Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Members blog Paulina Anna Wojciechowska / Trekking / Śladami mułów. Migawki z Maroko.
Śladami mułów. Migawki z Maroko.
14 December, 201914 December, 2019 0 comments Trekking Trekking
blog_782.jpg

Planów na wakacje było dużo. Czarnogóra? Kazachstan? Turcja z Gruzją? Ale odpowiednio tanie loty jakoś nie chciały się pojawić. I tak jakoś spontanicznie zostało zaprponowane Maroko. Kilka dni później mamy już bilety i zaczynamy planowanie. Początkowo myśleliśmy o Tubkalu. Ale po informacji, że po zabójstwie dwóch Szewdek na jesieni 2018 jest obowiązek korzystaia z przewodnika rezygnujemy z tego pomysłu. Chodzenie po górach kilka dni w towarzystwie jakiegoś obcego gością? Nie bardzo. Na Trip Advisorze ktoś zaproponował nam masyw Ighil Makun - drugi najpopularnisjszy region trekkingowy. I tam się udajemy. W planach też odwiedziny nad Atlantykiem... a ja skrycie marzę, żeby pierwszy raz w życiu zobaczyć Saharę.Alpy

 

Uwielbiam latać. W zaledwie kilka godzin znajdujemy się w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Podróż do Maroka w znacznej części przebiega nad górami, dodatkowo pilot opowiada nam o trasie. I daje znać, kiedy z okien samolotu możemy zobaczyć Mount Blanc. Magiczny jest też ten moment kiedy skończyliśmy lot nad Morzem Śródziemnym i wlatujemy nad Afrykę. Pierwszy raz będę na tym kontynencie.

 

 

Azilal

 

Pierwsze chwile w Maroku to lekki chaos jak zawsze. Upał, hałas, niebezpieczne ulice. Szukanie dworca. Później "frycowe", które musieliśmy zapłacić. Bo miejscowi owszem pomogli nam znaleźć nasz autobus do Azilal oraz kantor, ale kosztowało nas to dodatkowo 50 MAD (ok. 5 eur). Po trzygodzinnej podróży z Marrakeszu docieramy do ok. 30-tysięcznego miasta u podnóży Atlasu. Wydaje się, że jesteśmy jedynyi turystami. Miejscowi gapią się na nas jas jakbyśmy byli jakimiś dziwolągami - co nas z kolei dziwi. Myśleliśmy, że Maroko to turystyczny kraj. Jednak wystarczy znaleźć się choć troszkę z boku turystycznego szlaku i już samemu jest się atrakcją.

 

 

Następnego dnia po raz pierwszy doświadczamy "pobudki po marokańsku". O piątej rano dobiega nas wołanie na modlitwę. Tak głośne, jakby ktoś włączył nam muzykę w pokoju...

 

Na dworcu w Azilal zostawiamy nasze rzeczy. Wiemy, że busik odjedzie, kiedy się napełni, więc mały chwilkę na spacer po miejscie. Kawusia już była przy śniadaniu, więc teraz czas na tradycyjną herbaciarnie. Nasza pierwsza herbata marokańska. Trochę mięty, duuużo cukru. Elaganckie dzbanki i malutkie szklaneczki. Kiedy tylko będziemy w cywilizacji będzięmy chętnie kosztować lokalnego napoju.

 

herbata marokańska

 

Wreszcie jedziemy. 70 kilometrów do wioski Agouti pokonujemy w około 3 godziny. Widoki są bardzo malownicze, ale nie chodzi tylko o góry. Wlaściwie wszyscy mieszkańcy ubierają się w swoje lokalne stroje, a mijane po drodze kamienne wioski można opisać jako "zaklęte w czasie". Bus już w Azilal był pełny, teraz więc kiedy dosiadają się koejni pasażerowie to po prostu siadają na dachu. A dokłądniej - dotyczy to mężczyzn. Bo kiedy dosiada się kobieta, panowie ustępują jej miejsca i idą na górę.

 

 

Agouti

 

Azib n'Ikkis

 

Nasz pierwszy dzień ie jest trudny, 3 godziny marszu lekko pod górę. Pierwszy biwak w górach wypada na wysokości  ok. 2200 metrów, miejsce nazywa się Azib n-Ikkis. Góry Atlas są bajkowe, a na szlaku poza nami nie ma nikogo. W pobliskim azibie (kamienna, pasterska chatka) jest skromne schronisko, gdzie poszliśmy na marokańską herbatę. Nocowało tam kilkoro Franuzów z przewoodnikiem, wracali ze szczutu (nie robili pętli jak my tylko podstawowy wariant). Nie wiemy jeszcze, że to nasz jedyny pogodny wieczór w Atlasie, w pozostałe nad górami przetaczały się intensywne burze.

 

Azib n-Ikkis

 

Drugi dzień trekkingu trochę nas zmęczył, mamy ponad 1,2 tys. metrów podejść. Na szczęście szlak jest orienacyjnie łatwy. Nie wiemy, gdzie się podziali inni turyści, na szlaku spotykamy głównie muły z bagażem.

 

Aghouri

 

 

Niestety nie możemy aklimatyzować się na przełęczy Aghouri Est (ok. 3400),  bo ledwo jak tam przyszliśmy zaczyna grzmieć. A jest dopiero 14.

 

Aghouri Est

 

Widokowo największe wrażenie robią na nas kolory tych gór - śmiejemy się, że jest tu kopalnia przypraw, które potem można znaleźć na bazarach...

 

Aghouri

 

Tarkeddid

Strome zejście daje w kość. Dopiero na płaskowyżu, kiedy wiem, że schronisko już niedaleko zaczynam się znowu relaksować. I cieszyć krajobrazem. Choć śwadomość, że musimy następnego dnia podejść ostro z ciężkimi plecakami nie napawa optymizmem.

 

Tę noc spędzamy w schronisku Tarkeddid, na wysokości ok. 2900 metrów. Schronisko w standarcie raczej skormnym, w dodatku średnio czyste, zwłaszcza w łazienkach. Nocleg na pryczach kosztuje 120 MAD. Koło schroniska można wprawdzie rozbić namiot, ale my decydujemy się na prycze. Po pierwsze Arturowi już przed pierwszym noclegiem przebiła się mata samopompująca. Choć spi na wszystkich naszych ciuchach komfort jest jednak niższy. A przed "atakiem szczytowym" lepiej się wyspać. Planujemy też wcześnie wyjść, a zwijanie namiotu zabiera czas. Kiedy patrzę na pogodę cieszę się z tej decyzji. Krótko po naszym przyjściu zaczyna padać. Nad górami i naszym płasokowyżem przetaczają się gwałtowne burze. A w schroniskowej jadalni mamy dużo miejsca i wygodnie sie gotuje.Wewnątrz jest spokojnie. Większośc turystów (kilkanaście osób) jest w swoich namiotach. Kilkoro siedzi w kuchni z obsługą. Częstują nas nawet herbatą :) Gospodarz schroniska, dość chaotyczny człowiek, krząta się to tu, to tam, podśpiewując. Martwi nas pogoda. Kiedy jednak pytamy Marokankę, która wraz z dwoma osobami śpi w naszym "pokoju" mówi, że będzie dobrze. Inshallah. Jak Bóg da.

 

Tarkeddid

 

Plan był, żeby wcześnie wyjść. Bo długa droga, bo burze. Jednak co kawałek coś nie tak. Śniadanie się dłuży, a masło orzechowe nie do końca zostało w opakowaniu. Łazienka zamknięta. Zniknęła nasza butelka na wodę (podejrzewamy, że jest właśnie w łazience),  nie możemy iśc na taką trasę mając 2 litry na dwie osoby. Tracimy cenny czas probując "wyważyć" drzwi, próujemy budzić gospodarza, ale po braku jakiejkolwiek reakcji sądzimy, że go nie ma. W końcu w akcie desperacji wchodzę do pokoju (może klucz do łazienki jest w widocznym miejscu?). Okazuje się, że gospodarz jednak jest. Najpierw probuje nam wmówić, że drzwi da się otworzyć. Kiedy jego "technika" nie odnosi skutków w końcu z ociąganiem się wstaje i otwiera. Naszej butelki nie ma. Słabo, ale w akcie kolejnej desperacji odkrywam, że gablotki, w której wystawiona jest butelkowana woda są jednak otwarte. Więc biorę jedną i zostawiam należne 20 MAD.

 

Ighil Makun

 

Wyjście spóźnione, ale to nie koniec kłopotów. W źródełku naprzeciwko schroniska nabraliśmy wody i zaczęliśmhy podążać ścieżką, która wydawała się właściwa ze względu na wariant trasy przedstawiony na mapie. Jest pięknie. Nad Atlasem świta. Tylko coś nie możemy znaleźć "odbicia" w górę. Wśrod kępek traw nie do końca wiemy, czy podążamy jeszcze jakąś niewyraźną pasterską ścieżką, czy już tak po prostu idziemy zboczem. Zawracamy zbyt późno. W końcu pomaga nam aplikacja na telefon, maps.me. Wariant podejścia jest nico inny niż ten z mapy czy przewodnika, ale w końcu jesteśmy na właściwej drodze. Tylko znów straciliśmy conajmniej pół godziny. Przed nami bardzo stromo tysiąc metrów do góry.

 

Na krótkim postoju zażywamy aspirynę, która pomoże nam troszkę na wysokości. Krótki pobyt na 3400 i nocleg na 2900 to nie jest najlepsza aklimatyzacja. Szlak stromo pnie się ku górze. Zdobywamy wysokość. Cieszę się, że sporo jeżdżę rowerem bo silne nogi naprawdę tu się przydają. Na ok. 3700 spotykamy pierwszy śnieg. "Ciekawe, kto powiedział, że nie trzeba brać stuptutów do Afryki?" - śmieję się.

 

Z ulgą docieramy na grań. Wreszcie można odetchnąć. Spotkamy pierwszych ludzi tego dnia - tych samych, którzy spali w naszym pokoju, a wstawali chyba o trzeciej. Szli na lekko, wracają do schroniska. Mówią, ze do szczyty już niedaleko, godzina-półtorej. Nam zajęło to jednak trochę więcej, mam nadzieję, że mogę zrzucić winę na ciężki plecak.

 

Na czterotysięcznej grani nie oddycha się najłatwiej, nawet na drobnych podejściach, czuć, że wydolność mamy słabszą. Jesto dość chłodno, najwyżej kilka stopni powyżej zera. W oddali widzimy grupkę turystów z przewodnikiem. Dodają mi otuchy. Skorą są na grani o tej porze to znaczy, że jest ok i nie grozi nam nagła burza. Powoli się do nich zbliżamy, wiadomo, grupą wchodzi się wolniej. Na szczycie jesteśmy ok. 14:20. Z ulgą zdejmujemy plecaki i cieszymy się krajobrazem. Kolorowe góry, skalne formacje, kotły, głębokie doliny, grań okryta śniegiem... Pięknie jest. Przewdonik i jego grupa, Marokańczycy, gratulują nam wejścia. Ze zdziwieniem i lekkim podziwem patrzą na nasze plecaki. 

 

 

Stromo bardzo stromo w dół. Na szczęście po śniegu, więc stopy tak nie bolą. Szybko tracimy wysokość. Śnieg wpada do butow, ale że z utratą wysokości robi się znów cieplej to nie przeszkadza. Szybko mijamy Marokańczyków, po chwili w góle tracimy ich z oczu. Jesteśmy na dnie doliny, w głębokim kanionie. Zmęczona długim dniem marzę o obozie. Ale droga tam jeszcze daleka.

 

Zmieliśmy strefę klimatyczną. jest znów bardzo ciepło. Idziemy i idziemy. Patrzymy na rozpiskę w przewodniku i wiemy, że jeszcze daleko. Jeszcze przekraczamy rzekę i podchodzimy wysoko na jej prawy brzeg. Idziemy piękną łąką. Pogoda na szczęście stabilna, tylko zmęczenie narasta. Gdzie ten obóz? W końcu gdzieś nisko widzimy duży biały obóz. Jeszcze tylko strome zejście i jesteśmy na kamienistym podłożu. Obok nas kilka namiotów. Jeszcze tylko się rozbić. I ugotować. I wreszcie odpocząć. To długi dzień, około 20 kilometrów, suma przewyższeń 1,5 tysiąca metrów. 

 

Miejsce pod namiot jest dość niewygone. Spory spadek i dość kamieniście Chwilkę potem jak przygotowaliśjy jedzenie zaczyna padać, potem grzmieć. Kiedy wydaje się, że burze powoli zanikają okazuje się, że tak naprawdę dopiero zaczynają. Aż do 2 w nocy nad nami gwałtownie szalają siły natury. Mam tylko nadzieję, że mój namiot wytrzyma, nigdy wcześniej nie spotkał się z takim naporem deszczu (to jego pierwszy wyjazd tak daleko). Na szczęście w środku sucho i bezpiecznie. 

 

Oulimit

 

A miał to być lekki dzień... nie śpieszymy się ze wstawaniem, do następnego obozu mamy wg przewodnika 5 godzin marszu, głównie dniem rzeki, choć wiemy, że będziemy musieli trochę podejść na grzbiet. W praktyce teren okazał się dość trudny. Nie jest latwo samemu zgdanąć gdzie dokładnie przejść przez rzekę, nie jest łatwo znaleźć niewyraźną pasterską sciężkę wśród kęp trawek, nie ma nikogo, kogo moglibyśmy zapytać o drogę. Mimo to miejsce jest naprawdę piękne - móstwo ciekawych formacji skalnych, piękne kolory, wysokie strome ściany gór. Jak w baśni jakiejś.

 

Oulimit

 fot Artur

dolina Oulimit

 

 

  

, dolina Oulimit

 

Był moment, kiedy zaczęłam się bać. Mapa kazała iść wzdłuż rzeki. Ale przed nami jest kanion! Odpalamy maps.me, z trudnem znajdujemy niewielką scieżyknę, która prowadzi do bocznej dolinki. Robi się przeraźliwie cicho, "nasza" rzeka jest za stromymi ścianami, w dolince którą idziemy rzeka wyschła. Ścieżki nie widać, pomyłkowo idziemy czymś, co tylko na ścieżkę wyglądało. Nawigujemy na maps.me i wreszcie z trudnem odnajdujemy drogę. Ulgę przynoszą nam ślady mułów. Tędy niedawno ktoś musiał iść. To musi być nasza droga. W następnej godzinie ścieżkę gubimy wielokrotnie. I często z ulgą znajdujemy. Ślady mułów.

 

Oulimit

 

Oulimit

 

Wieczorem rozbijamy się przy małym azibie, jesteśmy na biwaku sami. Opisane w przewodniku schronisko rzeczywiście istnieje ... tyle, że jest zamnkięte. Z pewnego oddalenia obserwujemy życie Pana Berbera i Pani Beberowej. Zbieranie ziół na obiad, przyjście mężczyzn ze stadem zwierząt. Potem w azibie pali się światło, pewnie jedzą kolację. My przygotowujemy swoją w zapadających ciemnościach. W nocy choć bez burzy i deszczu nie mogło się obyć jest już znacznie spokojniej.

 

Afalal Springs

 

Rano Pan Berber schodzi do nas z jajkami. Za 20 MAD kupujemy 4 sztuki. Zamiast opłaty za nocleg. Jajka są spoko, tylko niekoniecznie dobrze się je gotuje na naszej maszynce. No i powoli kończy się nam paliwo. Już przed samym wyjściem przychodzi do nas Pan Berber Starszy. Mówi po Francuzku, ale nie jest trudno zrozumieć słowo "aspirin". Dzielimy się swoim zapasem. Obawy przed chorobą wysokościową już za nami.

 

Ostatni dzień trekkingu i niespodzianka - do przełęczy, którą musimy przekroczyć prowadzi szutrowa droga! Z jednej strony podejście jest przez to dużo mniej męczące. Z drugiej - niestety sporo dłuższe. W dodatku jest dość gorąco i ani śladu cienia. Mam trochę dość i nawet mam ochotę dać sobie spokój i łapać stopa. Nic jednak nie jedzie, nam czasem udaje się znaleźć skrót na górę. I udaje nam się zrobić całą trasę na własnych nogach. Pętlę wokół Ighil Makun. 

 

 

fot Artur

 

Ostatnią noc śpimy nad wioską Tabant. Cywilizacja już niedaleko, wieczorem słyszymy nawet wezwanie na modlitwę. 

 

Znalezienie transportu z Tabantu do Azilal było prawdziwym wyzwaniem. W wiosce jesteśmy rano, ok. 10:00. Od razu pytamy o Azilal. Miejsowi pokazują nam miejsce. Ale robią przy tym dość zdziwone miny. Próbujemy się dopytać, ale nie znamy franuskiego - a nikt chyba nie zna angielskiego. Kiedy Artur poszedł po zakupy a ja pilnowałam plecaków jeden z miejscowych, po angielsku, wyjaśnił nam że MOŻE coś będzie po południu, bez precyzowania godziny. Wiemy zate, że mamy czas. Idziemy zatem na jedzenie. Potem na spacer po okolicy. Po południu, kiedy zjedliśmy już smaczny obiadek zaczynamy się lekko niepokoić. Na naszej miejscówce dalej nie ma chętnych. Ktoś nam mówi, że busik odjeżdża ok. 5:30 po porannych modlitwach. Nie bardzo nam się uśmiecha nocowanie w Tabancie, ale widzimy, że może nie być innej możliwości. Potem pojawia się nadzieja - kilku mężczyzn, którzy chyba też chcą jechać do Azilalu. A przynajmniej jeden z nich, inni (chyba) tylko mu towarzyszą. Pojawia się inna mężczyzna z samochodem, który najwyraźniej sprawdza, czy ma dość pasażerow, żeby zapełnić grand taxi. Powinno być 6 osób. Czekamy. Nic się nie dzieje. W końcu z mimiki rozumiemy, że z transportu nici. Myślę o szukaniu jakiegoś tańszego noclegu. Mam badzo smutną minę, więc jeden z kręcących się wokół "postoju" mężczyzn pyta czy ok? Mówię, że nie ok. Pyta o francuzki... ale potem o hiszpański. A po hiszpańsku trochę mówię. I wreszcie cud :) Udało się ustalić, że jak zapłacimy za całą taksówkę to możemy jechać. Więc hurra, jedziemy :) Drożej niż chcieśmy, bo za 120 MAD, ale ważne że w drodze.

 

Trasę do Azilal pokonujemy w dwie godziny. Piękne krajobrazy. Berberysjkie dzieci wracające ze szkół. Pasterzy. I zachód słońca, kiedy zbliżamy się do Azilal.

 

Marrakesz

Pół dnia spędzamy w Marrakeszu. Miasto jest hałaśliwie i duszne. Mieliśmy stąd jechać dalej do Meruzogi, na moją wymarzoną pustynię. Właściwie w ostatniej chwili decyduje się, że jednak 3 dni ze zroganizowaną wycieczkę to za dużo. A sami tam nie pojedziemy bo autobus jedzie ponad 11 godzin. Podczas obiadu wypatrzyłam na jednym z bilbordów reklamowych inni "pustynny" kierunek - Zagorę. Więc może tam? Chwilowo jednak decydujemy, że pojedziemy nad Atlantyk trochę się poobijać :)

 

Essaouira jest dużo spokjniejsza niż Marrakesz. Turyście spokojnie wędrują po medynie i zabytkowej portugalskiej twierdzy. Wpatrzywanie się we wzburzone fal jest prawie tak samo wkręcające jak gapienie się w ogień. I ta niezmierzona dal... po drugiej stronie tej masy wody jest już Floryda.

 

essaouira

Essaouria

Podczas spaceru uliczkami Essaouriy, pięknego miasta nad Atlantykiem, postanowiliśmy spróbować kolejnego soku, tym razem z trzciny curkowej. Był obłędnie pyszny. I nie udało się go spróbować już nigdy więcej. Za każdym razem jak udało się napotkać gdzieś automat okazywało się, że jest popsuty lub jeszcze nieczynny :(

 

 

Wieczorem udajemy się na spacer na najbliżsżą nam plażę. Widzimy ją na maps.me, ale ciężko znaleźć właściwe przejście. W końcu idziemy przez obskurne, zawalone śmieciami podwórko. Na plaży również pełno śmieci, jest tylko kilkanaście osób, raczej miejscowych. Choć widoki na morze i twierdze są malowicze nie zostajemy tu długo - zbyt obskurnie jest za naszymi plecami. Nie chcemy tu być po zachodzi słońca.

 

 

Essaouria

Essaouira

 

Essaouria jest niezykle malownicza. Nawet wycieczka do śmierdczącego rybami portu jest przyjemnym spacerem. Intensywnie wieje, więc nie ma takiego zaduchu jak wewnątrz lądu. Można nieco odetchnąć...

 

w drodze na Saharę

 

Kolejny dzień cały spędzamy w drodze. Najpierw autobus z Essaouriy do Marrakeszu. Później z Marrakeszu do Zagory. Supraturs, odjeżdza z dworca kolejowego, a rozkład rzeczywisty obiega od informacji znalezionych w internecie jedynie o 15 minut. Mijają nas dziesiątki podobnych autokarów zmierzających do Warzazatu i Meruzogi, topowych lokalizacji na turystycznej mapie Maroka. Co dziwne, wszystkie stają w jednym miejscu, jeden z pierwszych wiosek po przekroczeniu pasma Atlasu. Knajpki i sklepki są na szczęście zupełnie nie w zachodnich standardach. Choć bywają "zachodnie" elementy jak flaga popularnego piłkarskiego klubu ;)

 

Kiedy mowiliśmy znajomym o wyjeździe do Maroka bardzo częstym komentarzem było "chcecie żeby wam głowy obcieli" ? Chodziło oczywiście o morderstwo na dwóch Szwedkach. Ja jednak właściwie nie boję się zamachów terrorystycznych, wiem jak nikłe jest prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Tym czego realnie się boję jadąc daleko jest stan pojazdów mechanicznych, dróg czy kultura jazdy. 2 lata wcześniej, w Kirgistanie, 700-km droga z Biszkeku do Osz zajęła mi i koleżance podnad dobę, a kiedy auto (dzielona taksówka) ostatecznie padło "pośrodku niczego" o drugiej w nocy i zostałyśmy same z kierowcą nie było nam do śmiechu. Teraz podczas drogi na Saharę też się boje. Po górskiej, pełnej serpentyn drodze z ograniczeniem do 40, momentami do 20 kierowca jedzie conajmniej 60-70 km na godzinę. Po minach pasażerów widzę, że nie tylko mi taka jazda nie bardzo pasuje. Wiem, że nie ma sensu iść i prosić kierowcy, żeby trochę zwolnił, bo wtedy raczej przysiepszy. Oddycham z ulgą kiedy w końcu jesteśmy w dolinie

 

W Zagorze jesteśmy później niż planowaliśmy, sporo po 21:00. Znalezienie noclegu na szczęście nie jest żadnym problemem. Od razu przy wyjściu z autobusu zaczepia nas lokals i proponuje dośc tani nocleg (80 MAD). Standard jest bardzo skromny, ale to w końcu jedna noc. Jest niesamowicie duszno, część z hotelowych gości zabiera koce i nocuje na przylegających do pokoi balkonach. Putsynia już tak niedaleko.

 

Od razu zaczynamy się rozglądać za kolejnym etapem, czyli wycieczką na Saharę. Choć "rozglądać się" nie jest właściwym słowem. W Zagorze niemal każdy zajmuje się naganianiem turystów do takich wycieczek, niezależnie od tego czy kupujecie wodę, jecie śniadanie czy po prostu spacerujecie. I niestety nie da się tak od razu usłyszeć ceny. Trzeba posłuchać o organizacji wycieczki, obejrzeć zdjęcia. Oczywiście zaprponują herbatę i próbuję wdać się w pogawędkę, informacja o tym, skąd pochodzimy pomaga wyznaczyć ostateczną cenę (serio, jak w barze przy śniadaniu wzięli nas za Niemców wstępna cena było o 50% wyższa). Oczywiście każdy zapewnia, że tylko u niego prawdziwa pustynia i prawdziwi Berberowie. Kiedy na końcu mówimy, że musimy porozmawiać i przyjedziemy późnej widzimy głęboki wyrzut w spojrzeniach. Ostatecznie decydujemy się na propozycje od pracownika naszego hotelu - 500 MAD od osoby. Drogo, co tłumaczy, czemu tak bardzo się starają pozyskać naszą uwagę... W cenie noc w dużym namiocie, "camel trek" o zachodzie słońca, pełne wyżywienie przez dobę i dojazd. Cenowo tańsza byłaby opcja kupienia wycieczki w Marrakeszu. Ale nie żałujemy, że pojechaliśmy samodzielnie i w naszym "miasteczku namiotowym" byliśmy sami.

 

Do M'Hamid, ostatniej miejscowości przed pustynią (ok. 60 km od Zagory) dojeżdżamy lokalnym busem (w cenie), oprócz nas w trasę jadą lokalsi oraz materiały budowowlane. Potem przejmuje nas widoczny na zdjęciu profesionalny samochód terenowy. Renówka z lat 70 :) Zaraz za wioską widzimy znaki ostrzegające, że wjeżdżamy na pustynię i że dalej brak wody. My mamy ze sobą ponad 6 litrów na osobę.Później wjazd w teren, wśród kamieniu. Kilkanaście minut później jesteśmy przy namiotach rozbitych przy piaskowych wydmach.

 

M'Hamid

 Całe popołudnie spędzamy w namocie, mam odwagę tylko na krótki spacer. Dopiero po 18 robi się znośnie. Najpierw obiecany camel trek. A potem spacer wśród wydm o zachodzie słońca.

Sahara

fot Artur

 

Sahara

 

Nad Saharą zapadł już zmrok. Powoli wchodzi księżyc, jest w pełni. Jemy kolację przy świecach, oczywiście podano tadżin. Obskakują nas miałczący terroryści - kikutygodniowe kociaki. Niektóre dość śmaiło wskakują na stół. Po kolacji rozmawiamy trochę z obsługą naszego obiektu - kilkoma chłopakami z oklicznych wiosek. Też Berberowie, choć z innych plemion niż ci z Atlasu. Imione mają raczej arabskie - popularny jest Said. Dość dobrze mówią po angielsku więc możemy opowiedzieć trochę o naszym kraju i dowiedzieć się o pustyni. O tym, jak latem temperatura przekracza 45 stopni. O deszczach, które potrafią padać na wiosnę. O wioskach, gdzie mieszkają wraz z rodzinami. A potem zaczęła się najpiękniejsza część. Muzykowanie. Przy rytmie bębenków i giatry śpiewali swoje radosne pieśni. Tak po prostu, wieczorem po skończonych obowiązkach, kkedy jest już chłodniej - śpiewa się, by pobyć razem. Cieszę się chwilą, nie chcę nagrywać, ani fotografować. To ma zostać tylko w pamieci. Beberowie grający i śpiewający na Saharze przy pełni księżyca.

 

Sahara

 

 Nastawiam budzik na wschód słońca. Jest nawet chłodno, muszę założyć bluzę. Spaceruję po wydmach i obserwuję jak zza  czarnych gór (tam niedaleko jest już Algieria) słoce pokrywa swoimi promieniami wydmy. Jest cudownie. I cicho. Jedynie wielbłąd powoli przechdza się między namiotami.

 

Sahara

 

Sahara

 

Przystanek Warzazat. Ze słynnym muzeum filmu. Okolice tego miasta grały pustynie Arabii, Ziemie Świętą, Cesarstwo Rzymskie, a nawet Tybet. Wiele tu sal tronowych. Szkoda tylko, że niemal wszystko z karton-gipsu... Telewizja to jednak kłamie :)

 

 

 

Warzazat

 

 

I znów Marrakesz. Duszno, głośno. Znajdujemy zabytkowy ponoć pałac, pbecnie w remoncie. Z zewnątrz nie wygląda ładnie. Drugiego zabytku nie udaje się nawet znaleźć, nawigacja wariuje. Męczą nas bardzo natrętni sprzedawcy obecni w każdym zakątku. Uciekamy. Już na podczas pierwszego pobytu znaleźliśmy miłą kafejkę z widokiem na główny plac, gdzie można spokojnie popijać marokańską herbatę. I popatrzeć na wszystkie egzotyczne postaci poniżej. Kiedy wybija stosowna godzina w całym Marrakeszu słychać modlitwene wezwania z licznych meczetow. Brzmi to trochę jakby rozlegał się alarm przeciwlotniczy. 

 

 

Marrakesz

 

Ostatni dzień. Wyolot w południe, więc wpadamy jeszcze do położonych obok lotniska Ogrodów Menara, jednego z topowego zabytkow Marrakeszu. Takie marokańskie łazienki :) Nie robią na nas dużego wrażenia, właściwie to jeden zabytkowy budynek i gaj oliwny. W oddali lewdwo widoczne góry Atlas. Czas do domu. W Marrakeszu 35 stopni, kiedy dwa tydonie wcześniej opuszczaliśmy Warszawę było tylko troszkę chłodniej. Teraz kiedy pilot ogłasza, że na lotnisku docelowym jest 12 w samolocie słychać jakby lekkie niezadowolnie.

 ogrody Menara

Comments
  • There are no comments yet
Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl