Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Members blog Paulina Anna Wojciechowska / Trekking / Spadkobierczynie Wandy Rutkiewicz na Zakaukaziu. Część trzecia: krajobraz tuszecki, między Mschetą a Erywaniem
Spadkobierczynie Wandy Rutkiewicz na Zakaukaziu. Część trzecia: krajobraz tuszecki, między Mschetą a Erywaniem
16 November, 201416 November, 2014 0 comments Trekking Trekking
blog_736.jpg

Przełęcz AbanoDroga z Kachetii do Omalo. Tuż za przełęczą Abano, gdzie zaczyna się Tszuetia stajemy na postój. Niestety zmuszone byłyśmy wynająć taxi za 200 lari żeby tu dostać - 70 kilometorowy odcinek pokonuje się w cztery-pięć godzin i nie jeździ tędy żaden transport publiczny. Na postoju tradycyjne menu - gruziński chleb, ser, owoce. Pyszne. Częstuemy naszego kierowcę. To młody chłopak, kiedy zaczna coś mówić o noclegu w namiocie gdybyśmy miały jeszcze jeden, albo pyta czy mam chłopaka nie przejmuje się - często się podobamy miejscowym. Niestety tym razem na kulturalnej rozmowie się nie skończyło, doszło do dość nieprzyjemnego incydentu, na szęście byłyśmy we trzy a pan jeden więc nieprzyjemnie było chwilę, potem pojechałyśmy dalej, choć piękna droga już w ogóle nie cieszyła. Pan nazwywa się Besiki Zuriashvili i jest z Telavi. 

 

W Zemo Omalo, rankiem następnego dnia, spełnia się nasze marzenie - uczetniczymy w lokalnym nabożeństwie, ze śpiewem w harmonii. Szkoda, że Olga już w kraju.

 

DartloDartlo, Tuszetia. Za naszych rodziców. Gdyby nie oni nie byłoby nas na świecie – znów ten popularny na Kaukazie i Zakaukaziu toast. Oczywiście pijemy też za wszystkich możliwych członków rodziny LaughingTym razem na szczęście w kieliszkach wino, więc da się to pić. Siedzimy z najprawdziwszą tuszetyjską rodziną przy najprawdziwszej rodzinnej uczcie z okazji święta Maryj (chyba Wniebowzięcie). Stół zastawiony jest najrozmaitszymi przysmakami. Wszyscy są dla nas bardzo mili i dbają o pełne talerze i kieliszki. Zostałyśmy tu zaproszone tak po prostu – bo przeszłyśmy zapytać się o miejsce na rozbicie namiotu i z którego można zabrać wodę. I jeszcze powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski na pytanie odkuda Wy. Nie doszłyśmy jeszcze do postawionych pod ścianą plecaków, kiedy pojawiło się zaproszenie Wink Ciekawe, że właśnie tu w Tuszetii, która jest najdzikszym z odwiedzonych przez nas miejsc, spotykaliśmy relatywnie najwięcej miejscowych mówiących po angielsku – może to dlatego, że zimą w całej krainie żyje zaledwie kilka rodzin, reszta przenosi się do niżej położonych miast. Tu po angielsku mówi córka gospodarza – Nadia. Z resztą mocno nas zawstydza bo zna jeszcze wiele innych języków, w tym perski. Dowiadujemy się, że rodzina mieszkała kiedyś w Czeczenii (stamtąd jest matka Nadii), to niedaleko bo jesteśmy już przy granicznym grzbiecie. Kiedy wybuchła wojna przenieśli się do Dagestanu, później do Gruzji. Z całej rodziny dziś przy stole siedzą tylko ojciec i córka, nie pytamy, gdzie mama, czy było więcej braci i sióstr. Dziwi nas tylko, że Nadia do swojego ojca mówi cały czas „mama” – ale potem się dowiadujemy, że po gruzińsku to znaczy „tata”. Oczywiście w rozmowie z pozostałymi członkami rodziny (już po rosyjsku – nam wszystkim idzie coraz lepiej) padają wątki polityczne i samolot z Kaczyńskim (większość Gruzinów wierzy, że to był zamach), pijemy niezliczoną ilość razy za polsko-gruzińską drużbę. Jeden z wujków stwierdza w pewnym momencie filozoficznie wy nie lubicie ruskich, my nie lubimy ruskich a porozumiewamy się po rosyjsku. Jak to na imprezie nie zabrakło też tańców. Pożegnanie też nie było najkrótsze – po naszym toaście na cześć wspaniałych gospodarzy. Oczywiście jesteśmy zaproszone też na śniadanie i strasznie żałujemy, że następnego dnia naprawdę musimy wstać wcześnie. Ojciec Nadii zapewnia nas że jesteśmy tu bezpieczne, że jakby się coś działo to oni tutaj są i nie pozwolą nam zrobić krzywdy. Jeszcze kiedy kilka tygodni później piszę te słowa uśmiecham się szeroko na wspomnienie tych ludzi i ciepła które nam ofiarowali – tak po prostu, za to, że jesteśmy.

 

Podchodzimy pod Przełęcz Nakaicho (2903 m.n.p.m.) – różnica poziomów ponad 1000 metrów, mimo wysokości jest gorąco, mamy ciężkie plecaki – innymi słowy, pełna sielanka. Postoje robimy co pół godziny, zamiast co godzinę. Całe szczęście po drodze jest kilka małych strumyczków, z których możemy nabierać wodę do butelek i nawilżać nasze nakrycia głowy, coby troszkę schłodzić procesor główny. Na którymś z postojów, wyjmuje ostatnią paczkę żelek z Polski, zachomikowaną na kryzys. To chyba dobry moment. Żelki są zajebiste. Oszukuje siebie, że żelatyna to pomoże na stawy przeciążone ciężarem i stromizną stoku. Oszukuję siebie, że będzie się szło lepiej. Nie wiem jeszcze, że prawdziwy kryzys nastąpi za chwilę – gdy przez nieco błędne informacje, które otrzymałyśmy na dole idziemy nie na tą przełęcz co trzeba, ścieżką która najpierw jest niepewna, a potem w ogóle jej nie ma. Więc ze sporym ciężarem na plecach na rympał po stromym stoku, po rododendronach, trawkach i skałkach, na których noga w ogóle się nie trzyma. Sielnka.

 

liofy

Wody mało więc jemy 2 liofy na trzy osoby.

 

przełęcz Nakaicho

Nasza trójka na przełęczy 



Jesteśmy na przełęczy. Cudny widok na niekończące się morze zielonych grzbietów gór. Szerokie siodło przełęczy to dobre miejsce na nocleg, znajdujemy nawet skałki które chronią nas od wiatru. Pierwotny plan zakładał zejście na noc do Verchovani, ale most który jak się okazało jest dopiero w Parsmie (o tym pan z parku narodowego z Omalo nie uprzedził kiedy polecał nam szlak…) i potem zgubiona ścieżka pokrzyżowały nam plany. Decydujemy się, że lepiej nocować niż schodzić częściowo po ciemku nieznanym terenem. Przeszkadza nam trochę brak wody – mamy 1,5l przyniesione w butelkach – starczyło tylko na liofa i herbatę na rano. Miejsce jest piękne – oddalone od cywilizacji jak na prawdziwym górskim wyjeździe być powinno. Kładziemy się tuż po zmroku, zmuszamy się do rozmowy żeby nie zasnąć za wcześnie. Lekki niepokój żeby pogoda się nie popsuła, bo wtedy zejście może być mega trudne.

 

Tuszetia

Na początku zejscia było jeszcze coś co przypominało nieco ścieżkę

 

Tuszetia

Tuszetia

 

Oczywiście w zejściu do Verchovani też sielanka – tu ścieżka istnieje tylko na mapie, w rzeczywistości kończy się może 100 metrów poniżej przełęczy. Oczywiście stok nadal jest stromy, jedyne pocieszenie, że tym razem nie ma rododendronów. Mamy nadzieję, że nasz „przydział na przygody” wyczerpie się kiedy do Gosi podbiegł byk i wyglądał jakby miał ochotę wziąć ją na rogi (pomarańczowy pokrowiec…). Szybko okazuje się, że byłoby to za mało, więc za jakiś czas rozlegają się grzmoty. Najpierw nieśmiałe i niezbyt częste, ale potem burza przyszła dość szybko. Na szczęście jesteśmy już dość nisko, więc nie jest jakoś bardzo niebezpiecznie. Za niewielką skałką zakładamy kurtki i pokrowce na plecaki. I wtedy moja torba z aparatem oraz pieniędzmi i dokumentami, ustawiona niedokładnie na stromej półeczce – elegancko leci w dół, nie była dobrze dopięta więc oczywiście w miarę spadania wylatują z niej różne rzeczy. Jestem bliska załamania, prawie zaczęłam płakać, przestraszona, że ich nie znajdę. W deszczu i grzmotach schodzą w dół po bardzo nachylonym stoku i zbieram „fanty”. To jeden z gorszych momentów na wyjeździe. Na szczęście torba zatrzymała się kiladziesiąt metrów niżej na stoku, a wszystkie rzeczy udało się dość szybko znaleźć. Na szczęście nic nie doznało trwałych uszkodzeń. A i deszcz i grzmoty dość szybko sobie poszły. Żeby tylko nogi tak nie bolały na tym stromym stoku...

 

Tuszetia

Miejsce jest naprawdę przepięknę i tak daleko od wszystkiego - tylko brak ścieżki i piękący bół stóp nieco to piękno przyśmiewają

 

Verchovani

droga do Omalo

Droga z Verchovani do Omalo jest bardzo ładna, jednak liczy aż 30 kilometrów (to jedna z rzeczy, której nie powiedział pan w informacji turystycznej polecjąc nam tę trasę). Na szczęście udało się pojechać częśc tej trasy "na stopa" 

 

droga do Omalo

 

Zemo Omalo

centrum Zemo Omalo, stolicy Tuszetii

 

Zjeżdzamy już z Tuszetii. Nasz kierowca zauważa z dawna oczekiwany drogowskaz. Skręcamy na gorące źródła. Na tym wyjeździe już drugi raz spotyka nas luksus w postaci ciepłej wody! Mamy dla siebie jedną niewielką wannę. Nasi kierowcy i wybawciele – symaptycznie Amerykanie, którzy zwożą nas z Tuszetii za darmochę i jeszcze swoim cieszeniem się ze wszystkiego bardzo umilają nam czas – wchodzą do drugiej, w osobnym pomieszczeniu. Jest naprawdę super, gorąca woda, okno z widokiem na góry. Wreszcie beztrosko jak na wakacjach a nie tylko w górę lub w dół, albo jak gdzieś dojechać. Chwilo jesteś piękna trwaj! Przydałyby się jeszcze drinki z palemką, ale chyba nie serwująWinkJest tylko jeden szkopuł – srebrna biżuteria, którą mamy pokrywa się czarnym osadem, wygląda teraz jak naprawdę stare, rodowe srebra. Mamy w ekipie farmaceutkę, więc dowiaduje się, że po prostu wytrącił się siarczek srebra.

 

Tzsinadlali, Kachetia. Smakujemy kolejne słodkie, gruzińskie winko, całkiem niedawno rozlane do butelek. Oczywiście mówimy naszym gospodarzom, że „oczeń wkusnyje”. Właśnie kończymy zwiedzanie najprawdziwszej kachetyjskiej winnicy – takiej całkiem nowoczesnej z ogromnymi pojemnikami, w których wytwarzane jest wino. Obok pola winorośli, z widokiem na główny grzbiet Kaukazu. A trafiłyśmy tu całkiem przypadkowo, nasza gospodyni jest pracownicom tejże winnicy i po prostu, kiedy szła do pracy zabrała nas ze sobą a jej współpracownicy się nami zajęli – prowadzili, poczęstowali, obdarowali i odwieźli na „kwaterę”. Do naszej gospodyni też zresztą trafiłyśmy przypadkowo. Namiot miałyśmy rozbić pod muzeum Czaczawadzego (XIX wiecznego działacza niepodległościowego i pisarza), ale idąc na miasto do sklepu postanowiłyśmy spytać siedzące na ławce kobiety, czy gdzieś nie da się wynająć pokoju. I jedna z pań zaprosiła na tani nocleg do siebie. I  tak bez wysiłku udało się zwiedzić niekomercyjnie zobaczyć prawdziwy kachetyjski zwykły dom rodzinny i zwiedzić prawdziwą winnicę. I jak tu nie kochać Gruzinów!

 

 

Gosia w pałacu w Tzinandali. 

 

Tzinandali

Maleńkie palmy w Tzindandali, na terenie pałacu-muzeum gruzińskiego XIX-wiecznego działacza niepodległościowego Czaczawadze

 

Tbilisi

Tbilisi zwiedzane pośpiesznie nocą 

 

Jedziemy marszrutką z Tbilisi do Erywania. Dziewczyny śpią. Ja za oknem widzę wielką wodę. Myślę sobie, że morze to jezioro Sewan - nie zmieściło się w grafiku naszej podróży, więc cieszę się, że choć przez chwilę udało się je zobaczyć. Następnym razem. I mam nadzieję, że ten następny raz nie każe na siebie długo czekać.

 

błętkiny meczet

Błękitny Meczet w Erywaniu 

 

Erywań. Spacerujemy między najważniejszymi zabytkami. Jesteśmy już w centrum, gdzieś między Operą i Kaskadami – po drodze zaglądamy do niewielkiego, zabytkowego kościółka. W centrum ikona Matki Bożej. Uderza mnie kontrast pomiędzy Jej (i Jej Syna) zwyczajnym, ludzkim, łagodnym obliczem – a złotem którym obraz i ołtarz są przyozdobione. (to maultuki kościółek więc zdobienia skromne - przy większości "najświętszych" obrazów zdobień jest kilkanaście razy więcej, czasem ciężko zobaczyć sam obraz...) Bóg, który zastkościółek w Erywaniuąpił z nieba by stać się człowiekiem, blisko nas, naszych najzwyklejszych codziennych spraw. Przez nas samych wywyższony, ozłocony … i odsunięty od naszej codzienności. Łatwiej uczynić Go wspaniałym, pozłacanym symbolem , łatwiej przebłagiwać materialnymi ofiarami – niż tak po prostu przyjąć że Jest i postępować "pobożnie" nie tylko tam, gdzie sacrum, lecz także gdzie profanum. W naszym realnym życiu, nie w najpiękniej przyozdobionym kościele. I przypomina mi się kolęda Nie było miejsca dla Ciebie.

 

Lubię ormiańskie i gruzińskie świątynie – często pogrążone w ciemności,oświetlanej jedynie blaskiem modlitwenych świec. Duchowość Wschodu, choć zasadniczo mało mi znana, niesie w sobie tę cząstkę Tajemnicy, którą na racjonalnym Zachodzie utraciliśmy. Ta inność sprawia także że ja modlę się nieco inaczej, dotykając tej części mojej duchowości, z którą sama ma rzadko kontakt. W tym zakresie podróż także wzbogaca.

 

W środku nocy taksówka na lotnisko, odprawy, ostatnie wydatki w strefie wolnocłowej - i z żalem wracamy do Polski. Po tej podróży oczywiście kilka kolejnyc marzeń z cyklu "co by tu załoić w okolicy"...

 

Kaskada

 

 

Comments
  • There are no comments yet
Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl