Mały Tybet. Migawki z Ladakhu.
Kwiecień 2018. Zainteresowało mnie ogłoszenie Sebstiana, które pojawiło się na jeden z grup fejsbukowych. Powrót w Himalaje marzył mi się od lat, od dawna chciałam zobaczyć Ladakh. Umówiliśy się na wyjazd w Tatry, żeby poznać się trochę i pogadać przed wyjazdem. Kilka dni później kupiłam bilet do New Dehli. Pozostałe osoby, Pawła i Przemka również zwerbowaliśmy za pomocą internetu.

Sierpień 2018

Do Indii lecimy przez Kijów. Z Pawłem spotykam się na warszawskim lotnisku, zaraz po ewakuacji MacDonalda, gdzie jakaś gapa zostawiła bagaż. Ktoś mi wytłumaczył jak działają prawa fizyki, ale jednak nie do końca akceptuję fakt, że kilkustettonowy kolos z ponad setką ludzi na pokładzie ot tak po prostu wznosi się w przestworza.

New Delhi - gdzie spędzamy dzień i noc - jest męczące. Wilgotność (pora monsunowa), smog, hałas, wszyscy trąbią, wszyscy jeżdżą ta gdzie chcą. Ciągle jesteśmy zaczepiani, chcą nam coś sprzedać lub gdzieś zaporwadzić. W przejściu przez ulicę pomagają mi policjanci. Na mniejszych uliczkach jak ta - trzeba wciąż uważać, czy rower lub motor nie najadą na na nogi. Wszechodbeny smród moczu - faceci po postu się odwracają i oddają go gdzie popodanie.
Za pomocą GPS przeszliśmy z uliczki gdzie był nasz hostel do Old Dehli. Te 4 km naprawdę mnie wykończyły. Ciekawostką były "tematyczne" uliczki - w jednym miejscu części dla samochodów, w innym książki, a tutaj - sari.

Półotoragodzinny lot i znajdujemy się w zupełnie innej przestrzeni, Leh, stolica Ladakhu, licząca sobie "aż "27 tysięcy mieszkańców. Dawniej leżało na szlakach kupieckich prowadzących z Tybetu, Sinciangu (dziś Chiny), Kaszmiru, Bałtystanu (dziś Pakistan), Pendżabu i wielu innych. W rezultacie, choć dominuje to buddyzm tybetański znajdziemy tu przedstawicieli wielu kultur i religii.
Ladakh (liczba ludności ok. 300 tys.) jest częścią indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir (ludność ok. 12,5 mln), zamieszkiwanego w większości przez muzułmanów. Buddystom nie jest łatwo domagać się swoich praw w zakresie religii, kultury czy edukacji. Mimo wszystko jest tu spokojniej niż w innych częściach Indii, konflikty między grupami zdarzają się rzadko.
Pierwsza noc w Leh, na 3500 metrów, przebiegła o dziwo w miarę spokojnie. Chociaż ja trochę sobie pomagałam diuramidem i aspiryną ;) Cała nasza trójka (ja, Paweł i Przemek z którym umówiliśmy się w tymże hostelu) budzi się w miarę wypoczęta. Ostatni nocleg w cywilizacji. Zarezerwowany przez booking hostel jest przystosowany do potrzeb zachodniego turysty - mamy konkakty, możemy naładować wszystkie możliwe baterie.
W południe obieramy Sebastiana i ruszamy w góry, do Chilling. W planach mamy przejście trekkingu Markha Valley a następnie przejście przez trzy przełęcze do Mankramo leżącego już na szlaku do bazy pod Stok Kangri.

Drugi dzień trekkingu jest najbardziej męczący. Przewyższenia niewiele - ok. 400 metrów, ale za to 21 kilometrów marszu. Jest badzo gorąco - 30 stopni w cieniu. Ciężki plecack w tej sytuacji nie pomaga :) Łapiemy każdy możliwy kawałek cienia.
Kiedy powoli docieramy do zaplanowanego nocleguispotykamy na drodze wieśniaka, który pyta nas, czy zmierzamy do Markhi. Kiedy potwierdzamy, że owszem, mówi nam "bad river". Myślimy, że ma na myśli przekroczenie rzeki już za Markhą, syszeliśmy o nim od napotkanych w Leh Polaków,którzy robili tę trasę rok wcześniej.. Zerwało most, trzeba przejść rano, najlepiej za grupą z przewodnikiem, których tutaj nie brakuje. Próbuję jednak dogadać się z wieśniakiem "but problem is before Markha, after Markha" - na kilka sposóbów, jego angielski jest jednak zbyt słaby. Mówi nam tylko "bad river" i idzie w swoją stronę.
Jakieś 15 minut później przekonujemy się o co chodziło. Zerwało most. Rzeka jest bardzo wzburzona. Chłopaki próbują na wejść, ale w każdym miejscu rezygnują po kilku krokach. Powyżej widzimy dwie osoby, które próbują przekroczyć rzekę, ale również zawracają. Myślimy jak dostać się do Markhi, mamy w pamięciu kolejne trudne przejście, które nas ta czeka i konieczność przejścia rano. Rano stan jest najniższy, w ciągu dnia gwałtownie się podnosi, bo mocne słońce szybko topi wodę z lodowców. W stromych zboczach góry wyryte są kamienne, osypujące się ścieżki, wariant szlaku, który na naszych mapach zaznaczony jest jako "high river". Nie wiemy jednak jak się tam dostać - krzaki na dojściu są dość gęste, a szlak wysoko. Podczas dyskusji z krzaków wyłania się widziana wcześniej para. Po kilku zdniach po angielsku możemy przejść na polski :P Ola i Bartek już ponad półtorej godziny szukają przejścia, czy to przez rzekę czy dojścia na górę - i postanowi się poddać. Nam nie zostaje nic innego. Na szczęscie do dobrego miejsca na nocleg musimy cofnąć się tylko kilka minut.
Nocujemy w gospodarstwie leżącym przy szlaku, na wyskości 3700 metrów, na trwaniku rozbiliśmy swoje namioty.. Rozmawiamy i ... patrzymy w gwiazdy. Tu, z z dala od cywilizacji, w pięknym bezchmurnym niebie, widać je doskonale. Chęć położenia się już spać po upalnym dniu walczy we nie z chęcią patrzenia się w niebo. W końcu to sierpień, czas perseidów. Raz na jakiś czas spada gwiazda. Udaje się pomyśleć życzenie. Patrzę w kosmos, w niezmierzoną wieczność. Jak mała w tym wszystkim jestem, jak kruche jest moje istnienie. Dziękuję Bogu, że tak wiele piękna udało się zobaczyć.
Następnego dnia zwartą, sześcioosobową grupą idziemy na spotkanie z rzeką. Rzeczywiście jest dużo spokojniejsza. Tylko w jednym miejscu czuję się niepewnie, poza tym jest dość wygodnie. Głeboko oddychamy z ulgą. Kiedy docieramy nad drugi koniec wioski Markha okazuje się, że tutaj most jest już naprawiony. W kolejnych latach "bad river" może pokazać swoje oblicze jeszcze w innym miejscu.

Tego dnia nocujemy w wiosce Hankar na około 4000 tysiącach metrów jest zaledwie kilka domów i niemal nie widać ludzi. Tylko w jendym z domów obydwała się niewielka ceremonią religijna z udziałem mnicha i kilku osób, poza tym cisza.

Zachód słońca był magiczny.
Z Hankar do Nimalingu mamy 800 metrów przewyższenia i ok. 10 kilometrów. Dla mnie ten dzień był najładniejszy - rozlgłe widoki, cisza (rzeka Markha skęcała gdzies w głąb lodowców). Coraz rozleglejsze widoki, morze gór, kamienie modlitewne, flai, "jeziorki z buddą". Był to też dzień kiedy okazło się, że pierwotny plan nie ma szans powodzenia. Dla Sebstiana spakowany plecak okazał się za ciężki na tak długą wędrówkę. Paweł przyjął decyzję z ulgą - od pierwszego dnia dokuczały mu pęcherze na stopach. Smutno, ale czasem tak jest. Pod Stok Kangi dostaniem się schodząc w dolinę i podchodząc ponownie, zamiast iść przez góry.

Każdy przechodzący pielgrzym powinien zostawić kamień. Trochę jak na Krzesanicy ;)

Jeziorko z buddą i szczyt Kang Yatse. Na niższy wierzchołek, 6200 metrów, można wejść z Nimalingu ( 4841), czyli z miejsca gdzie spędzimy kolejną noc. Spotkaliśmy tam Włocha, który dokonał takiego wejścia nie planując nawet tego wcześniej - po prostu wynajął przewodnika (ktory prowadząc na szczyt miał zwykły kij drewniany) i sprzęt (tzn wątpliiwej jakości raki automatycze doczepiane do butów podejściówek) i od tak z marszu zbobył sześciotysięcznik.

A to Kang Yaste i modlitewne flagi.

Nimaling (tzw tent homestay tzn że jeśli nie masz namiotu możez kupić mejscówkę z wyżywieniem) jest niezykle pięknym miejscem - ale wysokość daje się odzuć. Na szczęście w moim wypadku kończy sie to tylko ogólnym rozkojarzeniem i brakiem koordynacji. Czyli do przeżycia.

Potem zostaje już tylko wejście na przełęcz, około dwóch godzin z bazy. Na początku mam wrażenie, że ktoś mi zabrał moje płuca, później jest już ok, tyle, że idziemy bardzo wolno. Kongramaru La leży ok. 5200 metrów nad poziome morza. Najwyższy punkt treku. Piękny, surowy widok. Jest Kang Yaste, jest nieco odległe pasmo Zansakru. Czujemy się dobrze. Jest pięknie, chce się żyć. Szkoda, że trzeba zejść.

Wioska Chogdo na 3900 metrów, ostatni nocleg na trekkingu. Spragnieni interakcji międzykulturowej przeszliśmy się po wiosce, weszliśny do jednego z domów na hebratę i ciastka (płatne). Chcieliśmy trochę porozmawiać, w końcu któś troszkę lepiej znał angielski. Zostaliśmy jednak sami z indyjską telewizją i sztarszym panem. Pogrążony w modlitwie chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z naszej obecności.
W Chogdo rozdzielamy się. Przemek czuje się dość silny, by wędrować pierwotnym wariantem naszej trasy. Spotkamy się za dwa dni. Nasz trójka schodzi w dół. Szkoda trochę noszenia zbyt ciężkiego plecaka - na Markha Valley jedzenie można kupić na całej trasie, my mieliśmy sporo własnego na dalszą część trasy. To jednak góry, nie zawsze wszystko się udaje. Taksówką jedziemy do wioski Stok, tu mamy dzień na odpoczynek. Sebastian, który dodaatkowo mocno się przeziębił decyduje się zjechać do Leh. Z nim spotkamy się w base campie.

Na ulicach wioski u stóp Stok Kangri toczy się normalne życie. Chłopcy grają w krykieta, narodowy sport Indii, nie przejmując się brakiem sprzętu czy boiska.

Po jednodniowym odpoczaynku wracamy na szlak. Już trochę ponad godzinkę nad wioską Stok napotykamy na pierwszy obóz, na około 4000 tysiącach metrów. To dobre miejsce na nocleg dla tych, którzy nie mają jeszcze aklimatyzacji. Po obżarstwie w homestay'u w Stok z wdzięcznością przyjmują propozycję Pawła żeby zatrzymać się w tujejszej "kuchni" i obalić coca-colę.

W kilku miejscach w górach na kamieniach widzimy napisy motywacyjne "NO PAIN NO GAIN". Jednak na podejściu na Stok Kangri spotykamy nieco inną wersję tego napisu :) Myślimy sobie, że autorowi musiały również nie zadziałać bankomaty w Leh. Niesety zachodnie banki z automatu blokuja karty przy próbie wypłaty gotówki, nie pomaga także częsty brak internetu. Ratunkiem sa posiadacze terminali do kart.

Z obozu w Mankarmo na 4300 pięknie widać naszą górę. Miejsce jest widoko piękne, ale obóz mało zadbany. Dodatkowo mamy przykrą niespodziankę z permitem. Okazuje się, że dokument, który załatiwliśmy w Leh, w Indian Mountaneering Foundation i za który zapłaciliśmy 50 USD od osoby jest ... niepotrzebny. Od tego roku obowiązuje tylko "opłata środowiskowa: 500 rupii (ok. 25 PLN) bezpośrednio w obozie. W IMF po prostu nas oszukali.
Do obozu pod Stok Kangri docieramy już w trójkę. Jesteśmy na wysokości 4970 metrów. W nocy chcemy iść na szczyt. Dobrze jednak troszkę się zaaklimatyzować. Ruszamy w kierunku tzw gompy - stromą ścieżką w górę, na wyskość 5100 metrów. Zamiast "przepisowych" 40 minut idziemy 20, jest dobrze. Co prawda zamiast obiecanej gompy jest tylko trochę kolorowych flag modlitewnych - ale mamy stąd piękny widok na Stok Kangri. A także na skupisko namiotów w base campie. Na niewielkiej przełączce koło chorągiewek spotykamy trzech chłopaków z Polski (Leszek, Piotrek, Wojtek), poznanych już wcześniej w obozie. Oni także nie są tu bez przewodników i tragarzy, czyli są w obozowej mniejszości. Oni także idą w nocy na szczyt.

Po południu dośc mocno się rozpadało i nie przestało aż do drugiej w nocy. Wyjście na szczyt musieliśmy przełożyć. Trochę z nudów, trochę dla lepszej aklimatyzacji, przszliśmy się na pobliską górkę, na wysokość ok. 5400. Czasem zza mgieł można było cośnieco zobaczyć.
Kolejna noc. Budzik nastawiliśmy na północ. Nie pada - idziemy. Zagotowaliśmy herbatę, wmusiłam w siebie batonik energetyczny. Jest zimno, chce się spać. Ale noc jest piękna. Około pierwszej w nocy ruszamy ku Górze.
Wędrówka nocą jest nieco magiczna. Zarysy gór, światła czołówek. Przez załamanie pogody ludzi jest to dużo, myslę że minęliśy ok. 30 osób, prawie same grupy komercyjne. Dzięki niezłej kondycji i przyzwoitej aklimatyzacji mijamy ich dość szybko. Lodowiec, ktorego najbardziej się obawaliśmy jest dość ławty, tylko parę minut szukamy dobrego przejścia szerokiej na trochę ponad metr i dość płytkiej szczeliny. Chłopaki szarmancko podają mi kijek trekkingowy coby latwiej było mi zrobić długi krok.
Chłopaki nawigują za pomocą GPS, dodatkową pomocą są inne czołówki. Nie zawsze wypada to idealnie, szczególnie powyżej lodowca kiedy ścieżka ginie wśród osypujących się kamieni. Gdzieś koło czwartej w nocy na zegarku wysokościowym pokazuje się 5600. Po ośmiu latach pobiłam swój rekod wysokości (5545, Kala Pattar, Nepal). Przed nami wciąż 500 metrów przewyższenia, wokół ciemna noc.
Na szcześciotysięcznej grani nie oddycha się najłatwiej. Ale nie to jest głównym problemem - jestem troszkę chora, żołądek wariuję - chciałabym być teraz w łożku. Jest w końcu szósta rano. Mimo ogromnego zmęczenia cieszę się widokiem, który czasem wunurza się zza chmur. Nad Himalajami wstaje dzień. Gdzieś w oddali majaczą śnieżnobiałe szczyty, są zbyt daleko żeby tę delikatną biel sfotografować. Ale może przez to są jeszcze bardziej magiczne. To już Tybet, gdzieś tam jest Mount Kaliash, swięta góra Tybetańczyków. Ostatni, lekko zaśnieżony fragment grani - i już jestem. Na górze jest już trójka Polaków, chwilę przede mną weszli Przemek i Paweł. Jestem wzruszona. Weszłam na Stok Kangri, 6153 metry nad poziom morza.

Na grani Stok Kangri raze na jakiś czas zza chmur wyłaniały się nieziemskie widoki. Niestety wierzchołek pozostał w chmurach. Na szczycie czekamy ponad pół godziny. Los jednak nie okazał się łaskawy, a jest też dość zimno, ok. 10 stpni poniżej zera. Trochę smutno iśc ku dolinie, ale po licznych lekturach z cyklu literatury gorskiej wiem, że zejście może być bardziej niebezpieczne i za nami dopiero połowa sukcesu ;)

Po zejściu ze szczytu zmęczeni, ale szczęśliwi. Obalamy w trójkę piwko - co staje się moim najwyżej wypitym napojem alkoholowy. Przytulny śpiworek - w którym spędzam kolejny dzień z rzędu - robi się już trochę nudny. Jest czas, żeby przemyśleć parę "życiowych" spraw. Co na nizniach miało swoje konsekwencje ;)

Ostatnie chwile w Stok Kangri Base Camp. Dzień jest piękny. Widać w końcu śnieżnobiałe szczyty Karakorum. W górze są Przemek, który postanowił wyjść na szczyt drugi raz i Sebatian. Zazdroszczę, że zobaczą ze szczyty o wiele więcej niż my.
Choć smutno schodzić z gór z ulgą opuszczam sam obóz. Organizacja pozostawia wiele do życzenia. Ludzi jest dużo, kilkadziesiąt osób. Każda z agencji rozostawia swoje namioty, w tym kuchnie, gdzie chce. Gotuje się na śmierdzących butlach gazowych, palone są śmieci, których woń wieloktornie czujemy w obozie. Nie ma wyznaczonych miejsc na mycie siebie czy naczyć lub na pobór wody, skazani jesteśmy na wskazówki miejscowych (na szczęście nikt z nas się nie zatruł). Toelaty to latryny. Nie jest źle jak na taki obóz, jednak niestety wielu panów stosuje "standard New Dehli". Takie zderzenie - pięko gór i bałagan wprowadzany przez człowieka.

Po zejściu do Leh mamy czas na zapoznanie się z lokalną kulturą. I jedzenie.

Pomiędzy powrotem z gór a wylotem mamy dwa i pół dnia. Warto więc także coś zwiedzić. Siedmioosobową ekipą - czyli nasz komplet plus chłopaki poznane w bazie - udajemy się do klasztoru w Thiksey. Obiekt z XVI wieku jest ogromy i rzeczywiście robi nas duże wrażenie. Rzeźby, malowidła, wielka pozłacana statua, księgi - wszystkie możliwe oblicza buddyzmu. Jest salka z rozmaitymi bodhisattwami - czyli postaciami, które choć osiągnęły nirwanę postanowiły pozstać na ziemi, wiedzione współczuciem (compassion) dla innych istot. Rolą bodhisattw jest pomóc tym duszom w osiągnięciu oświecenia i wyzwoleniu z cierpień. Jak trudno pojąć tak odległy dla mnie świat.
Po zwiedzeniu rożnych zakamarków Thiksey mamy jeszcze chwilkę do przyjazdu naszej taxi, więc spaceujemy na zewnątrz klasztoru. Ja i Leszek chcemy koniecznie ustrzelić fajne fotki :) Na jednej z bram widzimy plakat z Dalajlamą - był tu, zaledwie miesiąc przed naszym podbytem. I z tego co wiem, bywa w Ladaku dość często, nauczjąc w okolicznyh klasztorach. Ku jego czci postawiono nawet kilka mniejszych i większych statutek buddy :) Dobrze, że jest choć niewielki fragment Tybetu, gdzie wolno mu wjechać. Dobrze, choć niewielki fragment Tybetu nie został zniszczony.
Obok popularnego wśród turystów klasztoru toczy się normalne życie. Z pobliskiej szkoły krzyczą do nas dzieciaki. Robotnicy w ziemi kopią chyba coś związanego z irygacją. My tutaj obcy, tak bardzo nic nie rozumiejący.
Później w księgarni chciałam kupić jakąś książkę na powrót do domu, długi dzień w samolotach i na lotniskach. Było sporo książek o górach - głównie o Himalajach, ale tych nepalskich. Było trochę o Tybecie, trochę o Dalajlamie. Ale o Ladkhu tylko przewodniki. Z trudnem znalazłam jedną jedyną pozycję - Ladakh. Crossrads of High Asia autorstwa Janet Rizivi z 1996 roku. Szkoda, bo ten ciekawy, wielokulturowy region wydaje mi się znacznie ciekawszy niż komercyjne ekspecyje na Munt Everest czy biografie himalaistów.

fot. Lesław Brzuska
Jeden z klasycznych zabytków Leh to stupa pokoju, ufundowana przez Japończyków (podobna, choć sporo mniejsza znajuje się nad Pokharą w Nepalu). Japoński budda nieco się różni od miejscowych figur.

Bardzo smutno opuszczać Himalaje. Z samolotu widzę, jak piękny i rozległy jest Ladakh. A ja widziałam dwie dolinki, kilka klasztorów. Mam nadzieję, że będę mogła jeszcze kiedyś tu wrócić...

W New Dehli mamy jeszcze pół dnia. Nie mamy siły na wielkie zwiedzanie, chodzimy tylko po okolicy. To miasto męczy. A rano ... już tylko takówka na lotnisko. Samolot - serniczek na lotnisku w Kijowie - samolot - i dom. I znów kolejne spełnione marzenie. I taka dziwna pustka, kiedy podróż się kończy.
Informacje o trekkingu Markha Valley: http://www.planetagor.pl/articles/entry/Ku-wysokiej-prze-czy-Trekking-Markha-Valley-w-Ladakhu
Informacje o Stok Kangri: http://www.planetagor.pl/articles/entry/Stok-Kangri-atwy-sze-ciotysi-cznik-
|
|