Эльбрус_5642 m n.p.m.
Kiedy 20 lipca 2013 w południe, Alek wskazał mi w panoramie z Kazbeka Elbrus i Uszbę, opowiedział o swoim wejściu na Elbrus - popatrzyłam na nie tęsknym wzrokiem i westchnęłam tylko ciężko bez wiary, że to możliwe.
Kiedy w kwietniu br. skontaktowałam się przypadkiem z koleżanką poznaną na ubiegłorocznej wyprawie i okazało się, że są w trakcie kończenia formalności związanych z wyjazdem do Rosji, z zasadniczym celem Elbrus – weszłam w temat bez zastanawiania się (m.in. nad kosztami).
Szybko dokupiłam bilet na ten sam lot LOT-em, (drożej o 60% niż oni) wizę za pośrednictwem biura podróży zleciłam do załatwienia, waluty w międzyczasie, z grubsza przegląd wyposażenia, które będzie niezbędne i wszystko mam.
Trochę poczytałam, nawiązałam kontakt z ekipą kończącą Elbrus 6 lipca i z dreszczykiem emocji - wszak to Rosja – ruszyłam.
06.07.2014 niedziela
Na Okęciu mam sporo czasu na myślenie. Pierwsza niepewność. Nie ma ich i nie ma. Powinni już być. Nie odbierają telefonów.
Zafoliowałam samodzielnie plecak (2 rolki folii plastikowej kuchennej po 3 zł, zamiast usługi lotniskowej za 50), nadałam bagaż, odprawiłam się, doczekałam się na samolot z Moskwy, którym przyleciał Bartek z Michałem.
Miłe spotkanie. Dostaję od chłopaków mapę na Elbrus. Cenne, najświeższe informacje o sytuacji na górze. Pamiątkowe zdjęcie na wypadek gdybym szczytu nie zdobyła, będę mieć zdjęcie ze zdobywcami.

Oni zaczęli atak szczytowy już o 23-ciej!!! To mnie zaskakuje. Z wyczytanych relacji zazwyczaj druga w nocy jest godziną startową. Ludzi na górze sporo, temperatury niskie. Mieli problemy z pogranicza odmrożeń. Też stanowią one dla mnie poważną obawę przy moim niskim ciśnieniu krwi. Tam gdzie inni się już pocą mnie jeszcze jest chłodno. Pogodę mieli znośną, ale nie temperatury są najgroźniejsze tylko tylko temperatury w połączeniu z wiatrem. Prognozy na nasz termin średnie. Szału nie ma. Podejście długie, wymagające. To wiem, ale… Lucyna jedzie z kontuzją kolana. To może być problem. Nosi stabilizator na nodze. Zakłada się, że wszędzie gdzie można będzie wjeżdżać. Dla mnie to nie jest optymalna opcja, ale innej nie mam. Co gorsza nie wyklucza się, że może w ogóle nie wejść. Zastanawiam się czy w razie takiego obrotu sprawy, będą warunki bym mogła zrobić to samodzielnie??? Oto jest pytanie…i utwierdzam się w przekonaniu, że to niemożliwe bym będąc u stóp góry nie podjęła próby… Zobaczymy.
07.07.2014 poniedziałek
Lot – standard economy class - do Tbilisi.
Na lotnisku czeka na nas umówiony samochód, w Tbilisi przekazuje nas następnemu do Kazbegi. Tu nareszcie Kazbek z dołu się odsłania, ale wciąż nie jest to obraz z widokówek. W ub. roku nie było mi dane z tego miejsca go zobaczyć.
Kierowca z Kazbegi do do Влкaдыкaвкaзу jest tej klasy, że dostał przezwisko Shumacher. Ostra jazda bez trzymanki.
Stąd płacimy 2000 rubli plus 100$ i przekraczamy rosyjską granicę.

We Władykaukazie wsiadamy do marszrutki do Н a л ь ч и к a. Z Nalcika następną do Т е р с к о л a i już. W hotelu Эльбруся w wyniku niedopatrzenia obsługi zamiast zarezerwowanych turystycznych pokoi dostajemy w ich cenie apartament all inclusive – 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, weranda, TV, komputer z dostępem do internetu. Można się ogarnąć, skontaktować z domem, sprawdzać prognozy. Nie są dramatyczne, ale dobre też nie są. Przyjechaliśmy z deszczem i na pocieszenie mamy tęczę.
08.07.2014 wtorek
Nazajutrz formalności w ichniejszym biurze gornospasatielna czyli zgłaszamy swoją akcję na Elbrusie. Po powrocie musimy zgłosić zejście. Wszystkie formalne, rosyjskojęzyczne sprawy załatwia Lucyna. Jest w tym najlepsza i nieoceniona. Cała logistyka na tej wyprawie typu telefony, rezerwacje, papiery, targowanie cen i trzymanie kasy to jej zasługa. Nikt nie zrobiłby tego lepiej. Fakt, że w dniu przylotu dostaliśmy się już do stóp góry jest majstersztykiem logistycznym.

Marszrutką do Aзaу. Propozycja by przejść ten odcinek (ze 3 km ) nie znajduje aplauzu, a już się nie mogę doczekać chodzenia. Z Azau kolejką – 500 rubli/os. Robię to niechętnie chociaż wiedziałam, że tak ma być, ale na samodzielne podejście w tym zupełnie obcym terenie i obcej rzeczywistości nie mam odwagi. Kto wie co mnie tam czeka... Za dużo niewiadomych. Lepiej trzymać się razem. Kolejka ma przesiadkę na stacji Кругозор. Dojeżdżamy do do Stacji Мир.

Myślałam, że to koniec jazdy, ale stąd są krzesełka do Gara-Bashi czyli krótko mówiąc do Beczek. Na moje szczęście (sorry ekipo) ogłoszono godzinną przerwę w dostawie prądu i musimy iść. Nareeeeszcie.
Ruszamy śladem ratraków. Podejście krótkie. Mnie zajęło 20 minut, ale pokazało już na wstępie jak bardzo moje tempo chodzenia odstaje od reszty. Tatrzańskie i nie tylko treningi ukazują swoją skuteczność. (jeszcze w piątek poprzedzający wylot byłam na Vysokiej, jeszcze w sobotę ekipa szła na Osobitą i odpuszczałam tę trasę z żalem, ale w końcu trzeba było się spakować).
Wreszcie w realu po raz pierwszy obrazek, nad którym długo ślęczałam projektując logo na koszulki naszej ekspedycji.

Pogoda w międzyczasie siada. Zaczyna padać mokry śnieg. Jesteśmy na wysokości 3700m prawie.

Chmury się obniżyły, widoczność spada. Trochę wieje, mgła, chmury. Słońce zupełnie zniknęło. To nie wróży dobrze.
Ruszamy do poziomu Приют 11. My będziemy w Prijut Marija.

Warunki noclegowe dokładnie jak w Stacji Meteo pod Kazbekiem tylko obiekt mniejszy. 500rubli/os.
Reklamują się na wysokości 4200m, ale gps-y wskazywały niezmiennie 4070-4080m.
Tego dnia już nie było co robić. Pogoda nie poprawiła się właściwie. Miał być prąd – nie ma - awaria generatora.
Miała być woda – JEST – topiona ze śniegu.
Uśmiałam się serdecznie z różnicy w rozumieniu pojęcia „jest woda”. Przewalające się chmury, zaburzenie rytmu dobowego o 2 godziny, dwa dni podróży za nami. W tej sytuacji poszliśmy wcześniej spać.
09.07.2014 środa
Nazajutrz zaplanowane wyjście aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa. W duchu myślę sobie, że to stracony dzień, ale czas pokazał, że chyba jednak się myliłam. Zresztą i tak pogoda na atak szczytowy nie zapowiadała się dobrze. Może dopiero piątek/sobota.
Wyszliśmy rano. Szybko rozdzieliliśmy się, tzn. ja do przodu. Do Skał Pastuchowa doszłam, ale moje wyobrażenie o skałach i miejscu tak nazwanym było zupełnie inne. Ledwo parę kamieni ze śniegu wystawało.

Doszłam do wysokości 4764m.

Moją ekipę miałam przez jakiś czas z tyłu w zasięgu wzroku. Potem zniknęli mi za załamaniem terenu. Potem przyszły chmury i to już był zupełny koniec kontaktu. W gęstej mgle zawrócili z 4300 metrów.
Spotkaliśmy się na powrót w Priucie. I co dalej?
Była z nami 12-osobowa grupa Rosjan z przewodnikiem. Dochodzą wieści, że jutro pogoda ma być! To jest szansa. Oni zdecydowanie jadą ratrakiem. 14 osób po 2000 rubli, niezły biznes. Ja nie chcę. Jest dużo ludzi w różnych barakach, w namiotach. Na pewno będą szli. Na pewno nie będę sama.
Dwóch Rosjan Losza i Sasza atakują pieszo. To jest dla mnie szansa. Zabieram się z nimi.
10.07.2014 czwartek
Wstajemy o pierwszej.
O drugiej wychodzimy. Nikita zrobił nam wyjściową fotkę, ale nie mam jej niestety. Szkoda. Ze wszystkich Priutów i namiotów wychodzą ludzie. Mnóstwo światełek się kręci. Jest mroźna, gwieździsta noc. Będzie pogoda. Jeszcze przed świtem mijają nas 3 ratraki. Dojeżdżają do wysokości 5100m.
Ze dwie godziny idziemy razem. Pierwszy zaczyna odstawać Sasza. Przy Skałach Pastuchowa odpoczynek chwilowy, łyk herbaty. Zaczyna wschodzić słońce w Kabardo - Bałkarii.

Wiem, że zadanie na dziś to nie przelewki.
Na wysokości 5100 jestem przed chłopakami. To miejsce, w którym zawracają ratraki. Czekam na nich, ale oni muszą zdecydowanie dłużej odpoczywać. Na postoju szybko robi się zimno. Jest już widno. Ja idę. Idzie łącznie naprawdę dużo ludzi. Szczęściem są rozciągnięci w terenie i nie ma deptania sobie po piętach.
Długaśny trawers wschodniego Elbrusa.
Łagodnie wspinamy się do góry by dojść do słynnego siodła między wierzchołkami. Pogoda piękna. Tempo mam dobre. Przekroczyłam już 5200m. Chwilami odczuwam tak przemożną potrzebę snu, że wydaje mi się iż zasypiam na ułamki sekund. Nie wiem czy to możliwe, ale tak jest. Za załamaniem zbocza widzę już przełęcz, ale weszłam w cień. Teraz idzie się właściwie płasko, a nawet odrobinę obniża. Zimno mi. Byle do słońca. Słońce jest na przełęczy.

Tu spotykam moją ekipę. Oni już odpoczęli i ruszają w górę. Ja muszę się przespać. Dosłownie. Zrzucam plecak, zwijam się w kulkę i śpię na plecaku. Ile spałam – nie wiem. Patrzyłam na zegarek, ale nie pamiętam. Za jakiś czas zrywam się rześka i wyspana! Moi są ze dwadzieścia metrów nade mną! Ile spałam??? Pozostaje pytaniem bez odpowiedzi…
Zostawiam plecak na przełęczy. Ryzykowny pomysł, ale pogoda jest doskonała. Nic się nie wydarzy. Zabieram tylko paszport, portfel i butelkę wody do kieszeni. Z doświadczenia na Koprowej Przełęczy wiem, że woda musi być.
Podejście robi się strome na poważnie. Mijam swoich, mijam kolejnych ludzi. Idą związani liną. Trochę mnie korkują. Udaje mi się ich ominąć, wyprzedzić. Zatrzymuję się na pierwszych (i jedynych) skałach bo dają poczucie stabilności. Słońce operuje mocno. Mój strach przed lawinami łagodzi tylko obecność wielu osób na tym podejściu. Irracjonalne pocieszenie, ale mnie wystarcza. Dochodzą ci związani. Polacy z Torunia i tak od słowa do słowa:
- A, to pani spała tam na przełęczy! – czyli jednak chwilę spałam naprawdę.
Od tego miejsca zawieszona stara poręczówka. Nie korzystam z niej. Właściwie nikt z niej nie korzysta, ale przy braku widoczności pewnie jest przydatna. Jak to z odpoczynkami bywa – oni zostają ja ruszam dalej. Już blisko.
Nareszcie grań, nareszcie wierzchołek. Uffff… Nic bardziej mylnego. Do wierzchołka jeszcze kawał drogi granią.

Rozleniwiające słońce nadal świeci, ale pojawił się wiatr i temperatura odczuwalna gwałtownie obniżyła się. Już lekko bo płasko więc zasuwam w przyspieszonym tempie. Na wierzchołku grupa kilkunastu osób. Robią odwrót jak ja dochodzę. Zostało tylko trójka Rosjan. Dobrze, bo nie mam problemu ze zdjęciem szczytowym.
Jest godzina 10.40
Jestem na szczycie i rozpiera mnie niesamowita radocha.
Patrzyłam na zegarek, ale zapomniałam. Czas wejścia odczytałam później ze zdjęcia.
Miałam na szczycie zrobić zdjęcie wskazania gps-a, ale zapomniałam o tym zupełnie. To zdjęcie dzięki uprzejmości kolegi mam.

Wysokość jednak robiła swoje. To objawy niedotlenienia. Nie spowolniło mnie jakoś szczególnie, ale jednak „pod czachą” coś się działo. Nie zapamiętałam żadnego czasu kontrolowanego na zegarku.
A co by było gdybym nie zaliczała wczoraj aklimatyzacyjnego wyjścia do Skał Pastuchowa? Lepiej nawet nie myśleć. Moja ekipa ze swoim planem miała rację. To był potrzebny dzień. Cierpliwość w czekaniu na działanie w górach nie jest moją cnotą, a jest potrzebna niestety.


Kilka fotek i z powodu wściekłego zimna z powrotem.
Widoki jak marzenie.

Majetatycznie prezentuje się dwuwierzchołkowa Uszba z Elbrusa.

Dookoła morze gór.

Na słonecznym trawersie mijam wciąż podchodzących moich kumpli od „pieszkom” Losza i Sasza. Też zostawili plecaki na przełęczy. Nie mają wody. Oddaję im resztę, która mi została i rozstajemy się.
Zachowuję szczególną ostrożność na stromiźnie do przełęczy. Potem będzie już swobodniej. Nawet się nie zatrzymuję. Zabieram plecak i dalej. Ci co schodzili przede mną zostali chyba na przełęczy bo ciągle jestem sama. Chwilami dostrzegam przed sobą ze trzy osoby w oddali. Są warunki by skorzystać z metody (sorry) dupozjazdów, ale… żałuję moich goretexów. (doświadczenie po zjeździe z Rysów – spodnie do krawca)
W miejscu zawracania ratraków zdejmę zewnętrzne spodnie i zjadę. Pogoda jednak spłatała mi psikusa. W tym miejscu tak okrutnie teraz wieje, że na samą myśl o zdejmowaniu raków, stuptutów, spodni odechciewa mi się zjazdów. Ściągam tylko puchówkę i w dół.
I tak do samego Priuta. Już mi było gorąco, już mi się chwilami nie chciało, ale spanie łamało mnie tak bardzo, że nie traciłam czasu na rozbieranie się. Byle się położyć.
13.15 jestem w Prucie. Pić i spać. Padłam jak kamień. Jak na tej przełęczy.
W międzyczasie wrócili Rosjanie, spakowali się, wyprowadzili. Nie słyszałam nawet jednego szmeru. To nie znaczy, że nie robili gwaru. Spałam jak kamień do 17-tej.
Budzę się, a tu niespodzianka – moich jeszcze nie ma.
- Gdzie są?
Administrator (szumna nazwa) naszego Priuta Marija mówi, że jeszcze nie wrócili.
Zaniepokoiłam się, bo to niemożliwe żeby tak długo.
Na szczęście w tym momencie weszli.
Okazało się, że problemy z niedotlenieniem mieli jednak poważne.
Powtórka z picia, opowieści, wrażenia i spać, spać, spać.
11.07.2014 piątek
Dziś powrót do Azau. Od rana biegam po okolicznych priutach, fotografuję wszystkie ciekawostki.
Priut11,

inne obozowiska/kwatery mieszkalne,

symboliczny cmentarz – coś na kształt tego na Ostervie i oczywiście obelisk dla obrońców Centralnego Kaukazu z II wojny, nasz miejscowy kibelek,

Ponadto sesja fotograficzna w koszulkach. Jesteśmy rozradowani, po trosze zaskoczeni, że już po wszystkim.
Zakładało się, że akcja górska potrwa dłużej, głównie z powodu oczekiwania na sprzyjającą pogodę, a tu poszło nam z biegu.

Ja nawet słyszeć nie chcę o zjeżdżaniu kolejką. Za pięć dwunasta opuszczam wysokość 4080m. Pożegnalne zdjęcie z administratorem Priuta Marija.

Do Beczek zbiega się lekko. Rozmawiam z jakimś funkcyjnym. Opowiada mi o tym miejscu, pozwala zajrzeć do jednej, porobić zdjęcia. Podziwiam panoramę.

Przyciągająca wzrok śnieżno lodowa czapa na Donguz-Orunbaszi.

Później dowiedzieliśmy się, ż ma ok. 100m grubości
Wokół dużo złomu, wielki hangar z buldożerami, skuterów śnieżnych i ratraków naliczyłam 20. Do stacji Mir ratrakowym śladem.

Tu też pomnik „ku chwale”.
Miejscowy robotnik wyprowadza mnie za właściwy winkiel, pokazuje początek drogi zejściowej, potem skręcisz w lewo.
No to ruszam. Szybko tracę za zakrętem zabudowania stacji Mir. Jeszcze nie widzę w dole Krugozora. Robi mi się jakby troszkę „niewyraźnie” bo krajobraz powulkaniczny – niezwiązany żwir, pył, szaro-rude skały, zero roślinności i żywego ducha wokół.
Gdzie ja się tu pcham?
Ścieżka miejscami oberwana przez wodę, chwilami jest, chwilami zanika budząc moje wątpliwości czy dobrze idę, ale właściwie nie miałam innej możliwości. Żlebiastą, dosyć wąską formacją terenu tylko w dół, bo w potok z lodowca z prawej trudno się pchać, z lewej też nie ma gdzie „tak na oko”. Byle tylko nie okazało się, że wyszłam na przykład na jakieś urwisko bez wyjścia.
W którymś momencie dostrzegam trąbkę powietrzną formującą się po lewej. Strach mnie obleciał na poważnie, że mnie tu zaraz wkręci, ale wystarczyło mi tupetu by ją jeszcze sfotografować
A trąbka po chwili się rozwiała.

Na Krugozorze chwila odpoczynku. Z nieczynnych zabudowań infrastruktury narciarskiej obserwuję serpentynową drogę w dół i już się na nią cieszę bez obaw. Rozległą dolinę mam jak na dłoni i widzę Azau. Podchodzi tylko jeden ludzik z plecakiem.
Widoki cały czas wspaniałe. Biel lodowców, szarość skał i soczysta zieleń doliny w jednym kadrze.
W Azau zasłużony odpoczynek. Przerwa na kawę. Na chachapuri, które marzyło mi się i od którego miałam zacząć pobyt na wschodzie nadal nie mam szans bo to nie Gruzja, a w Tbilisi byliśmy przed świtem, a w Kazbegi i tak było za wcześnie na otwarcie barów. Decyduję się na miejscowy niesłodki naleśnik z niesłodkim serem pod nazwą хичины. Zdążyłam kąsek sfotografować. Norma w Rosji – łyżeczkę podają w szklance!

Jeszcze zakup pamiątek i leniwym tempem doliną rwącej rzeki Б a к с a н (Baksan) do Эльбрусии (Elbrusii) w Azau. Po drodze „ku chwale” tym razem nie obelisk, ale armata.
12.07.2014 sobota
Poszliśmy na Ч э г э т_3460 m. (Czeget). To już погрaнзонa (strefa przygraniczna). Trzeba mieć пропуск (przepustkę) na pobyt w tej strefie. My nie mamy, ale ryzykujemy na wariata. Ostrzeżenie stosowne jest, chociaż leży sponiewierane troszkę, natomiast dzielny pogranicznik nie pozwala zapomnieć, że łamiemy rosyjskie prawo.

Został ogłoszony zakaz porozumiewania się w języku innym niż rosyjski, nierzucanie się w oczy i udało nam się. Ja z moją manią fotografowania nie odmówiłam sobie „strzelić gościa” z ukrycia.

Następny, w drodze do Władykaukazu „strzelony” z ukrycia omal nie wygarnął mnie z marszrutki. Przez chwilę oczyma wyobraźni widziałam się już w ruskiej tiurmie. Znów mi się udało, ale mogłam nas wszystkich wpędzić w kłopoty, a zdjęcie i tak nie wyszło.
Czeget ma 7 żandarmów/wierzchołków/szczycików dowiadujemy się od miejscowych. Nam wystarcza tylko jeden. Lajtowy dzień więc cieszymy się w dwójnasób. Gorąco. Nie nabawiłam się odmrożeń na Elbrusie, z Czegetu wyniosłam poparzenia słoneczne
.

Byliśmy świadkami dwóch obrywów seraków ze zboczy Donguz-Orunbaszi. Z naszej odległości wydawały się niewielkie, ale huk jak z odrzutowca nie pozwolił ich przegapić.

Wspaniały Donguz-Orunbaszi w tle.

13. 07.2014 niedziela
Opuszczamy Terskol marszrutą do Nalcika, a stąd do Gołubyje Oziera – przyjemna turbaza w lesie nad jeziorami. Pogoda zmieniła się na deszcz.
Nazajutrz spotyka nas miła uprzejmość i gościnność ze strony dwóch poznanych Czeczeńców. Zawieźli nas na górne jeziora, zafundowali poczęstunek i nawet słyszeć nie chcieli o płatności z naszej strony.
14.07.2014 poniedziałek
Ponieważ nie mamy papieru, który nazywa się owir, a powinien go posiadać każdy obcokrajowiec, który na terytorium Rosji przebywa ponad 6 dni wyjeżdżamy do Gruzji.
Marszrutka do Nalcika, przesiadka do Władykaukazu, samochodem osobowym do Kazbegi. Tym razem samochód jest na rosyjskich numerach rejestracyjnych, kierowca przypadkiem z podwójnym obywatelstwem i znajomościami na zatłoczonej granicy rosyjsko-gruzińskiej. To znacznie skraca czas jej przekroczenia.
Wtorek i środa trekujemy sobie po okolicy.
Nareszcie widzę Kazbek jak z pocztówki, który to widok nie był mi dany w ubiegłym roku.

Klasztor Gergeti z okna

W czwartek rano 17-tego zrywam się mojej grupie, która spędza tu jeszcze cały dzień i jadę do Tbilisi. Mam tyły w zakupach.
Spotykamy się w nocy na lotnisku.
Pomniejszych wrażeń i przygód moc. Rosyjska codzienność inna zdecydowanie. Ślady kołchoźniczej organizacji pracy wciąż widoczne. Póki byliśmy na terenie Rosji nie czułam się komfortowo. Jakaś presja, że ciągle czegoś nie wolno, że trzeba mieć pozwolenie, że można się narazić wisiała nade mną. Odetchnęłam z ulgą jak wróciliśmy do Gruzji.
Z jeszcze większą jak wylądowaliśmy w Warszawie. Akurat newsy o zestrzeleniu samolotu nad Ukrainą były na topie. Było groźnie w powietrzu??? Ostatnie zdjęcia z podróży wyjątkowe – widmo Brockenu.



Udana wyprawa. Koleżanka jest niesamowita. Z kontuzjowaną nogą, z bolącym kolanem weszła na 5642, a potem dzielnie jeszcze na 3640 i 2000. Trzeba mieć fest zapał do tej roboty.
Legendy o morderczym wysiłku przy zdobywaniu szczytu okazały się przesadzone, ale brać trzeba pod uwagę, że mówię o wejściu w doskonałych warunkach atmosterycznych, będąc w dobrej kondycji i mając doświadczenie, że do wysokości 5000 metrów jakiejś zasadniczej reakcji organizmu nie odczuwam. W innych okolicznościach wcale tak być nie musi. Wystarczy, że jeden z w/w czynników nie zadziała.
PS. Kilka wspomnień w obrazkach dodam później:)
- Rozwala mnie fakt, że niektórzy "zdobywcy" pomagają sobie przeróżnymi sprzętami typu - kolejka, gondolka, ratrak!. To ma być zdobycie góry? Farsa... Wjechać ratrakiem na 5100! 500m przewyższenia na szczyt - czyli tyle ile na Czantorię.... Cieszy mnie Bożeno, że jak tylko umiałaś - waliłaś pieszo. Gratulacje zdobycia szczytu! Rezerwuję wypożyczenie mapy z tamtego rejonu :)
p.s. a ja właśnie jadę do szpitala...góry dłuuugo jeszcze nie... - Gratuluję. Przeczytałem od deski do deski!!! Super sprawa.
- Czytałam bloga do 2 w nocy :). Nie chciałam zostawiać na rano, opowieść jest wciągająca :). Podobał mi się ten "ostatni pięciotysięcznik przed pięćdziesiątką". Bardzo motywujący tekst - czas na pierwszy trzytysięcznik po trzydziestce ;). A przed Tobą jeszcze wyższe szczyty, skoro kondycja dobra, to żal marnować na jakieś górki mikruski ;).
- Gratuluje wspaniałej wyprawy dzieki ,której mogłaś spełnić swoje marzenia- jesteś niesamowita, odważna i sprawna kondycyjnie tylko podziwiać i naśladować.Pozdrawiam serdecznie i życzę wielu wspaniałych wypraw Bożeno.
- Raz jeszcze Ci gratuluję! :)