Members blog Robert Smyka
Wstajemy bardzo wcześnie. Tuż po wschodzie słońca. Po śniadaniu możemy od razu ruszyć w trasę gdyż wczoraj wszystko nam porządnie wyschło na kaloryferach. Jeszcze tylko wstępuję do cerkwi, aby zostawić datki za nasz nocleg w koszyku. Datki w koszyku- nie nocleg. Uznaliśmy, że po 20 lei będzie dobrze. W dole rozpościerają się mgły, ale góry wkoło pozwalają się podziwiać podczas wędrówki na Lucaciu.
Podejście łagodne, choć dość długie. Jak to bywa przy
takich stokach oczekujemy, że szczyt jest tuż, tuż. Jeszcze po drodze mijamy
tablicę wskazującą bardzo bliskie źródło. Tym razem mamy sporo zapasów wody i
nie korzystamy. Wreszcie docieramy na dość połogi, lecz upstrzony skałkami
grzbiet. Te skałki wulkanicznego pochodzenia to główna miejscowa atrakcja.
Widzimy już najciekawsza ich grupę zwaną Doisprezece Apostoli- Dwunastu
Apostołów.
Rzucamy pożegnalne spojrzenie na spoczywający w dole gościnny klasztor i wędrujemy do Apostołów. Wpierw nieco w dół między skałkami, potem lekko poniżej grzbietu. Do Apostołów docieramy około 8.00. Zabawiamy tu dłużej na fotosesje i lekki posiłek. Pogoda wymarzona- słonecznie i jeszcze nie za ciepło. Choć dość mocno wieje.
Zdobywamy te skałki, na które da się jakoś wdrapać. Kamila upodobała sobie zwłaszcza jedna taką- niestety nie do zdobycia...;)

Po pół godzinie ruszamy i wkrótce jesteśmy przy skrzyżowaniu szlaków czerwonego i niebieskiego. Powoli robi się gorąco- zwłaszcza rozgrzanej zdobywaniem ciekawej skałki Kamili.;) Około 10.00 kolejny popas, tym razem, aby pic i jeść. Jest tu rozległa dość polana przed szczytem Pietrele Rosii- widzimy szałasy i ...cud!- SĄ turyści! Widać, że podeszli sobie na krótki wypadzik z wioski w dolinie. Około 11.30 żegnamy szlak niebieskiego krzyżyka schodzący w prawo w dół do Dornisoary. Po krótkiej wędrówce grzbietem widzimy, że przed nami wznosi się dość solidna skała i szczyt Tamaului- 1862.

Zastanawiamy się, czy szlak pójdzie w górę i z której strony minie skałę. Mijamy nieco z prawej. Przed nami obejście Tamaului- poprzez świerki, jałowce kluczymy po wyraźnej ścieżce. Ten rejon gór jest jednak uczęszczany. Początkowo schodzimy dość nisko w lewo, aby powrócić potem niemal na grzbiet. Podobnie obchodzimy wyższego Maierisa. Dzień jest ciepły nadal słoneczny, choć już po południu. Wstępuje w nasze serca nadzieja, że mokre dni zostały za nami. Niestety cumulusy poczynają rosnąć w górę. Przeszliśmy już naprawdę kawał drogi- Pietros niemal na wyciągnięcie ręki czeka na zdobywców...
Szlak ponownie zmierza na grzbiet i wijąc się między skałkami prowadzi nas wreszcie na przełęcz nad doliną gdzie mamy planowany biwak. Jeszcze tylko dość strome zejście i... pojawiły się problemy nawigacyjne- na mapie parku w necie oficjalny biwak jest za jeszcze jednym grzbiecikiem. Wygląda to jednak podejrzanie- Robert decyduje tu zostać. Dobrze, bo okazało się, że to jednak ma być tu- jest polana na lekko spadającym dnie doliny- Poiana Florilor- czy jakoś tak. Akurat ta nazwa mi umknęła. Wiadomo, o co chodzi- Kwiecista Polana. Nie ma jeszcze 16 gdy biwak niemal zbudowany. Wykorzystujemy słońce i wodę ze strumienia, aby co nieco wyprać. Potem robimy ciepły posiłek- wreszcie! Niestety podczas obżarstwa przypomina o sobie deszcz... Kończymy posiłek w namiotach i dość wcześnie udajemy się na spoczynek. Przez całą noc, co pewien czas pada- o ile mi się to nie śniło

Zbliżaliśmy się do białych zabudowań klasztoru, mijając po drodze ekologiczne inwestycje: wiatrak z prądnicą i jakieś wodne systemy- studnie, oczyszczalnie? Tuż poniżej klasztoru mieliśmy nadzieje znaleźć płaski, równy teren. Niestety- wszędzie zalegały spore kamienie i głazy. Wreszcie uznaliśmy, że pośród drzew będzie dobrze. Wróciliśmy po nasze sprzęty, rozpoczęliśmy zakładanie obozu i... deszcz! Schroniliśmy się w cerkwi. Gdy ponownie wyjrzało słońce ujrzeliśmy wracającego skądś zakonnika. Robert poprosił go o wodę, a on- ku naszemu zaskoczeniu- nie wskazał ani źródełka ani kranu, lecz zaprowadził do magazynu i wręczył cały sześciopak „apa minerale". Robert poszedł za ciosem i... po krótkiej rozmowie jesteśmy prowadzenie na "salony". Tak! Tę noc spędzimy pod dachem, w luksusowych celach zakonników, a nie na kamiennej łące! W dodatku DARMO!

Po pokazaniu nam pokojów zakonnik prowadzi nas do jadalni i kuchni. Wskazuje na pokarmy i zachęca, aby jeść co tylko tu widzimy. Jeszcze nie czas na kolację- wracamy po nasze „klamoty". Mokre śpiwory rozwieszamy na słońcu, brudne i mokre buty stawiamy na schodach. Zagospodarowujemy pokoje. Ja z Robertem w jednym i Kamila w drugim.
Wreszcie zgłodniali robimy kolację korzystając głownie z naszych zapasów. Wiadomo- co nie zjemy musimy dźwigać. Niemniej nieco chleba i sera klasztornego w naszych brzuszkach wylądowało. Widok gazowych maszynek na stole mógł nieco zadziwić zaglądających do jadalni co pewien czas mnichów, ale nie było tego po nich widać.
Gdy już pozmywaliśmy dał się słyszeć stukot kołatki. Zapewne jakoweś wieczorne nabożeństwo- idziemy! Ukołysani modlitwo-śpiewem( Dumnezeu...sfinti...slava Si...czy mi się zdaje czy coś rozumiem?) niemal zasypiamy...
Wtem- szum, huk! Cóż to?! Po chwili rozumiem- blaszany dach cerkwi wzmacnia uderzenia deszczu i odgłosy grzmotów. Burza wróciła... Nasze śpiworki! Każdy górski wędrowiec wie czym jest mokry śpiwór... Gdy deszcz zelżał, nie czekając na koniec długiego dość nabożeństwa, wychodzimy. Cud! Śpiwory są suche! Wiatr niósł krople w odpowiednim kierunku.
Powoli się zmierzcha. Czas na pranie i kąpiel. Jest co prawda środek lata, ale włączono dla nas kaloryferki! Suszymy co tylko możemy. Korytarz wygląda niezbyt klasztornie. ;) Nie będziemy musieli jutro rano oczekiwać, aż słonko wysuszy nam ubrania co oznacza wczesne rozpoczęcie dalszej wędrówki. Pietrosul czeka!
Kelimeny 2011
Dzień 4 Po zwinięciu obozu ruszamy w górę wzdłuż wyciągu orczykowego. Tam znajdujemy poszukiwany szlak niebieskiego trójkąta. Od radiostacji wędrujemy niemal płasko lasem. Droga prowadzi omijając szczyty. Za Saua Zaurele szlak biegnie inaczej niż na mapie.

Gdzieś tam, na stoku w gęstym lesie dopada nas burza. Gdy stoimy pod drzewami nagle błysło! Huk aż nas ogłuszył. Widziałem błyskawicę 20 metrów od nas... Przestraszeni zbiegliśmy nieco niżej, zostawiając plecaki. Byliśmy w szoku. Ochłonęliśmy po kilku minutach. Tak blisko...mało brakowało! Zmoknięci myślimy już tylko o miejscu na dobry nocleg. Ładne płaskie miejsce czeka na nas na Polanie Spanzului. Pokonujemy drewniane ogrodzenie i zakładamy biwak.

Dzień piąty
Budzi nas poranne słońce, co cieszy albowiem mokre ubrania czekają na suszenie. Rozwieszamy gdzie się da. Cóż- dziś wcześnie nie ruszymy- wpierw musi wyschnąć.

Pasterz wskazał nam źródło, toteż skorzystaliśmy z porannego mycia i nabraliśmy wodę na śniadanie i drogę.

Ruszamy koło południa obawiając się burzy za 2-3 godziny. Czekał nas trudny odcinek- żadne przepaście, skały czy stromizny- płasko jak w Beskidach. Problemem był szlak biegnący inaczej niż na mapie, ginący na licznych wyrębach. W rejonie Buza Serbii biegł nie prosto w górę na grzbiet- jak jest na mapie Dimapu- lecz wkoło w prawo na Buza Serbii, aby stamtąd już iść prościutko grzbietem. Tu wreszcie pokonaliśmy „beskidzkie" wysokości - 1600m n.p.m. -to już coś.

Ku naszemu zadowoleniu burza się dziś spóźniała. W rejonie przełęczy przed Cerbulem planowaliśmy odpoczynek i..obiadek! J Gdy tam doszliśmy zbierały się potężne chmury i silnie wiało od wschodu. Schroniliśmy się pod porządna wiatą, aby nieco się posilić. Potem zostawiwszy plecaki udaliśmy się poszukiwaniu dogodniejszego miejsca na biwak poniżej grzbietu. Nawet się nie spodziewaliśmy jak suche, ciepłe i wygodne miejsce na „biwak" na nas czeka...
Dzień1. Częstochowa- Katowice- auto Katowice- Przemyśl pociąg TLK- 44 zł. piątek/sobota
Dzień 2. Przemyśl -Lwów- autobus 20 zł -niemal 5 godzin jazdy :) -granica!!
bus Lwów- Sołotwina około 17 - 24- cena około 100 hr.
Dzień 3. granica Słotwina- Syhot Marmaroski- ucieka nam pociąg i śpimy nad rzeką,
11.00 bus do Iacobeni 30 lei ( naprawdę staje na krzyżówce 2 km przed miastem)
około 14 pociąg do Vatra Dornei 2,80 lei 15 minut jazdy :)
tu zwiedzanie, picie i jedzenie i szukanie noclegu... był nad parkiem obok wyciągu narciarskiego -ładna prawie płaska łączka na stoku:)
Dzień 4 Zaczynamy wędrówkę górską
Zapach zapachem, ale jakie widoki...przed oczyma jawi się nam ruina zamku Draculi...-Co?! Gościu coś łyknął i ma majaki?! Dracula w Waradynie? Toż to Kriszana a nie Transylwania- Tak macie rację. Gdybyście jednak wtedy zobaczyli to co my. "Gara in lucru" -dworzec kolejowy w remoncie- płoty, druty, brak przejścia, odpadający tynk... Nastrój grozy ;) Gdzieś z boku przycupnęła zastępcza kasa i tablica z rozkładami. Pociąg do Timisoary jest nam po drodze. Czas do jego odjazdu wypełniamy wymianą waluty w kantorze po drugiej stronie ulicy nieco w prawo. Potem obiadek w barze samoobsługowym- wtedy tanim- naprzeciw dworca. Uzupełniamy zapasy wody mineralnej( uff, ale upał!) i o 18. 40 opuszczamy miasto. Wkoło rozpościera się...Wielka Nizina Węgierska- płasko, nudno, żadnych upraw. Zasypiam, budzę się, ucinam drzemkę, patrzymy na mapę- daleko jeszcze do gór?!! Zapadam w senne marzenia o bezkresnych połoninach. Budzę się w Timisoarze. 21.05. Przesiadka. 22.05- accelarat( pospieszny) do Bukaresztu przez Caransebes, Drobeta-Turnu-Severin. Miejsca rezerwowane, ale nasze już ktoś zajął. Siadamy gdzie wolne. Po godzinie wchodzą ci, którym my zajęliśmy...Usiedli naprzeciw. Podróż nam się dłużyła. Wiemy, że wkoło są góry, lecz nic nie widać. Słyszymy w oddali za nami odgłosy burzy. Ostatnią godzinę spędzamy na obserwowaniu każdej stacji porównując nazwy z mapą. Pociąg się spóźnia. W każdej chwili może być nasze Baile. Przygotowani w korytarzu do wyjścia niecierpliwie wyglądamy. Wreszcie pociąg po raz kolejny zwalnia, jakaś stacyjka... Baile Herculane. To tu -wychodzimy! Uff! 1.50- koniec męki. Wahamy się czy iść po nocy. Po chwili burza rozstrzygnęła za nas- rozkładamy się na dworcowych ławkach. Tak zastał nas świt. Po posiłku ruszamy w głąb doliny Cernei.
Dalszy ciag tu: http://robertsmyka.pl/wypadyiwyrypy/z-baile-herculane-na-grzbiet-cernei/
Pewnego upalnego dnia, kilka lat temu, amerykańska turystka utknęła- podobnie jak my-na tej przygranicznej stacyjce. Do Oradei było tak blisko. Co dalej? Po krótkiej "rozmowie" z kasjerką kupiła bilet do tego pierwszego większego miasta w Rumuni. Biharkeresztes- Oradea- widniało na- dość drogim- bilecie jak byk. Na peronie zebrało się kilka Węgierek w oczekiwaniu na jakiś pociąg. Na ten "rumuński" było jeszcze nieco czasu. Amerykanka przekonana, że to towarzyszki podróży do Oradei. Zagadnęła je: Oradea? W odpowiedzi usłyszała: Nagyvarad. Węgierki jadą jednak gdzie indziej. Kilka minut przed planowym odjazdem pociąg wtacza się na peron. Podróżniczka z Nowego Świata rusza ku niemu, ale widzi, że peronowe towarzyszki czynią to samo! Zaskoczona powtarza do nich: Oradea? Ale one kiwają przecząco głowami. Ponownie słyszy: Nagyvarad! Zbita z tropu postanawia poczekać na właściwy pociąg... Po pól godzinie daremnego czekania pojawia się przy kasie wprawiając kasjerkę w zdumienie. Nie mam pojęcia jak się dogadały, albowiem- wierzcie mi- Węgierka nie zna żadnego obcego języka. Niemniej do pechowej globtroterki dotarło: to był tamten pociąg! Jechał do Oradei, czyli Nagyvarad. Takie przygody czekają nieznających geografii i historii Europy Środkowej podróżników. Przy okazji uwaga dla Polaków: polska nazwa tego miasta brzmi: Waradyn! Proszę sprawdzić na dawnych polskich mapach.
Nam też przyszło się zmierzyć z problemami komunikacyjnymi tego miejsca.
Problem 1: bilety drogie 2: o tej porze i tak nie ma pociągu 3: pieszo do granicy- daleko- ponad 15 km
Dyskutujemy, myślimy, liczymy pieniądze, sprawdzamy rozkłady, oglądamy mapy i..jakoś stoimy w miejscu. Gdy z kolegą wyszliśmy przed stacje podjeżdża taksówka- podejmujemy szybka decyzję. Po chwili za 30 euro pędzimy do...Waradynu! Ponad 30 km przez granicę w czterech.. Cena nie była wygórowana, ale nie wszyscy z nas podzielali to zdanie. Fakt- nie targowaliśmy się- może by się udało obniżyć. A tak wypadło około 30 złotych na łebka. Przed granica kierowca zdejmuje koguta. Kontrola dość pobieżna Mijamy rozległe przemysłowe przedmieścia miasta, potem jakimiś opłotkami dojeżdżamy pod sam dworzec. Jest słonecznie, gorąco o 16.25 czasu wschodnioeuropejskiego. Rumunia: kraj- legenda. Czujemy zapach przygody... nowy wpis tu
Spokojnie rozglądamy się wokół. Jest! Po drugiej stronie
ulicy wielce obiecujący napis: Hajduszoboszlo Autobuszallomas! Autobus! Jest
czym jechać dalej! I...pojechaliśmy, ale nie tak daleko jak chcieliśmy. Nic
stąd nie jeździ do Waradynu( Oradei) w Rumuni. Znaczy jeździć to i jeździ, ale
nie w soboty... Wpadamy na pomysł sprawdzenia możliwości jazdy z większego
miasta czyli Debreczyna. Co prawda nieco się cofniemy na północny-wschód, ale
to nie problem. Jest autobus to jedziemy. Na miejscu czekała nas piesza wyprawa( ;)) między busowym allomaszem a
allomaszem "kolei żelaznej"- jak to się drzewiej w Polsce
nazywało. Po długich medytacjach nad mapami i rozkładami jazdy dochodzimy do
wniosku, że inne przejścia graniczne nie wchodzą w grę poza Biharkeresztes. Tym sposobem- jak widać na mapie- przyszło nam ponownie
pohajduszoboszlować. Przejeżdżamy pociągiem przez to miasto-kurort. Przesiadka
w Puspokladany. Ostry zakręt linii kolejowej w lewo, jak po ramionach trójkąta
sprawia, że ponownie mamy wrażenie cofania. Ale to tylko złudzenie-dość
ciekawym szynobusem zdążamy na wschód! Konduktor- jak na Węgra przystało- gada
tylko po ichniemu: "bajosz , rajosz, iszkuntarusz bus Berrety ujufulu,
Biharkeresztes"! -Tak! Tak- my do Bihar-cuś-tam. Zadowoleni z
"dialogu" niemal przysypiamy w popołudniowym upale. Płasko, nudno,
monotonnie, lepko, duszno, tak spokojnie , kołysząco i wygodnie... Budzi nas
ruch! Wszyscy wysiadają?! Ale to nie nasze Bihar... Sylabizujemy:
Be-re-ttyo-ujfalu... A! To te berety. Konduktor na nas macha- czas
wychodzić. Pokazuje dokąd iść - opuszczamy dworzec aby...tak, teraz do nas
dociera-wszak mówił "wyraźnie": BUS!:) Po półgodzinnej jeździe po asfalcie
wreszcie Biharkeresztes Vasutallomas!
:) Nasze "kultowe" miejsce. Jego sława sięga poza Europę. A to za
sprawą pewnej podróżującej samotnie po Starym Kontynencie Amerykanki... tu jest nowy wpis :)
Tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Ale zanim będę
kontynuował mała uwaga: po sprawdzeniu danych w cudownie odnalezionym notatniku
z "tamtych lat" ;) prostuję, iż wyjechaliśmy z Krakowa o 23 czyli
pełną nocą a nie nad ranem. W autokarze szybko dopadło nas zmęczenie i
zasnęliśmy. Autokarowy sen w nocnej podróży przez granice- kto jechał ten
wie... Jako, że był to czas przed Schengen, pierwsza pobudka na granicy
słowackiej. Ponownie "sen-nie sen" i granica węgierska. Wokół niemal
płasko- Wielka Nizina Węgierska. Nieco wcześniej opuściliśmy Karpaty,
które są celem naszej wyprawy... Tę geograficzną zagadkę wyjaśnia spojrzenie na mapę- łuk
karpacki jest mocno wygięty ku wschodowi. Aby skrócić trasę poruszamy się po
cięciwie. Wraz ze wznoszącym się słońcem na kolejnych, krótkich postojach
czujemy narastający żar. Przez Miszkolc dojeżdżamy wreszcie do
Hajduszoboszlo około 10.30 w sobotę dnia 29 lipca roku 2006. I tu dopada nas
pierwszy problem komunikacyjny- jak podróżować dalej? moja strona < tu moje nowe posty są tydzień wcześniej :) Zajrzyj! :)
Żaden z nas w Krakowie nie mieszka. To nasz punkt startu do wspólnej podróży. Wcześniej musieliśmy się dostać do CK stołecznego miasta: ja z Częstochowy, Robert z Międzychodu, a Cichy i Tomek z Wrocławia. Jak widać miałem najbliżej. Po krótkiej nocnej podróży pociągiem pojawiłem się w dawnej stolicy pierwszy. Pociąg z Poznania przez Wrocław miał być dopiero za godzinę. Sporo czasu- akurat na nocny spacerek po okolicach rynku- Cracow by night!
Wracając na dworzec słyszę końcówkę komunikatu:"...aw, Katowice jest opóźniony około 50 minut" . Coś koło tego- mniejsza z tym ile. Ważne, że 10 minut później odjeżdża nasz autokar do ...Hajduszoboszlo. Zaraz, zaraz- powiecie- jakie Hajduszoboszlo! Na moczenie starych kości w cieplutkiej wodzie się wybieracie? Do wód się szanownym panom zachciało?! Mieliście jechać w góry, w dzicz! To ma być WYRYPA, a nie jakieś wodotryski, natryski czy wy... Nie będziemy tego czytać! Chcemy o wilkach, niedźwiedziach i psach pasterskich! Spokojnie- macie rację. To Hajdu ...to tylko konieczny przystanek.
Spóźnienie pociągu, które- jak wiadomo- może się „zwiększyć lub zmniejszyć" niespodzianie uległo...zwiększeniu. Przeżywam chwilę „miejskiej grozy"- tak dopadła mnie „przygoda". Nie wilki, nie psy pasterskie, nie strome, śliskie skalne ściany, lecz "zwykłe" spóźnienie pociągu podniosło mój poziom adrenaliny. Nie, to stanowczo nie to co „tygrysy lubią najbardziej".
Okazało się ku memu zaskoczeniu, że pociąg przyjechał jednak ...wcześniej! Nie! Nie wcześniej niż „rozkładowo", ale wcześniej niż przewidziane było wg „planu opóźnienia". Koledzy wreszcie dotarli! Po powitaniu udajemy się tuż obok na Dworzec Regionalny autobusowy, by autokarem późną nocą czy wczesnym rankiem( jak kto woli) kontynuować podróż całą grupą. Zdecydowanie poczułem się raźniej!
Gdy siadam i rozglądam się -nastrój pryska. Drzwi zamknięte i zastawione
ławkami, marne krzesła. Na nich rozłożyli się zupełnie współcześni
obywatele Rumuni- kraju na 5 miesięcy przed wejściem do Unii
Europejskiej. Zmęczenie podróżą widoczne jest u wszystkich. Właśnie to i
pora dnia- głęboka noc- sprawiło, że nie tylko ja przysnąłem. Na
krzesłach, na podłodze, na ławce- siedząc, leżąc i półleżąc drzemią,
śpią, odpoczywają. Atmosfera niemal narkotycznego luzu wypełnia
przestrzeń. Jedni oczekują na pociąg, inni na autobus. Prawdopodobnie
tylko my nie czekamy już na żaden mechaniczny rodzaj transportu. Od dziś
liczymy na własne nogi. Mamy dość kolei, autokarów i taksówek. Za nami
24 godziny „cywilizowanej" podróży napędzanej przetworzoną energią
produktów ropy naftowej lub spalania węgla. Razem wyruszyliśmy z
Krakowa poprzedniej nocy... moja strona