Sama sobie sterem, okętem, żeglarzem...
Albo solo albo wcale – taki miałam wybór. Miało być towarzystwo, ale komuś coś wypadło, ktoś inny obawia się czy to bezpiecznie na Ukrainę obecnie.
Póki jeszcze czas urlopu zdecydowałam się na solo w niedzielę wieczór. Zakupiłam bilety do Krakowa, następny do Przemyśla, przez Medykę przejdę pieszo, a dalej jakoś to będzie. Cel podstawowy Howerla i Borżawa.
Środa 1.30 jestem w Krakowie. Przemyśl podjeżdża, ale Wrocław- Lwów już stoi.
Puszczam Przemyśl, wsiadam do Lwowa i o 5 rano jestem na przejściu granicznym Krakowiec. Kolejka 10 autokarów, nasz jedenasty. Optymistycznie licząc pół godziny na każdy – mamy 5 godzin stania na granicy. No i tyle staliśmy.
Koło południa jestem we Lwowie. Autobus do Iwanofrankowaska za kwadrans i jestem tam o 16tej. Autobus do Worochty już stoi, ale za szybko to wszystko się dzieje. Jak tak będę pędzić po drodze nic nie zobaczę. Następny o 17.25, o 18-tej, 18.25, 19-ta. Puszczam ten, który stoi, kupuję bilet na 17.25, idę na kawę, obiad i małe zwiedzanko.
O 17.25 niespodzianka – autobus nie pojedzie z powodu awarii, o 18-tej też nie pojechał, dopiero o 18.25 i jeszcze trzeba bilet przebookować. 300% normy jeśli idzie o stopień wypełnienia wnętrza pojazdu i o 21-szej jestem w Worochcie.
Gdzie spać?
Turbaza Ukraina – brak miejsc.
Już się ściemniło zupełnie.
Przydrożne dwa punkty, do których mnie odesłano – brak miejsc. Już kombinuję o rozbijaniu namiotu na terenie turbazy, ale trafiam na dwie spacerowiczki z dziećmi, które po wykonaniu kilku telefonów odprowadzają mnie do centrum, do Turbazy Howerla. Pokój (2 łóżka) z łazienką = 100UAH. Luksus za drobne.
Po upalnym, długaśnym i męczącym dniu korzystam z przyjemnością.
Czwartek rano, kursowym autobusem do przystanku Worochta Ardeluza, skrzyżowanie z drogą do Zroślaka. Skądinąd wiadomo, że z Worochty na ogół ludzie taksówką lub innym wynajmem do Zroślaka jeżdżą, ale w pojedynkę to nawet w hrywnach tanio nie będzie. Poza tym jest widno i dzień długi. Nawet jak mi przyjdzie piechotą drałować uznam to za rodzaj atrakcji w podróży. To tylko 10km, a może jakoś to będzie.
Na rzeczonym skrzyżowaniu wysiada kilka osób z plecakami, dwoje w klapkach i ja. Na Howerlę zmierzają te klapki, ale nie wiedzą jak i gdzie? Mam gps w ręku. Pasażer oczekujący na przystanku przykleja ich do mnie – ona znajet - i idziemy. Po 5 minutach ja łapię toyotę na STOP-a, oni nie wiem co dalej.
Dojeżdżamy do szlabanu – Worochta Zavoielia.

Kierowca musi zarejestrować przejazd samochodu. Płacimy po 20 UAH/os. za wstęp na teren Parku i jedziemy dalej. Asfalt się skończył. Toyota raczej z limuzyn niż terenówek. Parę razy haczyła o kamień podwoziem, że tylko zgrzyt żelaza, ale szczęśliwie dojechaliśmy. Zbliża się południe. Co w tej sytuacji robić? Siedzieć – za wcześnie. Iść coś konkretnego – za późno.
Będzie rekonesans na szczyt lub Jezioro Niesamowite i rozejrzeć się po otoczeniu.
Zaroślak to wielka Sport-Baza, a nie turbaza. Oficjalnie miejsc nie ma. Trwa obóz treningowy. Zabezpieczam sobie spanie na szczycie wieży obok, na terenie obiektu za 50 UAH.

Rozglądam po kilku budkach z pamiątkami i spożywczą drobnicą, zostawiam w depozycie uprzejmej pani portierce nadmiary z plecaka i idę na szczyt.
Szlaki niebieski i zielony. Ruch na obu duży.
Powyżej Małej Howerli zanosi się na burzę. Przed szczytem zaczyna padać i grzmi. Rodzą się moje wątpliwości, ale nikt, dosłownie nikt nie rezygnuje. Na szczycie burza w najlepsze. Przy betonowej kolumnie zbita grupa zorganizowana, ze 20 dzieciaków. Nikt nawet nie myśli o sprowadzaniu ich niżej.
Jestem zszokowana. Przeczy to wszelkim regułom zachowania podczas burzy jakie z Tatr wyniosłam.
No i ponieważ oni się nie boją, ja też się nie boję i ze 40 min przeczekuję burzę.

Aż trudno uwierzyć, że to już Howrla.
Widoki jak to po burzy.


Zejść zamierzam zielonym szlakiem dla odmiany. Skręcam w kierunku przeciwnym do tego, z którego wchodziłam. Błąd. To był szlak żółto czerwony. Zeszłam już ze 100m niżej, muszę się cofnąć na szczyt. Teraz dokładnie sprawdzam gdzie idę – wchodzę w zielony. On też do Zroślaka, ale… są znaki niebieskie kierujące do sportbazy, a zielone nie kierują. Zaczynam wątpić i w końcu trawersuję na powrót na niebieski szlak.
Z biegu zaliczyłam sobie cel główny wyprawy. Co jutro? Jezioro Niesamowite.
Jak przejrzałam uważnie mapę – szlak na J. Niesamowite (7km) omija kawał grani, trzy wierzchołki. Przyjechałam tu dla połonin, tego mi szkoda.
Daruję sobie wobec tego Jego Niesamowitość, pójdę jutro przez Howerlę. Postanowione.
Tymczasem po powrocie spanie w wieży zamieniono mi na pokój z łazienką za 120UAH i bardzo mi to było na rękę.

Rano – jak pomyślałam tak zrobiłam, z tą różnicą, że na plechach 23kg. Mam 5 litrów wody, bo nie będzie jej na grani, a ma wystarczyć na 2 gorące dni.
Dziś na Howerli zdjęcia i widoki piękne.

Z pozoru bliski niemal majestatyczny Petros.

Na horyzoncie Pop Iwan rozpoznawalny ruinami obserwatorium meteo. Tam idę.

No i moja fotka szczytowa jak nalezy

Dziś na szczycie prócz ludzi stado owiec jest.
Spotykam staruszka tak koło siedemdziesiątki. Zamieniamy parę słów. Moja babuszka była z Polszy – mówi, z Krakowa. Takich ludzi z odległymi, ale polskimi korzeniami spotkałam jeszcze potem kilkoro.
Grań Czarnohory wspaniała. Idę dokładnie wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Zostały niemal wszystkie słupki graniczne w terenie. Reguła jest taka: słupek ma numer główny i numer podpunkt. Na wierzchołku kolejnego wzniesienia lub na dnie przełęczy jest nr bez podpunktu. Po tych słupkach rozpoznaję kolejne wierzchołki bo nie ma innych oznaczeń.

Kolejno wchodzę na Breskuł_1911m, Pożyżewską_1822, Dancyż_1855m, Turkuł_1933m. Stąd Jezioro Niesamowite ze 100m w dół. Kilkanaście namiotów, płoną ogniska, ludzie biwakują na luzie. Spoko można tam spać. Nie schodzę nad jezioro, ale decyzję o pójściu granią uznaję ze wszech miar za słuszną.

Widoki jak z bajki.
Połoniny niemal bez końca i wokół. Chmury się zbierają. Łaskawie przysłaniają trochę prażące słońce. Zbierze się burza, ale do 14-tej mam czas. Jakby co – przeczekam ją na grani. Na Ukrainie tak się robi.
Mijam nienazwany szczyt 1910m, odbijam troszkę z czerwonego szlaku trzymając się granicy i wchodzę na Rebrę_2001m. Po zejściu z tego wierzchołka na przełęczy jest znak kierujący na GutinTomnatyk_2016m. W dole widzę zagospodarowane namiotami Jezioro Brebeneskuł.
Jest już 16-ta. To ja sobie na luzie (plecak w trawy na pobocze) Gutin Tymnatyk robię i na nocleg schodzę nad rzeczone jezioro.

Chmury krążyły, krążyły ale w końcu nie zdecydowały się na deszcz. Udało mi się, burzy nie było.
Biwak – rewelacja! Zbiornik główny służy do kąpieli i pływania (ja nie korzystam). Woda do picia płynie 3 metry od mojego namiotu. Po co ja tyle dźwigałam cały dzień??? Żyć nie umierać. I tyle cudów z całego dnia pod powiekami. Skromne gotowanko (miejscowi gotują na ogniskach, ja mam gaz), myciu, zachód słońca nad Tomnatykiem i spanko jak u Pana Boga za piecem. Pop Iwan będzie jutro i tam też będzie gdzie spać jakby co.
Nazajutrz Brebenskuł_2035m. Szlak trawersuje go wyraźnie, ale skręcam na szczyt.
Trzeci dzień maszeruję wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Ludzi wokół jak okiem sięgnąć nie ma. Postanowiłam na chwilę przyłączyć Brebeneskuł do Macierzy :)

Potem Munczel_1998m, Dżembronia_1877m, szczyt_1851 i Pop Iwan_2028m z ruinami obserwatorium.

Z zewnątrz stan budynku solidny (ostatnio pokryto go nowym dachem), ale wnętrze w opłakanym stanie.

Długo rozmawiam z chłopakiem, który tam stacjonuje. Opowiada i o remoncie i o współpracy z Uniwersytetem Warszawskim w tym zakresie. Wymienia rok 2016, 2018 jako kolejne etapy finansowania i odtworzenia materii budynku. Z ogromną wiarą o tym mówi. Życzę mu by się spełniły te wszystkie plany, ale w duchu myślę sobie, że w naszym kraju… różnie to bywa z takimi obietnicami, projektami.
Jakoś same wątpliwości mi chodzą po głowie. Mam nadzieję, że Ci co z naszej strony zajmują się tą sprawą dotrzymają słowa i wywiążą się z podjętych zobowiązań. Chłopak objaśnia mi szczegółowo rozległą panoramę. Widzę Stoha, Pop Iwan Marmaroski, przebieg granicy ukraińsko rumuńskiej.


Na Popie Iwanie kawa własnym sumptem oczywiście. Zapraszam trójkę młodych ludzi z Kijowa. Poznaliśmy się wieczorem na biwaku. Dalej idziemy chwilę wspólnie żółtym szlakiem na Uchaty Kamień_1864m.
Z przełęczy Sedlo widać w dole kolejne jezioro z namiotami. Przy nim są ponoć ruiny starego, polskiego schroniska turystycznego, ale ich nie identyfikuję z daleka.
Moi nowi znajomi z Uchatego Kamienia schodzą na Połoninę Smotrycz. Ja chcę jeszcze wejść na szczyt Smotrycz_1898m więc tu się rozstajemy.
Oni w dół, ja w prawo granią, niebieskim. Na Smotryczu chwila przerwy. To ostatni wysoki punkt dzisiejszego dnia. Napatrzyć się jeszcze, napatrzyć.
Zejście strome, ścieżka wąziutka, ale spoko. Tu ludzi już nie ma. Szlak niebieski oznakowany bdb. Na Połoninę Smotrycz schodzę o godzinie 17-tej. Spotykam znów Julię, Romka i Wasię. Zapraszają mnie na wspólny biwak, ale ja już zdecydowałam wrócić dziś jakoś do Worochty, by jutro móc zacząć kolejną trasę.
Do Dżembronii zeszłam ok. 19.30
Autobusu już nie będzie. Stoi kilkanaście samochodów, ale to mogą być Ci co biwakują nad jeziorami. Wydostać się stąd będzie ciężko, ale jakoś to będzie.
Na razie uzupełniam płyny na drogę i ruszam z buta. Nie do końca zdawałam sobie sprawę na jaką trasę się porywam. Po półgodzinie zatrzymuję autobus z wycieczką. Do Ilczi. Zawsze to bliżej. Ze 20 km jedziemy doliną rzek najpierw Dżembronii, a potem Czarnego Czeremoszu.
Na drodze nie ma asfaltu, ale to droga.
W Ilczi jestem o 21.
Autobusu niet, stopa niet, taksi niet, hotel niet albo za 3 km i nie wiadomo czy mnie przyjmie.
Jestem sama, ściemniło się, ktoś mi się przygląda, mnie się to nie podoba.
Nie mogę tu tak stać.
Nic już się nie wydarzy, a w każdym razie nic dobrego. Idę na stację CPN. Jak tam niczego nie wymyślę to pozostaje mi nocleg w krzakach.
Na stacji kilka samochodów podjechało ale do Worochty nikt nie jedzie. To 30 km.
Wreszcie trafia się Andriej. Dogadaliśmy się co do Polszy i Zakopanego. On też nie może jechać bo jakieś interesy jeszcze ma do załatwienia, ale dzwoni dla mnie po taksówkę. Przynajmniej wie gdzie zadzwonić.
Taksi jest z Kołomyi, woła za kurs 300 UAH i… nie pojedzie.
- To ja Ci dam te 300 hrywien tylko mnie powiezi.
Andriej drapie się po głowie bo ma te swoje załatwienia, ale cena/oferta jest jak dla niego szokująco wysoka.
Tak wysoka, że go przekonuje i jedziemy.
Udało się! Tak mi się wydaje.
Ostra jazda bez trzymanki to był kurs i wcale nie ze względu na prędkość. Szybko się nie da bo to dziury z odrobiną asfaltu.
Wciąż jeszcze chyba przeżywa - taki intratny mu się trafił – i gada, i gada, i gada.
U nas takie drogi, ale jego żiguli rocznik ’72 da radę. Stareńki, pali 12/100 ale oryginał. Na małolitrażki on się nie decyduje. Ciemno, a on długich świateł nie włącza bo żiguli by nie wytrzymał chyba.
Mówię, że u nas nie wyjechałby na drogę tym samochodem bo po trzech kilometrach policja by go zgarnęła.
U nas wsio korupcja i separatysty (!). Z Donbasu prijechali (!). Milicja korupcja, wsio możesz.
Mnie ciarki po plecach przeszły na takie dictum.
Dziwi się, że sama jestem. Nie on pierwszy. Intuicja mi jednak podpowiada, że tym razem to nie jest imponujący atut. Kłamię jak z nut
, że sama to tylko dzisiaj, ale jadę do Worochty bo jutro tam przyjeżdżają moi przyjaciele i dalej idziemy razem. Może już tam są, jesli udało im się złapać polączenie.
Po drodze Andriej załatwia swoje interesy. Czeka na niego przy drodze – wypisz wymaluj separatysta – czarny, zarośnięty, broda do pasa. Dla mnie szok.
Andriej płaci, dostaje plastikową torebkę strunową z nieokreśloną zawartością. Sprawdza towar na węch, na dotyk, kręci głową. Nie chcę wiedzieć ani widzieć co to, ale zakładam, że nic dobrego i nie powinnam w tym brać udziału.
Potem jeszcze przystanek u Swiety przy hotelu.
On wychodzi, ja zostaję w nieoświetlonym samochodzie na poboczu.
- Padażdi minutku.
Strach siedzieć w takim aucie, więc chcę wysiąść. Nie ma klamki. Jakoś udaje mi się w drzwiach wymacać jej ułamek, wysiadam. Czekam obok. Jak coś w niego wjedzie to przynajmniej beze mnie.
Wraca ze Swietą. Teraz ona dostaje towar. Andriej takich torebek ma więcej. Niestety hotel pełny i nie da się zrezygnować z jazdy więc jedziemy.
- Tu nie ma po drodze żadnych miejscowości pytam? – bo wciąż tylko las.
- Niet. Tolko lis i zwieri. A Ty znajesz pociemu taksi nie chce jechać?
- No pociemu? - pytam.
- Bo jakby coś z maszynu, albo ktoś w lesie zatrzymał to nóż do gardła i po sprawie.
Nawet nie mogę zrezygnować z tej jazdy, no bo co zrobię? W lesie wysiądę? Mam już dosyć tych gadek, wesoło nie jest. Gościu próbuje być zabawny, ale mu to nie wychodzi. Nie tylko mnie nie bawi, ale straszy.
Jeszcze po drodze benzynu. Zatrzymuje się na poboczu w ciemnym lesie.
- Gdie ty benzynu tu najdiosz?
- Mam w bagażniku.
Faktycznie dolewa benzyny. Chyba benzyny. Podniósł maskę samochodu, która otwiera się w archaiczną stronę. Smród paliwa, ale czy aby dolać paliwa trzeba podnosić maskę silnika?
Kompletnie mi się to nie podoba. No, ale jedziemy dalej.
Próbuję zmieniać temat na siemiu, - ale rozwiedziony, nie ma o czym gadać.
Próbuję zmieniać temat na rabotu, ale to był chybiony pomysł, zaś korupcja i ciemne interesy wyłażą.
Na szczęście dojechaliśmy do Worochty. Zapłaciłam, wysiadłam z ulgą w centrum pod drzwiami turbazy Howerla. Wcale nie mam pewności, że będzie miejsce, ale byle już wysiąść. Jest 22.45.
Miejsce było. W pustym pokoju 4-os. bez łazienki 50 UAH.
Jutro jadę do Kwasów. Pójdę na Bliznicę. Pociąg mam 10.30
To był piękny dzień z nadzwyczajną atrakcją komunikacyjną na koniec. Znowu mi się udało niemniej jednak to była ryzykowna sytuacja.
3 dni w Czarnohorze minęły.
Niedziela
Najpierw dojazd Worochta-Kwasy.


Na szlaku jestem 12.30

Daleko nie dojdę bo niesamowity upał, ale wiem gdzie po drodze jest dobre miejsce do biwakowania w lesie. Albo jakby dalej się udało to pod Bliznicą Jezioro Ivor. Jak jest jezioro, na pewno będą tam biwakować ludzie.
To był najcięższy dzień w całej wyprawie. Gorąco spowalniało.
Idę czerwonym, dobrze oznakowanym szlakiem.
Po wyjściu z lasu, w "osiedlu" bacówek drogowskaz na Bliznicę 2km/55min.
Zajęło mi to 2 godziny! Tego jeszcze nie było. Temperatura nie wiem ile, ale przegrzanie osiąga apogeum gdy pot się leje strumieniami, a mnie łapią dreszcze jak w gorączce.
Udar jak nic.
Koniec wysiłku, siadam w lesie, aż słońce się trochę przechyli na horyzoncie. Mam wodę. Mogę spać na połoninie bez obawy.

Niebo sprzyjało mi jednak. W ciągu godziny pojawiły się chmury. Te trochę łagodziły upał i dawały cień od czasu do czasu. Mogę iść. Jest 15.40
Już na spoko, z założeniem, że tylko do Jeziora Ivor zachwycam się marszem. Ludzików kilkoro w dużych odległościach, za to całkiem blisko minęły mnie 2 samochody(!!!)
Czasu mam dostatek by podziwiać, a jest co. Ja czuję się jak w niebie.
Dziesiątki kilometrów połonin. Wokół góry i góry i góry. I całe moje życie w górach…



Kusiło mnie zostać do zachodu na Wielkiej Bliźnicy,

ale zejście super strome i muszę obniżyć się 250m na odcinku krótszym niż kilometr. Lepiej za widoku. Schodzę.
Jezioro to za dużo powiedziane. 2 stawy. Próbuję z góry dostrzec strugę wpływającą do stawu – nie ma. Wypływającą - nie ma. Tzn, nie bierze się stąd wody pitnej, tym bardziej, że goście z czterech rozbitych namiotów po prostu pływają sobie.

Dopytuję o ujęcie wody. Jest źródełko o bardzo niskiej wydajności jeszcze trochę niżej.
Rozbijam namiot, zapobieram wody ze źródła i mam biwak doskonały. Temperatura wzorowa. Wiatru prawie zero. Pozostałe namioty w obniżeniu stawów. Ja rozbiłam się na krawędzi progu oddzielającego je od doliny z Drahobratem. Pięknie i cicho. Najspokojniejsze miejsce na Ziemi i ja będę tu spać. Rewelacja.

Rano zejdę do Darahobratu, zostawię depozyt w którymś z hotelowych obiektów i na lekko, Stoh, dwa Żandarmy i zejdę przez Jezioro Ivor do Drahobratu. Dalej – zobaczymy.
Nie nastawiam budzika. Bezstresowo będę spać ile chcę.
I spałam.
Rano – taki piękny dzień, że nie można go stracić na Drahobrat. Nie pójdę tam.
Wracam na grań tą samą drogą, którą wczoraj zeszłam. Kolejność odwrotna do planowanej.

Najpierw Żandarmy, potem Stoh i ponieważ wody mam 4.5 litra dalej dokąd się da. Mogę nawet spać na Tempej, bo do UstCziornej trudno będzie dojść. Do Tempej tylko mam 23km.

Ze Stoha trawersuję Kraciunską, wchodzę na Połoninę Apszyniec. Z lewej Jezioro Dogjaska. Przez Gieriszjaskę wchodzę na Połoninę Świdowiec.

Teraz z prawej mam Jezioro Apszinec.

Kolejno Trojaska_1762m, Ungarjaska_1707m, trawersuję Małą Kurtjaskę_1591m, zaliczam Wielką Kurtjaskę_1621m i nareszcie Tempa_1634m. Widoki po drodze zapierające dech w piersiach (żeby nie było że to z wysiłku), a wysiłek był przedni. Ruszyłam znów z plecakiem 23kg. No może 22 i słońce daje czadu cały dzień.



Wreszcie jest Tempa.
Wg mapowych czasów powinnam tu być o 18-tej, a jest 17.30 Zasłużona przerwa i delektowanie się otoczeniem. Plecak zelżał o 3 litry wody.

Mała przegryzka, duże picie, wody mam 1 litr i do Ust Cziornej 14km.
Wybór jest taki: zostaję o tym litrze wody tu na szczycie, a rano będę się martwić jak pokonać owe 14km „o suchym pysku” albo… jeszcze są 3,5 godziny światła dziennego i z szybkością 4km/h (mało prawdopodobne bo to nie płaski marsz) dojdę do wsi.
Na razie oddycham. O 18-tej bęc, bęc, bęc – zbieram szybciutko manatki i idę dalej. Przestało być upalnie, ale wciąż gorąco, a ja narzucam sobie tempo. Najgorsze jest to, że po pierwsze: nie mam śladu w gps-ie bo nie pomyślałam o takim wariancie wydarzeń jak dzisiejszy.
Po drugie: kończy mi się na Stogu mapa w gps-ie i dalej pójdę już tylko na papierową mapę. To w moim wykonaniu ryzykowna wersja działania, ale szlak narysowany niemal po prostej więc nie powinno być problemów. Byle tylko było oznakowanie szlaku (dotychczas bez zarzutu) i byle jak najmniej zostało przez las, bo w świetle czołówki świat się zawęża do zasięgu światła tylko. Wypatrywanie znaków będzie trudne. Już nie wspomnę o jarzących, zwierzęcych ślepiach, które wtedy można zobaczyć. Na razie moja grań zejściowa.

Napieram.
Stogi – szlak trawersuje, ale ja oczywiście pcham się na szczyt. Tu popas w borówkach.
Pomysł był średni bo potem szukanie ścieżki szlakowej trochę mi zajęło, nie wspomnę o niepewnościach, które mnie ogarniały i stracie czasu.
Jest szlak. Las piękny, buczynowy. Droga po zejściu ze Stogów świetna. Dobrze czytelna ścieżka użytkowana często przez konie co znać po odchodach. Szlak hippiczny pokrywa się ze szlakiem pieszym. Gdzie brakło znaków białoczerwonych, są różowe znaki szlaku końskiego. I poszło.
Na dole w lesie już zmrok, ale ostatecznie udało się nie zapalić czołówki.

Jeszcze pierwsza i ostatnia struga do przekroczenia. Kładka to 3 deski, z czego tylko jedna poziomo, parę kroków i pac. Zaliczyłam upadek już w ciemności.
Suche podłoże lasu zmieniło się w mokrą trawę i błoto. To mnie zaskoczyło. Na szczęście poleciałam do tyłu na plecak. Nawet siniaka z tego nie było, ale… złamałam kijek. Ponadto jestem wykończona. Padam na twarz niemalże i już niczego nie pragnę tylko zrzucić plecak. Bolą mnie niemiłosiernie ramiona. 23 kilo już nie ma, ale 18 wciąż zostało.
Przechodzę przez teren jakiegoś tartaku. Pierwszy budynek, który mijam to bar!!! Hurrrra!!!
To specjalnie dla spragnionego. Niebo sprzyja wytrwałym
Woda mineralna, dwie cole, kawa i nocleg proszę.
Pensjonat pani co prawda prowadzi, ale miejsc nie ma. Zadzwoniła tu i tam i za chwilę mam nocleg. Zaraz po panią przyjadą.
Jest Dima. Stróż z miniętego tartaku, on mnie zawiezie. Kolejny, którego niezmiernie dziwi, że sama (!) jestem. Jeszcze w międzyczasie dostaję propozycję spania u niego w pakamerze
.
- Nie, dziękuję. - aż tak spać mi się nie chce
.
Pokój bez łazienki 100UAH.
Coś mi mówi, że tak sobie cenę krzyknął słysząc obcą mowę, a miejscowi którzy u niego nocowali płacili połowę z tego, bo po kwadransie, gdy relaksuję się na schodkach przy wejściu do domu, podszedł, zapytał czy nie jestem głodna i zaprosił a kolację. Sam mi ją podał w pomieszczeniu mix - kuchnia/sypialnia/salon z tv. Co to było, nie wiem i ni mam siły, żeby się tego dowiadywać. Miało konsystencję jajecznicy, było z jajakmi, kluskami i papryką. Taka "ciapka" z chlebem, ale pyszna.
Jeszcze ręcznik ponad standardowo poprosiłam i zasłużone spanie.
Mądre to czy głupie – trudno powiedzieć. Samotne podróże mają swoje blaski – robisz co chcesz, kiedy chcesz, ile chcesz. Mają też swoje cienie – jedziesz z Bóg wie jakim separatystą czy innym szemranym interesem, dźwigasz cały biwak bez podziału i zwiewasz biegusiem przed ciemnością w lesie i świecącymi ślepiami.
Czy to była udana impreza? – oczywiście!
Czy warto było? – oczywiście!
Czy pojadę tak raz jeszcze? – bez namysłu!
Epilog
Po tym dniu mam kurcze lewego ramienia wynikające z przeciążenia. Nawet po kromkę chleba na kolacji trudno ręką sięgnąć. Gps pokazał 37km z kawałkiem i 1500m przewyższenia. Koniec marszów.
Poza tym ten nieszczęsny kijek. Bez niego z takim plecakiem nie da rady. Bardzo mi żal, bo nie goni mnie ani czas, ani pieniądze, ale trudno.
Połonina Borżawa musi poczekać.
Wrócę w przyszłym roku. Krótko mówiąc – pora wracać. Ta podróż trwała tylko 7 dni, a ja 5 spędziłam na grani. Apetyt zaspokojony. Rano będę spać do południa. Właściciel pokoju pozwala na to, ale… jednocześnie informuje, że autobusy dokąd bądź są tylko rano. Przed siódmą.
Nie mam wyboru. Doświadczenie uczy, że stopa na ukraińskich peryferiach może nie być.
Wtorek.
Niesprawność ramienia już minęła. Ręka działa na pełnych obrotach. Chwila zawahania, ale... Koniec. Wracam do domu.
6.50 jestem na przystanku. O 8.30-ej w Tiaczewie, tu śniadanie. Bilet na 9.50 do Lwowa.

Siedem godzin tłuczenia się po pseudodrogach. We Lwowie w ostatniej chwili pytam kierowcy czy jedzie na awtostancję. Jedzie, ale na którą? – pyta. No, mnie trzeba na tę, na którą przyjechałam z Krakowa.
To tu.
No to ja też wysiadam.
Plecak – żałość mnie ogarnia na jego widok po 7 godzinach w nieszczelnym bagażniku na pylastych drogach. Trudno go wziąć w rękę bez odrazy. Odrobinę otrzepuję z grubsza i na dworzec.
Kijów – Wrocław stoi na stanowisku. Czy ma wolne miejsce? – Niech Pani wsiada. Ładuję plecak, ale jeszcze chociaż kanapkę i picie kupię. Znowu biegusiem.

O 19-ej jesteśmy na przejściu granicznym Krakowiec. Po 22-giej opuszczamy przejście.
1.30 jest środa.
Jestem w domu :)

Najlepiej przygotowany plan, nie dałby mi chyba takiej skuteczności transportowej na całkowitym luzie. W każdnym miejscu, w którym się zjawiłam autobus już na mnie czekał. Taki fart
.
Super impreza 


INFORMACJE PRAKTYCZNE
- bilet Kraków - Lwów (ukraiński przewoźnik, autobus z poduszkami dla śpiących) 60 zł.
- bilet Lwów - Kraków (ukraiński przewoźnik, autobus bez poduszek za to z klimatyzacją) 450 UAH
- autobus Lwów - Iwanofrankowsk 79 UAH
- autobus Iwanofrankowsk - Worochta 42,5 UAH
- bilet kolejowy Worochta-Kwasy 9 UAH
- przejazd marszrutką: Ust Cziorna - Tiaczew 60 UAH
- autobus Tiaczew - Lwów 140 UAH
- taxi (ha ha) Ilczi - Worochta 300 UAH
- nocleg Turbaza Howerla w Worochcie: 100 lub 51 UAH
- nocleg w Zaroślaku: 50 (w wieży) lub 120 UAH w pokoju lub gratis w namiocie
- w pokoju na dworcu kolejowym w Worochcie 50 UAH
- toaleta dwrcowa (w Tiaczewie pożal się boże) 2-3 hrywny
W/w ceny przeliczałm w skrócie na zł dzieląc przez 5. Przed wyjazdem hrywny kupowałam po 0,25-0,17zł
- ...yyy właśnie zbieram szczenę z podłogi ;p Po takiej lekturze aż chce się jutro wyjść z domu i po prostu iść przed siebie bez jakiegokolwiek planu :D Zajebioza! Nie ma to jak spontaniczność :) Prosta decyzja: „jadę!” i przygoda jak się patrzy :) Wielkie dzięki za kolejne inspiracje :) Pozdrawiam!
- Nierozważna i odważna :)
- byłam w tej okolicy kilka dni po Tobie, widziałam jak się odhaczałam na szczytach, tyle, że byłam z SKPB. W Czarnohorę samej bym się nie bała bo ruch spory, ale Świdowiec to już do przemyślenia :) W Dzmbroni polecam noclegi "u Paraski" - prawdziwie huculska kwatera, a w ogródku cerkiew :)
- Bardzo fajnie piszesz, talentu nie marnuj. Ale Bożenko na litość ... nie możesz chodzić sama :)