedł na biegi. Pogoda sprzyja posiadom, widokom i humorom więc nikt nie przyśpiesza. Z Lubonia schodzi się szybko tym bardziej, że można zjeżdżać, z czego niektórzy skwapliwie korzystają.

 

Ognisko już płonie (Grześ z Dominikiem się spisali), minęli Luboń Wielki - cieszą się jeszcze bardziej.

 

radocha z ogniska

 

Po zejściu z Lubonia Wielkiego...


ognia blask

 

Wersja a'la wersal kawy na trasie. Zmanierowana turystka przyniosła sobie szklankę

 

wersal:)

 

Kto myślał, ten oszczędzał nogi nadwyrężając inne części ciała: ) Dupolot Doroty po wykorzystaniu

 

dupolot Dorotki po użyciu:)

 

Po ognisku - pojedli, popili, maszerują dalej!

 

po uzupełnieniu energii...

 

Tańcują....

 

roztańczeni:)

 


i znów maszerują. Ścięliśmy skróta na zielony szlak. Tydzień później szłam na Szczebel i na drodze drogowskaz Turbacz 6h!!! Gdybyśmy wtedy ten znak widzieli... Jakoś tak między sobą ustaliliśmy, że na Turbacz 3h jeszcze i nikt tego nie sprawdzał ani nie kwestionował.

Jest godzina 16 z minutami. Niedługo się rozdzielimy, ale na razie są wszyscy.

maszerują

 

1.50 dnia następnego - część ekipy, która dotarła do schroniska na Turbaczu. Od prawej Grześ, Ela, Jacek, Maciek i ja. Zasłużona przerwa na przedporanną kawę.

dotarliśmy do schroniska

 

Dalej idziemy już same. Zdawać by sie mogło, że to drobna końcówka, mam jednak przed oczyma znak sfotografowany rano na wyjściu z Rabki Undecided

 

 

Godzina 3.06 Na szczyt Turbacza doszłyśmy we dwie.

 

na Turbaczu

 

Doszłyśmy na Stare Wierchy

 

ostatnie schronisko

 

Dochodzi piąta rano. Na Starych Wierchach ja prezentuję już tylko obraz nędzy i rozpaczy. Już nie mam ambicji pcia kawy z wersalowej wersji. Zadawalam się kubkiem od termosa.obraz nędzy i rozpaczy

 

Świt na Maciejowej!

 

świt na Maciejowej

 

Minęła 6.30. Jest 22 luty 2015. Zrypane wyrypiarki na finiszu. Na górce, na której rano było zdjęcie startowe całej ekipy.

 

finisz mniej rześki od startu

 

Do samochodu jeszcze z kilometr. Ten kilometr był dłuższy od wszystkich 55 km, które mamy za sobą.

ALE DOSZŁYŚMY!!!! (fanfary w tle:)
W samochodzie jesteśmy 7.20 Do zamknięcia pełnej doby na nogach zabrakło 20 minut. Właśnie mam dylemat - jak te 20 minut traktować: sukces to czy porażka???

 

Teraz jeszcze do domu wrócić. Niby nic, ale kilkadziesiąt kilometrów za kierownicą. Sama zdziwiona jestem niepomiernie, ale nie zaliczałam kryzysu sennego przez całą noc. To mi się nie zdarza, a jednak. Teraz się zacznie.

Z Rabki wyjechałyśmy spoko. Przed Nowym Targiem mnie dopadło. Chyba zamknęłam oczy na ułamek sekundy. Natychmiast zjazd na cpn. Wysiąść i zmarznąć, to najlepsze przebudzenie.

 

Zostawiam Elę na Dworcu w Nowym Targu. Za 10 imnut ma autobus ja jeszcze parę km. Szyba na dół, ziąb w samochodzie i udało się. 

 

Za Wyrypę stawiamy sobie piątkę:)

 

Rzut oka wstecz  - Czy faktycznie było tak prawie na lajcie? Wcale nie. 56 km przeszłyśmy i to potężny wysiłek w śniegu. Nie do końca racjonalnie rozłożyliśmy trasę w czasie, ale świadomie i taki był nasz wybór.

Gdy rozdzielaliśmy się o zmroku w Rabie Niżnej nie przeszliśmy nawet połowy trasy. Zdziś zakładał, że tu skończy, Dori musiała wracać do pracy, Dominik przemczył buty, Łukasz z nimi przyjechał.

Na podejściu na Chabówkę wycofali sie Rafał i Małgosia z powodu obcierających butów.

Podejście na Turbacz dłużyło nam sie okrutnie. Jacek zaliczał poważny kryzys. Gdy zdawało mi się, że idziemy ostatni za nami wciąż dochodzili następni, z którymi spotykaliśmy się w chwilach odpoczynków. W schronisku na Turbaczu ludzie spali pokotem.

Doszedł nas tu Czarek z ubiegłorocznej ekipy, ale on zaczynał o 11.30

Jacki musiały odpocząć, Grześ był z nimi związany komunikacyjnie i dlatego dalej szłyśmy tylko we dwie. Też fajnie było dopóki Ela nie zauważyła CZEGOŚ W LESIE. Co to było? - nawet ona nie wie, ale coś było Laughing Przez chwilę miałyśmy stracha, szybko jednak zrobiło się wszystko jedno. Jest coś w lesie czy nie ma trzeba do przodu, a było już tylko z górki Smile

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Wspinanie Wspinanie

Kraków 18-12-2013, 16.30.
Kraków już spowiła mozolna ciemność. Nie ma jeszcze śniegu, ale klimat bardzo świąteczny. Czyli wszystko na swoim miejscu. Skorzystałem z dnia wolnego od zajęć i nadrobiłem zaległości w czytaniu "Gry z duchami" Joe Simpsona. Nie mogę oderwać się od lektury. Historia życia Joe jest niezwykła. W 1985 roku przy zejściu ze Siula Grande złamał nogę, na domiar złego wpadł do szczeliny i został pozostawiony sam sobie przez partnera, który samotnie wrócił do campusu, będąc zupełnie pewnym, że Joe zginął. Choć Joe tak naprawdę nie miał żadnych szans na wydostanie się z tarapatów, nie poddał się i przetrwał. Opis jego walki za każdym razem wyciska mi łzy. Joe z pewnoscią nie tylko miał niesamowicie dużo szczęścia, ale i wiary, za którą go niezwykle podziwiam. Coraz częściej myśląc o nim stwierdzam, że zbyt łatwo się na co dzień poddajemy. Joe nie poddał się do końca, chociaż na każdym kroku miał tysiące powodów, aby odpuścić. Do opisu tego andyjskiego dramatu utrwalonego na kartach "Dotknięcia pustki" bardzo często wracam. Do dzisiaj nie mogę nadziwić się z okoliczności w jakich wpadła w moje ręce. Zupełnie niespodziewanie, gdy życie mi się pokomplikowalo i nie wiedziałem, jaki krok postawić, chodź czułem, że jakiś muszę. W końcu historia Joe mocno mnie jakoś zdeterminowała i przełamałem "pierwsze lody". Mam więc wobec Joe pewien dług wdzięczności, którego chyba nigdy nie spłacę. Podśmiechiwałem się niegdyś ironicznie, jak książki mogą wpływać na życie. Miałem to za bujdę, a osoby zanużone w książkach po nos, za conajmniej bajkopisarzy. Ale ta jedna szczególna udowodniła, że się myliłem. Od tego właściwie czasu staram się bywać w górach częściej. Staram się od pewnego czasu znów powrócić na stare pozostawione w pamieci szlaki. Mam kilka starych map, trochę zdjęć, notatek. Moja ściana wygląda osobliwie z tym wszystkim. Byłoby fantastycznie, gdyby po drodze znaleźli się kompani, z którymi mógłbym dzielić tę pasję. Myślenie o tym wszystkim sprawia mi dużo frajdy i eksycytacji. I mam nadzieję, że starczy mi zdrowia i wysiłków, żeby zrealizować kilka fajnych planów jeszcze na ten rok. Pozdrawiam wszystkich zaglądających ;)
Patryk



 Na zdjęciu wspomiana Siula Grande, tutaj jej zachodnia twarz

1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Twardziel Świętokrzyski to impreza sportowo-rekreacyjna. Nie prowadzi się klasyfikacji generalnej, a ukończenie ma charakter honorowy. Osób biegających pojawia się bardzo malo. W tegorocznej edycji na ok. 145 osób, biegło może góra 10 osób. Reszta to wytrawni piechurzy. Nie mniej na trasie jest wiele punktów kontrolnych oraz prowadzi się pomiary czasowe, a na mecie najlepsi zostają nagradzani.

 

Wyjazd dosłownie w biegu, pakowanie na ostatnia chwile, balem się ze na miejscu wyjdzie, ze czegoś brak. Wystarczające było ze jechałem bez odpowiednich butów na warunki pogodowe. Kurier dotarł z  nowymi pachnącymi bucikami jak już byłem w Kielcach. Nie było wyjścia i zabrałem na trasę buty z goretex-em. Plusem okazało się ze były przydatne w miejscach bardzo mokrych, bagnistych i kałużowatych, których na trasie nie brakowało. Minusem oczywiście temperatura. Noc była tak parna i duszna ze woda wysychała w gardle migiem. Lasy tak ogrzane, ze w powietrzu unosił się pyl i kurz. Ukształtowanie terenu tak zróżnicowane, szczególnie na pierwszych 50km, ze można stracić zęby. W końcu to obok Sudetów najstarsze góry w Polsce co jest mocno odczuwalne na stopach. Korzenie, kamienie, przewrócone drzewa, piasek, błoto, kałuże, pola i cud techniki ubiegłego wieku asfalt towarzyszyło nam przez 100km.

 

Start nastąpił prosto z busa o godz. 20........

 

W bazie zawodów spotykam znajome twarze. Trochę się jeździ już na te ultra w terenie, wiec o towarzystwo łatwiej. Jest Ostatni wraz z Alina, jest Piotr - AleMocarz i kilka znajomych bezimiennych twarzy, które gdzieś zapadły w pamięci, przewijając się na szlaku. Baza znajduje się w centrum miasta na uczelni. Po oficjalnym otwarciu wszyscy zostajemy przewiezieni podstawionymi autobusami na Start do Gołoszyc. Prosto z busa wysiadając można było już napierać. Nie było oficjalnego 3,2,1.....

 

Szybko namierzam Piotra vel AleMocarza i ruszamy naprzód. Już wcześniej ustaliliśmy ze biegniemy razem. Ze szlakami to jest różnie a w nocy to już szczególnie, a przy prędkości to już w ogóle ciężko. Piotr jest tu po raz 5 chyba, wiec teoretycznie wie jak biegnie szlak i co nas czeka.

 

Większość uczestników to zdecydowanie piechurzy, od razu widać kto biegnie. Impreza traktowana treningowo, wiec nie ma mowy o ściganiu. Dobrać odpowiednie tempo i napierać. Główną motywacja to była chyba świadomość nadchodzącego porannego Słońca. Im szybciej skończymy, tym mniej nas z grilluje. Jak się okazało później temperatura podczas dnia dochodziła do 37 stopni C.

 

Gdy zaczynaliśmy było bardzo parno i duszno, im głębiej w las tym co raz gorzej. Noc nic nie zmieniła, parowało i suszyło jak diabli. Po za kilkoma miejscami, czyli strumykami, dolinkami i miedzy godz. 3, a 4 w nocy, gdzie można było złapać świeżego orzeźwiającego powietrza.

 

Woda lala się strumieniami. Suszyło nas jak dzika po żołędziach. Kilka punktów kontrolnych zaopatrzono w wodę. Dokładnie to 3 punkty, gdzie dostać można było minimalny przydział 0,5 L wody. W sumie na całej trasie 100km, wyszło 1,5 L od orga. Niewiele jak na panujące warunki, trzeba było sobie radzic samemu. Po drodze było pewne jedno źródełko z którego oczywiście skorzystaliśmy. Po za woda na 1 głównym punkcie kontrolnym, czekała micha pomidorowej z herbarta i kawa. Braki płynów uzupełniałem czym się dało, tutaj zatankowałem gorąca herbatę.

 

Pierwsze kilometry Piotr podaje nogę. Trzeba bardzo uważać, szlak wiruje kluczy i zakręca nieoczekiwanie w różne strony. Czujność tutaj popłaca. Przydaje się znajomość szlaku przez AleMocarza. Zdecydowanie łatwiej poruszać się z kimś takim. Dziękuje Piotrze, przez większość dystansu byłeś kierownikiem wycieczki.

 

Już na początku formuje się czołówka imprezy. Z przodu trzech zdaje się miejscowych napieraczy. Tuz za nimi My, czyli AleMocarz i wlodec. Za nami pozostali biegacze, w tym trzech których spotykamy za 1 mobilnym punktem kontrolnym. Zgubili szlak, musza wracać na punkt.

 

Szlak dla mnie to zagadka nigdy nie byłem w tym rejonie. Zróżnicowanie terenu robi naprawdę wrażenie i naprawdę można zrobić solidny trening i przetestować sprzęt.

 

Korzenie, kamienie, na jednym ze zbiegów naprawdę ostre groźne duże kamienie wystające tak ze nie ma jak stopy wbić, zbiegając tam  podejmuje się duże ryzyko i my je podjęliśmy i to w nocy.  Przewrócone drzewa, piasek, błoto, kałuże.

 

Ciężko mi zliczyć ile razy się potykałem, na szczęście zaliczyłem jedna nie groźną glebę. Wystarczająco  poobijałem się w sobotę w lesie. Tutaj doszło tylko kilka zadrapań do kolekcji.

 

Na punkcie z micha dochodzimy czołówkę. Tyle ze oni już kończą a my zaczynamy. W następnej wsi mamy stratę do nich ok. 3km. I wtedy gubimy szlak. Zakręceni wśród wyjących, szczękających  otaczających nas psów staramy się namierzyć, gdzie uciekł nam niebieski szlak. Jest to jeden z momentów trasy gdzie na chwile odbijamy na niebieski szlak, by po znaczonych punktach przez orga - bialych kropkach dojść do punku kontrolnego na schronisko. Tracimy na tym odcinku dużo czasu. W środku nocy łatwo zboczyć ze szlaku. Oznaczenia w niektórych miejscach pozostawiają wiele do życzenia.  W miedzy czasie dochodzi nas Stanlej, z którym to będziemy mijać się i widywać niejednokrotnie do końca trasy.

 

Deficytem jest woda i nie urodzaj na sklepy. Na trasie trafia się jeden o 7 rano pukamy do Sołtysa, który prowadzi sklep. Wreszcie upragnione jedzonko i woda. Później trafia się jeszcze punkt kontrolny w kanapkami, których i tak nie jem ze względu na zawartość.

 

W sumie trasę pokonałem na 7 zwykłych batonach, zupie pomidorowej, 2 bananach, herbacie, 0,5 L coli i wodzie, której obaliłem dobre kilka litrów. Od zeszłego roku nie spożywam żeli i innych ‘'sztuczniaczy'', a izotoniki tylko własnej roboty, w tym rajdzie miałem 0,5 L własnej produkcji.

 

Na ostatnich km dochodzimy Stanleja, z którym to tez razem wbiegam na metę z czasem 13h45min (4lokata). Piotr miał dosyć asfaltu i dotarł za nami tracąc 3 minuty. Czołowa trójka tez się podzieliła. Rewelacyjny czas uzyskał pierwszy uczestnik z czasem 11h27min.

 

Początek imprezy jak i szlak, towarzystwo i trening super. Całość popsuła organizacja na mecie. Wrócę tam, ale nie na ta imprezę, tylko na trening w doborowym towarzystwie.

 

Dzięki Piotrze za towarzystwo.

 

Przebieg Szlaku - suma podejść według miejscowego to 2500m - 100k

 

Gołoszyce - G.TRUSKOLASKA - G.WESOŁÓWKA - G.SZCZYTNIAK - G.JELENIOWSKA - Paprocice - G.KOBYLA - Trzcianka - ŁYSA G. /ŚW. KRZYŻ/ - Przełęcz Hucka - Podlesie - Kakonin - ŁYSICA - Św. Katarzyna - szlak niebieski Św.Katarzyna do Mąchocice Scholasteria - Schronisko Mąchocice - G.DĄBRÓWKA - G.KLONÓWKA - Masłów - G.DOMANIÓWKA - Dąbrowa - G.KRZEMIONKA -Tumlin Szkoła - G.GRODOWA - G.WYKIEŃ - G.KAMIEŃ - Miedziana Góra -Porzecze - G.BARANIA - Widoma - G.SINIEWSKA - G.PERZOWA - ścieżka eduk . i rowerowa przez Hucisko do Strawczyna - Centrum Sportowo - Rekreacyjne w Strawczynku

 

j

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Trekking Trekking

 

Dzień1.  Częstochowa- Katowice- auto Katowice- Przemyśl pociąg TLK- 44 zł. piątek/sobota

Dzień 2. Przemyśl -Lwów- autobus 20 zł -niemal 5 godzin jazdy :) -granica!!

bus Lwów- Sołotwina około 17 - 24- cena około 100 hr.


Dzień 3.  granica Słotwina- Syhot Marmaroski- ucieka nam pociąg i śpimy nad rzeką,

11.00 bus do Iacobeni 30 lei ( naprawdę staje na krzyżówce 2 km przed miastem)

około 14 pociąg do Vatra Dornei 2,80 lei 15 minut jazdy :)

 tu zwiedzanie, picie i jedzenie i szukanie noclegu... był nad parkiem obok wyciągu narciarskiego -ładna prawie płaska łączka na stoku:)

Dzień 4 Zaczynamy wędrówkę górską 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Trekking Trekking

Jest marzec, zarażona górską pasją spedzam czas z mapą w ręku planując kolejne wyprawy. Taka odskocznia od nizinnej rzeczywistości. Marzec, dobry miesiąc na rozpoczecie treningów. Odpowiedni tregning - wiadomo podstawa do wszelkiej górskiej aktywności. A tu niestety wciąż zimno, szaro, nawet śnieg się zdarza. Motywacją do treningu staje się jednak Bieg Korfantego, zawsze przecież chciałam w nim wziąć udział. Biorę sie ostro za bieganie. Górskie zakładki w przeglądarce ustępuja teraz miesjca zakładkom na temat biegania. No to ćwiczę, bięgam i rozciągam się. Jest trudno, nawet bardzo. Płacę za leniwą zimę. Ale biegam, biegam codziennie, co w sumie mądrym też nie jest, bo wkrótce zaczne odczuwać efekty przetrenowania. W kwietniu startuję w Biegu, kolejny cel zrealizowany i od tego momentu trening nastawiony jest na... góry :). Aż tu nagle przytrafił się czerwcowy wypad ze znajomymi, nie górski, wręcz przeciwnie, nazwijmy go integracyjnym ;-). Wypad kończy się dla mnie złamanym palcem u stopy (żeby było śmieszjniej jest to efekt gry w... siatkówkę) i złą diagnozą ("To tylko stłuczenie"). Czerwiec mija, palec boli, biegać się nie da, jedynie trochę na rowerze jeżdzę. Dlatego postanawiam w lipcu iść do lekarza (wcześniej zniechęcały mnie kolejki, zapisy, kolejki). Palec wciąż złamany, choć już się zrasta, gipsu na to nie dają, więc przyklejam palec do placa, w ten sposób go usztywniając i czekam na odrobinę dobrej pogody, zbieram ekipę i obwieszczam wszystkim: JEDZIEMY W TATRY, cele ambitne, więc trochę obawiam sie o formę.

Nie przewidziałam tylko tego, że pogoda w tym roku będzie tak niełaskawa. Ostatecznie zamiast w Tatry, jadę na jednodniową wycieczkę na Babią Górę, wciąż ze złamanym palcem. Pod koniec lipca wracam do biegania i juz snuję plany na sierpień (przecież niemożliwe jest, żeby całe dwa miesiące padał deszcz!). Jednak w sierpniu do problemu pogodowego dochodzi jeszcze problem znalezienia wspólnego terminu wyjazdu - takiego, który by wszystkim pasował. A mnie ogarnia tylko jedna myśl: po prostu muszę pojechać w Tatry!

Ostatecznie jadę z jednym tylko znajomym w "długi" weekend, jak się później okazuje rekordowy pod względem liczby turystów w polskich Tatrach. Plan wyglądał następująco: piątek - godzina 6:00 wyjazd ze Śląska, przyjazd do Poronina (gdzie szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazłam tanią kwaterę), a następnie wypad na Kościelec, być może jeszcze uda się Świnicę zdobyć; soobota - Dolina za Mnichem (muszę w końcu z każdej możliwej dla zwykłego turysty strony zobaczyć mój szczyt marzeń - szczyt dosłownie i w przenośni :) ), Wrota Chałubińskiego, następnie Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch i do Piątki; niedziela: Krywań, poniedziałek - Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem (naczytałam się, że jest najtrudniejszym szlakiem w Polsce, że mniej ubezpieczona niż Orla Perć, więc musiała znaleźć się na liście moich górskich celów). Niestety pogoda niepewna, z każdym dniem miało być lepiej, ale prognozy mówiły o możliwości wystąpienia opadów, o czym wkrótce przekonaliśmy się na własnej skórze.

Wyruszamy na szlak o godzinie 10:00, co zdecydowanie nie jest dobrą porą. Słońca, które jeszcze rano świeciło, już dawno nie ma. Co gorsza, nadciągają coraz ciemniejsze chmury. Jednak wciąż mam nadzieję, że nas nie zmoczy. Przezornie jednak jestem wyposażona w foliową torbę na aparat i woreczek na komórkę, a oprócz standardowego ekwipunku zabieram też mały, składany parasol. Gdy dochodzimy do Murowańca przeraża mnie tłum ludzi, łudzę się, że na szlaku do Czarnego Stawu będzie mniej tłoczno. Okazuje się jednak, że na szlaku mijamy się z ludźmi jak na przejściu dla pieszych w centrum dużego miasta. Koszmar - starsze panie, małe dzieci, biegacze, małogórska młodzież, turyści. Mam wrażenie, że cały kraj zjechał w Tatry i próbuje swoich sił z górami. Niestety w 90% przypadków bez odpowiedniego wyposażenia i często również bez wyobraźni. Nad Czarnym Stawem atmosfera piknikowa. Panowie siedzą z piwami w rękach, panie pozują do zdjęć, a dzieci bawią się tuż przy brzegu. Po krótkiej przerwie na drugie sniadanie opuszczamy te zgromadzenie i wyruszamy na Karb, na szlaku trochę mniej ludzi, ale o samotności można pomarzyć. Podobnie wygląda droga z Karbu na Kościelec. Po krótkiej wspinaczce osiągamy szczyt, a tam niespodzianka... Na górze siedzą zarażeni górską pasją moi znajomi ze studenckich czasów. Nie potrafimyy się spotkać w Katowicach, to spotykamy się w górach :). Niesamowicie uradowani tym spotkaniem na wysokim poziomie schodzimy razem z Kościelca. My wciąż w planach mamy Świnicę, oni chcą juz iść do Murowańca. Niestety po osiągnięciu Karbu zaczyna się ulewa, dlatego szybko rezygnujemy ze Świnicy. W takich okolicznościach przyrody zupełni mokrzy dochodzimy do schroniska. Tam też tłumy, wszyscy chcą się schronić przed deszczem, ale udaje się nam znaleźć miejsce na schodach. Na parapecie znajduję księgę wyjśc taternickich, na okładce księgi widnieje napis "Świnica, Kościelec, Zawrat to nie są wyjścia taternickie". Uśmiecham się do siebie i zastanawiam nad tym, co ludzie musieli tam wpisywać, że pojawiła się taka adnotacja ;-). Po upływie pół godziny, pogodzeni z tym, że to koniec na dzień dzisiejszy schodzimy w deszczu z gór.

Następnego dnia wstajemy o godzinie 6:00 i jedziemy do Moka, które osiągamy przed godziną 9:00. Pogoda znów niepewna. Słońce świeci, jednak ICM powiedział mi, że będzie padać. Na szlaku spotykamy TOPRowców, ale generalnie tłumów nie ma - przynajmniej na razie. Osiągamy Dolinę za Mnichem, a u mnie wzrasta poziom endorfin ;-). Po krótkiej, ale męczącej  wspinaczce meldujemy się na Wrotach. Tam obserwujemy chmury i za chwilę walczymy z deszczem oraz z gradem. Zły prognostyk, ale nie poddajemy się, pogoda nieznacznie się poprawia, więc walczymy dalej - Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch. Niestety baterie w moim aparacie odmawiają współpracy, dlatego pakuję go do pokrowca, torby foliowej i wkładam do plecaka. Zejście do Piątki okazuje się niezwykle przyjemne. Pokonywanie kolejnych łańcuchów wprawia mnie w bardzo dobry nastrój. Niestety to były ostatnie chwile radości drugiego dnia w Tatrach, bo pogoda zaserwowała nam kolejną ulewę. Wyciągam parasol. Obcy pan pyta mnie, czy zamierzam na tym latać. Mam jednak satysfakcję, gdy relatywnie sucha docieram do schroniska, a on zapewne jest przemoczony do suchej nitki. Gdy pijemy herbatę w schronisku myślę sobie, że nie ma źle - mimo kapryśnej aury udało nam się zrealizować nasze plany, a do tego od niedzieli ma być o wiele lepiej, bo bez deszczu.

Na niedzielę zaplanowaliśmy Krywań. Tym razem wstajemy o godzinie 5:00, jedziemy na Słowację i o 7:00 wyruszamy na szlak. Świeci piękne słońce i robi się coraz cieplej. Przez pierwszą godzinę jesteśmi sami na szlaku. W mojej głowie wciąż myśli o potędze żywiołu, gdy widzę pustą przestrzeń, która jeszcze parę lat temu stanowiła gęsty las. Z każdą godziną ludzi coraz więcej. Okazuje się, że bardzo dobrze znam słowacki ;-), bo z napotkanymi na szlaku Słowakami dogaduję się bez problemów, choć wcześniej mi to nie wychodziło. Pogoda tym razem przepiękna, choć chmur przybywa. Podejście na szczyt jest dla mnie magiczne, bo mogę się wspinać. W dobrych nastrojach zdobywamy narodową górę Słowaków. Na szczycie dużo ludzi, ale największym zaskoczeniem był pies - Deny, który na chwilę spuszczony ze wzroku właścicieli niebezpiecznie zbliżał się do krawędzi, a w pewnej chwili próbował dobrać się do moich krówek. Po przerwie obiadowej zaczynamy sesję fotograficzną - a to Zachodnie, a to Wysokie, a to Kasprowy, a to Gerlach. Widoki zapierające dech w piersiach. Dla takich chwil warto żyć! Tego dnia niezwykle zadowoleni schodzimy jeszcze do Szczyrbskiego Plesa i udajemy się do Poronina.

Trzy dni w górach zrobiły swoje - zaczyna mnie pobolewać juz prawie niezłamany palec i mam drobne otarcie, mięśnie też nie są już pierwszej świeżości. Jednak to ostatni dzień, w dodatku Mięguszowiecka Przełęcz, więc zbieram się w sobie i wstaję o godzinie 4:00. Szybko pakujemy bagaże i opuszczamy kwaterę, bo prosto z gór będziemy jechać do domu. Tym razem na Moku jesteśmy o godzinie 7:00. Prognozy pogody mówią, że po południu są możliwe burze, dlatego mam zamiar około godziny 14:00 być już w samochodzie i rzeczywiście udaje się nam to zrealizować. Szlak trudny, zwłaszcza do Kazalnicy, ale Orla na jeden raz była trudniejsza. Uśmiech na mojej twarzy wywołuje stadko kozic, które spotykamy po drodze. Gdy osiągamy Przełęcz, z Mieguszów schodzą taternicy, co powoduje, że zaczynam marzyć, że może kiedyś też tak gdzieś... Po krótkiej przerwie zaczynamy zejście, do którego motywują nas również nadciągające chmury. Niestety droga w dół jest o wiele mniej przyjemna. Co chwilę spotykamy "turystów". Jeden pan, wyraźnie pod wpływem, pyta nas, czy na górze jest budka z piwem, po czym zaczyna swój wywód na temat tego, że ten szlak go już wkurza... Dramat zaczyna się od Czarnego Stawu... Człowiek na człowieku, w końcu Moko tego weekendu odwiedzało 13 tys. ludzi dziennie. Przerażające statystyki. Wracając asflatem zapewniam sobie rozrywkę - liczę, ile osób jedzie w każdej dorożce. Na szczęście nie było więcej niż 14.

Pozytywnie naładowani górami wracamy do domu. Może jesienią uda się wyjechać w Zachodnie, a jeżeli nie to mam już plany na przyszłe lato!

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

TATRY RUNNING TOUR 2011 , Tatry Vysokie  - Strbske Pleso 29-31 lipca

 

TRT to trzy etapowe zawody, zrobione na wzór Tour de France. Po pierwszym etapie najlepszy zawodnik zakłada żółtą koszulkę lidera, najlepszy góral zieloną koszulkę, a najlepsza kobieta czerwoną koszulkę. Start i meta znajdują się w jednym miejscu na wysokości 1350m n.p.m. 

 

j

fot. Malwina

 

Etap pierwszy to nocny bieg dookoła Strbskeho Plesa na dystansie 3,5km.

 

Etap drugi to nieco ponad 12 km po tatrzańskich szlakach o przewyższeniu 300 m,  ze Strbskeho Plesa do Jambrichova na Jamske Pleso i z powrotem na Strbske Pleso. Na tej trasie znajdują się dwie górskie premie.

 

Trzeci etap zrobiony z myślą o najwytrwalszych góralach ze Strbskeho Plesa do Tatranskiej Strby i z powrotem po niebieskim znaczku zawiera 5,5km, z czego 2,5km non stop pod górę o przewyższeniu 350m!.

 

Średnia temperatura na Strbskim Plesie w miesiącu lipcu w dzień 16 stopni, a w nocy 11 stopni.

 

Pogoda nie rozpieszczała, mglisto, deszczowo i wilgotno podczas całego Tour'u.

 

Etap 1 - Piátek - 29 lipca Start 20:30 - Dystans 3,5km

 

 jj

 

 Pierwszy etap to etap rozgrywany w przepięknej nocnej scenerii dookoła Jeziora (Strbkse Pleso), z przygrywającą kapelą góralską na trasie, z wbiegnięciem na linię mety podświetloną lampionami stojącymi na ziemi i muzyką specjalnie zaproszonego DJ Dextera. Super. Bieg iście sprinterski, 3,5 km produkowania energii na najwyższych obrotach. Zajmuję 24 pozycję.

 

Etap 2 - Sobota 30 lipca Start 10:00 - Dystans 12,1km

 

jj

 

 

Pogoda podczas drugiego etapu to strugi deszczu, 12,1km po błotnistym, kałużowatym , trawiastym, mocno zakorzenionym i kamienistym szlaku. Różnorodność terenu sprawiała, że nie można było się nudzić. Śliskie kamienie i korzenie dodawały extreme do biegu. Podczas tego biegu leże dwa razy, zdzierając sobie skórę do krwi i tłucząc kolano. Zajmuję 18 pozycję.Po biegu tombola i Party Running Tour.

 

Etap 3 - Niedziela 31 lipca Start 10:00 - Dystans 5,5km

 

jj

 

Najtrudniejszy etap podcza Tour'u. 2,5 km zapychania non stop pod górę na przewyższeniu 350m. Dwa poprzednie etapy kosztowały wiele wysiłku, a tutaj jeszcze taki finisz imprezy. Najpierw 3km ostrego zbiegu w dół po błotnistym i mokrym terenie, a póżniej już tylko pod górę i pod górę. Zajmuję 21 pozycję.

 

j

fot. organizator

j

fot. organizator

 j

 fot. L.Pawlowski

Zawody świetne, organizacja super, terenu nie trzeba przedstawiać. Bieganie po Tatrach to magia. W klasyfikacji generalnej zajmuję 20 miejsce.

 

Wyniki, zdjęcia, film.....

 

 http://www.run.panoramaresort.sk/main.php?page=7-sk-Vysledky

 

 http://www.run.panoramaresort.sk/main.php?page=12-sk-Fotogaleria

 

http://www.run.panoramaresort.sk/main.php?page=24-sk-Video_z_pretekov

 

Oprócz tych trzech zawodów zaliczyłem jeszcze jeden bieg....... Otóż z Malwiną nocowaliśmy w schronisku nad Popradskim Plesem 1500 m n.p.m., czyli godzina drogi szlakiem w górę od Strbskeho Plesa. I tak co dzień z góry schodziliśmy na zawody, by z powrotem wchodzić znów pod górę. Raz w deszczu, raz bez, w zależności jak trafiliśmy na opady, mniejsze lub większe z różnymi przygodami.Smile

 

Piątowy nocny powrót po zawodach ze Strbskeho do schronu nad Popradksim Plesem będzie na pewno długo wspominany. Czerwony szlak usłany kamieniami, w nocy stanowi ciężką przeprawę. Mimo światła z czołówki zaliczam glębę. Po nocach tatrzańskimi szlakami nie chodzi się, no ale trzeba było. Ale to nic co zrobiliśmy w sobotni wieczór......

 

Sobotę postanowiliśmy urozmaić sobie i o godz. 19:30 wybraliśmy się na przełęcz pod Osterwą 1966m n.p.m. Idąc mieliśmy nadzieję na zachód Słońca. Brakło 5 minut do przełęczy, aby podziwiać piękny zachód Słonca. Przyszło nam go oglądać z nieco niższej perspektywy, ale i tak był cudowny.

 

Oczywiście nie w całej okazałości, bo chmury królowały nad Tatrami. To był jedyny moment podczas naszego pobytu w Tatrach, gdzie Słońce tak mocno wypuściło się, albo raczej chmury pozwoliły dotknąć promieniom słonecznym Ziemi.

 

Z przełęczy przyszło nam wracać w półmroku, a końcówkę właściwie już w mroku. Podróż z góry postanawiamy odbyć biegnąc. Drogę z prawie 2000 m n.p.m. do schronu na 1500 m n.p.m pokonujemy zbiegiem w 20 minut.Wink Normalnie czas przebycia szlaku wynosi 45minut. Nocą po Tatrach też się świetnie biega. :-).

 

Atrakcji nie brakowało, Poprad, mecz hokeja, przygody ze Staszkiem i Bogusią, degustacja Tatranskiej Caji,  podróż PKP z Krakowa do Czewy........oj wiele się działo.

 

j

j

j

j

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

TransJura 2011

 

Informacje podstawowe:


Data imprezy: 1-3 lipca

Start: 1 lipca godz. 21.00 Stary Rynek Częstochowa

Meta - Kraków ul. Pigonia - Szkoła Podstawowa

Dystans: 161,7 km

Limit : 48 h

 Przewyższenia: 2270 m sumy podejść  i 2300 m sumy zejść.

Trasa: Pieszy Jurajski Czerwony Szlak Turystyczny „Szlak Orlich Gniazd"

 

 

j

 Przed startem fot. Mateusz Tęcza

 

Impreza, jakiej nie mogłem odpuścić, mimo zaplanowanego tydzień wcześniej ‘'Rzeźnika''. Plan był taki , aby po Bieszczadach, zaliczyć Transjurę marszem. Sprawy tak się ułożyły, że ‘'Rzeźnik'' został przełożony na przyszły rok, tym samym otworzyła się droga do zaliczenia Transjury ‘'na szybko''. Plan zakładał przebiegnięcie 100km, wiedziałem, że tyle jestem w stanie przebiec, resztę zamierzałem pokonać marszobiegiem i w końcu marszem. Całość chciałem ukończyć w 25 godzin......

 

Piątek godz. 15.00

 

Odbieram numer startowy 91, bez mapy, mapy jeszcze nie dojechały z Krakowa.

 

Godz.20.00

 

Odbieram mapę, rozglądam się dookoła, szukam znajomych, ale też patrzę na ilość uczestników.  Znajomych nie widać, uczestników też jakoś mało. Z 112 zapisanych zawodników, ostatecznie wystartowało 47 osób. Myślę, że główną przyczyną tej frekwencji była prognoza pogody, która nie była optymistyczna, wręcz fatalna, ale prognoza to tylko właśnie prognoza, wcale tak nie musi być jak zapowiadają. I  tak też było, pogoda do biegania idealna 10-16 stopni, bez opadów.

 

Godz. 20.30

 

Przybywają dopingować - Włodek, Madlen, Jaqub i Emte. Wkrótce pojawia się Boru z rodziną i Damzac. 

 

j

fot. Mateusz Tęcza

 

 

Godz. 21.00 Start

 

Przez pierwsze 3 kilometry start honorowy, całą zwartą grupą pod eskortą policji ruszamy po przygodę, błyskają flesze, z tyłu dziewczyny krzyczą ‘'nie biegnijcie'' Smile.

 

Po  3km skręt w prawo w pola i ostry start, każdy przyjmuje swoją taktykę dotarcia jak najszybciej do Krakowa.

 

Biegnę razem z damzi, borem.  Po chwili boru zatrzymał się, chyba zawiązać buta, damzi w krzaczki ‘'siusiu'' i zostałem sam.  Trochę zwolniłem, aby mnie dogonili. Oglądam się ale ich nie ma. Nie ma to tamto, trzeba napierać do przodu.  Dopiero po jakimś czasie damzi mnie doszedł. Akurat byłem w grupie czteroosobowej, gdy damzi doszedł, zaczęliśmy się im powoli urywać.

 

Odcinek nocny miałem w jednym palcu, tydzień wcześniej przejechałem go rowerem Smile. Nawigacja w ciemnościach i momentami we mgle szła sprawnie, bez wyciągania mapy. Mapę dopiero wyciągnąłem w okolicach Morska nad ranem i jakie mnie spotkało zdziwienie, ale o tym później.

 

 Damzac gnał do przodu jak szalony, co przekładało się też na zajmowaną pozycję a i też trzeba było dotrzymać mu kroku, aby chłopak się nie pogubił Smile.

 

Robiłem za nawigację co jakiś czas dyktując kierunek : ,, w prawo'',  ‘'  w lewo'', ‘'prosto''......Smile.

 

Pierwszy punkt  na Górach Towarnych 14km, meldujemy się na trzeciej i czwartej pozycji. Na drugim punkcie Olsztyn 16,5km, odhaczamy się jako pierwsi. Jesteśmy zdziwieni, bo przed nami przecież było dwóch zawodników, jak się później okazało, przebiegli tak szybko, że pani nie zdążyła ich zaczepić tak jak nas, że to punkt kontrolny. Gdyby nas nie zaczepiła również byśmy ją ominęli.

 

Do tej pory odcinek nawigacyjnie łatwy, następne kilometry to Sokole Góry, gdzie jest mnóstwo ścieżek, dróżek....  Poszło sprawnie, za Sokolimi Górami widzimy przed nami czołówki. To prowadząca dwójka.

 

Na punkcie trzecim w Janowie 30km meldujemy się jako pierwsi.. Minutę za nami poprzednio prowadząca dwójka. Jestem w szoku, bo jeden z nich to nie kto inny jak Maciek Więcek. Myślałem, że nie wystartował, skoro nie prowadzi Smile.

 

Na punkcie czwartym 36km mamy już do Maćka i jego kompana 3 minuty straty. W Ostrężniku damzi dokonuje planowane wycofanie się. Od tego momentu radzę sobie sam.

 

Na punkcie piątym Mirów Wielka Góra 47,5km jestem na trzeciej pozycji. Tuz za mną Robert Kędziora.

 

Na punkcie szóstym Mirowskie Skały jestem pierwszy, 3 minuty walę w namiot i auto, bo sędziowie śpią w najlepsze. Zastanawiam się, gdzie Maciek i jego kompan, musieli pomylić trasę, co nie zmienia faktu, że teraz prowadzę wraz z Robertem.

 

Na punkcie siódmym Młyny 56km, meldujemy się już razem w czwórkę. Punkt odżywczy, więc zaopatrujemy się w smakołyki.

 

Na punkcie ósmym Kocikowa Wola 80,5km zajmuję czwartą pozycję. Zaczynają się pierwsze dolegliwości. Co spowalnia moje tempo.

 

Na punkcie dziewiątym Cieślin 101km jestem już ósmy. Ucinam miłą pogawędkę z sympatyczną koleżanką, która częstuje mnie pysznymi poziomkami Smile, do tego wafelki, ciasteczka, banany i woda. Raj na trasie Smile.

 

Kolejny punkt nr 10 - Olewin.  W drodze do niego wyprzedza mnie jeden zawodnik.  Na ‘'dziesiątce'' punkt odżywczy, tylko co mam jeść, jak najadłem się na poprzednim punkcie. Do plecaka ładuję bananka i zjadam wafelka. Delektuję się też szybko zaparzoną herbatką - wreszcie jakaś odmiana płynów. Do mety zostało tylko i aż 42km,maratonik  Smile, jestem na dziewiątej pozycji, którą to utrzymuje do samego końca.

 

W między czasie cały czas przychodziły sms'y z dopingiem od przyjaciół i znajomych. Po jednym z takich sms'ów wydaje krzyk wojownika i ruszam do przodu. Dziękuję za wsparcie, w momentach kryzysu takie sms'y pomagają.

 

Punkt nr 11 Sułoszowa 130km przynosi mi ratunek w postaci mapy. Historia z mapą to taka, że z przyzwyczajenia (na treningach biegam z laminowanymi, a ta nie była) schowałem ją za pazuchę. Wspominałem, że wyciągnąłem ją dopiero w Morsku nad ranem, czyli po jakichś 9 godzinach napierania.

 

Pod wpływem wilgoci i potu ‘'z tarła'' się , że ledwo co mogłem odczytać. Co ciekawsze fragmenty zachowałem i z nich korzystałem, reszta nie nadawała się do użytku.

 

Słowa chłopaka na punkcie jedenastym : (mocno zdziwiony co trzymam w ręku) , co to mapa?.Smile

 

Poratował mnie dając swoją, za co serdecznie dziękuję mu.  Udając dalej się polami w stronę wioski, mijam chłopa z krówkami. Pytam , czy to aby nie byczek, co bym nie hycał w podskokach. Na szczęście to tylko miłe krówki, które bardziej bały się mnie niż ja byczka.

 

Te ostanie kilometry ,ciągle samotne , były najgorsze. Bardzo dużo asfaltu, problem z poruszaniem lewą stopą , z którą miałem problem mniej więcej od 100km. Musiałem gdzieś uderzyć, nadwyrężyć, gdy noga zjeżdżała na kamieniach, lub potknąłem się gdzieś i lekko spuchła z prawej strony, ale to dopiero na mecie zauważyłem. A tak zastanawiałem się co jest grane z tą stopą, odcisk odciskiem, ale ciągle coś nie było tak, jak potrzeba. I do tego asfalt. Wiecie jak kocham asfalt, prawda?!.

 

Już  w Niegowej na 40-50km poczułem skutki  asfaltu, gdy dwa razy w krótkim odstępie, złapał mnie okropny ból w okolicy kolana. Wiecie, że to był moment, gdzie pod uwagę brałem wycofanie się , jeśli nie przejdzie. Uff, ale przeszło i później nie było już z tym problemu.

 

Wracając na ostatnie 30km do Krakowa.  Było trochę ‘'zamoty ‘'na szlaku, ciemności i moja pierwsza wizyta w tej okolicy, sprawiły, że straciłem z dobrą godzinę na błądzeniu. Czołówka też już nie domagała. Świeciła oczywiście, ale już nie tak intensywnie jak powinna. Poprzedniej nocy pracowała na pełnych obrotach.

 

Poziom baterii nie inaczej musiał obniżyć się. Minus taki , że widoczny szlak docierał do mnie z lekkim opóźnieniem, ale jestem już do tego przyzwyczajony. Plan zakładał zmieścić się przed drugą nocką, więc nie brałem baterii na wymianę. Znowu nie było tragicznie, po prostu wymagam od sprzętu maximum możliwości, skoro ja daję z siebie wszystko to i sprzęt też musi. Reasumując baterie były w takim samym stanie co ja. Smile

 

W Ojcowie tracę ok. 20 minut albo i więcej, bo jakiś ‘'pajac'' siedzący z dziewczyną na ławce, powiedział mi, że nie daleko jest punkt kontrolny, na dole. Okazało się, że za pajacował. Żadnego punktu tam nie było. W między czasie wsiadł w auto i uciekł. Słaby byłem, ale siły na zlanie tyłka znalazłbym jeszcze.

 

W tym momencie doszło mnie czterech zawodników. Jeden z nich podążał z psem od samego startu. Jak się później dowiedziałem zawodnik i pies Baśka, wycofali się na ostatnim punkcie za Ojcowem.

 

Chcąc utrzymać dziewiątą pozycje, ruszyłem mocno do przodu. Jeden z nich skomentował mnie ‘' ale Ty masz żwawe ruchy!'' i tyle mnie widzieli Smile.

 

Punkt trzynasty Kwietniowe Doły na 151 km, do mety ostatnie 10km totalna monotonia. Właściwie szlak prowadził cały czas prosto po asfalcie, drogach gruntowych i w końcówce między polami, m.in. przez Czerwony Most, pod którym należało przejść, gdzie była sama woda.

 

Na  160km nasz szlak odbijał przed długo oczekiwanymi torami, następnie w drogi osiedlowe na osiedle, na którym znajdowała się szkoła. Zakręciłem się na tym osiedlu, ale przez jakieś działki całkiem z innej strony trafiłem na metę!!!.

 

Przywitała mnie sympatyczna koleżanka wraz z drugą. Dostałem michę jakiejś zupy oraz pełny talerz makaronu z mięsem i surówką. Zupę ‘'wciągnąłem'', ale na resztę mój żołądek nie miał ochoty. Materac szkolny jako łóżko, poducha z torby i upragniony sen, wreszcie.

 

Do mety dotarłem po 29 godzinach i 44 minutach zajmując 9 miejsce.

 

j

 

 

Kilka zdań o :

Impreza cudowna, te szlaki, tereny, błądzenie, mapa , kompas rewelacja. Cieszę się, że wreszcie ktoś wpadł  na pomysł organizacji takiej imprezy, to aż dziwne, że do tej pory tam nic się nie działo, że taki piękny teren nie jest promowany poprzez takie imprezy.

 

Ludzie spotykani na szlakach, mieszkańcy Jury, są bardzo sympatyczni. Dużo rozmawiałem, zaczepiałem, mnie zaczepiano, pytano co to za zawody ,skąd, dokąd, jak, gdzie, kto to organizuje itd.

 

Gdy odpowiadałem, że z Częstochowy do Krakowa,  widok ich min był bezcenny.

 

Anegdotka kolegi na mecie :

Tubylec pyta się go: skąd biegniesz?

Kolega : z Częstochowy!

Tubylec : ale ja nie pytam skąd jesteś, tylko skąd biegniesz?

Kolega : no z Częstochowy!

Tubylec : a to gdzie Cię wysadzili ?

Smile

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Mistrzostwa Polski w Długodystansowym Biegu Górskim - Bieg Gór Sowich

Ludwikowice Kłodzkie  - 14.05.2011

Dystans 28k - 2 rundy po 14km

Przewyższenie na 2 rundach +1,140/-1,140 M. /8,14 %/

j

 

      W ten przepiękny, nie odkryty do końca, tajemniczy, pełen atrakcji  rejon Gór Sowich, wybraliśmy się pięcioosobowym składem. Tak złożyło się, że każdy pasjonat biegów górskich reprezentował inne barwy; Kazik - RMD Montrail, Marek - WBK Meta Lubliniec,, Darek - NGB Kłobuck, Kucharz - Zabiegani Częstochowa, wlodec -Zabiegani / Planeta Gór (oficjalnie moje barwy Smile ).

 

Razem stanowiliśmy zgraną, pełną humoru ‘'paczkę', która podążała pięknymi rzepakowymi polami, pachnących miodem, do bazy noclegowej w Ludwikowicach, by dnia następnego o godz. 11.00 stawić się na linii startu trudnego Biegu Gór Sowich.

 

      Pięknie odremontowany budynek starej szkoły, w którym aktualnie znajduje się Dom Europejski dla młodzieży ugościł nas bardzo sympatycznie. Warunki naprawdę rewelacyjne, obsługa też Smile, a mój nos zaprowadził nas na strych, z którego zrobiliśmy sobie bazę na czas zawodów. Smile.

 

Wolną chwilę spędziliśmy na zwiedzaniu okolicy oraz swojskich klimatów.

 

j

 

       W sobotę o godz. 11.00 nastąpił start, na którym stawiło się ok. 100 osób. Pierwsze kilometry to mocno selektywny podbieg na Wielką Sowę, gdzie można było się mocno zagotować, zwłaszcza, gdy dogrzewa Słonko.  Pierwszy punk odświeżania dopiero na szczycie, czyli po 5300m. Dobrze, że zbieg był  zaciemniony drzewami. Zbieg bardzo wymagający, długi, kamienisty, a na płytach bardzo stromy. Boki siadają, dosłownie.

 

       To właśnie na tych najbardziej stromych odcinkach wywalczyłem sobie pozycję. Nigdy tak szybko jeszcze nie zbiegałem. W zeszłym roku po biegu Marduły w Zakopanem powiedziałem sobie, że muszę poprawić technikę zbiegu. Udało się. Wczoraj na zbiegach byłem naprawdę szybki. Na pierwszej rundzie odskoczyłem dwóm zawodnikom, na drugiej rundzie po pięknej walce z biegaczem, z którym ścigałem się od dłuższego czasu, wyszarpałem 29 lokatę. Myślałem, że nie dam już mu rady, kilka razy wyprzedzaliśmy się, w pewnym momencie uzyskał naprawdę dużą przewagę dochodzącą do 400m. Jednak szybkość na stromych odcinkach pozwoliła mi go dojść i tuż przed wypłaszczeniem go minąć Smile.

 

        Zdobycie Wielkiej Sowy po raz drugi było nie lada wyczynem, niestety nie byłem do końca zregenerowany po ostatnich treningach i tempo spadło. Dzień przed zawodami wchodząc na piętro odczuwałem bóle po treningach. Nie wiedziałem czego się spodziewać, po cichu liczyłem na pierwszą trzydziestkę. Na szczęście udało się, cel osiągnięty, jestem bardzo zadowolony i  mam nadzieję , że moi najwierniejsi kibice, których jest coraz więcej również. Dziękuję za miłe słowa, doping, kibice są ważni dla mnie, doceniam  Was, dzięki.

 

Gratuluję wyników i ukończenia kolegom, szczególnie Kazikowi za zajęcie 1 miejsca w swojej kategorii.

W tomboli trafiło się0,5 kg puszkę z proszkiem izotonicznym + bidon, koledzy jednym głosem stwierdzili, że to po to abym następnym razem był jeszcze szybszy. Smile

 

czas 2:24:19, miejsce 29

 

 wyniki : http://www.hbmedia.pl/wielkasowa/wyniki.xls

 

 j

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Trekking Trekking

Trasa: Terchova Biely Potok - Diery - Medzirozsutce- Mały Rozsutec -Medzirozsutce - Medziholie - Stefanowa -Terchova Biely Potok.

Szlaki: Niebieski -Zielony -Niebieski - Zielony- Żółty -Niebieski

Czas przejścia (mapa): 5 godzin 40 minut (może się przedłużyć o około godzinę, gdy zdobywamy też Wielki Rozsutec)

Mapa: Mała Fatra, Vratna nr 110, skala: 1:50 000, wyd. VKU Harmanec

Pasmo górskie: Mała Fatra (Słowacja).

 

 

Mały Rozsutec z polany Podziar

 

 

Wycieczka ma bardzo urozmaicony charakter i dość duże przewyższenie. Wymagana jest dobra kondycja i obycie z korzystaniem ze sztucznych ułatwień typu drabinki, łańcuchy itd. Trasa wiedzie przez najtrudniejszy odcinek szlaku na Małej Fatrze - kominek-rampę z łańcuchami w znacznej ekspozycji. Reszta szlaku to piękna wędrówka przez łąki i lasy wokół masywu Rozsutców - reklamowanych jako "najpiekniejszy masyw Słowacji".

 

Mapa

 

Trasa wycieczki

 

 

Wykres przewyższenia i długości wycieczki

 

Szlak rozpoczyna się na ostatnim przstanku w Terchovej Bielym Potoku. Tam na dużym i darmowym (!) parkingu możemy zostawić samochód, jeżeli jesteśmy zmotoryzowani. Niebieskie znaki prowadzą obok ogrodzonego pola biwakowego w górę doliny- po kilkuset metrach wchodzimy do wąwozu, którego dnem płynie potok. Wejście do wąwozu prowadzi przez rodzaj pięknego skalnego korytarza, w którym poruszamy się po zawieszonych nad potokiem stalowych kładkach. Za szczeliną mała kotlinka (wlewo odchodzi żółty szlak na tzw. Nove Diery -ok. 30 min.)z niej zaś trochę szerszą dolinką przez pierwszą dość ciekawa drabinke i inne sztuczne ułatwienia, aż na przepiekną polanę Podziar ze starymi szałasami (w jednej z nich znajduje się czynny bufet, wspaniały widok na Mały Rozsutec). W ten sposób przeszliśmy szlak zwany Dolnymi Dierami.

Wąwóz w Dolnych Dierach

 

 

 

 

Następnie niebieski szlak zagłebia się w doline Hornych Dier - tu napotkamy liczne, dość długie drabinki, pomosty, barierki oraz łańcuchy. Oczom naszym ukażą się piękne liczne mniejsze i większe wodospady i piękna, wyżłobiona w skale przez potok dolinka. Szlak jest nieźle zabezpieczony i dla wprawnego turysty raczej bezpieczny, ale należy uważać na niektóre niekompletne albo lekko rozchwiane drabinki i zabezpieczenia.

 

 

Horne Diery

Horne Diery

 

Stopniowo lasem wchodzimy na rozległe łąki i oczom naszym ukazują się oba skaliste masywy: po prawej Wielkiego, a po lewej Małego Rozsutca. Przez Sedlo pod Tanecnicou dochodzimy na Sedlo Medzirozsutce (zadaszona drewniana wiata i ławki). Stąd czerwonym szlakiem kierujemy się na Małego Rozsutca. Najpierw przez łąkę, a następnie stromo w górę, aż pod skały, gdzie zaczyna się rodzaj komina- rampy zabezpieczonej łańcuchami (Uwaga: po prawej znaczna ekspozycja!). Przez łańcuchy i drewnianą kładkę stromo w górę. Najtrudniejszy jest ostatni, stromy odcinek łańcucha z dość mocno wyślizganymi stopniami.

 

 

Mały Rozsutec z Sedla pod Tenecnicou

 

Wielki Rozsutec z Sedla pod Tanecnicou

 

 

Wspinaczka po łańcuchach na Mały Rozsutec

 

 

Po przejściu łańcucha w kilka minut osiągamy szczyt Małego Rozsutca (1343 m.), z którego rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama. Ze szczytu możemy zobaczyć min. Wielkiego Rozsutca, główny grzbiet Małej Fatry, Tatry Zachodnie, a także Tatry Niźne. Od północy zobaczymy całe pasmo Beskidzkie z Jawornikami, Beskidem Żywieckim itd.

 

 

Na Małym Rozsutcu- widok w strone Wielkiego Rozsutca

 

Z Małego Rozsutca w stronę głównego grzbietu Małej Fatry

 

Z Małego Rozsutca na zachód

 

Następnie tym samym zielonym szlakiem schodzimy na Sedlo Medzirozsutce i tutaj możemy kontynuować wędrówkę stromo w górę na Wielkiego Rozsutca (1609 m.) (przepiękna panorama)  czerwonym szlakiem, a następnie zejść (częściowo po łańcuchach) na Sedlo Medziholie. My wybraliśmy trawers Wielkiego Rozsutca od wschodu malowniczym niebieskim szlakiem wiodącym pod skałami masywu Rozsutca, a następnie przez kwietne i piekne łąki poprzetykane kosówką i jałowcem, aż na Sedlo Medziholie. Tutaj na przełęczy znajduje się drewniana, zadaszona wiata i ławeczki. Można tu odpocząć podziwiając piękny i wyniosły masyw Wielkiego Rozsutca od południa i malutkie ludziki schodzące stromo z jego skalistej grani, a także ciągnąca się na południowy zachód główną grań Małej Fatry ze Stohem, Poludniowym Gruniem, Chlebem i Wielkim Krywaniem.

 

Z sedla Medziholie na Wielki Rozsutec

 

Tablica

 

W stronę Stefanowej

 

Dalszy szlak zielony prowadzi dość monotonnym zejściem wśród lasów, a następnie łąk do wsi Sefanowa (liczne chaty i restauracje, a także wiele możliwości noclegowych). W Stefanowej żółtym szlakiem idziemy w kierunku, znanej nam już polany Poziar, a następnie niebieskim szlakiem Dolnych Dier do naszego punktu wyjściowego - Terchovej Bielego Potoku, gdzie, wygrzewając się w słońcu możemy usiąść i delektować się wspaniałym smakiem słowackiego, aromatycznego piwa, bądź ziołowo-colowej Kofoli :)

Miłego wędrowania :)

1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

 i

 

Tym razem pomysłowość Krzysia zaprowadziła mnie na trening w pasmo  Lubomira i Łysiny.  Jest to pasmo górskie należące do Beskidu Wyspowego (według regionalizacji Kondrackiego), natomiast mapy i przewodniki turystyczne zaliczają je do Beskidu Makowskiego, czasami do Beskidu Myślenickiego (nieoficjalna nazwa). Na mojej mapie należy do Wyspowego. Smile

 

Najwyższe punkty trasy biegowej to szczyty Łysiny (891 m n.p.m.) oraz Lubomira (904 m n.p.m.)

 

To, że na trasie nie było znacznych przewyższeń, wcale nie oznaczało brak widoków i trudnych podbiegów, wręcz przeciwnie, przepiękne widoki jakie ujrzały me oczy tego dnia  oraz różnorodność terenu uczyniły tą trasę, że nie zapomnę jej do końca życia.

Niewątpliwie była to jedna  z najpiękniejszych tras jakie w życiu biegłem.  Szlak biegowy chyba ułożony był pod mojego ,,buta''. Smile

 

 Takie urozmaicenie terenu, że  pewne odcinki miałem ochotę pobiec jeszcze raz. Gdybym był w pełni zregenerowany  jestem pewien, że zrobiłbym to. Dobrze, że przemówił do mnie rozsądek i nie podjąłem ryzyka zajechania organu. 

 Przyjemność  w biegu, krajobrazy ,rozmowy, dialogi, wymiany zdań z ‘'przyjaciółmi'' z  KKTA Blachownia, nowo poznanymi osobami oraz z psem YOKA na trasie, sprawiły, że czułem się jak u siebie. 

 

j

 

 

Największe wrażenie na mnie zrobiło umiejscowienie Poręby, podejście na Kamiennik i długi zbieg z Lubomira, aż do samej Węglówki. To właśnie na tych odcinkach, miałem ochotę na ponowne pokonanie ich. Bajeczne tereny.

 

Przebieg wycieczki

 

Start w Poznachowicach Górnych szlakiem niebieskim przez Ostrą Górę(528), Glichowiec (523), Kornatkę, Ostrysz (507), mrożącą krew w żyłach nazwę góry Trupielec (476) do Trzemeśni. Dalej niebieskim szlakiem przez Krowią Górę (456), następnie czerwonym szlakiem rowerowym do czerwonego szlaku idącego z Myślenic przez Śliwnik (619) do zielonego szlaku odchodzącego na Kamiennik przez Porębę. Zielonym szlakiem na Kamiennik przez Porębę do schroniska na Kudłaczach. Po dłuższej przerwie spowodowaną opadami  przechodzącą obok burzą czerwonym szlakiem na Łysinę (891), Trzy Kopce (894), Lubomira (904), na którym to znajduje się obserwatorium astronomiczne T. Banachiewicza (polecam), do Węglówki, gdzie dzisiejszego dnia jest meta.

 

j

 

podejście na Kamiennik

j

j

 

Podejście na Lubomira

 

j

 

obserwatorium astronomiczne T. Banachiewicza  

 

j

 

z Lubomira do Węglówki

j

j

j

j

 

Długość dystansu ok. 37km.

 

Czas pokonania dystansu liczony bez przerw 6h

 

Ilość wypitych płynów podczas pokonywania dystansu 3L

 

 

Doskonały trening przed zbliżającymi się Mistrzostwami Polski w długodystansowym biegu górskim 28k w Ludwikowicach Kłodzkich. Nie oczekujcie cudu, jestem amatorem, a zawody  to kolejny etap  przygotowań pod............Wink

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

         Miało być dłuższe wybieganko i było, choć początkowo zakładałem ok 35k, wyszło ze wstępnych obliczeń ok 42k, czyli treningowy maratonik po górach. Czas nie grał roli dziś,poza zmieszczeniem sie w czasie do odjazdu autokaru (19.00). Dziś liczyła się technika, logistyka, wytrzymałość.

        Był to sprawdzian formy przed zbliżającymi się zawodami, bez szczególnego zarzynania organizmu. Sprawdzałem również nowe buty, czy będę mógł im zaufać na wyczerpujących ''stepach górskich''. Sprawdzian wyszedł bardzo pozytywnie.

Oto jak przebiegał:

 

j

 

        Start w Żabnicy ok.8.30, czerwonym szlakiem przez Grape (613m n.p.m.), Abramów (857m) na Słowiankę (840m). Odcinek ten jest mocno obłocony, trzeba uważać i dawać bezpieczne susy.Smile. Biegnie się przyjemnie, lubie wyzwania.

 

kj

lh

 

 

       Na Słowiance spotykam pierwszych turystów, którzy mają chyba przerwe śniadaniowąWink. Ze Słowianki napieram na Romanke (1366m) szlakiem niebieskim, który przez jakiś czas idzie wraz ze szlakiem czerwonym, po czym odbija mocno, ale to mocno w górę. W punkcie gdzie szlaki rozdzielają się można doznać uczucia pustkowia na ogromnej przestrzeni.

       Szlak niebieski od momentu rodzielenia ze szlakiem czerwnoym robi się wymagającym szlakiem. Jest stromo, mnóstwo przeszkód i momentami na orientacje, gdyż jest wiele powalonych drzew, a wraz z nimi znaczniki szlaku. Nie wiem co tam się dzieje/działo ale brakuje drzew. Bardzo ciekawy szlak, polecam. Urozmaicenie i różnorodnośc terenu zadziwia mnie mocno, oczywiście bardzo pozytywnie.

 

kj

jjj

j

 

       Z Romanki napieram w stronę Rysianki (1322m) do schroniska na Hali Rysianka. Nawadniam się, uzupełniam małe braki i ruszam na Pilsko (1557m). Podążam czerwonym szlakiem na Trzy Kopce (1216m), po drodze mijając miejsce z setkami, a może i tysiącami krokusów. Miejsce to znajduje się ok.25-30 min od schroniska po prawej stronie w drodze na Trzy Kopce. Na Trzech Kopcach łączą się szlaki czerwony i niebieski. Niebieski prowadzi mnie wprost na szczyt Pilska poprzez Palenice (1338m) i Munczolik (1356m).

 

       Droga wcale nie łatwa. Od Trzech Kopców śniegu po uda, pas, są miejsca gdzie i nawet metr śniegu leży. Nijak ominąć, bo leży na całej szerokości. Stąpanie po nim, nie mówiąc już o bieganiu jest nie lada sztuką. Tu bardziej rakiety śnieżne przydałyby się, niż buty do bieganiaSmile.

 

       Każdy krok to loteria, bo albo trafi się w twarde podłoże i można kontynuować bieg  albo ląduje się nogą w miękkim śniegu po uda, czasami po pas. Na początku sprawiało mi to wiele radości,ale po 10 kilometrze stało to się męczące. Po czwartym upadku  przestałem liczyć .

 

ALE....

       Zabawa trwa Smilemówiłem, że lubię wyzwania, po takim podłożu z pułapkami jeszcze nie biegałem, doświadczenie więc bardzo cenne nabyłem.Wink. Spotykam parę osób, ale nie wiele, trafia się równiez koleżka na skuterze śnieżnym, z którym to zamieniam słówko w drodze powrotnej z Pilska, gdyż spotkałem go dwa razyWink.

 

       Wiecie, że skuter śnieżny z pełnym bakiem waży 250kg?!

 

       Przez całą trasę jest niemal bezwietrznie, wieje jedynie mocno na Hali Cebulowej pod Pilskiem. Widoki na szczycie cudne, brak czystego nieba, ale nie jest żle, to co potrzeba to widać, reszte trzeba sobie wyobrażić. Na samym szczycie ok 6-7 osób w dwóch grupach. Tutaj robię przerwe 20 minutowa na jedzonko, piciu, zdjecia i widoki. Z Pilska to już piekny wiosenny krajobraz.

 

jj

jjj

j

jjj

jj

j

j

 

      Po przerwie ruszam z powrotem na Rysiankę, znów przeprawa przez śniegi. Idzie sprawniej i szybciej, doświadczenie procentuje. Omijam pułapki dzieki śladom, wiem już również gdzie śnieg jest najbardziej ubity, a i droga łatwiejsza bo więcej z górki niiż pod górkę. Zaliczam drugie schronisko  na Hali Lipowskiej, oddalone jedynie 10 minut od schroniska na Rysiance. Kosztuję gofry popijając herbatką z cytrynką, brak miodziku - najlepszy izotonik!

 

      Z Hali Lipowskiej to już swobodny bieg przeplatany  pogaduchami z klubowiczami z KKTA Blachownia, których na trasie dziś mnóstwo. Nie ze wszystkimi udało  się pogadać, może następnym razemWink.

      Do mety wycieczki coraz bliżej, żółtym szlakiem poprzez Lipowska (1323m), Boraczy Wierch (1244m), Redykalny Wierch (1144m), następnie odbitka na szlak czarny na Ujsoły. .....a  w Ujsołach płynie złocisty izotonik z nowymi znajomymi.... Smile

 

  • Czas wycieczki biegowej 8h30min. Dystans ok.42km.

 

  • Ciekawostka: po wycieczkowa waga pokazała 3kg mniej.

 

  • Poniższe zdjęcie wykonał ''Wujo'' Krzysztof Jafra, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Smile

 

  • Specjalne podziękowania dla Krzysia P. (KKTA Blachownia) za zorganizowanie transportu.

 

j

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Biegi górskie Biegi górskie

III Wysokogórski Bieg im. druha Franciszka Marduły

Trasa: siedziba TG „Sokół" Gniazdo w Zakopanem ul. Orkana 2 - Park Miejski - ul. Piłsudskiego - ul. Bronisława Czecha - Rondo Jana Pawła II - Aleja Przewodników Tatrzańskich - Nosal (od strony tamy) - Kuźnice- Myślenickie Turnie - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa- Karczmisko - Skupniów Upłaz - Boczań - Kuźnice - schronisko na Kalatówkach.

Start: 11.09.2010 r. (sobota) o godzinie 10.00 spod kina „Sokół". Meta na Kalatówkach z uroczystym zakończeniem i wręczeniem nagród o godzinie 16.00.

 

Ze względu na warunki atmosferyczne trasa uległa zmianie, ale dystans pozostał bez zmian ok 22km

 

Do Nosala trasa była bez zmian. Za szczytem Nosala na Przełęczy Nosalowej -Przełęcz między Kopami przez Boczań i Skupniów Upłaz-Jaworzynka- Kuźnice- Myślenickie Turnie-nawrót- Kuźnice- Kalatówki.

Zmiana trasy spowodowała, iż bieg ten zrobił się trudniejszy. Suma przewyższeń 1350m

 

Piątek 10 września 2010

 

Pobudka 5 rano. Odjazd PKS 6.10. Sprawdzam czy cały szpej zabrany, Śniadanko nr 1 i ruszam do Zako. Męczą już mnie strasznie te podróże na relacji Cz-wa - Zakopane, szczególnie gdy wykonuję je tydzień w tydzień. Co tydzień jestem w Tatrach? No prawie, ostatnio tak wyszło Smile.

Okropnie zakorkowane/rozkopane są nasze drogi. Cóż, trzeba przeżyć i pochwalić gminy, miasta i rząd STOP, rząd to może nie, gminy i miasta, za to, że wykorzystują unijne dotacje w 100%, jak np. miasto Zakopane ze swoim projektem „Koniec z dziurami". Akcje te Dorze rokują na przyszłość, co by dobrze jeździło się, szybko i bezpiecznie. Ale nie o tym miałem pisać .....o tym innym razem i w innym dziale. Smile

Po perypetiach drogowych docieram do serca Tatr.

Bieg im. druha Franciszka Marduły nie jest moim jedynym celem tej wyprawy. Celem również jest 6 Spotkania z Filmem Górskim 9-12 września Zakopane. Traf tak chciał, że filmy, które bardzo chciałem zobaczyć, będą wyświetlane tuż po moim przyjeździe. W związku z tym, szybko robię zakupy w zaprzyjaźnionym sklepie, konsumuję śniadanko nr.2 i zasuwam na Dworzec Tatrzański.

Dworzec Tatrzański, miejsce kultowe Zako. Od lat osiemdziesiątych XIX wieku, był najważniejszym miejscem zakopiańskiej kultury. Łączył świat kultury ze światem turystyki i sportu. Odbywały się w nim bale, prelekcje. Był siedzibą ratowników górskich. Przyciągał artystów, taterników i wszystkich ludzi, którzy w sercu mieli góry.

Po zakupionym bileciku (5zł) ląduję w Sali projekcyjnej. Załapałem się na końcówkę filmu tureckiego."Pozostawione za sobą".

Po krótkiej przerwie projekcja filmów, na które czekałem:

•1.      Na każde wezwanie naczelnika reż. Anna Maria Filipow (Polska/) opowiadający historię  od powstania po czasy dzisiejsze legendarnych już służb ratowniczych w Polsce jakim jest TOPR

•2.      Śnieżny pustelnik /Snow Caveman, reż. Fridtjof Kjaereng (Norw./Norway) o człowieku mieszkającym w norweskich górach od 20 lat

Załapałem się jeszcze na Czekając na cud/, reż. Artur Hajzer, Kaja Kalicińska-
Mendyk o zimowej wyprawie HiMountain 2008/09 na Broad Peak 8047m.

Filmy to jedna sprawa, oprócz filmów odbywają się spotkania z ludźmi gór. Miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z udziałem dr. Miłosza Jodłowskiego i dyr. TPN Pawłem Skawińskim nt."Taternictwo w TPN, a ochrona przyrody".

Niezwykle ciekawe spotkanie. Dr Miłosz Jodłowski przedstawił wyniki badań projektu  "Taternictwo w TPN, a ochrona przyrody", a pana dyr. Pawła Skawińskiego można słuchać godzinami. Spotkanie zakończyło się dyskusją.

Bardzo miłym akcentem, była niespodzianka dla uczestników spotkania. Każdy dostał osłonkę przeciwdeszczową firmy Salewa, jakże potrzebna w tym roku oraz czasopismo kwartalnik TATRY.

W myślach podziwiałem profesjonalizm, wyposażenie i atmosferę imprezy. Rewelacja.

Tak mnie pochłonęła ta impreza, że zanim się obejrzałem, a na osi zegarmistrza świata wybiła godz.19 ....a nocleg na Kalatówkach.

Na dworze ściemnia się, trzeba będzie dotrzeć ciemnościach, do tego leje, nic nowego w ostatnim czasie. Z lekkim niepokojem podążam na dworzec PKS, biorę pod uwagę ,że do Kuźnic już dziś  może nic nie kursować, ale jest bus ostatni kurs, trafiło mi się 8 minut do odjazdu. W busie jestem sam. Z kierowcą szybko nawiązuję kontakt. Tematy skaczą jak na wykresie, zaczynając od pogody J, o drewnie, o bykach, o koniach i owcach, o dziadku kierowcy, dzieciństwie kończąc na współczesnej młodzieży. Jak na tak krótką drogę to nieźle. Smile

W Kuźnicach leje bardziej niż w centrum. Ogarniam się i napieram na Kalatówki. Nikogo dookoła, zapadł już zmrok, odpalam czołówkę. W myślach proszę: :tylko nie niedźwiedź dziś na drodze, proszę. Po ok.30 min. Przemoczony od kolan w dół pojawiam się w recepcji na Kalatówkach. Recepcjonista lekko zdziwiony, że ktoś pojawił się jeszcze tego wieczora. J. Na hasło biegacz dostaję 10% zniżki na nocleg ze śniadaniem oraz przydział do 5-os. pokoju, którym jestem ..... sam Smile

 

Dzień biegu 11 września 2010

 

Pobudka 7 rano.

Pada temp 4°C - max 6°C.

Na śniadaniu dowiaduję sie od dziewczyn z kuchni, że w okolicy widziany był niedźwiedź. Wróciła wczorajsza myśl o bliskim spotkaniu z nim. W schronisku pustki, oprócz mnie obsługą, para zakochanych i Ja.  W recepcji dowiaduje się, że za chwile będzie wyjeżdżał samochód ze schroniska pod kino Sokół, po depozyt zawodników. Korzystam z okazji i razem z panem Bogusławem i Kasia ze schroniska jedziemy do biura zawodów.

W biurze zaczepia mnie jeden z zawodników:

-cześć, ilu was przyjechało??!!

-sam jestem!

-dziewczyny nie masz? Nie zabrałeś?

Myślę sobie, o co chłopowi chodzi?! Smile

Ów zawodnik kontynuuje:

- w Bochni byłem ze swoją ekipą robić zdjęcia i była tam od was taka dziewczyna, super dziewczyna, wygłupialiśmy się, robiliśmy zdjęcia .....fajnie było...

Myślę, to chyba Ewa albo Annika, a co się działo w Bochni to nie wiem Smile

Po rozgrzewce spotykam Yazomba z doliniarze.com, pamiątkowa fota i na start.

Pogoda  przystopowała, nie pada, jedynie jakieś krople, mała mżawka pojawia się czasami na trasie. Wilgotność wysoka, im wyżej tym bardziej mglisto.

Od początku  biegu utrzymuje się mocne tempo, mijamy skocznie, rondo JPII.W tym  momencie na czoło wysuwa się ok.20 -osobowa grupa biegaczy , w której znajduje się i Ja. Pierwsza przeszkoda dzisiejszego biegu tuz przed nami. Nosal 1206m. Kto ignoruje ‘'Nosalka'', ten jest  w błędzie. Często przyjeżdżając w Tatry na kilka dni, „Nosalka" robie na rozgrzewkę. Dobrze wiem, że trzeba mieć do niego respekt. Czuję, że to będzie dla mnie najtrudniejsza przeszkoda w tym biegu. Nie mylę się. Zaczyna się mozolna wspinaczka, ostry podbieg na samym niemal początku ostro daje mi w kość, na szczycie ogarniam się i zbiegam na Przełęcz Nosalową 1101m. Błoto na tym odcinku nie jest dla mnie niespodzianką, tam  zawsze jest błoto  .    

Z Przełęczy Nosalowej wbiegamy na Przełęcz między Kopami  przez Boczań i Skupniów Upłaz. Na podbiegu tym udaje mi się wyprzedzić biegacza. Na szlaku zaczynają pojawiać się turyści. Mijam m.in.  grupkę pań z zagranicy, które na nasz widok przystają i tak się ustawiają aby mieć zdjęcie z biegnącymi Smile.

 

Przełęcz między Kopami  1530m zdobyta, zaczyna się długi i niebezpieczny zbieg Jaworzynką. Na tym zbiegu zaliczam groźny upadek. Typowe kamieniste zwężenie szlaku, po prawej i lewej stronie turyści torujący mi drogę. Podejmuję ryzyko i próbuję wstrzelić się w ten „przesmyk". Nie udało się, tak naprawdę to nie wiem jak upadłem. Pamiętam, że instynktownie obróciłem się w powietrzu o  180°. Najprawdopodobniej zjechała mi noga ze skały na której oparłem cały ciężar ciała. Turyści od razu próbują mi pomoc wstać, ale zanim to czynią Ja już stoję na nogach, otrzepałem się i napieram w dół. Turyści w szoku.

Zbiegając  oceniam skutki upadku. Stłuczona lewa dłoń ,kość tuz przy nadgarstku, lekkie zadrapanie, zadrapane i stłuczone kolano i jak później okazuje się również okolice piszczela. Mogę kontynuować. Po chwili mijam trzy niewiasty idące na górę, gdy zorientowały się, że jestem z Częstochowy zaczynają doping, słyszę Częstochowa i aplauz. Nawet żel nie daje takiego kopa jak doping swoich kibiców.Smile. Dobiegam do Kuźnic, miły akcent : doping kibiców, chwytam butelkę wody i atakuje Myślenickie Turnie. Myślenickie Turnie mam w jednym palcu, trenowałem tutaj. Łapię swój rytm i napieram do przodu. Na Turniach jest nawrotka, mijają mnie pierwsi biegacze, którzy biegną już w dol. Bardzo dobre miejsce zajmuje Yazomb, który ostatecznie zajął 12 miejsce, gdy mnie mija krzyczę bravo i klaszczę, oprócz niego biję bravo Marioli z CKS Budowlani.

Turnie 1352m osiągnięte , zaczyna się zbieg w dół do Kuźnic, na którym wyprzedzam jednego zawodnika. Organizm chyba nastawiony był na maraton, bo druga część trasy idzie mi zdecydowanie lepiej niż pierwsza, rozkręcam się. Smile

.  Z Kuźnic pozostaje podbieg na Kalatówki. Nie lubię go, jest taki kamienisty, nieprzyjemny dla stóp . Idzie mi bardzo dobrze, w zasięgu wzroku pojawia mi się  zawodnik, ale meta jest tuż tuż, za mało czasu aby go dojść i  wyprzedzić. Na metę wbiegam szczęśliwy, medal, gratulacje i sesja fotograficzna. Jak się okazało później jednym z fotografów na mecie był nasz kolega z Planety Gór. Dzięki za foty!.Bezcenne!.

 

 

Tak złożyło się, że posiłek konsumuję w miłej pogawędce  w towarzystwie panów z TOPR. Jednemu z nich nie jest dane zjeść spokojnie obiadu, jako iż jest lekarzem, co chwile wzywany jest do zawodników: kolki, rozcięta dłoń....  Ucinam jeszcze pogawędkę z Kasia, która ma sporo pracy przez nas tzn. biegaczy.Smile

Usłyszane na korytarzu , rozmowa miedzy dwoma biegaczami:

- mało osób tutaj startuje

- a cos ty chciał, jakby była plaska to by 1500 osób przyjechało, to są ciężkie extremalne biegi górskie, nie dla każdego, tutaj przyjeżdżają tylko wybrani , tacy jak my.

Od siebie dodam, że jest to pierwszy bieg, gdzie nie usłyszałem żadnego narzekania na cokolwiek od zawodników!!! Przewijając się gdzieś, miedzy biegaczami do tej pory na innych zawodach, zawsze ktoś na coś narzekał.

Ze wszystkich dotychczasowych imprez biegowych bieg ten jest dla mnie nr1.

Bieg ten był również dla mnie najważniejszym od początku mojego biegania.

Wyobraźcie sobie, że rok temu o tej porze (dokładnie 19 września) stałem w Kuźnicach w kolejce po bilet do TPN i w tym samym momencie odbywała się II edycja tego biegu, o którym nie miałem zielonego pojęcia, ba , ja nawet o bieganiu nie miałem pojęcia, byłem dopiero raczkującym, rodzącym się biegaczem, który nawet jeszcze nie złamał 10km, biegałem wtedy chyba max 8km, a jednostka biegowa nie przekraczała 50 minut.

Stałem tam i ich podziwiałem, myślałem sobie co za twardziele, ale muszą mieć kondycję, i starzy i młodzi i kobiety.... Pamiętam to jak dziś. Stałem jak w murowany, pomyślałem sobie wtedy, Ja tez  tak chce!!!. Ale nawet nie śmiałem o tym marzyc.

Nie minął rok, a stanąłem na starcie i pokonałem tą trasę/dystans z czasem 2:11:27s, kończąc na 24 miejscu na 61 osób startujących.

Był to również pierwszy bieg, gdzie podczas bieguna zawodach znalazłem chwilę na myśli nie związane z bieganiem. Zazwyczaj biegnę skupiony i myślę o pokonywanym dystansie. Jak widać  nie tylko trekking ale i bieganie w Tatrach służy, nawet na zawodach Smile.

Na dekorację przybywa kapela góralska, która tylko dodaje uroku temu cudownemu kameralnemu biegu. Następuje wręczenie nagród dla wybranych oraz dyplomów dla wszystkich, którzy ukończyli bieg, a było nas w sumie 61 osób biegu głównego, czyli 22 km, oraz 23 osoby z biegu towarzyszącego na 7,5 km, którzy wbiegali tylko na Nosal kończąc na Kalatówkach.

Po dekoracji szybko przenoszę się na 6 Spotkania z Filmem Górskim, aby zdarzyć na spotkanie z Krzysztofem Wielickim, Arturem  Hajzerem i Piotrem Pustelnikiem.

Na spotkanie z Krzysztofem Wielickim łapię się tylko na końcówkę. Sala pęka w szwach tyle ludzi dziś Stoję w wejściu od strony tarasu, nie ma czym oddychać. Następuje przerwa, po której będzie Artur Hajzer przedstawiał projekt „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015".

W między czasie wyłapuję chłopaków z Zakopanego od slackline, na którym spotkaniu ich bardzo mi zależało. Są rozwieszeni przy samym dworcu. Rozmawiamy o tym i owym.

Prosto z Zako udaje się do Krakowa, gdzie nocuje u przyjaciół, by z  rana pojawić się w Będkowicach na zawodach , ale to już inna historia .....  Smile

 

 

 

 

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 4 comments Wspinanie Wspinanie

Dziś mija trzydziesta rocznica zdobycia Mount Everest zimą przez Lodowych Wojowników - Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego a na Planecie Gór ani słowa na ten temat. Trochę wstyd, prawda? :(

 

 

1 January, 19701 January, 1970 4 comments Trekking Trekking

 

Zgodnie z planami wybrałem się na samotną jednodniówkę. Tym razem założyłem sobie spacer Meszna - Klimczok - Błatnia i z powrotem. Szlak prosty jak drut, podejście na Klimczok znam na pamięć, wyliczyłem sobie że spacerek będzie szybki i przyjemny.

Ruszyłem wcześnie rano z nadzieją na jakieś ładne zdjęcia wschodzącego słońca. Niestety wyjechałem za szybko i musiałem obejść się smakiem, załapałem się jedynie na końcówkę. Ogólnie warunki do fotografowania były takie sobie - krajobraz zasnuty prawie cały czas mgłą, a sam szlak jest mało widowiskowy. Zdjęć zatem jak na lekarstwo, z biedą wybrałem to co tu wrzuciłem. 

Auto zostawiłem pod kościołem w Mesznej i ruszyłem żółtym szlakiem w kierunku Chaty Na Groniu. Od chaty podszedłem pod ostro nachyloną polankę i zatrzymałem się na punkcie widokowym, gdzie cyknąłem parę fotek.

Widok z ponad chaty na groniu

Widok z ponad chaty na groniu 2

Do tego momentu było całkiem fajnie. Nad polanką szlak prowadził ładnie wydeptaną i rozjeżdżoną scieżką, pełen komfort i wygoda. Niestety nie na długo. Po chwili ścieżka skręciła do stojącej nieopodal chaty, a prowadzący na wprost szlak okazał się być nieprzetarty. Na początku było nieźle, jednak po chwili zacząłem zapadać się po kolana. Jako że moja waga robocza z plecakiem i w ciuchach wynosi ponad 100kg zapadanie się wychodziło mi koncertowo Wink  

Szlak piął się ostro w górę, potem był krótki odcinek "po płasku", następnie znowu do góry. Dotarłem wreszcie do ni to polanki, ni to łysiny przeciętej w poprzek drogą którą latem transportuje się drewno. Pierwsze parę kroków pokazało, że łatwo nie będzie - śniegu było "powyżej nabiału", a do tego był ciężki i dosyć mokry. Odcinek od lasu do drogi, który normalnie zajmuje minutkę czy dwie szedłem ponad 20 minut Po dotarciu do drogi zatrzymałem się na fotki.

Nieco wyzej...

Było dosyć buro i ciemno, słońce chowało się za chmurami, których zresztą niebo było pełne.

...

I nagle, nie wiem jakim cudem, chmury się ruszyły. Dosłownie w pięć minut niebo się oczyściło i zaczęło wyglądać tak:

niebo

Ruszyłem dalej, już w zdecydowanie lepszym nastroju - słońce doładowało mi akumulatory i zrobiło się ogólnie przyjemnie Po drodze zrobiłem jeszcze jeden postój na zdjęcia, już po dojściu na grzbiet prowadzący do Magury a potem dalej na Siodło pod Klimczokiem i sam Klimczok.

...

...

Szlak od tego momentu był ładnie przetarty... przez zająca czy coś innego, podobnego Cool  

...

Dotarłem w końcu do schroniska, które ominąłem i ruszyłem na znajdujący się w odległości 500 metrów od niego szczyt. Ostatnie podejście jest króciutkie, chociaż mocno ostre i w pięć minut później stałem na szczycie. Tradycyjnie już poniżej zdjęcie najwyższego punktu Klimczoka Cool  

...

Pobyłem na szczycie parę minut i zszedłem wreszcie do schroniska. Mój zestaw żelazny tym razem uległ zmodyfikowaniu i nie zawierał fasolki po bretońsku... bo jadłem ją na śniadanie ;-) Zażyczyłem sobie piwo, kawę i jadło drwala - czyli dwa placki ziemniaczane przełożone gulaszem, kapnięte śmietaną i podane z suróweczkami. Godne polecenia :-)

...

Przy wejściu do schroniska wisi termometr - w momencie kiedy słońce było na nim oparte dłuższy czas pokazał... 21 stopni in plus. Taka to była dziwaczka, ta pogoda :-) 

Postanowiłem sobie odpuścić Błatnią, bo marsz na Klimczok zajął mi zdecydowanie więcej czasu niż zakładałem. Ruszyłem zatem w drogę powrotną tą samą trasą, zszedłem do auta i przed 16 byłem w domu.

Podsumowując. Klimczok pokazał mi ząbki i szczerze przyznam, że jest to dla mnie pewna nauczka. Nie spodziewałem się że dobrze znana mi góra, którą odwiedzam kilka razy w roku, sprawi mi jakiekolwiek problemy - a wchodziłem na nią tym razem ponad dwa razy dłużej niż zwykle. Co więcej, postanowiłem kupić sobie rakiety, a utwierdził mnie w tej decyzji Mordi jeden temat dalej Wyjazd zapisuję na konto udanych.

 

 

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking
Zdecydowanie był to rok, w którym sporo się działo. Ilość przewspinanych dróg była większa niż ilość tras, czego jednak w moim TrekNotesie nie zaznaczałam. Jestem dumna z każdego kilometra trasy, który przeszłam i z każdego metra przewyższenia. Jednak w tym roku wspinanie było zrówno priorytetem i potrzebą serca, nic więc dziwnego, że niemal każdy weekend i wiele dni po pracy spędzaliśmy w skałach, kosztem górek.
 
Pierwsze razy
Rok 2016 zaczął się górsko, od wycieczki na Czupel i Gaiki ze Straconki już 1 stycznia. Następnie pojechaliśmy w Tatry na krótki spacer do Zevrovki. Potem wybraliśmy się na Wielki Kopieniec na skitury. Było to dla mnie rozpoczęcie przygody ze skiturami, w których zresztą się zakochałam. To o wiele przyjemniejsze i bardziej rozwijające, niż zwykła jazda na nartach na stoku. Na rakietach też pomaszerowałam po raz pierwszy dopiero w tym roku, mimo że kupiłam je już jakiś czas temu. Mam jeden z tańszych modeli TSL i na długie trasy i ostre podejścia się nie nadają, ale na leśnej drodze z Białego Krzyża w stronę Baraniej poradziły sobie znakomicie. Znacząco przyspieszyły wędrówkę w kopnym śniegu. Na koniec roku zrobiłam sobie mały prezencik - weszłam na Radhost w Czechach, który miałam na liście celów na 2016 rok. Wycieczka była bardzo, ale to bardzo udana :).
 
Jezioro Żywieckie i Skrzyczne Na Błatniej. Wejście czerwonym szlakiem. Zejście bez szlaku
 
Na rakietach w stronę Baraniej Z Radhosta widok
 
Projekty
W 2016 roku zaczęłam mały projekcik mający na celu zaliczenie wszystkich szczytów na znakowanych szlakach w Beskidach Śląskim, Małym i Żywieckim. Niskie górki też są piękne i bliskie mojemu sercu. Weszłam więc na Małą Czantorię, kilka szczycików w Beskidzie Małym i na Policę, którą miałam w planach już od dwóch lat. Traktuję to jako trening przed czymś wyższym i poważniejszym.
 
Beskidzkie wędrowanie - Czantoria Widok na Babią Górę z Policy
 
Kolejnym, realizowanym w miarę konsekwentnie projektem, a pewnie i sposobem na życie, jest bieganie po górach. Problemy z kolanem, kostkami i astma to coś, co mnie trzyma w miejscu i co dyktuje warunki, jeśli chodzi o bieganie i trekking. Trenuję więc tylko wtedy, gdy czuję się w miarę dobrze. Ale to z kolei nauczyło mnie czuć radość z każdego drobnego sukcesu - czego nie potrafiłabym dostrzec, gdybym była w pełni zdrowa.
 
Nie ma to jak bieganie RAZEM. W Wapienicy
 
W tym roku moje średnie tempo na szlaku wynosiło 3,98 km/h i znacząco wzrosło od roku poprzedniego. Uważam to za sukces i owoc ciężkiej pracy, również nad sobą - pracy w zmianie sposobu myślenia o tym, co mogę, a czego nie mogę zrobić w górach. Lubię czuć powiew wiatru na twarzy i zmęczenie po biegu. Lubię chodzić szybko po górach, pobijać swoje własne rekordy i ścigać się sama ze sobą. Wysokie buty poszły zatem w odstawkę, a ja wędruję już drugi rok w butach do biegania w terenie. Mają one o niebo lepszy bieżnik i pomagają w ćwiczeniach wzmaniających moje stawy skokowe. Do tego uczą świadomego i uważnego chodzenia.
 
Zamki
Kiedyś uwielbiałam zwiedzać zamki - mam duszę archeologa, więc kocham odkrywanie tajemnic historii :). Później przez kilka lat nie miałam na to czasu. W tym roku postanowiłam wrócić do dawnego hobby i kilka weekendów poświęciliśmy na odwiedzenie niedalekich naszym granicom zamków w Czechach i na Słowacji. Hrad Lietava z jego wyjątkowo pozytywną energią i kwitnącą łąką pełną niezapominajek i stokrotek oraz hrad Strecno królujący na wysokiej skale nad Wagiem, z okien którego doskonale widać Luczańską i Krywańską Małą Fatrę to miejsca, które mogę polecić.
 
Lietava i połać niezapominajek Strecno i Luczańska Mała Fatra
 
Korony Górska
Nie mogłam się powstrzymać i nie zdobyć kilku szczytów górskich Koron. Najpierw padł Strażov w Górach Strażowskich. Byłam w nich wiele razy i zawsze brakowało czasu na wejście na ten szczyt. Potem był spacer na Lubomir, a w sierpniu zaliczyłam Wysokę Kopę w Izerach. Oprócz tego weszłam również na Monte Armettę w Prealpi Liguri, szczyt do Korony Gór Włoch.
 
Wysoka Kopa, kompletnie nieciekawy wierzchołek, ale bardzo fajna trasa w całości Mleczna Monte Armetta
 
Wspinanie
Och, co to był za rok :). Na Birowie byliśmy niezliczoną ilość razy. Trochę też pojeździliśmy na Jurę pod Kraków, no i do mojego ukochanego, magicznego Sulova :). Tam zawsze jest pięknie, a piwo i korbacziki po wspinie smakują przednio. Starałam się łączyć przyjemne z przyjemnym, czyli kiedy jechaliśmy na wspinanie, to obowiązkowo musiała być też wycieczka górska. Podczas dwóch pobytów w Sulovie pochodziliśmy trochę, raz padł wyżej wspomniany Strażov, a za drugim razem zrobiliśmy pętlę po Sulovskich Wierchach z oglądaniem Siarkaniej Diery. Wycieczka na Lubomir nie zajęła nam zbyt wiele czasu, więc przez drugą część dnia efektywnie bulderowaliśmy w Borzęcie. W sierpniu spędziliśmy magiczne chwile w Sokolikach, więc oczywiście weszłam na Sokolik, a w dniu, który miał być restem, a okazał się wyrypą padła Wysoka Kopa i kilka górek znajdujących się na szlaku na nią. Lubię wykorzystywać efektywnie czas i dlatego takie łączenie gór ze wspinaniem jest bardzo w moim stylu.
 
Marcin coś tam sobie łoi w Borzęcie Monte Cucco. Chyba jakaś piątka
 
Podzamcze w promieniach słońca Żelastwo na szlaku z Rohacskiego Sedla
 
Urlop, reset, rekordy
W październiku wyjechaliśmy na intensywnie wspinaczkowe wakacje do Ligurii. Jako że skład ekipy był uproszczony i nie miałam koleżanki do plotek, to siłą rzeczy musiałam się więcej wspinać. Zrobiłam sobie tam prezent - przeżyłam krótką, acz wspaniałą przygodę, niezwykłe przeżycie, które sprawiło, że przestałam myśleć o jutrze, o pracy i innych tego typu sprawach. Praktycznie rzecz biorąc "rzuciłam się" w przepaść, oczywiście w uprzęży i na linie. To był rodzaj huśtawki na mocno przewieszonej skale. Pode mną były drzewa i kilkaset metrów zakrzaczonej lufy. Przerażające, działające na wyobraźnię doznanie. Zastrzyk adrenaliny, jakiego nigdy do tej pory nie przeżyłam :).
 
Kaloryfery na Rocca della Bassura Przewieszenie dla mojej huśtawki
 
Najtrudniejszą drogą, którą zrobiłam tam na wędkę było bodajże 6a. Najtrudniejszym OS-em - tylko 4c. Był koniec października, a ja wspinałam się w opalaczu, bo na koszulkę było za ciepło. Poza tym zrobiłam tam 9 dróżek, co daje jakieś 2,5 drogi dziennie :). Pochodziliśmy sobie też po nocnym lesie w czasie polowań na dziki i zaliczyliśmy w nocy mała ferratkę, która w dzień zrobiła na mnie dużo gorsze wrażenie. Jednak po huśtawce nad przepaścią nic nie było już w stanie mnie wystraszyć :).
 
Plany na 2017 rok
Są bardzo konkretne:
  • Poprowadzić VI-.
  • Wspiąć się na Mnicha, zrobić Grań Kościelców i Gerlach Drogą Martina.
  • Żadnych kompromisów jeśli chodzi o WKT - wszystkie szczyty "pozaszlakowe" do zdobycia wyłącznie wspinaczkowo.
  • Baranie Rogi na skiturach wiosną.
  • Szybko zakończyć TKTW.
  • KGP do końca.
  • Parę szczytów do KGS i KGC.
  • Kilka upatrzonych wcześniej dróg lodowych w Tatrach i Słowackim Raju zrobić jeszcze tej zimy.
  • Trochę pojeździć na nartach i na siturach - w Małej Fatrze.
  • Może jak będą odpowiednie warunki, to wspinanie na lodospadach także w Dolomitach albo w Austrii (to jeszcze niezbyt konkretne, chciałabym, by rejon był bezpieczny i łatwy).
  • Ferrata HZS na Martinske Hole.
  • Jakiś dłuższy wyjazd wspinaczkowy.
  • Nowy projekt, coś związanego z portalem - może książka, poradnik, przewodnik? Jeszcze nie wiem, ale coś już mi się klaruje.
W zasadzie moje wszystkie górskie plany można podejrzeć w moim TrekNOTESie - jeśli ktoś chciałby przejść się z nami na jakąś wycieczkę łatwiejszą lub trudniejszą, to zapraszamy serdecznie :).
 
Podsumowanie
Mija właśnie bardzo udany wspinaczkowo rok. Mam nadzieję, że następny będzie przynajmniej tak dobry jak ten. Muszę się rozwijać, więc podniosłam sobie poprzeczkę. Więcej wspinania, mniej trekkingowania. A zresztą, może wiosną mi się pozmieniają priorytety i stwierdzę, że jednak niżej i łatwiej jest lepiej?
W zeszłym roku hasłem przewodnim był rozwój i eksploracja, co oznaczało dużo nowych szlaków na stare szczyty, dużo nowych szczytów i ciągłe odkrywanie fajnych miejsc. Myślę, że w tym roku to nie ulegnie zmianie :). Żadnych wyryp nie planuję, a kilkudziesięciokilometrowe trasy mnie już nie pociągają, chciałabym wejść gdzieś wyżej i przeżyć kilka fajnych przygód, zobaczyć kawałek świata, a nie tylko tłuc się po utartych szlakach beskidzkich i zdzierać kolana po nocy ;).
 
W sumie wg mojego TrekNOTES'u:
 
301,78 km
14,978 km przewyższenia
44,613 km szczytów
47 szczytów
śr. wys. 965 m n.p.m.
46 tras
najdłuższa trasa 18,29 km
największa deniwelacja: 1,16 km
średnia deniwelacja: 322,87 m
ilość szczytów koron: 4
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Ahoj przygodo!

 

Już za chwileczkę, już za momencik.... kolejny wyjazd :) Tym razem jakże "cywilizowane" Alpy: trochę Austrii, trochę Włoch, trochę tysięcy metrów przewyższenia... :)

 

Więcej po 30/08 :)

TagsTags: wyprawy alpy austria włochy 
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

W końcu, po tylu miesiącach zastygania w skrajnie miejskiej, smogiem cuchnącej rzeczywistości, udało mi się wyrwać na pół doby w góry - tym razem padło na Pieniny Właściwe, w znakomitym towarzystwie Grześka, Maćka i Wojtka. Wypad, zaplanowany na sobotę (między innymi z racji zapowiadanej rewelacyjnej pogody) rozpoczęliśmy od dotarcia do Krościenka nad Dunajcem i wędrówki żółtym szlakiem w kierunku Trzech Koron. Okazja do niebagatelnych zdjęć nadarzyła się nad wyraz szybko, czego odzwierciedlenie znaleźć możesz, Drogi Czytelniku, w mojej galerii. Raz za razem okoliczna przyroda zaskakiwała nas swoim cudownym urokiem w wiosennym przebraniu. Mnogość kwiatów, powoli otwierające pękate brzuszki pączki liści na drzewach, nieśmiało zieleniące się miejscami trawy - zwyczajnie nie sposób opisać tego, jak pięknie jest obecnie w Pieninach.

W ramach tej nie za długiej wędrówki dotarliśmy niebieskim szlakiem (od strony Zamku Pienińskiego) do Trzech Koron, z których oczywiście pokłoniliśmy się górom, i dalej, przez Przełęcz Szopkę, przeszliśmy Wąwozem Sobczańskim i przez Przełęcze Wyżni Łazek i  Niedźwiadki (kolejno niebieskim, żółtym i zielonym szlakiem). Dalej, niebieskim szlakiem podążyliśmy przez Ostry Wierch i Górę Zamkową, Białe Skały i Ociemny Wierch. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na mieniącą się w złoto kładących się promieniach późnopopołudniowego słońca Sokolicę, zielonym szlakiem podążyliśmy z powrotem do Krościenka, by pełni nowych sił i wrażeń, po raz kolejny podjąć walkę z codziennością w ukochanym Krakowie.


Trudno powiedzieć, kiedy skończę przeglądać i obrabiać zdjęcia z tego wyjazdu. Z pewnością w najbliższym czasie w końcu będzie się tutaj coś działo, więc gorąco zachęcam Cię, Czytelniku, do zaglądania, komentowania, i, wraz ze mną, wracania w myślach do wędrówki szlakami Pienin Właściwych.

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Bobrowniki, 23-12-2013, 15.00.

Niebo czyste i przejrzyste. Wyjątkowo ciepły dzień, jak na grudzień. Przeczytałem dzisiaj w internecie, że w Szczecinie zakwitła już wiśnia. Chyba coś się jej pomyliło, że obecny czas wzięła za wiosnę. :) Pogoda zupełnie wariuje. Rozglądam się i wszystko się zgadza.

Znajduję się właśnie w rezerwacie "Bukowa Góra" w woj. lubuskim i biegam wydeptanymi ścieżkami po torowiskach nad zboczami, które porośnięte są bukami i modrzewiami. Znajduję się dość wysoko, żeby dojrzeć odkryte gołymi gałęziami starorzecze Odry i niewidoczną w dzień panoramę miasta, które w nocy błyszczy migocącymi światełkami, jak lampki na choince. Atmosfera więc bardzo trafiona z uwagi na nadchodzące święta. Wszystko dookoła mnie poprzykrywane liśćmi, pod którymi nie wiadomo co może się czaić.  Łagodne słońce oświetla mi drogę i wydaje się być bardzo sympatycznym towarzyszem. Od czasu do czasu słychać krakanie wrony, jakby próbowała przed czymś ostrzec.

O, tak. Ominąłem wąwóz, którym chciałem zbiec na dół. Muszę zawrócić. Albo znaleźć inne zejście. O, te zeżlebienie jest dobre. Schodzę. Na środku widzę powalone drzewo, szybko przechodzę przez nie i kieruję się w dół. Obróciwszy się za siebie widzę piękne zbocze, które z wyskokowej perspektywy nie wydawało się niczym szczególnym. Jeśli ktoś by teraz na mnie spojrzał, pewnie dostrzegłby subtelny błysk w moich oczach. Trwam w kontemplacji kilka długich sekund i ruszam dalej. Złoszczę się, że nie wziąłem aparatu. Wrócę tu jutro i zrobię kilka zdjęć. Nagle się poślizgnąłem. Mokre liście wydawały się mówić: "Nie idź tak prędko, pobaw się z nami". Z pomrókiem odmawiam i ruszam dalej. W końcu zszedłem na dół i dziękuję butom za korkowe podbicie, dzięki którym nie uczyniły dziś ze mnie niezdarnego akrobaty. Litanię wdzięczności i nieregularny oddech przerywa widok pięknego zbocza od strony drogi, który z góry wydawał się nieprzyjazny, ze względu na swoją spadzistość, a teraz wygląda, jak kawałek przystrojonego tortu. Najchętniej wspiąłbym się jeszcze raz i posiedział pod jakimś drzewem i cieszył się widokiem, ciszą i bogactwem tutejszej przyrody. Ale nie tym razem. Treningu się nie przerywa- odzywa się samodyscyplina. Biegnę więc dalej. Przeskakuję przez gęsto pojawiające się kałuże i staram się nie zwalniać. Bieganie w otoczeniu rezerwatu to czysta przyjemność bez względu na porę.

Za dzieciństwa w czasie śniegu, kiedy było za zimno, żeby namówić kogoś na wspólne bieganie, wybrałem się z kolegą rowerami na mały rajd, żeby przejechać się widowiskową ścieżką przez wąwóz i pamiętam tylko, że przez całą drogę torowaliśmy zupełnie bezładnie, śmiejąc się i krzycząc na przemian, bo byliśmy rozpędzeni, gałęzie motały się o koła, a każda próba korygowania toru naszej jazdy kończyła się oczywistym fiaskiem, bo przez śnieg nic nie było widać. Nieustraszeni, dotarliśmy cali do drogi pożarowej za wałem. Gdyby nasze mamy się o tym dowiedziały, mielibyśmy tarapaty. Ale to było coś! Chyba najbardziej błyskawiczny pokaz sztuki krajobrazu, jaki przeżyliśmy. :) To jedno z wielu wspomnień. Akurat dzisiaj przypomnialem sobie. Wspomnienia... Czas je zaciera, miejsca też się zniekształcają. Wiele miejsc już nie rozpoznaję, albo nie mogę znaleźć. Może jak za wiele lat zatrą się wspomnienia to zupełnie już żadnego miejsca nie poznam? Coraz rzadziej tu bywam. Poniżej zamieszczam skromną fotorelację.

LINK DO ZDJĘĆ-
https://plus.google.com/photos/107862223636168523549/albums/5962849465978125585?authkey=CPyj86Lq_afBcw

 

A na końcówkę tego roku i na nowy, 2014 życzę Wszystkim (i sobie) pozytywnych wyłącznie wrażeń i ambitnych celów, ale przede wszystkim, abyśmy dążyli do tego, żeby je spełnić. Pozdrawiam już noworocznie! Patryk ;)

 

 

 

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Przed wyjściem do domu ważę się sama. Jest 49. Dokładam plecak. 68 kg. A jeszcze wodę trzeba dołożyć... Już wiem, że lekko nie będzie. Na szczęście po dwóch pierwszych dniach grupa się nade mną zlitowała, cóż na następne wyjazdy trzeba będzie jeszcze trochę popracować. Z podziwem patrzę na tych, co prują z przodu mając na plecach po 25 kilo. Nielicznym z nas zza plecaka widać głowę.

 

pleakowo

 

zapasy

mały retezat

Pierwszy biwak, jeszcze w lesie, jeszcze możemy rozpalać ognisko. W paczkach żywieniowych zamieszanie więc rozkładamy sobie zapasy i dzielmy ponownie. Dopiero teraz dostrzegamy, jak porcje, które na plecach ciążą niemiłosiernie skromnie wyglądają jak przedzielimy to przez ilość dni. Jak widzę kawałeczek kiełbasy krakowskiej który ma mi starczyć na cztery obiady wpadam w czarną rozpacz. Prognozuję, że padnę po drodze. Michał prognozuje, że w takim razie będzie dodatkowo co jeść. Już drugiego dnia mijana na szlaku krowa przestaje wyglądać jak miłe zwierzątko a zaczyna jak potencjalna wołowinka. Na drugim noclegu przybłąkuje się do nas pasterski pies. Naiwnie liczy, że dostanie może kawałek kiełbaski - cóż - tutaj każdy zazdrośnie strzeże swojego kęsa. Boleśnie wspominam obfite śniadania i kolacje z Majówki w Beskidzie Niskim. Tam kończyłam zwykle na 7-8 kanapkach a i dokładką się nie pogardziło. Teraz muszą wystarczyć tak zwane dachówki. I wtedy dar z niebios. Przewodnik dzieli się ze mną połówką batonika. Wybuch nieposkromionej radości.

 

konie

krzyż

W długi i ciężki dzień, kiedy zdobywamy Vf. Custrua po okropnym, stronym trawersie (bo szlak gdzieś zniknął...) każdy z nas myśli z nadzieją o zbliżającym się wieczorze. Mamy być w niejakiej Cabanie Buta (miejscowe schronisko). Mamy niepwną informację, że być może będzie tam jakieś jedzenie. Myślenie o ciepłym posiłku dodaje nam sił... Po stromym zejściu z niepokojem oglądamy miejscową GOPRówkę (tzn. siedzibę Salvamontu). Nie wygląda, jakby mieli tu jakąś kuchnie... Na szczęście ktoś szybko przekazuje radosną wieść - Cabana jest jeszcze nieco niżej. URATOWANI! Nigdy jeszcze sznycel nie smakował tak wybornie, a i rozdawany przed posiłkami suchy chleb był wprost fantastyczny. Z ulgą uzupełniamy tez zapasy przekąsek, które kurczą się nieproporcojonalnie do liczby dni.

 

na grani

 

Cabana

 

 

Następnego dnia wędruje mi się znacznie przyjemniej, decyduję się nawet z powrótem zabrać do plecaka część jedzenia i gaz. O życiu na nizinach już dawno zapomniałam, zasięgu praktycznie nie ma - co rodzi trochę problemów. Odbieramy wiadomość od busiarzy, planują być po nas dzień później niż my planujemy. Wysłanie SMSa zwrotnego sprawia, że przewodnik zdobywa jeden okoliczny szczycik więcej.

 

zielono mi

 

Wreszcie wymarzony nocleg na 2 tysiącach, nad polodowcowym jeziorkiem Bucura, u stóp najwyższych gór pasma Retezat. Jest pięknie, mnóstwo namiotów z różnych stron Europy. Urok miejsca psuje jedynie toaleta... a w zasadzie jej brak. Spacery w kosówkę, wśród licznych białych i brązowych dowodów częstej ludzkiej bytności wymaga ostrożności. Ale już 15 minut od obozowiska robi się całkiem przyjemnie. Pogaduszki przed namiotami coraz trudniejsze, gromadzimy się dookoła jednego punktu, traktując go jak hipotetyczne ognisko, ale trudno wystać nawet we wszystkich swoich polarach i jednym pożyczonym. Nawet w tak zacnym towarzystwie. Błogosławię swój ciepły, puchowy śpiworek. Ci, którym nie jest dane takie dobro trzęsą się mimo folii NRC.

Bucura

 

Pogoda nie była dla nas łaskawa. Deszcz złapał nas już w drodze na najwyższy szczyt pasma, Vf Pelagę (tudzież Pelagię w naszej nomenklaturze) Później grzmoty nieodwołanie zgoniły z grani. Prowizoryczna kuchnia polowa - konstrukcja z plandeki i kijków trekkingowych chroni przed deszczem, możemy trochę posiedzieć i pomarznąć razem. Biwakująca nieopodal nas ekipa Polaków obdarowuje nas manną z nieba - dostajemy do podziału aż trzy puszki mielonki. Następnego dnia kaszka i styropian zostają urozmaicone czymś naprawdę wyjątkowym. Warto żyć dla takich chwil Wink

 

kuchnia polowa

 

Ostatni nocleg, nad polodowcowym jeziorkiem Zanoaga. Namioty trochę zmokły podczas deszczu i burzy, ale większych kałuż na szczęście nie ma. Zimno. Już dawno poszłabym grzać się do śpiworka, ale to w końcu zielona noc... Znów gromadzimy się wokół hipotetycznego ogniska. Poznajemy kilka ciekawych gier na rozgrzanie. Podziwiamy księżyc majestatycznie unoszący się nad górami. Już po pełni. I ten niesamowity czerwonawy kolor. Zostajemy już tylko we czwórkę i moja wtedy gramy chyba w moją ulubioną grę integracyjno-rozgrzewającą. Ląduję w środku, trójka na zewnątrz, razem podskakujemy. Jak dobrze, jak ciepło. Tak to mogę gadać całą noc LaughingPodobno tak zimą grzeją się pszczoły zamieniając się miejscami. Fajnie być taką małą, ogrzewaną pszczółką.

ostatni nocleg

 

Pogoda łaskawie pozwala nam zjeść ostatnie resztki na śniadanie zanim porządnie się rozpada. Kilkugodzinne przeczekiwanie ulewy w namiotach urozmaicamy sobie śpiewając to i owo. Kolejny raz zamknięci w niewielkiej przestrzeni namiotów, kolejny raz w porządniej warstwie ubrań. "To są Wasze wakacje... Wyście za to zapłacili" - grzmi w głowie motto z Gorganów sprzed dwóch lat.... Wreszcie pada jakby mniej. Błyskawiczny odwrót - na przełęcz - i kierunek dół, tam musi być coś do jedzenia!!!

 

Godeany

 

I jak tu nie kochać chodzenia po górach?



1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

29.06.2013r. - sobota
Atak zimy w Alpach zniweczył wyjazd, a plecak spakowany. Co nieco przepakować i siedzieć w domu nie sposób. Zarezerwowany termin nie może przepaść. Dokąd? Wszystko mi jedno. Bieszczady to niezawodny balsam na zbolałą duszę. Jak już w Bieszczadach będę... kto wie, jak sprawy się potoczą? Lepiej mieć niż nie mieć - zabieram paszport i mapy na Ukrainę.
O 11-tej rodzinka zostawia mnie na wylotówce z Nowego Targu i odtąd radzę sobie sama. 12.05 pierwszy bus do Kluszkowców. Cha, cha z 10km. Dobre i tyle. Następny STOP do Starego Sącza, bus do Nowego, autobus do Gorlic. Te już znam z poprzedniego wyjazdu na Ukrainę więc pasuje mi, że kierowca zjeżdża na Glinik. Wysiadam na obwodnicę - rozjazd drogi 28 na Krosno.
10 minut i jadę do Libusza Skrzyżowanie. Tu z przystanku autobus do Jasła się trafił! Z Jasła za godzinę jest do Sanoka. Mogę iść na STOPa, ale wykorzystuję przerwę na zakupy, co w sobotę późnym popołudniem wcale nie jest proste. Czynnego sklepu spożywczego szukam aż do Rynku. Troszkę mnie to irytuje bo plecak waży16kg, a będzie jeszcze więcej. Nie mniej jednak nie mam w nim nic do jedzenia, a nie wiem gdzie dziś skończę. Muszę mieć chociaż chleb i wodę.
Sanoka do Zagórza dojeżdżam podmiejskim i tu kończy się jazda. Postanowiłam dotrzeć na nocleg do schroniska w Komańczy. Jeszcze 32 km. Z buta, ale może trafi się cuś po drodze.
Totalny remont drogi 892 jednak wcale tego nie ułatwia. Mijam Zagórz, mijam Tarnawę Dolną, mijam Czaszyn i nic. Stopa nie ma.

Mijam Czaszyn, a STOPa nie ma

Jestem w Brzozowcu, stopa nie ma. Jest 21.30 - pora rozglądać się za spaniem.

Jestem w Brzozwcu, a STOPa nie ma

Żadnych ofert noclegowych na budynkach nie widzę, ale to mnie nie martwi - wszak mam namiot. Tylko znaleźć odpowiednie krzaki. Pierwsza próba na wejściu do wsi chybiona, druga tuż za wsią trafiona.

Za ostatnim gospodarstwem, oddzielona od nieruchliwej drogi murem krzaków, na kawałku trawy się rozbijam. Na spokojnie rozglądam się po terenie. W odległości ze 30 metrów mam zagon ziemniaków, ogrodzony drutem przed... dzikami! To nie jest dobra wiadomość. Mam w plecaku jabłko. Zjadam go wraz z ogryzkiem, żeby dziki nie miały czego u mnie szukać.

Podziwiam sobie ostatnie promyki zachodzącego słońca, opada wieczorna mgła.

Zachód słońca

Zastanawiam się dokąd mnie nogi jeszcze poniosą na tym wyjeździe, ale planu żadnego nie ustalam. Jutro schodzę z szosy.

30.06.2013r. - niedziela
Jest 7.20, piękny poranek i dzień zanosi się pogodny.

Poranek w Brzozowcu

Z Komańczy rezygnuję bo musiałabym dojść pozostałe ze 20km asfaltem. Innym razem sentymentalny powrót do schroniska zrobię. Dziś skręcam na niebieski. Przez Suliłę i Chryszczatą dojdę na nocleg w studenckiej bazie namiotowej Rabe. Czynna dopiero od jutra, ale przecież coś tam jest. Woda na pewno.
Skręcam w las po 1 kilometrze. Nieuczęszczany szlak skoro grzyby po deszczu rosną dokładnie na środku scieżki.

Takie sztuki na środku ścieżki

Za grzybami grzybiarze i mam jedno z nielicznych zdjęć z trasy.

Są grzyby, są i grzybiarze

Ścieżka miejscami zupełnie zarośnięta, nieznaczna. Na szczęście oznakowanie szlaku doskonałe. Niebieskie znaki odświeżone. Tego obawiałam się najbardziej, że będzie słabo oznakowany.

Nieuczęszczany ten szlak

Spokojnie zdobywam Pogary_641m n.p.m. (tu pierwszy błędny skręt, ale jedyny przez cały dzień)
Zdobywam niewidokową i nieciekawą Suliłę_759m n.p.m.

Szczyt Suliły wyjątkowo nieciekawy

Schodzę na Przełęcz nad Turzańskiem_609m n.p.m. Widzę Chryszczatą i znów zagłębiam się w las.
Podejście na nią daje mi w kość, bo ostro w górę. Przeczytany przed wyjazdem komunikat w necie: bieszczadzkie szlaki śliskie po ostatnich, intensywnych opadach deszczu dokładnie się sprawdza na tym odcinku. Muszę uważać bo zjeżdżam do tyłu chwilami.
Troszkę się ubłociłam.

Troszkę się ubłociłam

Chryszczatą_998m n.p.m. zdobyłam o 15-tej. Czas mam bardzo dobry, mogę sobie posiedzieć. Do bazy Rabe już blisko. Mija mnie dwójka młodych ludzi. Oni też do Rabe, ale nie zatrzymują się. Potem dochodzą 2 panie i tak sobie gawędzimy o Bieszczadach. One we wtorek do Lwowa na wycieczkę. To mi podsuwa myśl by z wycieczką granicę przekroczyć. Miałam cały dzień by sobie decyzję o przekroczeniu granicy podjąć. Tu zrobię źródła Sanu i Pasmo Otrytu i jadę na Ukrainę. Sprawdziłam prognozy, od wtorku ma tam być piękna pogoda.
Upalny dzień przyniósł deszcz ulewny po południu. Złapał mnie na ostatnich pięciuset metrach. Zaliczyłam skuteczny poślizg na mokrym konarze przy przekraczaniu potoku i upadek. Na szczęście nie na plecy i nie do wody. Pozbierałam się bez szkód.
Studencka baza namiotowa Rabe pusta, dziko zarośnięta trawami i innym zielskiem do wysokości półtora metra. Ledwo ją widać.
W środku warunki takie, jakie w studenckim wieku ceni się najbardziej - im gorzej tym lepiej. Pod nogami wyboiste klepisko, pajęczyny, koc i folia zamiast drzwi, ale dach szczelny i są miejsca do spania na suficie. Nawet jak zostanę tu sama miśki mi nie straszne.

Studencka Baza Namiotowa Rabe1

Studencka Baza Namiotowa Rabe2

Studencka Baza Namiotowa Rabe3

Po godzinie dochodzą widziani na trasie Michał i Agnieszka. Potem jeszcze szóstka młodzieży z Gliwic, w tym dwa Michały co czyni towarzyskie lapsusy komiczne, zapłonął ogień w kominku i wieczór miło zleciał jak z bicza strzelił. Deszcz ustał i ranek powitał nas słońcem.

1.07.2013r. poniedziałek
Rano na sucho można pozwiedzać bazę. Spać nad Niebiańskim Szczęściem to gratka.

Niebiańskie Szczęście:)

Student, człowiek uczony, nie tylko wysiłek fizyczny ceni. Intelektualny trening w każdym miejscu i o każdej porze w cenie.

W bazie namiotowej Rabe

Razem z Michałem i Agnieszką idziemy do Cisnej przez Jaworne_992m n.p.m., Wołosań_1071m n.p.m., Sasów_1010m n.p.m.,Osinę_963m n.p.m. i Hon_820m n.p.m. Gorący dzień, ale leśna trasa czyni go znośniejszym. Zajadamy się jagodami na każdej polanie. Urodzaj jest wyśmienity. Przed 17-tą jesteśmy w Bacówce pod Honem. Agnieszka z Michałem zostają. Kusi mnie spanie w izbie, ale nie po to namiot dźwigam by w izbie spać jeśli to nie jest konieczne. Ogląd miejsca namiotowego wyklucza jego rozbicie pod Honem. Podmokły teren, jakieś szambo blisko, głośno i ognisko w bezpośrednim sąsiedztwie. Idę na sprawdzone pole namiotowe Tramp. Tam gorąca kąpiel pewna i w trzeciej dobie udawania, że wykonywane czynności są myciem - konieczna.
Cisna wita mnie po królewsku..."Ostrężyny w kalin cieniu,... poziomki oczy czerwone..."

Ostrężyny w kalin cieniu

Wieczorkiem jeszcze spacer i zakupy. Spotykam Michała z Agnieszką. Spotykam 2 panie z Chryszczatej. To pierwszy weekend wakacji. Ruch turystyczny jeszcze nie rozwinął się w pełni. We wsi pustki, knajpy się zamykają po zmroku. Idę spać. Jutro może Bieszczadzka Ciuchcia na Przysłop? Odjedzie przed 11-tą.

02.07.2013r. wtorek
O szóstej już się obudziłam. Poranny rytuał z kawą. Nieśpiesznie. Powiedziałabym nawet leniwie bo czekam, aż namiot trochę obeschnie. 9.40 odchodzę z Trampa. Nie czekam na Ciuchcię. Jadę do Mucznego. Na wprost dojechać się nie da więc z Ustrzyk Górnych przejdę przez Szeroki Wierch, Tarnicę i Bukowe Berdo.
Autobus do Wetliny w sam raz podjechał jak na przystanek przyszłam. Na zamówienie po prostu: mówisz- masz.
Bus z Wetliny za minutę. W Ustrzykach jestem przed 11-tą. Trochę późno! Trasa niczego sobie, a z moim ciężkim plecakiem powinnam brać pod uwagę obsuwy w czasie. Śniadanko w przydrożnym rowie. Już mogłabym iść, zatrzymują mnie 2 telefony natury służbowej i nie do zbycia. Jeszcze pół godziny zwłoki. Na szlaku jestem równo w południe. Nie wychodzi się na trasę o takiej głupiej porze. Daję od początku ostro z buta. Szeroki Wierch_1293m n.p.m. mam z godzinnym wyprzedzeniem prawie!!!

Na Szerokim Wierchu-kolejna kulminacj i Tarnica

i Tarnicę_1375m n.p.m. Sama jestem zdziwiona.

Mijam kilkanaście osób, ale nie ma źle, natomiast na Tarnicy skądś tłumy. Najkrótszy szlak niebieski z Wołowatego był z pewnością bardziej oblegany. Na szczyt wbiegam lekko jak piórko bo plecak zrzuciłam na Przełęczy_1275m n.p.m.

Na Przełęcz Goprowską schodzą nieliczni. Od tej Przełęczy idę już sama. Mijam 4 osoby z przeciwka. Mnie wyprzedza jedna i Krzemień_1335m n.p.m. oraz całe Bukowe Berdo_1311m n.p.m. mam tylko dla siebie.
Od teraz zwalniam dla oczu radości. Zacne Połoniny Caryńska i Wetlińska i Smerek prezentują się świetnie.

Caryńska, Wetlińska

Mam widoki na wschodnią stronę, które w ub roku ograniczały mi mgły.

Widok z Bukowego Berda na wschód

Z góry rzut oka na Muczne. Pole namiotowe przy największym z obiektów. Ponoć stary, rządowy ośrodek wypoczynkowy. Dziś dostępny dla wszystkich.

Muczne z Bukowego Berda

Zejście żółtym do Mucznego to superlajtowa bajka. Wysokość traci się bardzo wolno. Las widny, nie zarośnięty podszytem, szlak w lesie szeroki, równy i bez przeszkód typu wiatrołomy czy błoto. We wsi jestem o 18-tej. Rozbijam się przy hotelu. Mam koleżankę na miejscu szukającą zbyt bliskiego kontaktu.

Łańcuch za długi


Aż interweniowałam u pani z recepcji, a Pani interweniowała u właściciela mojej niechcianej koleżanki i po kwadransie łańcuch skrótł istotnie. Węzeł sanitarny dla pola namiotowego ma awarię, a dla 1 namiotu nie warto się z nią bawić, więc gorąca kąpiel w hotelowym pokoju. Dodatek nadzwyczajny za dzielność na trasie. Całkowity czas wg mapy 6h 10min. Mój czas 6h. Dla mnie bomba biorąc pod uwagę solidny odpoczynek na Przełęczy, przystanki na trasie i ciężki plecak.
Jutro źródła Sanu.

3.07.2013r. środa

Będzie gorąco. Jak nic nie złapię to 16km asfaltu mnie czeka i dopiero szlak. Niedobrze. Po dwóch kilometrach jednak coś się trafia. Robotnik od budowy leśnych dróg do Tarnawy Niżnej mnie zabiera. Tu kończy trasę, ale mnie trzeba do Bukowca. Namawiam go za opłatą by mnie podwiózł. Najpierw się opiera, że niby w pracy jest, ale ostatecznie dał się skusić na pozostałe 10km. Zapłaciłam gościowi 5 dych, ale dzień mam uratowany. Powrotem na razie się nie martwię.
W budce z biletami pani już jest, kasuje 6zł. Dowozi ją tu samochód więc jeśli na 16tą wrócę to z nią się zabiorę. W drogę więc.
Prognozy były dobre, ale...dzień jest gorący i długi.
Zanim doszłam do Cmentarza w Beniowej zaliczyłam błąd na słabo oznakowanym szlaku. Krótkie zawracanie, a potem już było gucio. Spotkałam Grześka z Anią. Zapowiadają, że oni wolno chodzą, ale jak mi nie przeszkadza możemy iść razem. Wędrujemy wspólnie cały dzień.
Na Cmentarzu w Beniowej

Na Cmentarzu w Beniowej

Potem schron BdPN, Ruiny Dworu Stroińskich, Grób Hrabiny.

Grób Hrabiny

Punkt widokowy na Sianki po ukraińskiej stronie

Sianki po ukraińskiej stronie

Tu pogawędka z naszymi pogranicznikami. Z wycieczkowej grupy raczej we Lwowie nie pozwolą mi się odłączyć. Przez przejście w Krościenku mogę wyłącznie jeśli ktoś mnie przewiezie samochodem przez granicę. Najbliższe przejście piesze jest w Medyce. Mam Sianki w odległości 500 metrów, a muszę przejechać 300km, żeby do nich dotrzeć.
Koniec pogawędki. Docieramy do źródeł Sanu.

Zaczerpnąć łyk ze źródeł Sanu

 

Cieniutki ten San na początku, oj cieniutki.
Ładnie wyeksponowany punkt na granicy.

Polsko-ukraińska granica państwa

 

Skądś pojawił się ukraiński pogranicznik. Z nim też krótka pogawędka, chwila odpoczynku i zawracamy. Szlak mało uczęszczany i miejscami mocno zarośnięty. Polany mają trawiastą roślinność wysokości człowieka. Owadów moc. Tną po zbójecku. Mam ich serdecznie dosyć. Bąble rosną i puchną.
Dziś idę na lekko. Mogłabym to zrobić szybciej, ale moje towarzystwo gwarantuje mi odwrót z Bukowca, który jest tylko wspomnieniem z przeszłości i nazwą na mapie. Nie ma tu nic. Zero ludzi. Mają w planie obiad w Mucznem co mi bardzo pasuje bo to dla mnie czas na zwinięcie się z pola. Cały dzień męczy mnie niepewność, że kartusz z gazem wrzuciłam do namiotu, a upał okrutny. Gorąco jak w Sajgonie i czy aby jakiegoś samowybuchu z przegrzania nie uczyni?
O 17.30 jesteśmy przy budce biletowej. Koniec trasy.
W Mucznem zgodnie z planem. Zdążyłam się spakować. Mogę wysiąść w Stuposianach, ale to równie zapadła wieś poza trasą. Jadę do Ustrzyk Górnych. Zawsze to bliżej ludzi. Sprawdzam autobusy do Sanoka na rano. Rozbiję się na polu i jutro do Przemyśla. Jeszcze telefon do domu bo wrócił zasięg polskiej sieci. Może coś dokupić w sklepie, ale... podjeżdża autobus do Sanoka. Mówisz - masz, to ja wsiadam.
Po drodze sprawdzam noclegi. Jest jakiś hotel PTTK w Sanoku. Dzwonię. Pokój dwuosobowy za cenę jedynki. Wyboru nie mam.
W Sanoku jestem o 22.10 Taksówek zero. Radio taxi to dobry wynalazek. Jeszcze zaliczam zderzenie z wiatą przystankową, w którym mój piszczel solidnie ucierpiał o czym przekonuję się dopiero na noclegu. Krew się leje, ale na szczęście nie wyklucza to chodzenia. Idę spać w łóżku. Autobus do Przemyśla za 15 siódma lub 7.15, coś koło tego. Nie zapamietałam.

4.07.2013r. czwartek

Wstałam o 5.30 Pierwsza rzecz telefon na informację PKS, ale nie odbierają. Udaje się dopiero o siódmej. Autobus do Przemyśla odjechał 6.45. Więc jednak był za 15 siódma. PechCry Następny za późno.
Kolejny telefon, radio taxi i gonimy ten do PrzemyślaLaughing Ma 25 minut wyprzedzenia, ale autobus nie pędzi tak jak taksówka. Taksometr pokazuje już 80zł. Znów dzwonię do PKS. Gdzie ten autobus powinien być? Na którym przystanku? bo wciąż go nie widzimy?
- W Kuźminie - słyszę w odpowiedzi.
- Jestem w Kuźminie, a autobusu nie ma. Niech go Pani gdzieś powstrzyma, bo nie dogonię aż do Przemyśla. Jedzie przed rozkładem jazdy.
Nareszcie jest. Na taksometrze 110zł. Na ciągłej linii, na serpentynie, pod górę wyprzedzamy autobus. Kierowca rozmawia przez komórkę. Pewnie mu ktoś głowę zmywa. Zatrzymujemy się, błyskawiczna przesiadka i o 9.40 jestem w Przemyślu. Ukraiński autobus do Lwowa jest za godzinę i 25zł.
Metodą lepiej mieć niż nie mieć dokupuję jeszcze 500UAH w kantorze. Mam 1600, ale kto wie co będę gonić taksówką na UkrainieYell. LEPIEJ MIEĆWink.
Jadę busem do Medyki, za 2zł. Odjeżdża jak się zapełni, a zapełnia się szybko. W busie kilka znajomości z Paniami z Ukrainy nawiązuję, objaśniają mnie co i jak, i wszystko staje się proste.
Bazar w Medyce przed przejsciem granicznym.

Bazar w Medyce

 

Samo przejście graniczne nie jest miłym widokiem

Przejście graniczne dla pieszych

I jestem po drugiej stronie w Шегини (Szegini).

Jestem już na Ukrainie

Na pewno odwiedzę Użgorod. Rodzinne sentymenty, ale to potem. Teraz stąd się wydostać. Tuż za przejściem namolna i mętna propozycja dojazdu do Sambora za 40 zł lub do Mościsk za 20. Wykręcam się, w końcu spławiam gościa. Zły jest, że nie złapał klienta, a ja się cieszę bo zza rogu wyjechała marszrutka do Sambora. Zatrzymuje się na jedno machnięcie ręką chociaż to już nie przystanek. W sam raz - mówisz-masz, za 15UAH czyli 6zł.
Ciekawy pojazd, taki z naszych lat 70-tych. Maska silnika między kierowcą, a miejscem dla konduktora (tak jak to u nas drzewiej bywało, gdy na polskich drogach jeździły sany lub jelcze "ogórki":)) tu siada pasażer, tym razem ja.
A w ogóle to czas na decyzję. Jadę do Użoka. Z Użockiej Przełęczy przejdę Połoninę Pikuja i sam Pikuj. Następnie Połonina Ostra Hora, następnie Połonina Równa. Plan optimum. Ile z tego się uda - zobaczymy.
Robię zdjęcia w locie. Stan dróg - szkoda gadać. Najczarniejszy z koszmarnych snów.
Ciekawa architektura przystankowa.

Ciekawa architektura przystankowa

Ciekawe widoki po drodze.

Częsty na Ukrainie obrazek

12.15 jestem w Samborze. Dworzec autobusowy. Nie ma w ogóle żadnej nawierzchni (jak klepisko w Rabe) za to ludzi dużo, autobusów kursowych dużo, w każdą stronę i bez przerwy.

Dworzec autobusowy w Samborze

Dworzec kolejowy prezentuje się znacznie lepiej.

Dworzec kolejowy w Samborze

Intensywny ruch pasażerski na obu. Pociągi też są. Dalej mogę autobusem do Turki, albo pociągiem do Użoka. Nie ma takiej stacji, więc ja do Wołoszanki Zakarpackiej, jeden przystanek dalej. Do 14.40 mam czas na spacer po Samborze. Ciekawostki: Stiepana Bandery

Ulica Stepana Bandery

a przy bulwarze jego pomnik!

Pomnik Stepana Bandery

To jednak zdecydowanie inny kraj. Nieswojo się czuję pod tym pomnikiem. Przemykam szybciutko. W parku restauracja - pozwalam sobie na ukraińskie danie: варенки. Nie wiem co to, ale szybko się przekonujęSmile.

Podobne do ruskich pierogów

Dużo śmieci w parku, acz przy ławeczkach pudła tekturowe robią za kosze. W niektórych nawet worki foliowe, śmieciowe włożone.

Przez ten park spokojnie na Dworzec Kolejowy się snuję. Sambor nie powalił mnie na kolana. Pani z obsługi Dworca łapie mnie za rękaw i
- Ty do Sianki. Ty wsiadaj.
I wpycha mnie na peron. Jakiś pociąg stoi gotów do odjazdu. Mam jeszcze godzinę!!!
No... nie mam. Czas na Ukrainie o godzinę do przodu. Nie pomyślałam o tym, nie przesunęłam zegarka. Znów miałam komunikacyjne szczęście.
Przed wejściem upewniam się u jakiegoś mundurowego z pociągu (bez munduru, ale w niebieskiej koszuli), że to pociąg do Sianek.
- Tak.
Zajęłam miejsce na drewnianej ławce, przy jakiejś teczce. Mój kolejarz do tej teczki się dosiada.
Kilka stacji i z Wasylem jesteśmy na Ty. Wasyl jest milicjantem, nie boi nikogo! Dziś na „lekkiej bańce". Dyskretnie okazuje się identyfikatorem z kieszeni (moja uwaga na baczność) Miało mi to zaimponować? jedzie do Łopuszanki. To tuż przy polskiej granicy. Rozmawiamy o turystyce i wszystkim, byle czym i niczym. Zdziwienie i trochę takie pogrożenie palcem budzi moja wyprawa solo.

Jak Wasyl przeszedł jednak na politykę... to już mi się odechciało z nim gadać. Wymienia naszych prezydentów trzech do tyłu, premiera po nazwisku. A ten prezydent co zginął w Smoleńsku to przypadek?- pyta.
Cała elita, to przypadek?
Szok. Spadaj Wasyl, ale pozbyć się go nie mogę. W dyskurs wchodzić niebezpiecznie. Dla mnie to katastrofa i kończę temat, a Wasyl wraca do niego jak bumerang.
Nareszcie wysiadł w tej nieszczęsnej Łopuszance czy gdzieś tam, ja za kilkanaście minut dojechałam do Sianek.

Stacja kolejowa Sianki

Pierwsza twarz na peronie to pogranicznik.
- Dokąd? Was troje?
- Jakie troje? Jestem sama. Zanim zawołał o dokumenty uciekłam mu do budynku dworca i faktycznie dwóch gości z plecakami. Nasi! Na Połoninę Pikuja. Ja też na tę Połoninę!
- Możemy razem?
- Czemu nie? Możemy.
I już mam towarzystwo na ukraińskie bezdroża.
Daniel z tatą Romanem z Rzeszowa. Trafny przypadek, że chcą robić dokładnie to co ja.
Tu miała być przesiadka, ale dziś elektryczki już nie ma. Trzeba inaczej. Z czterech samochodów za budynkiem jeden jest nawet z kierowcą. Chyba nie stuprocentowo trzeźwym, ale zgodził się podwieźć nas na Przełęcz Użocką za 50 hrywien. Za 20 minut bo jeszcze coś musi załatwić. Czekamy.
Nasza podwoda przyjechała zgodnie z umową. Daniel tłumaczy mu, że do cerkwi nam trzeba. Po drodze jeszcze koniecznie sklep. Wody dokupić. Niby jest woda nawet na połoninach, ale ja jej nie potrafię szukać. Lepiej mieć. Mam 2 litry, 2 litry dokupuję + drobiazgi typu ser i cukierki. Do plecaka, który w domu miał 16 kg dołożyłam z 5.
Na Przełęczy facet się zatrzymuje i mówi, że koniec jazdy. Stoi jakiś krzyż/świątek przy drodze, ale to nie cerkiew. Jak do tamtej cerkwi to będzie 80 hrywien.
-Niech będzie. Wybór mamy żaden.
Tym sposobem zjechaliśmy z Użockiej Przełęczy. Piękny, widokowy zjazd.
Wysiedliśmy przy cerkwi. Właśnie wpisano ją na listę zabytków UNESCO. Znikąd pojawił się dziadek, który ją otwiera bez proszenia, pokazuje, oprowadza po omacku niemal bo znacząco niedowidzący jest.

Cerkiew w Użoku

Wszystkie zdjęcia z wnętrza wyszły mi słabe. Pech. Potem jeszcze otworzył dzwonnicę z trzema dzwonami, poopowiadał trochę. Obeszliśmy wszystko detalicznie. Zostawiłam mu datek 15UAH. Chyba znośny.
Po cerkwi ruszamy na trasę.

Skręcamy w drogę do wsi Husny nad potokiem Husny (nie mylić z poprzednim Husne Wyżne).

Skręcamy do Husnego
Przeszliśmy prawie do końca wsi z 5 km. Dolina niezbyt głęboka, ale wąska. Jest duszno, dużo bydła i bydlęcych robali fruwa w powietrzu. Co mnie nie pogryzło w drodze do źródeł Sanu, to mnie dogryza tu z nawiązką. Trudno wytrzymać. Pot leje się ze mnie, ale zakładam polar na ręce. Inaczej się nie da. Panowie okazują się bardziej odporni.
Ciekawa rzecz - idziemy niebiesko wyznakowanym szlakiem, ale nie ma go niestety na mapie.
Po 20-tej kolacja w przydrożnym rowie. Chłopaki wyciągają kotlety domoweSurprised.
Pół godziny później skręcamy z drogi na przełęcz przed Roztoką w lewo, przedzieramy się przez bagienko, pokrzywy i potok na następną drogę, z niej na zbocze. Już minęliśmy Drohobycki Kamień. Bez sensu, że dołem.
Mijamy jedno z ostatnich zabudowań, już na stoku.

Ostani dom już na stoku

I budynek przy nim gospodarczy nieprzeciętnej urody.

Budynek gospodarczy

Trochę ponad nimi, na granicy lasu jest miejsce na biwak. Zostajemy nad dopływem Husnego. Nocleg u stóp połoniny. Dla mnie rewelacyjne okoliczności przyrody. Gawędzimy jeszcze do późna.
Koniec dłuuuuugiego dnia, pełnego wrażeń i szczęścia w podróży. A będzie się jeszcze działo. Oj będzie. To nie to samo co w Tatry wyskoczyć.

c.d.n.

Nie skończyłam relacji, a o świcie zaczynam następną wyprawę na Wschód. Musicie poczekać Drodzy Czytelnicy. Jeszcze Руна, Руна, Руна...

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

...prawie. Prawie, bo w międzyczasie były góry narciarskie i nawet się zaplątał wyjazd na Słowację (wreszcie Rysy zdobyte, jakoś wcześniej nie było okazji), ale żadnych konkretniejszych wypadów nie było. Aż tu nastał nam rok 2013 i uznaliśmy, że z braku końca świata, trzeba by się w góry znów wybrać.

Wyjazd za 3 tygodnie. Kierunek: Pireneje. Styl: wyprawowy. Na 2 tygodnie. Relacja będzie, fotki zresztą też :)

TagsTags: nowa wyprawa 
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Idąc na Słowacki Giewont zastanawiałem się czy każdy kraj ma swój "Giewont" i pewnie ma, tylko my jeszcze o tym nie wiemy.


Zanim wybrałem się na tą górę wiedziałem że Krywań 2495 m.n.p.m. to święta góra Słowaków, czyli taki odpowiednik naszego Giewontu. My mamy Giewont, oni Krywań. My Rysy oni Gerlach. Kurdę tylko dlaczego my wszytsko mamy mniejsze? :-D Tak już to bywa. Trudno!


A więc niedziela i scieżka na Krywań. Idziemy.


Od jakiegoś czasu w Tatry wybieram się tylko na Słowację, tutaj można po ludzku sobie pochodzić po górach. Mało turystów, a jeśłi są to z grupy tych prawdziwych, nie przypadkowych. I tak faktycznie jest oprócz Krywania. Tutaj turystów jest raczej sporo, ktoś kto lubi słowackie tatry takie jakie są, nie polecam mu tej góry, ludzi jak mrówków. Do tego pojawiaja się na szlaku stadami, (wycieczki autobusowe) :-D, choć tak czy siak ma się to ciągle jeszcze słabiej do np: Giewontu, ale, i tak ciągle gdzieś ktoś jest za nami lub przed nami.

Przyczyną tego na pewno jest to że my szliśmy w niedzielę. SIC Kto chce iść na tą górę polecam dzień tygodnia, na pewno bedzie spokojniej. I nie będzie stada "szpaków" na szczycie góry. Tak to wygląda patrząc z dołu na szczyt, jakby go obsiadły ptaki.

 

krywań

 

przykładowa fotka z internetu

 

Generalnie nie jest tak źle, i nie wystraszcie się, po przeczytaniu tego postu, bo góa jest duża (1300 metrów deniwelacji) i aby na nią wyjść potrzeba sporo pary w nogach (Giewont 900 metrów deniwelacji) dlatego pomimo ilości turystów, nie znajdziecie tutaj paniusi w klapkach, ani innych tego rodzaju ekscesów :-D

 

Ale pamiętajcie, jeśli chcecie sobie zrobić wycieczke w "słowackie tatry" taką jak zwykle, to może się ona okazać całkiem inną niż zwykle.

P.s. Za tydzień znów Słowacja. :-)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Skitury Skitury

Dwa tygodnie temu podczas pierwszego ciepłego weekendu razem z znajomymi ropoczelismy sezon letni. Co to znaczy? Jak zwykle pierwszy wyjazd w skałki celem wspinania, tudzież ewentualnie pierwszy biwak i ognisko z kiełbasą i piwkiem.

Pogoda dopisywała, ponad 20 stopni w cieniu, co zaowocowało "kupą " ludzi w Rzętkowicach. Odrazu widać że wszyscy czekali na te pierwsze dni by wkońcu wyrwać sie z domu.

 

d

 

któż by się spodziwał że jeszcze dwa tygodnie później odbędzie się dla mnie zimowe zakonczenie sezonu narciarsko-skiturowego. I tak w ten piatek udaliśmy sie z znajomymi na słowację celem poskiturowania i pozjeżdżania na stokach Niżnych Tatr.

Pogoda także dopisała lecz tym razem w stylu zimowym, wiatr, śnieg, brak widocznosci. Ale za to 40 cm świeżutkiego sniegu w górach. Z tego co widzieliśmy to stoki są przygotowywane na ten weekend dla narciarzy (ratrakują je) więc myślę że to ostatnia szansa na przywoite szusowanie.

 

f

 

Pod nowym śniegiem widać stary śnieg ktory jest bardzo zlodzony i jazda po nim to już żadna przyjemność. Więc kto glodny narciarstwa niech jedzie. ;-)

 

Koniec z zimą niech żyje wiosna. :-D

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

 

2011_07_26 Skopiec_724m n.p.m. - Góry Kaczawskie

 Z Jedliny Zdroju zdecydowałam się ostatecznie na przejazd do Karpacza.

Zebrałam się do opuszczenia kwatery była 10. Dziś dzień lajtowo-przejazdowy, z malutkim Skopcem tylko. Trzeba ten Skopiec zrobić „po drodze", bo leży przy trasie przejazdu.

Przejazd metodą - krótkimi skokami do przodu.

Z Jedliny do Wałbrzycha nyska.

Z Wałbrzycha do Kamiennej Góry następna nyska.

Z Kamiennej G. (jest uczciwy dworzec:) PKS do Marciszowa.

Przesiadki drzwi w drzwi, albo 5 minut przerwy. Idzie mi jak po maśle.

 Z Marciszowa na Przełęcz Radomierską  STOPem.

Wysiadłam na właściwym skrzyżowaniu na drodze 328, autobus skręca w lewo. Na do widzenia kierowca mówi: wątpię czy tu coś pojedzie. Chyba skończyło się „masło".

Pojedzie nie pojedzie - nie mam wyjścia, muszę stanąć. Mała wioska, sklep przy skrzyżowaniu, dwóch klientów pod sklepem i tyle widzę Marciszowa.

Ustawiam się przy drodze, plecak pod drzewo i ... nic nie jedzie. To spokojnie mogę zjeść kanapkę. „Rozgościłam się" na poboczu w zielonej trawie, wcinam bułę.

Nawet połowy nie zjadłam jedzie osobowy. Machnęłam, zatrzymał się. Buła do kieszeni, plecak do bagażnika i już jadę. Małżeństwo z dziesięcioletnim synem. Oczywiście wyrażają zainteresowanie tym co robię, a ja już mam się czym pochwalić.

W każdym środku lokomocji propaguję projekt KGP. Tu też.

Tak nam się miło gawędziło, że przejechaliśmy Przełęcz Radomierską. Cały Radomierz bokiem minęliśmy! Pani za kierownicą nie upilnowała tego punktu. Pech. Wysiadłam na stacji benzynowej ze 3km niżej.

Dodatkowe 3km z plecakiem transportowym - to nie jest lajt. Dla mnie to kanał.

Rozglądam się po otoczeniu. Koniecznie trzeba go gdzieś upłynnić? Może na stacji?

Po przekątnej widzę wielki zajazd przydrożny. Tam spróbuję.

W lokalu prawie pusto. Zamawiam kwaśny kapuśniak. Nareszcie zupa o niegłupiej porze. Załatwiam z miłą panią Moniką z baru, że drugie danie zjem po powrocie jeśli zechce przechować mój okropnie ciężki plecak.

Pani Monika nie ma nic przeciwko temu!!! Udało mi się. Znowu udało mi się.

Najważniejsze, że zbliżam się go gór!!! Widzę Karkonosze. Serce pika mocniej. Trochę jakby bliżej domu zaczyna się robić.

Nareszcie widzę większe górki:)

Dodatkowo zaprzyjaźniony telefon z planety odbieram:)

Na szlak.

Do Przełęczy na niebieski muszę wrócić drogą nr 3. Ruch na drodze wielki. Okropnie się idzie. Zmieniam plan i skręcam czym prędzej na drogę oznakowaną jako zielona ścieżka rowerowa do Komarna. Tędy miałam schodzić.  

Teraz mam 3,5km asfaltówki, ale ruchu zero. Nawet bociany nie mają się czego bać.

Rowerowy szlak do Komarna   Ruchu nie ma - bocian sie nie płoszy

 

W Komarnie mijam zacny zabytek w marnym stanie i na żółty szlak - boczna asfaltówka przez wieś. Droga coraz węższa i bardziej dziurawa. Roboty drogowe. Żeby mi umożliwić przejście zatrzymuje swoją pracę wielka koparka.

-Przepuśćmy kamikadze - słyszę za plecamiFrown

Coś mi tu kłóci się z logiką. Czy ja na pewno jestem na górskiej wycieczce?

Wreszcie żółty krzyżuje się z niebieskim, schodzę na drogę polną, skręcam w las. Oznakowanie spoko. Kilkanaście minut i jest wykrzyknik - uwaga. Z prawej w odległości kilkudziesięciu metrów mam 2 maszty na Barańcu_720m, a na Skopiec skierowania nie ma. Zadanie na obecną chwilę - odszukać wierzchołek w kierunku przeciwnym do Barańca.

Skręcam w dróżkę jakby dopiero co lekko przeciętą bo nie wygląda to na wielki wyrąb.

Przecinka którą zmierzam nz szczyt Skopca

Zeszłam ze szlaku, potem skręcam raz jeszcze, ale to niedaleko. Znajduję takie oto miejsce.

Szczyt (chyba) Skopiec_724m n.p.m. G. Kaczawskie

Zwyczajowe oznakowanie szczytu domyślam się. Kopczyk kamieni i kołek.

Czy aby na pewno to szczyt?

Coś jest napisane na słupku. Udało mi się odczytać „Znak pomiarowy" Drobniejszy druk nieczytelny bo stoi woda w literkach. Pieczołowicie osuszam je chusteczką i doczytuję „Uszkodzenie podlega karze". Śmieję się z własnej głupoty, bo znak pomiarowy to znormalizowany znak, no ale już wiem co napisano.

Dalej tylko zejście. Ok. 5km wg mapy. Przyjemna droga przez las, polany, łąki. Oznakowanie nadal doskonałe. Solowe chodzenie po lasach już nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Chyba przywykłam, ale też dziś zadne mysliwskie ambony mnie nie straszyły.

Jeszcze dwa telefony znajome odebrałam. Radocha, bo przynajmniej przez chwilę nie jestem sama.

Niewysoko weszłam, niewielkie mam schodzenie. Kolejno odczytuję z mapy Ziemski Kopczyk_672m, Leszczyniec_604m, Straconka_611m. Drobne podejście na Dudziarz_652m i już.

O 16.30 jestem na powrót na drodze nr 3 przy znaku informującym, że do stacji paliw 2,5km.

Naprzeciwko stacji paliw jest mój plecak. Niezbyt daleko, ale nie pójdę. Złapię STOPa.

Ruch wielki nie będzie problemu. Żeby mi się tu jakiś uprzejmy tir nie zatrzymał. Stoję kilka minut. Wreszcie zatrzymał się osobowy. I tu ciekawa rzecz.

Zawahałam się czy wsiąść do niego!!! Po raz pierwszy mi się to zdarzyło!!! Zaliczyłam przecież dziesiątki stopów, a tu zawahanie.

W momencie wsiadania już mi się nie podobało!!! Zamknęłam drzwi i natychmiast chciałam wysiąść, ale ruszył. Nawet nie patrzę na gościa. Dobrze, że to tylko 2,5km. Kierowca proponuje mi dojazd do Jeleniej Góry bezpośrednio.

- Ale ja po plecak muszę.

- To ja na panią poczekam.

- Ale ja bardzo dziękuję. Nie trzeba.

- Ale ja bardzo chętnie itp.

Nie zatrzymał się na drodze, skręcił w lewo na parking pod Zajazdem i chce czekać.

Wreszcie pozbyłam się gościa grzecznie.

Uffff. Odetchnęłam jak wysiadłam.

Niewdzięcznie myślę sobie, że nareszcie koniec jazdy. Nic się nie stało i może gość był Bogu ducha winien, ale jakoś tak... źle mi było w tym samochodzie.

Odebrałam plecak. W oczekiwaniu na kotleta jeszcze jeden zaprzyjaźniony telefon z Wrocławia. Taki dziś dzień, że wszyscy dzwonią. Fajnie. Wiem, że parę osób mi kibicuje i trzyma kciuki. W tym miejscu wszystkim Wam dziękuję.

 Po obiedzie do Księgi Gości wpisałam Pani Monice zacną laurkę z podziękowaniem za przechowanie plecaka i opuszczam Zajazd Przycup w Dolinie (śmieszna nazwa).

Zajazd Przycup w Dolinie z miłą Panią Moniką w środku:)

Zmierzam na stację paliw, by podpiąć się na jakiś transport. Z parkingu po drugiej stronie drogi rusza bus. Zanim zorientowałam się w czym rzecz - kierowca przywołuje mnie do siebie.

Kursowy do Jeleniej Góry. Znowu fart mam.

W Jeleniej już stał po drugiej stronie bus do Karpacza. Jakby na mnie czekał. Jestem pewna, że gdybym próbowała korelować dojazdy i połączenia wg jakichkolwiek rozkładów - nie byłoby to możliwe. Połączenia na tej wyprawie mam po prostu nieziemsko sprzyjające. Jakby wszystkie rozkłady jazdy w południowo - zachodniej Polsce były dostosowane do mojej marszruty, która tworzy się z dziś na jutro lub jutro.

Teraz gdzie wysiąść, żeby spać? Nie ma się rezerwacji - ma się problem. Najlepiej w jakimś centrum by pasowało.

Moje obawy okazały się zbędne. Cały Karpacz to jedna wielka noclegownia. Na każdym budynku reklama NOCLEGI.

Wydaje mi się, że w jakieś centrum wjeżdżam, ale miasto się ciągnie i ciągnie. Wysiądę na następnym przystanku.

Jednak centrum przejechałam. Tym razem nie rozmawiałam z kierowcą. Błąd.

Stoję na jakimś rondzie.

Z prawej hotel Biały Jar, z lewej hotel Łomniczanka. Wybieram ten drugi bo mniejszy.

Mój dach nad głową na następnych dni kilka

Nie pytam za ile, pytam czy jest pokój. Jest, nie ma problemu. Wg własnej subiektywnej skali oceniam warunki: jak dostajesz w hotelu śnieżno białe ręczniki tzn, że standard jest nie najgorszy. Tu jestSmile

Z ulgą zrzucam plecak. Ogarniam się co nieco i jeszcze wyskoczyć trzeba po jakieś pieczywo.

Już po dwudziestej. Załapuję się na ostanie bułki w pobliskim sklepie. Schodzę jeszcze na spacer trochę na dół, ale - miasto jak miasto.

Mailowa korespondencja, telefon do domu, plan na jutro mniej więcej i można odpoczywać po udanym dniu. Dziś nie było JAKOŚ TAM - dziś było super. Gładko przemieściłam się na odległość 85km, zdobyłam kolejny szczyt Korony i mam spanie na następnych dni kilka.

Widziałam Góry Sokole z bliska.

Góry Sokole, z trasy na Skopiec

A Karpacz to doskonały punkt wypadowy na Śnieżkę, Skalnik i Wysoką Kopę. Góry nareszcie troszkę wyższe. I pogoda cały dzień sprzyjała. Gromadzące się chmury nie wróżą jednak najlepiejFrown, ale...JAKOŚ TO BĘDZIESmile.

 cdn.

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Długo czekałem na ten moment, oj długo. Po narodzinach córy i związanych z nimi komplikacjami musiałem na pewien czas odpuścić wypady w góry i zająć się moimi dziewczynami. Tym bardziej z niecierpliwością wyczekiwałem niedzieli - małżonka zadeklarowała że jest na siłach zostać z diabełkami i mogę się wyrwać.

W sobotę pogoda była obrzydliwa i o mało odwołałem wyjazd, tym bardziej że ICM straszył chmurami i widocznością rzędu 100 metrów. Ale bym się wygłupił... ale nie uprzedzajmy wypadków W końcu jednak się przemogłem, wybór padł na hale - Boraczą, Lipowską i Rysiankę z opcjonalnym spacerem przez Romankę o ile czas pozwoli.

Wpakowałem się w auto przed siódmą i kilka minut po ósmej zameldowałem się w Żabnicy, zostawiłem auto na Skałce i czarnym szlakiem ruszyłem pod górkę w kierunku Hali Boraczej. Po przejściu krótkiego odcinka asfaltu wszedłem w ścieżkę leśną. Widoki? Zapewne byłyby piękne, gdyby były. Mgła, chmury i brak słońca na razie potwierdzały moje obawy. Dotarłem dość szybko na Halę Boraczą i rozgościłem się w schronisku gdzie zaplanowałem śniadanie.

W trakcie śniadania za oknem zaczęło się robić nieco jaśniej, a kiedy skończyłem i wyjrzałem na zewnątrz ucieszyłem się niezmiernie - zaczęła nieśmiało robić się pogoda Szybko dopiłem herbatę i wyciągnąłem aparat żeby uwiecznić to, co mogło być jedynym przebłyskiem łaskawszej aury tego dnia.

 

Kilka słów o schronisku. Na wejściu na pewno nie zachwyca, ale też i nie zniechęca. Ot, typowy budynek PTTK-owski który ma już swoje lata, przydałby się remont, ale nie można powiedzieć żeby było zaniedbane. Po prostu "zużyte". Kiedy przyszedłem byłem sam, za bufetem stała sympatyczna pani, jak przypuszczam zresztą - szefowa. Trochę sobie porozmawialiśmy, zamówiłem smażoną kiełbasę i herbatę - i tu muszę pochwalić, bo za 13zł dostałem solidną porcję złożoną z dwóch kiełbas, szałotu (naprawdę nie wiem jak to się nazywa poza Śląskiem) i czterech solidnych krom chleba. Pojadłem, pożegnałem się i ruszyłem w stronę Hali Lipowskiej. Schronisko zapamiętam na pewno pozytywnie i odwiedzę zimą.

W stronę Lipowskiej można dreptać dwojako - albo cały czas zielonym szlakiem zaliczając po drodze Studzionkę, albo w pewnym momencie odbić czarnym na Redykalny Wierch i dalej iść żółtym przez hale Bacmańską, Gawłowską i Bieguńską. Ja zdecydowałem się na ten drugi wariant. Po drodze jeszcze rzuciłem okiem w tył na Boraczą, gdzie oparły się promienie słońca coraz odważniej przebijającego się przez chmury i ruszyłem pod górę - gdzie kisiła się dość gęsta mgła. Widoki po drodze były... a, sami zobaczcie.

 

Pogodziłem się już z szaroburością krajobrazu gdy nagle wpadłem w inny świat. Pojawiło się piękne słońce i niebieskie niebo, poczułem się o mało co wiosennie. Pogodowa hydrozagadka szybko się wyjaśniła - zostawiłem mgłę pod sobą, co zresztą na pierwszym z poniższych zdjęć nawet widać. Dostałem kopa energii, zupełnie jakbym był zasilany panelem solarnym umieszczonym na plecach. Z rzadka zatrzymując się na fotki raźno ruszyłem w stronę Lipowskiej, gdzie zaplanowałem kolejny postój na coś ciepłego.

 

 

Hala Lipowska okazała się być bardzo ładna, natomiast niestety jak na tę porę roku dosyć zatłoczona. Schronisko także mnie nie powaliło na kolana, ale pewnie dlatego że było sporo osób, w tym wycieczka dwunastolatków - szybko przełknąłem co miałem przełknąć i ewakuowałem się w stronę Rysianki.

 

Na Rysiance nawet się nie zatrzymywałem i uderzyłem w stronę Romanki. Dotarłem do rozejścia szlaków, gdzie musiałem podjąć decyzję - czy wracać na Skałkę zielonym, czy iść dalej. Szybko przekalkulowałem czas który mi został i z bólem serca postanowiłem schodzić. Rzuciłem jeszcze raz okiem na rozpościerającą się przede mną halę Pawlusią i ruszyłem w dół.

 

Schodzenia nie lubię i nic tego nie zmieni. Szlak dość ostro schodził, był kamienisty i do kompletu źle opisany. Szybko także zrobiło się znów szaroburobylejako.



Po godzinie z małym okładem byłem przy aucie, po drodze jeszcze zatrzymując się przy rzeźbach znajdujących się w przydrożnych obejściach. Już później dowiedziałem się że pracuje tam dr Wojciech Opania, który na co dzień jest architektem i wykładowcą akademickim, a w wolnym czasie pasjonuje się rzeźbą.

 

Z niejakim żalem spakowałem się i pojechałem do domu. Czułem pewien niedosyt ilościowy, ale na pewno nie jakościowy - podładowałem akumulatory na całego. Wiem też że na pewno wrócę tam jeszcze tej zimy, na rakietach - tereny są do tego wręcz wymarzone.
Jakie wnioski na przyszłość? Przede wszystkim nie sugerować się nadmiernie prognozami pogody

TagsTags: beskidy beskid żywiecki 
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Budzimy się o 6 rano, przecieramy parę razy oczy ze zdumienia. Za oknami delikatna rewolucja. Niczym machnięcie magiczną różdżką, niczym piękny sen... Znowu gdzieś na wschodzie wyszło słońce... Po sobotniej niepogodzie, nie ma już śladu. Sporządzamy śniadanie, ciepłą herbatę, ładujemy plecaki i porzucamy naszą przytulna chatkę. Na zewnątrz jest 7 stopniowy mróz...

 

W drodze na Banikov

 

 

Niemożliwy błękit nas otula. Wierzchołki, które wczoraj ukrywały się za liczną otuliną chmur, dostojnie patrzą na nas z wyższego poziomu. Przestrzegając, że nie będą dla nas pobłażliwe. Będą nas cały czas obserwować, obnażając przed nami coraz piękniejsze widoki. Będą mieć na nas oko i w zależności od nas samych, pozwolą nam lub nie, wrócić do przytulnej chaty.


Dochodzimy do Adamculi, takiego malutkiego rozgałęzienia. Nasz ślad odbija w tym rejonie w prawo. Jeszcze nieco asfaltu i wkroczymy w leśny klimat. Czy wy również macie odczucie, że w Słowackich Tatrach drzewa są smukłe i proste, zbliżone do ideału? Czy to moje urojenia? Droga nieco przenikliwie i monotonnie wiedzie nas ku pięknym przestrzenią. Tam gdzie leśny klimat ustępuje miejsca skałom, a wiatr ochoczo wiedzie ku górze! Za nami Osobita obnaża swoje skalne oblicze, a Zabraty delikatnie schodzą ku dolinie. Przed nami uwidocznia się zaskakująco wyglądający z tej strony Wołowiec. Dalej Rohacze , Trzy Kopy i Hruba Kopa jak również cel naszej wycieczki Banikov (2178m). Dotarliśmy do Spalenej Doliny! Dolina Spalena to jedno z najładniejszych miejsc słowackich Tatr Zachodnich, której nazewnictwo wywodzi się od wznoszącej się nad doliną góry o nazwie Spalona Kopa (2083m n.p.m.).

 

Banikowska Przełęcz


Kontynuujemy w stronę przełęczy. Warunki świetne. Szlak przetarty. Śnieg dość zwarty i stabilny. Dochodzimy do bariery słońca. W końcu możemy się rozgrzać. Mi od razu przybędą skojarzenia z ekstremalnymi wyprawami, w jakich himalaiści usiłują ogrzać odmrożone kończyny w promieniach słonecznych. Odmienne realia, jednakże proces ten sam... Słońce to prawdziwe życie... Bez niego wszystko blednie. Wędrujemy w jego stronę! A Banikov coraz bliżej! Jeszcze łagodny trawers szczytu Pacholi i jesteśmy na przełęczy! Po przeciwległej stronie mocy!


O Banikovie (Banówka) napomknę tyle i ile napisać się powinno. Znajduje się na wysokość 2178 m n.p.m. Mieści się na kluczowej grani Tatr Zachodnich pomiędzy Pacholą a Hrubą Kopą. Jego północne stoki bardzo stromo schodzą do Spalonej Doliny. Na wschodnich stokach znajduje się wyraźna skalna czuba i Banikowska Igła. Banikov zbudowany jest z krystalicznych skał (granodioryty rohackie*) i swoim wyglądem przypomina Tatry Wysokie. A sam szlak miejscami jest nieco mocno eksponowany. W wypadku śniegu i deszczu trzeba być bardzo ostrożnym.

 

Banikov


Wracamy na zacienioną stronę Spalenej Doliny. Ja z Mirkiem nieco wcześniej. Agnieszka z Jurkiem nie mogą się oderwać od tatrzańskich widoków z Banikova. Pomysł jest nieskomplikowany - ponownie odwiedzimy Rohackie Plesa. Dzisiaj posiadamy zagwarantowany nierealny błękit na niebie. Trzeba to wykorzystać!

 

 

 

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

NIGHT-TRAIL Noční horský běh a Dogtrekking Ostravice 29 km

czyli, Nocny Górski Bieg i Dogtrekking  29km , Ostravice - Czeska Republika

 

Ostravice 420 m n.p.m - Beskid  Morawsko-Śląski, w Czechach. Najwyższe wzniesienie w okolicy to Lysá hora ( Łysa Góra ) 1323m n.p.m.

 

j

fot. L.Pawlowski

 

Zawody to 29km po Beskidzie Morawsko Śląskim, zaliczane to Tour de Beskydy.

 

Specyfiką tej imprezy jest to, że przeprowadzane są jednocześnie zawody, zarówno Bieg Górski  i Dogtrekking. Start jest wspólny, dystans ten sam, klasyfikacja generalna też wspólna. Po prostu można biec z psem lub bez.

 

Jako, że milujem ‘'ceskoslovensko'', kocham góry, a nocne bieganie po nich sprawia niesamowitą frajdę , nie mogłem odpuścić sobie tych zawodów. Tym bardziej, że wystarczyło wychylić się zaledwie 42km za granicę kraju. Niemal spontanicznie, rzutem na taśmę, bo cztery dni przed imprezą, wysłana ‘'prihlaska' '- zgłoszenie, do Romana, organizatora tejże wspaniałej klimatycznej imprezy.

 

W piątek  z samego rana siedziałem już w polskich liniach kolejowych i snułem taktykę na dzisiejszy wieczór. ( start 21.00 ).

 

W Ostravicach jestem około południa, więc mnóstwo czasu, aby zorientować się w terenie. Do obozu było jeszcze 2km pod górę w stronę Łysej Góry. Pomocnik więc był niezbędny.

 

Zaczepiam pierwszą lepszą osobę w celu namierzenia kierunku obozu zawodów.  Okazuje się nim Karel - miejscowy pijaczek. Dwunasta w południe, a ten nabity ze świecącymi oczkami. Myślę sobie, ale trafiłem........ ale lepiej nie mogłem.

 

Karel okazał się super gościem. Wytłumaczył mi drogę oraz to, że kolejowy autobus wysadził mnie za wcześnie ( trwały jakieś prace na torach i na tym krótkim odcinku jeździł autobus zamiast pociągu, oczywiście z panią konduktor w środku, która miała nawet na przednim siedzeniu kartkę - MIEJSCE SŁUŻBOWE.).

 

j

fot. L. Pawlowski

 

Miałem więc 4 km do obozu, a nie 2km.

 

Karel był naprawdę chyba zmęczony, bo mówi, zatrzymamy samochód i nas podwiezie, będziesz miał bliżej. Nim się obejrzałem, macha i zatrzymuje auta. O dziwo, zatrzymuje się drugi samochód. Karel mówi, że mamy szczęście, bo to jego kumpel. Ukrócili mi drogę o dobre 2km. Dobry człek z tego Karela, życzył mi bardzo dobrego miejsca i poszedł w swoją stronę.

 

Te 2km do obozu  to mocno pod górę, po głowie krążą myśli, że jeśli taki będzie ten bieg, to nieźle się ściosamy. Pogoda w tym momencie taka jak w Polsce. Szaro, deszczowo i przechodzące burky, czyli burze. W obozie spotykam Romana z Adela, plus sześć psów i dzidziuś. Roman mówi, że wcześnie jeszcze, że ekipa zjedzie się ok. ósmej wieczorem, a teraz mogę odpocząć w domkach czteroosobowych, pamiętające chyba jeszcze lata 50-te.

 

Zapadam w sen.

 

 Budzi mnie szczekanie psów. Jest 19.30. Wychylam się, jestem jakby w innej bajce. Piękna słoneczna pogoda, błękitne niebo. Gdzie podziały się chmury, deszcz, burze........

 

Biegające psy po całym obozie, ludzie, mnóstwo ludzi, dojeżdżające samochody, jednym słowem zaczęło się.

 

Przyglądam się z niezwykłym zaciekawieniem dogtrekking-owcom . Pierwszy raz mam okazję być tak blisko tej pięknej dyscypliny. Jejku, ale odjazd, będziemy przecież biec wspólnie, to musi być dopiero frajda. Piękne, super szybkie pieski, jeden mnie bardzo polubił.

 

Odhaczam się w biurze zawodów, dostaję mapkę, wytyczne i zdradzam Romanowi moją taktykę.

 

j

fot. L. Pawlowski

 

Trasa to ‘'czeski film''. Jakieś 10% po szlakach, reszta po znaczkach i taśmach orga. W ciemnościach to będzie nie lada sztuka nie zgubić się.  Roman mówi, że było dwóch Polaków kiedyś i zatracili się.

 

Studiując trasę nie jestem zdziwiony tym faktem. Trzeba znać trasę aby iść na maxa,  inaczej trzeba być bardzo ostrożnym co się odbija na wyniku.

 

Na odprawie org ogłasza moją taktykę wszem obecnym. Taktyka to trzymanie się cały czas z przodu, w pierwszej trójce, aby mieć kontakt przynajmniej wzrokowy.

 

Na odprawie przyjacielska atmosfera, która  trwa przez cały bieg i imprezę. Zawody to kameralne, co czynią ją wyjątkową. Dzisiejszego dnia na linii startu stawiło się 13 śmiałków, z czego połowa biegnie z psami.

Start Tabor Banik Ostrava 565 m n.p.m.

 

Pierwszy kilometr start honorowy, następnie zbieg do centum Ostravice 415m n.p.m .podczas którego formuję się powoli czołówka. Na czele Yarda i Ja, tuż za nami Roman, Adela, Rudik, Lorenz z psami.

 

Tuż za centrum pierwsze podbiegi, które ciągnę wraz z Yardą. Po jakimś czasie Yarda słabnie, a na czele zostaje  Roman z psem i Ja, dyktujemy tempo, które z czasem nikt nie wytrzymuje. Pod górą Skalka 650m n.p.m., jeszcze ktoś jest tuż za nami. Kolejny podbieg na 800m n.p.m. jest selektywny, a na odcinku nazwanym przez orga sado-maso zwiększamy przewagę.

 

 Odcienk sado-maso to 300-400 metrów ostro w dół po karkołomnych śliskich kamieniach pomiędzy chaszczami. Pokonując go nocą to nie lada wyczyn. Wybiegamy na wzniesienie Sance 570m n.p.m. W tym momencie mamy 10km za sobą.

Następnie zbiegamy wprost nad zalew Sance, dalej nad zaporę. Księżyc tej nocy  w całej okazałości.

 

Tak pięknego dawno nie widziałem. Biec po górach przy takim oświetleniu to czysta rozkosz. Wyobrażacie sobie, choć uważam, że tego nie da się wyobrazić, jaki klimat mieliśmy nad zalewem.

 

Biegnąc w stronę zapory, księżyc tak pięknie przyglądał nam się  z nad gór, cudownie odbijając się w lustrze wody, że w tym momencie, gdybym miał randkę nad tym zalewem, to byłby to najromantyczniejszy moment w życiu.

 

Gwiazdy na niebie nas słodko dopingowały. Była to bardzo liczna publiczność, jedyna widoczna, bo być może, gdzieś w zalesiu, czego nie widzieliśmy ,  przyglądał się nam miś z grymasem na twarzy i z myślami, co za  ki diabły po nocy, z czymś święcącym na głowach?!. Tego nie wiemy, ale wiadomo, że teren tutejszy jest tak dziki, że żyją tutaj niedźwiedzie.

 

Mijając zaporę, ciągle miałem romantyczny wieczór przed oczyma. Szybko musiałem się go pozbyć, bo mgła zagradzała mi widoczność. Wypatrzyć taśmy i faborky tzn. fluoroscencyjne znaczki organizatora wskazujące drogę do celu w tym rejonie nie było łatwe. Ale taktyka, przecież mam taktykę.

 

Wraz z Romanem i jego psem Lajka dobijamy do punktu odżywczego 12,5km. Banany i izotonik dodają trochę siły. Podczas, gdy tyły docierają do punktu, my już z 500m przed nimi. Dwa kilometry po asfalcie, by następnie wbić się w drogę leśną pod górkę przez Rynakovice 588m n.p.m. na Butoranku  722 m n.p.m.

 

Następnie zbieg przez Nekorancula 672 m n.p.m  na Potucky 605 m n.p.m. Mniej więcej w tym miejscu znajduje się trzecie ujście wody, gdzie psy mogą napić się wody.

 

Pokonywać beskidzkie wzniesienia i zbiegi w towarzystwie psa Lajki i Romana napawało mnie super uczuciem. Panujące dokoła ciemności, piękna noc, strumień światła z czołówki, góry, trasa, my i cel dotarcia.

 

Na 29km biegu po górach zabrałem ze sobą jedynie batonik 3BIT i 0,5 l enervitu.

 

Na 3,5 km zbiegu na Potucky, Lajka tak ciągnął Romana, a Roman tak szybko zbiegał, że ledwo utrzymałem tempo, byłem ciagle 10metrów za nimi. W tym roku zbiegam naprawdę szybko, myślę że w tym momencie biegłem najszybciej w życiu w dół i to nocą.

 

Gdy zbieg skończył się, dopadł mnie 5 minutowy kryzys  na podbiegu na Staskov 755m n.p.m., w tym momencie Lajka z Romanem odjechali mi, tak że straciłem nawet kontakt wzrokowy.

 

To był 22-23km.

 

Mówię sobie, nie mogę zgubić trasy, musze utrzymać to drugie miejsce. Przewagę jaką zbudowaliśmy sobie to tej pory pozwoliła nieco zmniejszyć tempo i szukać drogi do mety.  Miałem obawy, czy aby dobrą trasą biegnę, niepewny zwolniłem, czekając na zbliżającą się  czołówkę z oddali. To Adela z swoim psem Cant.

 

Upewniwszy się, iż podążam dobrą drogą ucinamy jeszcze pogawędkę. Wspólnie biegniemy dwa, może trzy kilometry.  Zostawiam ją i ostatnie 2km biegnę sam , wprost na metę zajmując drugie miejsce.

 

Na mecie Roman z Lajko od 9 minut, przyjaciele, znajomi i osoby towarzyszące bawią się przy ognisku. Na mecie witają mnie gromkimi brawami słowami Lukasi s Poslko bravo gratulujem.

 

Wszystkie oczy skierowane na mnie, pytają się gdzie mam psa ? heh, mówię, że biegłem bez, ktoś pstryka fotkę, ktoś zagaduje, klimat fantastyczny. Za chwilę pojawia się Adela z Cantem, która zajmuje trzecie miejsce.

 

Na pierwszym, trzecim i czwartym miejscu dogtrekking-owcy , na drugim ja bez psa - czas 2:51:58

 

Jako ciekawostkę  podam, że z psem biegnie się łatwiej.

 

Na mecie ognisko, dobiegają kolejni zawodnicy, ja już przebrany i gotowy na imprezę. Było ognisko, pieczenie kiełbasek, gitara, śpiewy i śliwowica. Wszystko pięknie tylko o 5 rano pobudka na pociąg, bo przecież jeszcze zawody w Dobrodzieniu.

 

 I tak o 2 w nocy położyłem się zadowolony z całego świata z nagrodą za drugie miejsce jaką było wino, kufel i czapeczka. Gdy się kładłem dwóch zawodników było jeszcze na trasie, gdy oczka już się kleiły dobiegł mnie dźwięk oklasków, dobiegli, to już wszyscy, mogę usnąć.......

 

Ostatnim obrazkiem jaki zobaczyłem o poranku w Ostravicach był piękny olbrzymi jastrząb szybujący tuż nad moją  głową i jak tam nie wrócić?!

 

j

fot. Lenka

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

  

Jak ktoś lubi chodzić po górach to właśnie coś dla niego.

Ja jeszcze nigdy na raz tyle nie przeszłam. Moje maksymalne wyczyny to dwunastogodzinne wyprawy o zasięgu około 30 km. Od początku więc nie nastawiałam się że przejdę całość. Mój cel wyruszyć z Ustronia i dojść do Węgierskiej Górki. Trasa 57 km. Połowa Wyrypy.

Stanęłam w tym Ustroniu na stacji PKP było tam dużo osób. Moja grupa to czteroosobowa, dwu-parowa trupa w doskonałych humorach. Nie powiem żeby lekki dreszczyk emocji nie przechodził mi po plecach. Pytania „Czy dam radę?" zadawałam sobie co minutę. Nie było nawet mowy o rezygnacji.

21:00 Marek Bytom daje znak i wszyscy ruszmy. Każdy swoim tempem i od razu czuje się że to nie jest wyścig tylko marsz dla samego siebie. Po drodze wszyscy żartują poznają się.

Wyrypa rozciąga się coraz bardziej. Pod Czantorię podchodziło mi się wręcz fenomenalnie. Nie czułam nocy a w ciemności nie widząc też podejścia zmęczenie w jakiś magiczny sposób nie przychodziło. Noc była zimna a ja podchodziłam w krótkim rękawku nie czując temperatury.

Odpoczynek zrobiliśmy przy górnej kolejce. Skusił nas cudowny widok na Ustroń nocą. Szybko zrobiło się zimno i zmusiło nas do dalszego marszu.

Dalej droga była już spokojna na szczyt Czantorii a potem na Suszów. Szliśmy nie mal sami. Rozmawiając i śmiejąc się nie zauważyłam nawet jak dotarliśmy do starego schroniska na Soszowie. Była już druga w nocy. Zaczęły być widoczne pierwsze objawy zmęczenia i senności. Więc nie obeszło się bez bułek i napojów z zabójcza dawką kofeiny.

W górę serca i w dalszą drogę. Przed nami Stożek. Pierwszy raz widziałam tą górę i chociaż było ciemno muszę przyznać że faktycznie wygląda jak stożek :). Pod szczyt było podejście ale ja czułam się ciągle silna i nie sprawiło mi ono problemu chociaż przyznać trzeba że tętno skacze szybciej jak człowiek jest niewyspany. Na szczycie było otwarte schronisko. Bardzo za to dziękuję ponieważ mogłam uzupełnić zapas wody. Zaczęło świtać, miałam mokre od plecaka plecy. Niestety koszulka antypotna czasami zawodzi. W parę minut zrobiło mi się wręcz lodowato i szybko pozbierałam się na szlak.

Przy zejściu na Przełącz Kubalonki przeżyłam najbardziej dramatyczne chwile Wyrypy. Najpierw to zimno, od siedzenia na Stożku długo mnie nie opuszczało. Jak już się rozgrzałam zobaczyłam przepiękny wschód słońca i poczułam senność. Niemal zwalało mnie z nóg. Zawsze wolałam podchodzić niż schodzić. Schodzenie się dłuży. Ta droga jednak wydawała się nie kończyć. Ciało mówiło zwolnij, siądź, nie idź dalej. Kubalonkę powitałam więc na pół śpiąc. Kolejny napój z kofeiną pomógł i wiem że to jest nie zdrowe ale on wtedy ocalił mi życie. Pojawiły się pierwsze głosy o zmęczeniu i może o zakończeniu Wyrypy. Na szczęście nikt nie posłuchał tego co mówił rozum tylko tego co serce o poszliśmy dalej.

Droga do schroniska pod Baranią Górą jest bardzo malownicza. Obudziłam się już trochę i „złapałam drugi oddech" na nowo przyszła wola walki z samym sobą. Powoli ale do celu. Gdy zobaczyłam jednak że do schroniska pod Baranią jest 30 minut i że dochodzi 8:00 przed oczami stanęła mi jajecznica i kawa. Wyrwałam tak do przodu że pozostali zostali w tyle. Tym razem nie czekałam już na nikogo. Odpoczynek był nieco dłuższy, śniadanie krzepiące i smak kawy cudowny. Wspaniały poranek w górach. Schodzili się inni członkowie Wyrypy. Marek Bytom powiedział że 20 osób już zrezygnowało. Zapewne na Kubalonce.

Do góry na Baranią. Po odpoczynku tempo nie malało. To miało być nasze ostatnie podejście w tym dniu więc daliśmy z siebie wszystko. Słońce pięknie świeciło a góra zapraszała. Na szczycie oczywiście posępny widok zrujnowanego lasu przypomina mi ogromne cmentarzysko. Posiedzieliśmy tam tylko chwilę bo jakoś każdy chciał dalej.

Kolejne mozolne zejście tym razem do Węgierskiej Górki. Ciągnie się i ciągnie ale... widziałam stado baranów jak to na Baranią przystało, nasyciłam się wreszcie widokiem górskim i najadłam borówek. Zbliżając się do Węgierskiej Górki ogarnęło mnie uczucie jak by mnie ktoś z raju wyganiał i znowu mam zostawić spokojną górską okolicę, w której czuje się tak dobrze na rzecz głośnego i śpieszącego się gdzieś miasta.

Powoli zaczęły pojawiać się też pierwsze zabudowania. Piękny drewniany dom po lewej pewnie każdy zauważył. Przeszłam przez most na rzece i znalazłam się w Węgierskiej Górce.

Cel jaki wyznaczyłam sobie na tą Wyrypę został osiągnięty. Wiem że nie jest to 100. Ja jednak jestem z siebie dumna. 57 km i 17.30 godzin marszu bez większych przerw, nie każdy pokona. Był to dla mnie duży wysiłek i walka z sobą. 50% zawdzięczam kondycji i 50% własnemu uporowi.

Teraz jak to piszę minęło już parę dni i jak oglądam zdjęcia z mety wiem że w przyszłym roku chce przejść całość.

Dzięki Emilia że mnie namówiłaś.

Leon i Marcin dzięki że nad nami czuwaliście.

Dzięki Marek za dobrą zabawę,

P.S.

Szkoda że nie mam zdjęć.

TagsTags: trekking 
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Wracamy w Tatry Słowackie po dłuższej przerwie (ostatnia wyprawa -  Krywań). Co prawda Słowacja wita nas pochmurnym niebem, jednakże z czasem już zaczyna nas akceptować i pokazuje nam coraz piękniejsze widoki! A widoki będą wybitne, ponieważ Koprowy Wierch cechuje się najobszerniejszymi panoramami w Tatrach!

 

Mgliście

 

Już w komplecie podążamy na Słowację przez Jurgów ( milsza jezdnia aniżeli przez Łysą Polanę). Malowniczą szosą wokół Bielskich Tatr a także Tatr Wysokich przybywamy przed Szczyrbskie Pleso. Skręcamy w prawo w kierunku Popradzkiego Plesa i rozglądamy się za powierzchnią do zaparkowania pojazdu. Jest ciężko, bo jest zakaz, a dalej kasują powyżej 5 euro za dobę. Wracamy się na nadrzędną jezdnię i na poboczu opuszczamy pojazd. Teraz nieco asfaltu do przebycia. W sąsiedztwie swój przystanek ma tatranská elektrická wiążąca wszystkie miejscowości turystyczne od Tatrzańskiej Łomnicy do Szczyrbskiego Plesa. Bardzo interesujące rozwiązanie. Pozostawiamy drogę do symbolicznego cmentarza ludzi gór pod Osterwą. Pogoda na fenomenalną się nie oznajmia, jednak może nam nie doleje :) Przybywamy do malowniczego hotelu górskiego nad Popradzkim Plesem. Tutaj będziemy nocować ( koszt noclegu: 14 euro). Co niektórzy chcieli pójść bezpośrednio na Koprowy Wierch.

 

Chmura zbliżająca się do Hinczowego Stawu ( Po prawej Mały Hinczowy Staw, po lewej ucięte Wielki Hinczowy Staw)


Zostawiamy niepotrzebne rzeczy ( śpiwór, karimatę, jadło, ubrania) i podążamy zdobyć nasz początkowy plan - Koprowy Wierch. Orientacyjny czas przejścia z Popradzkiego Plesa na Koprowy wynosi 2,50 h (droga powrotna- 2,30h). Przemieszczamy się zbitym lasem trzymając się niebieskiego szlaku. Pod jednym z drzew czeka na nas Tomek, który nie doszedł do schroniska i od razu poszedł zdobyć Koprowy. Dochodzimy do rozdroży, niebieski szlak prowadzi w stronę Koprowego, czerwony wiedzie na Rysy.

 

Koprowy Wierch


Idziemy dalej niebieskim śladem, powoli rozpoczynają przeważać skały. I co ważniejsze pojawia się pierwszy błękit na niebie. Jednakże od strony doliny Mięguszowickiej pojawiają się niezapowiedziane, rzadkie chmury. Przekraczamy Hińczowy Potok, niestety Dorota nabawia się kontuzji i jej kolano od tej pory będzie doświadczać ewolucję kolorystyczną. Dzielnie jednakże zaciska zęby i podąża dalej. Po lewej stronicy znajduje się szczyt specyficznego Szatana (Satan) a po prawej, pasmo Mięguszowickie zaczyna Mięguszowicki Wołowiec. Znajdujemy się na wysokości około 1900 metrów nad poziomem morza. Przed nami ukazuje się Duży Hinczowy Staw (Velke Hincovo Pleso).


Coraz wyraźniej widać szczyt Koprowego Wierchu. Widać, że podejście jest lekkie i nie należy do najtrudniejszych. Większe odczucie czyni on od strony północnej. Moglibyśmy również podziwiać w całej okazałości Wielki Hinczowy Staw.

 

Szatan


Droga na szczyt oznaczony jest kolorem czerwonym. Piotr przewodzi na szczyt, za nim podąża Dorota, a ja dalej robię fotki. Czym wyżej tym świetniej! Za mną bryluje satanistyczny Szatan, po prawej stronicy nie można nie zauważyć czubka Wysokiej a także Rysów. Zostałem trochę w tyle, ściągam ich jeszcze zoomem mojego aparatu i sam ruszam, ażeby zdobyć nasz dzisiejszy cel. Po drodze mieści się przedwierzchołek o nazwie Koprowe Ramię.

 

Na Koprowym


Koprowy Wierch zdobyty. Od Popradzkiego Plesa 2,50 h, z powrotem 2,30 h. Tomek wygrzewa się na słońcu, Dorota sprawdza jaki kolor aktualnie posiada jej kolano. Robimy fotki grupowe i na spokojnie podziwiamy widoki z Koprowego Wierchu. A jest na co spojrzeć!

 

Widok na Dolinę Ciemnosmreczyńską


Koprowy Wierch, czyli po słowacku - Kôprovský štít, znajduje się na wysokości 2363m n.p.m. Należy on do słowackiej frakcji Tatr Wysokich. Umiejscowiony jest w południowo-zachodniej grani odchodzącej od Czubryny. Nie jest nigdzie wspomniana data pierwszego wejścia na czubek.

 

Więcej zdjęć - Koprowy Wierch

 

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

 

Chochołowska

Kluczowym obiektem tej eskapady chochołowskiej był Jarząbczy Wierch. (2137 m n.p.m). Podejście do zadania osiągnięcia tego wierzchołka ma już swoją opowiastkę przy okazji relacji z Grzesia. Tym razem możemy powiedzieć: We did it! I jak to zazwyczaj bywa w morowych ekspedycjach, wydarzyło się wiele! Był błękit nieba, miała miejsce ulewa, ze swojego ukrycia wyszły nawet świstaki! O której godzinie wstać? Dylemat ten jest nie banalny. Pomiędzy godziną 4:00, 5:00, 6:00 dochodzi nawet do dwóch godzin różnicy. Słodki sen na posadzce w schronisku czy jak najwcześniejsze zmierzanie do celu? Pod wieczór napłynęły do nas dane, że pogoda utrzyma się do godziny 17.00, następnie realne burze konwekcyjne. Piękny kalafior Cumulus Congestus może się zmienić w potwora Cumolonimbus w ciągu paru minut. Jak to w żywocie bywa, wybraliśmy dłuższy sen, co tym razem uszło nam na sucho, jednak jest to mniej rozsądny wybór. Mądrzej wybyć wcześniej!

Budzimy się o 6:00, poranna toaleta, robimy śniadanie, zostawiamy solidny sprzęt (dziękujemy za klucze do szafy :)) i tuż po 7:00 poruszamy się czerwonym w kierunku Trzydniowiańskiego Wierchu. W dolinie rozwinęła się piękna mgiełka, śliczna wizytówka Chochołowkiej. Droga z początku prowadzi zagajnikiem równolegle do Chochołowskiego Potoku. Pozostawiamy Jarząbcze Szałasiska. Naszym oczom ukazuje się nasz szczyt - Jarząbczy Wierch. Nie wygląda tak groźnie. Wielkimi zakosami wdrapujemy się na Trzydniowniański Wierch. Dorota ustanawia pośpieszne tempo. Dochodzimy na grzbiet, podążamy w lewo aby wejść na sam wierzchołek. Trzydniowniański Wierch znajduje się na wysokość 1758 m n.p.m. Podziwiamy piękne panoramy.

Po chwili relaksu kontynuujemy naszą wyprawę. Czeka na nas Kończysty Wierch. Rozkoszując się pięknymi widokami idąc naruszyć granicę 2000 m!!! Najpierw trawersujemy Czubik, naszym oczom odsłaniają się po wschodniej stronie Dudowe Stawki. Jeszcze tylko kluczowe podejście i jesteśmy na górze. Jest to wierzchołek zwornikowym, czyli oprócz grani północnej, po której dochodzimy do Kończystego Wierchu, mieści się tu główna grań Starobociański - Jarząbczy (takie skrzyżowanie). Kończysty mieści się na wysokości 2002 m n.p.m. Przez szczyt przechodzi granica polsko-słowacka. Czynimy odpoczynek i konsumujemy drugie śniadanie, Dorota rozmieszcza owocowy piknik, ja jednak boję się takich materii w górach

No to idziemy na Jarząbczy naczelną granią Tatr. Jest to najokazalszy szczyt na naszym dzisiajszym szlaku. Wznosi się na wysokość 2137 m n.p.m. Trasa najpierw spada w stronę Jarząbczej Przełęczy (1954 m). Po słowackiej stronie odsłaniają się Raczkowe Stawy (Rackove plesa) w bardzo zjawiskowej Raczkowej Dolinie. A to wszystko za materią małych archipelagów kosodrzewiny.

A sam Jarząbczy (słowacki Hrubý vrch) to czubek w grani Otargańców słowackich Tatr Zachodnich. Sąsiaduje z Jakubiną czyli Raczkową Czubą. Właściwy wierzchołek szczytu mieści się po słowackiej stronie. Nazwa wywodzi się od góralskiego klanu Jarząbków.

Nasz pobyt na Jarząbczym można śmiało określić jako kilkominutowy. Co prawda od samego rana się chmurzy, ale tym razem wygląda to już nieco poważniej. W oddali słychać pierwsze trzaski. A przed nami jeszcze prawie dwie godziny na głównej grani Tatr - Wołowiec czeka na nas. Tym razem ja prowadzę. Burza na szczęście krąży gdzieś w oddali, jednak to kwestia czasu. Zejście z Jarząbczego w kierunku Łopaty jest nieco urwiste, jednak nas cieszy, że nie musieliśmy od tej strony podchodzić. Wydaje się dużo bardziej wymagające. W porządnym tempie znajdujemy się na Niskiej Przełęczy. Przed nami Łopata z kilkoma skałkami do przejścia na zboczach (na osobiste życzenie). Jak skały to pomocnicza adrenalina. Znajduje się na wysokość 1957 m n.p.m.i tworzy trzy granie: w stronę Jarząbczego, w stronę Wołowca a także Czerwonego Wierchu.

Przed nami ostateczne podejście - Wołowiec 2064m n.p.m. Jest to także wierzchołek zwornikowy z odejściem od kluczowej grani w kierunku Rohaczy po słowackiej stronie. Sytuacja robi się coraz bardziej burzowa (w metaforze i w rzeczywistości). Wychodzi zmęczenie, zbliża się do nas ulewa a my wdrapujemy się na szczyt zamiast z niego schodzić. Na szczęście słychać grzmoty po Słowackiej stronie, a nad Zakopanym napieprza deszczyk. My zdobywamy Wołowiec. Jest tam nawet spora grupka turystów. Słowacka strona cała w chmurach burzowych. Od Doliny Starobociańskiej następne pasmo chmur, czyżby ucieczka w kierunku Rakonia i Grzesia? Mądrzej jednak zejść z centralnej grani do Chochołowskiej Doliny zielonym szlakiem.

Zmykamy przed burzą zielonym szlakiem. Większość osób schodzi w dół, jednakże jest parę jednostek, które zmierzają w odwrotnym kierunku. Niektórzy muszę realizować swoje plany bez względu na sposobności. Na Wołowcu przepuszczało się, że opady deszczu to sprawa chwili. Chwila się odkłada, pokonujemy najbardziej urwiste zejście zielonego szlaku jeszcze po suchych kamieniach. Dookoła grzmi i wali piorunami. Ze swoich norek powychodziły nawet świstaki zdziwione tym stanem sprawy. To mój pierwszy świstak widziany na żywo!

Deszczyk musiał nas w końcu dopaść, najpierw zaczęło kropić, następnie ostro uderzyło w sąsiedztwie, a na finał już się rozlało. Dopadło nas w obszarach Wyżniej Chochołowskiej Polany, czyli już przed pasmem lasu. Płachta trupa i zmierzamy dalej. Nawałnica przechodzi dalej w kierunku Grzesia. Tam wali najżarliwiej. Gdy przekraczaliśmy już Dolinczański potok zaczęło wychodzić słońce, deszcz ustał. Znowu zrobiło się świetnie. Po 20 minutach docieramy do schroniska.

 

Wycieczka na Jarząbczy Wierch

 

TagsTags: jarząbczy wierch 
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Ostatnimi czasy w Beskidzie Ślaskim i Żywieckim z powodu jakieś choroby świerków, duże połacie lasów beskidzkich są wycinane. Świerki po prostu usychają, a drwale systematycznie te suche już drzewa usuwają z lasu, wykorzystując dobry materiał drzewny w celach sprzedaży. Minusem jest to że góry robią się pustawe, w wielu miejscach pojawiają się wielkie polany wyciętego lasu świerkowego. Tak jest w okolicach hali Radziejowskiej, Rysianki, Skrzycznego i pewnie można by dalej wiele takich miejsc wymieniać.

 

Przyczyną tak masowego eksodusu drzew był i jest nadal jednolity ekosystem, w postaci świerków. Gdy las jest tylko świerkowy a choroba akurat atakuje tylko świerki, można przewidzieć że las zostanie spustoszony.

 

Dobrym przykładem jest Beskid mały gdzie świerk występuje o wiele rzadziej i tam tego problemu nie widać. Zróżnicowany ekosystem obronił się przed atakiem.

 

Jakie plusy i minusy tych wycinek?

 

Plusy

 

-         w wielu miejscach wędrując mam piękne widoki na inne pasma górskie

-         w zimie mamy nowe stoki do jazdy w puchu, to dla skiturowców

 

Minusy

 

-         zimą łatwiej można zgubić szlak na pustym stoku, zawieje zamiecie etc.

-         na wycinkach obecnie brakuje oznakowania szlaków

-         błoto po kolanach w miejscach zwózki drzewa

 

Myślę że generalnie nie ma o co płakać, las odrośnie, pewnie w przeszłości nie raz bywały różnego rodzaju choroby, zarazy etc. a las żyje nadal.

 

Polecam tylko się zastanowić gdzie udajemy się na szlak bo tak jak na szlaku z Żabnicy na Rysiankę, można utaplać się po uszy  w błocie. ( Szlak zielony) Zdjęcie było zrobione w suchy dzień, ale podczas deszczu na pewno jest tu ciekawie. :D

 

 błoto

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Mongolia kojarzy się przede wszystkim z otwartymi przestrzeniami stepu. Kto był, wie, że step poprzecinany jest licznymi dziewiczymi pasmami górskimi. Każdy może znaleźć tu coś dla siebie – są i ściany do wspinaczki, i lodowce, i piękne trasy trekkingowe. Przygotowując się do wyjazdu do Mongolii, planowaliśmy wyjść na czterotysięcznik w Ałtaju Mongolskim. Po przybyciu na miejsce, okazało się jednak, że 29 dni to zbyt mało, by zrealizować plan, który założyliśmy na eksplorację kraju 5 razy większego od Polski, gdzie dróg asfaltowych jest dokładnie 150 razy mniej. Z podróży na zachód Mongolii, gdzie góruje wysoka część Ałtaju, musieliśmy zrezygnować. Nasza wyprawa nie była wyprawą górską, lecz nastawioną na poznawanie kraju i jego kultury, więc na typowo górski trekking, nie wliczając w to dwóch wulkanów i przemierzania gór konno, wybraliśmy się jedynie w Górach Chubsugulskich w otoczeniu pięknego jeziora Khovsgol na północy Mongolii. A było to tak...


Czwartek, 19.08.2010

Noc była mroźna. Nie domyka nam się zamek w namiocie i sporo zimnego powietrza weszło do wewnątrz. Z powodu zimna, pomimo puchowego śpiworu i czapki z wielbłąda, ledwo tę noc przespałam.

Nastawiliśmy budzik na godzinę 6:04. Idziemy dziś z Romkiem i Lucyną w góry. Jeszcze nie wygrzebaliśmy się z namiotu, kiedy słyszymy syk palnika - znak, że Cirin (nasz kierowca w czasie podróży) rozpala już palenisko w gerze (jurcie), gdzie śpią nasi przyjaciele.

 przed wyruszeniem na szlak

Poranek jest piękny. Niebo jest bezchmurne, nad jeziorem unosi się mgła. Na tropiku namiotu, jak i na trawie i płótnie geru, osiadł przez noc szron.

Zmarznięci po nocy, ogrzewamy się przy kozie i jemy ostatnie kromki chleba. Jedzie z nami przewodnik, aby wskazać nam miejsce, z którego mamy wyruszyć, by dojść na Ikh Uul (2961mnpm). Jest nieco po godzinie 7. Jedziemy jakiś kilometr wąską polną drogą wiodącą przez łąki i lasy. Zatrzymujemy się w miejscu wskazanym przez przewodnika i wysiadamy z auta. Przewodnik pokazuje na lesiste pasmo gór przed nami. Cirin tłumaczy, co do nas mówi. Wynika z tego, że Ikh Uul jest za tymi lesistymi górami. Gdy wejdziemy na nie, powinniśmy zobaczyć drogę dla koni, którą możemy podejść pod sam szczyt. Dziękujemy za wskazówki i się żegnamy.

Nie ma tu żadnego szlaku prowadzącego na zalesione wzgórze - trzeba nam przecierać sobie drogę przez zarośla. Pod górę wychodzimy ścieżynkami wydeptanymi przez zwierzęta, a na leśnych polanach napotykamy odchody niedźwiedzi. Gdy już jesteśmy na szczycie wzniesienia, zamiast końskiego traktu, widzimy przed sobą skalistą górę. Decydujemy się na nią wdrapać, ale zanim, zajadamy się z Lucynką rosnącymi tu dzikimi porzeczkami. Bardzo trudno nam się od nich oderwać... Owoców w Mongolii przecież za grosz! Romek robi co może, by zmotywować nas do dalszego marszu, ale trochę czasu mija, zanim nasycimy się witaminą C na tyle, by uznać, że to właściwy moment do ruszenia w dalszą drogę. Wspinamy się po osuwających się spod nóg kamieniach. Gdy już jesteśmy na górze, okazuje się, że spokojnie mogliśmy ją ominąć. Trzeba nam wejść na kolejną zalesioną górę. Za tym lesistym pasmem są skaliste szczyty, które wydają nam się być naszym celem. Odpoczywamy tu chwilę i idziemy dalej.

widok na jezioro Khovsgol

Wychodzimy z lasu na przełęcz, z której mamy piękny widok na jezioro. Za skalistymi górami, które są tuż przed nami, odsłonił się z kolei nowy ośnieżony szczyt - mniemamy, że to pewnie Ikh Uul, obieramy więc go sobie za kierunek. Po drodze są płaty świeżego śniegu. Tu przecież od dobrego tygodnia trwa już jesień! Fragmenty trasy przechodzimy wąską ścieżką, tym razem zdaje się, że wydeptaną przez ludzi. Ktoś więc jednak tu chodzi. My jednak na swoim szlaku nie spotykamy żywego ducha (szczęśliwie wliczając w to pojęcie niedźwiedzie).

Widoki wkoło są cudne. Na prawo od kierunku, w którym idziemy, widzimy bardzo zróżnicowane pasma gór i kratery wulkanów, za nami jezioro, z lewej mamy widok na pasmo szczytów, które są bezpośrednio przed nami.

w drodze na Ikh Uul

Po dużych głazach i osuwisku kamieni wychodzimy na płaski szeroki szczyt, po środku którego ułożone są z kamieni 3 stosy owo. W pobliżu jednak jest jeszcze jedna góra, która wydaje nam się wyższa od tej, na której stoimy i to tamtą ustalamy sobie za ostateczny cel naszej wędrówki. Wspiąć się na nią jest trudniej. Wejście nań wymaga pełnej uwagi i wsparcia rąk. Bardzo łatwo też wpaść nogą w głębokie szczeliny między głazami. Na szczycie skaczemy po czubkach wystających ze śniegu głazów. Widoczność jest wymarzona. Dzień jest ciepły i niebo jest przejrzyste. Dużo słońca, żadnych chmur. Żadnych ludzi. Wkoło dziewicze góry. Za nami 8 godzin wędrówki. Jest już godzina 15, więc nie ominie nas schodzenie po ciemku. Gdy już zeszliśmy z góry na przełęcz pomiędzy "naszym" szczytem a szczytem, na którym są owo, spotykamy turystę z Francji. Jest tu z trójką znajomych, oni jednak zostali na górze z kopczykami kamieni. On sam też nie wybiera się już dalej. W ogóle wydaje nam się, że na szczyt, na który weszliśmy, mało kto wchodzi, kończąc trasę na tym poprzednim. Czy weszliśmy na właściwy Ikh Uul - chyba nigdy się tego już nie dowiemy. Na pewno wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy. Nazwa Ikh Uul oznacza po prostu: duża góra. Wydaje się, że wiele szczytów miejscowi mogą nazywać tu tymi słowami.

Przed dalszą trasą, napełniamy tu butelki wodą ze strumienia.

w drodze na Ikh Uul

Omijamy szczyt z owo trawersem, idąc stromym zboczem po osuwających się kamieniach i śliskich płatach śniegu. Ostrożnie trzeba stawiać tu każdy krok. Gdzieniegdzie zapadamy się po kolana w zaspy. Gdy docieramy na przełęcz, decydujemy się na kolejny skrót. W dole, po lewej od przełęczy swój początek ma rzeka. Wymyślamy, aby dojść do jeziora jej korytem. Za niedługo zapadnie zmrok, więc gdybyśmy chcieli wracać drogą, którą przyszliśmy, jest ryzyko, że pobłądzimy. Zejście do koryta rzeki okazuje się być jednak karkołomne. Drobne żwirowe kamienie osuwają się spod stóp z efektem lawiny. Im niżej schodzimy, tym trudniej jest wyszukać stopą i dłonią fragmenty podłoża mogące dać oparcie. O upadek na skałę poniżej nie trudno. Gdy w końcu udaje nam się zejść do rzeki, niewiele jest łatwiej. Ziemia wciąż się spod stóp osuwa. Przeskakujemy po mokrych kamieniach z jednego brzegu na drugi, to znów idziemy wzdłuż jej skalnego koryta, szukając dłońmi uchwytów w skale, a stopami skalnych występów, o które można by zaczepić choć czubek lub krawędź buta. Jako że jednak kontakt ze skałą lubimy, pomimo zmęczenia i niewątpliwego ryzyka - lepiej nie myśleć jakiego w skutkach - upadku, jest to schodzenie dla nas atrakcją. Rozluźnić uwagę można niemniej dopiero, gdy docieramy do pierwszych drzew. Teraz nasza droga przebiega szerokim skalistym kanionem otaczającym koryto rzeki. Tu już teren jest zupełnie bezpieczny. Stąpamy po granitowych głazach - wydaje się, że nikt nie eksploatuje tutaj ich naturalnych złóż. Zbyt trudno byłoby je stąd przetransportować. Zapada zmrok. W miarę drogi rzeki ubywa, aż w końcu idziemy zupełnie wyschniętym korytem. Co jakiś czas zbaczamy zeń na łąkę i w las, szukając wydeptanej przez ludzi lub konie ścieżki. Jest już zupełnie ciemno. Przyświeca nam jedynie światło księżyca. Mamy ze sobą co prawda czołówki, ale nie wyciągamy ich z plecaków. W końcu dochodzi naszych uszu szczekanie psów, co oznacza, że w pobliżu są gery. W istocie, w chwilę później dochodzimy do drogi, którą wczoraj wracaliśmy ze spaceru. Do "naszego" geru docieramy o 22.30. Przez brak zasięgu w telefonach nie mieliśmy przez cały dzień z nikim kontaktu i teraz dostajemy burę za tak późny powrót. Podobno, ledwo zapadł zmrok, byliśmy już poszukiwani w miejscu, gdzie rano rozstaliśmy się z Cirinem.

taka ot ciekawa chmurka :)

Zmęczeni, szybko zasypiamy. Nie ma dwóch zdań - to był jeden z najatrakcyjniejszych dni w Mongolii!


Jeśli masz ochotę poczytać więcej pamiętnikarstwa z naszej podróży po Mongolii, zapraszam na: www.wyprawamongolia.blogspot.com

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

Końcem wakacji, wybrałem się ze znajomymi w Alpy Juluijskie i do Chorwacji. Słowenia to głównie chodzenie po górach, a Chorwacja została przeznaczona na relaks i nurkowanie.

W sobotę rano przyjechalismy autostradą do austryjackiego Villach by z tego miasta dotrzeć do Kranskiej Góry i Planicy, gdzie obejrzeliśmy sobie najwiekszą skocznie narciarską zwaną LATANICĘ :-). I ogólnie stwierdzilismy że od dołu nie wyglada na aż taka dużą. :-)


Następnie pojechaliśmy na przełecz Vrsić wysokość ponad 1600 metrów, droga została zbudowana przez jeńców rosyjskich w dwudziestych latach XX wieku.

przełęcz

 

Z przełeczy wystartowalismy na Mojstrovkę, szczyt ponad 2300 metrów. Bardzo łatwy do zdobycia, bez żadnych lin i strasznych przepaści po drodze, acz za to około 1/4 drogi idzie się po żwirze, co zdecydowanie może uprzykrzyc turyscie piekno chodzenia po tych górach.Tymniemniej szczyt został zdobyty.

 

Dzień był ciekawy bo obfitował w chmury które, bedąc na różnych wysokościach otwierały ciekawe widoki, raz na doliny, raz na niektóre szczyty, a czasami zasnuwały wszystko.


Tego dnia nocowaliśmy w Trencie, na polu namiotowym Triglav, które bardzo polecam, z powodu, ładnego położenia, sympatycznej okolicy, wyposażenia w stoliczki i ławeczki praktycznie na kazdym miejscu biwakowym, i cenie 8 euro od osoby i nic wiecej. Żadnych opłat za namioty i samochody.

 

Drugi dzień to Mangart, 3 góra Słoweni 2679 lub 77 metrów. różnie piszą w różnych miejscach. Wybraliśmy wersję light, to znaczy podjechaliśmy autkiem na przełecz pod Mangartem, na 2050 metrów.

 

 


Najwyżej położona droga w Słowenii. Wjazd kosztuje 5 euro, ale warto. Droga jest wąska na jeden samochód, i prowadzona bardzo eksponowanym terenem, ostre zakręty, nie betonowane tunele w skale, miejscami brak barierek, miejsca na mijanki co jakiś czas ect., lecz za to cały czas asfaltowa w bardzo dobrym stanie. Na górze wszyscy parkują wdłuż jeden krawędzi drogi, i rura na szczyt.

 

Są dwie drogi z przełęczy. Słoweńska - viaferrata - podobno w złym stanie asekuracyjnym oraz włoska - viaferrata - część górna, która w zasadzie jest zwykłą ścieżką na szczyt od tego miejsca i na nią nie potrzeba nam już żadnego ekfipunku, oprócz butów i plecaka.

My wybralismy wersję łatwą czyli - włoską., i po 2,5 godzinie byliśmy na szczycie.

 

 

 

Po tej częsci wakacji udaliśmy się do Chorwacji na część rekreacyjno-odpoczynkową, na której nie było elementów górskich :-)no może oprócz licznych slacklinów na polu namiotowych, na które chyba jest moda w Niemczech. Dlaczego w Niemczech? bo w Chorwacji pola kampingowe i namiotowe w 85 procentach są oblegane wlaśnie przez nich.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Biegi górskie Biegi górskie

II Maraton Karkonoski . 1 Mistrzostwa Polski w długodystansowym biegu górskim

 

Na zawody wybrałem sie z Ewą i jej sympatyczną rodzinką z Myszkowa. Godzinę wyjazdu ustaliliśmy na 9 rano.  W Myszkowie melduje się o 9.12. Początkowo miałem być o 8.47 ale PKP mocno zakręciło z pociągami. Polska idzie do przodu?  kolej zdecydowanie stoi w miejscu!.

Droga do Szklarskiej Poręby mija bardzo sympatycznie, głownie z Ewą dyskutujemy o bieganiu i GÓRACH Smile. Po ok.5h podróży wjeżdżamy do centrum  Szklarskiej, gdzie panuje chaos samochodowy. Szybko ogarniamy sytuację i parkujemy tuż przy wyciągu Szrenica. Pod wyciągiem pierwsze gromadki biegaczy. Biuro zawodów na górze na Szrenicy. Pakujemy się na wyciąg i na górę. W drodze na górę, mocno spada temperatura, zaczyna nam być zimno, pomimo ciepłego odziania. Jak na biegaczy przystało dalej prowadzimy konwersacje o bieganiu, zapominamy,że jest zimno. Na szczycie mgła, widoczność 10-max 15 m. Szukając biura zawodów trafiamy do schroniska na Hali Szrenickiej, zamiast do schroniska Szrenica. Smile

W biurze bez kolejek, odbieramy pakiety startowe w którym, znajdują się pas biodrowy firmy Enervit oraz koszulka techniczna _design rewelacyjny. Ewa musi się spieszyć, nocleg ma na dole, a ostatni zjazd wyciągiem o 16.00. Ja zostaje na górze, gdyż nocleg mam na Szrenicy. Zamawiam spaghetti, następnie instaluje się w pokoju. Później zamawiam jeszcze pierogi z jagodami, pyszne.

Fiolka i jego ekipy z Poznania, z którymi dzielę pokój jeszcze nie ma. Po wcześniejszej rozmowie telefonicznej, informują mnie że na ostatni wjazd (16.00)na górę nie zdążą. Będą musieli wchodzić szlakiem. Pogoda nie rozpieszcza leje z nieba non stop i brak widoczności. Mają solidną rozgrzewkę. Docierają przed 20.00, wpada Fiolek, Michał, Waldek i Olek z .....gitara Smile

Pobudka o 7 rano, rzut okiem za okno, pogoda? poza tym że nie pada to bez zmian. Nie na długo. Około 8 znowu zaczyna padać, mało tego  nadciąga burza. Godzinę przed startem pojawiają się pierwsze informacje, ze start będzie wspólny ( miał być w grupach 50-cio osobowych w 2 minutowych odstępach) oraz że bieg będzie skrócony, tuz przed Śnieżką bez biegu na szczyt, w sumie 36 km. Humoru nam nie brak, w pokoju jest wesoło, otwieramy okno, pod oknem Bennet (stary znajomy z Kieratu)  robimy zdjęcia, słuchamy zabawnego  spikera oraz śpiewamy do muzyki  puszczanej z głośników. Pokój mamy na parterze z widokiem na wyjście -wejście do schroniska, więc ludzie stojący pod oknem widząc nas wybuchają salwą śmiechu. Rozgrzewkę robimy w pokoju, w schronisku jest taki młyn i zaduch, ze lepiej nie wychodzić.

Start miał być o 9.30, zostaje przesunięty na 9.45, burza już prawie tuż nad nami, wśród biegaczy konsternacja. Wszyscy gromadzą się tuż przy wyjściu.  Pada hasło: start za 5 minut, wtedy wychodzimy na zewnątrz. Leje jak z cebra , rozglądam się, szukam Ewy ale w tym zamieszaniu nie jestem w stanie jej namierzyć. Trudno spotkamy się na trasie lub na mecie. 3 minuty do startu, stoję już  ‘'w blokach na starcie''. Zaczynamy odliczanie 10...9...8...7...6...5...4...3...2..1..0  START !.

Już na 1 km na dzień dobry mokro w butach,  chcąc ominąć większą kałużę, wbiegam w mniejsza, która w rzeczywistości okazuje się głębszą od tej większej. Buty zanurzone ponad kostkę. To sygnał że będzie ciężej niż myślałem. Burza zaczyna szaleć na całego, grzmi, pioruny ‘'5 cm nad głowami'', jak piorun błysnął mi po lewej stronie, zacząłem zastanawiać się co to będzie?!. Kilka km dalej, na zbiegu po śliskich kamieniach, spotykam biegacza ze złamanym palcem. Pierwsza ofiara maratonu.

Kamienie na zbiegu naprawdę są niebezpieczne, chodzenie po nich już jest groźne a co dopiero biegnąc. Co chwila przede mną lub za mną słyszę charakterystyczny zjazd buta z kamienia. Nie jeden miał upadek. Mnie również nie omija. Upadam na zakręcie, na szczęście upadek był kontrolowany, musiałem lecieć w zwolnionym tempie, bo biegacz za mną zdążył krzyknąć UWAŻAJ!.

Podnoszę się i napieram dalej, ktoś krzyczy z tylu, zaraz będzie asfalt, w międzyczasie widzę Michała biegnącego przede mną jak znika mi z horyzontu zaliczając ‘'glebę'' próbując ominąć kałużę wpada w rów z woda. Bieganie po takich kamienistych szlakach w taka pogodę wymaga nie lada sztuki. Mniej więcej na 8 km, zaczynają mijać nas zawodnicy z przeciwka! Szok! Jacy oni muszą być szybcy, że już wracają, sobie myślimy coś jest nie tak,  nieznany mi biegacz szybko obliczył ,że to niemożliwe aby już wracali, mowie mu pewnie trasę skrócili. Organizatorzy podejmowali decyzje na bieżąco. Z decyzja o skróceniu trasy czekali do ostatniej chwili, po konsultacji z GOPR-em i  Karkonoskim Parkiem Narodowym trasa została skrócona.

Start Szrenica, później Śnieżne Kotły i nawrót na Odrodzeniu, co daje 23 km. Mało brakowało, aby zawodnicy byli zawróceni już ze Śnieżnych Kotłów. Dobiegam do nawrotu, chwytam za izotonik i ‘'rura' do przodu. Wiem, że zajmuje dobra pozycje, wręcz powiedziałbym bardzo dobrą,  stawiam sobie  za cel utrzymanie jej. Droga powrotna jest zdecydowanie  trudniejsza, mozolna wspinaczka na asfalcie, a później ‘te'' kamienie, podbiegi i zbiegi, jest naprawdę ciężko. Dochodzę kilku  biegaczy wyprzedamy się wzajemnie. Deszczu już tyle ze kałuże zamieniły się w bajorka i mega kałuże, wysokość wody sięga do łydek a momentami ponad nie. Woda ponad łydki mocno hamuje rozpędzonego biegacza, taki ABS. Właśnie chcąc ominąć taka wielka kałużę, napieram prawa strona i ......znikam- wpadam dokładnie w ten sam rów z wodą co Michał, tylko w przeciwna stronę, ląduje cały w wodzie. Podwinęła mi się prawa noga, prostuje ja, na szczęście cala, od zimnej wody od razu w łydce łapie mnie skurcz, z którym mam problem do samej mety, co trochu blokuje moja prędkość. Następną już słynna ‘'przeszkoda'' to wąskie przejście - z prawej i z lewej strony kosodrzewina na wysokości pasa, a po środku bajorko z woda ponad łydki, chcąc nie chcąc trzeba przebiegnąć.  

Szczególnie bardzo dobre wrażenie robi na mnie dziewczyna, którą wyprzedzam na zbiegach, na podbiegach jest tuz za mną, a na prostej jest tak szybka ze znika mi  z pola wiedzenia we mgle. Do mety zostaje kilka km, nogi mam mocno wyziębione przez te kałuże, temp. momentami ok. 10 C. Wiem ze już nie daleko, jakiś przydrożny fotograf robi mi zdjęcie, po  chwili widzę ostatni podbieg na Szrenicę, jak finisz to finisz, 2 metry przed meta wyprzedzam biegaczkę i zatrzymuje się w ramionach kobiety wręczającej  medale Wink

 

 

W schronisku czekają złe news-y na biegaczy. Na dole , na jednym z parkingów  nie daleko wyciągu , woda podmyła kamienie-mur, które osunęły się na samochody. Spotkałem jednego z pechowych biegaczy, podłamany  mówi: samochód nie nadaje się już do niczego, idę na pociąg............ :-(. Do tego chodzą informacje o nie przejezdnych drogach.

 

Już prawie wszyscy dobiegli ,z Michałem jesteśmy mocno zaniepokojeni nieobecnością Fiolka i Waldka, co się mogło stać?, przecież byli kilka minut za nami na nawrocie. Pod uwagę bierzemy 3 wersje- brrr upadek, postój na piwo w schronisku lub pełny maraton na Śnieżkę.

Jak się okazało, chłopaki na nawrocie postanowili pobiec na Śnieżkę, czyli zrobić pełny maraton. Twardziele. Wrócili po ponad 5 godzinach. Malo tego zostali sklasyfikowani i dostali medal

Podczas czekania na nich stoimy w mega kolejce po naleśnik z jagodami, gdzie spotykam starych znajomych z Kieratu J. Jeden z nich miał znowu pecha, skręcona kostka i to ta sama co na Kieracie eh.  Ogólnie to sporo ludzi poobijało się na tym biegu. Po naleśniku idziemy na dekoracje.

Po dekoracji kontaktuje się z Ewa, której nie mogłem znaleźć w tym zamieszaniu. Ewa czeka na mnie już na dole przy wyciągu.

W drodze powrotnej znowu głównie jeden temat BIEGANIE Smile

Ewa zajęła 124 miejsce  z czasem 2:29:37 Ja  56 miejsce z czasem 2:13:13 co uważam za swój wielki sukces

 

.....Piękno Karkonoszy w biegu....... Było super!!!!

 

 

                                                                                                                                                   

 

 

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 3 comments Wspinanie Wspinanie

 

 

Być moze znacie tą stronkę, ale dla tych, którzy nie znają polecam zapoznanie się z dobobkiem czeskiego studia BERNARTWOOD (www.bernartwood.cz). Zainteresowani filmem górskim i wspinaczkowym znajdą tam świetne produkcje - rezyserem oraz twórcą studia jest Peter Pavlicek.

 

Peter  zajmuje sie ostatnio bardzo ciekawa i unikalnaą produkcją - filmem o jednym z najlepszych,o ile nie najlepszym wspinaczu skalnym swiata - czeskim, złotym dziecku - Adamie Ondrze. Cała produkcja dostępna będzie na jesieni tego roku. Ostatnio pojawiła sie zapowiedz tego filmu:

 

 

 


Peter jest takze autorem świetnego filmu dokumentującego zimowo-klasyczne przejście najtrudniejszej tatrzańskiej drogi na Wielkiej Złotej Kazalnicy w Dolinie Kiezmarskiej o nazwie MATRIX RELOADED i wycenie M9 przez znany zespół Baca oraz Dusan "Stoupa" Janak. Kto miał okazję byc w Kiezmarskiej zapewne odnajdzie w tym filmie  dla siebie kilka "smaczków". Swoją drogą wielkie gratulację dla autorów przejścia. Dusana miałem okazje własnie w Kiezmarskiej poznac- bardzo ciekawy i skromny człowiek, a przy tym światowej klasy wspinacz. Takie drogi jak klasyczne przejście Frama na Marmoladzie, czy tez Jet Streama na Jastrzębiej Turni w Dolinie Kiezmarskiej mówią same za siebie (o ile się nie mylę to Jet Stream jest obecnie najtrudniejszą klasyczną wspinaczką na własnej asekuracji w całych Tatrach!).

 

Bardzo lubię ten film równiez dlatego ze akcja rozgrywa się w mojej ulubionej Dolinie Tatrzańskiej -monumentalnej Dolinie Kiezmarskiej, gdzie wprost sprzed okien Chaty pri Zelenom Plesie rozciąga się widok na ogrom północnej ściany Małego Kiezmarskiego Szczytu, która za kazdym razem, kiedy tam jestem fascynuje mnie jeszcze bardziej. Miłego oglądania:

 



Więcej znajdziecie na:

 

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking

 

   Wyjazd rzutem na taśmę wypalił, prognozy byly sprawdzane co godzine czy cos sie nie zmieni i ostatecznie w piatek z kolega docieramy do Popradzkiego Plesa cali przemoczeni (to tak apropo prognozy, ktora sie spradzila). W planie Wysoka na drugi dzien. Okazuje sie Zbyszek nie wzial raków (!), a po wczorajszej podrózy nie chcialo sie za bardzo wstawac. Wiec na Wage docieramy po 11, brodzac w snieznej brei, ktora byla nad wyraz uciazliwa, dodatkowo niesamowity skwar. Witaja nas jeszcze piekne widoki. Z miejsca decydujemy sie na pocieszenie wejsc na Rysy a Wysoka zostaje na srodek lata. Podąza obok nas maly piesek Speedo, ktory zdobywa Rysy od wejscia do doliny wraz ze swoimi wlascicielami. Po drodze z Wagi zwiedzil chyba wszystkie, nieliczne nawisy Smile Szkoda, ze tak pozno tu jestesmy bo nadeszly chmury i czesciowo popsuly widowisko. Natomiast Piwo w chacie smakuje poprostu wybornie (!) po ekspresowym zjezdzie z przeleczy. Pozniej zaliczam niekontrolowany zjazd kolo Kotlinki pod Zabim Koniem, ktory juz do przyjemnosci nie nalezal.

Grań Baszt

   Na drugi dzien w planie Szatan Szatanim Zlebem. Wczoraj podziwialem ow wielki stozek u wylotu zlebu i wydawal mi sie zaje...i taki rzeczywiscie byl. Dymac do gory w jeszcze wiekszym skwarze, zero wiatru, katorga. Co nas tam wlasciwie ciagnie do gory ??? W samym zlebie snieg nieciekawy, ale juz nie taka breja jak pod Rysami. Najpierw kijki potem prawa, lewa. Czasem wbijam noge po dwa razy czasem po raz. Idziemy mniej wiecej centralnie, po bokach miejscami spore szczeliny przy scianie. To, ze najlepiej tu wchodzic wczesnym latem wg Cywy, to nie wiem co o tym myslec. Na mysli mial pewnie kruszyzne, ktora i tak dala sie we znaki. W tym maraźmie nagle slysze: Kamień! Wyrwany jakby z letargu sie odwracam w dol i dziwnie patrze jakbym nie wiedzial o co chodzi i widze jak Zbyszek z dolu pokazuje palcem do góry. Szybki odwrot i o kurna, toczy sie prosto na mnie podskakujac, moze i kamien ale przynajmniej wielkosci wiadra. Snieg sie pieknie rozbryzguje, ale po cichu. Mowie wam, w ogole go nie bylo slychac. Cicha smierc. Pewnie zly go stracil z lewej sciany. Szesciem wpadl w rynne na srodku zlebu zrobiona chyba przez inne obrywy i stoczyl sie na stozek robiac niezlego rumoru. Od tej pory juz nie bede sie gapil w "podloge" i przyspieszam aby znalezc sie jak najszybciej na przeleczy. Okienko na tyle widoczne ze da sie po sniegu przepelznac razem z plecakiem pod glazem. Opis drogi wyjsciowej i topo mam w glowie ale pewne bylo raczej, ze i tak pojdziemy poprostu tam gdzie sie da na szczyt.

East side.

I rzeczywiscie odbijamy w lewo lekko trawersujac, potem lekko do góry, a potem to juz centralnie prosto wzwyz wychodzac prosto na wierzcholek. Taka fajna lekka wspinaczka. Raz tylko bylem zmuszony obejsc jakis fragment. U gory pogoda git i o to chodzilo! Dla mnie super, chyba paradoksalnie, wygladalo Szczyrbskie Pleso, Tatry Zachodnie i monumentalny Krywan, w odroznieniu od widoku na wschod.

 

 

1 January, 19701 January, 1970 3 comments Trekking Trekking
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Wspinanie Wspinanie
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Udało się - po niemal miesięcznych przygotowaniach, niezliczonej liczbie analiz i wielogodzinnych rozmyślaniach nad opcjami tras alternatywnych Rajd w Góry Hańczowskie z AKT Rozdroże został zrealizowany. Efekt? Zdecydowanie spektakularny sukces:). Ponad dwudziestu dzielnych, pozytywnie do życia nastawionych uczestników (w tym genialny gitarzysta, który niemal przy każdym postoju umilał nam czas swoim graniem), przepiękna pogoda i - przede wszystkim, zapierający dech w piersiach, magiczny Beskid Niski.

Wyruszyliśmy kilkadziesiąt minut przed południem z Krynicy-Zdroju zielonym szlakiem, wędrówkę rozpoczynając od lekkiego jeszcze podejścia na Huzary (864 m n.p.m). Dalej, ruszyliśmy tym samym szlakiem w kierunku grzbietu granicznego, po drodze przeprawiając się przez pierwszy potok tuż przed drogą (75) na Tylicz. Podsuszywszy buty i napełniwszy żołądki, pożegnaliśmy ostatnie zabudowania po tej stronie Gór Hańczowskich i powędrowaliśmy łagodnym zboczem Dzielca (792 m n.p.m.). Już tutaj rzuciła nam się w oczy wyjątkowa uroda Beskidu Niskiego. Pozornie łagodne zbocza, w rzeczywistości kryjące zaskakująco ambitne przewyższenia, dzika przyroda, miejscami zupełnie niepodobna do tej charakterystycznej dla gór w naszym kraju - na każdym kroku góry pobudzały naszą ciekawość tego, co jeszcze czeka nas na szlaku. Po zdobyciu Dzielca i Czertezi (będącej drugą kulminacją w w głównym grzbiecie zaraz po Dzielcu o tej samej wysokości) przeszliśmy szerokim siodłem przełęczy Beskid i rozpoczęliśmy wędrówkę najambitniejszym podejściem na Rajdzie (a także w całym Beskidzie Niskim), celem zdobycia głównego punktu programu - Lackowej (997 m n.p.m.) - najwyższego po Polskiej stronie szczytu we wspomnianym Beskidzie. Szczyt ten mocno wiąże się z losami konfederatów barskich, którzy (aż do wyparcia ich stamtąd przez wojska rosyjskie w trakcie bitwy 3/4 października 1770 roku) ukrywali się w stworzonych przez siebie, okolicznych szańcach (jeden z nich zlokalizowany był właśnie na zboczu samej Lackowej), zaś niezalesiony wówczas wierzchołek Królowej Beskidu służył im do komunikacji - stąd też inna, historyczna nazwa szczytu - Chorągiewka Pułaskiego. W trakcie krótkiej przerwy na Lackowej po raz kolejny miłym gestem zaskoczył nas Beskid Niski, rozwijając nad naszymi głowami kolorową wstęgę tęczy. Już jako zdobywcy najwyższego szczytu w Beskidzie Niskim ruszyliśmy dalej, by przecinając przełęcz Pułaskiego rozpocząć ostatnie już podejście na Ostry Wierch (938 m n.p.m.), za którym czekała nas jeszcze niezbyt długa wędrówka kolejnym "pręgiem rusztu" Gór Hańczowskich wyznaczonym przez grzbiet od Jawora (723 m n.p.m.) aż po Kamienny Wierch (776 m n.p.m.) i Czereszenne (681 m n.p.m.).

Rajd pewnie przeszedłby do historii tych poczciwych górskich wyjazdów, mniej i bardziej ambitnych. Nawet pomimo dość wymagającego podejścia na Lackową i przepraw przez okoliczne potoki, dałby o sobie niedługo zapomnieć, od czasu do czasu jedynie powracając jako krótkie, skojarzeniem obudzone na chwilę wspomnienie. Zdecydowanie jednak dla mnie stanie się kolejnym dowodem na to, że wyprawa w Beskid Niski jest jak wizyta w Narnii - pełna wyjątkowej, dla siebie tylko charakterystycznej magii. A wszystko to za sprawą nieoczekiwanego zniknięcia głównego szlaku, którym zdecydowaliśmy się podjąć wędrówkę. Zielony szlak, w zeszłym jeszcze roku biegnący pasmem granicznym do Wysowej Zdrój i dalej na Kozie Żebro znikał zaraz po dołączeniu do czerwonego szlaku granicznego. Nie mając innej możliwości w tym miejscu, kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem czerwonym. Osobiście miałam nadzieję, że, skoro szlak prowadził do Dzielca, to i w miejscu, w którym dawniej odchodził od szlaku granicznego, pojawi się ponownie. Tak się jednak nie stało, wobec czego ostatni etap wędrówki zmuszeni byliśmy podjąć przez drogi i haszcze, którymi jeszcze niedawno powinien był biec nasz szlak. Tam kilkakrotnie drogę przecięły nam liczne stada jeleni, których niesamowity urok i silny tętent kopyt na długo pozostanie w mojej pamięci. Szczęśliwie, około pół do ósmej dotarliśmy do Wysowej, gdzie zakupiśmy potrzebny prowiant i zakończyliśmy niemal całodzienną wędrówkę. Nocleg zapewniony mieliśmy w Pokojach Gościnnych "Gródek", których bardzo wysoki standard, ale przede wszystkim niesamowita gościnność właścicielki - Pani Katarzyny Mruk, na długo pozostanie w naszej pamięci. Tradycyjnie dzień zakończyliśmy śpiewem przy gitarze.

Relacja z dnia drugiego wyprawy już wkrótce, podobnie jak z zdjęcia z tego pamiętnego wyjazdu.

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Witam na moim blogu Czytelniku! Mój pierwszy tekst rozbija się zasadniczo o pytanie: Czy wspominając górskie wyprawy wyolbrzymiamy sobie trudności które udało się nam pokonać?

 

Do dziś ze zgrozą wspominam wejście na grań pod Rysami, tą wąską półkę i ostatnie łańcuchy pod samym szczytem. Wspominam Bieszczadzkie pętle, które jak by tu nie kombinować zawsze trwają co najmniej osiem godzin, a wiatr na połoninach zawsze chce ci urwać łeb.  Zachodnią ścianę Lackowej, Czarny Dziób na Perci Akademickiej… Podobnie było z Wielkim Rozsutcem. Szczyt zdobywaliśmy dwa razy, zawsze była to pętelka ze Stefanovej przez Diery, zahaczenie o Mały Rozsutec, wejście na Wielki, zejście na południe i powrót do Stefanovej. W pamięci utkwiła mi półka skalna z łańcuchami poniżej szczytu na południowej stronie, zakręcająca za skałą tak że nie widać gdzie się idzie. Poniżej też nie było bardziej różowo, wszędzie łańcuchy i strome zejścia które potrafiły dać w kość po paru godzinach na szlaku.

 

W zimowej porze często wracałem wspomnieniami do tej półki i tych łańcuchów. Myślałem sobie "cholera, to musi być ciężkie podejście zimą!", i powoli ostrzyłem sobie zęby i raki na dzień w którym wreszcie będzie okazja to sprawdzić.

Dzień ten nadszedł wczesną zimą 2013, była to niedziela z piękną pogodą z samego rana, która w miarę upływu czasu zamieniała się w szare, mgliste piekiełko, z zawiewającym to wszystko z północy słabnącym orkanem.

 

Wyruszyliśmy dość wcześnie rano ze Stefanovej, plan taki jak zwykle ale na odwrót, najpierw Wielki, potem Mały i szlakiem powyżej Dier wracamy do Stefanovej. Niespodzianka, pierwsi na szlaku, Słowacy o 9 rano w niedzielę chyba jeszcze śpią, malowniczo położona Stefanova nie daje znaków życia. Szlak z czasem robi się coraz bardziej zaśnieżony, w okolicach południowej przełęczy między Rozsutcem a Stohem śniegu jest tyle że czasem zapadam się po pas. Jak to na przełęczach bywa - wieje że hu hu!

 

Nie ma czasu na zdjęcia, trzeba się przygotować do wejścia, zakładać raki, czekany w dłoń i napierać. Raki, czekany, czego to ja nie zabrałem ze strachu przed tą półką... Dwudziestometrowa lina, uprzęże, podstawowy szpej do asekuracji - lepiej dźwigać i potem narzekać że niepotrzebne, niż nie dźwigać i nie wrócić :) Tak też pomyślałem i na górę byliśmy dobrze przygotowani. Powyżej granicy lasu robi się ślisko i bardzo stromo, choć nie tak jak to wspominałem. Widoczność spada drastycznie, wieje coraz bardziej, na dole dostrzegamy jakiegoś śmiałka który idzie naszymi śladami. Zastanawiam się czy też jest przygotowany na to co go tutaj czeka...

 

W jednym miejscu na chwilę gubimy szlak i jest dość słabo, przepaście z każdej strony przybierają na wysokości. Po chwili jednak znowu jesteśmy na szlaku i dalej odkopując łańcuchy brniemy pod górę. Wreszcie docieram do tej srogiej półki. Przez całą drogę zastanawiałem się jak ją przejść aby było najbezpieczniej, ciągle myślałem nad zminimalizowaniem zagrożenia dla mnie i dla żony. Okazało się że tą straszną półkę można pokonać trzymając się łańcucha i drepcząc przykucniętym pod samą ścianą, przejść całą jej długość  ani razu nie spoglądając w przepaść zza skałek przy półce. No cóż, lina nie zostanie dzisiaj użyta, szpej może sobie dalej wesoło dzwonić w szpejarkach, pozostaje zaliczyć szczyt i udać się w stronę przełęczy między Rozsutcami...

 

Ta wyprawa przypomniała mi również że trudności pojawiają się tam gdzie ich się najmniej spodziewamy. Krótko po zejściu ze szczytu gubimy szlak, wszystko wokół jest białe i po chwili otaczają nas ogromne skalne turnie z przepaściami prowadzącymi w białą nicość. Śladów żadnych, no bo skąd niby miały tu być, Słowacy chyba dalej śpią... Po dłuższej chwili przedzierania się przez kosówki jakoś udaje się nam znaleźć mniej stromą ścianę nadającą się na ostrożny, kontrolowany dupozjazd w stronę lasu. Oczywiście w lesie jest świeżego śniegu po pas, przebijamy się przez zasypane krzewy i połamane drzewa w stronę szlaku dobrą godzinę... Tracę jakiekolwiek złudzenia że uda nam się jeszcze wejść na Mały Rozsutec, trzeba uciekać w stronę Dier, bo dzień się kończy! Tam też właśnie napotykamy na jedną z drabinek na niebieskim szlaku której nie da się obejść, a wygląda jak seria lodowych kalafiorów po której nie ma możliwości zejścia bez skręcenia karku. Bez cwaniakowania wyciągam linę i opuszczamy się po niej w dół obok drabinki, w duchu cieszę się że jednak się na coś przydała. Potem to już tylko wyścig z nadciągającym mrokiem nocy, chwila błądzenia w ciemnościach i wreszcie spokojny spacer w stronę widocznych już świateł Stefanovej. Stefanova w tą grudniową niedzielę chyba wcale się nie obudziła, zerowy ruch turystyczny, parkingowego dalej nie ma, wszystko pozamykane na cztery spusty, nasz samochód wciąż stoi samotnie na parkingu.

 

W drodze do domu wracam wspomnieniami do grani prowadzącej na Rysy, może jednak nie było tam tak strasznie jak to pamiętam? Może wrócić tam zimą i to sprawdzić? :)

 

Zainteresowanych odsyłam do galerii zdjęć. Do zobaczenia na szlaku! :D

TagsTags: wielki rozsutec mała fatra 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Na początek, jak nakazuje dobry obyczaj, chciałabym Cię tu, Czytelniku, przywitać i podziękować za Twe zainteresowanie. Pomysł, by zacząć coś pisać miał z pewnością coś wspólnego z tym, że raczkując w swych podróżach przez góry zrobiłam w końcu kolejny ważny krok - udało mi się w ten weekend zdobyć kawałek gór samotnie:). Nie było to nic szczególnie atrakcyjnego - ot, spacer niebieskim szlakiem do schoniska Przehyba w Beskidzie Sądeckim, gdzie już dzień wcześniej udała się grupa, do której dochodziłam. Ale jednak - satysfakcja z tego, że w końcu wyszłam w góry sama, sam na sam ze śniegiem (podobno orkanem, jednak ten z niejasnych powodów długo unikał spotkania ze mną) i z mapą w kieszeni kurtki jest. Długo chciałam wybrać się gdzieś sama, ale jakoś nie wychodziło - ot, rodzice się martwią, są chętni do wspólnych wędrówek, naturalny dla mnie zmysł organizatora wyjazdów - zawsze coś stało na przeszkodzie. Pierwszy rajd, który zorganizowałam zupełnie sama na pewno nie należał do szczególnie wyjściowych. Zachęcona przez znajomą wzięłam grupę pod Kudłacze, ale pogoda nie dopisała, więc, gdyby nie to, że ludzie z którymi poszłam są naturalnie pełni optymizmu, dobrego humoru, rajd pewnie należałoby spisać na straty. Ostatecznie udało nam się nadać mu charakter, chyba przede wszystkim dzięki rozegraniu wielu partii Munchkina. Ale może ja czegoś nie pamiętam.

 

Kolejny rajd, zupełnie inny i zdecydowanie mój ulubiony, to dobrze już tu przeze mnie opisany rajd w Masyw Śnieżnika. Trasy i atrakcje zaplanowałam zupełnie sama, zgłębiłam geograficzno-topograficzne tajniki tegoż Masywu a nawet lokalne legendy, byleby tylko nadać mu oryginalny charakter... i tym razem zdecydowanie się udało. Wszystko dzięki znów wspaniałej, dwudziestoosobowej tym razem grupie moich towarzyszy, Pani Helence - właścicielce schroniska Strzecha w Międzygórzu, które gorąco polecam i do którego zawsze chętnie wrócę i czynnikom sprzyjającym, jak pogoda, która poza jednym dniem (rajd sześciodniowy) zdecydowanie dopisała. Ten rajd zdecydowanie będzie już dla mnie zawsze rajdem przykładowym - takie chciałabym robić: z codziennym ogniskiem i śpiewami, do których schodzą się okoliczni mieszkańcy i razem z nami się bawią, z całodniowymi marszami niemal bez przerw, zaczynanymi niemal wraz ze wschodem słońca i zakończonymi zbieraniem drwa na ognisko, z ludźmi pełnymi dobrej woli, optymizmu, którzy wracają tak zintegrowani, że cały pociąg śpiewa z nimi w drodze powrotnej piosenki ze stworzonego na okazję tegoż rajdu śpiewnika...

 

Tym razem wybrałam się z AKT Rozdrożem - miałam wyruszyć razem z nimi pod Niemcową, dalej do Przehyby - wysżło inaczej. Zbieg okoliczności sprawił, że rajd stał się okazją, by po raz pierwszy zrobić trasę samej - samej ją wybrać, samej wyruszyć, samej dojść. I właśnie chęć opisania tych własnych przeżyć, tej całej frajdy z górołażenia zmotywowała mnie, by zacząć tu coś pisać o tych moich wyjściach. Bo zrozumiałam, że za kilka lat chciałabym tu wrócić i przeczytać te wspomnienia, uśmiechnąć się i... takim właśnie wspomnieniem wrócić na szlak. Może znajdziesz tu z czasem rewelacje, z którymi się nie zgodzisz, przesądy, powtarzane przeze mnie za kimś, które nie znajdują poparcia w Twoim doświadczeniu. Nie wahaj się wówczas skomentować, napisać mi o tym. Chętnie wdam się w dyskusję - góry to zdecydowanie część mojego życia, z której nie chcę rezygnować lub jej marginalizować. Może składając tu pomnik ze wspomnień uda mi się nadać jej jeszcze większą wartość.

 

I na koniec chciałabym wyrazić nadzieję, że również dla Ciebie, Czytelniku, jeśli tylko zechcesz poświęcić im chwilę, moje wpisy okażą się pomocne - może sprawią, że sam myślą wrócisz na ten szlak i znajdziesz wspomnienie, na które sam się uśmiechniesz? Jeśli tak, będzie mi niezmiernie miło - dlatego właśnie dziennika tego nie chowam pod poduszkę, a zbieram myśli tu, gdzie ludzie, którzy pozostawili swój niewidoczny ślad na tych szlakach będą mogli budzić swoje własne wspomnienia:).

TagsTags: motywacja 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

wyjście było z  Verchovina Bystra

 

 

 

 

 

 

 

widok na  kinczyk

 

widok z kinczyka

 pliszka

na  tarnice widok

 

 

w  drodze na  opłonek

 

 

na  samym  końcu  pliszka

 

skała dobosza

 

widok z  opłonka

 

 

następny  dzień  była  pliszka

w drodze na

 

 

 

widok z  pliszki na  połoniny tarnice rozsypaniec halicz

 

 

 

w drodze powrotnej

 

 

 

 

TagsTags: ukraina 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Dzień 9: 26.07.2013. Hospice de France (1385 m n.p.m.) - Luchon

Mniej więcej raz w trakcie każdej wyprawy nadchodzi taki dzień, który jest jej ostatnim. Ten nie miał (jeszcze) nim być, ale postanowiliśmy jednak zakończyć naszą górską działalność nieco wcześniej. Ale jak kończyć, to w dobrym stylu - pod względem odległości, tego dnia przebyliśmy najwięcej kilometrów :)

Ale najpierw śniadanie. Świeże pieczywo, czekolada do picia, kawa i dżem (chyba wymietliśmy całą konfiturę figową...). Gospodyni mówi nam, że popołudniu ma się zepsuć pogoda - faktycznie już parę dni nie padało, pora na jakąś ulewę ;) Chcemy iść wzdłuż grzbietu głównego, przez kocioł Cirque de la Glere i przełęcze Sacroux i Pinata a potem zanocować w schronie, aby kolejnego dnia zrobić jeszcze kółko po okolicznych górach i definitywnie zejść doliną du Lis do Luchon. Ponoć coś jest nie tak z drogą do Cirque de la Glere, ale gospodyni dokładnie nie wie, co - tylko tyle, że śnieg i że ktoś tam się wycofał. No nic, zobaczymy. Osiołki usiłują pożreć nam plecaki...

plecakojad 

Dobrze przespana noc i ładunek cukru z rana dodają sił i sprawnie ruszamy o 9 ścieżką przez las. Ścieżka jest wąska, ściany strome - idzie się przy koronach drzew rosnących 3-4 metry w poziomie od dróżki. Lepiej się nie poślizgnąć! Malowniczo. W pewnym miejscu słyszymy brzęczenie much a po chwili na ścieżce czeka na nas niespodzianka, która definitywnie zamyka temat spania w namiocie w tej okolicy...

udko

Ścieżka idzie wciąż przez las mijając kolejne rezerwaty, o czym informują tabliczki. W pewnym miejscu wychodzi na trawiaste zbocze i przecina strumień.

No, może nie do końca. Ścieżki nie ma, a w korycie strumienia leży parumetrowa warstwa śniegu. Żeby nie było tak prosto - oddzielona około metrową szczeliną od gruntu po obu stronach. Skakać nie będziemy, bo brzegi kruche, oberwą się i spadniemy pod spód. Trzeba to jakoś obejść.

Obejść - czyli wspiąć się jakieś 30 metrów w górę  po trawie (nachylenie stoku nadal takie jak 2 akapity wyżej ;) ), zejść na śnieg, przetrawersować (nadal stromo) i zejść po drugiej stronie (nieco mniej stromo). Luzik.

Wejście podłe - wszystko się sypie, a w trawie nie widać, na czym stawia się but. Ale już nie takie przechodziliśmy, co to dla nas (tak naprawdę to było technicznie najgorsze podejście całej wyprawy, choć króciutkie). Wszystko się ślizga, obrywa, jedzie w dół. Jakoś się wciągamy. Teraz śnieg - pojedynczo, nie jest ślisko bo naniosło kamieni, patyków i innego towaru ale wygląda krucho. Może lepiej, aby 2 osoby na raz nie były na tym polu. Potem w dół - zjazd niemalże po stromym żwirze. I znów ścieżka - uff.

I dalej las i rezerwaty. I ścieżka jakby nigdy nic. A potem wyszliśmy prosto w serce Tolkienowskiego Shire...

Shire

Cirque de la Glere wywołuje niekontrolowany opad szczęki. Góry wyglądają jak obrośnięte mchem kamienie, tylko powiększone do gigantycznych rozmiarów. Fantazja, aż się nie chce stąd iść. Odpoczywamy tu trochę przed podejściem na przełęcz Sacroux.

Hobbitowo

Podejście na przełęcz za to uprzyjemniają nam gzy. Świadomość, że na szczycie jest szansa się od nich uwolnić powoduje, że idzie się nam wyjątkowo raźnie. Na szczęście faktycznie na górze ich nie ma, bo mocno wieje - ostatnie spojrzenie na Cirque - i musimy iść dalej.

Sacroux

Szlak idzie teraz bardzo wąską ścieżką zboczem wokół doliny. Zbocze jak zwykle bardzo strome, trawiaste, natomiast w tej dolinie nieprzeciętnie mocno wieje i to staje sięgłównym zagrożeniem teraz. Wiatr jest tak silny, że przewraca - na szczęście wieje do stoku - ale też kilka razy musimy przysiąść aby uniknąć upadku na dół kiedy nagle zmienia kierunek. Poruszamy się skokami - od porywu wiatru do porywu wiatru - i przerwa, kucamy - i znowu 40 - 50 metrów i kucamy... i tak aż do Pinaty. A właściwie za nią, bo wieje nadal i to tak mocno, że przełęcz pokonujemy niemal na czworakach i to szybkim przeskokiem, aby nie dać się zdmuchnąć.

Dalej ścieżka idzie zakosami w dół. Jest bardzo malowniczo - powyżej ostre szczyty Maupas - to tu jest schronisko Maupas, które też mieliśmy w planach, ale które poległo w starciu z zimą (patrz dzień 3). Idziemy w dół - w kierunku schronu. Wieje nadal nieprzeciętnie mocno i trochę już zbierają się chmury.

schron

Schron okazuje się być zajęty - przebywa tu akurat pasterz z psami. Jakieś 100 m przed nim znajdujemy kolejny "prezent" w postaci połowy owcy leżącej na szlaku i w jego okolicach. Jakoś tak...

...siadamy sobie na kamieniu aby zastanowić się, co dalej. Chcieliśmy zanocować w tej chacie, ale jakoś nie wygląda to zachęcająco. Szczątki owcy też niekoniecznie, a i pogoda się psuje. Od słowa do słowa i kilka sezamków później, idziemy na dół. W Vallee du Lis jest oberża, za godzinę powinniśmy tam być. Obserwujemy lokalną przyrodę.

przyroda

Teraz droga schodzi bardzo szybko w wąską dolinę, chodniczkiem. Kolana chcą już pęknąć ze zmęczenia, więc idziemy bardzo wolno dopóki szlak się nie wypłaszczy odrobinę. Las - łąka - las - drogowskaz do Vallee du Lis ("dolina lawin" - skąd wiedzieli, że należy namalować na znaku lisa? :) )

lis

- znów lasem i dochodzimy do oberży. Gorzej, że jej nie ma, a właściwie jest to, co z niej zostało...

oberża

Lawiny, a potem burza z 18 czerwca (link) która wywołała ogromną powódź w dolinie zniszczyły wszystko. Nawet żelbetowy most się poddał.

most

Skutki widać wzdłuż całej drogi. Zatrzymać się nie ma gdzie, autobus nie jeździ, mamy w nogach 12 km po górach. Ruszamy tym, co zostało z szosy w dół.

szafa

I na szczęście po około 20 minutach natrafiamy na prowizoryczny parking i jakiś Francuz, który szedł trochę przed nami z ruin schroniska, proponuje nam podwiezienie. Korzystamy chętnie - i całe szczęście - na oko mielibyśmy jeszcze do przejścia jakieś 15 km tą szosą.

W Luchon znajdujemy camping, rejestrujemy się i rozbijamy namiot gdy właśnie zaczyna się ulewa. Pięknie byśmy wyglądali na tej szosie... Ale jesteśmy już na dole i teraz mamy 3 dni nieróbstwa.

 

...o, nie! Nieróbstwo to zło - jeszcze coś tu będzie :)

 

Podsumowanie:
Start: Hospice de France (1385 m n.p.m.)
Koniec: Luchon (630 m n.p.m.)
Najniższy punkt: Luchon
Najwyższy punkt: Col de Pinata (ok. 2180 m n.p.m.)
Trudność: w normalnych warunkach łatwe, choć konieczna odporność na przepaściste miejsca. Ciężkie przejście przez miejsce gdzie oberwał się szlak, konieczna duża ostrożność. Bardzo wietrznie do poziomu gdzie robi się to niebezpieczne.
Pogoda: słonecznie i ciepło, temperatura rano 20'C, w dzień ponad 25'C, wieczorem około 15'C i ulewa. 

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Dzień 6: 23.07.2013. La Renclusa (2260 m n.p.m.) - Pico de Aneto (3404 m n.p.m.) - La Renclusa

Noc kiepsko przespana - perspektywa wycieczki na najwyższy szczyt Pirenejów i niezbyt wygodne ułożenie robią swoje. Ale w końcu udaje się przespać trochę i gdy o 4:30 budzik dzwoni, nie ma wielkiego problemu ze wstaniem. Temperatura na zewnątrz 5'C, ale księżyc prawie w pełni więc nie jest jakoś szczególnie ciemno.

Zwijamy się szybko, jemy tradycyjne już śniadanie wyprawowe które podpieramy dodatkowo chałwą, odnosimy sprzęt do schroniska - idziemy na lekko - tylko kurtki, polary, raki, woda, chałwa i krem do opalania plus parę drobiazgów awaryjnych jak bandaż elastyczny i koce ratunkowe. No i kije. O 5:30 wyruszamy w świetle czołówek - przed nami poszło już na szlak kilka "robaczków" i teraz błyszczą się gdzieś powyżej w skałach. Ale niedługo: po 5 dniach targania ciężkich plecaków nogi są tak przyzwyczajone do wysiłku, że teraz, na lekko, niosą nas jak sprężyny w górę najkrótszą drogą. Szlakiem nikt się nie przejmuje szczególnie i różne grupki mają swoje wersje trasy - wskutek tego praktycznie na całym zboczu można zobaczyć podchodzące pary lub grupki. Szybko wychodzimy na czoło tych grupek.

Mniej więcej po godzinie wschodzi słońce i góry przybierają tą szczególną barwę poranka. Panuje absolutna cisza a na niebie nie ma ani jednej chmurki...

świt

Szybko osiągamy grań Cresta dos Potrillones mniej więcej na wysokości 2800 m n.p.m. i skręcamy w prawo. Słońce już świeci mocno i zaczyna poważnie grzać.

Cresta

Kilka razy gubimy szlak, kilka razy wybieramy pewnie trudniejszy wariant drogi - ale tu wszystko jest umowne. Widoki są piękne, góry ciągnąsię w nieskończoność.

widok

Grań prowadzi nas do przełęczy Portillon Superior, gdzie przechodzimy na stronę południowo-wschodnią; stąd mamy już widok na całą naszą dalszą drogę na szczyt:

na Aneto 

Wkrótce wchodzimy na śnieg, a właściwie na pełnoprawny lodowiec. Zakładamy raki, smarujemy się kremem i rozpoczynamy trawers. To 2,5 godziny wędrowanania po rozmiękającym śniegu, niemniej jednak aklimatyzacja jest dobra a kondycja wyrobiona i w ogóle nie odczuwamy rosnącej wysokości. Gdzieś w połowie lodowca przekraczamy 3000 m i idziemy dalej, pod samo podejście na szczyt.

lodowcem

Podejście jest dość strome, ale dalej po takim samym śniegu. Raki trzymają bez żadnych problemów, czasami tylko rozmiękły śnieg potrafi usunąć się spod buta. Kilka zakosów i jesteśmy pod szczytem. Ostatnie 15 metrów po kamieniach i...

szczyt

...i to nie jest szczyt. Sam wierzchołek jest jakieś 20 metrów dalej i może ze 3-4 metry wyżej, za granią znaną jako Most Mahometa. Której nie przeszliśmy :)

Nie przeszliśmy, bo nie chcieliśmy - technicznie dalibyśmy radę bez żadnego problemu, ale postanowiliśmy tego nie robić. To bardzo krótki ale mocno eksponowany odcinek grani, a tego dnia nie mieliśmy ochoty na kombinacje i nasze obecne położenie nas satysfakcjonowało.

Most Mahometa

Pół godziny i 2 chałwy później zrobiło się zimno i zaczęły zbierać się chmury i postanowiliśmy się zbierać. Zejście z wierzchołka pokonujemy jeszcze razem, potem nasze szlaki się rozchodzą - nasi towarzysze udają się na drugą stronę masywu, a my w dół do Renclusy, choć inną drogą. Ruszamy w dół lodowca i w połowie zejścia dogania nas burza. Z gradem.

Na lodowcu nijak nie ma gdzie się schować więc przyspieszamy kroku aby wejść w skały. Po drodze spod szczytu minęliśmy dość dziwnego turystę podchodzącego pod Aneto samotnie, w półbutach, z plecaczkiem na jedno ramię i z wiatrówką (kurtką) w ręku. Teraz wyprzedza nas zjeżdżając na butach z lodowca. Jestem bardzo ciekawy swojej miny ale nie mam lustra... Tymczasem burza wzmaga się, na szczęście są tu już głazy i błyskawicznie wchodzimy w pierwsze z brzegu zagłębienie terenu.

Ścieżki usilnie wypychają nas na grzbiety, my usilnie wracamy w dolinki, zabawa trwa w najlepsze a z doliny ciągnie druga burza, która chwilowo jest pod nami ale się zbliża. Żarty się kończą, rozglądam się za jakimś głazem, pod który można wejść, ale nic takiego nie ma. Na szczęście docieramy dość nisko, nad niewielki staw Estany de Sallerille, otoczony wysokimi skałami - zawsze to jakaś ochrona. Spotykamy parę wspinaczy też uciekających z gór - trochę chyba zgubili szlak, ale go tu po prostu nie ma, więc ruszamy na pewniaka na ukos przez zbocze, Hiszpanie za nami.

Burza szybko mija i wychodzi słońce, robi się gorąco i wilgotno. Szukamy drogi do Renclusy, klucząc między głazami po śliskiej trawie; w końcu odnajdujemy jakąś ścieżkę, która wiedzie mniej więcej w dobrym kierunku. Po kilkuset metrach skręcamy z niej i znów na wyczucie, przez rzadki las w stronęschroniska i nagle - 100 m przed schroniskiem - kopczyk - i kolejny - jest szlak!

 

I tak powstało nasze motto pirenejskie: jeśli sobie poradzisz i znajdziesz możliwość przejścia, w nagrodę dostaniesz kopczyk :)

 

Kilka zakosów i jesteśmy w Renclusie. Jemy kanapki i pędzimy ze sprzętem na naszą miejscówkę campingową suszyć się po burzy. Kilka godzin słońca i wszystko jest znów suche. Zastanawiamy się jak sobie poradzili nasi górscy znajomi, mieli dość ciężkie zejście z grani a potem sporo po lodzie, a właśnie wtedy była burza, ale tego nie wiemy - dopiero po powrocie do domu dowiadujemy się, że wszystko w porządku :)

Renclusa

Jutro zaczynamy właściwie powolny powrót - to wejście na Aneto okazało się byćpunktem kulminacyjnym wyprawy. Szczyt (prawie) zdobyty, satysfakcja osiągnięta całkowicie.

 

Podsumowanie:
Start: La Renclusa (2260 m n.p.m.)
Koniec: La Renclusa
Najniższy punkt: gdzieś w drodze powrotnej, około 2100 m n.p.m.
Najwyższy punkt: (prawie) Pico de Aneto, 3400 m n.p.m. (szczyt ma 3404 m)
Czas: 11h
Trudność: formalnie F+; szliśmy na lekko, technicznie łatwe przejście, główna trudność związana z orientacją - można stracić sporo czasu na szukanie drogi w skałach. Trochę ekspozycji na Cresta dos Portillones. Przy wejściu na szczyt duża ekspozycja na ostatnich 20 metrach. Wysokość powyżej 3000 m n.p.m.
Pogoda: słonecznie i ciepło, popołudniu burza z gradem, temperatura rano 5'C, w dzień ponad 20'C, wieczorem 12'C.

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

Rajd Czterech Żywiołów Trasa TP 50

Parametry trasy:

·         Charakter trasy - marsz/bieg na orientacje

·         Przeznaczona dla osób startujących pojedyńczo - które preferują biegi i marsze.

·         Sposób przemieszczania - Pieszo/biegiem 

·         Długość - 50 km

·         Limit czasu: 12 h

·         Ilość punktów kontrolnych (Pk) - 20

 

...''Rajd Czterech Żywiołów jest to nie tylko atrakcyjny pomysł na przeżycie fajnej przygody, ale także lokalizacja imprezy czyli, usytuowanie rajdu w pięknych okolicach Jury Krakowsko Częstochowskiej oraz  w bezpośrednim sąsiedztwie największej w Europie Pustyni Błędowskiej..."

 

Potwierdzam, jako uczestnik rajdu, że tereny owe są przepiękne i zobaczyć je z bliska, było super przygodą, przy tym biegając i doskonale bawiąc się.

 

Prolog

 

Prologiem zaczęło się napieranie po owych stepach, który polegał na zdobyciu i podbiciu w sumie chyba 11 pkt rozmieszczonych w samej miejscowości Klucze lub na jej obrzeżach.  Dopiero po zaliczeniu prologu, można było przystąpić do dania głównego, czyli 9 pkt rozmieszczonych w okolicy na Ziemi Olkuskiej.

 

Z prologiem pierwszy raz miałem do czynienia, to też i przytrafiła się gafa, która kosztowała mnie ok. 20min. Biegnąc po kolejne podbicie karty na pkt. M pominąłem pkt I.  Moja taktyka opierała się na tym, iż pkt K zdobędę jako ostatni z prologu i będę mógł ruszyć w teren. Taktyka wiązała się z tym, ze z pkt K miałem najbliżej do napierania na punkty, które obrałem jako pierwsze na celownik. Stało się tak, że podczas szturmowego napierania po Kluczach owy punkt I został przeze mnie pominięty.  Musiałem się wracać, nadrabiać i tracić czas na powrót w to samo miejsce.

 

Punkty na prologu znajdywały się np. na ogrodzeniu bazy zawodów, brzegu jeziora, pod UM, boisku szkoły, wzgórzu, lesie, przy kościele, kolejnym wzgórzu.....

 

Nie przejąłem się zbytnio tym faktem, wyciągnąłem wnioski szybko na przyszłość. Nie licząc Kieratów i Rajdu 360 w Gliwicach, gdzie tylko tam miałem możliwość uczyć się nawigacji, to można powiedzieć, ze to był mój chrzest jako nawigator w typowo imprezie BnO z lampionami i ukrytymi punktami.

 

Wyjazd na ta imprezę od samego początku traktowałem jako naukę nawigacji i trening - dłuższe wybieganie. Zabawa, sceneria to wspaniale dodatki do zamierzonego celu.

 

j

Tyrolka, niestety nie dla trasy TP 50, zadanie specjalne dla tras drużynowych

Foto ze strony orga.

 

 

Teren

 

Napieranie zacząłem od południa. Trzeba było wypuścić się kilka km w stronę Olkusza. Zaliczam najpierw pkt.2 znajdujący się przy skale i pkt.1 umieszczony na słupie/wzgórzu, z którego to rozciągał się cudowny obraz panoramy jurajskiej. Biegnąc dalej obieram wariant w przeciwną stronę niż wskazówki zegara, czyli obierając cel na pkt. 9, który znajdował się w kamieniołomie. W drodze na ten punkt trochę mnie zniosło za bardzo na wschód i trzeba było troszkę dorobić przecinką na właściwą ścieżkę.

 

Na tym punkcie akurat znajdował się sędzia z łukiem, gdzie inne trasy miały zadanie specjalne - strzelanie z łuku do tarczy. Okazji nie przegapiłem i również spróbowałem. Tego dnia nie miałem dobrego na aktywność fizyczną, a już na pewno na bieganie, potwierdziło to strzelanie z łuku. Nie w takich opresjach już się bywało, trzeba było ogarnąć się i napierać dalej, przecież to trening i zabawa.

 

Z punktu 9 szlakami przedzieram się na punkt 8, znajdujący się na szlaku, który przecina tory. Obieram 500m dłuższą drogę szlakiem rowerowym, omijając bieg przez wzgórze. Dalej dróżką/szlakiem wzdłuż torów, a następnie torami, które były zarośnięte i zaprowadziły mnie do piaskowni, którą to musiałem ominąć. Następnie wbijam się na szlak niebieski prowadzący między stawami, gdzie Dalej po jakimś czasie na szlaku znajduje się ukryty punkt 7. W drodze na niego mijam już drugą osobę biegnącą w przeciwną stronę niż ja. W tamtej chwili zdałem sobie sprawę, że może jestem jedyny, który obrał inny wariant zaliczania punktów niż wszyscySmile.

 

Kolejny punkt 6, nie był trudny w odnalezieniu, należało pilnować szlaku i dotrzeć do punktu obserwacyjnego  z I wojny światowej, który okazał się zarazem pięknym punktem widokowym na Pustynię Błędowską. W drodze tuż przed punktem mijam sympatycznych uczestników rajdu, którzy próbują wesoło ścigać się ze mną pod górkę.Smile.

 

Punkt 6 to miejsce, gdzie znajdował się sędzia z zadaniem specjalnym dla innych tras, które  polegało chyba na przyniesieniu wody z pustyni. Mimo propozycji od sędziego, czy chcę spróbować, po doświadczeniu z łukiem daruję sobie. Słońce mocno dawało, a znalezienie wody na pustyni wydało się mi czasochłonne, więc ulotniłem się tak szybko, jak tylko pojawiłem Smile.

 

Pustynia jest zarośnięta zielenią, powiedziałbym że sporo tej zieleni, do tego obowiązuje bezwzględny zakaz wstępu na pustynię Błędowska. Jak wyczytałem zakaz ten obowiązuje od maja 2012 r. do grudnia 2013 r. i ewentualne wejście jest możliwe za pisemną zgodą administratora terenu (gmina Klucze).

 

Napierając na punkt 5 szlak czasami się  pojawia, a czasami chowa, znika, multum dróżek, trzeba pilnować kompasu. W ten sposób odkrywam chyba, skąd nazwa pobliskiej pustynni - błędna.

 

To był najdłuższy przelot z punktu do punktu, po drodze mijam kolejnego i po jakimś czasie jeszcze jednego zawodnika napierającego w przeciwną stronę niż ja, co utwierdziło mnie, że jako jedyny biegnę w przeciwną stronę niż wskazówki zegara.

 

Piątka znajdowała się w miejscowości Błędów na zewnętrznej stronie muru cmentarza. Cmentarz duży, obiegłem go dokoła zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdybym obieganie go zaczął w przeciwną stronę, punkt znalazłbym szybciej i zaoszczędziłbym czas i nabiegał ok. 1km mniej.

 

Od tego momentu biegłem na ostatnie dwa punkty ze świadomością, że będą one najtrudniejsze nawigacyjnie. Na punkt 4 początkowo lecieć miałem szlakiem konnym, jednak w ostatniej chwili zdecydowałem się na wariant drogą, która okazała się czerwonym szlakiem, którego nie było na mapie. Wiedziałem, że dorzucę kilkaset metrów drogi, ale była pewniejsza i chciałem zaatakować punkt pewnie, tym bardziej, że znajdował się w jaskini.

 

Wariant okazał się niemal pewny, tzn. kila minut krzątałem się po okolicy, by odkryć skromną jaskinie na obrzeżach polany, z której wystawał fragment skały.

 

Po tym zaliczeniu i podbiciu karty perforatorem, pozostał mi ostatni punkt nr 3, który od samego początku już na starcie jak rzuciłem okiem uważałem za najtrudniejszy do namierzenia.

 

Jak okazało się nie był trudnym do namierzenia, ale za to ścieżka do niego była ‘'frajdowa'' i najbardziej ekscytująca, a zarazem cudowna, bo podczas napierania do niego 100 m przed punktem spotkałem się oko w oko z wilkiem.

 

 Wystarczyło trzymać się ścieżki wzdłuż jezior, stawików. Tak przyjemnie biegło się nad wodą, że za nic nie chciałem opuścić wąskiej ścieżki, która to raz za razem wiła się, troszkę pofałdowana, przecinająca jakieś kanały wodne, przebiegała coraz to bardziej zarośniętym terenem, aż zaprowadziła mnie do tak mokrego terenu, że nie dało się tego ominąć, tylko trzeba było brnąć przez wodę po kostki, do tego chwile wcześniej chyba padało tutaj trochę, bo miałem jeszcze deszczyk z drzew jak mocniej zawiało, a jakiś czas wcześniej zagrzmiało w okolicy.

 

Takiej ścieżki opuścić nie mogłem. Gdy już kończyła się i widziałem, że chaszczowanie kończy się, a zarazem z mapy wynikało, że punkt jest tuż tuż, przez gałęzie w biegu zobaczyłem kątem oka, że drogą idzie sobie ..... konsternacja .... Wilk !!!.

 

Wypadając ze ścieżki, by podbić kartę i znaleźć punkt musiałem skręcić w lewo.

 

Wypadłem, z krzaków, pierwsze co mnie zdziwiło, że zwierze nie spłoszyło się, ba nawet nie zareagowało gwałtownie. Specjalnie zacząłem zachowywać się głośno, by zwierze mnie zauważyło, by nie poczuło, że napieram na nie jako wróg.

 

Dzieliło nas jakieś 10m, gdy wypadłem z tych krzaków, zrobiłem dwa, trzy kroki w jego stronę i w tym momencie dopiero zareagował, zatrzymał się i obrócił głowę w moją stronę, w tym momencie zatrzymałem się i zamarkowałem, że wracam. Widząc to zaczął dalej iść przed siebie.

 

Co tu zrobić myślę?! Gdyby nie punkt, który znajdował się za mogiła jakieś 100m dalej poszedłbym sobie w inną stronę. Obejść go też nie mogłem, bo droga akurat przebiegała tak, że po obu stronach znajdowały się jeziorka, więc gdybym chciał go ominąć i dotrzeć do punktu z innego kierunku musiałbym forsować jezioro z dużą ilością trzciny itd. Ta opcja odpadała.

 

Widzę, że wilk zszedł z drogi, wynikało z tego, że musiał zejść na brzeg. Ponownie idę w jego stronę, powoli ostrożnie, widzę jak stoi nad brzegiem, znów na mnie zerkając .... nagle.... Plum, wszedł do wody i zniknął mi z pola widzenia. Trawa i trzcina wysoka, niewiele widać. Słyszę chlust wody co jakiś czas, a następnie szelest trzciny. Idąc krok po kroku zastanawiam się, czy czasem nie ukrył się w tej wysokiej trawie i zaraz wyskoczy.

 

Muszę wam powiedzieć, że od momentu naszego pierwszego spotkania wzrokiem, nie czułem strachu ani przez chwile nie poczułem zagrożenia przed nim. Tak jakby obdarzyliśmy się zaufaniem i każdy chciał iść swoją drogą. Coś niesamowitego, dla samego tego spotkania warto było być tu i teraz na tym rajdzie.

 

Podążając tak krok za krokiem idę ostrożnie powoli drogą, ze świadomością bez kontaktu wzrokowego, za to z kontaktem słuchowym plusk wody i szelest trawy/trzciny, że tuż obok raptem kilka metrów ode mnie jest Wilk, który właśnie bierze kąpiel, może poluje, albo po prostu zszedł mi z drogi, a być może obmyślił wcześniej taki wariant swojej podróży. Gdy już minąłem jeziorka i znalazłem się przy mogile podbiłem kartę - ostatni punkt zdobyty i udałem się  w stronę mety. Spotkanie z wilkiem zostanie we mnie na zawsze.

 

W drodze na metę wystarczyło wydostać się z lasu na drogę i poboczem non stop pod górę podążać do celu. Te kilka bitych kilometrów poboczem dało mi czas na analizę spotkania z wilkiem, jak i ocenę rajdu, punktów, widoków i całej reszty w tej zabawie. Przy grzmiącym niebie, ale w słoneczku, gdyż grzmoty były w oddali docieram do biura zawodów uzyskując czas 6h36min napierania zajmując, jak się okazuje patrząc na wyniki 3 pozycję!. Busola od Traszki pokazuje, że zrobiłem 55km.

 j

Tak wygląda moja mapa po rajdzie

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

B160NR

 

..z regulaminu...:

 

...„Beskidzka 160 Na Raty jest imprezą etapową, w trakcie której jej uczestnicy będą rywalizować na trasach przebiegających po szlakach i drogach Pogórza Cieszyńskiego oraz Beskidu Śląskiego. Biegi odbędą się w dwóch terminach: Edycja Wiosenna i Edycja Jesienna oraz na dwóch dystansach: Głównym (ok. 75 km i 85 km) oraz Krótkim (ok. 50 km). Suma pokonanego dystansu wyniesie ok. 160 km. Można będzie wziąć udział w jednej, dowolnie wybranej edycji lub w obu.

Beskidzka 160 Na Raty jest biegiem górskim, którego trasy przebiegają po oznaczonych, turystycznych trasach Pogórza Cieszyńskiego i Beskidu Śląskiego (ok. 80%)."...

 

Zawody odbyły się 27 kwietnia 2013

 

 

jB160NR

 

Uzupełnię ten wpis swoim: połączenie ultra maratonu z biegiem na orientację, chyba nie było osoby która się nie pogubiła. Dla mnie takie połączenie to extra, chwilowo też byłem poza trasąSmile, ale były też miejsca świetnie oznaczone, pierwsza edycja wyznacza lepsze następne edycje w co wierzę, że tak będzie, jak tacy sympatyczni ludzie wzięli się za organizację, dobrze że komuś chce się coś takiego robić. Całkowicie asfaltu w Beskidzie Śląskim ciężko pominąć taka to urbanizacja.

 

5 dni na regenerację po Orlen Warsaw Marathon (2:57 Rż) nie jest długim czasem, by powalczyć o czołowe lokaty ... a jednak !

 

Start o 5 rano wiązał się z pobudką o 3 w nocy. Trzy godziny snu ( przed OWM również spałem ok.3h) nie jest snem, gdzie można podładować akumulatory choćby na 80%.

 

j

Ultra Zielona Ekipa przed Startem

foto: Alek

 

Pierwsze 15k odsłoniło minus tego ultra maratonu. 15km bitego asfaltu, ale dzięki towarzystwu Alka z Katowic mija dosyć szybko.

 

Beskid Śląski ma to do siebie, ze jest tak z urbanizowany iż wytyczyć trasę bez asfaltu jest niemal niemożliwe. Start w gminie Dębowiec, która leży nieco w oddali bliskości gór, dostarczył nam bólu, szczególnie w drodze powrotnej 15k przebytej w ogromnym upale, który wtapiał nas w asfalt. Kto biega po terenie i przyjdzie mu na ultra biec po asfalcie końcówkę i do tego w Słońcu, gdzie wskazówka wybija południe ten wie jak to smakuje i jaką męczarnie trzeba przebyć do linii mety.

 

Wracamy na trasę startu, mniej więcej od 15 km na pierwszym podejściu na Równicę Szczyt nabieram prędkości i migiem przesuwam się do czołówki peletonu, zaliczając punkt kontrolny nr 1 na drugiej/trzeciej pozycji. Dalej ostry zbieg prowadzący do punktu żywieniowego na ok. 25km. Wypadając z ostrego zbiegu na ulice chwilo nie jestem pewny, czy biec w prawo czy lewo, nie widziałem oznaczenia żadnego. Po zorientowaniu się w jakim kierunku, wypada następny zawodnik i jeszcze jeden ( zawodniczka) i tak dobijamy do drugiego punktu kontrolnego - Brenna, a pierwszego żywieniowego.

 

j

Czołówka Biegu 1pkt żywnościowy

foto: ze strony orga.

 

Przed nami następny podbieg z Brennej na Grabową Szczyt do 3 punktu kontrolnego. Tutaj zaczynam zyskiwać przewagę, nie wiem jak wielka, ale pewnie deptali mi po piętach. Punkt nr 3 zaliczam samotnie i napieram dalej, tempo mocne, cały czas się zastanawiałem na ile nogi pozwolą mi dziś pobiec, po ostatnich mocnych akcentach treningowych i zawodach.

 

Nogi jednak niosą i to całkiem nieźle, cały czas czołówka biegu. W drodze na Klimczok umyka mi szlak na kilka minut co wybija mnie mocno z rytmu i tracę czołową lokatę. Był to 40 km. Do tego czuję pęcherz co rzadko się mi zdarza, rozwiązuje również sznurówka i łapie delikatnie skurcz w łydce. Wszystko to dzieje się rapem w kilka minut co po podsumowaniu wprawia mnie w nerw co też się rzadko zdarza. Po opanowaniu sytuacji na Klimczoku podbijam kartę punkt nr 4 wraz z trzema osobami. Po pewnej stagnacji i spokoju nagle robi się ciasno. Dobiega do nas parę osób z tyłu, ale i z przodu widzimy, że ludzie pogubili się i bieg zaczyna się na nowo. Kto silniejszy rusza z kopyta przed siebie.

 

j

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mieszając szlaki trasa prowadzi dalej do Wapienicy Górnej, gdzie znajduje się punkt nr 5 oraz drugi punkt żywieniowy przewidziany przez organizatora.  Leci się tam w dół i leci, końca nie widać. Najbardziej męczący był chwilowy asfalt do tego punktu i rosnąca temperatura powietrza. Z tego punktu mamy długi przelot prawie 7km niebieskim szlakiem przez Błatnią Schronisko do Wielkiej Cisowej, gdzie znajduje się punkt nr 6. Po drodze wpadam do schroniska na wodopój. Sympatyczny sprzedawca miło odbiera info, że to bieg ultra i pociesza, ze już niedaleko i że później będzie łatwo. bo tylko asfalt?! Każdy kto biega po górach, tym bardziej ultra wie, jak asfalt dobija, a szczególnie gdy znajduje się on na końcowych kilometrach trasy i do tego jeszcze przy pełnej lampie Słońca. Na tym odcinku spotykam też super doping od napotkanych turystów, w tym przesympatycznych dzieciaków na wycieczce, przybijających piąteczki. Smile.

 

Czerwonym szlakiem mknę na Górki Wielkie nad Brennicą, po drodze wyprzedzając kilku zawodników, którzy minęli mnie po feralnym błędzie na szlaku w napieraniu na Klimczok.

 

Na szlaku tym po wybiegnięciu już na asfalt nawiązuje nowa ultrasową przyjaźń z Tomaszem z Tarnowskich Gór. Do mety ostatnie ok. 15km pokonujemy już razem, prowadząc sympatyczną rozmowę, uwaga! nie tylko o bieganiuSmile.

 

 

Oj jak męczący był to odcinek do punktu nr 7 usytuowanego na Kaplicówka Skoczów.

 

Na szczęście po podbiciu karty na tym punkcie, dalej  chwilo trasa prowadziła lasem i można było poczuć grunt i pooddychać przyrodniczym powietrzem i tutaj prawie do samego końca oznaczenie trasy było jak najbardziej w porządku.

 

Przy niesamowitej lampie słonecznej wbiegamy razem na metę z czasem 10h13min. zajmując tym samym ex quo 5 miejsce, a w kategorii 3 miejsce.

 

j

Meta

foto : ze strony orga.

 

Bardzo sympatyczna impreza. Klimatyczna, kameralna atmosfera stworzona przez ludzi oraz samych organizatorów zachęca do udziału w dalszych edycjach.

 

We wrześniu druga edycja Jesienna, toż to Beskidzka na Raty do zaliczenia zostanie tylko 85kSmile.

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Mówi się, że zrobienie danej rzeczy w dzień wigilijny owocuje w każdy nastepny dzień przyszłego roku. Otóż spróbowałem na własnej skórze. Z samego rana spakowałem aparat, zastępcze baterie, termos oraz jabłka. Wytyczyłem krótką trase na pobliski szczyt, zatoczyłem koło przez ścianę lasu i wracałem boczną scieżką. To moja zasada, by było ciekawiej nigdy nie wracam tą samą drogą. Podczas tej trzygodzinnej przygody zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć. Udało mi się uchwycić piekną trzcinę żółto-pomarańczową kołyszącą się na wietrze a na środku kadru u góry ustawiło się drzewo w niedalekiej oddali. Pogoda nie dopisywała, padał niewielki mroźny deszcz ale to mnie nie zniechęciło. Sosna okazała się dobrą modelką do zdjęć makro a także wszedłem na niewielką górkę blisko domu. Nawiasem mówiąc nigdy na niej nie byłem.Tak wyglądał mój dzień wigilijny a po za tym to dobry sposób na ucieknięcie od tego calego napiecia w domu ;)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Był rok 2012 i po roku 2012.

2013 rok przed nami. Większość chyba stawia sobie cele noworoczne na nowy rok.

Ja bardzo odżegnuje się od takich postanowień, ponieważ cele w życiu są przezemnie stawiane cały czas, i nie wynika to z rozpoczęcia nowego roku, lub tudziez innej okazji. Po prostu taki jestem że lubię wyzwania i sam kształtuje swoja przyszlosć poprzez planowanie, wyznaczanie cełów, lub różnego rodzaju zadań które chcę wykonać.

 

Rok 2012 był obfity w wyzwania typu:

- skończyć adaptacje poddasza

- wymiana pokrycia dachowego

- wykończenie wnętrza mieszkania na poddaszu ( czyli malowanie, wykonanie wszystkich paneli, kafelek, umeblowania etc )

- poświecenie czasu ( cennego zresztą ) nad opieka na małym dzieckiem

 

Jednym słowem odpuściłem sobie ten rok!!! Choc gdzie niegdzie się bywało, ale to już nie to samo co w inne lata.

To teraz wszytsko to już za mną, i o ile rok 2012 był rokiem, odpuszczenia sobie wielu rzeczy aby zrobić to co niezbedne. I plan był zrobić wszystko co się da aby mieć to z głowy i od 2013 wrócić do górskich włóczęg, wspinania, co tygodniowych weekendowych wyjazdów w plener, biwakowaniu, smażeniu kiełbasek, piwkowania, wyjazdów na kajaki, w skałki, na paralotnie.

Oczywiście nie bedą to te same wypady co gdy sie było samemu, ale z jednorocznym dzieckiem moża wiele zrobić, i co jak co pojechac tam gdzie by się wcześniej nie pojechało.

Czuję swoim nosem że ten rok bedzie rokiem

- zamków

- krotkich i szybkich wycieczek górskich

- drewnianych cerkwi

- obiektów unesco ( których nie brak w Słwoacji )

- wspinania w skałkach pod krakowskich

- kajakowania

- lotów na paralotni

- skitouringu

 

Na dodatek, wyznaczyłem sobie mały cel zdobycia Korony Beskidów Polskich, a jak się może uda, to i Korony Gór Polski.

vv

 

Bardzo dużo szczytów jest już przeze mnie zdobytych, ale postanowiłem że zdobedę je jeszcze raz, bo to są już czasami stare czasy, i warto wrócić w zapomniane rejony np: Sudeckie.

 

Na początek jednak. Powrót do starych dobrych nart i skitouringu. Podobno warunki są już w miarę. Więc warto przypomniec sobie jak wyglada prawdziwa zima. A może przy okazji zdobędzie się Babia Górę, po raz kolejny w zimie. Bo pora letnią nigdy mnie tam nie było.

 

Życzę sobie i wam aby rok 2013 był lepszy niż poprzedni, a jak już to aby na pewno nie był gorszy od 2012. :-D

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

Bieszczady

Tyle o nich opowiadała mi Asia - wspaniała towarzyszka na tatrzańskich szlakach, bratnia dusza, bywalczyni Bieszczad znając je, jak własna kieszeń. Cudownie było słuchać jej opowieści. 

W końcu trafiłem. 

Potrzeba było IX edycji Rzeźnika i Benneta, , abym znalazł sie w Bieszczadach. Już w zeszłym roku mięliśmy się tutaj znaleźć , jednak zdecydowaliśmy się przełożyć start na następny rok. Nie spieszyło się nam wystartować tutaj. Dowodem jest Bennet, który miał już w 1 edycji wziąć udział. Jak widać potrzeba było lat i ..... Kieratu. To trzy lata temu podczas napierania na tej imprezie poznaliśmy się i wtedy przeszła mi myśl o Rzeźniku. Już wtedy wiedziałem ze jeśli wystartuje to tylko z Bennetem. Czy myślał wtedy podobnie nie wiem. Gdy zaczął się temat Rzeźnik, napisał do mnie ze ; ‘'trudno o lepszego partnera''.  

Transport

Transport na bieg zorganizowany dosłownie w ostatniej chwili, tym razem wiódł mnie przez Kraków.
Czekając 20 minut pod głównym wejściem do Galerii Krakowskiej odniosłem wrażenie ze nie jestem w Polsce, a w Londynie. Słyszałem tylko język angielski. Cóż Euro.

Natrafiłem nawet na angielska ekipę telewizyjna, która prowadziła relacje z Krakowa na żywo, z która to zamieniłem słówko. Fajnie się gaworzyło, ale Lidka podjechała swoim bolidem i musiałem się zawijać na bieg. A już chciałem ich namówić i zabrać na Bieg Rzeźnika. 

Ląduje w Skodzie Lidki. Z tylu mamy pasażerów z Katowic. Od razu ich lubię na wejściu, okazuje się ze dziewczyna , która zabrał chłopak na bieg nie biega w ogóle .

Mimo tego, jak się później okaże zaliczają 56km i brakuje im tylko 10 minut,aby org wypuścił ich na dalsza trasę.

Podróż upływa na wesoło, po drodze zaliczamy lody na starówce w Rzeszowie - polecam - smaki z kosmosu - oraz pobliskie lotnisko, skąd zabieramy przyszłego Rzeźnika.  

Bieg Rzeznika

Założenia od samego początku były proste : jedziemy robimy wersje Hard Core i wracamy. Odhaczamy w CV biegowym i na tym koniec rzeźnickich wojaży. Miejsce i czas było dla nas nieistotne. Konkretnie sprecyzowany cel to jest to co lubię. Wpadamy Łubu Dubu i wypadamy.  

Teoretycznie o moja formę nie obawialiśmy sié. Ostatnie starty mocno były po mojej stronie, ze założony cel pójdzie sprawnie. Gorzej z partnerem, który z powodu zalegająco śniegu (mieszka w górach) zaczął treningi biegowe z dużym opóźnieniem. Uprzedził mnie ze na wersje HC nie będzie gotowy, ale postara się pobiec na limit 12h. abym mógł wystartować na wersje HC.
Byłem dobrej nadziei, tym bardziej ze im bliżej startu tym optymizm Benneta również rósł.

Zaczęliśmy bardzo spokojnie, od razu podporządkowałem się pod tempo partnera, który cały czas kontrolował zegarek. Do pierwszego przepaku - Cisna - 32km szło dosłownie jak w zegarku, choć według mnie troszkę za wolno w perspektywie dalszej wspinaczki. Sądziłem jednak ze nadrobimy to na zbiegach. I być może by tak było, niestety partner zatruł się słodkościami i było wiadome ze cel nie zostanie zrealizowany. Ba, nie było wiadomo, czy nawet ukończymy. 

Nie da się przewidzieć zachowania organizmu. Jednak Piotrek silny chłop i jakoś poradził sobie z dolegliwościami. Gdyby było malo to jeszcze łydka zaczęła mu wariować i sama podskakiwać. Na ostatnim przepaku nie wyglądało to ciekawie. Przeszla mi myśl ze być może zakończymy tutaj nasza przygodę w Bieszczadach. Jednak szybki serwis postawił partnera na nogi. Dałem mu co miałem w swojej biodrowej saszetce biegowej, która zawiera to co potrzebne do przetrwania. Dźwignął się i napieraliśmy do przodu. Bravo Piotrek, na tym ostatnim przepaku nie wyglądałeś dobrze. Pokazałeś charakter ultrasa.  

Odcinek od Komańczy do Smerek wydawał się tak nudny i mało atrakcyjny ze już myślałem ze to jakieś jaja i nieporozumienie. Biegam nie tylko po górach, dlatego ze je kocham, ale również dla widoków, bo to m.in dlatego je kocham. Dopiero od Smerek ukazało się to cale piękno bieszczadzkie o jakim się mówi czyta pisze i ogląda na obrazkach. Tego tam z Bennetem szukaliśmy, piękne, cudowne, urocze, krajobrazowe, magiczne POŁONINY BIESZCZADZKIE

No jestem w domu - pomyślałem.

Nie znam Was, ale jestem u siebie - rzekłem w myślach rozmawiając z połoninami.

Oj naoglądać się nie mogłem. Wolniejsze tempo ułatwiało fotografowanie okiem i kodowanie w głowie tych przepięknych widoków. Cala kwintesencja tego wyjazdu, tej wyprawy, tego biegu , tej przygody , były uśmiechy kobiet, dziewczyn, które zbierałem na całym szlaku bieszczadzkim. No nie było właściwie dziewczyny, która by się nie uśmiechnęła do mnie na Połoninach. Mam świadka Benneta !. Bennet powiedział ze - młody ładny chłopak to i się uśmiechają. 

Dzięki dziewczyny pozdrawiam.    

Kibice

Musze i należy pochwalić kibiców na szlaku. Wszyscy, ale to dosłownie wszyscy dopingowali. Powitania, Brava, oklaski, torowanie drogi, super się biegnie w takich warunkach. Na wielu szlakach już biegałem i wiele imprez już zaliczyłem i nigdzie nie było takiego dopingu turystów na szlaku !. Szczególnie młodzież i dzieci zasługują na brava, gdyż to właśnie oni najgoręcej dopingowali zawodników. Przychylniej popatrzyłem na nich i jestem pełen nadziei ze drobimy się takiego dopingu jak np we Francji.

Dystans ok. 78km.

Trasa: czerwony szlak bieszczadzki z Komańczy do Ustrzyków Górnych: Komańcza (ok. 8 km asfaltem) - Duszatyn (ok. 480m n.p.m.), a dalej czerwonym szlakiem: Chryszczata (997) - przełęcz Żebrak (816) - Wołosań (1071) - m. Cisna (ok. 550) - Małe Jasło (1102) - Jasło (1153) - Okraglik (1101) - Fereczata (1102) - "droga Mirka" - m. Smerek (560) - Smerek (1222) - Przeł. M. Orłowicza (1078) - Połonina Wetlińska (1253) - m. Berehy Górne (740) - Połonina Caryńska (1297) - m. Ustrzyki Górne (ok. 640). 

Wersja Hard Core ? no cóż trzeba będzie wrócić tam mimo wszystko i zrobić, a tak nie chce tam wracać.

Tak określa org w regulaminie wersje HC:

Rzeźnik hard core: dla kompletnych szaleńców istnieje możliwość przedłużenia trasy o dodatkowy odcinek - z Ustrzyk Górnych (ok. 640m) przez Tarnicę (1346m) i Halicz (1333m) do Wołosatego (ok. 650m). 

Powrót

W drodze powrotnej wracam z Mirkiem i jego ekipa, m.in. z team-em Kucharza. 
W pewnym momencie bocian ląduje nam na środku drogi i musimy się zatrzymać i czekać jak szanowny Pan Bocian odleci. Stwierdziliśmy ze wraca od ukochanej gdzie dostał kosza i jest zamroczony miłością.  

To nie był koniec atrakcji, Mirek zaprasza nas, czyli 6 osób na obiad, dopiero puści nas do domu. Dzięki Mirek !!!
Udając się od Mirka z Ela do Katowic, mowie sobie: fajne te biegowe wypady Gorskie. 

Ela podrzuca nas na Trzy Stawy, gdzie Daro kręci się na 24 godzinnym biegu - Mistrzostwa Polski. Zdziwiony, ale szczęśliwy, gdy słyszy nasze Darek, Darek.......  

Gratulacje dla Kucharza i Marka, już na starcie wyłapałem ich okiem, ze poszli do przodu i dobrze 3mali. Graty tak 3mac !!!

Dziéki Partnerze oraz dzieki ludzie ze Was spotkalem. Jestescie Super ! 

ps, dziekuje za doping i graty ! te sms-y na trasie sa super! uwielbiam ! dziekuje !!

Team - biegajznami.pl / Zabiegani czas 14:39 

j

fot: bieganie.pl

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Wstajemy bardzo wcześnie. Tuż po wschodzie słońca. Po śniadaniu możemy od razu ruszyć w trasę gdyż wczoraj wszystko nam porządnie wyschło na kaloryferach.  Jeszcze tylko wstępuję do cerkwi, aby zostawić datki za nasz nocleg w koszyku. Datki w koszyku- nie nocleg. Uznaliśmy, że po 20 lei będzie dobrze. W dole rozpościerają się mgły, ale góry wkoło pozwalają się podziwiać podczas wędrówki na Lucaciu.

mgłaPodejście łagodne, choć dość długie. Jak to bywa przy takich stokach oczekujemy, że szczyt jest tuż, tuż. Jeszcze po drodze mijamy tablicę wskazującą bardzo bliskie źródło. Tym razem mamy sporo zapasów wody i nie korzystamy. Wreszcie docieramy na dość połogi, lecz upstrzony skałkami grzbiet. Te skałki wulkanicznego pochodzenia to główna miejscowa atrakcja. Widzimy już najciekawsza ich grupę zwaną Doisprezece Apostoli- Dwunastu Apostołów.

 

mgla 

Rzucamy pożegnalne spojrzenie na spoczywający w dole gościnny klasztor i wędrujemy do Apostołów. Wpierw nieco w dół między skałkami, potem lekko poniżej grzbietu. Do Apostołów docieramy około 8.00. Zabawiamy tu dłużej na fotosesje i lekki posiłek. Pogoda wymarzona- słonecznie i jeszcze nie za ciepło. Choć dość mocno wieje.

Zdobywamy te skałki, na które da się jakoś wdrapać. Kamila upodobała sobie zwłaszcza jedna taką- niestety nie do zdobycia...;)

skalka

Po pół godzinie ruszamy i wkrótce jesteśmy przy skrzyżowaniu szlaków czerwonego i niebieskiego. Powoli robi się gorąco- zwłaszcza rozgrzanej zdobywaniem ciekawej skałki Kamili.;) Około 10.00 kolejny popas, tym razem, aby pic i jeść. Jest tu rozległa dość polana przed szczytem Pietrele Rosii- widzimy szałasy i ...cud!- SĄ turyści! Widać, że podeszli sobie na krótki wypadzik z wioski w dolinie. Około 11.30 żegnamy szlak niebieskiego krzyżyka schodzący w prawo w dół do Dornisoary. Po krótkiej wędrówce grzbietem widzimy, że przed nami wznosi się dość solidna skała i szczyt Tamaului- 1862.

skala

Zastanawiamy się, czy szlak pójdzie w górę i z której strony minie skałę. Mijamy nieco z prawej. Przed nami obejście Tamaului- poprzez świerki, jałowce kluczymy po wyraźnej ścieżce. Ten rejon gór jest jednak uczęszczany. Początkowo schodzimy dość nisko w lewo, aby powrócić potem niemal na grzbiet. Podobnie obchodzimy wyższego Maierisa. Dzień jest ciepły nadal słoneczny, choć już po południu. Wstępuje w nasze serca nadzieja, że mokre dni zostały za nami. Niestety cumulusy poczynają rosnąć w górę. Przeszliśmy już naprawdę kawał drogi- Pietros niemal na wyciągnięcie ręki czeka na zdobywców...

Szlak ponownie zmierza na grzbiet i wijąc się między skałkami prowadzi nas wreszcie na przełęcz nad doliną gdzie mamy planowany biwak. Jeszcze tylko dość strome zejście i... pojawiły się problemy nawigacyjne- na mapie parku w necie oficjalny biwak jest za jeszcze jednym grzbiecikiem. Wygląda to jednak podejrzanie- Robert decyduje tu zostać. Dobrze, bo okazało się, że to jednak ma być tu- jest polana na lekko spadającym dnie doliny- Poiana Florilor- czy jakoś tak. Akurat ta nazwa mi umknęła. Wiadomo, o co chodzi- Kwiecista Polana. Nie ma jeszcze 16 gdy biwak niemal zbudowany. Wykorzystujemy słońce i wodę ze strumienia, aby co nieco wyprać. Potem robimy ciepły posiłek- wreszcie! Niestety podczas obżarstwa przypomina o sobie deszcz... Kończymy posiłek w namiotach i dość wcześnie udajemy się na spoczynek. Przez całą noc, co pewien czas pada- o ile mi się to nie śniło

Trasa

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Zebranie się z bazy noclegowej w Żywcu zajęło nam wyjątkowo dużo czasu. Mimo że wstaliśmy stosunkowo wcześnie, bo już po 7.00, to „ostatkowy" wieczór nieco spowolnił nasz temperament i ostudzał entuzjazm wyjścia na szlak. Bez zbędnego pośpiechu zjedliśmy więc zaserwowane śniadanie, delektując się filiżanką kawy / herbaty. No tak, Pilsko nie ucieknie. Nie ważne, że do domu jeszcze 270 km...

Tak więc wyjątkowo spokojnie zebraliśmy się w końcu, obierając kierunek na Korbielów. Na miejscu, nie bardzo świadomi jak biegnie szlak na szczyt, zdecydowaliśmy się na wyprawę brzegiem lasu, wzdłuż nartostrady. Pierwszym celem była Hala Miziowa (1300 m n.p.m.). Nasza trasa biegła przez Solisko (874 m n.p.m.), dalej przez Halę Buczynka, a następnie odbijała na prawo, w miejscu gdzie zielony szlak narciarski łączy się z niebieskim. W zasadzie to nie pamiętam, dlaczego nie wysililiśmy się, żeby zapoznać się z tradycyjnym szlakiem. Udało nam się jednak bez większych problemów dotrzeć na Halę Miziową, podążając niebieską trasą narciarską. Po drodze uniknęliśmy co prawda słów nienawiści z ust szusujących narciarzy, ale groźne spojrzenia i ostre krawędziowanie tuż przy obranej przez nas trasie pozwalały czasem poczuć, że jesteśmy w miejscu nie przeznaczonym do pieszych eskapad.

W schronisku PTTK postanowiliśmy nie rozsiadać się za bardzo. Ciepła herbata i kilka smakołyków miało wystarczyć przed wyruszeniem w kierunku szczytu. W związku z bardzo dużą ilością śniegu najlepszą opcją było ruszyć przed siebie, skrajem ubitej nartostrady. Na Kopiec (1399 m n.p.m.) trasa biegła ostro pod górę i już na tym odcinku nasza drużyna podzieliła się. Wojownicy - Lucky 1 i Stasiu pognali przed siebie, natomiast Ja z Przemkiem delektując się widokami, mozolnie wdrapywaliśmy się po śladach „uciekinierów".

Od momentu wyjścia ze schroniska, aż do powrotu rejestrowałem wyprawę kamerą. Niestety, jeszcze nie otrzymałem filmu z powodów technicznych, więc pewnie dopiero za jakiś czas umieszczę go, jako jako materiał „exclusive".

Ostatni (jak mi się wydawało) odcinek na Pilsko prowadził trawersem całkiem stromego zbocza. Oprócz sporej ilości śniegu, od pewnej wysokości zaczęło występować też oblodzenie. Na takich mini polach lodu można było zaliczyć ładny poślizg i lot z prędkością, która mogłaby zawstydzić niejednego z narciarzy. Na szczęście obyło się bez takich ekscesów. Własnym tempem dotarliśmy z Przemkiem do końcowej stacji wyciągu na Pilsko, gdzie tętniło życie i przewijali się rywalizujący ze sobą śmiałkowie w zawodach o Puchar Pilska. Jednak kontakt wzrokowy z „wojownikami" urwał się i pozostało nam intuicyjnie podejść jeszcze za wyciąg w nadziei, że zobaczymy naszych towarzyszy czekających na szczycie. Ku naszemu (albo tylko mojemu) zdziwieniu okazało się jednak, że wierzchołek Pilska znajduje się jeszcze jakieś 10 minut drogi przed nami.

Bez zbędnego tragizmu przyznam się, że nie pokonałem tych ostatnich kilkuset metrów. Byłem zbyt zmęczony zapadaniem się w głębokim śniegu, a dodatkowo silny wiatr i zimno osłabiły mój zapał do dalszej wędrówki. Ten dzień nie należał do mnie, o czym przekonać się miałem spędzając kolejny tydzień z gorączką w łóżku. Zeszliśmy więc z Przemkiem do górnej stacji wyciągu i oddając się pogawędce z goprowcem, czekaliśmy cierpliwie na resztę drużyny, która w tym czasie dokumentowała swoje wejście na Pilsko.

Droga powrotna była prawdziwym szaleństwem. W swoim asortymencie posiadaliśmy 50l worki na śmieci, które Stasiu zorganizował w schronisku. Tym razem niedzielna odsłona „siatkingu" była prawdziwym wyzwaniem, a na samym dole znaleźliśmy się po blisko 45 minutach mrożących krew w żyłach zjazdów.

Serdecznie zapraszam do odwiedzania bloga Dokąd nogi poniosą

Pozdrawiam

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Skitury Skitury

6.03.2012r. Na ten dzień czekałem bardzo długo, ponieważ ostatni raz byłem poszusować na nartach ok. 3 lata temu. Godz. 6:50 - opóźniony pociąg ze stacji Katowice rusza w kierunku Ustronia Polany. Wysiadając z pociągu zastaję piękną, słoneczną pogodę. Nie czekając ani chwili idę w stronę dolnej stacji kolejki linowej na Czantorię. Ku mojemu zadowoleniu na parkingu stoi mało samochodów przez co mogę przypuszczać o małym natężeniu ruchu na stoku. Udaję się do kasy, gdzie czeka mnie miła niespodzianka. Za karnet na sześć wjazdów płacę tylko 30 PLN, zamiast 45 PLN (dla informacji kaucja za kartę wynosi 10 PLN). Plecak ze zbędnymi rzeczami przy jeździe na nartach zostawiam w przechowalni (koszt 5 PLN za cały dzień) i bez kolejki w towarzystwie trzech amatorów zimowego szaleństwa jadę w górę na Polanę Stokłosicę (851 m.n.p.m.) pod Wielką Czantorią (995 m.n.p.m.) Na górze chwila przerwy, bo otaczają mnie fantastyczne zimowo-wiosenne widoki m.in. na Równicę (884 m.n.p.m.), Orłową (813 m.n.p.m.) oraz Trzy Kopce Wiślańskie (810 m.n.p.m.) Cóż, czas na pierwszy od ok. trzech lat zjazd po bardzo dobrze przygotowanej nartostradzie. Podczas zjazdu okazuje się, że narciarzy jest dosyć mało, więc szusowanie staje się wielką przyjemnością. Jedyny mankament jaki napotkałem w trakcie zjazdu to niewielkie zlodowacenie stoku w stromych przewęższeniach czerwonej trudnej trasy. Po cudownym 1900 metrowym zjeździe osiągam dolną stację kolejki, gdzie chwila oddechu i krótka pogawędka z miłośnikiem narciarstwa, od którego dowiaduję się i obecności na stoku mistrzyni Polski juniorów! Czas na kolejny wjazd na górę. Tym razem jadę w towarzystwie innego narciarza, od którego dowiaduję się o innych trasach w okolicach Wisły. Mowa o Stożku (978 m.n.p.m.), Cieńkowie (720 m.n.pm.)gdzie do wyboru są trzy trasy (zielona-bardzo łatwa, niebieska-łatwa i czerwona-trudna), oraz Soszowie (886 m.n.p.m.) gdzie do wyboru są dwie trasy (niebieska i czerwona). Im później tym więcej się zbiera narciarzy, ale też większa wymiana doświadczeń. Okazuję się, że niektórym narciarzom lepiej się zjeżdża na paroletnich prostych nartach niż na dzisiejszych nartach carvingowych. Po czwartym wjeździe kolejką na górę dłuższa przerwa przy bufecie, gdzie można co nieco skonsumować jednocześnie podziwiając wspaniałe widoki!

Oprócz kolejki linowej są do dyspozycji trzy inne mniejsze wyciągi dla początkujących narciarzy (Stokłosica, Faturka, Solisko). Polecam to miejsce ze względu na dobry dojazd zarówno samochodem, autobusem jak i pociągiem. W bezpośrednim sąsiedztwie stacji narciarskiej jest bardzo ładna restauracja. Zamówiłem sobie placek po węgiersku i nie żałuję wyboru, bo był on przepyszny! Bardzo polecam!

Pierwsza po trzech latach wycieczka narciarska bardzo udana. Zachęcam wszystkich do korzystania z uroków zimowego szaleństwa, bo to przepiękny sport!

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Od ponad tygodnia regularnie śledziłem prognozy pogody i mocno zmartwiło mnie ocieplenie, które przyszło. Oczekiwałem mocnego, nawet kilkunastostopniowego mrózu, bo w takich warunkach bardzo często liczyć można na słońce, czyste niebo i co najważniejsze - piękne widoki.

W piątek, jeszcze przed wyjazdem zadzwonił do mnie Przemek i powiedział, że słyszał w radio, jakoby rejon, w który jedziemy (Żywiec, Szczyrk) był odcięty od świata i nawet najstarsi górale nie pamiętają tak dużych opadów śniegu.

Postanowiłem więc zadzwonić jeszcze do GOPR z zapytaniem o faktyczny stan na szlakach, ale w odpowiedzi usłyszałem, że jest bardzo ciężko ze względu na spory opad, a dużo szlaków pozostaje nieprzetartych. Nie mogłem wyobrazić sobie jednak zrezygnowania z wyjazdu. Po konsultacjach z zresztą drużyny ustaliliśmy, że jednak jedziemy, a na miejscu okaże się co dalej. Było to jednak jednoznaczne z tym, że wypuszczamy się na szlak na pewno, licząc że warunki pogodowe będą sprzyjające. Optymizm to podstawa. Perspektywa jazdy 250 km w jedną stronę i powrót tego samego dnia, bez zakosztowania prawdziwej zimy w górach nie wchodziła raczej w grę.

Pierwszy dzień wyprawy zaplanowałem bardziej, jako wyjście, które pozwoli Nam zapoznać się z panującymi na szlakach warunkami. Na pierwszy rzut miał iść Klimczok (1117 m n.p.m.), a następnie Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Drugiego dnia wyruszyć mieliśmy na Pilsko (1557 m n.p.m.). Wszystko jednak zależeć miało od pogody.

Każdy w innym miejscu

Wyjazd zaplanowaliśmy z Nysy. Najpierw Stasiu dojechał koleją z Wrocławia do Namysłowa, gdzie czekałem razem z Przemkiem. Szybki transfer z dworca kolejowego i kierowaliśmy się już na Nysę. Na miejscu nocleg u Lucky'ego 1. Emocje związane z sobotnim wyjazdem ostudzała nieco konieczność wstania około 4.30 rano. Budząc się o tej porze można doznać ciężkiego szoku. Tym bardziej, jeśli człowiek kładzie się do łóżka po północy, jak to było w naszym przypadku. Gospodarz zadbał jednak o to, byśmy rano zbytnio się nie ociągali - błyskawiczna pobudka zapalonym światłem i wyjątkowo „ciepłe", motywujące słowa postawiły nas szybko na nogi. Dzień od pierwszych minut zapowiadał się ciekawie. Z Nysy wyjechaliśmy około 5.30 rano. Warunki na drodze były dobre, jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja na miejscu może być zupełnie inna. Do Szczyrku dotarliśmy jednak bez najmniejszych problemów.

Niebieski, a może zielony?

Na Klimczok mieliśmy wchodzić szlakiem niebieskim, który mniej więcej na wysokości 3/4 odcinka łączy się ze szlakiem zielonym. Przegapiliśmy jednak skręt na parking, który znajdował się na trasie niebieskiego szlaku i skręcając kilka ulic dalej dotarliśmy w pobliże Hotelu Klimczok. Mieliśmy w zasadzie zawracać, ale okazało się, że jesteśmy w miejscu skąd również można dojść na szczyt tylko, że szlakiem zielonym. Na tym etapie podróży zdążyliśmy się także przekonać, że nie będzie łatwo, kiedy przy drodze korytarz tworzyły ponad 1,5 metrowe zaspy śniegu.

Bez zbytniego pośpiechu przygotowaliśmy się do wyjścia. Lucky 1 zabrał ze sobą także narty i przytroczył je do plecaka, by wnieść na szczyt i zjechać. Ja początkowo również miałem taki zamiar, ostatecznie jednak moje narty zostały w samochodzie. Rozwaga zwyciężyła, ponieważ - nie ukrywajmy - nie prezentuję poziomu pro, więc zjazd w nieznane z Klimczoka do Szczyrku przekraczał mój poziom talentu. Dodatkowo, konieczność targania z sobą dodatkowego obciążenia jakoś szczególnie mnie nie zachęcała. Słysząc później motywujące słowa, które Lucky 1 mruczał pod nosem pokonując głęboki śnieg, utrwaliły mnie w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję.

Zakopany UAZ

Ruszyliśmy przed siebie, szlakiem biegnącym między zabudowaniami. Szybko okazało się, że dodatkowa warstwa odzieży i bielizny, które miałem na sobie była zbędna. Gdybym zabrał softshell, z pewnością nie przegrzałbym się tak, jak w kurtce założonej na koszulkę termoaktywną i bluzę z polarem. Ale cóż, twardo trzeba było brnąć dalej. Mimo że szedłem jako ostatni w zastosowanej tego dnia formacji, to i tak zapadałem się często do kolon w świeżym śniegu. Na początku trasa biegła między domkami, a po kilkunastu minutach szlak odbijała w prawo, pnąc się delikatnie pod górę, w las. Mimo że droga nie należy do najtrudniejszych, to w zastanych warunkach można było się nieźle spocić. Poruszanie się po śniegu, zwłaszcza bez rakiet, wiąże się z nieco większym wysiłkiem. Miękkie, zapadające się podłoże absorbuje bardzo dużo energii. Tym bardziej, że z każdym krokiem wiązała się możliwość nieco głębszego zapadnięcia się w śniegu.

Po około godzinie marszu doszliśmy do miejsca, w którym szlak zielony spotyka się z niebieskim, prowadzącym również ze Szczyrku na Klimczok. Dalszy odcinek drogi, aż do samego schroniska PTTK na Klimczoku, przetarty był przez kursujące co chwilę skutery GOPR. Jednak mimo to, szlak nie był ubity. Stawiając krok, oczekiwało się twardego podłoża, a tymczasem stopa nadal zapadała się. Bardzo dziwne uczucie, ciężko to w zasadzie opisać. Taki rodzaj „rozczarowania" czy też „zaskoczenia" można porównać np. do sytuacji, w której chcemy podnieść stojąca na stole butelkę i zakładamy, że jest pełna. Używamy większej siły i nagle wyrywamy wręcz butelkę do góry, bo okazuje się pusta. Myślę, że każdy wie o co chodzi . Pomimo 20 minut, które zwiastowała tabliczka kierunkowa do schroniska, nam przejście tego dystansu zajęło troszkę więcej czasu.

Po drodze natknęliśmy się jeszcze na mocno przysypany śniegiem wielozadaniowy samochód UAZ 452 Minibus. Obok takiego reliktu nie sposób było przejść obojętnie, dlatego nie obyło się bez małej sesji zdjęciowej.

Biegacze, fasolka i siatking - zjawiska na Klimczoku

Przy schronisku spotkaliśmy grupkę osób, w tym kilku goprowców, którzy czekali na - uwaga - nadbiegających ze Szczyrku uczestników biegu RMD Winter Run. Duży szacunek dla uczestników i uczestniczek zawodów. Po krótkim dopingu i oklaskach dla biegaczy, udaliśmy się do schroniska na krótką regenerację sił przed ostatnim podejściem na szczyt Klimczoka. W mojej ocenie schronisko dostaje plus za atmosferę i klimat gór, minusem niestety okazało się jedzenie. Zamówiona fasolka po bretońsku nie została niestety sklasyfikowana na listę TOP 10 posiłków schroniskowych . Po nieco dłuższym postoju, przyszedł czas na ostatnie na tej trasie podejście.

Schodząc szlakiem w dół za schroniskiem, skierowaliśmy się ku szczytowi. Lucky 1, który zaraz po wyjściu założył swoje ultraszybkie narty, był już kawałek przed nami. Podczas, gdy my wdrapywaliśmy się na szczyt, on korzystał ze stoku biegnącego zboczem Klimczoka. Wejście na górę nie należy do trudnych, szlak jest raczej spacerowy. Jednak z uwagi na narciarzy szliśmy na skraju lasu, gdzie śnieg nie był jeszcze ubity. Po około 15 minutach osiągnęliśmy kopulasty wierzchołek. Pogoda niestety nie rozpieszczała nas za bardzo, więc oprócz znajdującego się w zasięgu kilku metrów od nas masztu z antenami telekomunikacyjnymi nie było nam dane cieszyć się panoramą.

Żeby nieco urozmaicić sobie zejście, postanowiłem spróbować zjazdu na reklamówce. Mimo że na pierwszym odcinku szło to troszkę opornie, to mniej więcej od połowy stoku, sunąc na brzuchu, osiągnąłem już całkiem zadowalającą prędkość. Jak się okazało, nie był to ostatni zjazd podczas naszej wyprawy, a ten rodzaj aktywności zyskał miano „siatkingu" lub „workingu" (wersja z workiem na śmieci).

Na drogę powrotną obraliśmy szlak niebieski. Nasza drużyna podzieliła się jednak. Lucky 1 wybrał wariant zjazdowy, więc nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd zaprowadzą go narty. Umówiliśmy się jednak, że kiedy dotrze do samochodu, skontaktuje się z nami i ustalimy punkt odbioru naszej grupy. W drodze na dół przez pewien odcinek czas umilał nam mały czarny kundelek. Nie potrafię określić czy był bezpański, ale ochoczo merdał ogonkiem i pozwalał się głaskać za uchem. W pewnym momencie zaistniała nawet obawa, że dojdzie z nami do samochodu i będziemy mieli problem. Na szczęście nasz towarzysz w porę „przerzucił się" na mijających nas turystów.

Muszę się przyznać, że w drodze powrotnej chcieliśmy być bardziej cwani, niż na to wyglądamy i zastanawialiśmy się nad skróceniem sobie drogi. Bardzo kusząco wyglądała bowiem opcja przeprawy przez głęboki śnieg. Pierwszy w zaspę skoczył Stasiu i zniknął...a właściwie zapadł się praktycznie po samą klatkę piersiową. Było trochę śmiechu i nadal chcieliśmy kontynuować nasz idiotyczny pomysł. W porę jednak pojawił się samotny, wiekowy wędrowiec, który inteligentnie wyperswadował nam podjętą inicjatywę. Nie chcę myśleć co by było gdyby... Stasiu wydostał się jakoś z zaspy, to pełzając na brzuchu, to podciągając się na kijkach trekingowych, które wyciągnęliśmy w jego stronę. Stanowczo nie polecam tego rodzaju „wycieczek" poza szlak. Mimo że droga wydaje się wyjątkowo prosta, a bajecznie uformowane zaspy śniegu kuszą, aby w nie brnąć, to wszystko jest tylko iluzją. W takiej ilości śniegu można naprawdę się „utopić".

Dochodząc do miejsca, w którym zaparkowany był UAZ spotkaliśmy Lucky'ego 1, który brnął pod górę raz jeszcze odbyć zjazd. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na nieco dłuższą chwilę, przez blisko 15 minut dając upust swojej głęboko ukrytej, dziecięcej naturze.

Zejście niebieskim szlakiem w kierunku Szczyrku obyło się bez większych emocji. Droga ta ma charakter mocno spacerowy, o czym świadczyła liczba osób mijanych pod drodze. Po drodze uczestniczyliśmy jeszcze w akcji wypychania samochodu, który ślizgał się na lodzie. Niestety, kierowca nawet nie pofatygował się, żeby podziękować...W zasadzie, po rejestracji nie spodziewaliśmy się nawet tego. Cóż, taki zwykły, ludzki gest.

Lucky 1 odebrał nas z drogi mniej więcej na wysokości skoczni narciarskich i udaliśmy się w kierunku Skrzycznego.

Skrzyczne po linii najmniejszego oporu

Z uwagi na nieco późną już porę, zdecydowaliśmy się na wjazd kolejką na najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Zdobycie tego szczytu obyło się właściwie bez żadnych rewelacji i chyba potraktowaliśmy go wyjątkowo rekreacyjnie. Wjechać, zrobić pamiątkowe foty, zjechać / zejść.

Tym razem skusiłem się jednak na założenia moich czerwonych (a wiadomo - kolor dodaje 15 pkt do prędkości) nart. Mimo za małych o 1,5 rozmiaru butów, liczyłem na całkiem przyjemny zjazd. Błąd. Na szczyt wjechaliśmy całą drużyną. Lucky 1 i ja odziani w sprzęt zjazdowy, z kolei Stasiu i Przemek reprezentowali wariant „pieszy". Podczas, gdy piechurzy mieli wykonać kilka fotografii i zejść do samochodu, ja liczyłem na co najmniej 2 - 3 zjazdy. Jednak tego dnia stok był wyjątkowo nieprzyjazny dla mnie. Po pierwszych kilkunastu metrach jazdy czułem, że coś jest nie tak. Rodzaj napięcia mięśni po odbytej na Klimczok wędrówce był całkowicie inny, niż wymagała tego jazda na nartach. Dodatkowo, wyjątkowo ciasne buty robiły też swoje. Na początku nie poddawałem się i mknąłem niebieską trasą, zwaną Ondraszek, mijając uczące się dzieci i pługujących narciarzy. W pewnym momencie narty odmówiły mi posłuszeństwa i przestały reagować na próby skrętu. Finałem był upadek, po którym zbierałem swoje ciuchy po całym stoku, a jedną z nart znalazłem wysoko wbitą w zaspę. Ondraszek - Zarzeczny 1:0. Pełen upokorzenia pozbierałem się i zjechałem na dół. Pewnie jeszcze nie jeden upadek przede mną, jednak tego dnia miałem dosyć.

Ostatnim etapem podróży tego dnia była jazda do Żywca, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. W niedziele czekało na na Pilsko.

fot. by Stasiu

 

Serdecznie zapraszam do odwiedzania bloga Dokąd nogi poniosą

 

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Babia Góra (1725m), sama nazwa już określa nam, że występuje tu wystarczająco interesujące zespolenie: kobiety i góry. Porównanie kobiety do Babiej Góry albo Babiej Góry do kobiety obejmuje wiele zadziwiających wniosków. Oczywiście byle jakiej góry bym do kobiety nie odważył się porównywać (byle jakiej kobiety do Babiej Góry również). Jednakże Babią Górę, hmm ... Babią Górę... no coś w tym jest.... Wojciech Mann pewnie by to skwitował - to się facet porwałeś!. Rozważania te będą prologiem do aseksualnej wycieczki na Babia Górę od strony słowackiej. Czyli żółtym szlakiem ze Slanej Vody.

 

Babia Góra

 

Jak młokos poznaje dziewczynę albo mężczyzna kobietę, to często myśli, że pojawiła się największa namiętność w jego życiu. Oczywiście od razu staje się ona dla niego najpiękniejsza kobietą świata. Co jednakże gdy faktycznie jest najpiękniejsza na naszym globie? Ba, niech będzie nawet w setce najpiękniejszych niewiast świata? A jej uroda będzie zjawiskiem międzyplanetarnym! To ma on niestety gigantyczny problem! I pozwolę sobie zacytować Jerzego Pilcha: "Zobaczyłem ją i popełniłem błąd frajerski - zamiast poprzestać na podziwie - postanowiłem ją zdobyć".

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Babią Górę, także nie poprzestałem na podziwianiu. Moja pierwsza próba jej zdobycia zakończyła się klęską. Jesienna nawałnica niczym zawistny kochanek, brutalnie ukazała, że Babia Góra dziś nie jest dla mnie dostępna. Taki kobiecy kaprys.

Jednakże to czego nie uda nam się zdobyć - wabi coraz wybitniej. Jak skryty nocny szmer hipnotyzuje umysł i ciało. Panuje nad nami jak narkotyk. Aż w końcu wracasz do Niej. Zdobywasz ją z jednej i z drugiej strony. Za dnia i w nocy. O poranku i o zmierzchu. Zimą i latem. Tylko skoro ona taka najpiękniejsza to musi mieć wielu wielbicieli. Ty z niej schodzisz, ktoś na nią wchodzi... Wtedy zdajesz sobie sprawę z sytuacji, że twój związek z Najpiękniejszą Górą Świata nie jest tylko twoim z nią związkiem. Bo amantów to ona ma wielu. A ile wielbicielek, ło matko.... Czym trudniej jest dostępna, tym mniej odważy się ją zdobywać. Z drugiej strony, jeśli Górka nie jest interesująca, to mało kto ją zechce zdobywać.

Zaczynamy ze Slanej Vody. Jest tu schronisko, o jakim mogę napisać tylko tyle, że mają nader smaczny kapuśniak, leją piwo i nocleg w granicach 9-10 euro. Więcej pisać o nim nie ma sensu. Po prostu nie ma się czym poruszać. Więcej wrażeń pozostanie dla żółtego szlaku prowadzącego na Najpiękniejszą Górą Świata - Babią Górę. Szlak żółty, jakim maszerujemy to z początku, jak to Piotr określił - al. Marszałkowska. Rewelacyjnie odśnieżona trasa, z miłymi dla oka zaspami po boku. Podążamy Aleją Hviezdoslava (utworzona w roku 1974, zajmuje obręb 9,3 ha)- czyli otoczoną ochroną świerkowa aleją. Nazwę pochodzi od nazwiska słowackiego wieszcza, piszącego swoje utwory pod Babią Górą. Ciągnie się ona aż do przestronnej polany z jaką łączy się droga ze Slanej Vody, połączenie z niebieskim szlakiem (Paseky 868m).

Zima

 

Cały czas idąc odśnieżoną aleją dochodzimy do muzeum Hviezdoslava. Podobno znajduje się tutaj wiele przedmiotów należących do dwóch słowackich twórców: Jednakże my mamy wyraźny plan - Babia Góra. Zwiedzanie i tak na pewno zamkniętego muzeum odbiłoby się na czasie naszej ekspedycji.

Po chwili dostrzegamy wystarczająco ciężką maszynę, która jest dostępna za powstanie Marszałkowskiej. Ogromne koła, a na nich łańcuchy zapewniały komfort pracy w takich warunkach. Rzucę tutaj przypuszczenie, że Marszałkowska prowadzi prawdopodobnie do samej granicy z Polską. Co ciekawe, nie tak wiele brakowała, a byśmy to stwierdzili na własnej skórze :)

Za zabudowaniami, szlak odbija w lewo. Dla nas oznacza to w tym momencie koniec odśnieżonej drogi. Szlak natomiast jest przebyty przez słowackich skitourowców jak również jednego piechura. Nie zmienia to faktu, że i tak się zapadamy dosyć głęboko w śnieg. Jednakże nie trwa to długo, ponieważ po 10 minutach znowu powracamy na naszą Marszałkowską. Zadowoleni z lepszej nawierzchni zostawiamy za sobą tabliczkę ( raczej silnie już zasypaną) wiodącą na Babią Hore. Nie wiem jak długo szliśmy dalej odśnieżona aleją, ale w pewnym momencie zrobiło się to nazbyt podejrzane. Żółty szlak po prostu znikł, czasami zimą robione są alternatywne wersje szlaków. Ale tym razem coś nam tu nie pasowało - zwłaszcza kierunek naszej wędrówki. Konfrontacja z mapą i decydujemy się powrócić do miejsca, w jakim wkroczyliśmy ponownie na odśnieżona drogę.

 

Widok ze szlaku

 

Tym razem dostrzegamy tabliczkę wiodącą na Babią Horę. I według przewidywań podążamy bardzo słabo przetartą ścieżką. Najpierw dosyć łagodnie, bez większych przewyższeń zmierzamy wzdłuż potoku Bystrej. Teraz patrząc na mapę widzę, że w niedalekiej odległości od żółtego szlaku znajduje się wodospad na Bystrej. Ale w tych warunkach nie słyszeliśmy jego odgłosów. Nie posiadam nawet wyobrażenia jak duży on może być. Dochodzimy do miejsca, w jakim musimy przejść jeden z napływów Bystrej. Jest tu wystarczająco obszerny most, bardzo zjawiskowo oblepiony śniegiem. Po drugiej stronie potoku zamierzamy zrobić odpoczynek.

Dalsza część szlaku przynosi już coraz bardziej widoczne przewyższenia. Mijają nas skitourowcy, którzy nie zapadają się w śniegu tylko podąrzają rytmicznym krokiem na grzbiet. Daje do myślenia. Tym wybitniej, że następnie można sobie zjechać w dół. Twierdzenie jednego ze Słowaków - Na dole Arktyka a na górze Tropiki - jest jak najmocniej właściwe. Dzisiaj mamy dużą inwersję. Na dole było kilkanaście stopni poniżej zera, a w tym momencie decyduję się na ściągnięcie kurtki. Nie posiadam wyobrażenia jaka temperatura jest w tym rejonie. W zasadzie nie wiele mnie to interesuje, jest po prostu gorącą. Zdejmuje również czapkę, bo udało nam się trafić na bezwietrzną pogodę. Od razu przyjemniej!

 

Pilsko

Dochodzimy do polany, widoki są piorunujące. Na język cisną się mnogie słowa zachwytu. Trzeba uznać, że widokowo szlak ten jest sporo bardziej przyciągający aniżeli nasze rodzime szlaki. Okazała panorama nie ma sobie równych. Kolejny odpoczynek....

Powoli rozpoczynamy wychodzić z pasma lasu. Jest ich coraz mniej, jednakże każde dobrze zmrożone. Dosyć mocne słońce powoduje, że co jakiś czas słyszymy opadający z gałęzie śnieg. Ciężar jaki wytrzymują te gałęzie robi wrażenie. Łatwo rozpoznać, z której strony świeci słońce, ponieważ wiele drzew z południowej strony prezentowało swój ciemnozielony kolor, a z północnej przykryte były zlodowaciałym śniegiem.

Jak dla mnie robi się coraz cieplej. Wzniesienie zrobiło się całkiem dotkliwe, a zapadające się nogi zaczęły dawać zapowiedzi zmęczenia. Piotr wyraźnie lepiej się trzyma i zachowuje szybsze tempo. Znajdujemy się coraz bliżej centralnej grani. Przedeptana ścieżka prowadzi nas na grań w rejonach Lodowej Przełęczy. Żółty szlak prawidłowo trawersuje wierzchołek i dochodzi do Babiej Góry od strony południowej. My dotarliśmy na fundamentalny grzbiet od kierunku Przełęczy Brony, mniej więcej na wysokości Lodowej Przełęczy.

Bardzo intensywnie wiejące wiatry i ogromny mróz spowodowały, że nieliczne choinki otrzymały niesamowite kształty. Wyglądem przypominające pielgrzymów idących na grzbiet. Kapitalny widok!

 

Choiny

 

Główna grań jest bardzo porządnie przetarta, pojawia się coraz więcej ludzi schodzących ze szczytu albo podejmujących próbę jego osiągnięcia. Nie jesteśmy już sami, można nawet powiedzieć, że jest tłok. A Najpiękniejsza Góra Świata spoglądała na nas z góry. Widząc moje siódme poty podczas zdobywania jednego z przedwierchołków. Była jakaś zaspana. Może wyczerpana? Na pewno jednak w dobrym nastroju. Było nadal bezwietrznie, może delikatne powiewy czasem dało się odczuć. Słońce cały czas nas ogrzewało. Zdobywamy po raz następny wierzchołek Babiej Góry. Kolejny raz dane jest nam oglądanie jedynej panoramy Tatr z Babiej Góry. Pamiątkowe zdjęcia, rozmowy z poznanymi turystami. Jeden z nich mówi, że był już na Babiej Górze ze 150 razy. Hmmm.... Osobiście, może naciągnąłbym do 10% tego rezultatu. Ale czy to ma znaczenie? My zdobyliśmy Babią Górę pierwszy raz od słowackiej strony. A dziś mało kto posiadał gratkę tego dokonać!

Wracaliśmy tą samą trasą. Pierwotnie w zamiarach był powrót przez Małą Babią Górę. Jednakże nie mielismy wiedzy czy szlak ten jest przetarty. Świadomość przedzierania się przez śnieg po pas po dziewiczym dla nas terenie skłonił nas do powrotu po naszych śladach. Co ewidentnie nie określało wcale, że nie będziemy się zapadać. Szczęśliwie docieramy do schroniska w Slanej Vodzie. Zamawiamy ciepły posiłek. Piotr smażony ser i kofolę. Ja pożeram kapuśniak. Robi się już mroczno. Czas wracać do domu.

Dla mnie było to kolejne innowacyjne doświadczenie związane z Babią Górą - podejście od Słowackiej strony. Muszę uznać, że nie byłem zawiedziony!

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

klasztor Dwunastu Apostołów


Zbliżaliśmy się do białych zabudowań klasztoru, mijając po drodze ekologiczne inwestycje: wiatrak z prądnicą i jakieś wodne systemy- studnie, oczyszczalnie? Tuż poniżej klasztoru mieliśmy nadzieje znaleźć  płaski, równy teren. Niestety- wszędzie zalegały spore kamienie i głazy. Wreszcie uznaliśmy, że pośród drzew będzie dobrze. Wróciliśmy po nasze sprzęty, rozpoczęliśmy zakładanie obozu i... deszcz! Schroniliśmy się w cerkwi.  Gdy ponownie wyjrzało słońce ujrzeliśmy wracającego skądś zakonnika. Robert  poprosił  go o wodę, a on- ku naszemu zaskoczeniu- nie wskazał ani źródełka ani kranu, lecz zaprowadził do magazynu i wręczył cały sześciopak  „apa minerale".  Robert poszedł za ciosem i... po krótkiej rozmowie jesteśmy prowadzenie na "salony". Tak! Tę noc spędzimy pod dachem, w  luksusowych celach zakonników, a nie na kamiennej łące! W dodatku DARMO!

Tu spędzimy noc

Po pokazaniu nam pokojów zakonnik prowadzi nas do jadalni i kuchni.  Wskazuje na pokarmy i zachęca, aby jeść co tylko tu widzimy.  Jeszcze nie czas na kolację- wracamy po nasze „klamoty". Mokre śpiwory rozwieszamy na słońcu, brudne  i mokre buty stawiamy na schodach. Zagospodarowujemy pokoje. Ja z Robertem w jednym i Kamila w drugim.

Wreszcie zgłodniali robimy kolację korzystając głownie z naszych zapasów. Wiadomo- co nie zjemy musimy dźwigać. Niemniej nieco chleba i sera klasztornego w naszych brzuszkach wylądowało. Widok gazowych maszynek na stole mógł nieco zadziwić zaglądających do jadalni co pewien czas mnichów, ale nie było tego po nich widać.

 Gdy już pozmywaliśmy dał się słyszeć stukot kołatki. Zapewne jakoweś wieczorne nabożeństwo- idziemy!  Ukołysani modlitwo-śpiewem( Dumnezeu...sfinti...slava Si...czy mi się zdaje czy coś rozumiem?) niemal zasypiamy...

Wtem- szum, huk! Cóż to?! Po chwili rozumiem- blaszany dach cerkwi wzmacnia uderzenia deszczu i odgłosy grzmotów. Burza wróciła... Nasze śpiworki! Każdy górski wędrowiec wie czym jest mokry śpiwór... Gdy deszcz zelżał, nie czekając na koniec długiego dość nabożeństwa, wychodzimy. Cud! Śpiwory są suche! Wiatr niósł krople w odpowiednim kierunku.

Powoli się zmierzcha. Czas na pranie i kąpiel.  Jest co prawda środek lata, ale włączono dla nas kaloryferki! Suszymy co tylko możemy.  Korytarz wygląda niezbyt klasztornie. ;) Nie będziemy musieli jutro rano oczekiwać, aż słonko wysuszy nam ubrania co oznacza wczesne rozpoczęcie dalszej wędrówki. Pietrosul czeka! 

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 2011_07_24 Wielka Sowa_1015m n.p.m. - Góry Sowie

 

Niedziela o poranku na rondo w Jedlinie Zdroju. Jakbym miała mało problemów ze zwykłym skrzyżowaniem rondo mam do rozkminienia. Na mojej mapie nie ma ronda. Bez „języka" się nie obejdzie.

- Do Walimia tą drogą w dół?

- Nie. Tamtą w górę, ale będzie nyska niedługo.

„Nyska" to po miejscowemu bus. Czekam ze 20 minut. Przyjechał mercedes, ale to też „nyska".

Pogoda taka, że może obrócić się albo w lampę albo w pompę. Liczę na to pierwsze.

Z Walimia można jeszcze dojechać na Walimską Przełęcz. Ja idę na nią zielonym, stamtąd niebieskim. Zejście żółtym. To pętla na dziś Walim-Wielka Sowa-Walim.

Spodziewałam się zapadłej wsi, zagubionej w lasach, a tu wjeżdżam w osiedle robotnicze w stylu lat 50-60-tych. Ki czort? Przemysł drzewny? Co tu jest?

Przekonuję się szybko.

Ruiny Zakładów Lniarskich w Walimiu

Zapytuję o szlak znudzonego mieszkańca, który spędza niedzielny poranek w oknie kamienicy wielorodzinnej. Mówi, że idę dobrze.

-  To dlaczego nie ma znaków?

- Znaki były na słupach, ale słupy wymienili.

- No przecież nie wymienili ich wczoraj?

- No widzi pani. Tak to już jest. Ale właśnie teraz musi pani skręcić w lewo.

Rozmawiamy chwilę. Wyjaśnia mi co przed chwilą widziałam. Były tu kiedyś Zakłady Przemysłu Lniarskiego. W PRLu przejęło je państwo, w 1992r. upadły.

Po powrocie doczytałam: początek zakładów przemysłowych w Walimiu datuje się na połowę XIX wieku. Póki były prywatne działały, w PRL-u kwitły, w wolnej Polsce padły. To daje do myślenia.

Smutny widok. Nie wyobrażam sobie jak jednego dnia w takiej małej miejscowości setki ludzi zostały bez pracy.

Wróćmy na szlak. Jak już skręciłam - w bocznej drodze słupów nie wymieniali - oznakowanie jako tako. Dwa razy przecięłam asfaltową serpentynę i jestem na Przełęczy Walimskiej.

Na parkingu dwóch parkingowych z ogromnym psem, ale samochód tylko jeden.

Czytam informacje dla turystów: Sztlonie Walimskie, Muzeum, Podziemne Miasto, zapora, cmentarz. Pamiątki klęski i chwały. Tu dojazd 25 min samochodem, tam 45 minut. Jakby mieć samochód jest co zwiedzać. Zdaję sobie sprawę, że w każdym z miejsc „odpuszczam" wiele ciekawostek godnych uwagi, ale warunki mam takie, a nie inne i inny mam cel. Zwiedzania nie będzie. Może innym razem. Pogada się trzyma, mam widoki.

Widok ze szlaku na Wielką Sowę

Na luzie, bez pośpiechu, bo trasa krótka zdobywam sobie Wielką Sowę. Wielka - to wielka przesada, ale kolejny szczyt mam.

Wieża widokowa na Wielkiej Sowie jak latarnia morska

Wieża widokowa niczym wypisz-wymaluj latarnia morska. 4zł i mam widoki.  Góry Sowie, Stołowe, Kamienne, Ślęża!!! Tam też dojdęSmile. Z podejścia było ją lepiej widac niż z wieży.

Śląża ze szlaku na Wielką Sowę

 

Zaskakuje mnie, że wierzchołek jest piknikowym miejscem. Wiata, ławki, stoły, 2 rozbite namiotyi psujacy widok maszt antenowy. Szłam sama, ale tu jest parę osób. Ktoś rozpala ognisko.

Szczyt najwyższej góry w paśmie jestem skłonna traktować nobliwie, z szacunkiem. Zwykle nic nie wolno bo park narodowy, ale przecież nie wszystkie góry w Polsce to park.

Powrót żółtym przez Małą Sowę, która z kolei jest tak mała, że nawet nie zauważa się, że się było.  Nadchodzi dwoje ludzi z przeciwka i cytuję pytanie:

- Nie wie pani gdzie tu Mała Sowa jest?

- Nnnno... tu jest. Stoimy na  Małej Sowie.

Odeszłam już ze 20 min od Wielkiej czyli jest Mała choć nijak nie oznakowana.

Na dół lajcik. Kolejna ciekawostka - skrzyżowanie z fioletowym!!! szlakiem. Takiego jeszcze nie widziałam. Na mapie też na fioletowo namalowany.

Ewenement - fioletowy szlak

 

Fioletowy na prawo, na lewo, to ja prosto. Niżej rozwidlenie - prosto trochę w lewo i prosto bardzo w prawo. Poszłam trochę w lewo bo było bardziej prosto i było niewłaściwie.

Znowu!!!

Jest dopiero południe. Nie będę zawracać. Jestem już nisko. Moja droga trawersuje zbocze w poziomie.  Żeby nie wiem co na dole po prawej musi być droga przez wieś. Jeszcze jej nie widzę, ale musi tam być. Wystarczy zejść w pionie po zboczu.

Schodzę.

Zeszłam do drugiej drogi trawersującej poziomo zbocze. Nie takiej się spodziewałam, ale teraz skręcam w prawo czyli cofam się w stosunku do tego co już przeszłam. Na mój rozum idę w lepszą stronę. Wymyśliłam, że ta droga doprowadzi mnie na powrót do żółtego. Ale jakby nie? Skręcałam już parę razy.

Jeśli przyjdzie mi zawracać do ostatniego znaku... Lepiej żeby tak nie było bo nie wyjdę z tego lasu. 

Do żółtego szlaku nie doszłam. Po kilkunastu minutach zobaczyłam wreszcie pierwsze zabudowania i drogę przez wieś. Już nie szukam szlaku tylko „na krechę" na dół.

Pięknie zatrawione zbocze jest piękne jak się patrzy na nie z góry i z twardej drogi. Jak się zejdzie w te piękne trawy to się okazuje, że dziury, wertepy, poprzerastane pniaki, krzaki, gałęzie.  Do skręcenia nogi tylko włos brakowało.

Wreszcie koniec lasu, jest łąka. Teraz jestem na zapleczu cudzych domostw. Może psy? może płoty? Może mnie ktoś przegoni? Ale się władowałam na skróty.

Szczęście mi jednak sprzyja - między płotami było przejście do asfaltu. Znów miałam fartLaughing

Wyszłam prawie w centrum wsi.

Za pół godziny nyska i jestem w Jedlinie Zdroju o 15.30

Jest tak wcześnie, że mogę sobie pozwolić na zwiedzanie uzdrowiska. (rozkopane na max bo układali chodniki) Wybieram się na obiad.

Kolejna niespodzianka taka mnie spotkała jeszcze, że w miejscowości mieniącej się być uzdrowiskową nie ma restauracji, nie ma baru. Coś tam, gdzieś,... z 15-20 minut samochodem. To ja dziękuję, aż tak głodna nie jestem. Albo jadalnie uzdrowiskowe, ale to dopiero w poniedziałek.

Trudno. Znowu buły cały dzieńL

 

2011_07_25 Waligóra_936m n.p.m.

                        Chełmiec_851 m n.p.m.

Do Głuszycy raniutko nyską. Dobrze byłoby podjechać do Rybnicy Leśnej, bo dziś mam w planie 2 szczyty w dwóch pasmach. Wszystko zależy od komunikacji. JAKOŚ TO BĘDZIE - najwyżej zrobię tylko jeden.

Z Głuszycy do Grzmiącej doszłam. Tu trafił się STOP.

Z Rybnicy Leśnej prosty szlak na Przełęcz Trzech Dolin do schroniska Andrzejówka.

Pierwsze zaskoczenie dzisiejszego dnia - asfalt jak ze snów. Dziwi mnie to bo wg mapy to ślepa droga do Przełęczy. Co chwilę jeżdżą w obie strony ogromne ciężarówy. Sprawa wyjaśnia się szybko. Kopalnia odkrywkowa melafiru.

Ślady wysiedlaeń pod kopalnię

Znów piękny asfalt na górskiej wycieczce

Znowu widzę ruiny. Za ruinami zwykle jakiś zły ludzki los się kryje. Tablica informacyjno - ostrzegawcza. Jestem w strefie rozrzutu odłamków z odstrzałów w kopalni. Dziś nie strzelają, ale razem z tymi ruinami nie jest to zachęcająca perspektywa.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nagroda za pesymistyczny początek trasy jest na Przełęczy - schronisko Andrzejówka.  Ładne wnętrze pasujące do miejsca i... wystrzyżone trawniki. Teraz trawniki nie licują z pojęciem schronisko górskie, ale jest schludnie i czyściutko. Nie ma absolutnie nikogo.

Schronisko Andrzejówka na Przełęczy Trzech Dolin

Pozwalam sobie na śniadanie na trawie. Jajecznica w tych warunkach pycha. 

Zidentyfikować kierunek na skrzyżowaniu i wchodzę na Waligórę czarno-niebieskim szlakiem. Pętelka schronisko-schronisko.

Przy szlaku 3 pokolenia jednej rodziny uskuteczniają jagodobranie. Dziadek z wnuczką siedzą na ławeczce, a średnie pokolenie buszuje w lesie. Wnusia wychwala dziadka, dziadek wnuczkę, a mała pyta: - Dlaczego nie chodzisz z dziadkiem?

Za pół godziny spotykam wyżej dwie kobiety z tej ekipy.

- Pani tak sama nie boi się chodzić po lesie? Głupie to pytanie. Zanim je usłyszałm to mi w ogóle do głowy nie przyszło. Jak mi teraz ciągle ktoś to powtarza, to się zastanawiam czy aby nie powinnam się bać? Bez sensu.

Sama sobie muszę odpowiedzieć, że dręczą mnie chwilami niepokoje - że skręcę gdzie nie trzeba, że się zgubię, że zwierzyna, że pusto w czasem rozległych lasach i w razie czego, jakiegoś niefartu ...

No, ale przecież nie zrezygnuję z boskiego łazikowania tylko dlatego, że czasem niepokój w duszy. Idę i już czyli się nie boję.

Waligóra zdobyta. Plecak do fotografii.

Waligóra_936m n.p.m.

Nie ma tu co robić/patrzyć/z kim gadać więc schodzę żółtym na dół. Najbardziej strome zejście na całej wyprawie. Tylko 126 metrów w pionie, ale na krechę i poziomice na mapie niemal się stykają. Nikt nie budował tu ścieżki. Jedyne, naturalne schodki tworzą korzenie drzew. Krucho. Mozna zjechać - trzeba uważać! Godzina i jestem na powrót przy schronisku.

To jest moment w którym cieszę się, że jednak nie mam samochodu. Można iść dalej, a tak - trzeba byłoby już zjeżdżać.

Bez „języka" na właściwą ścieżkę wyjść nie sposób. Pytam w schronisku. Pierwszy znak jest na wiacie za łąką. Dobre sobie. Tuż przy schronisku przed ową łąką tabliczka: „Teren prywatny. Zakaz wstępu". Bądź tu człowieku mądry. Nie lubię szlaku przez łąki. Stąd mam z 5km do Unisławia.

Trawersuję strome zbocze Granicznej.

Stromizna na trawersie Granicznej

Idzie się pięknie. Nie ma prawie podszytu w lesie. Ciągle widzę znaki, czasem nawet 2 z przodu. Doskonała trasa dla mnie.

Wychodzę na zaplecze kopalni. Teraz mam ją od drugiej strony. Zagrodzony taśmami teren, ale właśnie jak nie wolno to kusi (dziś nie strzelają). Zajrzałam gdzie nie wolno, ale nic ciekawego. Ciężki sprzęt i schron strzałowy.

Schron strzałowy przy kopalni melafiru

Dalej droga na Bukowiec. Ciepło, godzina przedpołudniowa, całe polany kwitnącej napartnicy purpurowej i las jak z bajki.

 Naparstnica purpurowa na Bukowcu 

Całe polany naparstnicy purpurowej

Wspaniała trasa - las jak z bajki

Na Bukowcu skręcam na niebieski szlak do Unisławia Śląskiego. Stąd JAKOŚ do Wałbrzycha bliżej niż gdyby czerwonym do Sokołowska.

Ambony myśliwskie, karmniki dla zwierzyny w lesie, tropy jakieś na mokrej drodze. Dziki? Sarny? Lepiej nie wiedzieć. To nie jest pusty las, ale ludzi nie ma. Noooo.. udało mi się. Nic na mnie nie czyhało, las się skończył, ostatni znak na drzewie - skręcam zgodnie z jego wskazaniem w lewo.

Niebieski znak, który należy odczytać

Teraz przez rozległe pastwiska. Niektóre z ogrodzeniami, ale droga, którą idę nie zmusza do skakania przez płoty.

Doszłam do drogi daleko od miejsca gdzie miałam wyjść

Strefa pastwisk nie chce się skończyć. Coś mi podpowiada, że już powinnam na jakiś znak się natknąć, ale nie ma drzew, nie ma słupów, przydrożnych kamieni też nie ma. Droga wygląda na taką, tylko z lekka wyjeżdżoną pojazdami rolniczymi. Dostrzegam jakieś składowisko wyciętego drewna.

Tam musi być droga.

Jest.

Jest też słup wysokiego napięcia.

Jest znak szlaku ZIELONEGO i jest żywy duch.

Starszy pan - nie wiem co tam robiący - idzie do wsi.

- To ja z Panem - załapałam się na okazjęWink

Wysłuchałam miejscowych sensacji. Kto hodowca bydła, kto doktor, kto tracz i jakie między nimi koneksje rodzinno-biznesowe.

Cały czas zastanawia mnie gdzie ja wyszłam bo nie wyszłam tu gdzie powinnam. Idziemy zielonym szlakiem, ale nie chcę przerywać miłemu rozmówcy.

Potem sprawdziłam: wyszłam 3 cm  na mapie, na lewo od Unisławia w teranie to 2 km. Błąd popełniłam przy ostatnim widzianym znaku. Tylko, że ten znak j.w. wskazywał kierunek w lewo, a potem nie było żadnego rozdroża.

Tym razem okrężną drogą ów Pan doprowadził mnie do głównej drogi we wsi.

Jeszcze przez jakiś strumień, mostek - uciekła nyska - pech, ale na drodze 35 STOP jest natychmiast.

Już jadę do Wałbrzycha zdezelowanym lanosem.

Emerytowany górnik wraca z grzybobrania. Grzybów nie wiezie.

Mieszkaniec Wałbrzycha.

Tłumaczy mi jak się znaleźć w mieście, żeby wejść na żółty szlak na Chełmiec. On tylko na Podgórze jedzie. Szlak wyprowadza ze Śródmieścia.

-Tu Pani wysiądzie, tam Pani przejdzie 5 minut, skręci w ulice taką, z innej piątką na Biały Kamień. Tak najlepiej z Białego Kamienia. Potok słów. Przytakuję gościowi, ale nic z tego nie wiem. Za dużo żeby natychmiast spamiętać. Przecież nie znam miasta i mnie to nic nie mówi.

Jak wysiądę i tak zapytam kogoś i już. Nie przerywam gościowi.

Chyba zorientował się, że daremny ten jego instruktaż bo w końcu mówi - wie Pani, najlepiej to ja panią podrzucę na ten Biały Kamień.

Minęliśmy stadion i gość wjechał najdalej jak się dało. Zatrzymał się na szlabanie, za który już wjazdu nie ma przy budynku nadleśnictwa.

Proponuję mu zapłatę, ale mowy nie ma. Na do widzenia wysiada z samochodu, podaje rękę i ... jak mu się tak z bliska przyjrzałam - wygląda na wracającego z piwa albo dwóch, a nie z grzybobrania. Dobrze, że już koniec tej jazdy.

Droga na Chełmiec - nic nadzwyczajnego. Spacerowy deptak, przystosowany do procesji stylizowaną Drogą Krzyżową pamięci górnictwa.

Na szczycie kilkoro spacerowiczów. Zachwycać się nie ma czym. Krzyż podobny do tego na Giewoncie. 

Stacje stylizowanej Drogi Krzyżowej    Krzyż na Chełmcu

Budynek, który kiedyś był schroniskiem, teraz jest naszpikowany antenami i maszty przekaźnikowe?/antenowe?.

Po dawnym schronisku została tylko tablica upamiętniająca krótki okres jego działalności. Było coś fajnego i upadło. Dziś wokół gruz, druty poprzerastane trawą, taśmy ograniczające zbliżanie się do budynku, reszta ogrodzona siatką. Znów coś smutnego w otoczeniu.

Chełmiec naszpikowany elektroniką     Tablica pamiątkowa po dawnym schronisku

Jakkolwiek wrażenia tylko mierne - Chełmiec zdobyty. Mapa i Wiki podaje jego wysokość 851m. Nie rozumiem dlaczego na kamieniu jest 869? Kto to pisał?

CHEŁMIEC_851m n.p.m. zdobyty

 Schodzę zielonym, elegancko oznakowanym szlakiem do miejscowości Boguszów-Gorce.

Bus do Wałbrzycha, nyska do Jedliny Zdroju.

Jutro stamtąd wyjeżdżam. Kończy mi się mapa Sudety Środkowe. Jest na niej jeszcze Ślęża z Sobótką, ale to zrobię w drodze powrotnej do domu. Przemieszczam się do Kotliny Jeleniogórskiej. Po drodze zahaczę Góry Kaczawskie i Skopiec.

Już osiem dni jestem w trasie. Zdobyłam 10 kolejnych szczytów KGP, wędrowałam przez kolejne pasma górskie i zaczyna mi brakować... gór.

Jakieś te górki za mało ambitne. Więcej wrażeń i zachodu z przejazdów, dojazdów, powrotów niż z gór.

Z domu telefon - mama kiedy wracasz? Z kraju sms - Księżniczko, Tatry są smutne bez Ciebie.

Już mi się trochę tęskni, trochę zaczynam odczuwać trudy poniewierki, ale co tam. Dam radę.

Jeszcze wieczorny kontakt ze światem. Odebrać pocztę, napisać swoją, wstępne pakowanie, żeby rano było mniej i koniec udanego, pięknego dnia. JAKOŚ TO BYŁOSmile

 Znowu nie było czasu i miejsca na obiad, ale dobrze jest. Mam wiele powodów do radości.

 cdn.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking


Kelimeny 2011

Dzień 4 Po zwinięciu obozu ruszamy w górę wzdłuż wyciągu orczykowego.  Tam znajdujemy poszukiwany szlak niebieskiego trójkąta. Od radiostacji wędrujemy niemal płasko lasem.  Droga prowadzi omijając szczyty. Za Saua Zaurele szlak biegnie inaczej niż na mapie.

Strój przeciwburzowy.

Gdzieś tam, na stoku w gęstym lesie dopada nas burza. Gdy stoimy pod drzewami nagle błysło! Huk aż nas ogłuszył. Widziałem błyskawicę 20 metrów od nas... Przestraszeni zbiegliśmy nieco niżej, zostawiając plecaki. Byliśmy w szoku. Ochłonęliśmy po kilku minutach. Tak blisko...mało brakowało!   Zmoknięci myślimy już tylko o miejscu na dobry nocleg. Ładne płaskie miejsce czeka na nas na Polanie Spanzului. Pokonujemy drewniane ogrodzenie i zakładamy biwak.

Poiana spanzului

Dzień piąty

Budzi nas poranne słońce, co cieszy albowiem mokre ubrania czekają na suszenie.  Rozwieszamy gdzie się da. Cóż- dziś wcześnie nie ruszymy- wpierw musi wyschnąć.

Suszenie na słońcu

Pasterz wskazał nam źródło, toteż skorzystaliśmy z porannego mycia i nabraliśmy wodę na śniadanie i drogę. 

Mycie, pranie picie- woda!

Ruszamy koło południa obawiając się burzy za 2-3 godziny.  Czekał nas trudny odcinek- żadne przepaście, skały czy stromizny- płasko jak w Beskidach. Problemem był szlak biegnący inaczej niż na mapie, ginący na licznych wyrębach.  W rejonie Buza Serbii biegł nie prosto w górę na grzbiet- jak jest na mapie Dimapu- lecz wkoło w prawo na Buza Serbii, aby stamtąd już iść prościutko grzbietem.  Tu wreszcie pokonaliśmy „beskidzkie" wysokości - 1600m n.p.m. -to już coś. 

Czyżby burza?

 Ku naszemu zadowoleniu burza się dziś spóźniała.  W rejonie przełęczy przed Cerbulem planowaliśmy odpoczynek i..obiadek! J Gdy tam doszliśmy zbierały się potężne chmury i silnie wiało od wschodu. Schroniliśmy się pod porządna wiatą, aby nieco się posilić. Potem zostawiwszy plecaki udaliśmy się poszukiwaniu dogodniejszego miejsca na biwak poniżej grzbietu. Nawet się nie spodziewaliśmy jak suche, ciepłe i wygodne miejsce na „biwak" na nas czeka...  

   

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Nie lubię Sylwestra, ze względu na wymuszoną imprezę. Zwyczaj jest taki, ze ludzie w ten dzień chodzą na prywatki, czy im się chce, czy nie to i tak idá. Wiele lat temu stwierdziłem, ze to nie ma sensu chodzić na silé i męczyć się na sylwestrowych spotkaniach.  Zostawałem w domu i oglądałem filmy.

 

Dwa lata temu w Sylwestra wybrałem się z ekipa na Babiá Góré. Klimat i wrażenia tak na mnie wpłynęły, ze każdego roku teraz myślę, na która góré jechać 31 grudnia. Będąc na Babiej Górze byłem dopiero  początkującym biegaczem, wiéc wejście było trekking -owe. Obecnie nie wyobrażam sobie Sylwestra bez treningu biegowego. Znalazłem antidotum na spędzenie Sylwestra. Lubię tej nocy robić aktywne  rzeczy, które normalnie smakowały by inaczej.

 

Choć nadal go nie lubię, choćby na hałas jaki ludzie wytwarzają odpalając różne pomysłowe fajerwerki , które stresują i wyrywają leśne zwierzęta ze snu. A co gdyby tej nocy temu zwierzątku śnił się najpiękniejszy sen w życiu , z którego nie chciałby się wybudzic ?!. Pozostawiam to do rozmyślenia w wolnej chwili.... .

 

31 grudnia 2011

 

Tego dnia wybraliśmy się  w Pieniny. Ekipa mocna, od grotołazów, turystów po wspinaczy i nas biegaczy. Nas, czyli mnie i Kucharza z ekipy Zabiegany Góral Team.

 

Sylwestrową wycieczkę biegową zaczęliśmy w Krościenku o godz. 21.37.

 

j

 

 

Wbijamy na szlak żółty, pokryty śniegiem, którym podążamy do samego schroniska Trzy Korony. Po drodze zatrzymujemy się na fotografie. Przy niebieskim szlaku na Trzy Korony mijamy imprezowych turystów. Ich obecność wyczułem już wcześniej po zapachu palącego tytoniu.

 

Następnie zbiegamy do schroniska  mijając kolejnych ludzi idących na szczyty, by przywitać Nowy Rok. Na zbiegu jest bardzo ślisko, frajda na całego, zaliczamy parę upadków. Do schronu wpadamy na herbatę, a tam impreza na całego. Na nasz widok, ludzie myśleli ze przeprowadzana jest jakaś akcja ratownicza. Po wyjaśnieniach, kto my i co my tu robimy, zostajemy zapraszani do towarzystwa. Chętnie, ale buty biegowe nie do tańca, wiéc Dosiego Roku i bye bye.

 

j

 

 

Wracamy na żółty szlak. Myśl była taka, aby wrócić zielonym do góry. Niestety gapimy się i mijamy go gdzieś w ciemnościach. Powrót żółtym w górę. Stromo, mocne tempo , całoroczny pot spływa po ciele. To Kucharza pierwszy trening po przerwie i to od razu w górach. Radził sobie bardzo dzielnie, myślę ze w tym sezonie nie raz zaskoczy nas.

 

Z żółtego wbijamy na niebieski, którym to docieramy na Trzy Korony.  Wejście na platformę widokową niemożliwe, ograniczona pojemność , ludzi mnóstwo umilających sobie czas śpiewaniem.  Czego ja tam nie słyszałem. Gdy opuszczaliśmy platformę, zaczęli inicjować ‘'Hey Sokoły'' .

 

j

 

Z Trzech Koron udajemy sié na Górę Zamkową , po chwili dołącza Malwina oraz reszta ekipy. Na górze tej jesteśmy świadkami odprawianej mszy, dokładnie o Północy przez księdza Grzegorza. Z tego co wiem to nie pierwszy raz w Sylwestrową Noc. Następnie spotyka nas bardzo miła zaskakująca niespodzianka. Spotykamy jedná  Zabieganą  z naszego klubu. Formuje się całkiem niezła gromada swojaków i to 250km od Częstochowy.

 

Zbiegamy do Krościenka , po którym to biegamy jeszcze do 2 w nocy, stanowiąc tym samym atrakcję tej nocy. Pomysłu Kucharza to chyba nigdy nie zapomnę ....chciał wbiec na komisariat się ogrzać....Smile

 

Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku .

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

 


Zima jest, a tak jakby jej nie było, a to za sprawá braku śniegu. Każdy biegacz wie, ze po niczym nie biega się tak jak po białym. Tęsknota za bieganiem po śniegu, gdy nadchodzą zimne chłodne dni jest ogromna. Po okresie jesiennego wiatru i deszczu to właśnie śnieg przynosi ukojenie fizyczne i umysłowe dla organizmu zarażonego bakcylem biegania.

 

Frajda i  satysfakcja jaká osiąga się poprzez bieganie po białym przenosi, wtedy umysł i ciało w inny wymiar, w wymiar ponadczasowy, gdzie dana chwila trwa i podczas niej doznajemy uczuć nieznanych normalnemu człowiekowi.  Nasza świadomość i byt funkcjonuje na innych obrotach i w innym świecie.

 

Gdy robi się to jeszcze w Górach, to nasza materia  zamienia się w materié górską, której nie trzymają się już żadne prawa fizyki, a umysł znajduje się w stanie hipnozy, podążający jedynie za kolejnym szczytem.

 

Tak , treningi górskie w Zimę dostarczają  niewyobrażalnych uczuć oraz widoków zapierających dech w nogach.

 

j

 

Pierwsze moje zimowe zgrupowanie w tym sezonie to  trzydniowy wypad w Tatry.

 

26 grudnia 2011

 

Pierwszego dnia bazá logistyczną było schronisko Ornak w Dolinie Kościeliskiej 1100 m n.p.m.

 

Ze względu na późne dotarcie do schronu, pierwszy tatrzański trening odbył się już w zupełnych ciemnościach. Dolina Kościeliska stanowiła pierwszy punkt programu. Z czołówką podążałem i pokonywałem kolejne kilometry od schroniska do głównej ulicy i z powrotem. Biegnąc z powrotem trasę pokonywałem już w kroplach deszczu ze śniegiem, co nie było optymistyczną prognozą pogody na następny dzień.

 

Kilometraż ok.16km

 

j

 

27 grudnia 2011

 

Tego dnia pogoda górska przygotowała piękną niespodziankę. Po głębokim śnie w jaki zapadłem poprzedniego wieczora, obudziłem w innym świecie. Na dworze królowały dwie barwy, biała i niebieska. Bezchmurne niebo z białym puchem i ze szczytami w tle stanowiło niezapomniany widok, udokumentowany na fotografiach.

 

Tego dnia bazá logistyczną było schronisko na Polanie Chochołowskiej 1146 m n.p.m.

 

Najlepszą drogą ze schronu  Ornak na Polané  Chochołowską jest  żółty szlak przez Iwaniacká Przelécz. Szlak pokonany z buta w niezwykłych okolicznościach. Dodatnia temperatura spowodowała, że z drzew spadał śnieg, tworząc tym samym dodatkową atrakcję wpadając za kołnierz. Tyle radości jeszcze przejście tym szlakiem nie dało mi jak teraz. Po dotarciu do schronu i posiłku czas na kolejny trening biegowy.

 

Od dawna marzyła mi się Ścieżka nad Reglami. Pogoda ciągnęła w górę, by podziwiać widoki, ale serce biegacza dyktowało swoje  warunki i padło na upragnioną od dawna Ścieżkę nad Reglami.

 

Trasa: schronisko na Polanie Chochołowskiej, dolinka do czarnego szlaku Ścieżki nad Reglami, która wiedzie przez polane Jamy, Kominiarska Przelecz, górna część Doliny Lejowej, Przysłop Kominiarski przecinając Dolinę Kościeliską, po której to wczoraj tuptałem. Dalej  przez Dolinę Miętusia, Przysłop Miętusi, Wielka Polana Małolacka w Dolinie Malej Láki, Przelecz w Grzybowcu, Polana Strążyska w Dolinie Strążyskiej.

 

Tutaj ze względu na czas odbijam ze Ścieżki nad Reglami do Zakopanego, biegnąc Doliná Strążyską. Rozpędzony wpadam w centrum Zakopanego zderzając się z największą trudnością dzisiejszego treningu  jaka sa Krupówki. Przebić się tam rozpędzonemu biegaczowi nie jest łatwo.

 

Na szlaku nie miałem takiego problemu jak tam. Gdy już udało mi się dotrzeć na busa w Zako, Przyszło mi czekać na niego ok.30 min. Organizm rozgrzany na pełnych obrotach zaczął się chłodzić w postaci pary.

 

Tak parowało ze mnie , iz na początku myślałem, ze ktoś stoi obok mnie i pali papierosa. Nawet odszedłem na bok widząc taki dym. Po chwili zacząłem się dziwić, ze nie ma nikogo obok mnie, a para ciągle jest.

 

Dopiero wtedy zorientowałem się , ze ta para  to z mojego silnika biegowego. Jeszcze nigdy chyba tak nie parowałem. Teraz już wiem dlaczego tak na mnie się patrzyły przechodzące obok mnie zakonnice.

 

Busem wróciłem na Chochołowską, został jedynie jeszcze 9km bieg do schroniska, który pokonuje już w półmroku, wyprzedzając kolejnych ludzi idących do schroniska na nocleg. Wyprzedziłem nawet konia z saniami.

 

Piękna trasa, Kilometraż ok.30km

 

j

 

28 grudnia 2011

 

Ten dzień miał być przeznaczony na bieg na Morskie Oko. Trening miał polegać na wbiegnięciu na Moko, zbiegnięciu i ponownym wbiegnięciu. Kilometraż miał liczyć 27km. Jednak dwa czynniki zadecydowały, iż  tego dnia poszedłem w górę. Pierwszy z nich to ponownie piękna krystaliczna błękitno -biała pogoda, która wręcz wciągała na  górę. Drugi czynnik to efekt ciężkiego treningu na Ścieżce pod Reglami .

 

j

 

j

 

Suma summarum wyszedł super trening na Wołowiec przez Grzesia i Rakon. Tempo zdobycia tych szczytów narastało od samego schroniska. Od powolnego wejścia na Grzesia do błyskawicznego zdobycia Wołowca. Gonił nas czas, którego nie było. Plan był szybki i zdecydowany, na Wołowiec i z Wołowca biegusiem w dół. Plan zrealizowany w 4h15min.W schronie nie było czasu nawet na przebranie się , ale udało się załapać na obiad. Po szybkim obiedzie jeszcze niemal sprint Dolina Chochołowską na busa. Mokre ciuchy schły na rozgrzanym zmęczonym, ale zadowolonym ciele.

 

Wypad był strzałem w dziesiątkę w tym terminie , okno pogodowe cudowne, a trening na Moko czeka na następny wypad, prawdopodobnie będzie to Kwiecień.

 

j

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 Zawsze czekam na sobotę. Tym bardziej że ta zapowiadała się cudownie. Wszystkie prognozy się sprawdziły. Było słonecznie i ciepło. Przede mną wizja wejścia na górę, którą w całych Beskidach lubię najbardziej - Pilsko.

Miała ją zdobywać z Emilia, Mamą i Tata. Można by powiedzieć: rodzinna wyprawa :)

W Korbielowie po wyjściu z samochodu trochę się rozczarowałam. Co prawda był słoneczny i w miarę ciepły dzień ale bardzo wiło. Dodatkowo w okolicach szczytu zgromadziły się gęste chmury. Straciłam więc nadzieje na ujrzenia Diablaka o ukochanych Tatrach nie wspomnę.

Poszliśmy do góry zielonym szlakiem. Trasa krótka i łatwa. W sam raz jednak dla mojej mamy.

Już przy Solisku musiałam się rozebrać z chroniącej mnie od wiatru kurtki. W lesie, gdzie drzewa chroniły przed wiatrem wystarczył sam polar. Ciężko uwierzyć że to wyprawa początkiem listopada.

Na Buczynce zrobiliśmy mały postój. Można było nacieszyć oko przepięknym jesiennym krajobrazem, mieniącym się wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni. Dodatkowo rozświetlone słońcem. Z trudem przypominam sobie tak piękną jesień jak w tym roku.

Buczynka

Ten różnokolorowy las i szeleszczące pod stopami lisice otaczały nas aż do Hali Miziowej. Tam napiliśmy się na wzmocnienie kawy. Wychodząc ze schroniska uderzył w nas silny wiatr. Jasne było że w otwartym terenie będzie się szło kiepsko. Postanowiliśmy iść żółtym szlakiem. Trochę się wije, jest na nim sporo błota, korzeni i kamieni ale kosodrzewina chroniła nas przed nieprzyjemną wichurą.

Babia Góra

Pomimo wcześniejszych obaw na szczycie świeciło słońce i była dobra widoczność. Nie na tyle by zobaczyć Tatry ale Babia Góra stała piękna jak zawsze ustrojona poduszczą z chmur na szczycie.

Przy krzyżu zrobiliśmy sobie zdjęcia i mały piknik. Nic tak dobrze nie smakuje jak bułka i herbata z termosa na szczycie zdobytej góry.

Szczyt Pilska

Schodziliśmy na Halę Miziową tym razem czarnym szlakiem. Wiatr w plecy nie jest już taki uciążliwy. Ja osobiście bardzo lubię tan szlak gdyż często zima jeżdżę tą trasą na nartach. Nie mogę się wręcz nadziwić jaka jest różnica w spostrzeganiu nachylenia zimą i latem. Bez śniegu ta trasa wydaje się niesamowicie stroma a zimą z rzadka na niej hamuję jadąc na nartach.

Przewiani wstąpiliśmy ponownie do schroniska by napić się grzanego piwa. Ależ ono było dobre :)

Na dół zeszliśmy nartostrada do Szczawin. Tam również często jeżdżę na nartach i mogła bym tam iść z zamkniętymi oczami :) i czerwoną nartostradą do Korbielowa.

Miła wycieczka. Bardzo udana sobota :)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 15.10.2011

     W piątek wieczorem zaczynam mieć wątpliwości czy to dobrze, że umówiłam się na sobotnie wyjście. Prognoza zła. Ładnie ma być dopiero w niedzielę.

     Sobota rano 6.30 - w nocy padał deszcz ze śniegiem, teraz tylko deszcz. Zimno i świata nie widać. Przy lepszej pogodzie już rezygnowałam, a tu mam iść. Wysyłam sms-a z informacją jak źle jest i z nadzieją, że towarzystwo zrezygnuje. Może jednak nie przyjadą.

Niestety odpowiedź przychodzi szybko: mimo wszystko JEDZIEMY.

To teraz szybciutko pakowanie. Przydałyby się może raki - wysoko śnieg leży - ale gdzieś się zapodziały. Nie wiem gdzie spakowałam je wiosną. Nie ma ich w każdym razie tu gdzie spodziewałam się je znaleźć. Trudno, będzie bez raków.

Termometr pokazuje 3 stopnie. Wpinam polar w kurtkę (2w1), ale grubo mi jakoś tak i niewygodnie. Cofam tę czynność. Polar zostaje, wystarczy sweter. Rękawiczki jedne, drugie, a... jeszcze te narciarskie. Jeszcze termos i już. Przed 8ą przychodzi sms - jesteśmy w Żywcu. Na mnie też pora. Wychodzę bez entuzjazmuL Skądinąd wiem, że jak już się wyjdzie to najczęściej bywa lepiej niż się wydawało.

O 9-tej jesteśmy umówieni w centrum Zverovki.

Skręcam w Zubercu na drogę do Zverovki i reflektuję się, że Zverovka to tylko schronisko, restauracja i hotel w lesie - przecież nie ma centrum. Moja propozycja z opcją na 2 samochody nie do końca była uzgodniona. Dojazd prawie 10km. Lepiej tu poczekam. Wysyłam wiadomość gdzie stoję i czekam z 20 minut. Jest sklep Potraviny. Kojarzę, że nie wzięłam nic słodkiego - dokupiłam czekoladę. Konstatuję fakt, że brak polara to błąd. Mogłam go chociaż do plecaka wrzucić, ale nie zrobiłam tego.

Przesuwam trochę samochód, w lepiej widoczne miejsce. O tym który ma nadjechać wiem tylko, że biały. Czekam na zewnątrz - muszę to szczerze przyznać - ze zrezygnowaną miną. Obserwuję skrzyżowanie. Pojawia się biały nie do końca zdecydowany, w którą stronę jechać - macham do nich i trafiony - to moja ekipa. Emilię z Marcinem poznałam w ub. roku na 8 KFG w Krakowie, Dagmara i Leon dla mnie nowi. 

Powitanie i pierwsze pytanie:

- Macie raki?

- Nie mamy.

Nie wiem czy to dobrze, ale moje tyły krótsze bo polara nie mamL

Jedziemy do Zverovki. Jeden samochód zostaje, drugim przemieszcamy się na Hutianskie Sedlo.

Ruszamy czerwonym szlakiem na Siwy Wierch. Jest 10.30 Przemyślna logistyka pozwala nam nie wracać tylko iść przez Przełęcz Palenica na Brestovą i do Zverovki zejście.

Na początku jest super. Trochę błota, ale jakoś widniej się zrobiło. Dobrze jest. Wiedziałam, że dobrze będzie. Na początku trochę błota

Moje porannne wątpliwości zniknęły i już się cieszę, że tu jestemJ Szybko wchodzimy w pełni zimowy krajobraz.Szybko wchodzimy w pełni zimowy krajobraz

Koło 12tej spotykamy czwórkę Słowaków na pikniku - jak mówi Dag - , ale oni już schodzą. My stale do góry. Ciekawostką jest, że na trasie są tabliczki z oznaczeniem wysokości co 100m.Ciekawostka na szlaku

Zatrzymujemy się i my na herbatkę w punkcie widokowym i podziwiamy najrozleglejszy widok dnia. Najrozleglaszy widok dnia

I dalej przez las. Na następnym pikniku zwanym stosownie do miejsca „pod wiszącą skałą" dołącza do nas dwójka z Częstochowy, którą zachęciliśmy do pójścia z nami - wszak po samochód musimy wrócić, więc i ich problem się rozwiążeJ Propozycja dla nich atrakcyjna bo przyjęli ją i dalej już wspinamy się wspólnie.

Ponieważ panoramy nie ma, wzrok skupia się na bliskich szczegółach. Fantastycznie oszronione kosówki, krzaki i skały.Kosówki jak róże

Robi się niemal baśniowo. Trzeba uważać bo przyprószona skała jest niebezpieczna. Kije niezbędne. Na łańcuchach trzeba je pakować, skracać, podawać jeden drugiemu, ale zupełnie bez nich się nie da.   

Zaskakujący ten labirynt skalny. Trochę jak na Szczelińcu się poczułam.Trochę jak na Szczelińcu

Na Siwym Wierchu zima na 102. Wieje i zimniasto. Klnę brak polara. Zakładam pod czapkę opaskę/tunel (chyba 17 w 1:) bo nie mam kominiarki. Pomaga. Jest trochę lepiej. Sivy Vrch

Zabieramy się w dalszą drogę. Do Przełęczy Palenica szybko się zeszło. Zdjęcie w sprzyjających warunkach. SUPER EKIPA PLANETARNA W KOMPLECIE

Rozważamy czy aby nie zrezygnować z Brestovej i schodzić już żółtym szlakiem, bo za dnia nie zdążymy. Wszyscy jednak mają czołówki. Nie rezygnujemy zatem. Do Brestovej jeszcze z półtorej godziny, a jest 15ta. Ściemni się szybko ze względu na zachmurzenie. Powyżej przełęczy wiatr daje czadu na całego. Siecze zmarzniętymi kulkami deszczu, bo ze śniegiem klasycznych płatków snujących się sennie nie ma to nic wspólnego!!! Idziemy po jakichś ledwo widocznych śladach, ale zawiewa je.

Postój dla ciepłoty ciała jest zabójczy. Próbuję robić przysiady, ale przy tym wietrze, z plecakiem wyszły mi tylko 3:( Dotarliśmy na Małą Brestovą. Zimno mi. Jak dla mnie idziemy za wolno żebym mogła się rozgrzać, choć z drugiej strony fakt, że się nie spociłam to przy tym wietrze wielki plus. Tu krótka chwila postoju i dalej. Do szczytu 10 minut. Pamiętam, że jak szłam z Salatyna 2 tygodnie wcześniej Mała była na lewo, to teraz my trochę na prawo. Ale co mnie się wydaje w terenie - to nie jest pewne. Sprawdzamy na mapie.  Lekko w prawo. Widoczność kilka, kilkanaście metrów. Dagmara proponuje rozsądnie nie rozciągajmy się już bo się pogubimy - i ma rację.

Wreszcie jest szczyt. Widoczność już spadła tak bardzo, że nawet zoom niewiele pomaga.Na Brestovej widoczność zerowa

Po aparat ciężko sięgnąć. Ziąb, sciemnia się i chmura gęsta jak mleko. Nawet nie zdejmuję rękawic. Wyjdzie to wyjdzie, nie to nie. Trudno. Leon ponagla spadajmy stąd jak najszybciej, a nie zdjęcia róbmy. Więc spadamy.

Teraz będzie już tylko w dół. Tylko granią, do ławeczki, a przy ławeczce w prawo. Tyle pamiętam: musi być ławeczka. Ścieżka z tej strony trochę bardziej wydeptana, ale i tak w jednym miejscu nam się zapodziała. Trochę zawracamy. Panowie na prowadzenie szukać szlaku. Jeszcze nie opuszczamy grani bo nie było ławeczki!!!

Wreszcie jest. Robi się zdecydowana szarówka. Czołówki w pogotowiu.

Teraz już nam się szlak nie zgubi, bo ścieżka jest tylko jedna.

Wchodzenie było ostro w górę, schodzenie ostro w dół, ale nareszcie nie wieje.  Po paru godzinach zawieruchy ulga i nawet ta stromizna znośna jest. W końcu ciemno zrobiło się zupełnie. Już niedaleko, ale zawsze to jeszcze droga. Ostatnie możliwe zdjęcie na trasie, choć wszyscy wątpią, że nie wyjdzie. WyszłoJOd połowy Żlebu schodzimy w ciemnościach

I ostatnie chwile udanej wycieczki w ciepełku, w Zverowce. Aparaty zaparowałyL Osatni punkt programu w ciepełku:)

Kto nie prowadzi - może więcej, kto za kierownicę - zupa czosnkowaJ (w Chacie Plesnivec była lepsza) Wszyscy się cieszą z udanej wyprawy. Leje się woda z zalodziałych kurtek i plecaków, ale co tam... Najważniejsze, że cali, zdrowi, rezonu nam nie brakło, no i EKIPA PLANETARNA w 100% - SUPER.

Dla Emi to pierwszy zimowy dzień w Tatrach - dostała chrzest bojowy, za to z bezcennym doświadczeniem. Trzymała fason jak należy. I jak widać na obrazku też zadowolona. Dla mnie to był kolejny zimowy dzień, ale komfortowy bo nie szłam sama i nawet gdyby zgubienie, to straszne mi nie było(poza tym byli Marcin i Leon). Nawet rozmowy o miśkach nie napawały mnie grozą. Luzik. Najgorzej jeszcze nie wiało, bo na Boczaniu w marcu halny mnie przewrócił, a tu utrzymałam się w pionie:)

Chłopaki wyprowadziły nas z zawieruchy, a dziewczyny spisały się dzielnie.

Już po 19tej. Jeszcze tylko kierowcy po samochody w Hutach. Ja już do Zverovki nie wjeżdżam. Koniec wycieczki. Przyszła pora się żegnać, po super udanym dniu. 

Pozdro dla wszystkich uczestnikówJ wyprawy i do zobaczenia na szlakuJ

I dziękuję, że nie daliście się zbyć marną pogodą o poranku.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Tatry Słowackie w śniegu.

Ze względu że Tatry słowackie są zamknięte na zimę z grupą już sprawdzonych ludzi wybraliśmy się w te rejony. Nie byłam jeszcze w Tatrach w tym roku i nigdy nie byłem w zimie.

Przyjechaliśmy do Zuberca. Czerwonym szlakiem wychodziliśmy na Siwy Wierch. W lesie było niewiele śniegu i nie wiało zbytnio za to błoto było spore. Dlatego im wyżej tym bardziej się cieszyłam. Śniegu przybywało i temperatura spadała. Na 1500 m n.p.m. panowała już zupełna zima śniegu co prawda nie było zbyt wiele. Raptem kilka centymetrów. Widok pierwszego śniegu i mojej ukochanej pory roku ZIMY cieszył mnie jak wtedy gdy byłam jeszcze dzieckiem.

Szlak na Siwy Wierch

Wyjście na Siwy Wierch jest bardzo atrakcyjny. Są tam łańcuchy, chodzi się między skałami, przeciska przez szczeliny. Bardzo mi się podobało. Szkoda że nie było nic widać. Mgła była bardzo gęsta. Na szczycie mocno wiało więc zrobiliśmy tylko parę zdjęć i szybko zaczęliśmy schodzić w stronę Palenicy Jałowieckiej.

Leon i ja bardzo szczęśliwi mimo że wiało baaardzo mocno

 Wciąż w przecudnej scenerii zimowej. Tam zadecydowaliśmy że będziemy kontynuować nasz marsz w stronę Brestowej. Szlak biegną po grani. Na wysokości gdzie nie ma już kosodrzewiny, która doskonale chroni przed wiatrem. Wiało naprawdę mocno. Przyznam się że na tyle iż parę razy straciłam przez podmuch równowagę. W powietrzu latały igiełki zmrożonego śniegu a mgła gęstniała. Chwila postoju sprawiała że organizm szybko się wychładzał. Nie byłam jednak pierwszy raz w takiej sytuacji w górach. Do tego wszyscy byli raczej z górami obyci. Szło się ciężko i powoli ale dotarliśmy do Małej Brestowej. Tam stoi krzyż. Od zawietrznej zrobiliśmy mały postój. Trochę na oddech i trochę na uregulowanie emocji.

Straszna mgła i wiatr. Podejście nie było jednak strome.

Mgła zgęstniała tak że było widać może na 15 metrów. Trochę klaustrofobicznie ale dotarliśmy do Brestowej 1934m n.p.m. i to największa wysokość jaką zdobyłam tego dnia. Patrząc na mapę to mogę tylko przypuszczać jak piękny widok się z tamtą roztaczał. Tego dnia jednak otaczało mnie tylko mleko.

Bardzo piekny widok za nami :)

Weszliśmy na niebieski szlak. Łatwo było się na nim orientować ponieważ wiódł pod grani. Wiatr jednak nie słabną ale mgła robiła się coraz mniejsza. Mieliśmy dobre tempo. Chyba każdy chciał zejść z tej grani jak najszybciej. Już na Skrajnym Salatynie nie było mgły i wiatru. W końcu postój i posiłek. Wszystko było jednak zamarznięte. Nawet kurtka i plecak były sztywne.

Dotarliśmy w końcu do parkingu pod wyciągiem. W tym czasie wszystko już odmarzło. Panowała cisza i ciężko było uwierzyć że przez większość dnia walczyłam nie tylko z górą ale przedewszystkim z wiatrem, śniegiem i mgłą.

Było fantastycznie. Tak się ciesze że idzie zima :)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Państwo Bystra (2248 m n.p.m.) i Błyszcz (2159 m n.p.m.) - to główne obiekty naszego pożądania podczas pierwszego dnia wrześniowej wyprawy. Znajdujące się w Tatrach Zachodnich szczyty od pewnego już czasu kusiły aby się na nie wspiąć. Podczas moich poprzednich wypraw zawsze pojawiały się w bliskiej lub dalszej odległości - czy to z perspektywy Smreczyńskiego Stawu, Czerwonych Wierchów czy Starorobociańskiego Wierchu. Nigdy jednak nie zmobilizowałem się dostatecznie by uwzględnić te piękne masywy w swoich wyprawowych planach. W końcu nastał jednak ten moment.

Pełny opis na http://zarzeczny.wordpress.com/

TagsTags: bystra błyszcz tatry 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

Lipiec był przeznaczony na odpoczynek po solidnie przepracowanej treningowo wiośnie i ciężkich wiosennych startach. Natomiast Sierpień to czas na podkręcenie śruby przed zbliżającą się wielkimi krokami górską ‘'setką'' w Krynicy.

A oto co mnie czeka w nocy z 9/10 września 2011.

Poniżej wykres setki w Krynicy uważanej za jeden z najtrudniejszych biegów, o ile nie najtrudniejszy w kraju.  Przewyższenie wynosi 4480 m. Limit 19h.

j

 

Wracając do sierpnia, przygotowania idą zgodnie z planem.

Na początku miesiąca zaliczony Maraton Karkonoski - Szrenica - Śnieżka - Szrenica. Zajęte 55 miejsce na ponad 300 uczestników z czasem 4:44.

J

Maraton Karkonoski 2011 

fot. M. Strzygocki

 j

Maraton Karkonoski  - Meta

fot. Piotr Dąbrowski

 W połowie miesiąca zaliczony bieg o przewyższeniu 1427m na długości 7200m z metą na wysokości 2452m n.p.m.  Beh na Slavkovsy stit - Tatry Vysoke - Slovensko.

47 miejsce na ponad 80 zawodników z czasem 1:35. Były to pierwsze zawody górskie typu Sky Run w Europie Środkowej.

j

Beh na Slavkovsky Stit

fot. Patrik Hrotek

j

Napieranie Beh na Slavkovsky

fot. Patrik Hrotek

 Po drodze czeka mnie jeszcze pierwszy start w Duathlonie na trasie 33km w Żyrowie, ''płaska piątka'' w Świerklańcu i Lekkoatletyczny mityng Zabieganych na stadionie z pięcioma konkurencjami .

Na koniec sierpnia ostatni najważniejszy sprawdziań przed setką w Krynicy -Maraton Jeseniky na terenie Czeskiej Republiki.

Poniżej wykres Yeseniki Maraton. 3majcie kciuki !

j

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 

Pewnego upalnego dnia, kilka lat temu, amerykańska turystka utknęła- podobnie jak my-na tej przygranicznej stacyjce. Do Oradei było tak blisko. Co dalej? Po krótkiej "rozmowie" z kasjerką kupiła bilet do tego pierwszego większego miasta w Rumuni. Biharkeresztes- Oradea- widniało na- dość drogim-  bilecie jak byk. Na peronie zebrało się kilka Węgierek w oczekiwaniu na jakiś pociąg. Na ten "rumuński" było jeszcze nieco czasu. Amerykanka przekonana, że  to towarzyszki podróży do Oradei. Zagadnęła je: Oradea? W odpowiedzi usłyszała: Nagyvarad. Węgierki jadą jednak gdzie indziej.   Kilka minut przed planowym  odjazdem pociąg wtacza się na peron. Podróżniczka z Nowego Świata rusza ku niemu, ale widzi, że peronowe towarzyszki czynią to samo!  Zaskoczona powtarza do nich: Oradea? Ale one kiwają przecząco głowami. Ponownie słyszy: Nagyvarad! Zbita z tropu postanawia poczekać na właściwy pociąg... Po pól godzinie daremnego czekania pojawia się przy kasie wprawiając kasjerkę w zdumienie. Nie mam pojęcia jak się dogadały, albowiem- wierzcie mi- Węgierka nie zna żadnego obcego języka. Niemniej do pechowej globtroterki dotarło: to był tamten pociąg! Jechał do Oradei, czyli Nagyvarad. Takie przygody czekają nieznających geografii i historii Europy Środkowej podróżników. Przy okazji uwaga dla Polaków: polska nazwa tego miasta brzmi: Waradyn! Proszę sprawdzić na dawnych polskich mapach.

Nam też przyszło się zmierzyć z problemami komunikacyjnymi tego miejsca. 

Problem 1: bilety drogie 2: o tej porze i tak nie ma pociągu 3: pieszo do granicy- daleko- ponad 15 km

Dyskutujemy, myślimy, liczymy pieniądze, sprawdzamy rozkłady, oglądamy mapy i..jakoś stoimy w miejscu. Gdy z kolegą wyszliśmy przed stacje podjeżdża taksówka-  podejmujemy szybka decyzję. Po chwili za 30 euro pędzimy do...Waradynu! Ponad 30 km przez granicę w czterech.. Cena nie była wygórowana, ale nie wszyscy z nas podzielali to zdanie. Fakt- nie targowaliśmy się- może by się udało obniżyć. A tak wypadło około 30 złotych na łebka.  Przed granica kierowca zdejmuje koguta. Kontrola dość pobieżna Mijamy rozległe przemysłowe przedmieścia miasta, potem jakimiś opłotkami dojeżdżamy pod sam dworzec. Jest słonecznie, gorąco o 16.25  czasu wschodnioeuropejskiego.  Rumunia: kraj- legenda. Czujemy zapach przygody... nowy wpis tu


 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

O ścieżce na Rysy od strony słowackiej wiele ludzi opowiadało, że jest przyjemniejsza aniżeli od strony polskiej. Jest także mniej wymagająca i mniej monotonna. Oczywiście, żeby to ocenić należy przebyć obie drogi.

 

Rysy

Alerty z naszych telefonów komórkowych ożywiają nas przed godziną 6.00. W hoteliku górskim w Popradzkim Plesie powoli zaczyna sie pobudzać życie. W nocy miała miejsce ulewa, po cichu myślę jak nasz Tomek przeżył odludną noc pod okapem skalnym. Twardziel... Jakoś powoli nam idzie dojście do siebie. Nasze śniadanie zdominowała sałatka z makreli. Razem z Dorotą rozwieramy magiczne puszeczki, Piotrowi leci już ślinka :). Dostaje swoją porcję. Jak się okazuje, nocą, w hotelu buszował drobny złodziej i zjadł Dorocie pudełko cienko krojonej szynki. Pozostał on zatrzymany, jednakże Dorota nie miała sumienia wymierzyć mu kary. Ba, dokarmiła go resztką makreli nawet. Niestety zdjęcie tego awanturnika nie pozostało stworzone. No, cóż, herbatka (dziękujemy za wodę) i zmykamy na dzisiejszy szlak. Tomek już na pewno na nas czeka....


Jeszcze nie zadecydowaliśmy z Dorotą czy będziemy iść na polską stronę czy pójdziemy razem z resztą przez Słowację. Po wczorajszych kontuzjach nic tak na prawdę nie jest świetliste. Bierzemy jednakże pełny ekwipunek i pójdziemy \"na ciężko\". Na rozdrożu szlaków (niebieski na Koprowy, czerwony na Rysy) czeka na nas Tomek, kompletny i zdrowy. Podobno czeka od 7.00 ..... Szlak na Rysy prowadzi przez Żabie Plesa, pogoda jak pod zdechłym kotem... nie ma rewelacji. Ale tak samo było wczoraj na Koprowym. But dalej mnie ociera i nieco odstaję od gromady. Zastanawiam się nawet czy nie zostać przy Żabich Plesach. Ale nie jest na tyle źle, żeby zrezygnować z frajdy wejścia na najważniejszy czubek Polski od strony słowackiej.

 

Tragarz


Przybywamy do Żabich Stawików. Po drodze napotykamy tragarza, który niesie na swoich plecach gigantyczny pakunek do Chaty pod Rysami. Nie chcę nawet przypuszczać ile to może ważyć. Co interesujące specjalnie dla nosicieli poprowadzona jest odmienna dróżka do schroniska - omija ona łańcuchy. Jednakże poruszanie się nią jest zabronione! Każdy z nas może zostać tragarzem, może nie tak zawodowym, jednak może! Przy Popradzkim Plesie jest obszar, z jakiego można zabrać pakunek na szczyt! Za poniesiony trud na tragarza czeka w schronisku wyjątkowy czaj, czyli taka wysokogórska herbatka. Nie muszę chyba wspominać, że woda pobierana na takiej wysokości ma niepowtarzalne walory!

 

Na szlaku


Przed nami jedyne na drodze łańcuchy. Takie delikatne wspinanie. Dla mnie to bardzo pociągający odcinek na trasie. Zapominam nawet o nodze :) Dochodzimy do schroniska, szczytu Rysów nie widać. Mgła ogranicza widzialność. Udajemy się do schroniska zrobić sobie niewielki relaks i zjeść drugie śniadanie! Od Popradzkiego Plesa 3,05 h, z powrotem 2,10 h.


Porzucamy schronisko, które nota bene jest rozbudowywane albo rekonstruowane (sam już nie wiem), i po śniegu dążymy w stronę przełęczy Waga. Znajduje się ona pomiędzy Ciężkim Szczytem, Wysoką a Rysami. Istotnie wzniesienie od tej strony nie jest takie przerażające. Piotr demonstruje nam charakterystyczną Galerię Gankową. Gerlacha nie widać niestety...

Galeria Gankowa

 

 

W oddali Krywań, Na pierwszym planie Mięguszowickie, za nimi Koprowy Wierch


Rysy od słowackiej strony osiągnięte!!! Widoki nie specjalnie, polska strona całkowita we mgle, jedynie Szatan na tle niebieskiego nieba. Pojedyncza wyraźna panorama w stronę Krywania wraz ze zdobytym w uprzednim dniu Koprowym Wierchem. Coraz więcej turystów dochodzi od polskiej strony, wydają się być dużo mocniej wyczerpani. Profil trasy od polskiej strony jest trochę mocniej ostry. Reasumując - droga na Rysy od słowackiej strony bardzo sympatyczny, dużo mniejsza ilość zdobywających szczyt. Tylko w jednym miejscu są łańcuchy i klamry i tam możliwe utrudnienia powiązane z puszczaniem turystów wychodzących i vice versa. Zalecamy tą trasę! Od Popradzkiego Plesa 4,05 h, z powrotem 2,55 h.

 

Więcej zdjęć: Rysy od słowackiej strony

 

TagsTags: rysy 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Gdy siadam i rozglądam się -nastrój pryska. Drzwi zamknięte i zastawione ławkami, marne krzesła. Na nich rozłożyli się zupełnie współcześni obywatele Rumuni- kraju na 5 miesięcy przed wejściem do Unii Europejskiej. Zmęczenie podróżą widoczne jest u wszystkich. Właśnie to i pora dnia- głęboka noc- sprawiło, że nie tylko ja przysnąłem.  Na krzesłach, na podłodze, na ławce- siedząc, leżąc i półleżąc drzemią, śpią, odpoczywają. Atmosfera niemal narkotycznego luzu wypełnia przestrzeń.  Jedni oczekują na pociąg, inni na autobus. Prawdopodobnie tylko my nie czekamy już na żaden mechaniczny rodzaj transportu. Od dziś liczymy na własne nogi. Mamy dość kolei, autokarów i taksówek. Za nami 24 godziny „cywilizowanej" podróży napędzanej przetworzoną energią produktów ropy naftowej lub spalania węgla.  Razem wyruszyliśmy z Krakowa poprzedniej nocy... moja strona

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Wszyscy posiadacze i "używacze" Google Earth na pewno zapoznali się z warstwą 3D którą wyświetla obiekty 3D na świecie, głównie dotyczy to miast, jak np: New york, Londyn, Warszawa która ostatnio otrzymała prawie kompletną wresję 3D.


Teraz pierwsze obiekty 3D pojawiły się i w Tatrach.

Z tego co ja zauważyłem to kolejka linowa na Kasprowym Wierchu, słupy, liny, etc, i Schronisko Morskie Oko.

kasprowy

 

kasprowy


moko

 

Zachęcam do przeglądniecią, dość dobrze to wygląda:-D

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Jako, że weekendowe prognozy nastrajały optymistycznie wybraliśmy się na wycieczkę w poszukiwaniu wiosny i zimą trochę nadwatlonej kondycji. Wybraliśmy, a raczej wybrała Emilia trasę Ustroń- Czantoria- Soszów- Stożek- Kiczory- Kubalonka. Trasa okazała się być bardzo malownicza i wciągająca, nie tylko krajobrazowo. Dość solidne tempo, kilka odpoczynków w schroniskach, trochę słońca, trochę śniegu i dużo wiejącego dosć mocno wiatru. Klimatyczne schronisko na Soszowie pozostawiło dziwne uczucie jakby zatrzymał się czas. Uprzejmy Pan z bufetu pozwolił nawet nakleić logo Planety Gór nad bufecikiem pośród innych znaczków górskich:) A więc jesteśmy na Soszowie -i bardzo chętnie będziemy tam wracać:)

Wiosna w górach daje radę, a my staramy się nie pozostawać w tyle:)

Do zobaczenia na szlaku!

Poniżej trasa i trochę fotek z wycieczki, które oddadzą więcej niż niepotrzebnie mnożone słowa:):

 

 

 

2

 Nasza trasa.

 

1

Profil wycieczki.

 

Fotki:

 

3

Widok na Stożek.

 

4

Na Czantorii.

 

5

Na Czantorii 2.

6

Zima na Soszowie sie skoncentrowała i nie chce odejść:)

 

7

Soszów -fajne schronisko:)

 

14

Hm... wiosna... :)

 

 

8

Beskidzkie ścieżki.

 

9

Ładne skałki - Kiczory.

 

9

W stronę Baraniej Góry.

 

10

Wycieczka bezgranicznie graniczna. W końcu jesteśmy podobno w Unii :)

 

 

11

Emi - Kiczory.

 

12

Kiczory - miłe urozmaicenie beskidzkich krajobrazów.

 

13

Każdy dzień kiedyś się kończy... :)

 

 

 

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 

Prazska Stovka  03-05.12.2010

 

     Podróż zaczęła się od godzinnego czekania na autobus przy minusowym dziesięciostopniowym mrozie. Wszystko przez brak łączności  z telefonem Malwiny w odpowiednim czasie i miejscu, przez co wyjechałem wcześniej niż pierwotnie zakładał plan. Na umówione miejsce jakim jest dworzec PKS dostaje się linia tramwajowa nr. 1 , 30 minut po północy, nie plącąc za bilet, gdyż pan motorniczy nie miał wydać, zapewniając mnie, ze w nocnym  tramwaju nie będzie kontrolerów.

Około 1 w nocy na dworzec dociera Malwina obładowana pakunkiem, mocno zastanawiam się cóż takiego zabrała ze sobą na pięciodniowy wypad do Praszki.

      Zostaje 20 minut do przyjazdu autobusu, spóźnia się tylko 15 minut, jak na taki mróz i warunki na drodze to naprawdę niewiele, tym bardziej, ze jedzie z Warszawy-tego dnia Warszawa była najbardziej obdarowana obfitymi opadami śniegu.

W celu zminimalizowania kosztów podróży, czeka nas kilka przesiadek. Cel pierwszy to Kłodzko, gdzie przesiądziemy się na następny autobus do Kudowy Zdroju, a następnie stamtąd na busa do czeskiego Nachodu. Z Nachodu to już tylko trzy godzinna podróż czeskim autobusem do Prahy.

Troszkę męczące są przesiadki, ale podchodzimy do tego z optymizmem oraz z podejściem ‘'więcej zobaczymy i przeżyjemy''.  Pierwsza nieprzewidziana mila historia  spotka nas jeszcze w Polsce i zacznie się już w Kudowie Z......

     Do Kłodzka docieramy na 5 rano. Zimno, temp. dochodzi do minus 15C, schronienie znajdujemy na dworcu PKS. Za 30 minut mamy autobus do Kudowy Z. Tego planowanego nie ma, ale podjeżdża jakiś przelotowy, który ma opóźnienie kilkugodzinne. Bez zastanawiania się lądujemy w środku.

 

Kudowa Zdrój - 2 godziny do odjazdu busa do Nachodu

 

      Autobus dojeżdża do celu - Kudowa Zdrój, pytamy innych podróżników, czy to już tutaj i czy to jest dworzec ? Jakże wielkie zaskoczenie nas spotkało, okazuje się że nie ma dworca! Jest 7 rano, - 12C, 2h do odjazdu busa do Nachodu, a my nie mamy schronienia! Konsternacja, co robić?! Pierwsza myśl, jaka nam przyszła do głowy to knajpa, restauracja itp. Niestety oprócz sklepu spożywczego, wszystko zamknięte dookoła. Ale ale  .... z pomocą przychodzi nam pani, która poznaliśmy przy wysiadaniu w autobusie, na wiadomość, ze mamy 2h czekać na busa, proponuje nam herbatę  i zaprasza do swojego domu.

Mówi: tylko do sklepu skocze po śmietankę!

    Zaproszenie przyjmujemy i delektujemy się gorącą herbatą, tzn. ja herbatą, a Malwina kawą. Bardzo sympatyczna , mila i przyjazna pani, okazuje się że mieszkała w Pradze 7 lat. Opowiada nam o swoim życiu, rodzinie, Pradze, . ....... Bardzo dziękujemy za gościnność.

     Do Nachodu docieramy na czas tj.9.30. Do odjazdu autobusu mamy 45min. Z Nachodu do Prahy jest zaledwie 3h. Podróż mija spokojnie i bez przeszkód, mimo najcięższej zimy w Czechach od 20 lat. Po drodze warto zobaczyć dworzec autobusowy w Karlovych Hradach, super.

 

 

Praha godz.13:15 Piątek 3 grudnia 2010

 

 

Przybyliśmy tutaj aby zaliczyć Prazska Stovke.

Biuro zawodów znajduje się w szkole w dzielnicy Modrany,które przyjmuje zapisy i uczestników od godz.15.00.

Odnalezienie jej nie było problemem, gdyż wcześniej otrzymałem mapkę od Olafa -organizatora imprezy jak dotrzeć  do bazy.

Wita nas ojciec Olafa, który wygląda jak dziadek Mróz i odtąd tak go nazywamy. Swoją drogą ciekawe jak ma na imię?! Smile.

     Szkoła ogromna, dla zawodników wydzielone jest jedno średniej wielkości pomieszczenie (dziadek Mróz, zapewnia nas ze w razie większej ilości uczestników dysponuje jeszcze jednym). Pomieszczenie to chyba jakaś świetlica dla dzieciaków, bo znajdują się w niej pianino, tablica z mazakami ,obraz i duże, wysokie na 2m własnoręcznie zrobione drzewko z różnymi ozdobami. Pod drzewkiem dużo małych poduszeczek.  Jesteśmy pierwsi w bazie i bez zastanawiania się, wybieramy miejscówkę pod drzewkiem. Wink

W miarę upływu czasu docierają następni uczestnicy imprezy: Czesi, Węgrzy, Polacy, Słowacy oraz Marek z Ostrawy, z którym zaprzyjaźniliśmy się. Marek to czeski wyjadacz w zawodach typu  adventure racing, przyjechał na ultra maraton 116km.

 

Sobota godz.5:45 4 grudnia dzień zawodów

 

      Za oknem -15C. Pobudka musiała być tak wczesna, ze względu na dotarcie na miejsce startu , który znajdował się w miejscowości Hostomice, ponad 50 km od Prahy. Jedynym środkiem transportu, jakim można dotrzeć do Hostomic, jest vlak, czyli pociąg.

      Atak zimy w Czechach podobno największy od 20 lat, krzyżuje plany uczestnikom, którzy chcą dostać sie do Hostomic, rząd ogłosił nawet klęskę żywiołową. Tej nocy, gdy spaliśmy, a ultrasy wałczyły na trasie 116km, temp. spadla do -18C, a to w Czechach określane już jest mianem Arktyka.

Najbardziej sparaliżowana jest kolej, czyli nasz transport na start. Podróż miała być szybka  i spokojna, z przesiadka w Revnicach, a zamienia się w podróż bez końca ,chwilami nerwową, ale jest tez zabawnie.....Ale po kolei....

       Z bazy musimy dotrzeć na hlavni nadrazi, czyli dworzec główny. Na głównym uderza nas ogrom ludzi, oczekujących w spokoju na pociągi. Opóźnienia dochodzą nawet do 360min. Z niecierpliwością wpatrujemy się w tablice informacyjną, oczekując na nasz pociąg. W międzyczasie Malwina dostrzega Czechow (4 osoby), którzy dzień wcześniej byli w bazie i pytali nas na jaki dystans przyjechaliśmy. Tymczasem rozglądam się dookoła i widzę, że jest nas więcej. Napieraczy naprawdę łatwo poznać, nawet w tak ogromnym tłumie. Smile

      Czas mija i mija, nagle pojawia się informacja - opóźniony 10 minut. To nie wiele w porównaniu z innymi pociągami. Kierujemy się na peron.  Mówię do Malwiny: chodźmy na początek pociągu. Nie wiem jak to się stało, lądujemy z Czechami  ( Pepo, Miro, Duszanek, Honzo.... )i jeszcze paru innymi napieraczami w tym samym wagonie, mało tego schodzą się inni??!! Nie wiem, być może napieracze mają jakiś jeden wspólny system np. GPS wspólnie naprowadzający się Smile.

 

       Vlak rusza, ale nie zajeżdżamy daleko, po kilku minutach pociąg staje, przychodzi kontroler i mówi, że dojedziemy tylko do Praha Smihov ( drugi praski dworzec niedaleko centrum ) i tam czeka nas przesiadka na autobus, który zawiezie nas  w docelowe miejsce.

 

     Praha Smichov - czekamy już ponad pół godziny na autobus. Panuje dezinformacja. Uściślamy kontakt z południowymi sąsiadami. Szczególnie jeden Czech jest zabawny, nie wytrzymujemy już i wybuchamy śmiechem, gdy owy Czech  po ok.40 minutach ( imienia nie znamy, a najwięcej rozmawialiśmy z nim) zwracając się do Honzo pyta:

 

Honzo! Kde je Pepo?

 

Pepo, podróżował z nimi, widzieliśmy, że podczas przesiadki  odpuścił zawody i oddalił się w nieokreślonym kierunku nikomu nic nie mówiąc. Smile

    Następnie pyta nas się na jaki dystans jedziemy. Na wieść ze na 58km macha ręką i cos ‘'pepikuje'' pod nosem. Wraca i żartuje, że jeśli na 28km to Olaf ( org) powiedział ze mamy czas do 3 w nocy Smile.

 

Jest informacja! Megafon informuje, ze przywrócili polaczenie na trasie Praha-Revnice-Hostomice.

Idziemy na peron, gdzie spotykamy Marticke i Petra z Martiną. Jest nawet dziadek Mróz Smile.

 

       Po perypetiach wreszcie docieramy do Hostomic. Jest 11.00, czyli dojazd zajął nam dokładnie 4,5h. Normalnie dojazd trwa nie więcej niż 1h 20 minut. Tym samym, żegnamy się z dystansem 58km, jest zdecydowanie za późno na start. Start, a zarazem punkt kontrolny znajdował się w restauracji w centrum Hostomic. Na punkcie tym rządzi Egon, w środku chaos, rejestracja przebiega jednak ... szybko. Wpisowe 30 koron. Dostajemy wytyczne i przeżywamy  mały szok. W regulaminie wyczytałem, że mapę dostaniemy na starcie, a co się okazuje? Dostajemy kartkę A4 z wypisanymi punktami, kilometrami i szlakami jak poruszać się. W niczym to nie przypomina mapy. Może, według nich to mapa Wink.Tak więc bierzemy udział w zawodach na orientację bez mapy. Trochę jestem zaniepokojony, Malwina to już w ogóle. No comment. Dostaje opieprz Wink. Ale cóż trzeba sobie radzić. Szybko  wysyłam informacje do systemu mózgowego DAMY  RADE! Smile

 

 

START

 

na trasie

     

        Jest 12.00, gdy opuszczamy bazę. Pierwsze kilometry idą sprawnie. Trasa jest zadziwiająco bardzo dobrze oznakowana. Organizator porozmieszczał w newralgicznych punktach własne oznakowania, co znacznie ułatwia napieranie. Jeśli tak będzie przez całą trasę to spokojnie bez tej mapy damy radę.

        Przez ostatnie trzy tygodnie nabiegałem 42km, Malwina ostatnio w ogóle odpuściła bieganie, umówiliśmy się jeszcze w Częstochowie, że trasę pokonamy nie na sportowo, tylko turystycznie. Mimo tego Malwina narzuca takie tempo, że niejednokrotnie specjalnie spowalniam napieranie. Mówi,że musi nadrobić na płaskim, bo na górkach zostanie mocno z tyłu za mną. Odpowiadam, że jak mówię turystycznie to turystycznie, bez szarpania się. Górki forsujemy tym samym tempem co po płaskim. Malwina zadziwia mnie i samą siebie, na górkach nadal na prowadzeniu. Mnie to pasuje, potrzebowałem złapać oddech po tych wszystkich tegorocznych wojażach i  dziś wolę dotrzymywać jej kroku. To wcale nie oznacza, że jest słaba na górkach, poczyniła duże postępy, chodzą słuchy że dużo trenuje z wlodciem Smile. Ile w tym prawdy to nie wiem Smile.

        

        Poruszamy się  w przepięknej bajkowej śnieżnej scenerii. Wyszło słońce i jest naprawdę pięknie. Górki nie są zbyt wymagające, według orga przewyższenie na naszej trasie wynosi 800m.

 

         Pierwszy punkt kontrolny to Zimny Wierch na wzniesieniu(Studeny Vrch)-wieża widokowa wysoka na 17,5m, gdzie można wejść, zjeść i napić się oraz wspiąć aż na sam dach. Spotykamy tutaj starego znajomego zabawnego Czecha , tego z pociągu i z dworca oraz jego towarzyszkę, która opuściła bazę 30 min. przed nami. Zajada się kiełbaską, podobno pyszna. Wspinamy się na wieżę i podziwiamy widoki. Z tego wszystkiego zapominamy podbić karty.

 

na trasie

       

        Od tego momentu przez najbliższe kilometry, wspólnie pokonujemy trasę prowadząc konwersacje w języku polskim, czeskim i słowackim. Oprócz nas jest jeszcze dwóch młodych Czechow, z którymi niejednokrotnie wyprzedzamy się na trasie.

        Szlak prowadzi m.in. przez trasy dla narciarzy. Ścieżki przygotowane pod biegówki ciągną się kilometrami ( zjazdy, podbiegi i zakręty)  są idealnie przygotowane, normalnie raj dla biegówek. Trasy te świetnie sprawdziłyby się również do biegania, czy do jazdy na rowerze. Na pewno wrócę tam zaliczyć je Laughing.

       Co rusz musimy schodzić z drogi pędzącym narciarzom. Gdzieś tam mija nas Honzo. Tak jak szybko pojawia się, tak też znika. Malwina ponownie narzuca  tempo, zabawny Czech i towarzyszka zostają z tyłu. Z młodymi Czechami wymijamy się co jakiś czas. Przyjęli taktykę bieg i krótki odpoczynek. Nasza taktyka to trzymać równe tempo cały czas. Podczas gdy odpoczywają, my ich wyprzedzamy, a gdy biegną to oni nas wyprzedzają. Na jakiejś krzyżówce, zauważamy, ze mają mapę. Jak do tej pory nie jest potrzebna, ale kto wie co będzie później. Tempo mamy takie, że z wyliczeń wychodzi, iż w ciemnościach będziemy pokonywać ostatnie kilometry wprost do Revnic i bez mapy się obejdzie.

 

 

wieza widokowa

       

 

       Na dwa kilometry przed drugim punktem kontrolnym napotykamy rozweselony kulig. Załapałem się  na fotkę Smile. 

       Drugi punkt kontrolny znajduje się we wsi Halouny w restauracji. Te czeskie restauracje to po prostu karczmy z dużą ilością piwa Wink. Wpadamy do niej kilka sekund za młodymi. W karczmie spotykamy następnych znanych napieraczy. Jest Duszanek, Petr i Martina. Nie zabawiamy długo, nawet nie odpoczywamy. Słońce już za wzgórzem, robi się szaro, minuty dzielą nas od ciemności. Podbijamy karty i opuszczamy punkt jako pierwsi.

       Mamy kierować się szlakiem modrym, czyli niebieskim nad Jezirko i na Babkou, najwyższe wzniesienia na naszej trasie. Długo ten szlak będziemy pamiętać. Po ok. 500m od punktu kontrolnego zaczynają się problemy.

     Jest tabliczka ze szlakami. Jest modry przez Jezirko na Babkou, ale jest tak ustawiony, ze wskazuje na kierunek , gdzie są aż trzy drogi!. Rozdzielając się sprawdzamy wszystkie trzy. Na wszystkich trzech brak dalszego oznakowania. Powraca temat mapy.Znów opieprzSmile Za chwilę zapadnie zmrok.

       Pojawia się Honzo, nie wiadomo skąd i jak, niczym duch porusza się po trasie, niestety nie idzie ta samą trasą co my. Wskazuje nam kierunek ten sam co drogowskaz i oddala się. Idziemy dokładnie tam gdzie Honzo pokazał ręką. Ale niczego tam nie widzimy. Teraz wiem ze popełniliśmy radykalny błąd, ale człowiek uczy się całe życie, na pewno lekcja ta zaprocentuje na następnym tego typu rajdzie.

      Z trzech dróg, które były wybieramy tą która prowadzi w górę. Jezirko jest na wzniesieniu, wiec nie ma innej opcji, musi nas zaprowadzić na górę. Droga, którą poruszamy się  jest słabo przetarta  i  kręta. Za którymś zakrętem spotykamy znajomych uczestników, Martine, Petra i Duszanka. Czyżbyśmy szli dobrą drogą? Zagadka została rozwiązana.

      Szlak niebieski prowadzi w linii prostej na sam szczyt, przecinając nasza drogę z zakrętami. Należało wejść na ścieżkę na dole pomiędzy wszystkie trzy drogi, myśmy tą ścieżkę przegapili. Mimo to dobry wariant przyjelismy, nasza droga okrężna. ale zaprowadziłaby nas na samą górę, tylko trwałoby to dłużej.

       Od tego momentu poruszamy się w piątkę : Martina, Petr, Duszan , Malwina i wlodec. Wspinając się nad Jezirko szarżujemy przez las. Zapada całkowita ciemność, każdy odpala co ma, czołówki i latarki w ruch.

 

prazska stovka

     

      Prowadzimy grupę na przemian z Duszankiem.  Szlak niebieski skręca i znika. W tym miejscu prowadzona jest wycinka drzew. Podłoże usłane badylami i drzewami. Kto nie patrzy pod nogi ten leży. Na moich oczach upadek zalicza Duszanek.

      Jak p...rzewrócił się na twarz , bałem się że nadział się na jakiś badyl, na szczęście wyszedł cało z tego upadku. Błądzimy już kilka minut, nagle nie wiadomo skąd, pojawiają się starzy  znajomi z trasy- młodzi Czesi.

      Oni to już całkowicie chyba na azymut szli, bo nie przyszli ani z naprzeciwka, ani tą samą drogą co my.  Wyszli z dzikiego zarośniętego lasu, pytając się, czy mamy Jezirko. Na Jezirku miał być punkt do podbicia karty. Krążymy po okolicy jeszcze jakiś czas i odpuszczamy. Koncentrujemy się teraz na odnalezieniu szlaku niebieskiego , który zaprowadzić ma nas na szczyt Babkou. 

      Teraz nasza siła składa się z trzech grup - Martina z Petrem i Duszankiem, dwaj młodzi Czesi i my. Młodzi Czesi nie zmienili taktyki, dalej biegną ile sił i odpoczywają analizując mapę. Z Malwina narzucamy szybki marsz. Pozostała trójka ma problem z utrzymaniem tempa. Nie wytrzymuje Duszanek, najstarszy osobnik w naszej grupie, zatraca nam się gdzieś po drodze. Duszanek był i nagle znikł.

 

    Wołamy : Duszanek kde jsi?,

 

ale w otchłani cisza. Wszyscy są mocno zaniepokojeni. W międzyczasie, trafiamy na drogowskaz na Babkou. Gdy zaczynamy podchodzić na Babkou odnajduje się Duszanek.  Jesteśmy w komplecie. Szybkim tempem forsujemy szczyt. Na szczycie miał znajdować się kolejny punkt do podbicia karty. Wszyscy krążą i szukają go, ale nic nie ma. Dzwonimy do Olafa organizatora. Oto przebieg rozmowy telefonicznej:

 

Petr-Olafe, jsme na Babkou neco, co tu neni ,stejne jako na Jezirku?!

 

Olaf- vim

 

Petr- jak vite?

 

       Okazało się, że org nie dojechał na wyznaczone punkty z powodu warunków panujących na drodze. Aby rywalizacja była sprawiedliwa, zrezygnował całkowicie z ustawiania kontroli w tych miejscach.

       Po telefonie ruszamy w dół do przecinki, a następnie wprost do Revnic, gdzie znajduje się nasza meta.

       Pozostaje nam 5km napierania.  Młodzi wyrwali do przodu, następnie my z Duszankiem i gdzieś z tyłu Martina  z Petrem.  Wkraczamy do miasteczka. Meta znajduje się w restauracje u Rysu w samym centrum. Jest 18.40.  Wymieniamy ahoyki , wita nas dziadek Mróz wraz z całą swą świtą.

      Dostajemy gratulacje, dyplomy i kupon na żupę. Dołączamy do stolika, mnie trafia się miejsce obok dobrze wstawionej MartickiLaughing. W konwersacji wspieram się słowackim, do tego stopnia, ze Marticka krzyczy na calą knajpę:

      Ty vole, Ty si je Slovak ! Laughing

 

prazska stovka

 

Czy było warto? Było.  Z przyjemnością zawitam na następną Prazska Stovke.

 

Zdravim vsechny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

Alpin Sport Tatrzański Bieg Pod Górę.

Dane techniczne:
Dystans: 8,5 km
Trasa : Zakopane(Rondo Jana Pawła II - 915 m n.p.m.) na szczyt Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.)
Suma przewyższeń +1072 m co daje 12,61%.

Był to zarazem finał Montrail Ligi Biegów Górskich, w związku z tym w Zakopanem stawiło się wielu utytułowanych biegaczy górskich.

Pokój 214

Znów Zakopane, znów podhalańskie powietrze, znów tatrzańskie widoki. Tym razem melduję się w samym centrum Zako. Wieczorem zjawia się Asia- triathlon'istka z Wawy. Bardzo szybko łapiemy kontakt. Okazuję się, że również bierze udział w zawodach.
Najważniejszy moment rozmowy - dialog -

wlodec- ......no ja reprezentuje klub

Asia- jaki klub?

W - Zabiegani Czestohowa

A - ooo to znany

W- tak?

A - tak!

W - to miło, dzięki Smile

Tuz po niej wpada chłopak z dziewczyna z Trójmiasta. Chłopak słyszy nasza rozmowę z Asia o biegach i widzi nasze przygotowania do biegu. Pyta, co to za bieg i gdzie.
Po uzyskanej informacji stwierdza:

...- To ja tez biegnę, dzięki za info Wink

I tak oto uformował się nasz team POKÓJ 214 !

Team Pokój 214 zbiera się na mecie:

Asia, kolega z Gdańska i wlodec. Ustalamy taktykę i ruszamy na podbój Kasprowego. Kolega z Gdańska biegnie incognito, bez numerka ( za wysoko opłata w dniu zawodów 100zl! ).

Asia zmęczona, jeszcze nie zregenerowała sił po maratonie warszawskim, który biegła 6 dni wcześniej. kolega z Gdańska po ostrej wyprawie w słowackich Tatrach w zimowych warunkach, wlodec już na highlife'ie , zawody na Kasprowy kończą ciężki i trudny sezon żółtodzioba Wink.

Tuż przed startem, który opóźnił się o 15 minut (nie wiem z jakiego powodu),stoją obok mnie starzy znajomi -(Anniki) - Siarka Tarnobrzeg Wink. Witam się, gadamy i znów „kupa śmiechu". Oni naprawdę są fajowi, ale na zdjęcia nie daję się namówić heh. Smile

Dostajemy informacje, że na szczycie minus 4°C. Uzbrojony w chustkę i rękawice stwierdzam, że jestem gotowy na spotkanie z zimą.

Pistolet w górę, huk i jazda. Cel to nie dać się przyblokować na asfalcie, następnie na szlaku wywalczyć pozycję adekwatną do sił i utrzymać ją aż do mety.

Na pierwszych metrach zaczepia mnie jakiś zawodnik, nie znam go, krzyczy do mnie Zabiegany! Zabiegany!, obracam się, pytam o co biega?, mówi mi coś o pasterce ( myślę sobie następny jakiś pokręcony, o co mu o chodzi o wigilię? heh), okazuje się, że coś napisał do naszego klubu o zawodach i że mamy to przeczytać Smile. Mówię mu, że przekażę dalej i rura do przodu. Smile

Stawka zawodników mocno rozciąga już się na asfalcie, na początkowych metrach zielonego szlaku już można swobodnie biec, nie czując oddechu innych zawodników. Schody zaczną się za Myślenickimi Turniami. Biegnąc na Turnie wracają wspomnienia z biegu Marduły, który biegłem kilka tygodni wcześniej. Doskonale pamiętam każdy szczegół, gdzie jak i kogo mijałem.

Rozglądam się , do Myślenickich Turni nie ma żadnego śladu zimy. Zima zaczyna się tuż za Turniami. Choinki przystrojone już białym puchem, szykują się na pierwszą gwiazdkę. Wznoszę się wyżej i wyżej, śniegu coraz więcej i w pewnym momencie odsłania się piękny zimowy tatrzański krajobraz. Cudowny widok - Tatry w śniegu.

Zatrzymuję się na chwilę, by zebrać okiem jak najwięcej do siebie. W tym momencie myślę sobie- dla mnie zawody już się skończyły, na miejscu już mi nie zależy, aby tylko ukończyć, widok wynagrodził mi wszystko- szybko opanowałem umysł, pomógł mi w tym oddech zawodnika, który sunął za mną ciężko oddychając, a że nie lubię jak ktoś depta mi po piętach, napieram do przodu, starając się utrzymać wywalczoną pozycję.

Im wyżej tym piękniejsze widoki, trudniej i zimniej. Kilku zawodników jeszcze zdołałem wyprzedzić, ale i mnie wyprzedzali.
Najgorsze były ostatnie 500m, które dłużyły się i dłużyły.
400m, 300m, 200m, na 100m przed metą puszczam kobietę i dopinguję ją

- dawaj, dawaj-

a ona do mnie - a Ty? -

a ja za Toba- Smile

widząc to ratownik topr'u krzyczy:

Zabiegany już Zabiegany ?

odpowiadam - prawie! Smile.

Jest meta. Uczucie ukończenia wspaniałe. Chce mi się mega pić, dostaje gorące herbatę, batonik i banana. Plasuję się na 78 miejscu na 181 zawodników. Jestem bardzo zadowolony z wyniku.

Dla biegaczy darmowy zjazd kolejką w dół. Debiut, nigdy nie jechałem, zawsze wchodziłem i schodziłem z buta. Kolejka spodobała mi się, ale nie zamierzam korzystać, chyba ze z punktu logistycznego podczas wyprawy w jakiś rejon Tatr.

Impreza w „dechę" atmosfera, ludzie i TEAM POKÓJ 214 wymiata!
Kolega z Gdańska z czasem: 1:08.... wlodec 1:12....Asia 1:35.....


W pakiecie startowym dostaliśmy bardzo fajna chustę oraz extra koszulkę techniczną. Obiad najbardziej syty odkąd biegam. Bieg bez dyplomu i medalu (mnie to nie przeszkadza). Bieg również bez chipa, na mecie spisywali po numerach.

Anegdota:

Kolega z Gdańska wbiega na metę.

Krzyczą do niego- numer! pokaż numer!

Kolega krzyczy- ja jestem poza......

Krzyczą: poza co ?

nie zdążył im odpowiedzieć, bo było mu tak zimno, że uciekł do stacji kolejki Very Happy

 

 

ps. byly to zawody z serii ''planeta za zawodach'' gdzie reprezentowalem oprocz klubu Zabiegani rowniez planetagor.pl

 

wyniki pod linkiem :

http://www.biegnakasprowy.pl/

 

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Dzień ósmy, sobota, 21.08.2010

 

 

Poranek budzi nas deszczem, do czego już zdążyliśmy przywyknąć. Nie jest też zaskoczeniem to, że po zjedzeniu przez nas śniadania i spakowaniu rzeczy, padać przestaje i wychodzi słońce. Za to rzekę ciężko poznać. Z naprawdę potężnego, mlecznobłękitnego potoku zrobił się ryczący, burobrązowy potwór. Dobrze, że nabraliśmy wieczorem więcej wody, bo teraz jej poziom podniósł się o metr i strach w ogóle schodzić do koryta.

Dzisiejsza trasa to już przejezdna dla samochodów, utwardzana, choć gruntowa droga. Na szczęście nie ma ruchu i spacer (bo to już wybitnie jest spacer) upływa przyjemnie. Po drodze widok na wodospady Avdalsfossen (niższy niż Vetti ale zdecydowanie bardziej spektakularny, spada w pełnym słońcu 180 metrów w dół zbocza), a później Hjellefossen (podobny). Niestety, tu też biegnie definitywna granica terenów chronionych i zaczyna się cywilizacja, co obwieszcza nam zmiana nawierzchni na asfalt oraz pojawiające się samochody.

Planujemy teraz dojść do Ovre Ardal i rozbić się na campingu, a następnie skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji (tj. ciepłej wody) i zwiedzić miasteczko, znajdując m.in. pętlę autokarową, skąd odjedziemy do Oslo. Camping okazuje się być oddalony od pętli o prawie 5 km; musimy rano wcześnie wstać. Samo Ovre Ardal to niewielkie, senne miasteczko, w którym panoramę psuje wielka huta aluminium. Centrum w zasadzie sprowadza się do supermarketu i pizzerii (220 NOK za pizzę); kierując się jednak kryterium "gdzie chodzą jeść miejscowi" trafiamy do małej pizzerii - kebabowni, gdzie ceny są bardziej rozsądne i za 220 NOK-ów zjadamy 2 pizze + picie. Potem mały zgrzyt - chcieliśmy kupić w markecie piwo, ale była już (!) 19:30 i o tej porze w soboty alkoholu się już nie sprzedaje. Czyste wariactwo. Dalsze zwiedzanie miasteczka odpuszczamy - chyba naprawdę nic tam ciekawego nie ma. Wracamy na camping, gdzie przepakowujemy plecaki do wersji podróżnej i idziemy wcześnie spać. Jutro pobudka o 6.

 

 

Dzień dziewiąty, niedziela, 22.08.2010

 

 

Autokar jedzie do Oslo 5 godzin; o 9:20 wyjeżdżamy z mglistego Ovre Ardal. Termometr pokazuje 8'C i przez pierwsze 2 godziny nic się w tej materii nie zmienia. Dopiero po opuszczeniu gór, wychodzi słońce a temperatura błyskawicznie rośnie do 22'C. W Oslo jesteśmy o 15; samolot odlatuje o 20:30, mamy więc trochę czasu na spacer.

 

 

Podsumowanie:

 

Po ośmiu dniach w górach Norwegii jesteśmy naprawdę zmęczeni, ale też niesamowicie zrelaksowani. Nie ma tam nic ze znanego choćby z Tatr czy, w mniejszym może stopniu z Alp harmidru, setek (tysięcy) turystów, śmieci!. Jest za to cisza, spokój, bezpośredni kontakt z przyrodą - i to poczucie, że w razie jakiegoś wypadku, zrobi się naprawdę ciężko. Podejrzewam, że są szlaki na których można utknąć na parę dni zanim zjawi się jakiś przypadkowy turysta, a i to w środku sezonu! Dlatego też - o ile samotne chodzenie po górach jest zawsze mało rozsądne - tutaj jest już skrajnie nieodpowiedzialne. Zwłaszcza pamiętając o braku zasięgu telefonów - bez satelitarnego w pojedynkę ani rusz.

Norweskie góry to także nie są obrośnięte trawą okrągłe pagórki, jak mogłoby się wydawać. To bardzo poważne góry, choć nie tak ostro wycięte jak Tatry czy Alpy - zresztą ich geneza jest zupełnie inna - niemniej teren bywa naprawdę ciężki. W naszej wyprawie unikaliśmy największych trudności z uwagi na ograniczony czas i konieczność ciągłego niesienia sprzętu - ale są tu obok spacerowych ścieżek też poważne trasy wspinaczkowe.

 

O czym więc trzeba pamiętać:

 

- buty : mocne trekkingowe z możliwością podpięcia raków - tu jest dużo lodowców i szkoda tracić z powodu słabszych butów. Możliwie jak najbardziej wodoodporne.

- czekan : przydaje się, zwłaszcza na lodzie; mogą też być kijki, ale jedno z dwojga jest momentami niezbędne.

- raki : jeżeli pchamy się na śnieg to tak. A na śnieg się pchamy, bo jest wszędzie, gdzie warto wejść.

- lina, uprząż, etc. : mieliśmy, nie korzystaliśmy. Może się przydać w razie załamania pogody, na lodowcach konieczność (szczeliny).

- butelki na wodę : mieliśmy po 2 x 1,5 litra na osobę. To wystarcza, woda jest prawie wszędzie, choć szczytowe partie są suche - i tam się przydaje zapas.

- membrany : spodnie, kurtka - w Norwegii bardzo często pada. Bielizna termoaktywna długa i krótka.

- ubrania : swobodne, niekrępujące ruchów, możliwie szybkoschnące. Dżinsy zostają w domu.

- plecak : wygodny, taki, że wrzucając do niego 25 kg nie odbijemy sobie wszytkich kości ;-)

- temperatury : może być i ponad 20'C, może być i poniżej 0 i śnieżyca w środku lata. Trzeba o tym pamiętać.

- słońce : niby daleko na północy, ale poparzyć potrafi (SPF 20).

- telefon : i tak nie działa, ale są miejsca gdzie działa, więc mieć trzeba.

- namiot : jeżeli bierzemy namiot (a tak jest bardziej przygodowo, elastycznie, swobodnie, taniej - za to ciężej ;-) ) - musi wytrzymać sporo opadów, bardzo mokre podłoże i bardzo silne wiatry (fartuchy śnieżne są jak najbardziej do rzeczy). Nasz Fjord Nansen Veig Pro spisał się dzielnie, więc porównywalny sprzęt jak najbardziej jest OK. Pamiętajmy o górskich śledziach!

- śpiwory : ciepłe. Całoroczne. W nocy może być bardzo zimno.

- jedzenie : liofilizaty się sprawdzają; używaliśmy po 2 dziennie. Do tego chałwa (bardzo energetyczna), czekolada, batoniki ziarniste, na śniadania płatki błyskawiczne + mleko w proszku - świetny patent podejrzany na jednej ze szwedzkich stron górskich - a jak coś ciepłego z rana stawia na nogi - poezja. Isostar w pastylkach. Cukierki glukozowe w razie kryzysu. Dobrze jest mieć niewielki nadmiar żywności na wypadek problemów po drodze i konieczności np. oczekiwania na pomoc w terenie.

- woda : woda z terenu nadaje się do picia. Miejscami, ale w zasadzie wyłącznie niżej, może być zamulona - trzeba uważać nabierając; część źródeł ma wodę silnie żelazistą (co widać po czerwonych kamieniach) - dobra, ale więcej niż 1-2 kubki się nie powinno pić na raz - a i smak dyskusyjny. Trzeba też uważać na ropę naftową.

- gaz : kupuje się na stacji benzynowej (uwaga, nie są całodobowe!). Na 2 osoby mieliśmy 500-gramową butlę i jeszcze zostało choć gotowaliśmy 3 ciepłe posiłki, codziennie.

- owoce, grzyby : w terenie rośnie dużo jagód oraz owoców bażyny (podobna do jagody, choć na krzaczku przypominającym wrzos), borówek amerykańskich (karłowatych), żurawin i zwykłych borówek. Wszystkie wymienione są jadalne, choć np. bażyny są kompletnie niesmaczne :-). Grzybów bardzo dużo, maślaki, koźlarze i prawdziwki są wszędzie - można dodawać sobie do posiłku jako urozmaicenie.

- zwierzęta : jest szansa zobaczyć renifera, lemingów jest też sporo, kuny, gronostaje, lisy polarne, inne małe ssaki, ptaki, żaby - okazjonalnie. Niebezpiecznych dla ludzi - niedźwiedzie, wilki - w tym terenie nie ma.

 

A najważniejszy jest dobry nastrój :-)

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Dzień czwarty, wtorek, 17.08.2010

 

 

Wtorek rano - niepokojący odgłos deszczu uderzającego w powłokę namiotu sugeruje, że wędrówka może być nieco mniej przyjemna. Rzut oka na zewnątrz - ciemno, pochmurno i lekki deszczyk, do tego mgła. Nie jest za dobrze, ale kiedyś musiało to nadejść - w końcu w Norwegii częściej pada niż nie-pada.

Zwinięcie namiotu powolne, nie ma nadmiernego pośpiechu. Rozważania dnia poprzedniego - czy iść na grań Besseggen zobaczyć (ponoć) najsłynniejszy widok na dwa jeziora rozdzielone wąską, wysoką grzędą rozwiązały się właściwie same - widoczność jest na tyle słaba, że nie ma to żadnego sensu. Owsianka stawia nas na nogi; w międzyczasie przestaje padać. Ścieżka, tak jak dzień wcześniej, prowadzi początkowo brzegiem jeziora Russvatnet - o ile jednak wieczorem była w miarę sucha, z przecinającymi ją potokami, to teraz jest jednym wielkim potokiem, przecinanym czasami fragmentem suchego. Mija nas "znajoma" już polska ekipa, jak zwykle biegnąca gdzieś z wzrokiem wbitym w dal...

 

To teraz parę słów o wspomnianej grupie - jak pisałem, już z zewnątrz widać, jak kiepsko zorganizowanej - ku przestrodze ;-) I pomijam już fakt, że byli to jedyni turyści na szlaku, którzy nawet słowem się nie odzywali mijając innych. No, większość z nich.

Zawsze mi wpajano, że gdy w górach idzie grupa, potencjalnie najsłabsi, najmniej doświadczeni członkowie dyktują tempo, idąc przodem, a reszta dostosowuje się; lub też grupa dzieli się na mniejsze grupy, każda z przynajmniej jedną doświadczoną osobą w składzie - jeśli zróżnicowanie członków jest duże na tyle, że mogą sobie wyznaczać np. inne cele. Tutaj inaczej - najsilniejsi "biegli" niemalże przodem, nie zwracając uwagi na nic, następnie w różnych odstępach poruszały się dwójki - trójki, a czasem i pojedyncze osoby, natomiast najsłabsi (i najgorzej wyposażeni) wlekli się gdzieś w ogonie, często pojedynczo. Przy czym nie było nikogo "spinającego" grupę na końcu, więc gdyby ktoś z ogona "poległ" - byłby zdany na siebie (i na szczęście, innych turustów, bo szlak ten akurat był w miarę uczęszczany). Dość powiedzieć, że po półdniowej gonitwie różnica między czołem grupy a ogonem oscylowała na oko około godzniny (!) Groza.

 

Szlak tymczasem minął wodospad, przecinając rwący potok po kładce bez poręczy; deski na środku "spięte" były przez położenie na nich kamienia. Dalej lekko w górę, na obserwowaną już przez nas dzień wcześniej grzędę. I tu - całe szczęście, że nie wchodziliśmy wieczorem - kompletny brak miejsc na namiot. Grzęda okazuje się być zawieszoną dolinką U-kształtną, dopiero prowadzącą pod właściwy grzbiet; jest za to bardzo podmokła, właściwie bagna. W butach oczywiście - już chlupie, chmury nie odpuszczają, choć nie ma już mgły. Na koniec podejście po kamieniach na przełęcz (chmury i widoczność spada do 20-30 metrów); nasza "znajoma" grupa zdecydowała się tu skompletować.

Jako, że odpuściliśmy Besseggen, schodzimy szlakiem do Memurubu. Łatwa ścieżka, miejscami trochę śliska szybko sprowadza nas na dół, w okolice schroniska. Przed nami jezioro Gjende - długie, dość wąskie i podobne jak Russvatnet, metalicznie błękitne. Jemy obiad, studiując mapę i tu dochodzi do kolejnej korekty planu. Szlak wiodący grzbietami do naszego kolejnego przystanku, schroniska Gjendebu jest niezalecany w czasie deszczu i zdecydowanie niezalecany z dużym plecakiem. Ponieważ jest i mokro i mamy plecaki, tym razem dajemy sobie spokój (można wysłać bagaż promem i samemu iść, ale widoczność jest jaka jest i nie ma za bardzo motywacji). Droga faktycznie wygląda ambitnie, szczególnie jej końcówka i zejście z grani nad jezioro. Decydujemy się na prom, co zaoszczędzi nam nieco czasu i pozwoli na wejście wyżej za schroniskiem Gjendebu.

Prom płynie 30 minut, koszt na osobę to 100 NOK (50 PLN). Po drodze przyglądamy się naszej niedoszłej ścieżce i obserwujemy walczących z górą turystów (bez plecaków a przeprawę i tak mają ciężką) - ostro schodzące żlebki piargowe i miejscami gładkie, mokre skały - zdecydowanie jest na czym pojechać.

Samo schronisko niewielkie, w porównaniu do Memurubu. Nie zatrzymując się, ruszamy w dolinę, w kierunku na Olavsbu i Skogadalsboen. Początkowo idziemy przez lasek - karłowate, poskręcane brzozy i wierzby - potem przez tundrowe krzewinki, cały czas lekko pod górę, ale bardzo łagodnym szlakiem. 2 godziny później szlaki rozdzielają się, odbijamy na Skogadalsboen - przechodzimy przez przełęcz i trafiamy na miejsce noclegowe nad niewielkim jeziorkiem. Pogoda w międzczasie poprawiła się i zanosi się na rozpogodzenie - wiatr przegonił większość chmur i jest całkiem ciepło na tyle, że powtarzamy operację z myciem w jeziorze. Pozostaje, jak zwykle wpełznąć do namiotu i iść spać...

 

...nie tak szybko. Już w śpiworze orientujemy się, że podeszliśmy nieco zbyt optymistycznie do miejsca na biwak. Jesteśmy tuż za przełęczą i gdy wieczorem zaczyna wiać, wieje naprawdę mocno. Całe szczęście, że mamy fartuchy śnieżne (lepiej być przesprzętowionym, niż mieć braki...), które nieco hamują zapędy wiatru, ale i tak zimne powietrze wdziera się każdą szczeliną. Nie wspominając o hałasie. Na szczęście namiot trzyma mocno i w końcu, udaje się zasnąć.

 


Podsumowanie dnia:

Pogoda: rano mgliście i mokro, później pochmurno, na przełęczy mgła; później rozpogodzenia, wieczorem wietrznie; temperatura od ok 5'C do 10'C w ciągu całego dnia.

Dystans: 17-18 km (nie licząc promu)

Wysokość min.: Jezioro Russvatnet, 1008 m n.p.m.

Wysokośc max.: Obóz 4, około 1450 m n.p.m.

Czas przejścia: od 10:00 do 20:00, w tym przerwy (oczekiwanie na prom - 1 h)

Trudność: Niewielka do średniej na grzędzie przed Memurubu (piargi); miejscami bardzo ślisko i bardzo (!) mokro.

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Dzień trzeci, poniedziałek, 16.08.2010

 

 

Kto powiedział, że poniedziałkowy poranek nie może być przyjemny? Zwłaszcza gdy na kompletnym odludziu, na 1700 m n.p.m. otwierasz namiot i masz "z łóżka" widok na lodowce zalane porannym słońcem. Po chmurach, które krążyły nieco poprzedniego wieczoru pozostało wspomnienie i dzień zapowiadał się świetnie.

Tylko trochę zimno. Cóż, wysokość robi swoje, a godzina jeszcze młoda. Szybkie pakowanie, owsianka - jak zwykle i w drogę. Dzisiaj początek marszu w dół - to gorzej niż pod górę dla nierozgrzanych mięśni - bardzo łatwo o kontuzję zwłaszcza, że teren kamienisty. Po chwili wracamy na szlak i w drodze na dół napotykamy pierwszych tego poranka chętnych do wejścia na Glittertind - nie kryją zdziwienia, że my "już" schodzimy :) Faktycznie, z dołu bardzo ciężko dostrzec jakiekolwiek miejsca, gdzie możnaby wcisnąć namiot.

Mniej więcej po godzinie schodzenia docieramy do schroniska Glitterheim. To jedno z - okresowo - samoobsługowych schronisk w Norwegii - ponoć cennik wisi na ścianie, a należność za używanie wyszczególnionych dóbr cywilizacji reguluje się w porozumieniu ze słoiczkiem - ot, skandynawskie podejście (bardzo zresztą słuszne, ale u nas niestety chyba nie do zastosowania). Latem w sezonie - schronisko jest z obsługą. Nie korzystaliśmy, plan dnia napięty i trzeba deptać dalej.

Dolina w której leży schronisko jest bardzo szeroka, a jej środniem płynie rzeka; teren miejscami bardzo podmokły - śliska glina wymusza ostrożność. Nad rzeką dość chwiejny, ale pewny wiszący mostek. Dalej szlak wiedzie w górę, na kamienisty (a jakże) grzbiet oddzielający dolinę od jeziora Russvatnet. Ścieżka wspina się powoli po kamieniach; w międzyczasie zaczęła zmieniać się pogoda - coraz więcej chmur, zaczyna dość mocno wiać, ale na szczęście nie pada. Znowu robi się chłodno - na podejściu zauważamy kilka sporych głazów dających schronienie i tam postanawiamy zjeść obiad. W sumie jest dość wcześnie, idziemy dopiero 4 godziny, ale raz - nie wiemy co nas czeka za grzbietem i dwa - po niedzielnym wysiłku jeszcze nie do końca wróciły nam wszystkie siły. W międzyczasie mija nas fatalnie (!) zorganizowana grupa z Polski (ale o tym więcej i później).

Na samym grzbiecie okazuje się, że przed nami rozpościera się coś na kształt płaskowyżu porośniętego miejscami trawą i mchami. Droga bardzo przyjemna, taka ścieżka przez halę, tylko bardziej kamienista. Pogoda nawet się stabilizuje i wygląda na to, że nie będzie padać. Wkrótce w dole pojawia się jezioro Russvatnet.

Ścieżka schodzi teraz w dół, do wyciętej ostro w zboczu szczeliny, której dnem płynie potok. Mostek - wiszący - zapewnia dodatkowe atrakcje :) przechodząc nad bystrzem nie gorszym od Wodogrzmotów Mickiewicza oraz... pewnym brakującym elementem.

Dalsza droga to czysty relaks. Nogi czasami się odzywają po wczorajszym, więc nie martwi nas to zbytnio - miło tak pochodzić sobie po łące i popodziwiać widoki zwłaszcza, że pogoda się poprawiła i wyszło słońce a do tego wokół pełno jest zieleni. Nad jeziorem - owce; kolor jeziora przyprawia o ból głowy - jasnobłękitny, metaliczny turkus (jak farba olejna) - efekt szarej glinki płynącej z lodowca. Szlak schodzi na sam brzeg i co raz to pojawiają się plaże nasuwające chęć kąpieli. Przechodzimy jeszcze około 2 km, ale dzień powoli chyli się ku końcowi i szukamy już powoli miejsca na obóz. Co prawda plan zakładał wejście na grzędę oddzielającą Russvatnet od Gjende, ale nie trzymamy się go zbyt sztywno - mamy w planie "dzień awaryjny", więc czasu nie brakuje. Jak się potem okazało - całe szczęście, że się na górę nie pchaliśmy...

W butach już chlupie - całe zbocze doliny to niemal jeden wielki potok sączący się do jeziora - żadna impregnacja tego nie wytrzyma. Gdzieniegdzie spod ziemi wybijaja nieduże plamy ropy naftowej (cóż, mają...). Namiot rozbijamy na niewielkim garbie nad jeziorem, na miękkim posłaniu z brzóz (karłowatych oczywiście) i pędzimy do jeziora. Woda jest cieplejsza niż w potoku płynącym z lodowca, ale poza tym to cud, że w formie ciekłej - kłapanie zębami wymyka się spod kontroli na początku, ale już po chwili można się przyzwyczaić i nieco popluskać. Za to po wyjściu w ogóle nie chce być zimno - choć wiatr dmucha a słońce już za górami. Pozostaje zjeść coś ciepłego i odpaść na kilka godzin...


Podsumowanie dnia:

Pogoda: z początku i pod wieczór słonecznie, w ciągu dnia pochmurno i bardzo wietrznie; temperatura do około 15'C popołudniu; rano ok 5'C

Dystans: 17-18 km

Wysokość min.: Jezioro Russvatnet, 1175 m n.p.m.

Wysokośc max.: Obóz 2, około 1700 m n.p.m.

Czas przejścia: od 9:00 do 20:00, w tym przerwy

Trudność: Niewielka; miejscami bardzo ślisko i bardzo (!) mokro.

 

 

1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Wyprawa do Norwegii zakończona. Notatki z podróży jakieś tam są, ale pisane na gorąco (a czasem na drżąco-zimno) w namiocie - trzeba to wszystko przed "zapostowaniem" nieco uporządkować i pouzupełniać, co może parę chwil zająć. Tymczasem wrzucam kilka zdjęć - miłego oglądania ! :)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

Witam

Film o nas w górach, dokładnie na Giewoncie w Tatrach!!! - normalnie jak w ulu lub mrowisku :-)

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 

 

Ostatnio wybraliśmy sie z Kasią na Sivy Vrch w Tatry zachodnie na Słowacje. Pomimo że szczyt ma tylko ponad 1800 metrow to jednak trasa jest dość wyczerpująca, a różnica wzniesień to 850 metrów.

 

 

Pod Sivym Vrchem

 

Samochód zostawiliśmy przy drodze głównej i ruszylismy na trasę. Trasa dostępna tutaj w pliku na google earth. Ciekawy szlak z widokiem na Wielki Chocz i Małą Fatrę, biegnący wzduż skalnej grani, obfituje nawet w elementy łańcuchowe. Ale stosunkowo dość łatwe. 

 

Sivy

 

Jedyny mankament całej trasy to brak szlaku powrotnego do miejsca pozostawienia samochodu. A zdecydowanie nie chcieliśmy wracać tym samym szlakiem. Dlatego obralismy szlak najpierw na szczyt, a potem dalej w kierunku na Brestową, i przed Brestową skręcilismy na żółty szlak schodzacy w dół do Zuberca. Po wyjściu z lasu poszliśmy (zamiast na dól do wioski ) na skróty polami pod górami w kierunku naszego samochodu, trochę polem, troche drogami polnymi by wkoncu lesną drogą wrócić prawie pod sam samochód i oszczedzając sporo czasu.

 

Ogólnie bardzo polecam ten szczyt bo jest naprawdę wart wyjścia, choć polecam zrobienie calej trasy z wioski Liptovske Beharowce aż po Sivy Vrch. Jest to trasa na dwa dni, lub na porzadny jeden dzien od rana do wieczora, trasa piękna widokowo, bez ludzi. Taka tatrzańska alternatywa.

 

Sivy w tle

 

Jedyny minus to to ze nie jest to petla i potem jakoś musimy wrócić do miejsca startu.

TagsTags: sivy vrch 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

...i tak to upał panujący nam niezbyt miłościwie w ostatnich dniach pokrzyżował plany górskie. W planach był weekendowy wypadzik w Tatry celem rozruszania biurowo zasiedzianych kończyn przed sierpniową wyprawą, ale w konfrontacji z pogodą poległ w przedbiegach :/

 

Pocieszam się tym, że już za niecały miesiąc będziemy w Norwegii i będziemy kręcić się po śniegu (jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało patrząc za okno :) )

 

No i nadal nie kupiłem membranek :P

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

V VISEGRAD MARATON

O tej imprezie dowiedziałem sie biegając po Nowym Sączu w Nowy Rok. Spotkałem wówczas miejscowego biegacza Tomasza. Jak tylko powiedział, ze impreza górska i w dodatku ze Słowacji do Polski, od razu zaświeciły mi się oczy. Nie mogłem odpuścic wydarzenia gdzie bédá dwie moje kochanki: góry i Słowacja ;-).

 

Trasa wiedzie przez : Vyšné Ružbachy, Niżne  Rużbachy , Hniezdne, Stara Lubownia, Kremna, Hraniczne,  Mniszek nad Popradem, Piwniczna Zdrój, Młodów, Rytro.

 

Profil trasy: górzysty, start na wysokości 540 m n.p.m., najwyższy punkt 743 m n.p.m., najniższy punkt 345 m n.p.m., meta 420 m n.p.m.

Do Rytra wyruszam wcześnie rano w sobotę. Podróż długa i męcząca. Przesiadki w Krakowie, Nowym Sączu i czekanie na busa organizatora w Rytrze robią swoje. Organizator zapewnił transport z Rytra na Ruzbachy. Na Słowację dobijam po 10 godzinach od wyjazdu z Częstochowy. Wraz z innymi zawodnikami odbieram pakiet startowy oraz dostaje przydział do hotelu San Andre wraz z zawodnikiem stojącym przede mną. Okazuje się nim sympatyczny Grzegorz z okolic Krakowa. Meldujemy się w recepcji, chwile gaworzymy z miejscowa płcią piękną i udajemy się do pokoju. Niestety bez dziewczyn ;-).  Na 18:30 udajemy się na pasta party, które wszyscy chwalą. Pyszny makaronik z  sosem i dodatkami- palce lizać, do tego piFko jeśli ktoś sobie życzył. Po pasta party z Grzegorzem wpadamy na genialny pomysł i udajemy sié na  kupele, czyli basen geotermalny. Woda +34 stopnie, rewelacja, po całym dniu ciało zaczyna czuć  wspaniałą ulgę, która ma dać kopa na maratonie ;-). Zaliczam tylko basem.  Okazuje się ze Grzegorz to prawdziwy pasjonat takich miejsc. Oprócz basenu zalicza chyba wszystkie sauny ( były 4 rodzaje) jacuzzi i nie wiem co jeszcze bo do hotelu wrócił dosyć późno ;-).Przed maratonem, taki ‘'maraton basenowy'' twardziel  z niego.

Po basenie zaglądam jeszcze na pasta party, gdzie spotykam klubowego kolegę Waldka. Zabiegani Częstochowa w dwuosobowym składzie. Dyskutujemy nt. trasy. Waldek przerażony górkami, ja wręcz przeciwnie, uśmiech na twarzy ;-). Jedynie na temat maratonu za wiele nie mogę powiedzieć, bo to mój debiut. Po skończonej dyskusji hotel. 

 

Niedzielny poranek wita nas świeżym deszczem. Do startu 3h, jest nadzieja, ze przestanie padać. Odpalam neta w telefonie.  Nadzieja pryska! wiadomości mówią ze pld-wsch. Słowacja tonie , deszcze i powodzie. Pada i będzie padać. 

 

Na start honorowy 8:30 niemal wszyscy zawodnicy zjawiają sie w workach na śmieci. Z Waldkiem mamy ubaw po pachy. Nazywam ich ‘'biegające śmieci''. Oczywiście my również w tych workach ;-). Większość worków jest błękitna, ale pojawiają się i inne np. żółte, białe, czarne, jeden z nich z napisem 120L .  Do startu głównego o 9:00 mamy 1500m wspólnego truchtu spod biura zawodów. ‘'Biegające śmieci w natarciu''.

Deszcz padał przez cały maraton. O 9:00 ruszamy w deszczu i kończymy w deszczu. Jak przystało na klubowych zawodników zaczynamy bieg razem ( wlodec,waldi). Biegniemy nie za szybko nie za wolno, na 10km mamy 54min z sekundami. Mijamy słowackie miejscowości : Vyšné Ružbachy, Niżne  Rużbachy , Hniezdne, Stara Lubownia delektując się widokami.

 

W Starej Lubownie po obiegnięciu rynku (wspaniały doping zarówno słowackich jak i polskich kibiców) zaczyna się pierwszy najtrudniejszy  punkt trasy. Trzeba wspiąć się na gore VABEC. Podbieg  12 % -wy zaczyna się na 14 km i kończy na 19 km. W tym miejscu zostawiam Waldka, jak to on mówi:  góry to twoja domena, dawaj do przodu. Ruszam, krotko mówiąc naciskam pedał gazu, mijając zawodników jednego za drugim. Wspinam się z wielka przyjemnością, idę niczym parowóz ;-). Cały czas zachowuje rezerwę pod butem. Góra Vabec zdobyta. Zaczyna się długi zbieg, mijam miejscowości  Kremna, Hranice, Mnisek.

Jest 28 km, do granicy z Polska ‘'rzut beretem''. Wszystko idzie zgodnie z planem, organizm nie daje żadnych znaków zmęczenia. Jem i pije wodę na każdym punkcie odżywiania, które rozmieszczone są co 5 km.  Trasa oznakowana co 1 km, tylko zerkam kątem oka, na którym jestem km. Mówi się ze na maratonie ‘'ściana'' pojawia się po 30km. Jako debiutant biegnę w nieznane. Wyczekuje jej, ale ze stoickim spokojem. Po głowie krążą myśli, gdzie jesteś?, kiedy się pojawisz ? jestem przygotowany mowie do niej. Nie pojawia się. Gdy byłem na 34 km stwierdziłem, ze dziś jej nie będzie. Znowu naciskam na buta i idę do przodu wyprzedzam kolejnych zawodników. Jak się później okaże od 34 km wyprzedzony byłem raz  przez pana, którego minąłem na 36km.

Warto o nim wspomnieć, bo był naprawdę sympatyczny i powiedział mi bardzo mile słowa odnośnie mojego debiutu. Otóż po wymianie kilku zdań i informacji ze to mój debiut,  rzekł :

 

- tez sobie wybrałeś ( chwila ciszy i dodał) tez  chciałbym mieć taki debiut .....i to z takim rozsądnym podejściem .......wręcz nie spotykane w tak młodym wieku ;-).

 

Bardzo dziękuje temu panu za te słowa,  były to najcenniejsze słowa , kwintesencją spełnienia mojego marzenia jakim było przebiec maraton. Niestety nie zwróciłem uwagi na koszulkę w jakiej biegł, wiec nie wiem skąd był. Mam nadzieje, ze jeszcze go spotkam.

 

....tak to był 36km, nieco wcześniej minąłem Piwniczną- Zdrój, następnie Modow, do mety zostają  4 km.  Zbliżam się do Rytra i do drugiego najtrudniejszego punktu trasy - ostatnie 2 km jest ostro pod gore, kat nachylenia na pewno większy niż na Vabec, czyli ponad 12%. Czuje się niczym kolarz na Tour de France. Myślę sobie tutaj dużo będzie sie działo i dzieje się. Idę ostro w górę mijam kolejnych zawodników. Widząc  41km  chce podbiec do tabliczki i ja ucałować, ale za wcześnie, jeszcze 1km do mety wszystko może się zdarzyć. W tym momencie mija mnie wspomniany miły pan i krzyczy :

 

-dawaj!!! Złamiesz 3:50

 

Przyspieszam,  10 m przede mną jakiś zawodnik wymiotuje, podbiegam i klepie go po plecach dodaje otuchy:

 

- dawaj bracie jeszcze kawałek

 

Widzę metę , jeszcze 150m i spełni się moje marzenie. Dostaje skrzydeł, finiszuje,  metr przed meta wyprzedzam jeszcze zawodnika. Jeeeeeeeessssstttt!!!  Marzenie spełniło się, jestem wniebowzięty!! zostalem Maratonczykiem !!!!

 

Timer pokazuje 3:50:04

 

Waldi tak obawiał się górek ,a wybiegał 4:04:31! ( przed startem mówił 5godzin)

 

Trzeba napisać wielkie słowa uznania dla organizatora, przygotowanie oprawa, oznakowanie trasy, zakwaterowanie, pasta party ,wszyscy zgodnie podkreślili ze na medal, ze Inni powinni przyjeżdżać na Visegrad Maraton i uczyć się organizacji.

Wolontariusze dziękujemy!!! My w deszczu biegliśmy a oni cały czas stali w jednym miejscu, jedni uzbrojeni w płaszcze przeciwdeszczowe a inni nie. Stali i mokli tak jak my!!!!!!

 

Kibice! Wspaniały doping na całej trasie. Mnóstwo kibiców i po słowackiej i po polskiej stronie.  Na ulicach, w oknach i samochodach. Cala kolumna pojazdów, która przemieszczała się po całej trasie i dopingowała wszystkich. Dużo flag  biało czerwonych. Organizatorzy również  przemieszczali się busem i dopingowali wszystkich. Nawet krzyczeli i Częstochowa Częstochowa, Zabiegani Zabiegani.

 

Zawodnicy. Co jakiś czas w początkowej fazie maratonu ktoś krzyczał wlodec wlodec, jak się później okazało , biegło kilku kieratowcow z którymi pokonałem 100km w górach. Fajnie tak jak  biegnie się z ludźmi których zna się. Do mojej biegającej rodziny dołączył Grzegorz z pokoju-okolice Krakowa i Jerzy-Poznan. Milo było was poznać, jesteście super.

 

Po maratonie spełniliśmy swój obowiązek i udaliśmy się do lokalu wyborczego. Taka zabawna sytuacja była, bo moje zaświadczenie do glosowania było cale mokre, biegłem z nim gdyż chciałem oddać glos podczas maratonu ale nie zauważyłem lokalu wyborczego. Następna zabawna sytuacja była w drodze do Krakowa ( Grzesiu nas podwiózł), po ok. 40 min rozmowy w samochodzie z

zawodnikiem z Warszawy okazało się ,ze na Kieracie szliśmy razem do 4pkt...ach ten Kierat ;-).

  

nikdy neprestavaj verit brasko,Môj sen bol splnený  AHOJ 

zdravim

wlodec

 

PS. Waldi dzieki za tempo do 14km!!!

TagsTags: wlodec 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Wspinanie Wspinanie

Jak donosi morpho.pl,  nie mieli szczęścia chłopaki ze ściany "Korona" w Krakowie. Powódź nie oszczędziła niestety ich kultowej pakerni. Ścianka wspinaczkowa Korony utonęła pod wodą.

Najgorsze jest to, że nie tak dawno cała ściana została mocno odremontowana i  praca poszła na marne. Pozostaje im tylko życzyc szybkiego pozbierania się po tej hekatombie.

 

Więcej znajdziecie tutaj:

 

http://morpho.pl/4/100518a.php

 

Zdjęcia z akcji ratowania ścianki:

 

http://picasaweb.google.pl/banghra/FloodedKorona#

 

A tak to wygladąło przed zalaniem:

 

 

I jeszcze kilka filmików z bulderów koroniarskiej ekipy:

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

 

W ostatnim czasie dużo mówi się o tatrzańskich niedźwiedziach i o tym, że stanowią one zagrożenie dla ludzi w TPNie i TANAPie. Słowacy nawet chcą do niedźwiedzi strzelać aby pozbyć się co bardziej agresywnych gagatków. Ile tak na prawdę o nich wiemy i w jaki sposób należy się zachowywać gdy już misia spotkamy? Czy to one są zagrożeniem dla nas, czy może jest zupełnie na odwrót?

 

Film: Pomóż chronić polskie niedźwiedzie -wwf.pl


Znalazłem ciekawą "Instrukcję obsługi misia" :), która przypomina podstawowe zasady - o których zawsze należy pamiętać- oto ona (do pobrania w pdf):

 

"Instrukcja obsługi misia - Oto niedźwiedź"

 

Więcej informacji mozna znaleźć na stronie:

 

Na koniec życzę wszystkim oglądania misiów jedynie z bezpiecznej odległości...:)

Pozdrawiam

Michał



 

 

TagsTags: niedźwiedzie 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Skitury Skitury

Pomimo że dla niektórych zima jeszcze trwa, choć warun w Tatrach juz dość marny, to dla mnie się już skończyła. Dlatego zapodaje dawkę filmów na wspomnienie bialego szalenstwa.

 

Oczywiście zostają Alpy na kwietniowe skitury, ale ja już delektuje sie wiosną. :-) Miłego oglądania!!!

 

Chamonix skituring

 

 

 

i freeride :-)

 

 

 

 

 

 

I do następnego sezonu, oby więcej było śniegu na południu Polski niż na połnocy jak to było tej zimy.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Wspinanie Wspinanie

Dzisiaj mijają równo dwa lata od tragicznej śmierci Piotra Amsterdamskiego. Nie znałem Go osobiście, ale jego śmierć zapadła mi jakoś w pamięć. Był uznanym fizykiem, tłumaczem literatury zarówno popularnej, jak i naukowej oraz wspinaczem. Wspinać zaczął się dosyć późno, w wieku 45 lat, ale robił to z ogromną pasją i osiągał na tym polu pewne sukcesy - brał udział w wytyczeniu kilku nowych dróg wspinaczkowych. Zginął 12 lutego 2008 w Tatrach podczas wspinaczki na Mięguszowicki Szczyt Wielki. Więcej o Nim można przeczytać w artykule na stronach Gazety Wyborczej.

Mała ciekawostka - pan Piotr przetłumaczył na język polski m.in. "Krótką historię czasu" Stephena Hawkinga, ale kiedy po narodzinach dziecka pojawiły się problemy finansowe tłumaczył... Harlequiny!

TagsTags: ludzie 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

16 kwietnia - Dzień pierwszy
Nim zacznę opisywać swą przygodę w górach, rzeknę słów kilka gwoli nakreślenia;) Otóż, moje wiercenie się w miejscu przed samym wyjazdem osiągnęło punkt kulminacyjny. Toteż postanowiłem przyspieszyć swój "teleporting", zmniejszając tym samym ryzyko dostania kręćka. Krótki telefon w góry, akceptacja i już pędzę z ciężkim jak diabli plecakiem z czwartego na dół, zastanawiając się po drodze, co ja tam do jasnej cholery wpakowałem, że tyle waży?? Ale teraz to już nie miało najmniejszego znaczenia. Za chwilę miałem trzasnąć drzwiami, przekręcić kluczyk, pokręcić troszkę zadkiem ku lepszemu - czytaj optymalnemu - ustawieniu się względem osi jezdni i w drogę Machnąłem na pożegnanie, buźka i ruszyłem przed siebie. Do samego Zakopanego jeździłem nie jedną już trasą. W zeszłym roku, wraz z córeczką jechaliśmy przez Wadowice, Oświęcim. Spodobała mi się, w sumie nie było tak źle, trochę utrudnień w ruchu, ale nie więcej niż gdzie indziej. Toteż i tym razem obrałem kurs na w/w miejscowości. Wyjechałem około godziny 10:40. W Katowicach byłem sprawnie, w okolicach południa. Później zaczęło się kićkać trochę, lecz jakoś się przebijałem. Utknąłem natomiast w Wadowicach, gdzie miałem, "niepowtarzalną" okazję zwiedzać to przepiękne poniekąd miasto, lecz z poziomu fotela kierowcy. Z początku było fajnie, miałem czas pooglądać kilka wspaniałych okazów architektury, lecz jak doszło do "zwiedzania" taboru kolejowego zaraz za Wadowicami, tak skończyłem to "podziwianie" jakieś 7 km za Oświęcimiem. Nawiasem mówiąc nie wiedziałem, że nasz rodzimy tabor ma taką różnorodność;/ Na miejsce "zbiórki" moich szanownych zwłok dotarłem koniec końców po sześciu godzinach tułaczki. Przy czym, jak łatwo się domyśleć, moje szanowne "odbicie" fotela miało dość i krzyczało!! Dotarwszy do celu, po krótkim przywitaniu ruszyłem na górę się rozbebłać i odnaleźć w pokoju. Rozpakowawszy się z grubsza bujnąłem się do miasta w celu złapania aklimatyzacji Pod Reglami. Poszwendałem się jakiś czas i po powrocie postanowiłem zaglądnąć do moich ukochanych gospodarzy. Tam posiedzieliśmy nad herbatką góralską, która podziałała na mnie "rozbrajająco". Podziękowawszy późnym już wieczorkiem ruszyłem zdobywać swoje "K2", czyli wspinać się na trzecie piętro w willi. To była dłuuuga droga usiana wieloma zakosami jak i atakującymi mnie z nienacka lodówkami i innymi sprzętami gospodarstwa domowego;D Kładąc się spać obmyślałem jak by tu się zwlec wcześnie rano;/
17 kwietnia - Dzień drugi
Ponieważ dzień wcześniej spakowałem swój plecak, pozostało mi tylko wrzucić cosik na ruszt, zrobić herbatkę w termos i w drogę. Obudziłem się bardzo wcześnie o dziwo! Wstałem już o 4 z małym haczykiem. Ogarnąłem się, zabrałem plecak i ruszyłem do autka. Na cel obrałem Tatry Zachodnie, a konkretniej to śniadanie nad Smreczyńskim, małe przepakowanko w Ornaku i Rakoń do Grzesia. Plan był ambitny, lecz nie do niezrealizowania. Zaparkowałem w Kirach, plecak na bary i .... przygody czas zacząć Dla przypomnienia na grań Tatr Zachodnich ostatnio wchodziłem jakieś 8 lat temu. Latem. Szlak wydawał się całkowicie pusty. Pracowali tylko drwale, zwożący pował i wiatrołom. Wchodząc od razu poczułem ten swoiski zapach, pomieszanie robionej bryndzy, oscypków, owiec i ich "śladów", zapach kwiatów ( krokusów się znaczy ) oraz potoku. Te wszystkie zapachy razem tworzą klimat dolin tatrzańskich. To chyba najbardziej oddaje "smak" niższych partii . Minąłem odejście do Jaskini Mroźnej, idąc dalej brnąłem po trosze w błocie, po trosze w pozostałościach po zwożonych smrekach. Wszędzie rozchodził się zapach żywicy, orzeźwiający chłód od potoku, który zaznaczał swą obecność coraz to głośniejszymi kaskadami po skalistym korycie. Po krótkiej chwili szlak zmienił swe oblicze, stając się z błotnistej mazi, ubitym lodowym jęzorem, nad którym moje nogi bezskutecznie próbowały łapać przyczepność. Nie mniej jednak parłem wciąż na przód. Na raki jeszcze nie czas - pomyślałem sobie. Po jakiś 40 minutach znalazłem się na rozwidleniu szlaków. W lewo odchodził do Przełęczy Tomanowa, lekko po skosie na Staw Smreczyński gdzie zmierzałem, by zaopiekować się moim żąłądeczkiem;), na wprost zaś do Schroniska Ornak. Zrzuciłem plecak, wypakowałem raki i dalszą drogę postanowiłem usprawnić sobie chrzęstem:D Dotarłem na miejsce biwaku po około 30 minutach ostrej rywalizacji moich nóg, które dziwnym trafem ciągle mi się gdzieś zapadały w śnieg. Niby tylko do łydek, do kostki, czasem po kolana, ale kosztowało to mnóstwo wysiłku. Dotarwszy na miejsce zacząłem wyżerkę Z pełnym brzuszkiem pozwoliłem sobie na odrobinę romantyzmu i zacząłem podziwiać widoki. Grań Starorobociańskiego do P.Tomanowa była cała w śniegu. Latem cała grań odbija się w tafli, tworząc odbicie, które lekko faluje. Dziś miałem sam lód. Nie mniej jednak robiło to wrażenie! To jest naprawdę magiczne miejsce! Bez jakichkolwiek banałów, lecz takie wymarzone miejsce na randkę. Po tych kontemplacjach i z nutką na ustach ruszyłem w drogę powrotną do rozwidlenia szlaków. W Ornaku jeszcze tylko rzuciłem okiem na mapkę i ruszyłem na przód. Obrałem za swój pierwszy cel Przełęcz Iwaniacką. Droga szlakiem całkiem sympatyczna. Mały potok, przejście po kamieniach i ostro w górę. Śnieg się skończył, więc zatrzymałem się by zdjąć raki. Chwilkę postałem, ponieważ gdzieś w oddali zasuwał dzięcioł ze swą melodią. Dotarłem po chwili do ujścia żlebu, którym prowadzi szlak. Niestety jak się okazało po parunastu metrach, niedawno zeszla tędy lawina, więc włażenie tędy: po pierwsze trąciło ryzykiem, że być może to jeszcze nie ostatnia, po drugie, diabelnie ciężko się chodzi po lawinisku. Co i rusz brnąłem po pachy w śniegu. Postanowiłem ułatwić sobie drogę pod górę i zacząłem z lekka dzikować na północ od żlebu. Jak się później okazało, moja decyzja był słuszna. Pował w odległości nawet 15 metrów od szlaku, często uniemożliwiał podejścia. A omijanie zajmowało okropnie dużo czasu i wymagało ogromnego wysiłku. Przy drzewach, leje od budzących się do życia konarów miały głębokość około metra, co przy nachyleniu stoku metr dalej pokrywa sięgała już 1,5 do 2 m czystego śniegu, a pod nim często leżał pował. Taki dzikowanie zajęło mi okolo 2 godzin nim dotarłem do Iwaniackiej. A to przecież miały być dopiero drzwi do dalszych "komnat" szczęścia. Przystanąłem wypluty, wyduźdany jak mops. Omijanie i dzikowanie alternatywnej drogi zajmowało mnóstwo czasu i pochłaniało ogromne zapasy mojej energii. Tak więc postanowiłem, że jak na pierwszy dzień to i tak już nieźle. Porobiłem kilka foci i oddałem się delektowaniu okolicy. Stoki jakie przede mną się wyłaniały znad górnej granicy lasu były urzekające. Białe kopuły szczytowe rosły przed mymi oczyma pod takim kątem, że czasem miałem wrażenie , że się pochylają. Dało się zauważyć jak w 2/3 wysokości stoku, pękają pokrywy śnieżne, granica między nimi była na tyle widoczna, że dało się zobaczyć cień, który rzucała na poniższą, obsuniętą. Tu na przełęczy wiatr szusował niczym nie hamowany. Dopiłem herbatę i postanowiłem, że zacznę schodzić. Schodząc już robiłem jeszcze fotki, a to się tu zatrzymałem, a to tu... I tak oto pierwszy raz stanąłem, patrzę...a gdzie są moje ślady?? Zrazu zero paniki, tylko no, przecież grzebałem się tędy, więc nie ma mowy, bym się zaglamał .. A jednak. Parę chwil na rozglądanie i wypatrywanie miejsc charakterystycznych, które zapamiętałem w drodze wejścia. Coś wyoczyłem, ale znajdowało się ono jakieś 20 m na północ od mojej obecnej lokalizacji. Cóż, pomyślałem sobie. Pewnie dałem ciała i najzwyczajniej w świecie zlazłem. Prę więc na górę potykając się o pnie pod śniegiem. Dopchawszy się w z góry uplanowane i upatrzone miejsce stwierdziłem ze zgrozą, że tu nie ma żadnych śladów. Parę minut pokręciłem się w niedowierzaniu i zacząłem trzeźwo myśleć. Łeb do góry i po szczytach, gdzie ja mogę być. Cóż, tu nic mądrego nie wymyśliłem, więc postanowiłem iść na pewniaka. Tam gdzie żleb, tam wyjście, pomyślałem sobie i ruszyłem w dół. I tu się zaczęła zabawa. Wchodząc stopa zazwyczaj atakuje częścią śródstopia, bądź też palców teren. Przy zejściach zaś jest odwrotnie. To pięta przejmuje największy ciężar, z dwóch powodów. Pozwala "ugruntować" miejsce, na które stąpasz jak i stabilizuje postawienie. Przy chyba piątym stąpnięciu poczułem jak zlatuję i w sekund parę byłem uwięziony po pachy w śniegu. Jak później się okazało ponad 30 min zajęło mi wygrzebanie się z tej jopy!! Nogi miałem jak z galarety.. hahaha.. Tym razem schodziłem już uważniej, badając grunt kijkami. Niestety po nastu krokach znów wylądowałem w śniegu, tym razem jednak z nogą między pniami, który obtarł mi się o piszczel. Od razu pierwsza myśl, skoro mam raki to leżącemu już drzewu pod zwałem śniegu i tak już nie robi różnicy, a ja jakoś wyleźć stąd muszę. Tym razem gramolenie poszło mi znacznie lepiej. Resztę drogi poświęciłem głównie utrzymywaniu się na powierzchni śniegu..Po jeszcze kilku takich wpadkach, na mniejszą skalę do dna żlebu i ... odnalazłem ślady "żywych i na ogół rozumnych istot". Postanowiłem do nich przystać i ruszyłem ich śladem. Odnalazłwszy "utracony " wątek poczułem się znacznie pewniej. Co prawda strachliwy nie jestem, lecz bycie samemu na szlaku, z perpektywą dzikowania po kolana choćby, w śniegu do samego wieczora optymizmem mnie nie napawała. Dotarłem wreszcie już bez większych przygód, poza wpadnięciem jeszcze do takiego płynącego małego potoczku, po kostki dosłownie. W Ornaku, zajadłem się batonami, byle tylko odbudować jeszcze troszkę energii i od razu ruszyłem w dół, kierując się już do wyjścia ze szlaku. Po ponad 1,5 godzinnym schodzeniu dotarłem do auta, gdzie zwaliłem się jak "sosienka".Wtedy to zacząłem robić bilans strat, zysków. Wrażeń oraz próbowałem sklasyfikować uczucia, jakie mną targały podczas tego niecodziennego zdarzenia. Cała przygoda zajęła mi prawie 8 godzin. Do domu dotarłem zmachany, ale szczęśliwy jak małe dziecko, które dostało ulubioną zabawkę. Wgramoliłem się jeszcze na pokoje, ogarnąłem się, wtranżoliłem sutą i słuszną kolację, obmyślając co jutro będę czuł.



18 kwietnia - Dzień trzeci
Z uwagi na fakt, że dzień wcześniej padłem jak neptek, wstałem ... dla odmiany przed 5 rano. W zimnym pokoju, spod kołderki nie chciało mi się nawet palca od nogi wystawiać. No ale co tam, twardym trza być, nie?! Więc opracowawszy sobie technikę szybkiego dostania się do łazienki zerwałem się i za chwilę byłem pod cieplusim prysznicem. Rozkoszowałem się chwilkę;Dciepełkiem, które mnie ogarniało. Szybciutko wstawiłem wodę na kawę, śniadanko, herbata w termos i prawie gotowy. Po śniadanku poczułem, że cosik mi dokucza kolano. Klnąc pod nosem poszukałem swej opaski, z którą się nie rozstaję i założywszy postanowiłem, że nie odpuszczę. Może trzeba tylko rozchodzić...?! I faktycznie, ruszając już w dół ból się zmniejszał, więc pomyślałem - jest dobrze. O 6 parłem już na szlak z dziwnie roześmianym pychem. Sam nie wiem skąd ta głupawka, ale nie przeszkadzała mi w żadnym razie. W dobrym nastroju szedłem dość szybko. Tu mały przerywnik. Gdy podjechałem na parking, w celu pozostawienia mojej pandziochy, wychodząc z autka "zaatakował" mnie pan "wcześniej urodzony". Rąsia, cześć i od razu do rzeczy. Pyta mnie gdzie idę, na Zawrat pewnie, co? Ja oczywiście z zaskoczenia wzięty, zrazu zapominam języka w gębie. W związku z tym z lekko rozwartą gębą i zapewne głupawym wyrazem twarzy wsłuchuję się w wiadomości z Wysokich. Ten słowotok; wspaniale się go słuchało nawiasem mówiąc, trwało to prawie 5 minut, po czym włączyłem się wreszcie do dialogu. Ależ facet ma autorytet i wiedzę!!! Ten język, charyzma!!Po całej rozmowie trwającej prawie 20 minut! pożegnaliśmy się jak na ludzi gór przystało - tylu zejść ilu wejść i życząc sobie super dnia pożegnaliśmy się serdecznie. Nigdy w życiu się nie spotkaliśmy! Musiałem mu pewnie przypominać jednego z kursantów...Przez cały ten czas starałem się sobie przypomnieć skąd ja tą buźkę znam. Bo osobiście nigdy nie miałem przyjemności. Po powrocie okazało się, że tenże człowiek mieszka dwa domy ode mnie , na Olczy! Tak to zacząłem kolejny dzień od przygody ze spotkaniem z taką Osobistością. Poprawiwszy plecak, szpeje ruszyłem bardzo szybko, podbudowany i rozochocony "profesjonalizmem" jaki "łyknąłem".Tego dnia obrałem sobie za punkt honoru Kasprowy Wierch, no i może; jak mi sił starczy a języka nie przytwierdzę rakiem gdzieś na stoku, kawałek Czerwonych Wierchów. Około południa byłem już na szczycie. Zmachany, ale jakże szczęśliwy. Narciarzy było sporo, lecz umiarkowanie. Większa część ludzi opalała się na odsłoniętej części stoku. Ja zarzuciwszy herbatkę i batony, wyjąłem kurtałkę, bo dość wiało.A że wątłej postury jestem, to dziękowałem , że mój plecak trochę jednak mnie jeszcze przytrzyma. Nie mniej rzucało mną odcinkami jak pies flakiem. Ale co tam. Postałem, puknąłem kilka foteczek i zasępiłem się. Pomyślałem sobie ... Jak to miło by było podróżować po tej grani bez końca. Łza zakręciła mi się ... taki sentymentalny jestem i miętkie serduszko mam ... Łatwo się coś ostatnimi czasy wzruszam....To niby kawał skały, pokryty śniegiem, lodem. A jednak wzbudza takie emocje. Sam fakt dotarcia tu jest już dla mnie dużym wyczynem. Szczególnie, że dokonanym zimą. A ja tu "sam". No wiem, że nie do końca, lecz w takich sytuacjach nachodzą różne myśli. Piękno okolicy, niecodzienne widoki, które do tej pory były raczej przeze mnie oglądane na filmach, teraz stały się moim udziałem. Częścią mnie samego. To coś jak taki mały trybik, który dojdzie na zębie zębatki do górnego martwego punktu i musi opaść, lecz jest to już stopień dalej. Od kilku lat, nie licząc wakacji z córeczką, jeżdżę w góry sam. To z jednej strony pozwala mi przeżywać moje góry bez "zobowiązań" emocjonalnych, lecz prowadzi do ... gadania do siebie.. hahaha... co powszechnie jest uznawane za starcze zapędy. haha.. No ale wracając do tematu. Stojąc na grani i tak rozmyślając zagadało do mnie dwóch jegomości. Kijki, raki, 40-tki plecaki, lina, czekan. Pomyślałem zawodowcy. Lecz czemu akurat ja?! przykułem ich uwagę. Krótkie pozdro i spytali co robię. Miałem na końcu języka walnąć, że "kątempluje", ale się powstrzymałem, lecz na samą myśl o tym słowie uśmiech wrócił mi na opaloną już ciut gębę. Mówię, że jeszcze nie wiem. Miałem zamiar przejść trochę granią do Kopy i kawałek dalej w kierunku Czerwonych, ale się waham. Rozważam mały spacer po grani w kierunku Świnki;D Ta Świnica ciągnie mnie jak diabli!! A oni właśnie szli w tamtym kierunku, jak się okazało. Zaprosili mnie bym się do nich przyłączył. Wahałem się co odpowiedzieć, bo przecież moje przygody w górach zimową porą nie są naznaczone "profesjonalnym łojeniem". Podziękowałem im bardzo, coś w stylu, że łapię aklimatyzację i wybrałem się tylko na mały spacerek, ale jak coś to ich dogonię. Powiedzieli, że idą północną śnianą jak coś i do Czubów, zejdą Kościelcem do Murowańca. Spytali jeszcze na odchodnym, czy mnie Świnka nie ciągnie?? Ale już nic nie odpowiedziałem, bo wiatr zagłuszał moje słowa i zatykał straszliwie. Gdy już się oddalili, znów mi się sposępniało. Czy mnie nie ciągnie. Jasne, że tak, i to jeszcze jak cholera! Ale mam świadomość swych niedoskonałości, jak również wcześniejszych kontuzji, które wykluczają mnie z tego grona szczęśliwców:( Przynajmniej narazie. No ale jak to mówią nigdy nie mów nigdy. Robię co mogę,by urzeczywistniać swe marzenia!! To przecież nie musi być akurat Świnka, może inny , mniejszy, wcale nie mniej ciekawy strukturalnie szczyt, prawda?! Tak czy inaczej, postanowiłem jednakoż przelecieć się po grani właśnie w tamtym kierunku. Założyłem raki, przygotowałem czekan, wpiąłem karabinki do asekuracji, spiąłem plecak i ruszyłem. Szedłem zrazu wolno, było dość sporo lodu, po wczorajszym Halnym. Grań miejscami robiła się wąska na tyle, że ekspozycja po bokach robiła wrażenie!! Wtedy wręcz słyszałem muzykę z filmu K2, jakieś 200 metrów do kopuły... Przeszedłem przełęcz i parłem na Liliowe. Zrobiło się troszkę stromo, więc zacząłem trawersować zbocze w celu uniknięcia ewentualnego zjazdu. Wszystko szło jak po maśle. Jakieś 30 metrów od topu zaczęły się skałki pod lodem. Przystanąłem, poprawiłem się i przyjąłem pozycję "atakującą". To ni mniej ni więcej wyglądało jak rozdeptany pająk próbujący łapać się na szkle polanym oliwą. Nóżki po kilku metrach zaczęły mi drżeć. Bynajmniej nie ze strachu, lecz raczej z wysiłku. Zaczęły się momenty, w których trzymałem się tylko dwoma zębami atakującymi raków w lodzie. Parę kroków, raki wbijane po kilka razy w celu dobrego "uchwytu" i znów to samo. To tygrysy lubią najbardziej!!! Po chwili będąc pewny swego wbicia lewym rakiem, prawym przeszukiwałem miejsce do następnego wbicia. Wtedy chrup, sru i pierdu do dołu. Zdążyłem złapać czekan i zacząłem awaryjnie hamować. Za chwilę już, może z pięć metrów zjechałem i stanąłem. Ale czułem, że mnie cosik kłuje w lewe podudzie. Ja tu patrzę, a mój prawy rak siedzi sobie w moich lewych gaciach. Szybciutko go usunąłem z nadzieją, że nie wszedł zbyt głęboko. Ponieważ cały czas jeszcze byłem w pozycji na "ziabę na asfalcie", zakotwiczyłem się czekanem i przystąpiłem do oględzin mojej nóżki. Okazało się, że 1 cm niżej i nic by się nie stało - miałem opaskę. A tak 3 centymetrowa "wżera" i kilka rysich pazurów. Nic na szczęście po za tym się nie stało. A, no i gacie pod kolanem udarte. Ale pal licho gacie, grunt, że noga cała, pomyślałem sobie. Wyjąłem apteczkę i skrzętnie lawirując paluszkami próbowałem się dostać między gacie, kalesonki do mojej gagusi. Zdezynfekowałem, lecz na opatrunek postanowiłem poczekać do Kasprówki. Ściąganie gatek na tej wysokości grozi wymrożeniem jegomościa i wiąże się z wieloma innymi przygodami, raczej niespecjalnie przyjemnymi. Poruszałem nogą, jest ok. Nic nie boli, ale czuć małe obtarcie. Pomyślałem sobie, najwyżej z powrotem będzie dwa razy szybciej, więc w 20 minut będę w Kasprowym. Tak więc cała przygoda skończyła się lekkim uszkodzeniem podwozia i rozdartymi gaciami.Krótki rekonesans oczyma dookoła, pogoda zmienia się z uwagi na bardzo silne podmuchy z minuty na minutę. Ale nie zapowiada się by miało tłuc gradem. Kask na łeb i szybka decyzja i idę dalej. Zwiększyłem więc czujność i zapierałem dalej. W między czasie zatrzymywałem się jeszcze kilka razy sprawdzając, co tam słychać poniżej. Ale moja przyzwoicie chodząca kończyna zachowywała się jak kózka. Na ostatni etap postanowiłem wybrać zachodnią ścianę Świnicy. Porobiłem kilka fotek. Tu już wiało mocno. Spotęgowało to wzrost adrenaliny. Miałem strasznie nieodpartą ochotę przeć dalej. Lecz rozum nakazywał wycof. Postałem więc jeszcze, napawając się moim "małym, lecz jakże wielkim zwycięstwem". Żałowałem, że nie mogę tego z kimś podzielić. W takim momencie, cały trud, męka podejścia, ciepło doliny jest w tym jednym ułamku sekundy - zdobycia celu - czymś nadzwyczajnym!! To takie piękne, wzruszające, wręcz rozczulające uczucie. Pełne skrajnych emocji! Mimo zmęczenia masz ochotę iść dalej. Adrenalina buzuje w Tobie przeszywając organizm mnóstwem informacji, wrażeń, odczuć, od euforii po smutek, otuchy po obawy. To taki moment w którym chaos króluje i jest jedynym wypełnieniem w Twych myślach. Tego się nie planuje, to wychodzi jakoś samo z siebie! Gdy tylko zacząłem się rozglądać, cały nastrój zaczął powolutku stygnąć, choć nie do końca. Lecz czas było pomyśleć już o wycofie. W końcu Ona tu będzie i nigdzie mi nie ucieknie. Z tą myślą zrobiłem piękne pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem w dół.... 
Opisując swoje przygody siedzę sobie już w łóżeczku, popijając ciepłą herbatkę. Przez okna podziwiam całą grań Polskich Tatr. Z perspektywy łóżka, cały mistycyzm gór wygląda zupełnie inaczej. Wszak, tylko ten kto wchodził, wie ile trzeba czasem włożyć trudu, by wejść, osiągnąć jakiś tam cel, no i przede wszystkim zejść. Mistycyzm i piękno dopełnia szczęścia, jednocześnie dopiero wówczas mamy poczucie całowitego spełnienia. Czymże byłby sam duchowy klimat, gdyby nie był okupiony właśnie zmęczeniem, czasem potłuczeniem. Ale to wszystko jest nierozerwalnie przypięte do gór. Szczęście i radość jest dla mnie tym większa, iż dziś "pokonałem siebie". Zacytuję : (...) Chcę, potrafię, jestem skałą, stać jak posąg,to za mało. Wolę ruszyć poza świat (...) Pokonam dziś siebie, pokonam siebie, udowodnię, że można lepiej!(...) Hej, mówię sobie 'Siłę masz i nie przegraj, wygraj, grasz, ale w pokonanie siebie!'(...). To może banalne, lecz właśnie w tej kolejności, konfiguracji, moje szczęście z dnia dzisiejszego łatwiej mi opisać. Góry zimą, które ostatnio najbardziej ukochałem, ciągną i wołają do mnie coraz częściej. Nie umiem sobie niestety jeszcze odpowiedzieć, dlaczego. Wierzę jednak, że kiedyś się o tym przekonam. Napisałaś mi, że fajnie byłoby móc poczuć zapach tamtych miejsc. Jak też tu Ci go przesłać. Jak to mawiali:dumał, dumał,a carem nie budiejsz. Niestety nic mądrego nie wydumałem. Lecz postanowiłem, że spróbuję to jakoś ująć słowami. Każda partia, począwszy od dolinek do góry ma swój niepowtarzalny "urok i smak". Tym razem skupię się na próbie oddania górnej części. Nad granicą schronisk, zimową porą jest raczej baardzo cichuteńsko. Ja trafiłem na totalną "ciszę" wietrzną na wejściu do Kasprówki. Słonko prażyło,a śnieg odbijał od dołu przypiekając wszystkie wystające członki ciała - u mnie to jest nos;D Słyszałem stukot czekano-młotków gdzieś w skale. Pewnie gdzieś się wspinali taternicy. Krystalicznie czyste powietrze. Ostre, zimne wdzierające się w płuca, które po wysiłku próbują łapać jak największe chausty. Chrzęst śniegu pod butami, Twój oddech miarowy, lecz pragnący życiodajnego tlenu. Temperatura niby niska, lecz idąc w ciszy, pod parasolem słonecznym masz wrażenie, że jesteś na patelni głównym daniem. Chłód i ciepło, radość i wkurzenie. Na grani wiatr, że chce przewrócić, skóra na twarzy w momencie sztywnieje. Balaklawa na dziób i dalej, no ale znów trzeba się zatrzymać. Same skrajności, ciągłe zmiany, lecz to nic innego jak właśnie odbicie lustrzane ludzkiego podejścia. Psychiki. Celowo opisałem to zgoła odmiennie od tego co ostatnio i w takiej formie. Chcę przez to powiedzieć, że takie właśnie są górne partie, nieprzewidywalne, mimo "przygotowania". Piękne, lecz zarazem groźne i czychające na mały błąd. Tu są zgoła zupełnie inne warunki podejścia. Góry zimą mają inne zgoła oblicze. Tu decydującą rolę w kwestii Twego być lub nie odgrywa doświadczenie. Ja dopiero nabywam, lecz cele, które obieram pozwalają na szybki i bezpieczny wycof. Odpowiedzialności i wspaniałych widoków, uniesień duchowych;D HEJ!!

TagsTags: trekking tatry 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Wspinanie Wspinanie

To chyba świetny moment, aby zacząć prowadzić jakiś dziennik slackline'owy, choćby miał to być internetowy blog. Jest zima i to całkiem sroga jak każdy kto ma okazję przebywać w kraju widzi. Pierwsza zima od kiedy chodzę po slacku. Tak zwany "martwy sezon". Nie to jest najgorsze, bo to nie pogoda sprawia, że cały sprzęt leży pod szafą i nawet na niego nie spoglądam, a przynajmniej staram się.

 

Ale zacznę od początku i postaram się mocno streścić. Jeżeli ktokolwiek w Polsce zajmuje się slackiem trochę bardziej na poważnie, to z pewnością słyszał o Janie Gałku. Tak się złożyło, że zupełnie przypadkowo zacząłem z tym wariatem trenować na ścianie wspinaczkowej we Wrocławiu i tak po całej zimie ładowania, na wiosne Janek wrzucił mie taśme. I zaczęło się. Przed zajęciami do parku, zamiast na wykład to do parku, po zajęciach do parku. Dzięki temu, że nad moim rozwojem czuwał zarówno Janek, jak i inny świetny slackliner Damian Czermak, nietrudno było o szybkie postępy. Dodatkowo chłopaki zabrali mnie na festiwal slackline'owy "Petzl Slack Trip 2009" w czeskim Ostrovie. I tam właściwie klamka zapadła. Chciałem chodzić po coraz dłuższych i trudniejszych taśmach. W maju, niespełna trzy miesiące po moim pierwszym kroku na slack'u nastappił moment przełomowy. Przeszedłem swojego pierwszego highline'a - "6th Avenue" - 15 metrową linię łączącą Duży i Mały Sokolik w Górach Sokolich. Od tamtej chwili slackline przestał być dla mnie hobby, a stał się stylem życia wręcz uzależnieniem. Podczas lata nie opuściłem żadnego festiwalu, ani w Czechach, ani w Niemczech. Nie dotarłem jedynie do Lublina z powodu skręconej kostki ( notabene podczas innego festiwalu - na "Bisiku" w Czechach ). Poznałem niesamowitych, oddanych temu sportowi ludzi. I kiedy byłem już zupełnie zadowolony z mojego pierwszego sezonu i nawet spokojnie oczekiwałem zimy, bum. Oferta nie do odrzucenia. Janek, Damian i Ja zamiast rozpocząć kolejny rok studiów wzięliśmy dziekanki i sponsorowani przez Grolsch'a wyruszyliśmy na 3 miesięczny trip po USA. Nie ma większego sensu bym tu o nim pisał, cały dziennik wyprawy i zdjęcia można znaleźć na www.slackspirit.pl. Niestety nie skończyło się aż tak różowo, bo na miesiąc przed planowanym powrotem zwichnąłem sobie bark. Dziwny wypadek podczas bouldering w Joshua Tree - bark wypadł praktycznie sam, przy dość dziwnym ruchu na wypych, kiedy wychodziłem na top boulderu "Out of Touch". Jedna z bardziej przerażających sytuacji w moim wspinaczkowym życiu, kiedy leżałem klatką piersiową na szczycie głazu, a tyłek i nogi zwisały mi jeszcze za krawędzią. No i oczywiście z barkiem koło szyi, a nie na swoim miejscu nie da się skończyć problemu, więc po kilkunastu sekundach czekał mnie krótki, 4 metrowy lot w dół. Na szczęście pad był tam, gdzie miał być i nawet udało nam się znaleźć w przeciągu 10 minut wspinacza - lekarza, który ów bark nastawił. Tyle, że trzeba się było pakować do domu.

 

Nie ma jednak tragedii. Osiągnąłem o wiele więcej niż mogłem sobie wyobrażać. Kto by pomyślał, że w 8 miesięcy po spotkaniu z tym sportem będę miał okazję stanąć na legendarnym Lost Arrow Spire i pracować nad najtrudniejszymi highline'ami na świecie z całą czołówką światową, której popisy jeszcze niedawno z wybałuszonymi oczyma oglądałem na youtube.


Tak czy inaczej, zaraz trzeba się zbierać na rehabilitację i mieć nadzieję, iż wróce do sportu szybciej niż później i następny wpis, będzie już po zejściu z taśmy.

TagsTags: slackline highline 
1 January, 19701 January, 1970 2 comments Trekking Trekking

W ramach rozruszania kości, na przekór ostrzeżeniom dyżurnego synoptyka, który przekonywał, że jakiekolwiek wychylenie nosa za okno, w tych jakże przezimnych, przemroźnych dniach, zakończy się niechybnym odmrożeniem członków wszelakich, poszliśmy sobie dziś z Emilką na Krawców Wierch. W miarę oddalania się od Bielska, zostawialiśmy za sobą smog, temperatury sięgające - 15° C i zimowe odrętwienie. W miarę zaś zbliżania się do Złatnej, temperatury stawały się bardziej ludzkie (- 4° C), a słońce mile raziło w oczy. Potem był przyjemny spacerek, brak ludzi na szlaku, lśniące w słońcu góry i skrzące się płatki szreni na śniegu. W końcu totalnie klimatyczna, mała, opustoszała bacówka. Oczywiście smog pozostał daleko pod nogami, a nad nami jedynie czysty błękit nieba i słońce. Świat jakby zupełnie przeciwstawny temu, co na dole.  Niektórzy uważają, że odpowiedź  na pytanie - po co chodzimy w góry jest bardzo trudna ... a przecież tak naprawdę, jest tak banalnie prosta....

Ps. Niezależnie od tego czego chciałby dyżurny synoptyk, po przyjściu do domu, żadnych ubytków  w członkach wszelakich, nie stwierdziłem:-)

 

TagsTags: krawców wierch bacówka 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Kwiecień 2018. Zainteresowało mnie ogłoszenie Sebstiana, które pojawiło się na jeden z grup fejsbukowych. Powrót w Himalaje marzył mi się od lat, od dawna chciałam zobaczyć Ladakh. Umówiliśy się na wyjazd w Tatry, żeby poznać się trochę i pogadać przed wyjazdem. Kilka dni później kupiłam bilet do New Dehli. Pozostałe osoby, Pawła i Przemka również zwerbowaliśmy za pomocą internetu. 

Kozi Wierch

 

Sierpień 2018

 

lot

 Do Indii lecimy przez Kijów. Z Pawłem spotykam się na warszawskim lotnisku, zaraz po ewakuacji MacDonalda, gdzie jakaś gapa zostawiła bagaż. Ktoś mi wytłumaczył jak działają prawa fizyki, ale jednak nie do końca akceptuję fakt, że kilkustettonowy kolos z ponad setką ludzi na pokładzie ot tak po prostu wznosi się w przestworza. 

 

New Dehli

 

New Delhi - gdzie spędzamy dzień i noc - jest męczące. Wilgotność (pora monsunowa), smog, hałas, wszyscy trąbią, wszyscy jeżdżą ta gdzie chcą. Ciągle jesteśmy zaczepiani, chcą nam coś sprzedać lub gdzieś zaporwadzić. W przejściu przez ulicę pomagają mi policjanci. Na mniejszych uliczkach jak ta - trzeba wciąż uważać, czy rower lub motor nie najadą na na nogi. Wszechodbeny smród moczu - faceci po postu się odwracają i oddają go gdzie popodanie.

 

Za pomocą GPS przeszliśmy z uliczki gdzie był nasz hostel do Old Dehli. Te 4 km naprawdę mnie wykończyły. Ciekawostką były "tematyczne" uliczki - w jednym miejscu części dla samochodów, w innym książki, a tutaj - sari.

 

Leh, Main Bazaar

Półotoragodzinny lot i znajdujemy się w zupełnie innej przestrzeni, Leh, stolica Ladakhu, licząca sobie "aż "27 tysięcy mieszkańców. Dawniej leżało na szlakach kupieckich prowadzących z Tybetu, Sinciangu (dziś Chiny), Kaszmiru, Bałtystanu (dziś Pakistan), Pendżabu i wielu innych. W rezultacie, choć dominuje to buddyzm tybetański znajdziemy tu przedstawicieli wielu kultur i religii.

 

Ladakh (liczba ludności ok. 300 tys.)  jest częścią indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir (ludność ok. 12,5 mln), zamieszkiwanego w większości przez muzułmanów.  Buddystom nie jest łatwo domagać się swoich praw w zakresie religii, kultury czy edukacji. Mimo wszystko jest tu spokojniej niż w innych częściach Indii, konflikty między grupami zdarzają się rzadko.

 

Pierwsza noc w Leh, na 3500 metrów, przebiegła o dziwo w miarę spokojnie. Chociaż ja trochę sobie pomagałam diuramidem i aspiryną ;) Cała nasza trójka (ja, Paweł i Przemek z którym umówiliśmy się w tymże hostelu) budzi się w miarę wypoczęta. Ostatni nocleg w cywilizacji. Zarezerwowany przez booking hostel jest przystosowany do potrzeb zachodniego turysty - mamy konkakty, możemy naładować wszystkie możliwe baterie.

 

W południe obieramy Sebastiana i ruszamy w góry, do Chilling. W planach mamy przejście trekkingu Markha Valley a następnie przejście przez trzy przełęcze do Mankramo leżącego już na szlaku do bazy pod Stok Kangri. 

 

Skiu-Markha

 

Drugi dzień trekkingu jest najbardziej męczący. Przewyższenia niewiele - ok. 400 metrów, ale za to 21 kilometrów marszu. Jest badzo gorąco - 30 stopni w cieniu. Ciężki plecack w tej sytuacji nie pomaga :) Łapiemy każdy możliwy kawałek cienia.

 

Kiedy powoli docieramy do zaplanowanego nocleguispotykamy na drodze wieśniaka, który pyta nas, czy zmierzamy do Markhi. Kiedy potwierdzamy, że owszem, mówi nam "bad river". Myślimy, że ma na myśli przekroczenie rzeki już za Markhą, syszeliśmy o nim od napotkanych w Leh Polaków,którzy robili tę trasę rok wcześniej.. Zerwało most, trzeba przejść rano, najlepiej za grupą z przewodnikiem, których tutaj nie brakuje. Próbuję jednak dogadać się z wieśniakiem "but problem is before Markha, after Markha" - na kilka sposóbów, jego angielski jest jednak zbyt słaby. Mówi nam tylko "bad river" i idzie w swoją stronę.

 

Jakieś 15 minut później przekonujemy się o co chodziło. Zerwało most. Rzeka jest bardzo wzburzona. Chłopaki próbują na wejść, ale w każdym miejscu rezygnują po kilku krokach. Powyżej widzimy dwie osoby, które próbują przekroczyć rzekę, ale również zawracają. Myślimy jak dostać się do Markhi, mamy w pamięciu kolejne trudne przejście, które nas ta czeka i konieczność przejścia rano. Rano stan jest najniższy, w ciągu dnia gwałtownie się podnosi, bo mocne słońce szybko topi wodę z lodowców.  W stromych zboczach góry wyryte są kamienne, osypujące się ścieżki, wariant szlaku, który na naszych mapach zaznaczony jest jako "high river". Nie wiemy jednak jak się tam dostać - krzaki na dojściu są dość gęste, a szlak wysoko. Podczas dyskusji z krzaków wyłania się widziana wcześniej para. Po kilku zdniach po angielsku możemy przejść na polski :P Ola i Bartek już ponad półtorej godziny szukają przejścia, czy to przez rzekę czy dojścia na górę - i postanowi się poddać. Nam nie zostaje nic innego. Na szczęscie do dobrego miejsca na nocleg musimy cofnąć się tylko kilka minut.

 

Nocujemy w gospodarstwie leżącym przy szlaku, na wyskości 3700 metrów, na trwaniku rozbiliśmy swoje namioty.. Rozmawiamy i ... patrzymy w gwiazdy. Tu, z z dala od cywilizacji, w pięknym bezchmurnym niebie, widać je doskonale. Chęć położenia się już spać po upalnym dniu walczy we nie z chęcią patrzenia się w niebo. W końcu to sierpień, czas perseidów. Raz na jakiś czas spada gwiazda. Udaje się pomyśleć życzenie.  Patrzę w kosmos, w niezmierzoną wieczność. Jak mała w tym wszystkim jestem, jak kruche jest moje istnienie. Dziękuję Bogu, że tak wiele piękna udało się zobaczyć.

 

Następnego dnia zwartą, sześcioosobową grupą idziemy na spotkanie z rzeką. Rzeczywiście jest dużo spokojniejsza. Tylko w jednym miejscu czuję się niepewnie, poza tym jest dość wygodnie. Głeboko oddychamy z ulgą. Kiedy docieramy nad drugi koniec wioski Markha okazuje się, że tutaj most jest już naprawiony. W kolejnych latach "bad river" może pokazać swoje oblicze jeszcze w innym miejscu.

 

Hankar

Tego dnia nocujemy w wiosce Hankar na około 4000 tysiącach metrów jest zaledwie kilka domów i niemal nie widać ludzi. Tylko w jendym z domów obydwała się niewielka ceremonią religijna z udziałem mnicha i kilku osób, poza tym cisza. 

Hankar

 

Zachód słońca był magiczny.

 

Z Hankar do Nimalingu mamy 800 metrów przewyższenia i ok. 10 kilometrów. Dla mnie ten dzień był najładniejszy - rozlgłe widoki, cisza (rzeka Markha skęcała gdzies w głąb lodowców). Coraz rozleglejsze widoki, morze gór, kamienie modlitewne, flai, "jeziorki z buddą". Był to też dzień kiedy okazło się, że pierwotny plan nie ma szans powodzenia. Dla Sebstiana spakowany plecak okazał się za ciężki na tak długą wędrówkę. Paweł przyjął decyzję z ulgą - od pierwszego dnia dokuczały mu pęcherze na stopach. Smutno, ale czasem tak jest. Pod Stok Kangi dostaniem się schodząc w dolinę i podchodząc ponownie, zamiast iść przez góry.

 

Hankar

 

Każdy przechodzący pielgrzym powinien zostawić kamień. Trochę jak na Krzesanicy ;)

 

 

Hankar-Nimaling

 

Jeziorko z buddą i szczyt Kang Yatse. Na niższy wierzchołek, 6200 metrów, można wejść z Nimalingu ( 4841), czyli z miejsca gdzie spędzimy kolejną noc. Spotkaliśmy tam Włocha, który dokonał takiego wejścia nie planując nawet tego wcześniej - po prostu wynajął przewodnika (ktory prowadząc na szczyt miał zwykły kij drewniany) i sprzęt (tzn wątpliiwej jakości raki automatycze doczepiane do butów podejściówek) i od tak z marszu zbobył sześciotysięcznik.

 

Kang Yatse

 

A to Kang Yaste i modlitewne flagi. 

 

Nimaling

 

Nimaling (tzw tent homestay tzn że jeśli nie masz namiotu możez kupić mejscówkę z wyżywieniem) jest niezykle pięknym miejscem - ale wysokość daje się odzuć. Na szczęście w moim wypadku kończy sie to tylko ogólnym rozkojarzeniem i brakiem koordynacji. Czyli do przeżycia.

 

Kongmaru La

 

 

Potem zostaje już tylko wejście na przełęcz, około dwóch godzin z bazy. Na początku mam wrażenie, że ktoś mi zabrał moje płuca, później jest już ok, tyle, że idziemy bardzo wolno. Kongramaru La leży ok. 5200 metrów nad poziome morza. Najwyższy punkt treku. Piękny, surowy widok. Jest Kang Yaste, jest nieco odległe pasmo Zansakru. Czujemy się dobrze. Jest pięknie, chce się żyć. Szkoda, że trzeba zejść.

 

Chogdo

Wioska Chogdo na 3900 metrów, ostatni nocleg na trekkingu. Spragnieni interakcji międzykulturowej przeszliśmy się po wiosce, weszliśny do jednego z domów na hebratę i ciastka (płatne). Chcieliśmy trochę porozmawiać, w końcu któś troszkę lepiej znał angielski. Zostaliśmy jednak sami z indyjską telewizją i sztarszym panem. Pogrążony w modlitwie chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z naszej obecności.

 

W Chogdo rozdzielamy się. Przemek czuje się dość silny, by wędrować pierwotnym wariantem naszej trasy. Spotkamy się za dwa dni. Nasz trójka schodzi w dół. Szkoda trochę noszenia zbyt ciężkiego plecaka - na Markha Valley jedzenie można kupić na całej trasie, my mieliśmy sporo własnego na dalszą część trasy. To jednak góry, nie zawsze wszystko się udaje. Taksówką jedziemy do wioski Stok, tu mamy dzień na odpoczynek. Sebastian, który dodaatkowo mocno się przeziębił decyduje się zjechać do Leh. Z nim spotkamy się w base campie.

 

 

Stok

Na ulicach wioski u stóp Stok Kangri toczy się normalne życie. Chłopcy grają w krykieta, narodowy sport Indii, nie przejmując się brakiem sprzętu czy boiska.

 

Stok

Po jednodniowym odpoczaynku wracamy na szlak. Już trochę ponad godzinkę nad wioską Stok napotykamy na pierwszy obóz, na około 4000 tysiącach metrów. To dobre miejsce na nocleg dla tych, którzy nie mają jeszcze aklimatyzacji. Po obżarstwie w homestay'u w Stok z wdzięcznością przyjmują propozycję Pawła żeby zatrzymać się w tujejszej "kuchni" i obalić coca-colę.

 

 

NO PIN NO GIN

 W kilku miejscach w górach na kamieniach widzimy napisy motywacyjne "NO PAIN NO GAIN". Jednak na podejściu na Stok Kangri spotykamy nieco inną wersję tego napisu :) Myślimy sobie, że autorowi musiały również nie zadziałać bankomaty w Leh. Niesety zachodnie banki z automatu blokuja karty przy próbie wypłaty gotówki, nie pomaga także częsty brak internetu. Ratunkiem sa posiadacze terminali do kart.

Mankarmo

Z obozu w Mankarmo na 4300 pięknie widać naszą górę. Miejsce jest widoko piękne, ale obóz mało zadbany. Dodatkowo mamy przykrą niespodziankę z permitem. Okazuje się, że dokument, który załatiwliśmy w Leh, w Indian Mountaneering Foundation i za który zapłaciliśmy 50 USD od osoby jest ... niepotrzebny. Od tego roku obowiązuje tylko "opłata środowiskowa: 500 rupii (ok. 25 PLN) bezpośrednio w obozie. W IMF po prostu nas oszukali.

 

 

Do obozu pod Stok Kangri docieramy już w trójkę. Jesteśmy na wysokości 4970 metrów. W nocy chcemy iść na szczyt. Dobrze jednak troszkę się zaaklimatyzować. Ruszamy w kierunku tzw gompy - stromą ścieżką w górę, na wyskość 5100 metrów. Zamiast "przepisowych" 40 minut idziemy 20, jest dobrze. Co prawda zamiast obiecanej gompy jest tylko trochę kolorowych flag modlitewnych - ale mamy stąd piękny widok na Stok Kangri. A także na skupisko namiotów w base campie. Na niewielkiej przełączce koło chorągiewek spotykamy trzech chłopaków z Polski (Leszek, Piotrek, Wojtek), poznanych już wcześniej w obozie. Oni także nie są tu bez przewodników i tragarzy, czyli są w obozowej mniejszości. Oni także idą w nocy na szczyt. 

 

aklimatyzacja 5400

Po południu dośc mocno się rozpadało i nie przestało aż do drugiej w nocy. Wyjście na szczyt musieliśmy przełożyć. Trochę z nudów, trochę dla lepszej aklimatyzacji, przszliśmy się na pobliską górkę, na wysokość ok. 5400. Czasem zza mgieł można było cośnieco zobaczyć.

 

 

Kolejna noc. Budzik nastawiliśmy na północ. Nie pada - idziemy. Zagotowaliśmy herbatę, wmusiłam w siebie batonik energetyczny.  Jest zimno, chce się spać. Ale noc jest piękna. Około pierwszej w nocy ruszamy ku Górze.

 

Wędrówka nocą jest nieco magiczna. Zarysy gór, światła czołówek. Przez załamanie pogody ludzi jest to dużo, myslę że minęliśy ok. 30 osób, prawie same grupy komercyjne. Dzięki niezłej kondycji i przyzwoitej aklimatyzacji mijamy ich dość szybko. Lodowiec, ktorego najbardziej się obawaliśmy jest dość ławty, tylko parę minut szukamy dobrego przejścia szerokiej na trochę ponad metr i dość płytkiej szczeliny. Chłopaki szarmancko podają mi kijek trekkingowy coby latwiej było mi zrobić długi krok.

 

Chłopaki nawigują za pomocą GPS, dodatkową pomocą są inne czołówki. Nie zawsze wypada to idealnie, szczególnie powyżej lodowca kiedy ścieżka ginie wśród osypujących się kamieni. Gdzieś koło czwartej w nocy na zegarku wysokościowym pokazuje się 5600. Po ośmiu latach pobiłam swój rekod wysokości (5545, Kala Pattar, Nepal). Przed nami wciąż 500 metrów przewyższenia, wokół ciemna noc.

 

Na szcześciotysięcznej grani nie oddycha się najłatwiej. Ale nie to jest głównym problemem - jestem troszkę chora, żołądek wariuję - chciałabym być teraz w łożku. Jest w końcu szósta rano. Mimo ogromnego zmęczenia cieszę się widokiem, który czasem wunurza się zza chmur. Nad Himalajami wstaje dzień. Gdzieś w oddali majaczą śnieżnobiałe szczyty, są zbyt daleko żeby tę delikatną biel sfotografować. Ale może przez to są jeszcze bardziej magiczne. To już Tybet, gdzieś tam jest Mount Kaliash, swięta góra Tybetańczyków. Ostatni, lekko zaśnieżony fragment grani - i już jestem. Na górze jest już trójka Polaków, chwilę przede mną weszli Przemek i Paweł. Jestem wzruszona. Weszłam na Stok Kangri, 6153 metry nad poziom morza.

 

Stok Kangri

Na grani Stok Kangri raze na jakiś czas zza chmur wyłaniały się nieziemskie widoki. Niestety wierzchołek pozostał w chmurach. Na szczycie czekamy ponad pół godziny. Los jednak nie okazał się łaskawy, a jest też dość zimno, ok. 10 stpni poniżej zera. Trochę smutno iśc ku dolinie, ale po licznych lekturach z cyklu literatury gorskiej wiem, że zejście może być bardziej niebezpieczne i za nami dopiero połowa sukcesu ;)

 

Stok Kangri

 

Po zejściu ze szczytu zmęczeni, ale szczęśliwi. Obalamy w trójkę piwko - co staje się moim najwyżej wypitym napojem alkoholowy. Przytulny śpiworek - w którym spędzam kolejny dzień z rzędu - robi się już trochę nudny. Jest czas, żeby przemyśleć parę "życiowych" spraw. Co na nizniach miało swoje konsekwencje ;)

 

Stok Kangri base camp

 

 

Ostatnie chwile w Stok Kangri Base Camp. Dzień jest piękny. Widać w końcu śnieżnobiałe szczyty Karakorum. W górze są Przemek, który postanowił wyjść na szczyt drugi raz i Sebatian. Zazdroszczę, że zobaczą ze szczyty o wiele więcej niż my.

 

Choć smutno schodzić z gór z ulgą opuszczam sam obóz. Organizacja pozostawia wiele do życzenia. Ludzi jest dużo, kilkadziesiąt osób. Każda z agencji rozostawia swoje namioty, w tym kuchnie, gdzie chce. Gotuje się na śmierdzących butlach gazowych, palone są śmieci, których woń wieloktornie czujemy w obozie. Nie ma wyznaczonych miejsc na mycie siebie czy naczyć lub na pobór wody, skazani jesteśmy na wskazówki miejscowych (na szczęście nikt z nas się nie zatruł). Toelaty to latryny. Nie jest źle jak na taki obóz, jednak niestety wielu panów stosuje "standard New Dehli". Takie zderzenie - pięko gór  i bałagan  wprowadzany przez człowieka.

 

Leh. piekarnia

 

Po zejściu do Leh mamy czas na zapoznanie się z lokalną kulturą. I jedzenie.

 

Thiskey

 

Pomiędzy powrotem z gór a wylotem mamy dwa i pół dnia. Warto więc także coś zwiedzić. Siedmioosobową ekipą - czyli nasz komplet plus chłopaki poznane w bazie - udajemy się do klasztoru w Thiksey. Obiekt z XVI wieku jest ogromy i rzeczywiście robi nas duże wrażenie. Rzeźby, malowidła, wielka pozłacana statua, księgi - wszystkie możliwe oblicza buddyzmu. Jest salka z rozmaitymi bodhisattwami - czyli postaciami, które choć osiągnęły nirwanę postanowiły pozstać na ziemi, wiedzione współczuciem (compassion) dla innych istot. Rolą bodhisattw jest pomóc tym duszom w osiągnięciu oświecenia i wyzwoleniu z cierpień. Jak trudno pojąć tak odległy dla mnie świat.

 

Po zwiedzeniu rożnych zakamarków Thiksey mamy jeszcze chwilkę do przyjazdu naszej taxi, więc spaceujemy na zewnątrz klasztoru. Ja i Leszek chcemy koniecznie ustrzelić fajne fotki :) Na jednej z bram widzimy plakat z Dalajlamą - był tu, zaledwie miesiąc przed naszym podbytem. I z tego co wiem, bywa w Ladaku dość często, nauczjąc w okolicznyh klasztorach. Ku jego czci postawiono nawet kilka mniejszych i większych statutek buddy :) Dobrze, że jest choć niewielki fragment Tybetu, gdzie wolno mu wjechać. Dobrze, choć niewielki fragment Tybetu nie został zniszczony.

 

Obok popularnego wśród turystów klasztoru toczy się normalne życie. Z pobliskiej szkoły krzyczą do nas dzieciaki. Robotnicy w ziemi kopią chyba coś związanego z irygacją. My tutaj obcy, tak bardzo nic nie rozumiejący.

 

Później w księgarni chciałam kupić jakąś książkę na powrót do domu, długi dzień w samolotach i na lotniskach. Było sporo książek o górach - głównie o Himalajach, ale tych nepalskich. Było trochę o Tybecie, trochę o Dalajlamie. Ale o Ladkhu tylko przewodniki. Z trudnem znalazłam jedną jedyną pozycję - Ladakh. Crossrads of High Asia autorstwa Janet Rizivi z 1996 roku. Szkoda, bo ten ciekawy, wielokulturowy region wydaje mi się znacznie ciekawszy niż komercyjne ekspecyje na Munt Everest czy biografie himalaistów. 

 

Stupa pokoju. Leh.

 

fot. Lesław Brzuska

 

Jeden z klasycznych zabytków Leh to stupa pokoju, ufundowana przez Japończyków (podobna, choć sporo mniejsza znajuje się nad Pokharą w Nepalu). Japoński budda nieco się różni od miejscowych figur.

 

Ladakh z powietrza

Bardzo smutno opuszczać Himalaje. Z samolotu widzę, jak piękny i rozległy jest Ladakh. A ja widziałam dwie dolinki, kilka klasztorów. Mam nadzieję, że będę mogła jeszcze kiedyś tu wrócić...

 

New Dehli

 

W New Dehli mamy jeszcze pół dnia. Nie mamy siły na wielkie zwiedzanie, chodzimy tylko po okolicy. To miasto męczy. A rano ... już tylko takówka na lotnisko. Samolot - serniczek na lotnisku w Kijowie - samolot - i dom. I znów kolejne spełnione marzenie. I taka dziwna pustka, kiedy podróż się kończy.

 

Informacje o trekkingu Markha Valley: http://www.planetagor.pl/articles/entry/Ku-wysokiej-prze-czy-Trekking-Markha-Valley-w-Ladakhu

Informacje o Stok Kangri: http://www.planetagor.pl/articles/entry/Stok-Kangri-atwy-sze-ciotysi-cznik-

 

 

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Zell, Hippach, Gerlos, Königsleiten, Krimml, Wald to właśnie te miejscowości tworzą największy region w całym Zillertal i okolicy. Zillertal oprócz bardzo dobrych warunków narciarskich może pochwalić się także innymi atrakcjami.

Atrakcje z Zillertal Arena, które musisz poznać:

  • Ogrom doskonalne utrzymanych stoków, jest ich aż 139 km oraz wyciągów tych z kolei jest 51
  • Sztucznie oświetlony tor saneczkowy, ktory ciągnie się na 7 kilometrów
  • Wiele tras o różnorodnej trudności, znajdą się także takie dla dzieci i początkujących narciarzy
  • Atrakcje także dla najmłodszych w tym: dyskoteki na nartach, zawody narciarskie z nagrodami, narciarskie przedszkole, czy pokazy lotów balonowych
  • Szkółki snowbordowe dla dzieci powyżej 3 lat
  • Wiele restauracji, lokali gastronomicznych, apre-ski przy stokach narciarskich oraz barów, w sumie jest ich około 40

 

Atrakcje w rejonie Zillertal:

Przyjrzymy się teraz bliżej atrakcją w zillertal, wiele osób rejon ten uważa za najciekawszy w całej Austrii. Wizyta w dolinie rzeki Zillertal niezależnie od pory roku robi wielkie wrażenie, nie ma możliwości, że wybierając się w to miejsce, będziemy narzekać na nudę. W miejscu tym możemy uprawiać niemalże każdy rodzaj sportu, czyli

  • narciarstwo biegowe
  • narciarstwo zjazdowe
  • snowboard
  • łyżwiarstwo
  • biathlon
  • saneczkarstwo
  • turystykę górską
  • alpinizm
  • skialpinizm
  • sporty ekstremalne, wodne i rowerowe
  • oraz wiele innych

 

Dolinę rzeki Zillertal otacza aż 8 szczytów, które sięgają powyżej 3000 m. n.p.m.

Jeden ze szczytów dominujących nad regionem okryty jest słynnym lodowcem Tux, który to ma aż 45 wyciągów narciarskich.

Cały region Zillertal ma do zaoferowania aż 200 wyciągów oraz 600 km nartostrad. Dojazd zapewniony jest przez Skibusy, także nie mamy się o co martwić.

 

Jakie stacje narciarskie są najlepsze w regionie?

  • Kallenbach
  • Zell Am Ziller
  • Mayrhofen
  • Lanersbach
  • Hintertux
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Kolor szlaku a stopień trudności

 
Największy bodajże mit pieszych szlaków, który kolor oznacza jaką trudność szlaku :)
 
Zacznijmy od początku. 
By Michal mwr - Praca własna, Domena publiczna

Aby omówić szczegółowo temat znakowania, dzielenia szlaków itd. patrząc tylko na "Zwykłe" (są dodatkowe np. szlak Papieski) jest tego ok. 50 nudnych stron (link do tego dokumentu PTTK na dole wpisu, dla zainteresowanych), z dokładnymi rozmiarami, kontami nachylenia i cała resztą pierdół, dosłownie nie potrzebnych jak dla mnie, bo kto biega z linijka i mierzy znaki ile ma jaki pasek i zawraca, mając jakąś różnicę z wytycznymi, szukając innego znaku?? Nikt, a przynajmniej nie spotkałem nikogo takiego, na szczęście :-)
 
Powiem dziś, o tym typie szlaków, jaki najczęściej używam i chyba większość z Was, czyli znaki z białym tłem, lub jak kto woli 2 białymi paskami, jeden da dole drugi u góry, gdzie pomiędzy białym kolorem, jest ten tajemniczy kolor, a najbardziej przerażający czarny.
 
Tak na prawdę, kolor nie ma nic wspólnego z trudnością szlaku. Większość szlaków jest robione według takich oto wytycznych (w nawiasach podam moje skojarzenia dzięki którym pamiętam co oznacza) :
 
- CZERWONY (naj) - Zazwyczaj jest to szlak główny, najważniejszy, prowadzący do najważniejszych, najwyższych i w ogóle naj spraw typu szczyty, przełęcze itp. Szlak o sporej długości, prowadzący turystę przez najciekawsze (uznane przez kogoś) punkty turystyczne.

- ZIELONY (mix) - Szlak doprowadzający do charakterystycznych miejsc, może być łącznikowy, czasem dojściowy.

- ŻÓŁTY (łącznik) - szlak najczęściej łącznikowy, czasem dojściowy.

- NIEBIESKI (ciekawski) - Prawie tak samo jak czerwony tylko, że niższej rangi. Często długi, prowadzący do ciekawych turystycznie atrakcji.

- CZARNY - rzadko stosowany, z powodu trudności ;-), ale zauważalności w gorszych warunkach. Gdy szarawo, zła pogoda to dużo trudniej zauważyć go, niż np czerwony. Najczęściej to szlak dojściowy, sporadycznie łącznikowy.
 
Pamiętajmy ze to system bardziej umowny, tak wiec, spotkacie nieraz odmienne połączenie koloru i funkcji. :-)
 
Z różnych powodów, odbiega się od tego systemu, najważniejsze to iż kolor jak na razie, nie oznacza stopnia trudności przy tego typu szlakach.
 
 
 
 
 
Tutaj dla zainteresowanych instrukcja PTTK znakowania szlaków 
 
TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

 

 

 

 

Chicałabym się wyspać, ale właścicielka hostelu, pani Irina nie da wypoczac zbyt długo, krzyczac po rosyjsku na każdego z nas po trochu. A szkoda, bo mimo dzielenia dwuosobowego łóżka w trójkę było nawet całkiem wygodnie. Śniadania też nie możemy zjeść w spokoju. Łup! Mój cenny, puchowy śpiwór ląduje na betonowym „dziedzińcu” naszego hostelu. Potem fruwają jakieś butelki i inne przedmioty. Właścicielka, drze się, że o 10 przyjeżdżają następni goście i mamy zwolnić miejsce. Przed chwilą nie dostałam herbaty bo za 10 lari za nocleg nie wolno po raz kolejny grzać wody. Obawiamy się, czy przed podróżą pozwoli nam jeszcze skorzystać z toalety…. Naszej grupce od poprzedniego wieczora, od momentu kiedy tylko pani Irina zobaczyła nasze duże bagaże (kto to widział, żeby z takim wielkim plecakiem przyjeżdzać!!! - lamentuje) obrywa się za wszystko – za to, że pani z rezerwacji na 10 łóżek miała dla nas miejsce w 5 i w dodatku nie widziała jeszcze grupy z tak dużym bagażem. To ma być ta słynna gruzińska gościnność? – patrzymy po sobie.Na szczęście chyba wszyscy z nas traktują cały ten incydent jako niezły „ubaw” i nikomu chyba humoru to nie popsuło. A trójka z nas chyba po raz pierwszy rozbijała namiot na betonie tuż koło miejsca, gdzie teoretycznie mieliśmy zarezerwowany nocleg.

 

Jakby co hostel nazywa się Kutaisi Hostel Center - polecamy szczególnie dla dużych grup z rowerami ;)

 

 

Piękny, słoneczny dzień. Góry widać jeszcze z samego Kutaisi, z każdą godziną jesteśmy coraz bliżej. Piękny, majestatyczny Kaukaz. Przylepieni do szyb chyba wszyscy. Przypomina mi się pokaz zdjęć z Rumunii – gdzie nagle wszyscy stwierdzili, że w sumie to pięknym miejscu byliśmy. Możemy to docenić dopiero na zdjęciach, kiedy nie byliśmy już głodni, zmęczeni, a na plecach nie mieliśmy 20 kilowego „wora”. Wtedy w busie był jeszcze ten moment, kiedy byliśmy syci i wypoczęci, nic nas nie bolało - więc bez przeszkód można było podziwiać widoki. Z każdym zakrętem coraz bliżej marzeń. Choć górskie doświadczenie uczy, że tego typu marzenia oznaczają także wiele nieprzyjemnych cielesnych doświadczeń. 

 

Mestia

 

Mestia

 

Wysiadamy w Uszguli – reklamującego się jako najwyżej położona wioska w Europie. Wciąż „rzeźko”, choć już nie tak, jak kiedy wsiadaliśmy do busa w Mestii. Wioska wygląda niemial jak w baśni lub w filmie o czasach, które dawno minęły. Lub jak w średniowieczu. Kamienne wieże obronne, proste domki, strumień z czściutka woda - a w tle piękne i ogromne góry –z Szachrą, najwyższym szczytem Gruzji. Cudownie. Miejsce trochę przypomina mi nepalskie wioski, widziane 3 lata temu – te proste osady na wysokości mniej więcej 4 tysięcy metrów. Tutaj także jesteśmy ponad granicą lasu, niedaleko od lodowców, tutaj także wszystko wydaje się prostsze i dalekie od codziennych problemów. W Uszguli jednak paradoksalnie mniej oznak cywilizacji niż w bardzo komercyjnych wioskach pod Everestem. Jeszcze spacer, jeszcze kawka, jeszcze zdjęcie grupowe i ruszamy na szlak…

 

Uszguli

Uszguli - jak w baśni... 

 

 

Niby nie jest bardzo stromo, niby niedaleko, bo dość dobrze widzę koniec podejścia – ale mam dość już po kilkunastu metrach. Wszystko przez ten cholerny plecak. Nie waży może 20 kg jak w Rumunii, ale chyba niewiele mniej. Przez te cholerne skręcenie kostki nie trenowałam przed wyjazdem jak trzeba i kondycję mam gorszą niż na zwykłych wyjazdach - a powinnam mieć lepszą. Nie mam siły, zwyczajnie nie mam siły wnosić na górę tego bydlaka… Jeszcze kilkadziesiąt metrów, kilkanaście,ok  jestem. Oddech piekielnie nierówny. Ewidentnie najsłabsza w grupie. Nie wiem, jak dam radę dalej. Mam dość.

 

Swanetia

Zaczyna się kolejne męczace podejście...

fotka by Tomek 

 

Swanetia

 

 

Przeszliśmy jakoś rzekę. Mimo że potok wypływa z lodowca Adishi całkiem niedaleko i teoretycznie powinno być jeszcze płytko i spokojnie było przez co się przeprawiać. Duża ilość czasu straconego na przeprawę, malownicza polanka z dostępnością wody i drewna… i szyba decyzja, że właśnie tu zostajemy na kolejny nocleg. A następnego dnia najwyżej więcej przejdziemy. Ośnieżone kaukazkie szczyty robią wrażenie. Zanim będzie można podziwiać widoki trzeba się rozbić, zebrać drewno na ognicho i nieco się ogrnąć.

 

dolina Adisi

 

Wieczorem trochę strach odejść od ogniska, bo z każdą minutą robi się coraz zimniej. Ale w odpowiedniej konfiguracji pomiędzy „marzną plecy” a „przypiekają się kolana” jest całkiem, całkiem. Nasz obóz, cztery namiociki w puściutkiej dolinie, jest nieco za drzewami więc tak dobrze nie widać szczytów i gwiazd dookoła, ale wystarczy odejść choć troszkę. Góry i gwiazdy. Tysiące gwiazd, widać wyraźnie dorgę mleczną, kilka jaśniejszych gwiazd, z których jedna może być Jowiszem, grupka która pewnie jest Plejadami. Piękne, wielkie, wieczne. Po ludzku nie umiem pojąć jak wielki jest Wrzechświat wobec pascalowskiej "trzciny na wietrzę, ale trzciny myślącej", którą jestem ja... Ja zniknę, a góry i gwiazdy będą tu wciąż niemal niezmienne.

 

gwiazdy nad Kaukazem

 Rozgwieżdżone niebo nad Kaukazem - by Tomek

 

 

 

Słyszę coś jakby o pobudce, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że to może być prawda. Nie znoszę wstawać, a już szczególnie nie znoszę wstawać jak mi jest zimno. I jeszcze w dodatku ciemno! Wsunięta jestem głęboko w śpiwór tak żeby gdzieś nad głową została mała dziurka na oddychanie. Błogosławię, że posłuchałam rad doświadczonych kolegów i wybrałam naprawdę ciepły model śpiwora, błogosławię radę kolegi, żeby zabrać pod spód matę samopąpującą zamiast karimaty, błogosławię kolegę, który mi tę matę pożyczył. Nie wyjdę, normalnie nie wyjdę. Wydobyłam się lekko na wierzch, piję łyka herbaty z termosu, zagrzanej wieczorem przy ognisku. Lokatorzy z namiotu zbierają się szybciej (w końcu kursanci…), ja ociągam się jak mogę. Zakładam sweter. Patrzę, że namiot lekko oszroniony wewnątrz, dotąd widziałam to tylko na filmach. Łyk hebraty niechcącz wylany na matę zamarza błyskawicznie. Podejmuję bohaterską decyzję o wyjściu z namiotu. Na zewnątrz nie widać jeszcze oznak świtu. Szukam kubka na herbatę, menażki i kaszki z bakaliami – i szybciutko do ogniska.

 

dolina Adishi

 

Adshi

 

 

 Tego dnia sporo męczacych podejść, czuję, że ciężki plecak już kompletnie odbiera mi siły. Wlekę się gdzież z tyłu dotrzymując towarzystwa „zamkowi”. Cóż, liczyłam się z tym, że może tak być, wiem, że wysiłek jest wart bycia w takim miejscu, ale chciałabym, żeby te podejścia już się skończyły. Idąc z tyłu zasadniczo nie powinnam robić zdjęć, ale widoki są coraz bardziej nieziemsko piękne więc ręka jakoś tak sama sięga po aparat. Dochodzimy wreszcie w miejsce pod szczytem (według mapki ze sklepu w Mestii nazywa się Zagari), którędy przebiega „szlak”. Panorama jest cudna. Główny grzbiet Kaukazu, boczny z Uszbą, Góry Swaneckie… Wszędzie piękne, ośnieżone szczyty, nieznaczne ślady cywilizacji. Nie mam już siły iść, różne części ciała bolą, cholerny plecak wcale nie waży mniej…. Ale jestem bardzo bardzo szczęśliwa że jestem tu gdzie jestem. To jeden z tych widoków, który przewinie mi się przed oczami jak tuż przed śmiercią będą mi puszczać film z mojego życia Wink

 

Swanetia

 

Swanetia

 

pod Uszbą

Doszliśmy już do miejsca naszych poszukiwanych polodowcowych jeziorek pod Uszbą tzw. Koruldi Lakes. Nie dość, że nieduże to jeszcze przysypane śniegiem. Ale to nie jeziorka są tu najważniejsze – ten rozległy WIDOK jest niesamowity. Przed nami skaliste góry, obok główny grzbiet Kaukazu Tetnuldi górujacym nad Mestia, po drugiej stronie doliny Góry Swaneckie – wszystkie piękne, ogromne, ośnieżone. Po kilkunastominutowej sesji – idziemy gotować obiad. Ze śniegu. Mi się podoba, ale ogólnie podobno jak jest woda to lepiej wodę, bo śnieg długo się gotuje. Butle na benzynę z napisem MSR przypominają o pracy – bo dla mnie ten skrót oznacza Międzynarodowe Standardy Rachunkowości. Że służbowy mam włączony na wypadek awarii nawet widzę, że jacyś ludzie do mnie dzwonią. Ale tamten świat w tym momencie wydaje się dość abstrakcyjny.

 

Zanim każdy zje swoją porcję liofilizatu i zanim się zbierzemy jest czas na kolejną sesję zdjęciową. Wygłupiamy się w śniegu. Staram się nacieszyć tym miejscem i na długo je zapamiętać.

 

pod Uszbą

 

Mestia

 

 

Po zejściu do Mestii piwko w kanjpie. Potem już na kwaterze odkrywamy uroki miejscowego bimbru – cza-czy, kupowaną nie w normalnych butelkach z akcyzą tylko przelewaną do plastikowych butelek po czymkolwiek. Kolejnym  kieliszkom towarzyszy właczony telewizor - z filmem bolywood z rosyjskimi napisami WinkPóżniej na stole pojawia się jeszcze miejscowe winko. Byłam już dość zmęczona ,więc dość mocno mną wstrząsnęło. Nie byłam jeszcze w takim gdy stanie, żeby zdradzić ekipie swój rocznik, gdy rozmowa zeszła na temat wieku, ale niewiele brakowało, powiedziałam jednak kilka rzeczy, o których normalnie dyskretnie milczę Smile Z czasem ubywa nas w „kółeczku”, mnie jest dobrze i radośnie. Nie pamiętam czemu, ale rzucam temat „zróbmy coś głupiego, lubię robić coś głupiego co się potem pamięta”. Dwóch kolegów podchwyciło. Nie wierzyłam, że naprawdę zrealizujemy ten pomysł, ale jednak. Ubraliśmy się nieco cieplej i wybraliśmy się do nieodległego na szczęście centrum Mestii – pobiegać.  Bo ponoć jak się biega łatwiej wytrzeźwieć – no i wiadomo nie ma to jak świeże powietrze przed snem. Na szczęście tylko przez krótki fragment uliczki z naszej kwatery jest totalnie ciemno – później byliśmy już na jasno oświetlonej i puściutkiej głównej ulicy. Szybko minęliśmy „przezroczysty” budynek policji, mijajac z prawej elegancki, ale niewykończony ryneczek. Dobiegliśmy do mostu. Nie byliśmy daleko, ale cóż liczy się przygoda. A ledwo oświetlone centrum kaukaskiego miasteczka i GÓRY – to coś pięknego gdzieś o drugiej czy trzeciej nad ranem.

 

Oczywiście takie picie było możliwe tylko dlatego, że następnego dnia tak zwany rest day - bez chodzenia po górach i innego większego wysiłku :)

 

Anaklia

Kilka godzin nad Morzem Czarnym

 

Główna droga z Kutasisi do Tibilisi. Siedzimy lekko przerażeni przypatrując się manewrom, które na tym co robi nasz kierowca. Jeszcze rano sensacją było dla nas wyprzedzenie trzech pojazdów na krętej, górkiej i lekko zalodzonej drodze z Mestii do Zugdidi, czy rozmowa przez komórkę podczas manewrów wyprzedzania. Na tej ruchliwej drodze okazało się, że można wyprzedzać korek na trzeciego a nawet czwartego, nie przejmując się, że jedziemy na czołowe – a naprzeciw ciężarówka. Co ciekawe, kiedy wydaje się, że zderzenie jest nieuchronne oba samochody – i ten jadący obok i ten z naprzeciwka usuwają się lekko na bok i droga z dwóch pasów zaczyna mieć trzy. Oczywiście była łamana także masa innych przepisów, ale po jeździe na czołowe z tirami inne "drobiazgi" nie zostają na dłużej w pamięci. „Mamy teraz jak w [tu pada nazwa gry komputerowej] tyle, że na żywo" – mówi ktoś. „Jeszcze na żywo” – dodaje ktoś inny. Nie wiemy jak szybko jedziemy, bo prędkościomierz po prostu nie działa. Kiedy skręcamy wreszcie do Borjomi i jesteśmy na miejscu słychać głośne westchnienie ulgi. Bijemy kierowcy brawo jak w samolocie.

 

 

Od naszego nowego kierowcy (tamtego nie zwolniliśmy - pojechał do Kutaisi) dostaliśmy cynk, że w pobliżu skalnego miasta Wardżia, które pojechaliśmy zwiedzać, znajduje się też basen termalny, taki pod dachem. Powszechny entuzjazm, żeby i tam wpaść. Był pomysł, że może się tam kawy napijemy, bo każdy widzi chyba skromniejsza wersję aquaparku w Zakopcu. Podjeżdżamy pod rozpadające się budynki pośrodku niczego, w pobliżu gruzińskim zwyczajem pasą się krowy.  Konsternacja. To tu? Patrzymy po sobie. Właściciel otwiera jeden z tych rozpadających się budynków, a w środku rzeczywiście całkiem fajny basen. Dość szybo przekonujemy się do tego miejsca - choć wnętrze nie przypomina nawet i głębokiego PRLu, w ścianach dziury, ale woda genialnie ciepła, podobno ponad 40 stopni. Po kilku minutach wszyscy radośnie taplamy się w  specyficznie pachnącej cieplutkiej wodzie. Brakuje tylko drinków z palemką Laughing. Wreszcie jakiś normalny urlop a nie tylko łojenie i łojenieWink

 

basen termalny

 fotka by Tomek

 

Niespodziewanie kierowca naszego wesołego busa skręca w zatoczkę, wychodzimy na zewnątrz. Kierowca wyjmuję dwie buteli po coli. Z jednej obcina górę i dół. W drugiej płyn jasnego koloru. I nie, nie jest to woda. To miejscowy bimber zwany cza-cza, kupowany w sklepie, ale zamiast butelek z akcyzą sprzedawany jest w butelkach po czymkolwiek. Góra i dół butelki to kieliszki. Cóż, nie ma wyjścia trzeba się napić. Z wnętrza busa dobiega radosna muzyka. Jeszcze rano, całkiem na trzeźwo, tańczyliśmy do muzyki przed wejściem do Dyrekcji PN Borjomi. Tym razem tańczymy tym bardziej. Tym razem tańczymy wszyscy. Ciężko przestać się śmiać. Jest wesoło, radośnie, po prostu dobrze. Wielu z mijających nas kierowców trąbi, my odmachujemy. Impreza trwa. Jest dobrze.

 

 

Mały Kaukaz, Park Narodowy Borjomi. Ruszamy z miejscowości Marelisi parową trasą nr 1- i cały dzień idziemy dość pod górę – w sumie podejścia ponad 12 GOTów przy 10 GOTach odległości. Teoretycznie nie jakoś bardzo dużo, ale dało mocno w kość. Liście, rododendrony, las. I pod górę. Nie muszę chyba dodawać, że mam serdecznie dość plecaka i tradycyjnie obstawiam tyły. Po iluś godzinach marszu zrobiło się ciemno. Coraz trudniej znaleźć tę właściwą ścieżkę, mapa słaba, oznakowań brak. Postrój w poszukiwaniu wody, grupka z mapą szuka, my odpoczywamy – gdyby udało się znaleźć moglibyśmy tu się rozbić. Marudzę trochę, że mojemu wewnętrznemu dziecku zaczyna być trochę źle. „To łódzkim obyczajem zamknij je w beczce” – komentuje kolega z Łodzi właśnie. Może to nie jest elegancki zwrot, ale nie da się ukryć – czarny humor w takiej sytuacji całkiem nieźle na mnie działaWink Wody nie ma, idziemy dalej. Mamy chyba wszyscy trochę dość, idziemy ponad 10 godzin. Kolejny postój. Przewodnicy szukają tej właściwej ścieżki. Kładę się na plecaku. Widzę nad sobą tysiące gwiazd. Przypominają mi się wieczory w Niebie Kopernika. Wspominam wieczór przy muzyce klasycznej z pokazem. Chwilka inteligenckiej rozmówki o Mozarcie czy Betoweenie. Marudzę trochę, że jest mi źle i chętnie ususzałabym jakiś świński kawał. Kolega obok ma chwilkę wątpliwości, czy niby aż tak dobrze się znamy, ale daje się namówić. Dowcipu w normalnych okolicznościach przyrody nie chciałabym z pewnością usłyszeć, tym bardziej powtórzyć nie jestem w stanie. Kawał naptawdęł naprawdę mocny, głośno się śmieję. Potrzebowałam tego śmiechu. No ładnie, płynnie przeszliśmy od Mozarta do dymania zwłok – komentuje kolega, który zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej wsławił się porzekadłem o beczkach. Do skromnej drewanej chatki, naszego miejsca noclegowego docieramy po 22.

 

PN Borjomi

 

PN Borjomi

 

Wyruszamy z Amarati Tourist Shetler (1910 m.n.p.m), czyli skromnej chatki bez wody i prądu, gdzie spędziliśmy noc w kierunku miasteczka Astkuri, parkową trasą numer trzy. Morze mgieł, nad nimi szczyty Małego Kaukazu … a w dali już inne, zaśnieżone pasma, nie umiem ich nazwać ani dobrze zlokalizować, później w internecie doczytuję, że widać stąd nawet grz ynajdujące się już w Turcji. Wiedza co gdzie i jak nie jest na szczęście potrzebna, żeby stwierdzić, że jest jest pięknie. Zupełnie inaczej niż w poprzednie dwa dni możemy nacieszyć się widokami okolicznych gór. Wędrujemy nad chmurami. Jakby ponad światem. Obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy… Ostatni dzień. Nigdy nie wraca się dobrze z gór, z drugiej strony fajnie pozbyć się plecaka, umyć, najeść.

 

 Z gór schodzę z gór schodzę z goraczka - efekt przemoczonych nóg i przemęczenia

 

PN Borjomi

 

Mocno wiekowy zespół klasztorny Gelati niedaleko Kutaisi. Największe wrażenie robią na mnie piękne wnętrzna cerkwi. Niestety nie słychać śpiewu – jako chórzystka śpiewająca właśnie w harmonii szczególnie lubię wschodnią muzykę sakralną. Przechadzamy się wśród wieowych murów niewiele pewnie rozumiejąc co to miejsce znaczyć może dla miejscowych. Znów jest ciepło i bardzo słonecznie. Jeszcze zielono. Ostatnie promienie słońca przed powrotem do listopadowej Warszawy.

 

Bargati, Kutaisi

 

 

 

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

...i tak to zakończyła się główna część naszej wyprawy po Pirenejach. Kolejne 2 dni spędziliśmy w Bagneres-de-Luchon i okolicach.

 

Dzień 11: 28.07.2013 - Luchon

 

Ten dzień spędzamy na zwiedzaniu miasteczka. Odpoczynek przede wszystkim - kręcimy się po deptaku i rozglądamy za miejscowymi specjałami. Jak wszędzie, 90% typowych "pamiątek" to chińszczyzna, ale zdarzają się też faktycznie miejscowe wyroby: głównie serwety, haftowane ręczniki itp. oraz miód, wino, dżemy z gór, sery i wędliny. Kwestia wyboru jeszcze do zastanowienia się.

Miasteczko po powodzi podniosło się wyjątkowo sprawnie - dopiero miesiąc minął, a śladów jest już niewiele - głównie w pobliżu potoku. Klimat niezwykle przyjazny - najwyraźniej hasło, którym miejscowość się reklamuje "przyjedziesz w góry, wrócisz do ludzi" nie jest przesadą.

Popołudnie spędzamy na campingu porządkując rzeczy, zapiski z wyprawy i dając nogom święty spokój.

 

Dzień 12: 29.07.2013 - Luchon - Saccourvielle - Luchon

 

Dzień odpoczynku, a nas już nosi. W planie spacer (bo inaczej ciężko to nazwać) do osady Saccourvielle położonej kilka kilometrów od Luchon. Ruszamy leniwie, bez bagażu (tylko z wodą) i wędrujemy najpierw do Boulangerie (czyli do piekarni) celem zaopatrzenia się w kanapki i coś słodkiego na drogę. Następnie ruszamy w górę: Saccourvielle leży nieco powyżej Luchon w bocznej dolinie.

Szlak wchodzi przez las ciasnymi zakosami w kierunku Cazaril, pokonując około 200 m przewyższenia. Nogi rozgrzewają się bardzo powoli: chyba przestawiły się już na odpoczynek poprzedniego dnia. Ale nie mają wyjścia i muszą ciągnąć - w końcu rozkręcamy się i idzie się nieźle.

Las, las... przed samym Cazaril wychodzimy na trawiasto-krzewiaste stoki. Samo Cazaril to mikroskopijna miejscowość przytulona do zbocza, zamieszkała ale teraz kompletnie pusta. Dalej drogą, przez las i po łące - czysta przyjemność spacerowa. Po drodze baszta obronna.

Saccourvielle to kolejna mini-miejscowość składająca się z kamiennego kościółka, ze 2 domów i stareńkiego psa. Bardzo urokliwa, choć pewnie zimą odcięta od świata... Idziemy dalej. W międzyczasie komiczna scena: z naprzeciwka idzie grupa około 8 turystów, muzealny pies wybiega im na spotkanie poszczekując co wprawia grupkę w stan zbicia się w nerwowe stadko i naradę co dalej. Kosmos. Idziemy dalej.

A dalej to już droga w dół do szosy, potem kawałek szosą i odbijamy na ścieżkę w las po drugiej jej stronie. Ścieżka - jak często tutaj - wąska, a zbocze strome. Docieramy tak do Luchon i idziemy na zakupy pamiątek (tych sensownych). Wycieczka, mimo skromnego opisu, zajęła prawie 6 godzin, więc całkiem uczciwy spacerek. Wracamy na camping i pakujemy się wstępnie - jutro do Tuluzy.

 

Dzień 13: 30.07.2013 - Tuluza

 

Jedziemy do Tuluzy i wczesnym popołudniem docieramy do miasta. Trochę zwiedzamy i do hotelu - a następnego dnia na lotnisko i do domu :)

 

Podsumowanie:

 

W 10 dni przeszliśmy łącznie nieco ponad 90 km, niosąc na plecach po około 20-25 kg. Kilka rzeczy nam się nie udało (Posets, Perdiguero), było coś nieplanowanego (Aneto) - więc bilans wychodzi nieźle. Pireneje zaskoczyły nas trochę swoją wielkością i dzikością i w zasadzie trzymanie się jakiegokolwiek wcześniej ustalonego planu byłoby bez sensu.

Doszliśmy też do wniosku, że lepiej jest jednak poruszać się z lżejszym bagażem i bardziej zdać na schroniska - podzielić np. 2-tygodniowy wyjazd na 3 parudniowe "skoki" z lżejszym plecakiem podczas gdy główny bagaż czeka na dole - potem zmiana okolicy i znów "skok".

 

Przykładowe koszty:

 

Parę przykładowych kosztów przydatnych przy planowaniu podróży:

 

Pociąg Tuluza-Luchon 22 E/os lub 10 E/os w taryfie Tickemouv (po prostu niektóre pociągi są tańsze, inne nie)

Gondolka na górę w Superbagneres 7 E/os

Butla gazowa 450g : 8,40 E

Kawa: 1-1,50 E

Kanapka: 3-5 E, zależy, gdzie

Obiad (Luchon) 14-17 E/os (3 dania)

Nocleg na campingu 12-15 E (2 os+namiot, zależnie od campingu)

Cydr (dobry) 2,50 E/but; kiepski: 1,50 E/but (czymśtrzeba oblać zakończenie wyprawy)

Wino: 3-5 E/but jest OK

Hotel w Hospice de France: noc 50 E/pokój, śniadanie 5 E/os, deska serów/wędlin 5 E, piwo 2 E

Obiad w La Besurta: 15 E/os (3 dania)

 

podsumowując, koszt wyprawy zależy głównie od biletu na samolot... :)

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking
Od pewnego czasu planowałem wyjazd na Pikuj. W planach było żeby jechać przez Krościenko ale po informacjach przeczytanych w necie ze po stronie ukraińskiej zła jest droga lub że jej nie ma wcale to postanowiłem jechać przez Słowację na UZgorod . Po stronie Ukraińskiej miała być lepsza droga. Z Gorlic przez Słowację, Uzgorod do Husnego Wyżne jest 340km, natomiast przez Krościenko jest 295km . Wyjazd był 31 maj do 2 czerwca. Uczestnicy JA I Bożena.

Dzień wyjazdu - droga do Husnego

Rano się obudziłem i tak myślę przecież niemożliwe jest żeby droga przez Krościenko po stronie ukraińskiej była w bardzo złym stanie lub że jej niema jak pisali niektórzy. Po chwili zastanowienia podejmuje decyzje jadę przez Krościenko. Łudzę się że droga tylko czasami będzie nie przypominać drogi a w większości to da się nią w miarę jechać. (jak się bardzo myliłem to trudno opisać). 6.30 wyjazd z Gorlic do Krościenka przyjazd przed szlaban o 9.00. Przede mną 15 aut. Na przejściu jest kantor - ceny normalne. Stoję chwile przed szlabanem a potem wjeżdżam na przejście. (należy zająć prawy pas). Na przejściu odprawa na dwa pasy więc idzie szybko. W sumie to o 10.00 to już jestem po wszystkim i kontynuuje jazdę.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1280 x 960)DSC09414.JPG


Na samym przejściu ukraińscy celnicy i strażnicy bardzo mili i szybko odprawiają mnie. Ucinamy pogawędkę pytają ile kosztuje u nas używany lanos ile cena instalacji gazowej ile lpg. Ja się dowiaduje ze u nich dalej produkują lanosy. Po polskiej stronie pytam się czy jest wymagane pozwolenie na auto jak nie jest się właścicielem. Odpowiedz –tak--- w sumie to wiedziałem ale chciałem potwierdzenia (wymagają tego Ukraińcy). Pierwsze zdjęcie jakie zrobiłem po stronie wschodniej to było ...dziurawej drodze.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1280 x 960)DSC09481.JPG
zapłacenie mandatu za przekroczenie prędkości równe jest szansie wygrania 6 w lotto
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1280 x 960)
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09536.JPG
                         DSC09471.JPG    
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)P1070317.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)P1070314.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)P1070313.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)P1070312.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)                   
                     
                                                                                                                                                                                                                                                                    
P1070311.JPG
I się zaczęło. Jazda z prędkością na pierwszym i drugim biegu slalom między dziurami , jazda po dziurach i po poboczu. Raz jedziesz po prawej stronie za chwile po lewej potem poboczem . Znaków ograniczających prędkość jak i informujących o dziurawej drodze brak (w sumie to zbyteczne).
I tak na odcinku 145 km jest w sumie dobrej drogi ze 25 km. Owe 145 km jechałem 5 g więc średnia to ok 25 km/h bez postoju. W Starym Samborze , w samym centrum to były takie dziury ze jak się zatrzymałem i wysiadłem z auta to wpadłem po kolana do dziury , więc wróciłem do auta.

W czasie jazdy zdążyłem się przespać, poczytać gazetę , pooglądałem film ,wyszedłem z auta w czasie jazdy i szedłem obok auta , mimo ze byłem kierowcą bo myślałem ze mnie szlak trafi ze względu na tą drogę. Parę razy zatrzymywałem się i myślałem którędy jechać żeby nic nie urwać. Tego dnia to spotkałem jeden patrol policyjny w Samborze na krzyżówce przed mostem , ale nie byli mną zainteresowani. Droga jest malownicza bardzo dużo po drodze mija się cerkwi. Przejeżdża się przez miejsca gdzie aż bieda piszczy i się nasuwa tu pytanie jak ci ludzie żyją. Po drodze to brak jakiś zajazdów czy stacji benzynowych z prawdziwego zdarzenia (wyjątek to chyba Turka).
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09554.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09551.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09487.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09450.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09447.JPG
O 15 naszego czasu jestem na miejscu. Wysiadam z auta i po tej jeździe muszę zobaczyć do paszportu jak się nazywam bo zapomniałem. Nawet auto przemówiło do mnie ---- ostatni raz jechałem tymi dziurami------. Miało racje ze ostatni raz. Jak ktoś myśli ze już nie pojadę tą drogą więcej to się myli , pojadę tylko że jak kupie sobie coś takiego ....
Radladerp1n4.jpg
Plusy tej drogi to na pewno ładne cerkwie, darmowa rehabilitacja rąk (od kręcenia w prawo i w lewo kierownicą)i ma się inne spojrzenie na nasze drogi. Teraz to wiem co znaczy powiedzenie ---- dwójką koło fosy---. Dodatkowo to ładne widoki na góry.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2195.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2190.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2188.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 179)DSCN2187.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2185.JPG
Nocleg jest pod samym Pikujem. Obiekt w końcowej fazie budowy. Jak na Bieszczady Ukraińskie to standard kosmiczny .(Powinien mieć tyle gwiazdek co ruski generał). Jest sauna, pralka automatyczna, kąpiele gorące i zimne, osobno stołówka i kuchnia. Pokoje z łazienką lub bez, jedno lub dwu osobowe. Za niedługo Internet będzie i w pokojach telewizor. Witamy się z gospodarzem Iwanem , idziemy się zakwaterować , jemy i idziemy do dwóch sklepów które minęli my po drodze.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2374.JPG
kąpiele lecznicze
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2363.JPG
nocleg
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2217.JPG
Drugi jak jechałem do miejsca noclegu a pierwszy jak szedłem z miejsca zakwaterowania
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)P1070321.JPG
pierwszy sklep w Husnym Wyżne (od zakwaterowania drugi)
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2197.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2221.JPG
W Husnym są dwie cerkwie (po lewej stronie jak jechałem na nocleg). Druga jest biała i wygląda bardziej okazale
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2216.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09609.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2212.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2222.JPG
W sklepach atmosfera z ubiegłego wieku ( Mn. Liczenie na ,, liczydle ,, ooo jak dawno to było u nas, z towaru to jest wszystko i nic brakuje tylko chyba towaru ze sex shopa). Lepiej jest zaopatrzony ten sklep który jest na zdjęciu zamknięty Oczywiście są też stali bywalcy. W drodze powrotnej postanawiamy wstąpić do schroniska Zastawa (znajduje się nad naszym budynkiem) i zobaczyć jak wygląda i tu niespodzianka.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2225.JPG
Widok na schronisko i Pikuj
W schronisku dwoje turystów z polski. Skutek tego taki ze znowu kurs do sklepu po towar i ognisko. W drodze do sklepu mija nas Iwan ale nie chcemy z nim jechać. Dość na dzisiaj jazdy autem po dziurach. Na ognisku dowiadujemy się , ze dziś widoczność z Pikuju była fantastyczna, było widać wszystko to co można tylko widzieć. Łudzimy się że jutro będzie podobnie , mimo ze prognozy zapowiadają deszcz. Miło się siedzi przy ognisku i rozmawia. Janusz mówi ze byli w sklepie i miejscowi bywalcy jak ich zobaczyli to od razu poczęstowali trunkiem. Janusz odstawił a potem jeden z nich wziął jeszcze na ,, krechę,, postawił na stole a sam poszedł do domu bo już miał za ,,dużo,, . Jakoś sobie nie mogę wyobrazić naszych stałych bywalców że biorą na krechę i częstują np. Amerykanina. Ogólnie ludzie są tam biedni ale bardzo mili i pomocni. Czas stanął w miejscu nigdzie im się nie spieszy, nie to co w Polsce cały czas w pośpiechu i brak czasu. Pora zakończyć grillowanie. Koniec imprezy o 23. Potem powrót i spanie.
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSC09649.JPG
TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

W dniach 20-24.01.2013 odbyliśmy wycieczkę zimową do Pięciu Stawów. Jak zwykle podejście było bardzo trudne. Ostatni odcinek czarnym szlakiem to była walka. Od wodogrzmotów zajeło nam to 5 h. Może dlatego że jesteśmy ekipą 2+2, przy czym dzieci są w wieku 7 i 11 lat.

Na miejscu skorzystaliśmy z pomocy przewodnika, który przeszkolił nas z wykorzystania lawinowego ABC, rakiet, raków i podstawowych technik asekuracji. Pogoda była dobra a schronisko pustawe. Powrót do palenicy był duzo łatwiejszy.

 

 

 

TagsTags: pięć stawów tatry zima 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Grota Komonieckiego to miejsce wyjęte z odrębnej rzeczywistości. kojarzone z baśniowymi sceneriami albo jak kto woli - klimatem prosto z Narnii. A wszystko to w zasięgu kilkugodzinnej wycieczki z okolic Bielska-Białej. Powróciła również kwestia zimowego bezpieczeństwa w górach. Aspekt dylematu: idziemy dalej czy zawracamy?

 

Grota


Zbliża się następny weekend. W tym roku weekendy zbliżają się bardzo szybko. Jeszcze pospieszniej upływają. Czas opuścić tą miejską konserwę i zachłysnąć się górskim klimatem. Mroźnym klimatem. Ponownie spotkać znajomych. Pogadać. Pośmiać się. Zasmakować niezależności i dobrowolnie dać się ponownie zapuszkować.

Brakuje narzędzi, ażeby zobrazować widoki naszej lodowej jaskini. Wszystko dokładnie zamrożone. Niezrównane dzieło, każdej nocy i co dnia usprawniane cudowną dłonią. Słynny już lodospad zakrywa 60 procent szerokości groty. Latem ledwo co kilkanaście kropel ścieka z góry. Teraz mamy do czynienia z rzeczywistą lodową ścianą. Proszeni na koncert barw wstępujemy do środka. Ta sama lodowa ściana, niczym pieśń z harfy, przepuszcza słoneczne promienie do wnętrza. Kolory stonowane, tak bardzo rzadkie dla oka.

 

Grota

 

W otchłani galeria lodowych zjawisk. Lekcja geografii w najwspanialszym wydaniu. Trzeba trochę się wspomóc encyklopedią. Na górze zwisają lodowe stalaktyty powstające w rezultacie zamarznięcia kapiącej wody ze stropu. Od podłoża mamy do czynienia ze stalagmitem, który także jest efektem zamarzania kapiącej ze stropu wody, jednak przy podłożu. W rezultacie powiązania stalaktytu ze stalagmitem pojawia się kolumna zwana stalagnatem.

A co do groty to nie jest to Grota Komunickiego, bynajmniej nie Kumunieckiego tylko Grota Komonieckiego. Od żywieckiego wójta Andrzeja Komonieckiego, który to w swojej kronice - "Dziejopis Żywiecki" po raz pierwszy opisał grotę (1704r.).

Nawisy

 

W Ślemieńskim zaś Państwie w Pośrednim Groniu w Hali Siwcowej nad wsią Lasem jest skała wielka, co przed nią wierzchem woda idzie, a pod nią dziura jest, w którą może sto statku wegnać i w niej tam sposobnie stanąć; będąc w skale obszerno, jak jaskinia jaka z natury uczyniona.

Pierwszy raz określenie Groty Komonieckiego wykorzystał w monografii "Ziemi Wadowickiej" Aleksy Siemionow.

Jaskinia umiejscowiona jest we wschodniej frakcji Beskidu Małego w źródliskowym regionie potoku Dusiaca. Dlatego też specyficzny na wiosnę ciek wodny przecinający grotę w 1/3 szerokości i zimowy lodospad. Grota posiada powierzchnie ok. 115 m2.

Grota Komonieckiego to nie jedyna atrakcja w tym obszarze. Z tego niewielkiego cieku z dachu jaskini niespełna 30 metrój poniżej mieści się Wodospad Dusicy. Prezentuje się równie imponująco co Grota Komonieckiego! Lodospad robi na nas wrażenie.

Tak jak w dobrych filmach grozy, zaczęło się niewinnie. Była jaskinia, był wodospad, uśmieszki, przetarta trasa etc. Grozy nie będzie, jednak parę pytań się pojawi...

Kontynuujemy trasę w stronę Anuli, przebijając się przez kolosalne ilości śniegu. Dochodzimy do wydeptanej ścieżki. Luzik raczyłoby się powiedzieć. Niby ktoś szedł, jednak wcale nie jest lekko. Co jakiś czas zapadamy się to po kolana to po pas. Jest kupa śmiechu.... Pod Gibasowym Groniem ślad zaczyna się urywać. Widać tylko ślady po biegówkach. Reszta zawiana, lub nikt tym szlakiem nie szedł. Jestem zdziwiony. Cóż sprawdzimy na ile stała i zmrożona jest ta śnieżna warstwa. Powoli trawersujemy szczyt Gibasowego Gronia. A w tak na prawdę torujemy drogę i co chwile zapadamy się dogłębnie w śnieźny puch. Nie jest on na tyle solidny, ażeby nie poddać się pod naszym ciężarem. Zbliża się 15.00. Za godzinę będzie się już robić mrok. Torujemy dalej? Czy wracamy? Ogarnia mnie duże zwątpienie poparte lekkim zmęczeniem. Wyłącznym pocieszeniem jest dla mnie stała pogoda. Z tej strony nie grozi nam dodatkowe ryzyko. Po ostatnich doniesieniach o akcjach ratowniczych wyostrza się głos rozsądku. Do Stacha jest jeszcze z 30 minut. Jednakże zimą to może być 4 razy więcej. Decyzja idziemy.... Zawsze mogliśmy u Niego awaryjnie przenocować.

Na nasze szczęście, Staszek ma tutaj swoją ścieżkę kierującą do Ślemienia. Zupełnie nie znane nam leśne zakamarki. Bez wypadków, przy świetle czołówek maszerujemy w dół. Trochę mroczny, zagadkowy klimat, w którym to najgłośniej słyszany jest własny oddech i bicie serca. Na niebie inwazja gwiazd... Znajdujemy się w Ślemieniu Pod Borem. Ziąb zbliża się do 20 stopni... Jest sporo zimniej niż na grani. Pozostaje nam dotrzeć drogą asfaltową do miejscowości Las.

 

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

 

Był to pierwszy dzień Nowego Roku i przypomniało mi się powiedzenie mojej Babci że: „Nowy Rok jaki to cały rok taki" a ja przecież chcę cały rok chodzić po górach więc dzisiaj musiałam iść wręcz obowiązkowo.

Szczeliniec Wielki należy do Korony Gór Polskich więc znajduje się na liście moich celów wręcz obowiązkowych. Spędziłam wcześniej parę dni w Zieleńcu gdzie panowała niemal bajkowa zima ale tego dnia wszystko zaczęło się topić. Śnieg zamienił się w pluchę a z drzew ciekły strumyczki wody. Moje dobre ubranie nie przemokło.

Droga prowadziła na początku dość pod górę SCHODAMI!!! To jakaś katastrofa. Jak można robić takie żelazne instalacje w górach i to w miejscu gdzie można poprowadzić szlak?!

Schody na Szczeliniec

Jak sama nazwa mówi Góry Stołowe są jak... stół. Do złudzenia przypominały mi moje ukochane Góry Smocze, które może na zawsze zostawiłam w RPA. Nie mają szczytu są płaskie u góry.

Szlak jest jednak bardzo ciekawy prowadzi między skałami gdzie przejścia są czasami bardzo wąskie i malownicze.

Droga na Szczeliniec

Dotarliśmy do schroniska gdzie był punkt widokowy. Niestety mgła tego dnia była bardzo gęsta i nie wiele można było zobaczyć. Widać było tylko skały pod nami i przepaść.

Ściana we mgle.

W schronisku było napalone w kominku i podano przepyszną gorącą czekoladę mniam...

Schronisko na Szczelincu Wielkim.

Po krótkiej przerwie poszliśmy na szczyt. Na niego też prowadziła barierka :( Zdobyłam dziewiątą górę z KGP.

Na szczycie szczelinca.

Dalej szlak tak jak poprzednio prowadził wzdłuż skał i z pewnością nie należał do nudnych.

Zeszliśmy z powrotem schodami do punktu wyjścia. W sumie chyba nie całe 2 godziny z siedzeniem w schronisku.

TagsTags: góry stołowe 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Po zrobieniu szczytów KGP, które były w zasięgu jednego weekendu pozostaje zachodnia strona Polski czyli Sudety. Tego nie da się weekendem załatwić. Żeby wyjazd miał sens trzeba planować tydzień najmniej. Na drugą połowę lipca miałam zaplanowany wyjazd do Rumunii na 2 tygodnie. Kilka dni przed wyjazdem zdrowy rozsądek kazał mi zrezygnować. (jeszcze raz sorry dla tych co na mnie liczyli). Trzynastego lipca jestem w sytuacji takiej, że mam sprzęt, urlop, czas, rodzina przygotowana na moją długą nieobecność, ale nie mam co robić. Najbardziej mi szkoda ostatniego argumentu. W końcu nieczęsto można tak skorelować milion drobiazgów w domu, żeby wyjechać sobie na 2 tygodnie. Może by tak Sudety? Mapy mam!!! 3 mapy, które pokrywają teren na którym jest 16 szczytów Korony: Sudety Wschodnie, Środkowe, Zachodnie. Zaczynam szperanie w sieci.

Komunikacja, dojazdy, noclegi, szlaki na dużym obszarze. Skąd startować na poszczególne szczyty? Próbuję robić notatki, ale… W sprawie noclegów info zbyt wiele, w sprawie komunikacji za mało. Z małych miejscowości nie znajduję informacji wcale. Noclegów planować nie sposób bo nie wiadomo dokąd dojadę. Znajomy Planetowicz pisze: Sudety to nie Tatry, nie są aż tak oblegane. Nie powinno być problemów. Brzmi nieźle. W najgorszym razie w większym mieście nawet jeśli nie najtaniej jakiś hotel zawsze będzie.

Teraz pakowanie. Zabrać jak najmniej.

- Ale jak nie będzie gdzie prać? Dorzucam kolejne rzeczy.

Na wszelki wypadek zabieram śpiwór i karimatę. Sama w to nie wierzę, ale... a nuż przyjdzie nocować w krzakach!!!

Trasy – każdy szczyt ma kilka wariantów startowych. Daję sobie spokój. Macham ręką na informacje. JAKOŚ TO BĘDZIE.

Jakby co mam net przez telefon. Wstępne założenie: idę ze wschodu na zachód, czyli zaczynam od Biskupiej Kopy w Górach Opawskich, by dojść do Wysokiej Kopy w Górach Izerskich i wracać przez Ślężę pod Wrocławiem.

Ponadto - nie będę chodzić z całym posiadanym ekwipunkiem!!! (tzn. nie mogę sypiać w schroniskach - wielki minus)

Będę korzystać ze wszystkich możliwych udogodnień cywilizacji - w końcu mam dwa tygodnie chodzić dzień w dzień.

Zrobiłam wydruk KGP. Wykreśliłam szczyty na których już byłam. Pozostałe ponumerowałam w kolejności ze wschodu na zachód i tego mniej więcej mam się trzymać. Drugą listę zostawiam w domu. Będę komunikować na bieżąco co zrobiłam i tym sposobem domownicy będą „trochę maszerować ze mną”.

Piętnastego lipca w piątek pogoda średnia, w sobotę mgła, pada. W niedzielę też niespecjalnie. Najtrudniejszy punkt wielu wypraw to wyjście z domu. Jak będę czekać na pogodę nie wyjadę. Prognozy dla Polski południowo-zachodniej lepsze niż to co u nas. Nakręcam się pozytywnie – JAKOŚ TO BĘDZIE!

Wyjeżdżam w poniedziałek 18 lipca do Kudowy Zdroju. Dokładnie wiem co chcę zrobić i MNIEJ WIĘCEJ wiem jak. Rodzinna wyprawa na dworzec autobusowy, buźka-buźka i w drogę. Duży plecak do luku bagażowego, mały do środka. Pogoda ok. Oby jutro też tak było. Bilet do Kudowy Zdroju. Mam ponad 8 godzin w autobusie na analizowanie map. Wypatrzyłam na mapie Miejskie Schronisko Młodzieżowe na ulicy Nadrzecznej w Kłodzku. Wysiadam wcześniej i tam kieruję swoje kroki. Mniej z mojego mniej-więcej planu zaczyna się od tego, że bezpośredni autobus do Kudowy omija Biskupią Kopę wstępnie przymierzaną jako nr 1. Od razu na dworcu w Kłodzku pierwszy problem jak sobie poradzić z dwoma plecakami? Jest późne popołudnie i nadal gorąco. Wyjmuję górskie buty, ubieram je na nogi (uzyskuję beznadziejny wygląd, ale muszę sobie radzić), a powstałą dziurę zapycham małym plecakiem. Problem rozwiązany. Teraz kilkaset metrów. Plecak cięęęęężki. Na 100% nie będę go dźwigać ani chwili dłużej niż to absolutnie konieczne. Pasowałoby rzucić okiem na jakiś rozkład jazdy, ale dzisiejszy nocleg jest potrzebą pilniejszą niż jutrzejsza możliwość komunikacji. Stare Miasto piękne. Zaczyna się klasyczny problem z kierunkami. Nic nowego – przyzwyczajona jestem.

Dojechałam do Kłodzka i od razu problem: w którą stronę?

Pytam o drogę. Wychodzę na Nadrzeczną. Twierdza Kłodzka. Wspominam fantastyczną, studencką wycieczkę na trzecim roku, kiedy ją zwiedzałam. Twierdza Kłodzka

Nocleg w schronisku jest bo ludzi tylko kilkoro. Będzie dobrze. To napawa optymizmem na następne dni. Melduję się na 2 doby. Dziękuję za pokój 1-osobowy bo ma wielkość dużej szafy. Beznadziejny. W 6-osobowym miejsce 3 razy taniej, powierzchnia 5 razy większa i jestem sama. Dziękuję za pościel, bo mam śpiwór. Nie chodzi wcale o tych parę złotych, tylko żeby nie okazało się na koniec wyprawy, że durnie targałam go przez 2 tygodnie. Choć raz musi się przydać. Szybko rozglądam się po obiekcie i wracam na dworzec sprawdzić na spokojnie możliwości komunikacyjne.

Będzie 6.30 autobus do Stronia Śląskiego. Stamtąd do Bielic nie ma czym. Autobus jeździ tylko w dni nauki szkolnej. To ostatnia miejscowość przy ślepej drodze, która zamienia się w górski szlak. JAKOŚ TO BĘDZIE. Zrobię trasę planowaną na drugi dzień pobytu czyli zaczynam sudecką przygodę od Kowadła w Górach Złotych by przez Rudawiec w Górach Bialskich dojść na Śnieżnik, w Masywie Śnieżnika. Jeśli JAKOŚ TO BĘDZIE w Stroniu - NIE BĘDZIE – zrobię z 10 km asfaltu do Bielic i nie dojdę na Śnieżnik. W najgorszym razie zrobię tylko Kowadło.

2011_07_19 Kowadło 989 m n. p. m. – Góry Złote

                        Rudawiec 1112 m n. p. m. – Góry Bialskie

                         Śnieżnik 1425 m n. p. m. – Masyw Śnieżnika

Pobudka o piątej. Pogoda słoneczna. Taki piękny dzień nie może nie wypalić.

W autobusie kilkoro pasażerów. Rozmawiam z kierowcą w czasie jazdy. Otrzymuję kilka cennych wskazówek. Na zaś ma się okazać, że miejscowi kierowcy są nieocenionym źródłem informacji. Wysiadam na właściwym przystanku i wiem gdzie skręcić. To już dużo wiem. Wolno idę, ale liczę na to, że nie będę szła całego asfaltu.

Pierwszy, drugi, trzeci się zatrzymał. Przejechałam Stary Gierałtów. Pan skręcił na własną budowę, a ja zostałam na szosie. Prawie połowa asfaltu za mną. Już nie jest źle. Ładne miejsce. We wsi czysto, cicho, pusto. Żywego ducha. Cudów komunikacyjnych się nie spodziewam, więc idę. Podziwiam pięknie utrzymane domostwa obliczone na turystów. Po lewej towarzyszy mi plusk Białej Lądeckiej. Domostwa usytuowane już za rzeką. Do każdego prowadzi indywidualny mostek. Przeszłam może z kilometr i zatrzymał się następny drobny dostawca materiałów budowlanych. Minęliśmy Nowy Gieratów i dojechałam do końca drogi w Bielicach. Mam szczęście. Mogło być tylko do początku Bielic, ale było do samego końca.

Jestem na szlaku. Jest godzina 8.15 – spokojnie zrobię wszystko. Start z Bielic na Kowadło

3 kwadranse i kolejny szczyt Korony będzie mój. Chwila podejścia, a potem droga leśna, szeroka, prawie płasko. Rozpiera mnie radość, z powodu bycia w tym miejscu. Cieszę się niezmiernie z rozpoczęcia długiej wyprawy. Porwałam się na naprawdę mnóstwo niewiadomych, ale idę już. To mały sukces na początek. Piękna szeroka droga, która prowadzi mnie na manowce

Z daleka widzę znak szlaku czyli idę dobrze. Z lewej dochodzą jeszcze odgłosy budowy, pod którą podjechałam. Z przodu roboty leśne bo stoi jakiś samochód osobowy przy sągach drewna. Ludzie blisko czyli jestem sama, ale nie do końca. To akurat dobrze. Pryskają moje obawy czy aby nie mierzę sił na zamiary. Niewielkie mam widoki, ale zaczęłam wielką przygodę. Fotografuję zawzięcie drzewa, kwiaty, nawet kamienie. Zachwycam się naparstnicą purpurową. Pierwszy raz ją widzę. W Tatrach spotkałam tylko żółtą. A tu proszę – purpurowa jest.

3 kwadranse.

No właśnie. Minęły 3 kwadranse, a nie ma Kowadła. Coś tu nie gra. Znaków już nie widzę. Droga nigdzie nie skręcała, a szlak skręca zdecydowanie w prawo. Dochodzę do rozwidlenia. Nie ma zmiany kierunku szlaku. W ogóle nie ma znaku. Chyba nie jestem na szlaku. Moja droga trawersuje zbocze niezbyt daleko od grani, ale na grań nie wyprowadza. Niemożliwe, żeby na takim skrzyżowaniu nie było znaku. Na mapie są ścieżki leśne poza szlakiem tylko, która to ścieżka?

Próbuję wykalkulować gdzie jestem, ale… siebie nie muszę oszukiwać, że zlokalizuję swoją pozycję w terenie wg mapy. Zawracam. Ostatni znak widziałam z kwadrans od początku drogi. Obserwuję bacznie teraz lewą stronę.

-Może przeoczyłam.

-Nie przeoczyłam.

Ten znak z daleka widziany był przeoczeniem. Z bliska w ogóle nie spojrzałam na niego bo po co? Przecież był. Okazało się jednak, że był z wykrzyknikiem. Za nim szlak dyskretnie umknął w krzaki, a ja poszłam prosto. Znaki są! trzeba je tylko bacznie obserwować:)

To pierwsze ostrzeżenie. Uważać na znaki!!!

Skoro już skręciłam to teraz prosto w górę. Wydeptana solidna ścieżka. Ostre, krótkie podejście i jest granica państwa i żółty szlak. Tu mają się pokrywać. W lewo granicą doszłam na Kowadło. Nareszcie. Żółty szlak słowacki opisany tylko po słowacku, zielony na Przełęcz Gierałtowską i Czartowiec tylko po polsku, a oba pokrywają się dalej na odcinku 4,5 km. Oznakowanie wierzchołka jak na załączonym obrazku: słowacki znak i polska decha. Może to i jest jakiś styl, ale… Oznakowanie szczytu Kowadła

Przy słowackim znaku skrzynka z księgą wierzchołkową. Nie omieszkuję zapisać w niej swojej obecności na szczycie. Śniadanie na pierwszym, sudeckim wierzchołku, kilka zdjęć. Przejrzystość powietrza niedoskonała, panorama ograniczona znacznie lasem. Lżejsze przebranie bo zrobiło się gorąco i schodzę zielonym. Nie znaczy to, że schodzę tą samą drogą!!! Następne ostrzeżenie – UWAŻNIE czytać mapę, a nie „rzucać okiem”. Zielony szlak pokrywa się z żółtym dopiero od Kowadła czyli w drodze do szczytu jeszcze raz przegapiłam jakiś znak. Inna sprawa, że dojście było znacznie lepsze, bo ścieżka szlakowa wyraźnie nie nadużywana, zarośnięta i ginie w zielsku. Za to niewątpliwie posiada lepsze walory widokowe o czym miałam okazję przekonać się schodząc. Szlak na Kowadło ginie w krzakach

W Bielicach na powrót jestem o 11tej. Kowadło zrobiłam w czasie 2 razy norma. Jeśli dalej tak pójdzie… Nie wróżę sobie świetlanej przyszłości z tą Koroną. Bez zbędnej zwłoki skręcam w lewo i teraz na Rudawiec.

Przedłużenie drogi ze wsi robi się coraz skromniejsze. Na drugim brzegu rzeki, która nadal mi towarzyszy dziki biwak. Piękne miejsce. Jakby mieć namiocik… Widzę siebie w tym miejscu oczyma wyobraźni, ale wróćmy na ziemię!!! Dość bujania w obłokach. Dopiero co miałam nauczkę. Dzierżę mapę w ręku żeby znów czegoś nie przegapić. Wreszcie skręcam z drogi na zbocze.

W lesie roboty na całego. Ciężki sprzęt i wycinka. No to pewnie znaki już leżą. Ale na szczęście nie. Jakoś sobie radzę. Roboty to nic miłego, ale świadomość, że jest ktoś jeszcze w tym wielkim lesie dodaje otuchy. Na Kowadle nie spotkałam nikogo i tu też nikt nie idzie. Wchodzę w granice Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego, potem do Rezerwatu Puszcza Śnieżnej Białki. Otoczenie zaczyna mieć iście baśniowy charakter.

Baśniowy las w Puszczy Śnieżnej Białki

Były oczywiście widoki lepiej oddające nastrój, o którym mówię, ale zdjęcia słabe. Jakby pospolitego lasu było mało, jestem teraz sama w puszczy. Świadomość tego faktu nie jest specjalnie budująca. Chętnie wyszłabym z tego lasu.

Szlak biegnie już płasko czyli wyszłam na grań wierzchołkową. Wierzchołka nie widać, jest za to znowu granica państwa. W pasie granicznym las przerzedzony.

-Ciekawe czy wierzchołek będzie oznaczony?

-A jak nie będzie i przejdę niezauważywszy, że byłam?

Wątpliwości same się nasuwają i sama muszę je sobie rozwiewać. Mapa! Teraz niezbyt długo w prawo. Jest słowacki znak Polska Hora 0,4 km. Mapa nie zawiera informacji nt. Polskiej Hory, ale iść gdzieś trzeba. Eureka. Jest Rudawiec.

-Jak ja udokumentuję, że tu byłam? Zrobiłam zdjęcie plecakowi. Mój plecak, więc też się liczy. Mnie w każdym razie to

wystarcza.

Zdobyłam Rudawiec_1112m n.p.m.

Odnotowałam czas. Jest 12.50. Jak widać Polska Hora to Rudawiec. Rozglądnęłam się wokół. Widać niewiele bo płaszczyzna wierzchołkowa rozległa i trochę drzewa zasłaniają. Nie mam ochoty na zatrzymywanie się w tym miejscu. Osiągnęłam najwyższy punkt Gór Bialskich. Teraz będzie długo z górki. Byle do Przełęczy Płoszczyna. Prawie 2 godziny. Jakby coś nie tak - tam można opuścić szlak graniowy i schodzić do Stronia, ale zobaczymy.

Ruszam dalej. Ogromne połacie jagodowych krzewinek. Wszystko mi się podoba. Rosnę w dumę z siebie. Nagle zerwał się ptak z ziemi tuż przed moimi nogami. Przyprawił mnie o panikę niemalże. Moja duma prysła. Uffff… wstrętne ptaszysko. Za jakiś czas znowu, ale już bez paniki. Ptaki żerują w jagodowych krzaczkach.

Dwóch zbieraczy jagód przecięło moją ścieżkę. Nie widziałam człowieka od czterech godzin. Pustkowie. Nie wiem czy to dobrze czy może nie ma się z czego cieszyć? Drzewa trochę są, trochę nie ma, ale do końca dnia będę szła granicą państwa. Czerwone kapelusze słupków granicznych łatwo „wyłuskać” z zieleni. Nie ma strachu, a w lesie jest pięknie. Wiatr pozaplatał trawy w warkocze. ...wiatr skręca trawy w warkocze...

Na Przełęczy Płoszczyna jestem o 14tej. Tu dojechało małżeństwo z dwójką maleńkich dzieci. Pierwsi turyści na mojej drodze.

- Pani sama wędruje taką długą trasę? – wyrażają troskę i uznanie głosem.

Mam okazję zrobić sobie zdjęcie więc korzystam z okazji.

Za mną 6 godzin marszu. Czuję zmęczenie. Pozwalam sobie na pół godzinki odpoczynku. Nie za wiele bo jeszcze kawał drogi. Na Przełęczy nieczynny bar. Stare polsko-czeskie przejście graniczne. Do Śnieżnika prawie 3 godziny, a jeszcze zejście z niego, i jeszcze jakoś do Kłodzka dostać się trzeba. Przełęcz Płoszczyna_817m n.p.m.

Rozważam wersję czy aby nie skończyć tu trasy na dziś, ale dzień długi, widno do 21-szej. Mam jeszcze 6-7godzin.

Nie rezygnuję. O 14.30 ruszam dalej.

Zaliczam samotnie Rykowisko i Przełęcz Głęboka Jama. Nikt mnie nie doszedł, nikt nie nadchodził z przeciwka. Jak dla mnie - ewenement na górskim szlaku. Dochodzę do Rezerwatu Śnieżnika tym razem. Znienacka zaskakują mnie głosy ludzi za drzewami. Jeśli na ostrym podejściu można podskoczyć – to znów podskoczyłam ze strachu. Dopiero po spojrzeniu na mapę widzę, że jestem w miejscu, gdzie z lewej dołączają szlaki czerwony i niebieski z czeskiej strony i stąd ludzie. Można zejść na ten szlak – szeroka szutrowa droga, ale wolę trzymać się swojego, zielonego wzdłuż granicy. Rezerwat Śnieżnika czyli ścisła ochrona przyrody. O ironio! Widzę resztki lasu w katastrofalnym stanie z lewej, a w dole, z prawej słyszę piłę motorową. Las w katastrofalnym stanie w Rezerwacie Śnieżnika

Jak jest piękny drzewostan i jest co chronić – traktuje się go piłami. Jak zostały rachityczne resztki – ustanowiono rezerwat. Coś mi tu kłóci się z logiką!

Podchodzę na najwyższy szczyt w Masywie Śnieżnika. Panorama robi się coraz rozleglejsza.  Jeszcze niezbyt kojarzę topografię terenu, ale… Jest co podziwiać.Panorama z podejścia na Śnieżnik

Śnieżnik zdobyty!!! Tak się cieszę i mało racjonalnie myślę, ze nawet o rzetelnej dokumentacji szczytu zapomniałam. Tylko takie zdjęcie mam ze znakiem.Śnieżnik zdobyty_1425m n.p.m.

Na Śnieżniku kilkanaście osób. Nareszcie ludzie!!! Wierzchołek „goły”, wiatr daje się we znaki. Kilka zdjęć i schodzę do schroniska. Tu planuję głębiej odetchnąć.

Przed wejściem do schroniska koniec chodzenia na letniaka. Przebieram się bo już wyziębłam. W schronisku gorąca zupa, pół godzinki i ostatni etap wyprawy czyli zejście na dół. Schronisko na Śnieżniku

Zejście czerwonym szlakiem przez Żmijowiec. Z mapą w ręku, bo „szlaków ci u nas dostatek”.

Na Przełęczy Śnieżnickiej trzeba zachować wzmożoną uwagę!!!

Do Przełęczy idę z dwójką ludzi, ale na skrzyżowaniu oni na szlak niebieski schodzą. Dalej idę sama.

Plan na dziś prawie wykonany. Maszeruję zadowolona. „Rosnę” razem z moją radością. Jeden skręt, drugi skręt, wreszcie długa prosta. Za długa. Znów pewnie źle poszłam. Wątpię w siebie. Niemożliwe żeby tak długo nie było znaków. Poranne doświadczenie mnie uczy zawracać do ostatniego bez zwłoki bo dzień się kończy, a zejścia jest ponad 2 godziny. Żywego ducha w zasięgu wzroku.

Zawróciłam, uważnie obserwując każdy kamień (nie ma drzew) ale… dobrze szłam. Nie było nic po drodze. Nie ma innej możliwości.

No to zaś zawracam. W końcu musi się coś pojawić.

 Na ogrodzeniu bardzo starym i bardzo grubym, jakiejś szkółki leśnej, kilkadziesiąt metrów przed miejscem, z którego zawróciłam bardzo sfatygowany ledwo widoczny znak czerwony - za szybko skrewiłam. Dostrzegam go dopiero z bardzo bliska. Uffff…ulga, ale ten znak mógłby ktoś poprawić!!! Z pół godziny mam w plecy. Mapę zostawiam pod ręką.

Następna konsternacja na Przełęczy Żmijowa Polana. Skrzyżowanie dużych dróg. Oznakowanie tras narciarskich, rowerowych, a pieszego nie ma. „Kukam” w każdą odnogę. Trafiam za trzecim razem.

Jeszcze podejście na Jaworową Kopę_1183m i przez Przełęcz Pod Jaworową Kopą_1132m na Czarną Górę_1205m.

Wieża widokowa, zdjęcia i nogi za pas bo czas nagli. Słońce wyraźnie chyli się ku zachodowi. Pogoda cały dzień wytrzymała, ale chmur gromadzi się coraz więcej. Zanosi się na zmainę. Obawa przed ściemnieniem dodaje mi powera. Nie żeby się bać ciemności, ale jeśli ja w południowym słońcu znaki przegapiam to co dopiero po zmroku o latarce. Widok z wieży na Czarnej Górze_1205m n.p.m.

Teraz naprawdę tylko z górki. Nawet bardzo – zejście strome. Jestem zmęczona i to zejście gorsze niż szłabym do góry. Kolano aż piszczy.

Byle do Przełęczy Puchaczówka, i drogi 392. Tam gdzie droga, będą i ludzie i będzie mniej nieprzyjaźnie.

Teraz mam inne zmartwienie. To nie będzie droga szybkiego ruchu.

- Czym ja z tej drogi do Kłodzka??? Do większej drogi 16 km!!!

Dochodzę do asfaltu jest 20.30 Pusto, głucho, mało przyjemnie. Jest wiata, ale nie ma busa. Skręcam kije. Nie zdążyłam przejść na drugą stronę do wiaty, a dolatuje mnie warkot rzężącego silnika. Wyłania się osobowy nieokreślonej marki zza górki i zakrętu i co najważniejsze zatrzymuje się na moją "machaną" prośbę.

- Tylko do Idzikowa. 5,5 km wg mapy.

- Dobre i to.

Młody człowiek za kierownicą upewnia mnie, że na transport publiczny o tej porze szans już nie mam żadnych. Jak usiadłam w wygodnym fotelu dopiero czuję, że mam za sobą szmat drogi w nogach. Wnętrze tego starego auta wymuskane perfekcyjnie. Znać czułą rękę właściciela.

Wystarcza mi tupetu, żeby zaproponować gościowi 50 zł za podrzucenie do Kłodzka.

-Oczywiście gdyby był tak uprzejmy i miły i mógł sobie pozwolić ze względu na czas, pracę, rodzinę itp.

Wazelina aż się lepi.

Zanim skończyłam mówić już żałuję, że może to śmieszna kwota i może trzeba było powiedzieć więcej! Nie mam pojęcia jak daleko stąd do Kłodzka jest, ale mam szczęście. Chłopak mówi:

- Wie pani, bezrobotny trochę jestem. Jak będzie robota to dopiero w nocy (przelatuje mi niewdzięczna myśl, że w dziupli ta robota). - Tylko zatrzymam się i powiem w domu, że jadę.

- Oczywiście, oczywiście, Bardzo proszę. Nie ma sprawy.

Jeszcze po drodze zatankował gaz za 30 zł (czyli chyba wystarczająca była propozycja) i dojechałam na dworzec PKS w Kłodzku na 21-szą. Wysiadam. Ledwo powłóczę nogami. Nawet nie mam siły do domu dzwonić. Byle do łóżka. Jutro w ogóle nie wstaję. Na wejściu w recepcji przedłużam pobyt o 1 dobę. Żadnych przejazdów nie będzie.

Wnioski z tego dnia dwa:

1. ludzi na szlakach nie będzie;

2. przełęcze są w Sudetach znaczniejszymi punktami w terenie niż szczyty.

Pierwszy marszowy dzień mam szczęśliwie za sobą. Jakie będą kolejne? Już wiem mniej więcej czego się spodziewać.

Nieustanne wątpliwości, którymi nie ma się z kim podzielić.

Decyzje kierunkowe, które muszę podejmować samodzielnie.

Puste szlaki.

Nieznane - które będę przemierzać. Oj, będzie się działo, ale… JAKOŚ TO BĘDZIE.

Znacznie później profil trasy na geocontext „z grubsza” pokazał: trasa blisko 30 km i deniwelacja blisko 1000m.

3 pasma górskie i 3 perły do mojej Korony - w jeden dzień.

Pierwszy dzień – extra.

c.d.n.

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Rysianka

O tym, że na Rysiance jest, używając trywialnego słowa - fajnie (to będzie bardzo trywialna opowieść), wiedziałem nie od dzisiaj. Jednakże sami znacie, że czasami bardzo ciężko nam się docenia to co jest.... blisko tak.... to co nas otacza..... to co mamy jeszcze na wyciągnięcie dłoni.... to co tak często zostawiamy za sobą lub widzimy. Przychodzi jednakże czas, że pragniemy po to sięgnąć. I nagle jesteśmy zauroczeni, generalnie czad.... metamorfoza zdumiewająca. A później się dziwimy, że nigdy wcześniej nie dotarliśmy w to miejsce. Niesamowite, ale mi się to zdarza. Również tak macie?


Zamiar obrany, trasa też: Skałka - Hala Boracza - Hala Lipowska - Rysianka - Skałka. Idealna pętla z pauzą na pierogi na Hali Lipowskiej. Góry w wszelakiej postaci mam napisane w CV. A z tym CV to nie kłamstwo. Gdy poszukiwałem pracy, moje CV pod nagłówkiem hobby posiadało wpis - góry. Pełen rzetelnej ufności i zapchanej dumy, pozostałem umieszczony na pośladku (bez uprzedzenia) przez jedną osobę: - Wszak co druga osoba w swoim CV piszę, że lubi góry - rzekła. A tak miło żyło się przyjemnej naiwności, z przeświadczeniem o swojej unikatowości... Kobieta z bloku obok bez wątpliwości też ma napisane w CV góry, przecież co weekend jeździ z koleżankami na sąsiedni Dębowiec. W CV góry ma też kierowca quada, który chasa bezkarnie po leśnych szlakach, rozjeżdżając małego robaczka, który z pewnością miał w swoim CV - góry.

Jakby się tak przyjrzeć naszej trasie na mapie to oprócz trzech schronisk, będziemy mieli sposobność przejść przez kilka Hal. Zapoczątkowujemy od Hali Boraczej, dalej Hala Studzionka, Hala Redykalna, Hala Skórzacka, Hala Bacmańska, Hala Gawłowska, Hala Bieguńska, Hala Lipowska, Hala Rysianka i Hala Pawlusia. W zasadzie to nijakiej wielkiej górki nie zdobywamy, jeno same hale...A na halach powinny być owieczki! Przynajmniej latem.

 

Hala Boracza

 

Naszą przechadzkę zaczynamy w Żabnicy Skałce. Niewielki mróz wyrządził swoje - czarny szlak na Halę Boraczą wymaga zręczności ekwibrystycznych. A w moim wieku, bez tego, ani rusz zimą w góry :) Jest delikatne oblodzenie na trasie. Co interesujące, jest nawet dużo śniegu. Zima w tym roku się ociąga i tak na prawdę jest to jedno z pierwszych (nie szacując październikowych Tatr) spotkań z Lodowatą Damą. Sam szlak na Boraczą nie jest wymagający, na początku powiedziałbym, że nawet nudny. Jednakże radosne konwersacje, nie wspominam nawet o czym - przeto na pewno o niczym, zajmują nam czas. Docieramy na Halę Boraczą, która wita nas widokami w stronę Rajczy. Jest jakoś dziwnie pusto, nawet wiatr nie wieje, tylko słychać ciche trzaskanie śniegu pod naszymi butami. Widać, że sama Hala jest zacnie przewiana, śniegu dużo mniej niż na szlaku. Idziemy zobaczyć do schroniska. Wokół budynku też czas trwa w zawieszeniu. Z lekką niepewnością otwieramy drzwi kierujące do wnętrza. Ktoś tu jednak, przeżył ten Armagedon. Jest tu jednak życie! Grzecznie wypytujemy się Pani - Czy moglibyśmy wypić własną herbatę. Teraz chyba lepiej się zapytać, bo dziwaczne prawa rządzą się w niektórych schroniskach. Kobieta nam odpowiada: - Oczywiście, nie ma kłopotu. Co do samego schroniska, a w zasadzie samej jadalni, to delikatnie komunikując: nie ciska na kolana. Posiadałem odczucie, że czas się tu jednak zatrzymał, zatrzasnął wrota i rzekł: Mam to wszystko gdzieś! Pozostaję tu na dłużej!

Pani nawet sugeruje nam, przy takiej ładnej pogodzie, żebyśmy poszli górą (czyli powiedziałbym, może na wyrost - granią), bo widoki będą piękne. Ciekawostką w budynku są przywarte do tablicy karteczki z różnorodnymi wpisami. Coś w stylu księgi gości, albo facebookowych like\'ów w wersji outdorowej - np. Lubię, bo czas tu wpadł i się zatrzymał. Lubię, bo mogę sobie tu spokojnie zjeść własne kanapki. Można sobie te karteczki poczytać, jednak lepsze znam zajęcia.... Idziemy na szlak. Słońce wychodzi ponad grzbiet, który dzisiaj będziemy przemierzać. Na grzbiecie mieści się pięć wierzchołków: Redykalny Wierch, Boraczy Wierch, Lipowski Wierch, Rysianka a także na północnym wschodzie wierzchołek Romanki. Romanka wybitnie opanowała najbliższe przestrzenie. Nieco niechciana, oderwana przełęczą od Rysianki przykuwa wzrok. Lekki mróz mimochodem hartuje nasze organizmy.

Dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Czarny wiedzie pod górę, ma Halę Redykalną (żółty szlak). Zielony dalej trawersuje grzbiet , aby dołączyć do szlaku żółtego za Halą Bieguńską. Kierując się radą kobiety ze schroniska na Boraczej jak również wcześniejszym planem, podążamy na kluczowy grzbiet. Czym wyżej tym śniegu więcej, ogarniamy również coraz obszerniejszą panoramę Beskidu Śląskiego, a w oddaleniu również Beskidu Małego. Pierwszy śnieg zawsze cieszy najbardziej, sama jego obecność poprawia nastrój. Na przeciw widać Baranią Górę wraz ze Skrzycznym i oddalonym Klimczokiem. Po prawej cały czas towarzyszy nam Sucha Góra. Pojawia się również poszarpaniec, czyli Wielki Rozsutec w Małej Fatrze.

 

Wielki Rozsutec

 

Dochodzimy do żółtego szlaku. Do głównej grani. Wewnętrzna radość, odzwierciedlona na zadowolonych twarzach. Uwidoczniają się nowe przestrzenie, później okrywają się także Tatry. Na grzbiecie śniegu wiele więcej. Miejscami jest porządnie nawiane - brniemy w śniegu do kolan. Odwykłem od tego i nieco mnie to męczy. Za dużej wagi jestem na takie manewry :) Otwarte przestrzenie i nader zaskakująco rozkoszne hale, zakryte grubą powłoką śniegu, zafascynowały nawet takiego malkontenta jak ja. Przeciętne drzewa posypane śniegiem mają swój bajeczny klimat. A Cysorkie Tatry w całej okazałości... Sam Wielki Chocz ponad chmurami wystawia swój czubek...

 

Tatry

Przybywamy na Halę Lipowską, do najlepszego schroniska w Polsce wg czytelników "n.p.m.". Zamawiamy zachwalane pierogi i w dobrych humorach oczekujemy swojego zamówienia. Durne oczy cieszą się jak głupie. W żołądku konwulsje, w ustach ślinociek. Wszystko przez ręcznie wytwarzane pierogi z serem i borówkami, a na nich bita śmietana, borówki i kawałeczek kiwi. Kulinarnie jestem kupiony przez schronisko na Hali Lipowej... Sama Hala Lipowska mieści się na zboczu porośniętego lasem Lipowskiego Wierchu lub jak kto woli Lipowskiej Góry (1324 m). Maltretuje nas widokami - panorama Tatr, Małej Fatry jak również Beskidu.

 

Pilsko i Babia

Schronisko na Rysiance jest oddalona od Hali Lipowskiej o około 15 minut marszu z pełnym brzuchem. Dobre jedzonko bardzo rozleniwia, to niedobre chyba również. Jestem bardziej skłonny ku drzemce aniżeli pieszej wycieczce. Jednak to chwilowa słabość. Ruszamy na Halę Rysiankę. Szlak wiedzie lasem, jednakże gdy dochodzimy do Hali, widoki po raz kolejny powalają na kolana... Są Tatry, jest Mała Fatra, jednakże jest także na wyciągnięcie dłoni Pilsko oraz nieco dalej Babia Góra. Taki mały raj na ziemi. Hala Rysianka jest bardzo duża i największa na naszej dzisiejszej trasie. Oj jak ja uwielbiam takie przestrzenie. Do budynku schroniska udajemy się hmmm jakby to powiedzieć tylko na chwilkę....

 

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

 

Wycieczka dla mnie i Leona zaczęła się w Dolinie Chochołowskiej. Za parking zapłaciłam 20 złotych i moim skromnym zdaniem to dużo za dużo. Była to jednak jedyna nieprzyjemność tego dnia.

Szliśmy przez Chochołowską w niezbyt dobrej pogodzie. Było zimno i pochmurnie. A ja przecież przyjechałam tu podziwiać moje piękne Tatry.

Dolina Chochołowska

Wybraliśmy wyjście czarnym szlakiem na Siwą Przełęcz. Trasa bardzo ciekawa. W większości jest płaska i ciągnie się lasem. Kończy się jednak na podejściu i to dość sporym. Idąc wyżej doszliśmy do poziomu gdzie chmury były pod nami i świeciło piękne słońce a dookoła roztaczały się przepiękne widoki.

Gdy doszłam do Siwej Przełęczy zrobiliśmy postój. Nie tylko dlatego że w słońcu kurtki zimowe okazały się za ciepłe ale też by nacieszyć oczy. Dookoła roztaczała się cudowna panorama. Bystra jak królowa śniegu wyglądała cudownie.

Widok na Trzydniowański z Siwej Przelaczy

 

Bystra dumna jak królowa. Górowała na wschodzie

Podejście pod Starorobociański było trudne ale szczyt działa jak magnes. Wiał zimny wiatr a temperatura spadała wraz z wysokością. Ten szczyt nie dawał mi spokoju od dawna. Gdy stanęłam na wierzchołku byłam bardzo szczęśliwa.

Widok na Tatry Wysokie

W dali było widać szczyty Tatr Wysokich. Z drugiej strony Jarząbczy, Wołowiec i Rochacze. Taki widok to nagroda za cały trud wchodzenia. A raczej dodatkowa przyjemność bo dla mnie lepsze jest wchodzenie niż schodzenie. Teraz czekało mnie jednak to drugie. Schodziliśmy w stronę Konczystego. Dzięki temu mogłam się lepiej przyjrzeć Jarząbczemu. Piękna, wysoka góra. Następny cel w Tatrach zachodnich.

Jarząbczy

Na Konczystym zrobiliśmy parę zdjęć. Niesamowicie wyglądały te chmury pod nami i szczyty oświetlone słońcem.

Nad chmurami.

Zejście z Konczystego było bardzo trudne. Rano stwierdziłam ze raki nie będą mi potrzebne. Teraz bardzo by się przydały. Stok jest od północnej strony. Śnieg, który spadł tarę tygodni temu nie stopniała. Stwardniał na skałę i był bardzo śliski. Czasami widać było duże płaty lodu. Schodziliśmy bardzo powoli szukając trawy, na której można postawić nogę lub dziur po butach ludzi, którzy szli tym szlakiem gdy śnieg był jeszcze miękki. Jeden fałszywy krok i mogło się to skończyć jazdą na tyłku bez możliwości zatrzymania się aż do końca oblodzenia. Nie wiem czemu ale ze wszystkich rzeczy jakie mogą się człowiekowi przydarzyć w górach takiej jazdy boje się najbardziej. Każdy ma swoje fobie zaszyte w głowie. Schodziliśmy bardzo uważnie i nic się nie stało ale z ulgą odetchnęłam gdy oblodzenie się skończyło.

Na Trzydnowańskim rozciągał się widok na Wołowiec, Jarzągczy i Starorobociański. Wyglądali jak... „Trzej Królowie" zaświtał mi pomysł aby przejść te trzy góry w jednym dniu. Można tego dokonać wychodząc z Chochołowskiej i schodząc do Kościeliskiej.

To co jednak było największa nagrodą za trud całej wędrówki to zachód słońca za Rochacze i wschód księżyca a wszystko to nad morzem chmur. Ten widok był bardzo mistyczny.

Zdjece zrobilam ze szczytu Trzydniowańskiego.

Schodziliśmy ze Trzydniowańskiego już po zmroku. Szlak jednak tam jest dobrze utrzymany. Liczne sztucznie zrobione schody i ułatwienia powodują że po ciemku nie ma problemu z pokonaniem tej trasy.

Dotarliśmy do Doliny Chochołowskiej. Czekała nas jeszcze godzina marszu i to w dużej mierze po betonie. Postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze na mały posiłek na tej samej ławce, na której jedliśmy rano śniadanie. Byłam głodna a temperatura od wody w rzece była niska. W termosie była jednak jeszcze gorąca herbata. Smakowała jak napój bogów. Należało się pozbierać i iść ale zatrzymał się Baca jadący z wyrębu lasu i zawiózł nas do samego parkingu. Zaoszczędził nam dreptania i wziął tylko na piwo :)

Piękny jest listopad w Tatrach.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Zawsze omijane, zawsze gdzieś nie po drodze... Wrota Chałbińskiego

 

Wrota

Wrota Chałubińskiego - relacja

 

 

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Wspinanie Wspinanie

Hollental (Piekielna Dolina)... Magiczne miejsce niedaleko Wiednia, w Austrii. Popularny rejon wśród wspinaczy, oferujący wspinanie o charakterze skałkowo-górskim. Bardziej górskim, bo ściany dochodzą tam do 500 m wysokości, drogi są bardzo długie, nawet kilkanaście wyciągów. Błędem jest twierdzenie, że to rejon łatwy topograficznie i że wspinanie przypomina nasze Polskie skałki. Wybierając się tam należy się solidnie przygotować, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim logistycznie... Trzeba wziąć pod uwagę bardzo zmienną w tym rejonie pogodę. Wybierając się na którąś z dłuższych dróg, bez odpowiedniego wyposażenia typu cieplejsze, nieprzemakalne ciuchy, odpowiednia ilość wody i energetyczne żarcie w plecaku- może okazać się mrocznym w skutkach posunięciem.Z takim właśnie podejściem docieramy późno w nocy do miejscowości Kaiserbrun, na darmowy camping. Po całym dniu "wyrypy" na Grossglocknerze, wspinaczce granią Studlgrat, stresującym i długim zejściu oraz po 4 godzinach jazdy autem. Jesteśmy "wypompowani", więc po rozbiciu namiotów wypijamy po kilka obrzydliwych piw (nie wiedzieć czemu, nie mają w Austrii smacznego Żubra, choćby Vip z Biedronki smakowałby lepiej :) ) majacząc, kładziemy się spać.
Ranek wita Nas palącym słońcem i niebieskim niebem, bez ani jednej chmurki. Nastroje mamy raczej suche, każdy z nas jest potwornie zmęczony i potrzebuje przynajmniej jednego dnia na regenerację sił. Otępieni zmęczeniem podejmujemy decyzję (jak się później okazało, o mały włos tragiczną w skutkach) ,o wspinaczce wybraną wcześniej drogą.Docierając pod ścianę Stadlwand w dwóch zespołach w składzie: ja-Tomek oraz Krzysiek-Paweł, okazuje się, że jeden z Nas nie zabrał schematu wybranej drogi. Po dość burzliwych rozmowach i decydowaniu "co robić", wybieramy drogę, której schemat akurat mamy ze sobą. Pada na kilkunastowyciągową, prawie 400 metrową drogę Richterweg V-. Pogodowa sielanka trwa dalej, słońce pali Nam pyski i wyciska z Nas przysłowiowe siódme poty. Szturmując początek pierwszego wyciągu drogi, w oddali widać nadciągające czarne chmury. Zapewne podjęlibyśmy decyzję o wycofie i powrocie gdyby nie to że te chmury spokojnie wisiały sobie praktycznie w bezruchu nad masywem daleko od Nas. Kontynuujemy więc nasze wspinaczkowe zmagania, otępieni zmęczeniem i urodą drogi, nie wiedząc w co tak naprawdę się pakujemy...
Na bodajże 12 wyciągu, przy stanowisku ze spitów, w szczelinie skalnej znajdujemy puszkę z zeszytem wpisów. Niestety, nikt z Nas nie wpada na to, że to koniec drogi i że trzeba brać nogi za pas i rozpocząć zjazdy w dół. Wspinamy się więc dalej nie świadomi tego, że zaczęliśmy kolejną drogę "Stadlwandgrat", która łączy się z naszą "Richterweg". Nie byłoby to nic strasznego, gdyby nie nadciągające w Naszą stronę czarne chmurzyska burzowe...
Koszmar każdego Taternika, Alpinisty zaczął się spełniać. Jesteśmy ponad 400 m nad ziemią i nagle zaczyna potwornie wiać, następnie padać śnieg , by następnie przerodzić się w ulewny, lodowaty deszcz z szalejącymi dookoła piorunami. Nikt z Nas nie był na to przygotowany, wybraliśmy się pod ścianę bez zapasu jedzenia, odpowiedniej ilości wody i co najważniejsze i najgorsze: na lekko, w cienkich, przewiewnych spodniach i koszulkach, bez choćby najcieńszej kurtki w plecaku...
Krzysiek z Pawłem przyśpieszyli i zniknęli gdzieś za załamaniem drogi. My z Tomaszem też kontynuujemy wspinaczkę, żeby nie wpaść w hipotermię. Skała jest mokra, chwyty stają się niepewne i ślizgają Nam się nogi. Jesteśmy w szoku i mocno zdezorientowani, nie mamy pojęcia co robić dalej. Po jeszcze kilku metrach wspinania, Tomasz zauważa w miarę dogodne zejście z drogi, na ledwo widoczną ścieżkę w dół. Postanawiamy dostać się tam mimo że nie wiemy, w jakiej sytuacji są Krzysiek z Pawłem. W ulewnym deszczu na skraju wyczerpania schodzimy w niebezpiecznym terenie, po cholernie stromych żlebach, które przecinają pionowe ściany. Mamy dość i chce nam się ryczeć, jeszcze nikt z nas, nigdy nie był w tak złym położeniu! Po kilku godzinnym kluczeniu od żlebu, do żlebu i znajdowaniu w miarę bezpiecznego zejścia, robimy 2 kilkudziesięciometrowe zjazdy na linie, do podstawy ściany. Jesteśmy szczęśliwi, że żyjemy i że stoimy wreszcie na pewnym gruncie, choć pełni obaw i zmartwień o Naszych kompanów. Jak się później okazało, chłopaki pokonali jeszcze kilka wyciągów na grani i podjęli decyzję o wycofie w niedogodnym terenie, w skutek czego zostawili w ścianie mnóstwo sprzętu, min zaklinowaną na drzewie linę...
Po tak koszmarnym dniu, późnym wieczorem na parkingu, wymieniamy się spostrzeżeniami, wrażeniami i wyciągamy wnioski z Naszej niewiedzy na temat tego rejonu. Nie mamy nawet ochoty zostać tam na noc i jednogłośnie decydujemy o powrocie do Polski tego samego dnia!
Ps.
Nigdy więcej Austriackich "skałek" bez wcześniejszego przygotowania i zapoznania!
Nigdy więcej wspinania bez choćby cienkiej kurtki w plecaku i zapasu wody!
Nigdy więcej lajtowego podejścia do gór!

Nigdy więcej wspinania bez dokładnego schematu drogi przy dupie. Bo oczywiście schemat, z którego korzystaliśmy wyglądał inaczej niż faktyczny przebieg drogi!

http://www.facebook.com/pages/Z-PAMI%C4%98TNIKA-TATERNIKA/207309455989655?sk=wall

http://parcienatarcie.blogspot.com/

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

23 sierpnia, wszystkie media pokazywały newsy z terenu Słowacji gdzie przechodziły wielkie burze, które powodowały olbrzymie straty, lamały sie drzewa, zrywało dachy.Został zamkniety Park Narodowy Słowacji Raj.

 

Ponieważ sam mieszkam pod Wadowicami, co jest stosunkowo blisko Słowacji, zrobiłem taką oto fotkę tego dnia.

 

burza

 

Fotka przedstawią tą osławioną burzę w mediach. Pomimo że mogłoby się wydawać że chmura nie jest zbyt duża, to nalezy sobie zdawać sprawę że obiekt znajduje się w odległości ponad 200 kilometrów, myślę że około 250 kilometrów "stąd", czyli gdzieś za Tatratmi Wysokimi. Piszę to z doświadczenia, ponieważ często obserwuję burze w mojej okolicy więc wiem zazwyczaj jaką wilekość ma chmura będąc nad danycm miejscem.

 

Wysokość tej chmury to około 10 kilometrów, w porównaniu gdy zwykłe cumulusy zazwyczaj mają podstawę miedzy 2-3 kilometry i grubość 500 metrów. Piszę tutaj o tak zwanych barankach, jakie widać poniżej na zdjeciu.

 

cumulus

 

P.s. Wczoraj tj. 24 sierpnia znów nad tym samym terenem była podobna burza. Co tylko potwierdza dawno znany fakt że burze uwielbiają góry, im wyższe tym bardziej. W Polsce burze na pewno lubią Tatry. :-D

 

 Życzę udanych wycieczek, i polecam czasami zerknąć na niebo, czy czasami coś takiego do nas sie nie zbliża.

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Orla Perć

Zapraszam do relacji i własnych przemyśleń na temat Orlej Perci - Orla Perć

TagsTags: orla perć tatry 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Na początku napomknę, co zabrałem na dzisiejszą wycieczkę. Z przyczyny mojej ostatniej mani do ograniczania się do wymaganych sprzętów w moim plecaku wylądowały: 5 drobnych bułek, czekolada, 2 batony, litr wody w camelbacku, pół litra w butelce ;), kurtka, pałatka, rękawiczki bez palców, mapa, aparat fotograficzny, telefon (z wklepanym numerem TOPRu - 601100300), bandaż i gaza oraz jakieś tam duperele...

 

 

Granaty

Zadni Granat w chmurach

 

Podążam z nad Czarnego Stawu na szlak żółty prowadzący na Skrajny Granat. Wstępnie dróżka wznosi się w górę po kamiennych płytach wśród kosodrzewiny. Wraz z wysokością widoki robią na mnie coraz większe wrażenie. Same Granaty komponują się zacnie a i widok na Czarny Staw cud malina!

 

 

Granaty

Skrajny Granat widziany z Pośredniego Granatu

 

 

W oddali widać załogi wspinające się po prostopadłych ścianach. Wchodzę w obszar skalny, droga póki co nie daje mi się we znaki. Pojawiają się tak utęsknione łańcuchy. Pojawiają się zatem wymarzone dzisiaj detale wspinaczki. Niegdyś ożywiały we mnie lęk, teraz wytwarzają adrenalinę. Pierwsze dotknięcie skały, wstępny chwyt... Nieocenione... Muszę uhonorować, ze mojej buty z La Sportivy bardzo dobrze się sprawdzają w takim rejonie. Także rękawiczki rowerowe z Lidla za 9,99 zdają egzamin

 

Prawie cały czas utrzymuje swoje tempo, momentami wspinaczka robi się bardziej wymagająca, momentami trzeba polegać wyłącznie na łańcuchu. Jednakże jest to na prawdę frajda, o ile się takie sprawy ceni.

 

Jestem już pod Skrajnym Granatem, gdy dochodzą do mnie odgłosy szczekania. Nieco mnie to dziwi, jednak z pozostałej strony na tatrzańskich szlakach nic człowieka nie powinno już zadziwić. Właściciele ów donośnego głosu okazał się znaleziony w górach piesek, a w zasadzie suczka. Musiała przybyć za ludźmi w teren górzysty, została znaleziona na Granatach. Dlatego otrzymała też mało żeńskie imię - Granat. Chłopak, który ją znalazł podobno w schronisku stwierdził, że skoro suczka tak lubi spacerować po szczytach to ją weźmie. Ale to wszystko wiadomości z drugiej a nawet trzeciej ręki.

 

Granaty są masywem górskim w Tatrach Wysokich położonym pomiędzy Doliną Gąsienicową a Buczynową Dolinką (w pobliżu Doliny Roztoki). Kompletne pasmo składa się z trzech szpiców: Zadniego Granatu (2240 n.p.m.), Pośredniego Granatu (2234 m n.p.m.) jak również Skrajnego Granatu (2225 m n.p.m.). Szczyty porozdzielane są Przełączkami Sieczkowymi - Pośrednią i Skrajną ( nazewnictwo od nazwiska przewodnika tatrzańskiego Macieja Sieczki, zdobywcy szczytu). Ze Skrajnej Sieczkowej Przełączki w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego schodzi śmiercionośny Żleb Drege\'a, który to pochłoną już wiele ofiar. Wszystko ze względu na swoją zdradliwość. Najpierw jest wystarczająco łagodny i rozległy, zaś w frakcji dolnej kończy się około 180-metrowym pionowym kominem. Stanowi pułapkę bez wyjścia dla turystów, którzy stracili szlak i zeszli w ten żleb. Po kilku kilkumetrowych zsunięciach znajdą się nad owym kominem, którego już nie sposób przebyć bez zjazdu na linie, w górę zaś zwrot jest niemożliwy.

 

Przez Granaty przebiega szlak Orlej Perci. Dla mnie jest to pierwszy odcinek Orlej Perci jaki pokonuję. Na początku cały masyw zakrywały chmury. Dolina 5 Stawów stała się całkowicie nie widoczna. Na Skrajnym Granacie zjadłem kolejną kajzerkę i przyglądam się najdalszemu z trzech czubków - Zadniemu Granatowi. Chwila spoczynku, jeszcze raz patrzę na mapę i podążam w kierunku Pośredniego Granatu. Wolno wspinam się w kierunku drugiego wierzchołka. Powiem otwarcie, że zapomniałem o szczelinie na Skrajnej Sieczkowej Przełączce. Troszkę mnie ona zadziwiła. Przebycie jej w kierunku Zadniego Granatu stanowiło dla mnie duże wyzwanie. Odkrył się strach i brak zdecydowania. W końcu jakoś poszło. Szczelinę można również obejść. Dalej już bez niespodzianek zdobywam Pośredni Granat. Po drodze jak się wyjaśnia mijam moich towarzyszy z pokoju w Murowańcu, których bardzo serdecznie pozdrawiam!

 

Schodzę na Pośrednią Przełączkę i dochodzę do wniosku, że dziś nie idę na Zadni Granat i wybieram dróżkę do zielonego szlaku kierującego do Zmarzłego Stawu. Na dziś kres, tej zwięzłej przygody z Orlą Percią, trzeba odpocząć przed kluczowym podejściem. A sam zielony szlak jest bardzo prosty. Nie potrzebne są łańcuch, nie ma przeszkód technicznych. Idąc tym szlakiem posiadam gratkę podziwiać dalszy odcinek Orlej Perci, który jest sporo bardziej wymagający aniżeli dzisiejsza wycieczka.

 

TagsTags: granaty tatry orla 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Pierwsze odczucia, dojeżdżając do naszego celu są przejmujące. W tej nierozległej miejscowości, na stokach niewielkiego wzniesienia mieszczą się, jak żywe widoki upamiętniające ukrzyżowanie Pana Jezusa. Mimo znajomości tematu, sposób w jaki zostało to przedstawiono czyni wrażenie na typowym śmiertelniku i każdej upartej duszy. Monumentalne rzeźby niesamowicie układają się w tej okolicy. Niektóre jednostki twierdzą, że warto dla odnowy duchowej, wybyć na Matyskę samotnie. Na pewno nasza droga od tego momentu nabrała też odmienny charakter. Wartości egzystowania, czasu, wiary, przemijania, na wierzchołku Matyski potęgują się. Każdego wstrząsa mała refleksja nad samym sobą. Na górze lśni nierdzewna stal wysokiego krzyża. Krzyż jak można przeczytać na kamienistym piedestale, został wzniesiony przez lokalnych parafian dla upamiętnienia Roku Jubileuszowego przypadającego na pontyfikat Ojca Świętego Jana Pawia II.

Matyska

 

Matyska, oprócz uczuć powiązanych z wiara i religią, zapewnia nam wspaniałe wrażenia wzrokowe. Czubek Matyski mieści się na wysokości 609 m.n.p.m. Wzniesienie to umiejscowione jest między wioskami Radziechowy-Wieprz i Przybędzą. Obie miejscowości to południowo-zachodnia sekcja Kotliny Żywieckiej. Widoki, które zapewnia nam Matyska są niesamowite! Dostrzec można panoramę Beskidu Małego, miasta Bielsko-Biała, Żywiec. Szczyty Beskidu Śląskiego i Żywieckiego takie jak: Skrzyczne, Klimczok, Rysiankę jak również Babią Górę.

Babia Góra

 

 

TagsTags: matyska 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Wspinanie Wspinanie

Jak pisałem zeszłego roku w Blogu Nowa skala wspinaczkowa niektóre rejony Jury są niezwykłe z powodu tradycji kultuwowanaych przez niektórych mieszkańców. Mieszkaniec okolic skałek Wzgórze 502 i Fiali kultywuje obsmarowywanie tych skał krowskimi kupami. Tak tak , dokładnie tyczy sie to obsmarowywania ringów, stanowisk, i czasami chwytów.

 

Ponieważ bardzo lubię te okolice, z powodu południowych wystawek skał, które saa idealne do wiosennego wspinania, toteż prawie zawsze na wiosne tutaj się zjawiam. I tej wiosny było podobnie. :-D

OGŁASZAM STAN SKAŁ NA POZIOMIE 1 czyli


1. Gówno, zwykle stare i zaschnięte, zalega na nielicznych formacjach - generalnie bezpieczne warunki do wspinu, nawet bez patyczka.

 

Pisze serio :-), duża część tych atrakcji została już usunieta podczas ostatniego pięknego weekendu, gdzie wspinacze ochoczo ropoczeli sezon wspinaczkowy. Stany zostały poczyszczone, i generalnie warunki są już prawie idealne.

 

Hough

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Witajcie! Jak można wyczytać na stronach internetowych: "„Góry w sercu"... ...ale i „serca w górę". Z inspiracji Mirosława Kowalika (basista, producent, autor większości tekstów i muzyki) powstało kilkanaście piosenek. Okazały się one spójne z filozofią górali i w efekcie zabrzmiały głosem Jana Trebunia-Tutki." - tak, mnie też te teksty, śpiew i muzyka zainspirowały. Może też dlatego jestem w tym miejscu. Myślę, że będę tu bywał. Cieszę się, że taka społecznościowa strona powstała. Niech więc góry nas zmieniają w dobro. Pozdrawiam Ludzi Gór tych na wyżynach, nizinach a zwłaszcza tych gór w sercu, które każdego dnia musimy zdobywać samotnie!

http://www.youtube.com/watch?v=wcO-YZyK86M

TagsTags: trebunia góry muzyka 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Dla chętnych i ciekawych islandzkich krajobrazy, a zapewne większość z nas mało ma informacji na ten temat oprócz ostatniego wybuchu wulkanu, przekazuje 3 ciekawe filmiki.

 

Dwa z nich są krótkie na dwa rózne tematy. lecz generalnie traktują o krajobrazie islandzkim. Natomist trzeci to już dluższy film, gdzie zawarte są takze fragmenty dwóch pierwszych.

 

 

 

I ostatni najdłuższy zatytułowany Winter in Hell :-)

 

 

 

Miłego oglądania

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking
Blog only for friends
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Wspinanie Wspinanie

 

 

 

 

 

 

 

Poniżej film, o którym pisałem wcześniej na forum.

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

TagsTags: cassin 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Jak wspomniałem w poprzednim poście, wyprawa do Norwegii zakończyła się pełnym (prawie) sukcesem, notatki pozbierane, uzupełnione, wrażenia nieco okrzepły i można zabrać się do pisania.

 

Na początek kilka suchych faktów:

 

Czas: 13.08 - 22.08.2010

Miejsce: Norwegia, park narodowy Jotunheimen

Trasa: z Lom (Oppland) do Øvre Årdal (Sogn og Fjordane)

Noclegi: namiot

Wyżywienie: własne - liofilizaty Travellunch, batoniki, chałwa, płatki owsiane, mleko w proszku, czekolada, palnik+gaz, woda z potoku

Skład wyprawy: 2 osoby, czyli ja i moje lepsze ja czyli E. :)

 

 

Dzień zero, piątek, 13.08.2010

 


Wyprawa zaczęła się najbardziej pechowego dnia w kalendarzu, w piątek 13-go. Nie, żeby nas to odstraszało w jakiś sposób, ale kilka żartów się pojawiło zwłaszcza, że oboje jesteśmy niesamowitymi wręcz "fanami" latania. Wbrew przesądom jednak, tego dnia wychodziło nam wszystko i nawet nie zaginął bagaż ;) Boeing 737 Norwegian-a dowiózł nas do Oslo przed czasem i mieliśmy naprawdę sporo czasu do odjazdu autokaru do Lom.

 

Samolot: WAW 17:25 - OSL 19:20, Norwegian.no

Autokar: OSL 23:00 - Lom 04:20, NOR-WAY Nordfjordekspressen

 

Na lotnisku Gardermoen, korzystając z paru chwil wolnego, postanowiliśmy zaopatrzyć się w gaz do kuchenki. W tym celu należało udać się na pobliską stację benzynową, której szyld widać było z hali przylotów. Kto pyta, nie błądzi, zatem o możliwość dojścia na nią, postanowiliśmy zapytać miłą panią w informacji - i tu zgrzyt: otóż pani nie wiedziała. Za to zaproponowała nam możliwość dojechania tam autobusem (sic!). Uruchomiliśmy Plan B i po prostu poszliśmy w kierunku stacji - oczywiście dało się dojść (ech) a zapowiadana "główna i wielka autostrada" odgradzająca lotnisko od stacji okazała się uliczką z rondem i kulturalnymi przejściami po pasach.

Koniec końców, gaz kupiliśmy - co prawda palnik mamy Primusa, a gaz był Kempera i nie mieliśmy pewności, że to wszystko będzie działać, ale punkt zaczepienia się znalazł. Dodatkowo zaopatrzyliśmy się w wodę (jedyne 20 NOK/butelkę - czyli po 10 PLN za 1,5 l) i wróciliśmy na lotnisko celem konsumpcji hot-dogów (37 NOK / 18 PLN za sztukę) i dalszego oczekiwania na autokar.

Nocna podróż autokarem dla kogoś, kto w podróży nie sypia - no cóż... Dość powiedzieć, że w Lom nie wyglądałem najlepiej, E. była chyba w nieco lepszej kondycji. Na dobry początek dnia postanowiliśmy przetestować kuchenkę z gazem - działała (hurra, będzie herbata!), tudzież przyswoić nieco czekoladowo-batonikowych węglowodanów. Innych opcji nie było, bo o 4:30 nie tylko w Norwegii wszystko jest zamknięte na głucho choć tam wrażenie zamknięcia wszystkiego jest jakby silniejsze.

 

 

Dzień pierwszy, sobota, 14.08.2010

 

 

Lom - miasteczko niewielkie i o tej porze dnia (nocy?) abstrakcyjnie wręcz ciche. Do zwiedzenia kościółek słupowy, pojawiający się niemal w każdym folderze o Norwegii; z bliska - nic szczególnego. Wang w Karpaczu robi zdecydowanie i kilkukrotnie lepsze wrażenie (choć Norwegowie nie uznają go za kościół słupowy, gdyż jest... poza Skandynawią). Z braku czegokolwiek do roboty i po utwierdzeniu się w tym, że kuchenka działa bez zarzutu, ruszyliśmy na podbój gór. Wg. mapy - do początku szlaku mieliśmy 7 km, w rzeczywistości...

Początek szosy to nieustanne poprawianie plecaków. Senność + zastane nieco mięśnie nie ułatwiały dobrania odpowiednich ustawień, ale już po pierwszym kilometrze wszystko było OK. Minął drugi kilometr, trzeci....ósmy...dziesiąty (?) a szlaku ani widu ani słychu. Spojrzenie na GPS (tak tak, mieliśmy nie używać) wykazało, że jeszcze trochę, ale kierunek jest dobry. W końcu, w okolicach słupka głoszącego "17,5 km" wyrósł drogowskaz do upragnionego Jotunheimen i schroniska Spiterstulen, które choć nie było naszym celem, pozwoliło mniej więcej oszacować odległość. Niepokoiła za to liczba "18" widniejąca obok.

Tym razem droga zmieniła się z asfaltówki w szutrową, ale utwardzaną i bardzo wąską, za to prowadzącą stale pod górę. Pierwsze 2-3 km niezbyt ciekawe, domki, fragmenty lasu, znów domki...

Za to w okolicach 5-go kilometra zdecydowanie już dało się odczuć, że jesteśmy w górach. Po prawej stronie otworzyła się szeroka U-kształtna dolina, w której to z kolei wytworzyła się V-kształtna jej najgłębsza część - bardzo ciekawa budowa, nie przychodzi mi do głowy odpowiednik w Polsce. Droga prowadzi skrajem tarasów będących "dnem" U-kształtnego piętra, a w dole, w niemalże wąwozie, płynie potok. Po obu stronach drogi rośnie mniej lub bardziej gęsty las poprzecinany polanami, gdzieniegdzie pasą się krowy. Wreszcie też zidentyfikowaliśmy na mapie miejsce w którym się znajdowaliśmy - informacja "Lom 7km" na skraju mapy nie pokazywała też faktycznej odległości od Lom, a od... szosy do Lom. O dodatkowych 17-tu km do miasteczka ani słowa :P

24 km to dobry dystans, aby zgłodnieć. Makaron z wołowiną brzmiał kusząco, choć pozostawała niepewność, czy liofilizowane jedzenie spełni swoją rolę (oraz czy jest "zjadliwe"). Na szczęście obawy okazały się płonne i jedzenie nie dość, że pożywne, okazało się całkiem smaczne. W dużo lepszych nastrojach (choć już dość konkretnie obolali) mogliśmy ruszyć dalej. Ale, że już parę kilometrów z obciążeniem (ok 22-24 kg na osobę) w nogach mieliśmy, brak snu przypominał o sobie, tempo dość szybko siadło i skupiliśmy się na widokach. A te coraz lepsze - wprawdzie dalej las, ale coraz więcej grzbietów górskich wystawało znad zielonych zboczy doliny i coraz wyraźniej dało się odczuć, że tam na górze czeka dzika przyroda - choć w dolinie zieleń aż kapała, a słońce przygrzewało całkiem konkretnie. Droga prowadzi dnem doliny aż do Spiterstulen, ale to nie był nasz cel - szukaliśmy odejścia na nieznakowany szlak na Glittertind - drugi co do wysokości szczyt Norwegii (a na pewno mniej odwiedzany od pierwszego - Galdhoppingenu). Coraz częściej też nawiedzały nas myśli o rozbiciu obozu.

 

W Norwegii wolno nocować przez 1 noc w dowolnym miejscu pod warunkiem, że trzymamy się minimum 150 m od zabudowań oraz nie wchodzimy komuś na pole. Ta sama reguła obowiązuje w parkach narodowych, choć w Jotunheimen schroniska po prostu powyznaczały strefy "płatnego obozowania" w określonym promieniu nieprzekraczającym 1 km (tyle maksymalnie mogą). Spiterstulen wyznaczyło właśnie 1 km i bardzo tego pilnują, dodatkowo nie zgadzają się na camping w promieniu 100 m od drogi prowadzącej do schroniska (ponoć to ich droga).

 

Szlak na Glittertind odchodzi od głownej drogi około 2,5 - 3 km przed schroniskiem. Tutaj opuszcza się "bite" drogi i przez najbliższe kilka dni można być szczęśliwym widząc jakąkolwiek ścieżkę :) Tu też, tak naprawdę, rozpoczyna się wyprawa...

Odeszliśmy na oko na 200 m od drogi i w cichym zakątku nad potokiem niedaleko szlaku rozbiliśmy namiot. Czekało nas przepakowanie plecaków z wersji "podróżnej" na "wędrowniczą" i kolacja - w tej roki zupa ziemniaczana (liofilizat) ze świeżym akcentem (rosnące nieopodal maślaki). Dzień zakończył się zalegnięciem do snu już około 18-tej, na więcej nie starczyło sił.

 


NB: to, że w parku narodowym są szlaki nie oznacza, że jest obowiązek korzystania z nich. Można poruszać się dowolnie (w tym pływać w jeziorach, jeśli ktoś jest fanem) i nocować gdzie się chce (z zastrzeżeniami wspomnianymi powyżej). Wolno również korzystać na własne potrzeby z owoców, roślin, grzybów i wody (ale nie np. zbierać i wynosić ze sobą na zapas); jedynie na połów ryb wymagana jest licencja. Nie wolno za to śmiecić (oczywistość) oraz korzystać z silników spalinowych. Latem (15.04-15.09) nie wolno też rozpalać ognisk poniżej linii roślinności (wolno w skałach).

 

Podsumowanie dnia:

 

Pogoda: słonecznie, bez wiatru, temperatura około 20'C

Dystans: 32 km

Wysokość min.: Lom, 640 m n.p.m.

Wysokośc max.: Obóz 1, około 1000 m n.p.m.

Czas przejścia: od 5:30 do 16:30, w tym przerwy

Trudność: żadna - najpierw asfalt, potem bita droga jezdna, końcówka ścieżką w lesie

 

 

 

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

   Od połowy lipca czekam na trochę bardziej stabilną pogode. W tamtym czasie sie już spakowałem i do tej pory sprzęt leży u mnie na kanapie gotowy żeby wrzucić do plecaka. W głowie burza mózgów gdzie by to nie można się wybrać w tych wspaniałych Tatrach, ale co tydzień zawód spowodowany prognozami, które zwykle się jednak sprawdzały co wiem z  bezpośrednich relacji zawiedzionych znajomych z Hali czy Dolinki za Mnichem. Czy dzisiejszy wyjazd dojdzie w końcu do skutku? Oby. Zadowolony będe nawet z 2 dni przystępnej pogody na 4 dniowym wyjeździe.

TagsTags: pogoda 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Zaczynając bloga...

Od czasu do czasu będąc w górach....

I od czasu do czasu mając chwilę aby coś skrobnąć....

I od czasu do czasu mając wenę pisarską....

 

Postaram się tu wrzucić coś o górach - w zamierzeniu - relacje z większych i mniejszych wypraw, refleksje na temat gór ale i nie tylko, czasami wątek "historyczny", bardzo subiektywne opisy tras, a czasem jakąś kompletną niespodziankę.

 

Tymczasem szukam spodni membranowych :D

 

 

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Wspinanie Wspinanie

Przegladając vimeo natrafiłem na kilka ciekawych filmików, mniej lub bardziej ściśle zwiazanych z górami, wspinaczką itd. Filmy na vimeo to zupełnie inna jakość niż te na youtube -fajnie że jest już mozliwość ich wrzucania na Planecie.

Chciałbym się podzielić tymi znaleziskami. Niestety tylko jeden z fimów jest po polsku. Angielskie są w miarę zrozumiałe, a włoski można obejrzeć choćby dla wspaniałych zdjęć - to historia Gervasuttiego - tego od filara Gervasuttiego na Mount Blanc. Życzę miłego oglądania :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

White Winter Hymnal from Grandchildren on Vimeo.

 

 

 

 

Giusto Gervasutti il solitario signore delle pareti from Planetmountain.com on Vimeo.

 

 

Back to the Roots: M.D.M.C.P. a new 5.13 in Indian Creek from Cedar Wright on Vimeo.

 

 

Arkansas in a day! from Cedar Wright on Vimeo.

 

 

 

 

 

 

Sprawa Humoru (7x 9a) from butcher on Vimeo.

 

 

 

 

 

 

Red Bull X-Alps 2007 from Planetmountain.com on Vimeo.


Miłych wrażeń:)

TagsTags:  
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

W niedzielę 17 kwietnia wybralem się na wpyad w Tatry, trasa wiodła w dużej części asfaltem :-/ w dolinie chochołowskiej. No coż trudno, ten odcinek drogi ciąży mi nie tak bardzo jak droga do Morskiego Oka, ale za każdym razem bardziej. Za to szlak czerwony na Trzydniowianski Wierch wynagrodził asfaltowy epizod.

Śniegu w Tatrach jeszcze dużo, lecz na stokach południowo zachodnich już prześwieca już podłoże, jeszcze tydzien dwa i śnieg ostanie się tylko w górnych partiach. O ile nie napada świeżego w najblizsze dni.

 

                       Panorama z Trzydniowianskiego Wierchu

 

 

 

Zejście z szczytu do doliny jarząbczej wyglądało bardzo "ciekawie" poniżej zdjecie Trzydniowianskiego i wychodzących na niego turystów od strony doliny jarząbczej.

 

 

 

 

Widok w kierunku Kończystego Wierchu

 

 

 

 

Na koniec wypadu doszliśmy do polanych chochołowskiej, gdzie już powital nas zgiełk i wrzawa ludzi w ilościach prawie jak na Krupówkach, jak i fioletowe łany krokusów.

 

 

 

Polecam obejrzeć. (Oczywiście krokusy, nie ludzi), sądze ze ostana się do najblizszego weekendu.

 

  

TagsTags: tatry 
1 January, 19701 January, 1970 1 comments Speleologia Speleologia

W dniu wczorajszym tj. 16.02.2010 r. ekipa Planety Gór gościła w Klubie Taternictwa Jaskiniowego Speleoklub Bielsko - Biała. Idea portalu oraz jego możliwości techniczne zostały przedstawione przybyłym członkom bielskiego Speleoklubu. Zostaliśmy przyjęci bardzo serdecznie i z zaciekawieniem. Padło wiele pytań dotyczących portalu, oraz wiele ciekawych propozycji ze strony członków Speleoklubu. Niektóre z nich zostały przez nas natychmiast wdrożone jak np. dodanie do "Uprawnień profilowych" możliwości wyboru uprawnienia: "Taternik jaskiniowy".

Prezentacja odbyła się w bardzo miłej atmosferze, portal spodobał się i można przypuszczać, że grupa Speleoklub Bielsko- Biała, która od jakiegoś czasu istnieje na portalu, będzie nam rosła w siłę.

Bardzo dziękujemy Panu Jerzemu Ganszerowi za zaproszenie, oraz wszystkim Członkom Speleoklubu za ciepłe przyjęcie!

 

Krótką zajawkę i kilka fotek z prezentacji w Speleoklubie B-B, znajdziecie tutaj

1 January, 19701 January, 1970 1 comments Trekking Trekking

Czasami w zyciu tak jest, że plany weekendowe nie wypalają - miał być Beskid Żywiecki z Małżonką, ale nie będzie bo nie ma z kim zostawić szkraba. Jako substytut postanowiłem wyskoczyć samotnie na jakiś spacerek w Beskidach, padło na Klimczok i (o ile Panu Turyście (tm) się będzie chciało) Błatnią.
Skłamałbym pisząc, że cierpię jakoś mocno z tego powodu. Klimczok od dawna jest moją ulubioną górą w Beskidzie Śląskim. Jasne, widoki takie sobie, szlak (chodzę zawsze z Nadmesznej obok Chaty na groniu) przeciętny, ale i tak sentyment żywię do niego ogromny. Pewnie dlatego, że to moja pierwsza samodzielnie zdobyta góra :-)
Jak zwykle nie mogę się doczekać. A tak było wczesną jesienią:

Klimczok wczesną jesienią

 

 

TagsTags: klimczok beskidy plany 
Copyright by planetagor.pl