Wyrypiarze, wyrypiarze
21/22 luty 2015
III prawdziwa Zimowa Wyrypa Beskidzka to hura optymistyczna impreza trekkingowa dla zapaleńców, ze wspaniałym regulaminem. Cyt:
„1. Wyrypa jest bez organizatora - spotkanie ludzi o wspólnej pasji.
2. Brak zapisów.
3. Uczestnictwo jest bezpłatne.
4. Każdy odpowiada SAM za SIEBIE.
5. TY decydujesz o wszystkim za SIEBIE.
6. Wyrypa odbędzie się bez względu na pogodę oraz ilość uczestników.
7. Brak gwarantowanych posiłków oraz noclegów.
8. Dojazd i powrót we własnym zakresie.”
W ub. roku byłam pierwszy raz, sama. Niepewna czy aby dam radę, ale dałam więc w tym roku bez zastanawiania wielkiego weszłam w temat.
Z ubiegłorocznej ekipy w tym roku jest nas pięcioro chociaż na wstępie wiemy, że Zdziś nie idzie do końca, ale jego obecność gwarantuje ognisko i boczek pieczony.
21_02_2015 jest kilka minut po siódmej. Zaczyna się formować startowa ekipa wyrypowa. Na razie z dwóch samochodów. Dori, Zdzisia i Grzesia znam, Łukasz i Dominik nowi.

O godzinie 7.40 ekipa z czterech samochodów wystartowała. Zeszłoroczne Jacki (czyli Jacek z synem Maćkiem) i nowi Małgosia i Rafał. Miała być jeszcze moja kol. Ela, ale sprawy rodzinne zatrzymały ją w ostatniej chwili. Szkoda.
Tu na pierwszym polu powyżej Rabki w pełnym składzie. Jest godzina 8.20

Przy bacówce na Maciejowej. Zadowoleni, rześcy, świezi (!) chociaż to pierwsze podejście na Maciejową tak nas zgrzało, że pora się rozbierać. Część ekipy już się stołuje w Bacówce.
Jest godzina 9.20

Dzwoni Ela, że jednak jej sprawy „puściły”, może do nas jakoś dojechać. Umawiamy się na drodze 28 w Rabce-Zaryte, będziemy ją przecinać.
Międzylądowanie w Olszówce Tu spotkało się kilka grup startowych głównie po to by posilić się żelkami, mentoskami i innymi ciasteczkami spod znaku żubra.

Kontrolujemy mapę, wyhaczamy skrót i z tymi co poszli szlakiem po ulicy spotykamy się po kwadransie w polu.
Przy pięknej pogodzie wychodzimy w Rabce na drogę, zdzwaniamy się z Elą.
Idą i się cieszą 

Odtąd maszerujemy teoretycznie w grupie 11 osób, ale Grześ z Dominikiem mają tempo zdecydownie a’la ściganty więc zostawiają nas na podejściu na Luboń Wielki, ale to nic. Na Luboniu się spotykamy.
My wchodzimy, oni opuszczają schronisko. Przygotują ognisko. Trochę nam te przerwy zajmują za dużo czasu racjonalnie rzecz ujmując, ale nikt tu nie przyszedł na biegi. Pogoda sprzyja posiadom, widokom i humorom więc nikt nie przyśpiesza. Z Lubonia schodzi się szybko tym bardziej, że można zjeżdżać, z czego niektórzy skwapliwie korzystają.
Ognisko już płonie (Grześ z Dominikiem się spisali), minęli Luboń Wielki - cieszą się jeszcze bardziej.

Po zejściu z Lubonia Wielkiego...

Wersja a'la wersal kawy na trasie. Zmanierowana turystka przyniosła sobie szklankę

Kto myślał, ten oszczędzał nogi nadwyrężając inne części ciała: ) Dupolot Doroty po wykorzystaniu

Po ognisku - pojedli, popili, maszerują dalej!

Tańcują....

i znów maszerują. Ścięliśmy skróta na zielony szlak. Tydzień później szłam na Szczebel i na drodze drogowskaz Turbacz 6h!!! Gdybyśmy wtedy ten znak widzieli... Jakoś tak między sobą ustaliliśmy, że na Turbacz 3h jeszcze i nikt tego nie sprawdzał ani nie kwestionował.
Jest godzina 16 z minutami. Niedługo się rozdzielimy, ale na razie są wszyscy.

1.50 dnia następnego - część ekipy, która dotarła do schroniska na Turbaczu. Od prawej Grześ, Ela, Jacek, Maciek i ja. Zasłużona przerwa na przedporanną kawę.

Dalej idziemy już same. Zdawać by sie mogło, że to drobna końcówka, mam jednak przed oczyma znak sfotografowany rano na wyjściu z Rabki 

Godzina 3.06 Na szczyt Turbacza doszłyśmy we dwie.

Doszłyśmy na Stare Wierchy

Dochodzi piąta rano. Na Starych Wierchach ja prezentuję już tylko obraz nędzy i rozpaczy. Już nie mam ambicji pcia kawy z wersalowej wersji. Zadawalam się kubkiem od termosa.
Świt na Maciejowej!

Minęła 6.30. Jest 22 luty 2015. Zrypane wyrypiarki na finiszu. Na górce, na której rano było zdjęcie startowe całej ekipy.

Do samochodu jeszcze z kilometr. Ten kilometr był dłuższy od wszystkich 55 km, które mamy za sobą.
ALE DOSZŁYŚMY!!!! (fanfary w tle:)
W samochodzie jesteśmy 7.20 Do zamknięcia pełnej doby na nogach zabrakło 20 minut. Właśnie mam dylemat - jak te 20 minut traktować: sukces to czy porażka???
Teraz jeszcze do domu wrócić. Niby nic, ale kilkadziesiąt kilometrów za kierownicą. Sama zdziwiona jestem niepomiernie, ale nie zaliczałam kryzysu sennego przez całą noc. To mi się nie zdarza, a jednak. Teraz się zacznie.
Z Rabki wyjechałyśmy spoko. Przed Nowym Targiem mnie dopadło. Chyba zamknęłam oczy na ułamek sekundy. Natychmiast zjazd na cpn. Wysiąść i zmarznąć, to najlepsze przebudzenie.
Zostawiam Elę na Dworcu w Nowym Targu. Za 10 imnut ma autobus ja jeszcze parę km. Szyba na dół, ziąb w samochodzie i udało się.
Za Wyrypę stawiamy sobie piątkę:)
Rzut oka wstecz - Czy faktycznie było tak prawie na lajcie? Wcale nie. 56 km przeszłyśmy i to potężny wysiłek w śniegu. Nie do końca racjonalnie rozłożyliśmy trasę w czasie, ale świadomie i taki był nasz wybór.
Gdy rozdzielaliśmy się o zmroku w Rabie Niżnej nie przeszliśmy nawet połowy trasy. Zdziś zakładał, że tu skończy, Dori musiała wracać do pracy, Dominik przemczył buty, Łukasz z nimi przyjechał.
Na podejściu na Chabówkę wycofali sie Rafał i Małgosia z powodu obcierających butów.
Podejście na Turbacz dłużyło nam sie okrutnie. Jacek zaliczał poważny kryzys. Gdy zdawało mi się, że idziemy ostatni za nami wciąż dochodzili następni, z którymi spotykaliśmy się w chwilach odpoczynków. W schronisku na Turbaczu ludzie spali pokotem.
Doszedł nas tu Czarek z ubiegłorocznej ekipy, ale on zaczynał o 11.30
Jacki musiały odpocząć, Grześ był z nimi związany komunikacyjnie i dlatego dalej szłyśmy tylko we dwie. Też fajnie było dopóki Ela nie zauważyła CZEGOŚ W LESIE. Co to było? - nawet ona nie wie, ale coś było
Przez chwilę miałyśmy stracha, szybko jednak zrobiło się wszystko jedno. Jest coś w lesie czy nie ma trzeba do przodu, a było już tylko z górki 
- No więc przede wszystkim graty :). To jest zawsze sukces. Przede wszystkim marsz zajął mniej niż 24h, a te 20 minut dodatkowe to razem z wypoczynkami, a one się nie liczą :). A poza tym to nie była wyrypa na czas, tylko na kilometry ;).
- Boże Bożena! Wyłączysz w końcu tą funkcję w aparacie by na zdjęciach nie było tej daty??? :) Ela wahała się czy jechać, a jednak pojechała :) No szacun - tyle km. Że się Wam chciało. Napisz Bożena ile potem odsypiałaś...i czy nie warto takiej trasy rozłożyć sobie na dwa dni? Tzn przekonaj mnie, dlatego warto iść całą dobę. Sprawdzian ile można? Co na to kolana? ;) Fajny artykuł