Members blog Bożena Z.
Albo solo albo wcale – taki miałam wybór. Miało być towarzystwo, ale komuś coś wypadło, ktoś inny obawia się czy to bezpiecznie na Ukrainę obecnie.
Póki jeszcze czas urlopu zdecydowałam się na solo w niedzielę wieczór. Zakupiłam bilety do Krakowa, następny do Przemyśla, przez Medykę przejdę pieszo, a dalej jakoś to będzie. Cel podstawowy Howerla i Borżawa.
Środa 1.30 jestem w Krakowie. Przemyśl podjeżdża, ale Wrocław- Lwów już stoi.
Puszczam Przemyśl, wsiadam do Lwowa i o 5 rano jestem na przejściu granicznym Krakowiec. Kolejka 10 autokarów, nasz jedenasty. Optymistycznie licząc pół godziny na każdy – mamy 5 godzin stania na granicy. No i tyle staliśmy.
Koło południa jestem we Lwowie. Autobus do Iwanofrankowaska za kwadrans i jestem tam o 16tej. Autobus do Worochty już stoi, ale za szybko to wszystko się dzieje. Jak tak będę pędzić po drodze nic nie zobaczę. Następny o 17.25, o 18-tej, 18.25, 19-ta. Puszczam ten, który stoi, kupuję bilet na 17.25, idę na kawę, obiad i małe zwiedzanko.
O 17.25 niespodzianka – autobus nie pojedzie z powodu awarii, o 18-tej też nie pojechał, dopiero o 18.25 i jeszcze trzeba bilet przebookować. 300% normy jeśli idzie o stopień wypełnienia wnętrza pojazdu i o 21-szej jestem w Worochcie.
Gdzie spać?
Turbaza Ukraina – brak miejsc.
Już się ściemniło zupełnie.
Przydrożne dwa punkty, do których mnie odesłano – brak miejsc. Już kombinuję o rozbijaniu namiotu na terenie turbazy, ale trafiam na dwie spacerowiczki z dziećmi, które po wykonaniu kilku telefonów odprowadzają mnie do centrum, do Turbazy Howerla. Pokój (2 łóżka) z łazienką = 100UAH. Luksus za drobne.
Po upalnym, długaśnym i męczącym dniu korzystam z przyjemnością.
Czwartek rano, kursowym autobusem do przystanku Worochta Ardeluza, skrzyżowanie z drogą do Zroślaka. Skądinąd wiadomo, że z Worochty na ogół ludzie taksówką lub innym wynajmem do Zroślaka jeżdżą, ale w pojedynkę to nawet w hrywnach tanio nie będzie. Poza tym jest widno i dzień długi. Nawet jak mi przyjdzie piechotą drałować uznam to za rodzaj atrakcji w podróży. To tylko 10km, a może jakoś to będzie.
Na rzeczonym skrzyżowaniu wysiada kilka osób z plecakami, dwoje w klapkach i ja. Na Howerlę zmierzają te klapki, ale nie wiedzą jak i gdzie? Mam gps w ręku. Pasażer oczekujący na przystanku przykleja ich do mnie – ona znajet - i idziemy. Po 5 minutach ja łapię toyotę na STOP-a, oni nie wiem co dalej.
Dojeżdżamy do szlabanu – Worochta Zavoielia.

Kierowca musi zarejestrować przejazd samochodu. Płacimy po 20 UAH/os. za wstęp na teren Parku i jedziemy dalej. Asfalt się skończył. Toyota raczej z limuzyn niż terenówek. Parę razy haczyła o kamień podwoziem, że tylko zgrzyt żelaza, ale szczęśliwie dojechaliśmy. Zbliża się południe. Co w tej sytuacji robić? Siedzieć – za wcześnie. Iść coś konkretnego – za późno.
Będzie rekonesans na szczyt lub Jezioro Niesamowite i rozejrzeć się po otoczeniu.
Zaroślak to wielka Sport-Baza, a nie turbaza. Oficjalnie miejsc nie ma. Trwa obóz treningowy. Zabezpieczam sobie spanie na szczycie wieży obok, na terenie obiektu za 50 UAH.

Rozglądam po kilku budkach z pamiątkami i spożywczą drobnicą, zostawiam w depozycie uprzejmej pani portierce nadmiary z plecaka i idę na szczyt.
Szlaki niebieski i zielony. Ruch na obu duży.
Powyżej Małej Howerli zanosi się na burzę. Przed szczytem zaczyna padać i grzmi. Rodzą się moje wątpliwości, ale nikt, dosłownie nikt nie rezygnuje. Na szczycie burza w najlepsze. Przy betonowej kolumnie zbita grupa zorganizowana, ze 20 dzieciaków. Nikt nawet nie myśli o sprowadzaniu ich niżej.
Jestem zszokowana. Przeczy to wszelkim regułom zachowania podczas burzy jakie z Tatr wyniosłam.
No i ponieważ oni się nie boją, ja też się nie boję i ze 40 min przeczekuję burzę.

Aż trudno uwierzyć, że to już Howrla.
Widoki jak to po burzy.


Zejść zamierzam zielonym szlakiem dla odmiany. Skręcam w kierunku przeciwnym do tego, z którego wchodziłam. Błąd. To był szlak żółto czerwony. Zeszłam już ze 100m niżej, muszę się cofnąć na szczyt. Teraz dokładnie sprawdzam gdzie idę – wchodzę w zielony. On też do Zroślaka, ale… są znaki niebieskie kierujące do sportbazy, a zielone nie kierują. Zaczynam wątpić i w końcu trawersuję na powrót na niebieski szlak.
Z biegu zaliczyłam sobie cel główny wyprawy. Co jutro? Jezioro Niesamowite.
Jak przejrzałam uważnie mapę – szlak na J. Niesamowite (7km) omija kawał grani, trzy wierzchołki. Przyjechałam tu dla połonin, tego mi szkoda.
Daruję sobie wobec tego Jego Niesamowitość, pójdę jutro przez Howerlę. Postanowione.
Tymczasem po powrocie spanie w wieży zamieniono mi na pokój z łazienką za 120UAH i bardzo mi to było na rękę.

Rano – jak pomyślałam tak zrobiłam, z tą różnicą, że na plechach 23kg. Mam 5 litrów wody, bo nie będzie jej na grani, a ma wystarczyć na 2 gorące dni.
Dziś na Howerli zdjęcia i widoki piękne.

Z pozoru bliski niemal majestatyczny Petros.

Na horyzoncie Pop Iwan rozpoznawalny ruinami obserwatorium meteo. Tam idę.

No i moja fotka szczytowa jak nalezy

Dziś na szczycie prócz ludzi stado owiec jest.
Spotykam staruszka tak koło siedemdziesiątki. Zamieniamy parę słów. Moja babuszka była z Polszy – mówi, z Krakowa. Takich ludzi z odległymi, ale polskimi korzeniami spotkałam jeszcze potem kilkoro.
Grań Czarnohory wspaniała. Idę dokładnie wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Zostały niemal wszystkie słupki graniczne w terenie. Reguła jest taka: słupek ma numer główny i numer podpunkt. Na wierzchołku kolejnego wzniesienia lub na dnie przełęczy jest nr bez podpunktu. Po tych słupkach rozpoznaję kolejne wierzchołki bo nie ma innych oznaczeń.

Kolejno wchodzę na Breskuł_1911m, Pożyżewską_1822, Dancyż_1855m, Turkuł_1933m. Stąd Jezioro Niesamowite ze 100m w dół. Kilkanaście namiotów, płoną ogniska, ludzie biwakują na luzie. Spoko można tam spać. Nie schodzę nad jezioro, ale decyzję o pójściu granią uznaję ze wszech miar za słuszną.

Widoki jak z bajki.
Połoniny niemal bez końca i wokół. Chmury się zbierają. Łaskawie przysłaniają trochę prażące słońce. Zbierze się burza, ale do 14-tej mam czas. Jakby co – przeczekam ją na grani. Na Ukrainie tak się robi.
Mijam nienazwany szczyt 1910m, odbijam troszkę z czerwonego szlaku trzymając się granicy i wchodzę na Rebrę_2001m. Po zejściu z tego wierzchołka na przełęczy jest znak kierujący na GutinTomnatyk_2016m. W dole widzę zagospodarowane namiotami Jezioro Brebeneskuł.
Jest już 16-ta. To ja sobie na luzie (plecak w trawy na pobocze) Gutin Tymnatyk robię i na nocleg schodzę nad rzeczone jezioro.

Chmury krążyły, krążyły ale w końcu nie zdecydowały się na deszcz. Udało mi się, burzy nie było.
Biwak – rewelacja! Zbiornik główny służy do kąpieli i pływania (ja nie korzystam). Woda do picia płynie 3 metry od mojego namiotu. Po co ja tyle dźwigałam cały dzień??? Żyć nie umierać. I tyle cudów z całego dnia pod powiekami. Skromne gotowanko (miejscowi gotują na ogniskach, ja mam gaz), myciu, zachód słońca nad Tomnatykiem i spanko jak u Pana Boga za piecem. Pop Iwan będzie jutro i tam też będzie gdzie spać jakby co.
Nazajutrz Brebenskuł_2035m. Szlak trawersuje go wyraźnie, ale skręcam na szczyt.
Trzeci dzień maszeruję wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Ludzi wokół jak okiem sięgnąć nie ma. Postanowiłam na chwilę przyłączyć Brebeneskuł do Macierzy :)

Potem Munczel_1998m, Dżembronia_1877m, szczyt_1851 i Pop Iwan_2028m z ruinami obserwatorium.

Z zewnątrz stan budynku solidny (ostatnio pokryto go nowym dachem), ale wnętrze w opłakanym stanie.

Długo rozmawiam z chłopakiem, który tam stacjonuje. Opowiada i o remoncie i o współpracy z Uniwersytetem Warszawskim w tym zakresie. Wymienia rok 2016, 2018 jako kolejne etapy finansowania i odtworzenia materii budynku. Z ogromną wiarą o tym mówi. Życzę mu by się spełniły te wszystkie plany, ale w duchu myślę sobie, że w naszym kraju… różnie to bywa z takimi obietnicami, projektami.
Jakoś same wątpliwości mi chodzą po głowie. Mam nadzieję, że Ci co z naszej strony zajmują się tą sprawą dotrzymają słowa i wywiążą się z podjętych zobowiązań. Chłopak objaśnia mi szczegółowo rozległą panoramę. Widzę Stoha, Pop Iwan Marmaroski, przebieg granicy ukraińsko rumuńskiej.


Na Popie Iwanie kawa własnym sumptem oczywiście. Zapraszam trójkę młodych ludzi z Kijowa. Poznaliśmy się wieczorem na biwaku. Dalej idziemy chwilę wspólnie żółtym szlakiem na Uchaty Kamień_1864m.
Z przełęczy Sedlo widać w dole kolejne jezioro z namiotami. Przy nim są ponoć ruiny starego, polskiego schroniska turystycznego, ale ich nie identyfikuję z daleka.
Moi nowi znajomi z Uchatego Kamienia schodzą na Połoninę Smotrycz. Ja chcę jeszcze wejść na szczyt Smotrycz_1898m więc tu się rozstajemy.
Oni w dół, ja w prawo granią, niebieskim. Na Smotryczu chwila przerwy. To ostatni wysoki punkt dzisiejszego dnia. Napatrzyć się jeszcze, napatrzyć.
Zejście strome, ścieżka wąziutka, ale spoko. Tu ludzi już nie ma. Szlak niebieski oznakowany bdb. Na Połoninę Smotrycz schodzę o godzinie 17-tej. Spotykam znów Julię, Romka i Wasię. Zapraszają mnie na wspólny biwak, ale ja już zdecydowałam wrócić dziś jakoś do Worochty, by jutro móc zacząć kolejną trasę.
Do Dżembronii zeszłam ok. 19.30
Autobusu już nie będzie. Stoi kilkanaście samochodów, ale to mogą być Ci co biwakują nad jeziorami. Wydostać się stąd będzie ciężko, ale jakoś to będzie.
Na razie uzupełniam płyny na drogę i ruszam z buta. Nie do końca zdawałam sobie sprawę na jaką trasę się porywam. Po półgodzinie zatrzymuję autobus z wycieczką. Do Ilczi. Zawsze to bliżej. Ze 20 km jedziemy doliną rzek najpierw Dżembronii, a potem Czarnego Czeremoszu.
Na drodze nie ma asfaltu, ale to droga.
W Ilczi jestem o 21.
Autobusu niet, stopa niet, taksi niet, hotel niet albo za 3 km i nie wiadomo czy mnie przyjmie.
Jestem sama, ściemniło się, ktoś mi się przygląda, mnie się to nie podoba.
Nie mogę tu tak stać.
Nic już się nie wydarzy, a w każdym razie nic dobrego. Idę na stację CPN. Jak tam niczego nie wymyślę to pozostaje mi nocleg w krzakach.
Na stacji kilka samochodów podjechało ale do Worochty nikt nie jedzie. To 30 km.
Wreszcie trafia się Andriej. Dogadaliśmy się co do Polszy i Zakopanego. On też nie może jechać bo jakieś interesy jeszcze ma do załatwienia, ale dzwoni dla mnie po taksówkę. Przynajmniej wie gdzie zadzwonić.
Taksi jest z Kołomyi, woła za kurs 300 UAH i… nie pojedzie.
- To ja Ci dam te 300 hrywien tylko mnie powiezi.
Andriej drapie się po głowie bo ma te swoje załatwienia, ale cena/oferta jest jak dla niego szokująco wysoka.
Tak wysoka, że go przekonuje i jedziemy.
Udało się! Tak mi się wydaje.
Ostra jazda bez trzymanki to był kurs i wcale nie ze względu na prędkość. Szybko się nie da bo to dziury z odrobiną asfaltu.
Wciąż jeszcze chyba przeżywa - taki intratny mu się trafił – i gada, i gada, i gada.
U nas takie drogi, ale jego żiguli rocznik ’72 da radę. Stareńki, pali 12/100 ale oryginał. Na małolitrażki on się nie decyduje. Ciemno, a on długich świateł nie włącza bo żiguli by nie wytrzymał chyba.
Mówię, że u nas nie wyjechałby na drogę tym samochodem bo po trzech kilometrach policja by go zgarnęła.
U nas wsio korupcja i separatysty (!). Z Donbasu prijechali (!). Milicja korupcja, wsio możesz.
Mnie ciarki po plecach przeszły na takie dictum.
Dziwi się, że sama jestem. Nie on pierwszy. Intuicja mi jednak podpowiada, że tym razem to nie jest imponujący atut. Kłamię jak z nut
, że sama to tylko dzisiaj, ale jadę do Worochty bo jutro tam przyjeżdżają moi przyjaciele i dalej idziemy razem. Może już tam są, jesli udało im się złapać polączenie.
Po drodze Andriej załatwia swoje interesy. Czeka na niego przy drodze – wypisz wymaluj separatysta – czarny, zarośnięty, broda do pasa. Dla mnie szok.
Andriej płaci, dostaje plastikową torebkę strunową z nieokreśloną zawartością. Sprawdza towar na węch, na dotyk, kręci głową. Nie chcę wiedzieć ani widzieć co to, ale zakładam, że nic dobrego i nie powinnam w tym brać udziału.
Potem jeszcze przystanek u Swiety przy hotelu.
On wychodzi, ja zostaję w nieoświetlonym samochodzie na poboczu.
- Padażdi minutku.
Strach siedzieć w takim aucie, więc chcę wysiąść. Nie ma klamki. Jakoś udaje mi się w drzwiach wymacać jej ułamek, wysiadam. Czekam obok. Jak coś w niego wjedzie to przynajmniej beze mnie.
Wraca ze Swietą. Teraz ona dostaje towar. Andriej takich torebek ma więcej. Niestety hotel pełny i nie da się zrezygnować z jazdy więc jedziemy.
- Tu nie ma po drodze żadnych miejscowości pytam? – bo wciąż tylko las.
- Niet. Tolko lis i zwieri. A Ty znajesz pociemu taksi nie chce jechać?
- No pociemu? - pytam.
- Bo jakby coś z maszynu, albo ktoś w lesie zatrzymał to nóż do gardła i po sprawie.
Nawet nie mogę zrezygnować z tej jazdy, no bo co zrobię? W lesie wysiądę? Mam już dosyć tych gadek, wesoło nie jest. Gościu próbuje być zabawny, ale mu to nie wychodzi. Nie tylko mnie nie bawi, ale straszy.
Jeszcze po drodze benzynu. Zatrzymuje się na poboczu w ciemnym lesie.
- Gdie ty benzynu tu najdiosz?
- Mam w bagażniku.
Faktycznie dolewa benzyny. Chyba benzyny. Podniósł maskę samochodu, która otwiera się w archaiczną stronę. Smród paliwa, ale czy aby dolać paliwa trzeba podnosić maskę silnika?
Kompletnie mi się to nie podoba. No, ale jedziemy dalej.
Próbuję zmieniać temat na siemiu, - ale rozwiedziony, nie ma o czym gadać.
Próbuję zmieniać temat na rabotu, ale to był chybiony pomysł, zaś korupcja i ciemne interesy wyłażą.
Na szczęście dojechaliśmy do Worochty. Zapłaciłam, wysiadłam z ulgą w centrum pod drzwiami turbazy Howerla. Wcale nie mam pewności, że będzie miejsce, ale byle już wysiąść. Jest 22.45.
Miejsce było. W pustym pokoju 4-os. bez łazienki 50 UAH.
Jutro jadę do Kwasów. Pójdę na Bliznicę. Pociąg mam 10.30
To był piękny dzień z nadzwyczajną atrakcją komunikacyjną na koniec. Znowu mi się udało niemniej jednak to była ryzykowna sytuacja.
3 dni w Czarnohorze minęły.
Niedziela
Najpierw dojazd Worochta-Kwasy.


Na szlaku jestem 12.30

Daleko nie dojdę bo niesamowity upał, ale wiem gdzie po drodze jest dobre miejsce do biwakowania w lesie. Albo jakby dalej się udało to pod Bliznicą Jezioro Ivor. Jak jest jezioro, na pewno będą tam biwakować ludzie.
To był najcięższy dzień w całej wyprawie. Gorąco spowalniało.
Idę czerwonym, dobrze oznakowanym szlakiem.
Po wyjściu z lasu, w "osiedlu" bacówek drogowskaz na Bliznicę 2km/55min.
Zajęło mi to 2 godziny! Tego jeszcze nie było. Temperatura nie wiem ile, ale przegrzanie osiąga apogeum gdy pot się leje strumieniami, a mnie łapią dreszcze jak w gorączce.
Udar jak nic.
Koniec wysiłku, siadam w lesie, aż słońce się trochę przechyli na horyzoncie. Mam wodę. Mogę spać na połoninie bez obawy.

Niebo sprzyjało mi jednak. W ciągu godziny pojawiły się chmury. Te trochę łagodziły upał i dawały cień od czasu do czasu. Mogę iść. Jest 15.40
Już na spoko, z założeniem, że tylko do Jeziora Ivor zachwycam się marszem. Ludzików kilkoro w dużych odległościach, za to całkiem blisko minęły mnie 2 samochody(!!!)
Czasu mam dostatek by podziwiać, a jest co. Ja czuję się jak w niebie.
Dziesiątki kilometrów połonin. Wokół góry i góry i góry. I całe moje życie w górach…



Kusiło mnie zostać do zachodu na Wielkiej Bliźnicy,

ale zejście super strome i muszę obniżyć się 250m na odcinku krótszym niż kilometr. Lepiej za widoku. Schodzę.
Jezioro to za dużo powiedziane. 2 stawy. Próbuję z góry dostrzec strugę wpływającą do stawu – nie ma. Wypływającą - nie ma. Tzn, nie bierze się stąd wody pitnej, tym bardziej, że goście z czterech rozbitych namiotów po prostu pływają sobie.

Dopytuję o ujęcie wody. Jest źródełko o bardzo niskiej wydajności jeszcze trochę niżej.
Rozbijam namiot, zapobieram wody ze źródła i mam biwak doskonały. Temperatura wzorowa. Wiatru prawie zero. Pozostałe namioty w obniżeniu stawów. Ja rozbiłam się na krawędzi progu oddzielającego je od doliny z Drahobratem. Pięknie i cicho. Najspokojniejsze miejsce na Ziemi i ja będę tu spać. Rewelacja.

Rano zejdę do Darahobratu, zostawię depozyt w którymś z hotelowych obiektów i na lekko, Stoh, dwa Żandarmy i zejdę przez Jezioro Ivor do Drahobratu. Dalej – zobaczymy.
Nie nastawiam budzika. Bezstresowo będę spać ile chcę.
I spałam.
Rano – taki piękny dzień, że nie można go stracić na Drahobrat. Nie pójdę tam.
Wracam na grań tą samą drogą, którą wczoraj zeszłam. Kolejność odwrotna do planowanej.

Najpierw Żandarmy, potem Stoh i ponieważ wody mam 4.5 litra dalej dokąd się da. Mogę nawet spać na Tempej, bo do UstCziornej trudno będzie dojść. Do Tempej tylko mam 23km.

Ze Stoha trawersuję Kraciunską, wchodzę na Połoninę Apszyniec. Z lewej Jezioro Dogjaska. Przez Gieriszjaskę wchodzę na Połoninę Świdowiec.

Teraz z prawej mam Jezioro Apszinec.

Kolejno Trojaska_1762m, Ungarjaska_1707m, trawersuję Małą Kurtjaskę_1591m, zaliczam Wielką Kurtjaskę_1621m i nareszcie Tempa_1634m. Widoki po drodze zapierające dech w piersiach (żeby nie było że to z wysiłku), a wysiłek był przedni. Ruszyłam znów z plecakiem 23kg. No może 22 i słońce daje czadu cały dzień.



Wreszcie jest Tempa.
Wg mapowych czasów powinnam tu być o 18-tej, a jest 17.30 Zasłużona przerwa i delektowanie się otoczeniem. Plecak zelżał o 3 litry wody.

Mała przegryzka, duże picie, wody mam 1 litr i do Ust Cziornej 14km.
Wybór jest taki: zostaję o tym litrze wody tu na szczycie, a rano będę się martwić jak pokonać owe 14km „o suchym pysku” albo… jeszcze są 3,5 godziny światła dziennego i z szybkością 4km/h (mało prawdopodobne bo to nie płaski marsz) dojdę do wsi.
Na razie oddycham. O 18-tej bęc, bęc, bęc – zbieram szybciutko manatki i idę dalej. Przestało być upalnie, ale wciąż gorąco, a ja narzucam sobie tempo. Najgorsze jest to, że po pierwsze: nie mam śladu w gps-ie bo nie pomyślałam o takim wariancie wydarzeń jak dzisiejszy.
Po drugie: kończy mi się na Stogu mapa w gps-ie i dalej pójdę już tylko na papierową mapę. To w moim wykonaniu ryzykowna wersja działania, ale szlak narysowany niemal po prostej więc nie powinno być problemów. Byle tylko było oznakowanie szlaku (dotychczas bez zarzutu) i byle jak najmniej zostało przez las, bo w świetle czołówki świat się zawęża do zasięgu światła tylko. Wypatrywanie znaków będzie trudne. Już nie wspomnę o jarzących, zwierzęcych ślepiach, które wtedy można zobaczyć. Na razie moja grań zejściowa.

Napieram.
Stogi – szlak trawersuje, ale ja oczywiście pcham się na szczyt. Tu popas w borówkach.
Pomysł był średni bo potem szukanie ścieżki szlakowej trochę mi zajęło, nie wspomnę o niepewnościach, które mnie ogarniały i stracie czasu.
Jest szlak. Las piękny, buczynowy. Droga po zejściu ze Stogów świetna. Dobrze czytelna ścieżka użytkowana często przez konie co znać po odchodach. Szlak hippiczny pokrywa się ze szlakiem pieszym. Gdzie brakło znaków białoczerwonych, są różowe znaki szlaku końskiego. I poszło.
Na dole w lesie już zmrok, ale ostatecznie udało się nie zapalić czołówki.

Jeszcze pierwsza i ostatnia struga do przekroczenia. Kładka to 3 deski, z czego tylko jedna poziomo, parę kroków i pac. Zaliczyłam upadek już w ciemności.
Suche podłoże lasu zmieniło się w mokrą trawę i błoto. To mnie zaskoczyło. Na szczęście poleciałam do tyłu na plecak. Nawet siniaka z tego nie było, ale… złamałam kijek. Ponadto jestem wykończona. Padam na twarz niemalże i już niczego nie pragnę tylko zrzucić plecak. Bolą mnie niemiłosiernie ramiona. 23 kilo już nie ma, ale 18 wciąż zostało.
Przechodzę przez teren jakiegoś tartaku. Pierwszy budynek, który mijam to bar!!! Hurrrra!!!
To specjalnie dla spragnionego. Niebo sprzyja wytrwałym
Woda mineralna, dwie cole, kawa i nocleg proszę.
Pensjonat pani co prawda prowadzi, ale miejsc nie ma. Zadzwoniła tu i tam i za chwilę mam nocleg. Zaraz po panią przyjadą.
Jest Dima. Stróż z miniętego tartaku, on mnie zawiezie. Kolejny, którego niezmiernie dziwi, że sama (!) jestem. Jeszcze w międzyczasie dostaję propozycję spania u niego w pakamerze
.
- Nie, dziękuję. - aż tak spać mi się nie chce
.
Pokój bez łazienki 100UAH.
Coś mi mówi, że tak sobie cenę krzyknął słysząc obcą mowę, a miejscowi którzy u niego nocowali płacili połowę z tego, bo po kwadransie, gdy relaksuję się na schodkach przy wejściu do domu, podszedł, zapytał czy nie jestem głodna i zaprosił a kolację. Sam mi ją podał w pomieszczeniu mix - kuchnia/sypialnia/salon z tv. Co to było, nie wiem i ni mam siły, żeby się tego dowiadywać. Miało konsystencję jajecznicy, było z jajakmi, kluskami i papryką. Taka "ciapka" z chlebem, ale pyszna.
Jeszcze ręcznik ponad standardowo poprosiłam i zasłużone spanie.
Mądre to czy głupie – trudno powiedzieć. Samotne podróże mają swoje blaski – robisz co chcesz, kiedy chcesz, ile chcesz. Mają też swoje cienie – jedziesz z Bóg wie jakim separatystą czy innym szemranym interesem, dźwigasz cały biwak bez podziału i zwiewasz biegusiem przed ciemnością w lesie i świecącymi ślepiami.
Czy to była udana impreza? – oczywiście!
Czy warto było? – oczywiście!
Czy pojadę tak raz jeszcze? – bez namysłu!
Epilog
Po tym dniu mam kurcze lewego ramienia wynikające z przeciążenia. Nawet po kromkę chleba na kolacji trudno ręką sięgnąć. Gps pokazał 37km z kawałkiem i 1500m przewyższenia. Koniec marszów.
Poza tym ten nieszczęsny kijek. Bez niego z takim plecakiem nie da rady. Bardzo mi żal, bo nie goni mnie ani czas, ani pieniądze, ale trudno.
Połonina Borżawa musi poczekać.
Wrócę w przyszłym roku. Krótko mówiąc – pora wracać. Ta podróż trwała tylko 7 dni, a ja 5 spędziłam na grani. Apetyt zaspokojony. Rano będę spać do południa. Właściciel pokoju pozwala na to, ale… jednocześnie informuje, że autobusy dokąd bądź są tylko rano. Przed siódmą.
Nie mam wyboru. Doświadczenie uczy, że stopa na ukraińskich peryferiach może nie być.
Wtorek.
Niesprawność ramienia już minęła. Ręka działa na pełnych obrotach. Chwila zawahania, ale... Koniec. Wracam do domu.
6.50 jestem na przystanku. O 8.30-ej w Tiaczewie, tu śniadanie. Bilet na 9.50 do Lwowa.

Siedem godzin tłuczenia się po pseudodrogach. We Lwowie w ostatniej chwili pytam kierowcy czy jedzie na awtostancję. Jedzie, ale na którą? – pyta. No, mnie trzeba na tę, na którą przyjechałam z Krakowa.
To tu.
No to ja też wysiadam.
Plecak – żałość mnie ogarnia na jego widok po 7 godzinach w nieszczelnym bagażniku na pylastych drogach. Trudno go wziąć w rękę bez odrazy. Odrobinę otrzepuję z grubsza i na dworzec.
Kijów – Wrocław stoi na stanowisku. Czy ma wolne miejsce? – Niech Pani wsiada. Ładuję plecak, ale jeszcze chociaż kanapkę i picie kupię. Znowu biegusiem.

O 19-ej jesteśmy na przejściu granicznym Krakowiec. Po 22-giej opuszczamy przejście.
1.30 jest środa.
Jestem w domu :)

Najlepiej przygotowany plan, nie dałby mi chyba takiej skuteczności transportowej na całkowitym luzie. W każdnym miejscu, w którym się zjawiłam autobus już na mnie czekał. Taki fart
.
Super impreza 


INFORMACJE PRAKTYCZNE
- bilet Kraków - Lwów (ukraiński przewoźnik, autobus z poduszkami dla śpiących) 60 zł.
- bilet Lwów - Kraków (ukraiński przewoźnik, autobus bez poduszek za to z klimatyzacją) 450 UAH
- autobus Lwów - Iwanofrankowsk 79 UAH
- autobus Iwanofrankowsk - Worochta 42,5 UAH
- bilet kolejowy Worochta-Kwasy 9 UAH
- przejazd marszrutką: Ust Cziorna - Tiaczew 60 UAH
- autobus Tiaczew - Lwów 140 UAH
- taxi (ha ha) Ilczi - Worochta 300 UAH
- nocleg Turbaza Howerla w Worochcie: 100 lub 51 UAH
- nocleg w Zaroślaku: 50 (w wieży) lub 120 UAH w pokoju lub gratis w namiocie
- w pokoju na dworcu kolejowym w Worochcie 50 UAH
- toaleta dwrcowa (w Tiaczewie pożal się boże) 2-3 hrywny
W/w ceny przeliczałm w skrócie na zł dzieląc przez 5. Przed wyjazdem hrywny kupowałam po 0,25-0,17zł
2015_07_22
Na Bradavicę Droga dłuższa i trudniejsza – umawiamy się godzinę wcześniej niż na Durny.
Wchodzimy Granacką Ławką. Mam obawy co do wyboru drogi (moim zdaniem z Małej Wysokiej zdecydowanie prościej, ale nie udaje mi się przekonać Jurka) więc Granacka Ławka.
Spod Śląskiego Domu za opisem Jaćkiewicza, rozpoznaję trawiaste zachody w ścianie. Łatwo znaleźliśmy zejście ze szlaku i w górę. Po zejściu z rumowiska wielkich want wydeptana ścieżka w trawie.
Za nami z pół godziny wchodzi w tę drogę jakaś para. Wnioskujemy, że oni też na Bradavicę.
Doszli nas, jak łapaliśmy oddech na Niżnym Wielickim Przechodzie. Okazało się, że to pracownik TANAP-u z jakąś botaniczką – będą spisywać rośliny. I rzeczywiście spisywali bo szli za nami aż do Kwietnikowego Żlebu, ale to nieistotne. Istotne to, że baba nas zagadnęła o zejście ze szlaku i pobyt w miejscu niedozwolonym. Jurek wyciągnął legitymację KW, ja zagadywałam posiadaniem sprzętu, „lanu” acz akurat prócz jednego kasku niczego na wierzchu nie mamy. Babeczka się trochę ciskała, że KW to za mało. Tłumaczę jej, że to członek Polskiego Klubu Alpinistycznego, rzucam hasło Alpy, Kaukaz, ale nie bardzo chce tego słuchać. Jakby nieciekawie zaczęło się robić. Facet był mniej aktywny w tych przepytywankach i w końcu to on odpuścił. Polscy horolezcy – mówi i dali nam spokój.
Ja swojej legitymacji nie miałam –BŁĄD – nawiasem mówiąc składkę opłaciłam dopiero post factum.
Obawy dotyczące przejścia i szukania drogi - trzy lata się tego obawiałam - przy pięknej widoczności okazały się nieuzasadnione.

Z każdego Przechodu w żebrach widoczny był dalszy przebieg przejścia, ślad ścieżki i problemu z orientacją nie było.
Po 20 minutach zdjęcie za kolejnym żebrem.

i kolejne żebro za nami. Pewien rodzaj monotonii: żebro-przechód-trawers żlebu, żebro-przechód-trawers żlebu i tak ze sześć razy.

Dopiero na ostatnim Przechodzie – ramię żlebu w prawo? czy ramię w lewo?
Tym lewym schodził człowiek więc my w niego weszliśmy. Wyszliśmy na Zwodną Ławkę.

Teraz wszystkie wierzchołki Bradavicy mieliśmy z prawej.
Ubieramy uprzęże, lina do akcji na skalną półkę, którą pójdziemy.
Jurek decyduje by zostawić plecaki. Nie podoba mi się ten pomysł. Zawsze jak na przełęczy zostawiłam plecak to okazywało się, że był potrzebny, że czegoś nie miałam, ale on bez plecaka to ja też.
Zakładamy stanowisko, Jurek prowadzi ja asekuruję. Jeszcze to miejsce przeszłoby się na luzie, ale nie wiadomo czy dalej będzie miejsce na oszpejanie więc się nie odzywam. Jurek przeszedł, teraz moja kolej. Wybieraj krzyczę, bo nie mamy kontaktu wzrokowego, ale niemrawo mu idzie to wybieranie. Lina się klinowała. Za załomem skały odblokowuję linę, oceniam podejście kolejnym, niezmiernie kruchym żlebem, warunków na stanowisko nie widzę na pierwszy rzut oka i stwierdzam, że ta lina tylko nas opóźnia. Póki co – rozwiązujemy się. To był najtrudniejszy odcinek drogi bo najbardziej sypki. Teraz Klimkowa Turnia, (błąd z zostawieniem plecaka, został w nim gps, nie sfotografuję wskazania wysokości)
Tajbrowa Turnia,

ksziążka szczytowa

Kwietnikowa

i Pawłowa Turnia

A ponieważ Korona wymagała dużo czasu i wysiłku - sukces ten uświetniłam podskokiem na ostatniej turni ostatniego wierzchołka, co mnie się często nie zdarza (taki podskok
). Na dodatek w okrutnie napowietrzonym terenie. Mądre to chyba nie było.

– ostatni wierzchołek Bradavicy. Pawłową Turnią zamknęłam mój prywatny projekt KORONA TATAR WYSOKICH vel WIELKA KORONA TATR!!!
Ta daaaammmm (fanfary w tle).
Widoki bajeczne



Na szczycie przed nami była para na Klimkowej Turni, z boku widzieliśmy parę na Kwietnikowej – to ułatwiało określenie drogi wejścia na każdą i szybko nam poszło.
Nie użyliśmy już liny.
Zejście tą samą kruszyzną na Zwodną Ławkę i dalej graniówka Drogą Tetmajera.

Zwalista Turnia, Baniasta Turnia do Małej Wysokiej, Polski Grzebień, Śląski Dom.

Wybieramy się na zapracowaną dzielnie kaweczkę, ale… łapiemy stopa na dół. Kawa będzie na dole. Tym sposobem udało nam się wyeliminować z dniówki bezproduktywne zejście i zaoszczędzić godzinę z haczykiem.
Dosyć lekki wyszedł mi ten opis, a szczyt mówi się – najtrudniejszy w KTW.
Na naszą korzyść działały doskonałe warunki atmosferyczne, sucha skała, widoczność, doświadczenie i brak lęku wysokości, lęku przed stromizną, przed przepaścią. Na każdym kroku zachowaliśmy najdalej posuniętą ostrożność. Tam gdzie krucho, sypko – koniecznie idziemy blisko siebie. Tam gdzie można – drugie czekało z boku, za skałą, za załomem.
W żadnym razie nie zachęcam, nie polecam.
Najbardziej satysfakcjonujący moment dnia to rzut oka wstecz na grani i konkluzja – na każdej z tych surowych Turni już byłam. Niesamowite 

21/22 luty 2015
III prawdziwa Zimowa Wyrypa Beskidzka to hura optymistyczna impreza trekkingowa dla zapaleńców, ze wspaniałym regulaminem. Cyt:
„1. Wyrypa jest bez organizatora - spotkanie ludzi o wspólnej pasji.
2. Brak zapisów.
3. Uczestnictwo jest bezpłatne.
4. Każdy odpowiada SAM za SIEBIE.
5. TY decydujesz o wszystkim za SIEBIE.
6. Wyrypa odbędzie się bez względu na pogodę oraz ilość uczestników.
7. Brak gwarantowanych posiłków oraz noclegów.
8. Dojazd i powrót we własnym zakresie.”
W ub. roku byłam pierwszy raz, sama. Niepewna czy aby dam radę, ale dałam więc w tym roku bez zastanawiania wielkiego weszłam w temat.
Z ubiegłorocznej ekipy w tym roku jest nas pięcioro chociaż na wstępie wiemy, że Zdziś nie idzie do końca, ale jego obecność gwarantuje ognisko i boczek pieczony.
21_02_2015 jest kilka minut po siódmej. Zaczyna się formować startowa ekipa wyrypowa. Na razie z dwóch samochodów. Dori, Zdzisia i Grzesia znam, Łukasz i Dominik nowi.

O godzinie 7.40 ekipa z czterech samochodów wystartowała. Zeszłoroczne Jacki (czyli Jacek z synem Maćkiem) i nowi Małgosia i Rafał. Miała być jeszcze moja kol. Ela, ale sprawy rodzinne zatrzymały ją w ostatniej chwili. Szkoda.
Tu na pierwszym polu powyżej Rabki w pełnym składzie. Jest godzina 8.20

Przy bacówce na Maciejowej. Zadowoleni, rześcy, świezi (!) chociaż to pierwsze podejście na Maciejową tak nas zgrzało, że pora się rozbierać. Część ekipy już się stołuje w Bacówce.
Jest godzina 9.20

Dzwoni Ela, że jednak jej sprawy „puściły”, może do nas jakoś dojechać. Umawiamy się na drodze 28 w Rabce-Zaryte, będziemy ją przecinać.
Międzylądowanie w Olszówce Tu spotkało się kilka grup startowych głównie po to by posilić się żelkami, mentoskami i innymi ciasteczkami spod znaku żubra.

Kontrolujemy mapę, wyhaczamy skrót i z tymi co poszli szlakiem po ulicy spotykamy się po kwadransie w polu.
Przy pięknej pogodzie wychodzimy w Rabce na drogę, zdzwaniamy się z Elą.
Idą i się cieszą 

Odtąd maszerujemy teoretycznie w grupie 11 osób, ale Grześ z Dominikiem mają tempo zdecydownie a’la ściganty więc zostawiają nas na podejściu na Luboń Wielki, ale to nic. Na Luboniu się spotykamy.
My wchodzimy, oni opuszczają schronisko. Przygotują ognisko. Trochę nam te przerwy zajmują za dużo czasu racjonalnie rzecz ujmując, ale nikt tu nie przyszedł na biegi. Pogoda sprzyja posiadom, widokom i humorom więc nikt nie przyśpiesza. Z Lubonia schodzi się szybko tym bardziej, że można zjeżdżać, z czego niektórzy skwapliwie korzystają.
Ognisko już płonie (Grześ z Dominikiem się spisali), minęli Luboń Wielki - cieszą się jeszcze bardziej.

Po zejściu z Lubonia Wielkiego...

Wersja a'la wersal kawy na trasie. Zmanierowana turystka przyniosła sobie szklankę

Kto myślał, ten oszczędzał nogi nadwyrężając inne części ciała: ) Dupolot Doroty po wykorzystaniu

Po ognisku - pojedli, popili, maszerują dalej!

Tańcują....

i znów maszerują. Ścięliśmy skróta na zielony szlak. Tydzień później szłam na Szczebel i na drodze drogowskaz Turbacz 6h!!! Gdybyśmy wtedy ten znak widzieli... Jakoś tak między sobą ustaliliśmy, że na Turbacz 3h jeszcze i nikt tego nie sprawdzał ani nie kwestionował.
Jest godzina 16 z minutami. Niedługo się rozdzielimy, ale na razie są wszyscy.

1.50 dnia następnego - część ekipy, która dotarła do schroniska na Turbaczu. Od prawej Grześ, Ela, Jacek, Maciek i ja. Zasłużona przerwa na przedporanną kawę.

Dalej idziemy już same. Zdawać by sie mogło, że to drobna końcówka, mam jednak przed oczyma znak sfotografowany rano na wyjściu z Rabki 

Godzina 3.06 Na szczyt Turbacza doszłyśmy we dwie.

Doszłyśmy na Stare Wierchy

Dochodzi piąta rano. Na Starych Wierchach ja prezentuję już tylko obraz nędzy i rozpaczy. Już nie mam ambicji pcia kawy z wersalowej wersji. Zadawalam się kubkiem od termosa.
Świt na Maciejowej!

Minęła 6.30. Jest 22 luty 2015. Zrypane wyrypiarki na finiszu. Na górce, na której rano było zdjęcie startowe całej ekipy.

Do samochodu jeszcze z kilometr. Ten kilometr był dłuższy od wszystkich 55 km, które mamy za sobą.
ALE DOSZŁYŚMY!!!! (fanfary w tle:)
W samochodzie jesteśmy 7.20 Do zamknięcia pełnej doby na nogach zabrakło 20 minut. Właśnie mam dylemat - jak te 20 minut traktować: sukces to czy porażka???
Teraz jeszcze do domu wrócić. Niby nic, ale kilkadziesiąt kilometrów za kierownicą. Sama zdziwiona jestem niepomiernie, ale nie zaliczałam kryzysu sennego przez całą noc. To mi się nie zdarza, a jednak. Teraz się zacznie.
Z Rabki wyjechałyśmy spoko. Przed Nowym Targiem mnie dopadło. Chyba zamknęłam oczy na ułamek sekundy. Natychmiast zjazd na cpn. Wysiąść i zmarznąć, to najlepsze przebudzenie.
Zostawiam Elę na Dworcu w Nowym Targu. Za 10 imnut ma autobus ja jeszcze parę km. Szyba na dół, ziąb w samochodzie i udało się.
Za Wyrypę stawiamy sobie piątkę:)
Rzut oka wstecz - Czy faktycznie było tak prawie na lajcie? Wcale nie. 56 km przeszłyśmy i to potężny wysiłek w śniegu. Nie do końca racjonalnie rozłożyliśmy trasę w czasie, ale świadomie i taki był nasz wybór.
Gdy rozdzielaliśmy się o zmroku w Rabie Niżnej nie przeszliśmy nawet połowy trasy. Zdziś zakładał, że tu skończy, Dori musiała wracać do pracy, Dominik przemczył buty, Łukasz z nimi przyjechał.
Na podejściu na Chabówkę wycofali sie Rafał i Małgosia z powodu obcierających butów.
Podejście na Turbacz dłużyło nam sie okrutnie. Jacek zaliczał poważny kryzys. Gdy zdawało mi się, że idziemy ostatni za nami wciąż dochodzili następni, z którymi spotykaliśmy się w chwilach odpoczynków. W schronisku na Turbaczu ludzie spali pokotem.
Doszedł nas tu Czarek z ubiegłorocznej ekipy, ale on zaczynał o 11.30
Jacki musiały odpocząć, Grześ był z nimi związany komunikacyjnie i dlatego dalej szłyśmy tylko we dwie. Też fajnie było dopóki Ela nie zauważyła CZEGOŚ W LESIE. Co to było? - nawet ona nie wie, ale coś było
Przez chwilę miałyśmy stracha, szybko jednak zrobiło się wszystko jedno. Jest coś w lesie czy nie ma trzeba do przodu, a było już tylko z górki 
Kiedy 20 lipca 2013 w południe, Alek wskazał mi w panoramie z Kazbeka Elbrus i Uszbę, opowiedział o swoim wejściu na Elbrus - popatrzyłam na nie tęsknym wzrokiem i westchnęłam tylko ciężko bez wiary, że to możliwe.
Kiedy w kwietniu br. skontaktowałam się przypadkiem z koleżanką poznaną na ubiegłorocznej wyprawie i okazało się, że są w trakcie kończenia formalności związanych z wyjazdem do Rosji, z zasadniczym celem Elbrus – weszłam w temat bez zastanawiania się (m.in. nad kosztami).
Szybko dokupiłam bilet na ten sam lot LOT-em, (drożej o 60% niż oni) wizę za pośrednictwem biura podróży zleciłam do załatwienia, waluty w międzyczasie, z grubsza przegląd wyposażenia, które będzie niezbędne i wszystko mam.
Trochę poczytałam, nawiązałam kontakt z ekipą kończącą Elbrus 6 lipca i z dreszczykiem emocji - wszak to Rosja – ruszyłam.
06.07.2014 niedziela
Na Okęciu mam sporo czasu na myślenie. Pierwsza niepewność. Nie ma ich i nie ma. Powinni już być. Nie odbierają telefonów.
Zafoliowałam samodzielnie plecak (2 rolki folii plastikowej kuchennej po 3 zł, zamiast usługi lotniskowej za 50), nadałam bagaż, odprawiłam się, doczekałam się na samolot z Moskwy, którym przyleciał Bartek z Michałem.
Miłe spotkanie. Dostaję od chłopaków mapę na Elbrus. Cenne, najświeższe informacje o sytuacji na górze. Pamiątkowe zdjęcie na wypadek gdybym szczytu nie zdobyła, będę mieć zdjęcie ze zdobywcami.

Oni zaczęli atak szczytowy już o 23-ciej!!! To mnie zaskakuje. Z wyczytanych relacji zazwyczaj druga w nocy jest godziną startową. Ludzi na górze sporo, temperatury niskie. Mieli problemy z pogranicza odmrożeń. Też stanowią one dla mnie poważną obawę przy moim niskim ciśnieniu krwi. Tam gdzie inni się już pocą mnie jeszcze jest chłodno. Pogodę mieli znośną, ale nie temperatury są najgroźniejsze tylko tylko temperatury w połączeniu z wiatrem. Prognozy na nasz termin średnie. Szału nie ma. Podejście długie, wymagające. To wiem, ale… Lucyna jedzie z kontuzją kolana. To może być problem. Nosi stabilizator na nodze. Zakłada się, że wszędzie gdzie można będzie wjeżdżać. Dla mnie to nie jest optymalna opcja, ale innej nie mam. Co gorsza nie wyklucza się, że może w ogóle nie wejść. Zastanawiam się czy w razie takiego obrotu sprawy, będą warunki bym mogła zrobić to samodzielnie??? Oto jest pytanie…i utwierdzam się w przekonaniu, że to niemożliwe bym będąc u stóp góry nie podjęła próby… Zobaczymy.
07.07.2014 poniedziałek
Lot – standard economy class - do Tbilisi.
Na lotnisku czeka na nas umówiony samochód, w Tbilisi przekazuje nas następnemu do Kazbegi. Tu nareszcie Kazbek z dołu się odsłania, ale wciąż nie jest to obraz z widokówek. W ub. roku nie było mi dane z tego miejsca go zobaczyć.
Kierowca z Kazbegi do do Влкaдыкaвкaзу jest tej klasy, że dostał przezwisko Shumacher. Ostra jazda bez trzymanki.
Stąd płacimy 2000 rubli plus 100$ i przekraczamy rosyjską granicę.

We Władykaukazie wsiadamy do marszrutki do Н a л ь ч и к a. Z Nalcika następną do Т е р с к о л a i już. W hotelu Эльбруся w wyniku niedopatrzenia obsługi zamiast zarezerwowanych turystycznych pokoi dostajemy w ich cenie apartament all inclusive – 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, weranda, TV, komputer z dostępem do internetu. Można się ogarnąć, skontaktować z domem, sprawdzać prognozy. Nie są dramatyczne, ale dobre też nie są. Przyjechaliśmy z deszczem i na pocieszenie mamy tęczę.
08.07.2014 wtorek
Nazajutrz formalności w ichniejszym biurze gornospasatielna czyli zgłaszamy swoją akcję na Elbrusie. Po powrocie musimy zgłosić zejście. Wszystkie formalne, rosyjskojęzyczne sprawy załatwia Lucyna. Jest w tym najlepsza i nieoceniona. Cała logistyka na tej wyprawie typu telefony, rezerwacje, papiery, targowanie cen i trzymanie kasy to jej zasługa. Nikt nie zrobiłby tego lepiej. Fakt, że w dniu przylotu dostaliśmy się już do stóp góry jest majstersztykiem logistycznym.

Marszrutką do Aзaу. Propozycja by przejść ten odcinek (ze 3 km ) nie znajduje aplauzu, a już się nie mogę doczekać chodzenia. Z Azau kolejką – 500 rubli/os. Robię to niechętnie chociaż wiedziałam, że tak ma być, ale na samodzielne podejście w tym zupełnie obcym terenie i obcej rzeczywistości nie mam odwagi. Kto wie co mnie tam czeka... Za dużo niewiadomych. Lepiej trzymać się razem. Kolejka ma przesiadkę na stacji Кругозор. Dojeżdżamy do do Stacji Мир.

Myślałam, że to koniec jazdy, ale stąd są krzesełka do Gara-Bashi czyli krótko mówiąc do Beczek. Na moje szczęście (sorry ekipo) ogłoszono godzinną przerwę w dostawie prądu i musimy iść. Nareeeeszcie.
Ruszamy śladem ratraków. Podejście krótkie. Mnie zajęło 20 minut, ale pokazało już na wstępie jak bardzo moje tempo chodzenia odstaje od reszty. Tatrzańskie i nie tylko treningi ukazują swoją skuteczność. (jeszcze w piątek poprzedzający wylot byłam na Vysokiej, jeszcze w sobotę ekipa szła na Osobitą i odpuszczałam tę trasę z żalem, ale w końcu trzeba było się spakować).
Wreszcie w realu po raz pierwszy obrazek, nad którym długo ślęczałam projektując logo na koszulki naszej ekspedycji.

Pogoda w międzyczasie siada. Zaczyna padać mokry śnieg. Jesteśmy na wysokości 3700m prawie.

Chmury się obniżyły, widoczność spada. Trochę wieje, mgła, chmury. Słońce zupełnie zniknęło. To nie wróży dobrze.
Ruszamy do poziomu Приют 11. My będziemy w Prijut Marija.

Warunki noclegowe dokładnie jak w Stacji Meteo pod Kazbekiem tylko obiekt mniejszy. 500rubli/os.
Reklamują się na wysokości 4200m, ale gps-y wskazywały niezmiennie 4070-4080m.
Tego dnia już nie było co robić. Pogoda nie poprawiła się właściwie. Miał być prąd – nie ma - awaria generatora.
Miała być woda – JEST – topiona ze śniegu.
Uśmiałam się serdecznie z różnicy w rozumieniu pojęcia „jest woda”. Przewalające się chmury, zaburzenie rytmu dobowego o 2 godziny, dwa dni podróży za nami. W tej sytuacji poszliśmy wcześniej spać.
09.07.2014 środa
Nazajutrz zaplanowane wyjście aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa. W duchu myślę sobie, że to stracony dzień, ale czas pokazał, że chyba jednak się myliłam. Zresztą i tak pogoda na atak szczytowy nie zapowiadała się dobrze. Może dopiero piątek/sobota.
Wyszliśmy rano. Szybko rozdzieliliśmy się, tzn. ja do przodu. Do Skał Pastuchowa doszłam, ale moje wyobrażenie o skałach i miejscu tak nazwanym było zupełnie inne. Ledwo parę kamieni ze śniegu wystawało.

Doszłam do wysokości 4764m.

Moją ekipę miałam przez jakiś czas z tyłu w zasięgu wzroku. Potem zniknęli mi za załamaniem terenu. Potem przyszły chmury i to już był zupełny koniec kontaktu. W gęstej mgle zawrócili z 4300 metrów.
Spotkaliśmy się na powrót w Priucie. I co dalej?
Była z nami 12-osobowa grupa Rosjan z przewodnikiem. Dochodzą wieści, że jutro pogoda ma być! To jest szansa. Oni zdecydowanie jadą ratrakiem. 14 osób po 2000 rubli, niezły biznes. Ja nie chcę. Jest dużo ludzi w różnych barakach, w namiotach. Na pewno będą szli. Na pewno nie będę sama.
Dwóch Rosjan Losza i Sasza atakują pieszo. To jest dla mnie szansa. Zabieram się z nimi.
10.07.2014 czwartek
Wstajemy o pierwszej.
O drugiej wychodzimy. Nikita zrobił nam wyjściową fotkę, ale nie mam jej niestety. Szkoda. Ze wszystkich Priutów i namiotów wychodzą ludzie. Mnóstwo światełek się kręci. Jest mroźna, gwieździsta noc. Będzie pogoda. Jeszcze przed świtem mijają nas 3 ratraki. Dojeżdżają do wysokości 5100m.
Ze dwie godziny idziemy razem. Pierwszy zaczyna odstawać Sasza. Przy Skałach Pastuchowa odpoczynek chwilowy, łyk herbaty. Zaczyna wschodzić słońce w Kabardo - Bałkarii.

Wiem, że zadanie na dziś to nie przelewki.
Na wysokości 5100 jestem przed chłopakami. To miejsce, w którym zawracają ratraki. Czekam na nich, ale oni muszą zdecydowanie dłużej odpoczywać. Na postoju szybko robi się zimno. Jest już widno. Ja idę. Idzie łącznie naprawdę dużo ludzi. Szczęściem są rozciągnięci w terenie i nie ma deptania sobie po piętach.
Długaśny trawers wschodniego Elbrusa.
Łagodnie wspinamy się do góry by dojść do słynnego siodła między wierzchołkami. Pogoda piękna. Tempo mam dobre. Przekroczyłam już 5200m. Chwilami odczuwam tak przemożną potrzebę snu, że wydaje mi się iż zasypiam na ułamki sekund. Nie wiem czy to możliwe, ale tak jest. Za załamaniem zbocza widzę już przełęcz, ale weszłam w cień. Teraz idzie się właściwie płasko, a nawet odrobinę obniża. Zimno mi. Byle do słońca. Słońce jest na przełęczy.

Tu spotykam moją ekipę. Oni już odpoczęli i ruszają w górę. Ja muszę się przespać. Dosłownie. Zrzucam plecak, zwijam się w kulkę i śpię na plecaku. Ile spałam – nie wiem. Patrzyłam na zegarek, ale nie pamiętam. Za jakiś czas zrywam się rześka i wyspana! Moi są ze dwadzieścia metrów nade mną! Ile spałam??? Pozostaje pytaniem bez odpowiedzi…
Zostawiam plecak na przełęczy. Ryzykowny pomysł, ale pogoda jest doskonała. Nic się nie wydarzy. Zabieram tylko paszport, portfel i butelkę wody do kieszeni. Z doświadczenia na Koprowej Przełęczy wiem, że woda musi być.
Podejście robi się strome na poważnie. Mijam swoich, mijam kolejnych ludzi. Idą związani liną. Trochę mnie korkują. Udaje mi się ich ominąć, wyprzedzić. Zatrzymuję się na pierwszych (i jedynych) skałach bo dają poczucie stabilności. Słońce operuje mocno. Mój strach przed lawinami łagodzi tylko obecność wielu osób na tym podejściu. Irracjonalne pocieszenie, ale mnie wystarcza. Dochodzą ci związani. Polacy z Torunia i tak od słowa do słowa:
- A, to pani spała tam na przełęczy! – czyli jednak chwilę spałam naprawdę.
Od tego miejsca zawieszona stara poręczówka. Nie korzystam z niej. Właściwie nikt z niej nie korzysta, ale przy braku widoczności pewnie jest przydatna. Jak to z odpoczynkami bywa – oni zostają ja ruszam dalej. Już blisko.
Nareszcie grań, nareszcie wierzchołek. Uffff… Nic bardziej mylnego. Do wierzchołka jeszcze kawał drogi granią.

Rozleniwiające słońce nadal świeci, ale pojawił się wiatr i temperatura odczuwalna gwałtownie obniżyła się. Już lekko bo płasko więc zasuwam w przyspieszonym tempie. Na wierzchołku grupa kilkunastu osób. Robią odwrót jak ja dochodzę. Zostało tylko trójka Rosjan. Dobrze, bo nie mam problemu ze zdjęciem szczytowym.
Jest godzina 10.40
Jestem na szczycie i rozpiera mnie niesamowita radocha.
Patrzyłam na zegarek, ale zapomniałam. Czas wejścia odczytałam później ze zdjęcia.
Miałam na szczycie zrobić zdjęcie wskazania gps-a, ale zapomniałam o tym zupełnie. To zdjęcie dzięki uprzejmości kolegi mam.

Wysokość jednak robiła swoje. To objawy niedotlenienia. Nie spowolniło mnie jakoś szczególnie, ale jednak „pod czachą” coś się działo. Nie zapamiętałam żadnego czasu kontrolowanego na zegarku.
A co by było gdybym nie zaliczała wczoraj aklimatyzacyjnego wyjścia do Skał Pastuchowa? Lepiej nawet nie myśleć. Moja ekipa ze swoim planem miała rację. To był potrzebny dzień. Cierpliwość w czekaniu na działanie w górach nie jest moją cnotą, a jest potrzebna niestety.


Kilka fotek i z powodu wściekłego zimna z powrotem.
Widoki jak marzenie.

Majetatycznie prezentuje się dwuwierzchołkowa Uszba z Elbrusa.

Dookoła morze gór.

Na słonecznym trawersie mijam wciąż podchodzących moich kumpli od „pieszkom” Losza i Sasza. Też zostawili plecaki na przełęczy. Nie mają wody. Oddaję im resztę, która mi została i rozstajemy się.
Zachowuję szczególną ostrożność na stromiźnie do przełęczy. Potem będzie już swobodniej. Nawet się nie zatrzymuję. Zabieram plecak i dalej. Ci co schodzili przede mną zostali chyba na przełęczy bo ciągle jestem sama. Chwilami dostrzegam przed sobą ze trzy osoby w oddali. Są warunki by skorzystać z metody (sorry) dupozjazdów, ale… żałuję moich goretexów. (doświadczenie po zjeździe z Rysów – spodnie do krawca)
W miejscu zawracania ratraków zdejmę zewnętrzne spodnie i zjadę. Pogoda jednak spłatała mi psikusa. W tym miejscu tak okrutnie teraz wieje, że na samą myśl o zdejmowaniu raków, stuptutów, spodni odechciewa mi się zjazdów. Ściągam tylko puchówkę i w dół.
I tak do samego Priuta. Już mi było gorąco, już mi się chwilami nie chciało, ale spanie łamało mnie tak bardzo, że nie traciłam czasu na rozbieranie się. Byle się położyć.
13.15 jestem w Prucie. Pić i spać. Padłam jak kamień. Jak na tej przełęczy.
W międzyczasie wrócili Rosjanie, spakowali się, wyprowadzili. Nie słyszałam nawet jednego szmeru. To nie znaczy, że nie robili gwaru. Spałam jak kamień do 17-tej.
Budzę się, a tu niespodzianka – moich jeszcze nie ma.
- Gdzie są?
Administrator (szumna nazwa) naszego Priuta Marija mówi, że jeszcze nie wrócili.
Zaniepokoiłam się, bo to niemożliwe żeby tak długo.
Na szczęście w tym momencie weszli.
Okazało się, że problemy z niedotlenieniem mieli jednak poważne.
Powtórka z picia, opowieści, wrażenia i spać, spać, spać.
11.07.2014 piątek
Dziś powrót do Azau. Od rana biegam po okolicznych priutach, fotografuję wszystkie ciekawostki.
Priut11,

inne obozowiska/kwatery mieszkalne,

symboliczny cmentarz – coś na kształt tego na Ostervie i oczywiście obelisk dla obrońców Centralnego Kaukazu z II wojny, nasz miejscowy kibelek,

Ponadto sesja fotograficzna w koszulkach. Jesteśmy rozradowani, po trosze zaskoczeni, że już po wszystkim.
Zakładało się, że akcja górska potrwa dłużej, głównie z powodu oczekiwania na sprzyjającą pogodę, a tu poszło nam z biegu.

Ja nawet słyszeć nie chcę o zjeżdżaniu kolejką. Za pięć dwunasta opuszczam wysokość 4080m. Pożegnalne zdjęcie z administratorem Priuta Marija.

Do Beczek zbiega się lekko. Rozmawiam z jakimś funkcyjnym. Opowiada mi o tym miejscu, pozwala zajrzeć do jednej, porobić zdjęcia. Podziwiam panoramę.

Przyciągająca wzrok śnieżno lodowa czapa na Donguz-Orunbaszi.

Później dowiedzieliśmy się, ż ma ok. 100m grubości
Wokół dużo złomu, wielki hangar z buldożerami, skuterów śnieżnych i ratraków naliczyłam 20. Do stacji Mir ratrakowym śladem.

Tu też pomnik „ku chwale”.
Miejscowy robotnik wyprowadza mnie za właściwy winkiel, pokazuje początek drogi zejściowej, potem skręcisz w lewo.
No to ruszam. Szybko tracę za zakrętem zabudowania stacji Mir. Jeszcze nie widzę w dole Krugozora. Robi mi się jakby troszkę „niewyraźnie” bo krajobraz powulkaniczny – niezwiązany żwir, pył, szaro-rude skały, zero roślinności i żywego ducha wokół.
Gdzie ja się tu pcham?
Ścieżka miejscami oberwana przez wodę, chwilami jest, chwilami zanika budząc moje wątpliwości czy dobrze idę, ale właściwie nie miałam innej możliwości. Żlebiastą, dosyć wąską formacją terenu tylko w dół, bo w potok z lodowca z prawej trudno się pchać, z lewej też nie ma gdzie „tak na oko”. Byle tylko nie okazało się, że wyszłam na przykład na jakieś urwisko bez wyjścia.
W którymś momencie dostrzegam trąbkę powietrzną formującą się po lewej. Strach mnie obleciał na poważnie, że mnie tu zaraz wkręci, ale wystarczyło mi tupetu by ją jeszcze sfotografować
A trąbka po chwili się rozwiała.

Na Krugozorze chwila odpoczynku. Z nieczynnych zabudowań infrastruktury narciarskiej obserwuję serpentynową drogę w dół i już się na nią cieszę bez obaw. Rozległą dolinę mam jak na dłoni i widzę Azau. Podchodzi tylko jeden ludzik z plecakiem.
Widoki cały czas wspaniałe. Biel lodowców, szarość skał i soczysta zieleń doliny w jednym kadrze.
W Azau zasłużony odpoczynek. Przerwa na kawę. Na chachapuri, które marzyło mi się i od którego miałam zacząć pobyt na wschodzie nadal nie mam szans bo to nie Gruzja, a w Tbilisi byliśmy przed świtem, a w Kazbegi i tak było za wcześnie na otwarcie barów. Decyduję się na miejscowy niesłodki naleśnik z niesłodkim serem pod nazwą хичины. Zdążyłam kąsek sfotografować. Norma w Rosji – łyżeczkę podają w szklance!

Jeszcze zakup pamiątek i leniwym tempem doliną rwącej rzeki Б a к с a н (Baksan) do Эльбрусии (Elbrusii) w Azau. Po drodze „ku chwale” tym razem nie obelisk, ale armata.
12.07.2014 sobota
Poszliśmy na Ч э г э т_3460 m. (Czeget). To już погрaнзонa (strefa przygraniczna). Trzeba mieć пропуск (przepustkę) na pobyt w tej strefie. My nie mamy, ale ryzykujemy na wariata. Ostrzeżenie stosowne jest, chociaż leży sponiewierane troszkę, natomiast dzielny pogranicznik nie pozwala zapomnieć, że łamiemy rosyjskie prawo.

Został ogłoszony zakaz porozumiewania się w języku innym niż rosyjski, nierzucanie się w oczy i udało nam się. Ja z moją manią fotografowania nie odmówiłam sobie „strzelić gościa” z ukrycia.

Następny, w drodze do Władykaukazu „strzelony” z ukrycia omal nie wygarnął mnie z marszrutki. Przez chwilę oczyma wyobraźni widziałam się już w ruskiej tiurmie. Znów mi się udało, ale mogłam nas wszystkich wpędzić w kłopoty, a zdjęcie i tak nie wyszło.
Czeget ma 7 żandarmów/wierzchołków/szczycików dowiadujemy się od miejscowych. Nam wystarcza tylko jeden. Lajtowy dzień więc cieszymy się w dwójnasób. Gorąco. Nie nabawiłam się odmrożeń na Elbrusie, z Czegetu wyniosłam poparzenia słoneczne
.

Byliśmy świadkami dwóch obrywów seraków ze zboczy Donguz-Orunbaszi. Z naszej odległości wydawały się niewielkie, ale huk jak z odrzutowca nie pozwolił ich przegapić.

Wspaniały Donguz-Orunbaszi w tle.

13. 07.2014 niedziela
Opuszczamy Terskol marszrutą do Nalcika, a stąd do Gołubyje Oziera – przyjemna turbaza w lesie nad jeziorami. Pogoda zmieniła się na deszcz.
Nazajutrz spotyka nas miła uprzejmość i gościnność ze strony dwóch poznanych Czeczeńców. Zawieźli nas na górne jeziora, zafundowali poczęstunek i nawet słyszeć nie chcieli o płatności z naszej strony.
14.07.2014 poniedziałek
Ponieważ nie mamy papieru, który nazywa się owir, a powinien go posiadać każdy obcokrajowiec, który na terytorium Rosji przebywa ponad 6 dni wyjeżdżamy do Gruzji.
Marszrutka do Nalcika, przesiadka do Władykaukazu, samochodem osobowym do Kazbegi. Tym razem samochód jest na rosyjskich numerach rejestracyjnych, kierowca przypadkiem z podwójnym obywatelstwem i znajomościami na zatłoczonej granicy rosyjsko-gruzińskiej. To znacznie skraca czas jej przekroczenia.
Wtorek i środa trekujemy sobie po okolicy.
Nareszcie widzę Kazbek jak z pocztówki, który to widok nie był mi dany w ubiegłym roku.

Klasztor Gergeti z okna

W czwartek rano 17-tego zrywam się mojej grupie, która spędza tu jeszcze cały dzień i jadę do Tbilisi. Mam tyły w zakupach.
Spotykamy się w nocy na lotnisku.
Pomniejszych wrażeń i przygód moc. Rosyjska codzienność inna zdecydowanie. Ślady kołchoźniczej organizacji pracy wciąż widoczne. Póki byliśmy na terenie Rosji nie czułam się komfortowo. Jakaś presja, że ciągle czegoś nie wolno, że trzeba mieć pozwolenie, że można się narazić wisiała nade mną. Odetchnęłam z ulgą jak wróciliśmy do Gruzji.
Z jeszcze większą jak wylądowaliśmy w Warszawie. Akurat newsy o zestrzeleniu samolotu nad Ukrainą były na topie. Było groźnie w powietrzu??? Ostatnie zdjęcia z podróży wyjątkowe – widmo Brockenu.



Udana wyprawa. Koleżanka jest niesamowita. Z kontuzjowaną nogą, z bolącym kolanem weszła na 5642, a potem dzielnie jeszcze na 3640 i 2000. Trzeba mieć fest zapał do tej roboty.
Legendy o morderczym wysiłku przy zdobywaniu szczytu okazały się przesadzone, ale brać trzeba pod uwagę, że mówię o wejściu w doskonałych warunkach atmosterycznych, będąc w dobrej kondycji i mając doświadczenie, że do wysokości 5000 metrów jakiejś zasadniczej reakcji organizmu nie odczuwam. W innych okolicznościach wcale tak być nie musi. Wystarczy, że jeden z w/w czynników nie zadziała.
PS. Kilka wspomnień w obrazkach dodam później:)
Na próbę po podpowiedzi Admina - wpis ze zdjęciem chcę dodać.
Taki skutek daje zestaw czynności: drzewko/Add image/Start upload/Insert - czyli brak pozytywnego skutku.

Taki skutek daje zestaw czynności: drzewko/Add image/Start upload/ kliknięcie w miniaturę zdjęcia (daje podgląd w rozmiarze 2272x1704 px) / Insert

Trzeba koniecznie użyć zakładki Appearance by zmienić rozmiar zdjęcia i dopiero wtedy /Insert - daje pozytywy skutek jak poniżej. Tu jest rozmiar 600x450
Plus rozszerzonego edytora jest taki, ze jak się zapomni o tytule zdjęcia, to podaje ostrzegawczy komunikat, a nie kasuje całe uploadowanie i ładowanie i próbe wstawienia:)

Ten wpis - to tak a'propos naszych wcześniejszych uwag co do jakości Planety. Edytor bloga znów mi wobec powyższego działa jak należy czyli mogę pisać na powrót.
Jedni mają problem z ogonkami i ĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄ, a ja miałam ze zdjęciami w blogu. Już nie mam:)
I jeszcze jedna wskazówka od admina rozwiązująca problem niedokończonego wpisu na blogu. Z czasem ma się pojawić przycisk/opcja ZAPISZ WERSJA ROBOCZA, tymczasem można temu zaradzić tak - cytuję z mojej poczty od Admina:
Co do pisania bloga to rozwiązania dla tego problemu są dwa.
1. Spokojnie napisać bloga np w wordzie i tylko przekleić takst w worda do bloga. Teraz z nowym interfejsem naprawdę to działa bardzo dobrze. Wcześniej był z tym problem obecnie jest dobrze.
Czyli wklejamy tekst i dodajemy zdjecia gdzie chcemy.
2. Piszemy na Planecie Gór i uzywamy przycisku html, klikamy go otwiera sie okienko gdzie widzimy taki kod. Kopiujemy go i zapisujemy u siebie na komputerze np w notatniku. Nastepnym razem gdy zanow zaczniemy pisać bloga klikamy przycisk html i wklejamy tutaj nasz skopiowany kod.
W miedzy czasie postaramy sie dodać opcję. Zapisz tylko dla siebie
Do zapisania w Notatniku, za poleceniem Admina należy wybrać kodowanie: utf_8
2013_07_17 środa
16.25 czas przekroczenia bramki na lotnisku Okęcie i zaczęło się. Przez Monachium, Lufthansą, w Tbilisi wylądowaliśmy ok. 4tej, uwzględniając przesunięcie czasu do przodu o 2 godziny.
Jest 2013_07_18 czwartek
Transport zgodnie z opisami czerpanymi z forum - taxi do stolicy, utarczka z taksówkarzem, który podnosi w trakcie jazdy cenę o 50%, zaopatrzenie się w kartusze z gazem w Hostelu Opera prowadzonym przez Polaków. Ich kierowca za 5 lari odwozi nas na Dworzec Didube i miejsce postoju marszrutek.
Tu wymieniamy po 300$ na GEL po kursie 1$=1,65GEL (jest piąta rano, kantor całodobowy) i czekamy na marszrutkę do Kazbegi. Początkowo pustki z powodu wczesnej godziny i jest możliwość obejrzenia dworca centralnego w stolicy. Robi szokujące wrażenie. Nie, żebym nie widziała nic bardziej przykrego, ale to przecież stolica!
Brudno, mnóstwo śmieci, brak stanowisk odjazdowych, informacji, zero ławek do siedzenia
i plac dworcowy jest jednocześnie placem targowym. Obok nędznych bud kioskowych jeszcze nędzniejsze stragany kryte foliami, wiązane sznurkami, wspierane patykami, teraz puste robią przytłaczające wrażenie.



Z upływem czasu dworzec zapełnia sprzedawcami, towarem, busami, taksówkami. Robi się kolorowo, tłoczno i wrzaskliwie.
Za kilka dni w południe - zupełnie inny świat.
Propozycji jazdy jest wiele. Prym w targowaniu i dyskusji nt. możliwości i ceny wiedzie Lucyna, perfekcyjnie porozumiewająca się po rosyjsku, więc my tylko słuchamy i czekamy. Lucyna, Janusz i syn to ekipa z Bydgoszczy, którą poznaliśmy w samolocie Monachium -Tbilisi, też na Kazbek. Ostatecznie nic nie stargowała, nic nie przyspieszyła i odjechaliśmy regularną marszrutką o ósmej dopiero, ale podziwu godną wytrwałość prezentowała w tej kwestii. Przed odjazdem zdążyliśmy zakupić śniadanko w postaci chachapuri prosto z pieca. Placek pieczony ze słonym serem. Mnie smakował. Jadłam go potem przy każdej okazji.
Droga do Kazbegi interesująca, ale oczy się zamykają po nieprzespanej nocy (nie pierwszej zresztą) i osobiście widzę tylko co nieco.
W centrum Kazbegi dopadają nas miejscowi oferenci. Każdy zawiezie gdzie chcesz, każdy zanocuje. Najskuteczniejszy był Wasilij.
Mamy u niego nocleg na potem. Dziś przyjmie część rzeczy na przechowanie w garażu. Przez niego mamy też gościa z koniem, a my dziś na nocleg pod klasztor Tsminda Sameba nad Gergeti.
Koń, po rosyjsku лошад (łoszad dla nieobeznanych z cyrylicą) ewoluował w naszych rozmowach i chwilowo został łosiem, by potem skrótnąć do qń. Już przed wyjazdem zaplanowaliśmy, że do lodowca nasze wory poniesie koń. Umawiamy się na 150GEL/7 rano jutro/pod Klasztorem.
Po zdeponowaniu nadmiaru bagażu, (w moim przypadku bardzo skromnego nadmiaru, najwyżej ze 2 kg), ruszamy pod klasztor Gergeti. Pogoda, która cały dzień była niewyraźna nareszcie zdecydowała się na deszcz. Chłopaki od początku lecą jakby ich kto gonił. Dalece mnie wyprzedzają, ale ja robię zdjęcia bo wszystko jest ciekawe. Zwykły bar przy drodze, ale gruziński, więc trzeba „cyknąć". Wiem dokąd mam dojść więc nie ma obawy.
Cały świat pisze zwykle Rent a car, a tu proszę Rent a horse. Niezłe ZOO w tej Gruzji.




Jest droga dojazdowa do klasztoru dla samochodów, pełna serpentyn, ale idziemy skrótami. Przecież nie jestem samochód, żeby kilometry nabijać. Skróty na krechę piekielnie strome, po deszczu śliskie. Zaliczam poślizg - bliskie spotkanie z glebą i zjazd metr w dół. Ubłociłam się, no ale skoro już się ubłociłam to tym bardziej pójdę skrótem. W tym samym miejscu, taki sam poślizg, a na plecach 20kg. Bardzo się ubłociłam...
Zakładam pelerynę, przeczekuję troszkę ulewę pod drzewami, wdrapuję się na koniec tego skrótu i... skręcam potulnie na serpentynową drogę samochodową, nabijam niechciane kilometry.
W okolicznościach w tym momencie absolutnie nieprzewidywalnych, za 3 dni miałam przyjemność pokonania drogi Kazbegi - Tsminda Sameba taksówką! o północy! i przy pięknie prezentującej się z dołu iluminacji klasztoru. Nadzwyczajny gratis mi się trafił.
Tymczasem jestem na szczycie wzniesienia. Pada, mgła, klasztoru nie widać, obok kilku namiotów liczne stado bydła.
Chłopaki szybko pomagają rozbić mój namiot. Wrzucam plecak, sama wskakuję i już. Nareszcie sucho. Dochodzi piętnasta gruzińskiego czasu. Luz do rana, a ponieważ leje - zasypiamy.
Przed wieczorem udało mi się klasztor zwiedzić. Pan sprzedający pamiątki uprzedza przed wejściem, że wewnątrz fotografować nie można.
Zakupiłam pierwszą pamiątkę z podróży (magnesik) i mały album z tą świątynią, a ponieważ jestem sama bo deszcz wygonił wszystkich - ów pan pozwala mi na zdjęcia wewnątrz.

Zastanawiam się co go przekonało - nieobecność innych ludzi czy zakupy?!
19_07_2013 czwratek
W nocy leje, nad ranem leje, o siódmej leje. Jesteśmy spakowani. Czekamy na konia w namiotach. Przyszedł przed ósmą. Namioty zwijamy w ulewie. Czym kto ma próbujemy zabezpieczać plecaki, ale...


Teraz dopiero pojawia się u mnie przekonanie, że to nie śmieszny trekking czy Orla Perć tylko poważne wyzwanie.
Dlaczego godzimy się na taki deszcz?
Na sobotę wszystkie prognozy w kraju pokazywały okno pogodowe na wszystkich wysokościach. Żeby być na starcie w odpowiednim momencie, musimy iść. I idziemy cierpliwie. Mgła nie otacza nas ściśle, ale widoków nie ma żadnych.
Przekraczamy przełęcz, a następnie przeprawa przez huczącą rzekę spływającą z lodowca.
Długotrwałe opady podniosły poziom wody i jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie. Ciężko się przeprawić. Nawet wielkie kamienie ledwo wystają z wody, a na pomysł ułożenia jako takiej przeprawy nikt jeszcze nie wpadł. Najpierw koń, za nim koniuszy, potem Alek. Stoję na pierwszym brzegu i... muszę zaryzykować. Już nie zwracamy uwagi na buty, że woda zaleje, byle tylko nie zmyło z kamienia. Kijek zaklinował mi się kipieli. Stoję w środku rwącego niebezpiecznie nurtu. Nie potrafię kija uwolnić spomiędzy kamieni. Wreszcie jeden segment zostaje w rzece. Nasz koniuszy wyciąga do mnie rękę, jego asekuruje Alek, ja robię ze strachem wielki skok i udało się. Marek przeprawił się zgrabniej.


Na drugim brzegu kilka namiotów, w tym ekipa Lucyny.
Podeszli wczoraj wyżej niż my, ale teraz dopiero zaczynają się zwijać bo przeczekiwali fale deszczu. Mijamy schodzących Słowaków. Nie zdobyli szczytu. Brakło im 200 metrów. Inni czekali 3 dni i nie podjęli próby ataku z powodu opadów. Czy nam się uda? Rodzą się wątpliwości.
Musi się udać. Jutro ma być słońce.
Dotarliśmy do czoła lodowca. Widzimy pomarańczowy punkcik stacji meteo. Koniec konia, tzn. koń zawraca. Pora wziąć ciężar na klatę - raki na nogi, plecak na plecy i przestało być lekko.

Szczeliny, których bardzo się obawiałam wąskie, niepozorne, widoczne. Nie robią specjalnego wrażenia. Przekracza się je zwykłym krokiem i nie piętrzy się przed nami żadna bariera seraków.
W połowie lodowca w minorowych nastrojach rozmawiamy o jutrze i prognozie. Alek decyduje: jak o 2 w nocy będzie ok - idziemy. Jak będzie lało - czekamy na poprawę pogody i przesuwamy atak na następny dzień.
Powiedzieć, że buty przemoczone to mało. W butach chlupoce woda. Czuję, że mi się przelewa między palcami. Jest mi zimno. Nie sposób naciągnąć rękawiczki na mokre dłonie. Nie ma ich w co wytrzeć. Wszystko mokre.
Mam tak dosyć deszczu i wilgoci, że myślę w duchu nic nie mówiąc głośno: żeby tak o drugiej lało, żeby tak lało...wtedy nie pójdziemy. Kryzys morale.
Ostatnie podejście gruntowe, bez raków. Dziwny, niezwiązany grunto-żwirek osuwa się spod nóg. Nikt nawet nie zająknął się o rozbijaniu namiotów. Śpimy w budynku. Wilgoć wszędzie, ale nie leje, a tam gdzie kapie podstawione miski, wiaderka itp.
W pokoju „biurowym" rozpalono kozę i suszą się dziesiątki butów, skarpet, kurtek, plecaki.
Nie wszystko jest blisko pieca więc nie wszystko wyschnie. Moja kurtka na pewno nie, ale mam puchówkę. To mnie ratuje.
Kuchnia/jadalnia jest miejscem, w którym spędzamy resztę dnia. Tam toczy się życie towarzyskie meteo. Jest kilkadziesiąt osób najróżniejszych nacji. Poznajemy ekipę z Gorlic: Damian, Mariusz i Bartek. Też planują jutro szczyt więc łączymy siły i pójdziemy razem.
Jesteśmy na 3700m n.p.m.
Przed wieczorem dociera ekipa Lucyny.
Wokół słyszę narzekania na skutki wysokości. Kogoś boli głowa, kogoś muli, ktoś czuje się niewyraźnie. Ja na razie nic. Zero reakcji na wysokość. Przed zmrokiem ktoś zauważa: tak tu siedzicie, a zobaczcie co na dworze się dzieje!
Wszyscy tłumnie na zewnątrz wylegliśmy. Przestało padać, chmury rozstąpiły się trochę. Poprawa pogody już się rozpoczęła. Wszyscy się cieszą, fotografują i wraca nadzieja, że jednak będzie dobrze i pójdziemy. Przecież jakoś to będzie!!!
Typujemy w otoczeniu, która to skała Prometeusza. Wszyscy mądrzy, a nikt tego na pewno nie wie. Każdy jakąś tam sobie upatrzył. Było w czym wybierać. Gdyby do KAŻDEJ skały, którą KAŻDY wybrał przykuć jednego boga, połowa lokatorów Olimpu cierpiałaby męki.


Jeszcze ostanie przygotowania. Ze względu na kłopoty z niedoborem tlenu, Marek rezygnuje z wyjścia. Idziemy tylko we dwoje. W tej sytuacji lina 60m to nadmiar do dźwigania. Alek tnie linę na 25 metrów.
O 22giej idziemy spać.
Budzik w telefonie na drugą, a niech stracę: 2.05
2013_07_20 sobota
Pierwsza czynność po przebudzeniu to rzut okiem za okno. Pogoda doskonała. Lekki mróz. W nocy słyszeliśmy osuwającą się , kamienną lawinę gdzieś niedaleko. Niebudujące zjawisko:(
Gotowanie, śniadanie, ubieramy uprzęże, robimy zdjęcia przed startem i... poszło.

Za nami jeszcze dwójka obcokrajowców. Nie wychodzą Niemcy, a wyglądali na wyrypiarzy i liczyliśmy, że jakby torowanie - to my za nimi.
Ruszamy wg wskazań gps, nie mamy mapy. Po kilkunastu minutach pierwszy śnieg, zalodzenia - ubieramy raki. Alek narzuca tempo. Idzie się dobrze. Trochę zboczyliśmy ze śladu gps. Piargi usypane z drobnicy są ścięte mrozem i po rozmrożeniu na pewno niebezpiecznie „wyjeżdżają" spod stóp. Już wiadomo dlaczego tędy się nie chodzi. Nie możemy tedy wracać.
Dosyć szybko rozciągamy się w terenie. Do ściany sygnalizowanej w opisach jako osypującej kamienie towarzyszy nam dzielnie Damian. Potem on zostaje, czeka na swoich, a my do przodu. Rozdzieliliśmy się w tym momencie już na stałe.
Za nami wschodzi słońce. Chmury stoją poniżej szczytów. Jeżeli podniosą się do góry to będzie katastrofalne mleko. Na razie jest ok.

Na początku platou osiągamy wysokość 4200m. Alek zaczyna odczuwać skutki wysokości. Puszcza mnie przodem. Idziemy wprost na przełęcz więc mogę prowadzić. Podłoże super. Nie zapadamy się. Przy pierwszej szczelinie mocno przysypanej śniegiem, ale widocznej zaczynam tracić rezon. Wzmaga się wiatr. Lepiej tu poczekać na Alka niż na przełęczy. Może już pora na związanie się liną?

Odłożyliśmy to jednak jeszcze na pół godziny. Dokoła skrzące, gładkie pola śnieżne i stoki, nie naruszone żadnym tropem. My znaczymy pierwszy. Już czuje się pierwsze zmęczenie, ale przed nami widoczna granica cienia. Byle wyjść na słońce. Tam odpoczniemy bo jest zimno pomimo wysiłku.
Związujemy się na wysokości 4300 i zaczyna się podejście na poważnie. Wg śladu gps - na wprost. Ciężko tak iść. Zrobiło się stromo. Trawersujemy zakosami. Od czasu do czasu dziura jak szczelina na stoku. Trzeba omijać w stosownej odległości. Mądre urządzenie mierzy wysokość, ale zdaje się, że nie nabieramy jej wystarczająco. Idziemy na 30 kroków, potem na 20, potem na 15. Musimy odpoczywać.
Z tyłu sznur następnych walczących o szczyt.
Nie skręcają na podejście za nami, idą dalej przez platou, my trawersujemy w tym samym kierunku, ale znacznie wyżej. Widocznie jeszcze bardziej na lewo jest lepsze podejście, ale mamy już za dużo wysokości. Na wypukłej formacji terenu nie widzimy zbyt rozległego otoczenia. Tylko w górze szczyt, nad którym wiatr podnosi śnieżne chorągiewki.
Nie jest już koszmarnie daleko, damy radę. Trawersy nam wydłużają znacząco drogę, ale i stromizna rośnie. Słońce przygrzewa, jesteśmy na nasłonecznionej stronie stoku. Śnieg na razie trwały, ale zbyt świeży by był mocno związany (tak sobie dywaguję). Jeszcze trochę i wyjedziemy na dół z całą ścianą.
Na 4700 rzucam propozycję - czekany w dłoń i idźmy na krechę, najkrótszą drogą. Alek się zgadza. Zdecydowanie dobra decyzja. Teraz już nabieramy wysokości szybciej w rytmie 7czekanów, przerwa. Chciałabym szybciej (bo te lawiny!), ale Alek nie da się oszukać. 7 i musimy stanąć. Nie wiem skąd to się bierze - wysokość na mnie nie działa. Nie odczuwam żadnych skutków niedotlenienia.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów wysokości - niespodzianka. Pojawił się twardy lód. Nie da rady tylko rakiem. Muszę stopnie czekanem wykuwać. Pierwszych kilka dosyć niezgrabnie, niemiarowo na wysokość, potem ok. Na moje szczęście nie było dużo tego lodu, bo tu się zmachałam. Końcówkę przed granią już wystarczyło rakiem dziobnąć porządnie.



Już blisko, tylko kilka metrów i jestem na górze. Grań jak ostrze noża i....
- O, k...! Alek, to nie ten szczyt!!! (sorry za brak parlamentaryzmu, ale tak mi się wyrwało spod serca).
Widzę przełęcz znacznie niżej na lewo i początek sznureczka ludzików skręcających z niej jeszcze bardziej na lewo. Jesteśmy na wysokości sporo ponad 4900 metrów.
Aż siedliśmy z wrażenia.
Tyle wysiłku na nic.

Początkowo granią nie można więc metr poniżej trawersujemy w dół do przełęczy. Tu chwila oddechu. Nareszcie czuję pewny grunt pod nogami. Przed nami osławione 50 metrów stromizny nie robi na nas wrażenia bo my właśnie dopiero co 400 metrów takiej stromizny zrobiliśmy. Rozwiązujemy się z liny. Teraz ląduje ona w moim plecaku. Zmieniamy czekany na kije i wchodzimy sobie na luzie na KAZBEK
.
Jestem na szczycie dokładnie 12.00 Czwórka Rosjan, którzy weszli kilkanaście minut przed nami (przyszli z rosyjskiej strony) już zabiera się do odejścia. Gratulujemy sobie. Kilka minut po mnie dochodzi Alek.

Nie ma granicy naszej radości. Udało się! Daliśmy radę. Góra pozwoliła się zdobyć.

Nareszcie możemy nasycić oczy wspaniałymi widokami. Chmury cały dzień utrzymujące się poniżej naszej wysokości zasłaniają teren, ale nie szpecą krajobrazu. Czynią go atrakcyjnym w inaczej.


Widzimy Elbrus. Myślę sobie: skoro tu jestem to i tam być nie jest niemożliwym. (to perspektywa na zaś)
Nie można zbyt długo pozostawać na szczycie. Wieje silny, mroźny wiatr. Dochodzą następni - ludziki, których obserwowaliśmy za nami.
Zabieramy się do odejścia.
Zejście to jeden wielki trawers w kopnym śniegu. Najchętniej zjechało by się na pupie jak to z Rysów było, ale śnieg za miękki nie pozwala. Alek nawet próbuje, ale nic z tego. Im niżej tym zbocze mniej twarde. Ścieżka śladów tych, którzy podchodzili platou zasypana lawiną. Więc jednak coś wyjechało.
Spadać stąd jak najszybciej.
Na poziomie płaskiego pola śnieżnego robi się gorąco. Poniżej przełęczy rozbija się liczny biwak Litwinów.
Zmrożony śnieg rano był suchy, teraz buty szybko nabierają wilgoci. Człapiemy cierpliwie. Zapadamy się co drugi krok. Jesteśmy zmęczeni, niewyspani i adrenalina już spadła. Uffff... byle do meteo. Szerokim łukiem omijamy niebezpieczną ścianę. Teraz kamienie osypują się nieustannie. Prócz drobnicy spadającej pojedynczo i lawinkami, lecą "telewizory". Niektóre przekraczają ślad ścieżki. Nie mamy kasków, ale choćbyśmy mieli - kontakt z pociskiem takiego kalibru skończyłby się tragicznie. Ich odgłosy wzmagają naszą czujność.
Jeszcze czarny krzyż, potem biały krzyż, meteo już widać i nareszcie koniec.
Jesteśmy „w domu".
Zrobiliśmy tak dużo, że pozwalamy sobie na drugi nocleg w meteo. Nic nas nie goni, mamy czas. Dalsza część pobytu w Gruzji nie była szczegółowo ustalona więc wolno nam wszystko, żaden plan się nie wali.
Zbieramy gratulacje, odpowiadamy na mnóstwo pytań. Ekipa Lucyny startuje jutro. Prognoza pogody nadal jest sprzyjająca więc mają taką samą szansę.
21_07_2013 niedziela
Około pierwszej w nocy ruch na korytarzu obudził mnie. Lucyna z ekipą przygotowują się do ataku szczytowego.
Opuszczamy meteo przed południem. Pogoda piękna. Na pożegnanie Kazbek pokazał się nam zza chmur.


Na lodowcu mijamy karawanę dostawczą do schroniska.

Spotykam przypadkiem idącego z przeciwka Roberta znajomego z Planety i innej wyprawy. Trzeba do Gruzji lecieć by się przypadkiem spotkać bo 500km w kraju to za daleko
.
Na powrót przeprawiamy się przez rzekę.


Te panienki też przez rzekę zamierzają się przeprawić
. Szpilki na Giewoncie, tu sandałki.

Pytają w którym miejscu!!!
Mijamy dużo ludzi idących do meteo, z czego 90% to nasi. Znów mamy blisko świątynię Gergeti.

Zaszliśmy po drodze do baru zjeść i sukces uczcić.


Pierogi kinkali bdb. Znalazłam w tym barze zgubioną przez dziecko zabawkę, plastikowego konika. Koń to dobry omen naszej wyprawy - zabrałam go ze sobą. Mam pamiatkę.

W barze nasi motocykliści! Dochodzi poznana na trasie druga ekipa z Bydgoszczy (nie mylić z Lucyną). Dochodzi ekipa gorlicka. Impreza się rozkręca. Chacha się pije, chacha się tańczy.

Dość powiedzieć, że do Wasilija na nocleg docieramy na 23-cią.
Kwaterunek nie zaczął się od kąpieli i spania, ale to temat na odrębną opowieść.
22_07_2013 poniedziałek
Taksówką wracamy do Tbilisi. Po drodze ciekawostka - miejscowe krowy południową sjestę spędzają na mostach.

Podziwiamy piękne skały z naciekami mineralnymi,
podziwiamy z punktu panoramicznego wspaniałą okolicę, zwiedzamy twierdzę Ananuri.
W Tbilisi wynajmujemy w Hostelu Liberty (polecam bardzo) prowadzonym przez Polaków samochód terenowy (ciasny ale własny). Przepakowanie totalne. Marek - właściciel pozwala nam masę rzeczy zostawić w depozycie. Tu zanocujemy po powrocie. Cena 20 lari za noc, ale stanęło na 15. Kąpiel i w szóstkę ruszmy do Dawid Garega.
Wśród pustkowi, w krajobrazie podobnym stepowemu zatrzymujemy się na kawę, w kawiarni Oasis.

Właścicielem jest Polak!
Biwak mamy pod murem oporowym już w Dawid Garega, które to sioło liczy ze trzy zabudowania. Dlaczego pod tym murem? Bo nieliczni miejscowi twierdzą, że jest bardzo dużo żmij w trawach. Lepiej nie ryzykować.
Dzień kończy się imprezką na murku.

23_07_2013 wtorek
Zwijamy biwak,

Zwiedzamy wciąż zamieszkany klasztor Dawid Garega wykuty w skale

Ja wdrapuję się na grań nad nim i podziwiam niekończący się płaskowyż po azerbejdżańskiej stronie



Zwiedzamy winiarnię z tradycjami, smakujemy różności. Najlepsze jest wino kindzmarauli i koniak. Oczywiście robimy zakupy.
Dosyć późno ruszamy w drogę do Omalo. 70 km, 6 godzin jazdy.
Miejscowi w sklepie o tym uprzedzają i wyrażają odrobinę niepokoju, że już późno jest. Jakoś mi nie wchodzi do głowy jak można 70km jechać 6 godzin, ale niebawem przekonałam się.
Cały czas Mariusz prowadzi, a jedziemy drogą trawersującą zbocza wspinając się na przełęcz 2900 metrów.
W życiu nie miałam jeszcze taaakiej jazdy. Dla mnie chwilami szok. Z jednej strony non stop przepaść. Czasem przekraczamy wodospad, który drogę przecina. Czasem z przewieszonej skały do samochodu woda wpada przez szyberdach. Asfalt był na początku kilka kilometrów, potem co nieco utwardzona droga gruntowo kamienista.Po zewnętrznej, na małych tyczkach znaczniki kilometrów. Po 30-tym już męczące odliczanie. Droga zaczyna się dłużyć bo od słupka do słuka nie jedzie się minutę niestety.


Nie dojechaliśmy. Zapadła noc, zaczął padać deszcz. Zatrzymaliśmy się na nocleg w pierwszym możliwym miejscu, które nie było przepaścią, poniżej przełęczy. Śpimy gratis w dosyć cuchnącym pomieszczeniu, prawdopodobnie z myszami. Brrrr, ale dalej jechać jest zbyt ryzykownie.
24-tego było Omalo. Teraz zbliżyliśmy się do granicy z Dagestanem. Zjazd powrotny, biwak w okolicy Pshvali nad rzeką. Następnego dnia zwiedzamy Mchetę, zwracamy samochód, rozstajemy się z ekipą z Gorlic. Damian, Mariusz i Bartek - dzięki, było super. Szczególne uznanie dla Mariusza-kierowcy, jest w tym świetny.
My natomiast robimy sobie spacer pod hasłem Tbilisi by night.

Spacer (prawie biegiem bo Alek nadaje tempo), kolacja na starym mieście, spacer, winko, spacer, spacer, spacer. Mądre urządzenie pokazało 13,6km.
26-tego jeszcze kamienista plaża w Batumi, miast herbacianych pól, i kąpiel, i zachód słońca nad Morzem Czarnym,

nocleg na plaży pod chmurką. RE-WE-LA-CJA!!!

27-ego wracamy do stolicy. Suszenie, mycie, pakowanie i każdy robi co mu się podoba. Zostawiam Marka i Alka bo z pewnością nie spodoba im się co chcę robić i idę do miasta. Wszystkie sklepy moje
.
Wieczorek pożegnalny, stosowny do okoliczności
z Markiem - właścicielem hotelu Liberty. Opowiadaniom i wspominkom nie ma końca. Rozliczamy się. Płacimy po 20 lari uczciwie, żeby nie robić wiochy bo dobra wola właścicieli przekracza wręcz ludzkie pojęcie. Kilka dni góra naszych betów zalegała im hol lub pokój. Hostelowy samochód odstawia nas na lotnisko. Znów spotykamy Lucynę z Rodzinką. Jeszcze sklep wolnocłowy zdążyłyśmy zaliczyć
.
W Monachium miłe spotkanie towarzyskie, Warszawa, Bielsko i w domu.
Każdy dzień tej wyprawy jest wart odrębnej opowieści, ale wyszedłby za długi tasiemiec.
Świetna wyprawa, było wspaniale.
INFORMACJE PRAKTYCZNE
Taxi: lotnisko - Tbilisi 35 - 40 -50 lari
Kartusz z z gazem w Operze, 450 ml/15 euro
Marszrutka Tbilisi - Kazbegi: 15 lari
Koń do czoła lodowca: 150, do meteo 200 lari
Nocleg w meteo 25 lari
Namiot: 10 lari
Nocleg w Hotelu Liberty 15 - 30 lari
Taxi Kazbegi - Tbilisi: 80-100 lari
Marszrutka Tbilisi - Batumi 20 lari
Nocleg na plaży: - gratis
Bilet na pociąg: Batumi - Tbilisi: 23 lari
Wypożyczenie samochodu: 55$/doba
Chaczapuri: 5 - 8 lari, zależy od wielkości
Pierogi kinkali: 1szt. /1 lari
½ litra czaczy: 5 lari
Butelka kindzmarauli: 15 lari
Piwo - nie wiem
Z kupowaniem jedzenia nie ma problemów żadnych.
Z pozyskiwaniem środków transportu też.
W Liberty dostęp do Internetu, w meteo też jak się poprosi szefa.
POLECAM: http://www.liberty-hostel.com/
https://www.facebook.com/liberty.hostel?ref=ts&fref=ts
29.06.2013r. - sobota
Atak zimy w Alpach zniweczył wyjazd, a plecak spakowany. Co nieco przepakować i siedzieć w domu nie sposób. Zarezerwowany termin nie może przepaść. Dokąd? Wszystko mi jedno. Bieszczady to niezawodny balsam na zbolałą duszę. Jak już w Bieszczadach będę... kto wie, jak sprawy się potoczą? Lepiej mieć niż nie mieć - zabieram paszport i mapy na Ukrainę.
O 11-tej rodzinka zostawia mnie na wylotówce z Nowego Targu i odtąd radzę sobie sama. 12.05 pierwszy bus do Kluszkowców. Cha, cha z 10km. Dobre i tyle. Następny STOP do Starego Sącza, bus do Nowego, autobus do Gorlic. Te już znam z poprzedniego wyjazdu na Ukrainę więc pasuje mi, że kierowca zjeżdża na Glinik. Wysiadam na obwodnicę - rozjazd drogi 28 na Krosno.
10 minut i jadę do Libusza Skrzyżowanie. Tu z przystanku autobus do Jasła się trafił! Z Jasła za godzinę jest do Sanoka. Mogę iść na STOPa, ale wykorzystuję przerwę na zakupy, co w sobotę późnym popołudniem wcale nie jest proste. Czynnego sklepu spożywczego szukam aż do Rynku. Troszkę mnie to irytuje bo plecak waży16kg, a będzie jeszcze więcej. Nie mniej jednak nie mam w nim nic do jedzenia, a nie wiem gdzie dziś skończę. Muszę mieć chociaż chleb i wodę.
Sanoka do Zagórza dojeżdżam podmiejskim i tu kończy się jazda. Postanowiłam dotrzeć na nocleg do schroniska w Komańczy. Jeszcze 32 km. Z buta, ale może trafi się cuś po drodze.
Totalny remont drogi 892 jednak wcale tego nie ułatwia. Mijam Zagórz, mijam Tarnawę Dolną, mijam Czaszyn i nic. Stopa nie ma.

Jestem w Brzozowcu, stopa nie ma. Jest 21.30 - pora rozglądać się za spaniem.

Żadnych ofert noclegowych na budynkach nie widzę, ale to mnie nie martwi - wszak mam namiot. Tylko znaleźć odpowiednie krzaki. Pierwsza próba na wejściu do wsi chybiona, druga tuż za wsią trafiona.
Za ostatnim gospodarstwem, oddzielona od nieruchliwej drogi murem krzaków, na kawałku trawy się rozbijam. Na spokojnie rozglądam się po terenie. W odległości ze 30 metrów mam zagon ziemniaków, ogrodzony drutem przed... dzikami! To nie jest dobra wiadomość. Mam w plecaku jabłko. Zjadam go wraz z ogryzkiem, żeby dziki nie miały czego u mnie szukać.
Podziwiam sobie ostatnie promyki zachodzącego słońca, opada wieczorna mgła.

Zastanawiam się dokąd mnie nogi jeszcze poniosą na tym wyjeździe, ale planu żadnego nie ustalam. Jutro schodzę z szosy.
30.06.2013r. - niedziela
Jest 7.20, piękny poranek i dzień zanosi się pogodny.

Z Komańczy rezygnuję bo musiałabym dojść pozostałe ze 20km asfaltem. Innym razem sentymentalny powrót do schroniska zrobię. Dziś skręcam na niebieski. Przez Suliłę i Chryszczatą dojdę na nocleg w studenckiej bazie namiotowej Rabe. Czynna dopiero od jutra, ale przecież coś tam jest. Woda na pewno.
Skręcam w las po 1 kilometrze. Nieuczęszczany szlak skoro grzyby po deszczu rosną dokładnie na środku scieżki.

Za grzybami grzybiarze i mam jedno z nielicznych zdjęć z trasy.

Ścieżka miejscami zupełnie zarośnięta, nieznaczna. Na szczęście oznakowanie szlaku doskonałe. Niebieskie znaki odświeżone. Tego obawiałam się najbardziej, że będzie słabo oznakowany.

Spokojnie zdobywam Pogary_641m n.p.m. (tu pierwszy błędny skręt, ale jedyny przez cały dzień)
Zdobywam niewidokową i nieciekawą Suliłę_759m n.p.m.

Schodzę na Przełęcz nad Turzańskiem_609m n.p.m. Widzę Chryszczatą i znów zagłębiam się w las.
Podejście na nią daje mi w kość, bo ostro w górę. Przeczytany przed wyjazdem komunikat w necie: bieszczadzkie szlaki śliskie po ostatnich, intensywnych opadach deszczu dokładnie się sprawdza na tym odcinku. Muszę uważać bo zjeżdżam do tyłu chwilami.
Troszkę się ubłociłam.

Chryszczatą_998m n.p.m. zdobyłam o 15-tej. Czas mam bardzo dobry, mogę sobie posiedzieć. Do bazy Rabe już blisko. Mija mnie dwójka młodych ludzi. Oni też do Rabe, ale nie zatrzymują się. Potem dochodzą 2 panie i tak sobie gawędzimy o Bieszczadach. One we wtorek do Lwowa na wycieczkę. To mi podsuwa myśl by z wycieczką granicę przekroczyć. Miałam cały dzień by sobie decyzję o przekroczeniu granicy podjąć. Tu zrobię źródła Sanu i Pasmo Otrytu i jadę na Ukrainę. Sprawdziłam prognozy, od wtorku ma tam być piękna pogoda.
Upalny dzień przyniósł deszcz ulewny po południu. Złapał mnie na ostatnich pięciuset metrach. Zaliczyłam skuteczny poślizg na mokrym konarze przy przekraczaniu potoku i upadek. Na szczęście nie na plecy i nie do wody. Pozbierałam się bez szkód.
Studencka baza namiotowa Rabe pusta, dziko zarośnięta trawami i innym zielskiem do wysokości półtora metra. Ledwo ją widać.
W środku warunki takie, jakie w studenckim wieku ceni się najbardziej - im gorzej tym lepiej. Pod nogami wyboiste klepisko, pajęczyny, koc i folia zamiast drzwi, ale dach szczelny i są miejsca do spania na suficie. Nawet jak zostanę tu sama miśki mi nie straszne.



Po godzinie dochodzą widziani na trasie Michał i Agnieszka. Potem jeszcze szóstka młodzieży z Gliwic, w tym dwa Michały co czyni towarzyskie lapsusy komiczne, zapłonął ogień w kominku i wieczór miło zleciał jak z bicza strzelił. Deszcz ustał i ranek powitał nas słońcem.
1.07.2013r. poniedziałek
Rano na sucho można pozwiedzać bazę. Spać nad Niebiańskim Szczęściem to gratka.

Student, człowiek uczony, nie tylko wysiłek fizyczny ceni. Intelektualny trening w każdym miejscu i o każdej porze w cenie.

Razem z Michałem i Agnieszką idziemy do Cisnej przez Jaworne_992m n.p.m., Wołosań_1071m n.p.m., Sasów_1010m n.p.m.,Osinę_963m n.p.m. i Hon_820m n.p.m. Gorący dzień, ale leśna trasa czyni go znośniejszym. Zajadamy się jagodami na każdej polanie. Urodzaj jest wyśmienity. Przed 17-tą jesteśmy w Bacówce pod Honem. Agnieszka z Michałem zostają. Kusi mnie spanie w izbie, ale nie po to namiot dźwigam by w izbie spać jeśli to nie jest konieczne. Ogląd miejsca namiotowego wyklucza jego rozbicie pod Honem. Podmokły teren, jakieś szambo blisko, głośno i ognisko w bezpośrednim sąsiedztwie. Idę na sprawdzone pole namiotowe Tramp. Tam gorąca kąpiel pewna i w trzeciej dobie udawania, że wykonywane czynności są myciem - konieczna.
Cisna wita mnie po królewsku..."Ostrężyny w kalin cieniu,... poziomki oczy czerwone..."

Wieczorkiem jeszcze spacer i zakupy. Spotykam Michała z Agnieszką. Spotykam 2 panie z Chryszczatej. To pierwszy weekend wakacji. Ruch turystyczny jeszcze nie rozwinął się w pełni. We wsi pustki, knajpy się zamykają po zmroku. Idę spać. Jutro może Bieszczadzka Ciuchcia na Przysłop? Odjedzie przed 11-tą.
02.07.2013r. wtorek
O szóstej już się obudziłam. Poranny rytuał z kawą. Nieśpiesznie. Powiedziałabym nawet leniwie bo czekam, aż namiot trochę obeschnie. 9.40 odchodzę z Trampa. Nie czekam na Ciuchcię. Jadę do Mucznego. Na wprost dojechać się nie da więc z Ustrzyk Górnych przejdę przez Szeroki Wierch, Tarnicę i Bukowe Berdo.
Autobus do Wetliny w sam raz podjechał jak na przystanek przyszłam. Na zamówienie po prostu: mówisz- masz.
Bus z Wetliny za minutę. W Ustrzykach jestem przed 11-tą. Trochę późno! Trasa niczego sobie, a z moim ciężkim plecakiem powinnam brać pod uwagę obsuwy w czasie. Śniadanko w przydrożnym rowie. Już mogłabym iść, zatrzymują mnie 2 telefony natury służbowej i nie do zbycia. Jeszcze pół godziny zwłoki. Na szlaku jestem równo w południe. Nie wychodzi się na trasę o takiej głupiej porze. Daję od początku ostro z buta. Szeroki Wierch_1293m n.p.m. mam z godzinnym wyprzedzeniem prawie!!!

i Tarnicę_1375m n.p.m. Sama jestem zdziwiona.
Mijam kilkanaście osób, ale nie ma źle, natomiast na Tarnicy skądś tłumy. Najkrótszy szlak niebieski z Wołowatego był z pewnością bardziej oblegany. Na szczyt wbiegam lekko jak piórko bo plecak zrzuciłam na Przełęczy_1275m n.p.m.
Na Przełęcz Goprowską schodzą nieliczni. Od tej Przełęczy idę już sama. Mijam 4 osoby z przeciwka. Mnie wyprzedza jedna i Krzemień_1335m n.p.m. oraz całe Bukowe Berdo_1311m n.p.m. mam tylko dla siebie.
Od teraz zwalniam dla oczu radości. Zacne Połoniny Caryńska i Wetlińska i Smerek prezentują się świetnie.

Mam widoki na wschodnią stronę, które w ub roku ograniczały mi mgły.

Z góry rzut oka na Muczne. Pole namiotowe przy największym z obiektów. Ponoć stary, rządowy ośrodek wypoczynkowy. Dziś dostępny dla wszystkich.

Zejście żółtym do Mucznego to superlajtowa bajka. Wysokość traci się bardzo wolno. Las widny, nie zarośnięty podszytem, szlak w lesie szeroki, równy i bez przeszkód typu wiatrołomy czy błoto. We wsi jestem o 18-tej. Rozbijam się przy hotelu. Mam koleżankę na miejscu szukającą zbyt bliskiego kontaktu.

Aż interweniowałam u pani z recepcji, a Pani interweniowała u właściciela mojej niechcianej koleżanki i po kwadransie łańcuch skrótł istotnie. Węzeł sanitarny dla pola namiotowego ma awarię, a dla 1 namiotu nie warto się z nią bawić, więc gorąca kąpiel w hotelowym pokoju. Dodatek nadzwyczajny za dzielność na trasie. Całkowity czas wg mapy 6h 10min. Mój czas 6h. Dla mnie bomba biorąc pod uwagę solidny odpoczynek na Przełęczy, przystanki na trasie i ciężki plecak.
Jutro źródła Sanu.
3.07.2013r. środa
Będzie gorąco. Jak nic nie złapię to 16km asfaltu mnie czeka i dopiero szlak. Niedobrze. Po dwóch kilometrach jednak coś się trafia. Robotnik od budowy leśnych dróg do Tarnawy Niżnej mnie zabiera. Tu kończy trasę, ale mnie trzeba do Bukowca. Namawiam go za opłatą by mnie podwiózł. Najpierw się opiera, że niby w pracy jest, ale ostatecznie dał się skusić na pozostałe 10km. Zapłaciłam gościowi 5 dych, ale dzień mam uratowany. Powrotem na razie się nie martwię.
W budce z biletami pani już jest, kasuje 6zł. Dowozi ją tu samochód więc jeśli na 16tą wrócę to z nią się zabiorę. W drogę więc.
Prognozy były dobre, ale...dzień jest gorący i długi.
Zanim doszłam do Cmentarza w Beniowej zaliczyłam błąd na słabo oznakowanym szlaku. Krótkie zawracanie, a potem już było gucio. Spotkałam Grześka z Anią. Zapowiadają, że oni wolno chodzą, ale jak mi nie przeszkadza możemy iść razem. Wędrujemy wspólnie cały dzień.
Na Cmentarzu w Beniowej

Potem schron BdPN, Ruiny Dworu Stroińskich, Grób Hrabiny.

Punkt widokowy na Sianki po ukraińskiej stronie

Tu pogawędka z naszymi pogranicznikami. Z wycieczkowej grupy raczej we Lwowie nie pozwolą mi się odłączyć. Przez przejście w Krościenku mogę wyłącznie jeśli ktoś mnie przewiezie samochodem przez granicę. Najbliższe przejście piesze jest w Medyce. Mam Sianki w odległości 500 metrów, a muszę przejechać 300km, żeby do nich dotrzeć.
Koniec pogawędki. Docieramy do źródeł Sanu.

Cieniutki ten San na początku, oj cieniutki.
Ładnie wyeksponowany punkt na granicy.

Skądś pojawił się ukraiński pogranicznik. Z nim też krótka pogawędka, chwila odpoczynku i zawracamy. Szlak mało uczęszczany i miejscami mocno zarośnięty. Polany mają trawiastą roślinność wysokości człowieka. Owadów moc. Tną po zbójecku. Mam ich serdecznie dosyć. Bąble rosną i puchną.
Dziś idę na lekko. Mogłabym to zrobić szybciej, ale moje towarzystwo gwarantuje mi odwrót z Bukowca, który jest tylko wspomnieniem z przeszłości i nazwą na mapie. Nie ma tu nic. Zero ludzi. Mają w planie obiad w Mucznem co mi bardzo pasuje bo to dla mnie czas na zwinięcie się z pola. Cały dzień męczy mnie niepewność, że kartusz z gazem wrzuciłam do namiotu, a upał okrutny. Gorąco jak w Sajgonie i czy aby jakiegoś samowybuchu z przegrzania nie uczyni?
O 17.30 jesteśmy przy budce biletowej. Koniec trasy.
W Mucznem zgodnie z planem. Zdążyłam się spakować. Mogę wysiąść w Stuposianach, ale to równie zapadła wieś poza trasą. Jadę do Ustrzyk Górnych. Zawsze to bliżej ludzi. Sprawdzam autobusy do Sanoka na rano. Rozbiję się na polu i jutro do Przemyśla. Jeszcze telefon do domu bo wrócił zasięg polskiej sieci. Może coś dokupić w sklepie, ale... podjeżdża autobus do Sanoka. Mówisz - masz, to ja wsiadam.
Po drodze sprawdzam noclegi. Jest jakiś hotel PTTK w Sanoku. Dzwonię. Pokój dwuosobowy za cenę jedynki. Wyboru nie mam.
W Sanoku jestem o 22.10 Taksówek zero. Radio taxi to dobry wynalazek. Jeszcze zaliczam zderzenie z wiatą przystankową, w którym mój piszczel solidnie ucierpiał o czym przekonuję się dopiero na noclegu. Krew się leje, ale na szczęście nie wyklucza to chodzenia. Idę spać w łóżku. Autobus do Przemyśla za 15 siódma lub 7.15, coś koło tego. Nie zapamietałam.
4.07.2013r. czwartek
Wstałam o 5.30 Pierwsza rzecz telefon na informację PKS, ale nie odbierają. Udaje się dopiero o siódmej. Autobus do Przemyśla odjechał 6.45. Więc jednak był za 15 siódma. Pech
Następny za późno.
Kolejny telefon, radio taxi i gonimy ten do Przemyśla
Ma 25 minut wyprzedzenia, ale autobus nie pędzi tak jak taksówka. Taksometr pokazuje już 80zł. Znów dzwonię do PKS. Gdzie ten autobus powinien być? Na którym przystanku? bo wciąż go nie widzimy?
- W Kuźminie - słyszę w odpowiedzi.
- Jestem w Kuźminie, a autobusu nie ma. Niech go Pani gdzieś powstrzyma, bo nie dogonię aż do Przemyśla. Jedzie przed rozkładem jazdy.
Nareszcie jest. Na taksometrze 110zł. Na ciągłej linii, na serpentynie, pod górę wyprzedzamy autobus. Kierowca rozmawia przez komórkę. Pewnie mu ktoś głowę zmywa. Zatrzymujemy się, błyskawiczna przesiadka i o 9.40 jestem w Przemyślu. Ukraiński autobus do Lwowa jest za godzinę i 25zł.
Metodą lepiej mieć niż nie mieć dokupuję jeszcze 500UAH w kantorze. Mam 1600, ale kto wie co będę gonić taksówką na Ukrainie
. LEPIEJ MIEĆ
.
Jadę busem do Medyki, za 2zł. Odjeżdża jak się zapełni, a zapełnia się szybko. W busie kilka znajomości z Paniami z Ukrainy nawiązuję, objaśniają mnie co i jak, i wszystko staje się proste.
Bazar w Medyce przed przejsciem granicznym.

Samo przejście graniczne nie jest miłym widokiem

I jestem po drugiej stronie w Шегини (Szegini).

Na pewno odwiedzę Użgorod. Rodzinne sentymenty, ale to potem. Teraz stąd się wydostać. Tuż za przejściem namolna i mętna propozycja dojazdu do Sambora za 40 zł lub do Mościsk za 20. Wykręcam się, w końcu spławiam gościa. Zły jest, że nie złapał klienta, a ja się cieszę bo zza rogu wyjechała marszrutka do Sambora. Zatrzymuje się na jedno machnięcie ręką chociaż to już nie przystanek. W sam raz - mówisz-masz, za 15UAH czyli 6zł.
Ciekawy pojazd, taki z naszych lat 70-tych. Maska silnika między kierowcą, a miejscem dla konduktora (tak jak to u nas drzewiej bywało, gdy na polskich drogach jeździły sany lub jelcze "ogórki":)) tu siada pasażer, tym razem ja.
A w ogóle to czas na decyzję. Jadę do Użoka. Z Użockiej Przełęczy przejdę Połoninę Pikuja i sam Pikuj. Następnie Połonina Ostra Hora, następnie Połonina Równa. Plan optimum. Ile z tego się uda - zobaczymy.
Robię zdjęcia w locie. Stan dróg - szkoda gadać. Najczarniejszy z koszmarnych snów.
Ciekawa architektura przystankowa.

Ciekawe widoki po drodze.

12.15 jestem w Samborze. Dworzec autobusowy. Nie ma w ogóle żadnej nawierzchni (jak klepisko w Rabe) za to ludzi dużo, autobusów kursowych dużo, w każdą stronę i bez przerwy.

Dworzec kolejowy prezentuje się znacznie lepiej.

Intensywny ruch pasażerski na obu. Pociągi też są. Dalej mogę autobusem do Turki, albo pociągiem do Użoka. Nie ma takiej stacji, więc ja do Wołoszanki Zakarpackiej, jeden przystanek dalej. Do 14.40 mam czas na spacer po Samborze. Ciekawostki: Stiepana Bandery

a przy bulwarze jego pomnik!

To jednak zdecydowanie inny kraj. Nieswojo się czuję pod tym pomnikiem. Przemykam szybciutko. W parku restauracja - pozwalam sobie na ukraińskie danie: варенки. Nie wiem co to, ale szybko się przekonuję
.

Dużo śmieci w parku, acz przy ławeczkach pudła tekturowe robią za kosze. W niektórych nawet worki foliowe, śmieciowe włożone.
Przez ten park spokojnie na Dworzec Kolejowy się snuję. Sambor nie powalił mnie na kolana. Pani z obsługi Dworca łapie mnie za rękaw i
- Ty do Sianki. Ty wsiadaj.
I wpycha mnie na peron. Jakiś pociąg stoi gotów do odjazdu. Mam jeszcze godzinę!!!
No... nie mam. Czas na Ukrainie o godzinę do przodu. Nie pomyślałam o tym, nie przesunęłam zegarka. Znów miałam komunikacyjne szczęście.
Przed wejściem upewniam się u jakiegoś mundurowego z pociągu (bez munduru, ale w niebieskiej koszuli), że to pociąg do Sianek.
- Tak.
Zajęłam miejsce na drewnianej ławce, przy jakiejś teczce. Mój kolejarz do tej teczki się dosiada.
Kilka stacji i z Wasylem jesteśmy na Ty. Wasyl jest milicjantem, nie boi nikogo! Dziś na „lekkiej bańce". Dyskretnie okazuje się identyfikatorem z kieszeni (moja uwaga na baczność) Miało mi to zaimponować? jedzie do Łopuszanki. To tuż przy polskiej granicy. Rozmawiamy o turystyce i wszystkim, byle czym i niczym. Zdziwienie i trochę takie pogrożenie palcem budzi moja wyprawa solo.
Jak Wasyl przeszedł jednak na politykę... to już mi się odechciało z nim gadać. Wymienia naszych prezydentów trzech do tyłu, premiera po nazwisku. A ten prezydent co zginął w Smoleńsku to przypadek?- pyta.
Cała elita, to przypadek?
Szok. Spadaj Wasyl, ale pozbyć się go nie mogę. W dyskurs wchodzić niebezpiecznie. Dla mnie to katastrofa i kończę temat, a Wasyl wraca do niego jak bumerang.
Nareszcie wysiadł w tej nieszczęsnej Łopuszance czy gdzieś tam, ja za kilkanaście minut dojechałam do Sianek.

Pierwsza twarz na peronie to pogranicznik.
- Dokąd? Was troje?
- Jakie troje? Jestem sama. Zanim zawołał o dokumenty uciekłam mu do budynku dworca i faktycznie dwóch gości z plecakami. Nasi! Na Połoninę Pikuja. Ja też na tę Połoninę!
- Możemy razem?
- Czemu nie? Możemy.
I już mam towarzystwo na ukraińskie bezdroża.
Daniel z tatą Romanem z Rzeszowa. Trafny przypadek, że chcą robić dokładnie to co ja.
Tu miała być przesiadka, ale dziś elektryczki już nie ma. Trzeba inaczej. Z czterech samochodów za budynkiem jeden jest nawet z kierowcą. Chyba nie stuprocentowo trzeźwym, ale zgodził się podwieźć nas na Przełęcz Użocką za 50 hrywien. Za 20 minut bo jeszcze coś musi załatwić. Czekamy.
Nasza podwoda przyjechała zgodnie z umową. Daniel tłumaczy mu, że do cerkwi nam trzeba. Po drodze jeszcze koniecznie sklep. Wody dokupić. Niby jest woda nawet na połoninach, ale ja jej nie potrafię szukać. Lepiej mieć. Mam 2 litry, 2 litry dokupuję + drobiazgi typu ser i cukierki. Do plecaka, który w domu miał 16 kg dołożyłam z 5.
Na Przełęczy facet się zatrzymuje i mówi, że koniec jazdy. Stoi jakiś krzyż/świątek przy drodze, ale to nie cerkiew. Jak do tamtej cerkwi to będzie 80 hrywien.
-Niech będzie. Wybór mamy żaden.
Tym sposobem zjechaliśmy z Użockiej Przełęczy. Piękny, widokowy zjazd.
Wysiedliśmy przy cerkwi. Właśnie wpisano ją na listę zabytków UNESCO. Znikąd pojawił się dziadek, który ją otwiera bez proszenia, pokazuje, oprowadza po omacku niemal bo znacząco niedowidzący jest.

Wszystkie zdjęcia z wnętrza wyszły mi słabe. Pech. Potem jeszcze otworzył dzwonnicę z trzema dzwonami, poopowiadał trochę. Obeszliśmy wszystko detalicznie. Zostawiłam mu datek 15UAH. Chyba znośny.
Po cerkwi ruszamy na trasę.
Skręcamy w drogę do wsi Husny nad potokiem Husny (nie mylić z poprzednim Husne Wyżne).

Przeszliśmy prawie do końca wsi z 5 km. Dolina niezbyt głęboka, ale wąska. Jest duszno, dużo bydła i bydlęcych robali fruwa w powietrzu. Co mnie nie pogryzło w drodze do źródeł Sanu, to mnie dogryza tu z nawiązką. Trudno wytrzymać. Pot leje się ze mnie, ale zakładam polar na ręce. Inaczej się nie da. Panowie okazują się bardziej odporni.
Ciekawa rzecz - idziemy niebiesko wyznakowanym szlakiem, ale nie ma go niestety na mapie.
Po 20-tej kolacja w przydrożnym rowie. Chłopaki wyciągają kotlety domowe
.
Pół godziny później skręcamy z drogi na przełęcz przed Roztoką w lewo, przedzieramy się przez bagienko, pokrzywy i potok na następną drogę, z niej na zbocze. Już minęliśmy Drohobycki Kamień. Bez sensu, że dołem.
Mijamy jedno z ostatnich zabudowań, już na stoku.

I budynek przy nim gospodarczy nieprzeciętnej urody.

Trochę ponad nimi, na granicy lasu jest miejsce na biwak. Zostajemy nad dopływem Husnego. Nocleg u stóp połoniny. Dla mnie rewelacyjne okoliczności przyrody. Gawędzimy jeszcze do późna.
Koniec dłuuuuugiego dnia, pełnego wrażeń i szczęścia w podróży. A będzie się jeszcze działo. Oj będzie. To nie to samo co w Tatry wyskoczyć.
c.d.n.
Nie skończyłam relacji, a o świcie zaczynam następną wyprawę na Wschód. Musicie poczekać Drodzy Czytelnicy. Jeszcze Руна, Руна, Руна...
29.05 - 2.06. 2013
Wszystkie elementy logistycznej układanki spasowały - wyjazd doszedł do skutku. Pikuj_1408m n.p.m. w Bieszczadach najwyższy - piękny i zdobyty!
Przedwyjazdowe detale i trudności - już nieistotne. Wycieczka, która stanowi pewne spełnienie. Było kilka okazji wcześniej i z powodu drobnych właściwie spraw, rezygnowałam. Głupia byłam, inaczej tego określić się nie da.
Kto nie był nie wie co traci (ja też nie wiedziałam). Mój zachwyt sięga nieba.
Prognozy pogody były wątpliwe, ale dobrze, że nie odpuściliśmy.
W czwartek po 18-tej melduję się na noclegu w Gorlicach. Taki sobie. Trafiłam z wyborem jak kulą w płot. Pokój nieciekawy i z wątpliwym aromatem w środku, więc wyszłam szybko na spacer po Gorlicach. Przemaszerowałam miasto wzdłuż i w szerz. Błędem było nie zabranie aparatu.
Z przyjemnością nabiłam kilka kilometrów przez 2,5 godziny. Ładne miasto.
Piątek rano 7.00 ruszamy. Jeszcze przez chwilę wątpliwość na które przejście graniczne się skierować? Ostatecznie decyzja - jedziemy przez Krościenko.
Na przejściu kilkanaście samochodów. Trwa to niespełna godzinę czyli jak na legendy o czasie przekraczania tej granicy - błyskawicznie. Dokonało się moje pierwsze przekroczenie wschodniej granicy kraju. Muszę koniecznie uwiecznić ten historyczny moment i jest pierwsze zdjęcie.


Pierwsza wieś i pierwszy obiekt sakralny jak
perełka. Nawet na Sławku robi wrażenie bo
zatrzymujemy się i robię ładne zdjęcie.
Przyszłość pokaże, że nieliczne ładne, bo
potem już tylko „w locie".

Pierwszy kilometr i... chciałoby się powiedzieć zaczynają się
schody, ale to nie schody - to dziury w drodze.

Dziury w moście.
Na określenie jakości trasy słów brak. Dość powiedzieć, że
grzeszymy narzekając na jakość dróg w Polsce.
U nas czasem się trafia dziura, dwie, dziesięć. Czasem dziurawy
odcinek kilometr, kilka kilometrów!
Tam 130km - same dziury. Po prostu dramat.
Sławek dokonuje ekwilibrystycznych
manewrów za kierownicą.
Aryton Senna wysiada
.
Apogeum dziurawości drogi w centrum Starego Sambora.
Robi się z tego ruch prawostronny,

ruch lewostronny, czasem w poprzek, poboczami na wielu
odcinkach, bo zajeżdżone, gruntowe pobocze gładsze niż to co
zostało z asfaltu. Miejscowi też tak jeżdżą.
Ostatecznie 130km w 5 godzin, z zawrotną szybkością 26km/h.
Dosyć. Przy tych dziurawych drogach takie perły



Panorama na Pikuj z trasy. Jeszcze daleko, ale już wiadomo, że będzie pięknie.
Dojechaliśmy do Husnego, zakwaterowaliśmy się w agroturystyce (nowa inwestycja) „Bojkowska Chata". Jak na górską poniewierkę, śpimy w warunkach typu „wersal".
http://www.karpaty.info/ua/uk/lv/tr/verkhnye.husne/hotels/boykivska.khata/
We wsi biednie i jakoś bardzo staropolsko się wydaje. Zabudowa głównie drewniana.
Lecznica weterynaryjna i sklep spożywczy i wszystkosprzedający


Asfaltu tu jeszcze nie kładziono więc droga ok. Bita droga bez dziur. TWe wsi dwa obiekty sakralne. Kościół? Cerkiew? Nie wiem. Pewnie jedno i drugie.
Nad naszą kwaterą schronisko turystyczne i jest do niego skierowanie z drogi!


Oczywiście zaszliśmy tam. Oczywiście spotkaliśmy naszych z Rzeszowa. Oczywiście nie mogło się obejść bez turystycznej imprezki jak się patrzy. Kiełbaski też były
.
Zanosiło się na nocne Polaków rozmowy, ale o 23ciej opuściliśmy miłe towarzystwo. Wszak jutro czeka nas górska wyprawa, a dziś Sławek cały dzień za kierownicą walczył.

Sobota - wychodzimy 8.20 To nasza kwatera.
Gospodarz wyprowadza nas kawałek na właściwą drogę.
Potem już tylko prosto. Duża leśna droga do zrywki drewna. Nie można się zgubić.
Pogoda na razie niezła. Chmury haczą tylko o Pikuj bo jest najwyższy. Reszta grani na prawo czyli tam gdzie mamy iść w słońcu, błękitne niebo, ale z chmurami. Dosyć mocno wieje. Idziemy z nadzieją, że chmury rozwieje.
Powyżej lasu ścieżka (tylko jedna), ale widoczność się pogarsza niestety.
Na szczycie mleko. Wczoraj była taka piękna pogoda. Dziś jest źle.
Zrobiło się zimno. Załamka. Nie może się okazać, że przejechałam taki szmat drogi po to by w 2 godziny wejść na szczyt i zejść. Sławek też zawiedziony. Chciał koniecznie Tarnicę z pikuja zobaczyć. Nie wierzy w poprawę, ale ja mam nadzieję, że jak zejdziemy niżej, a cała grań z prawej jest niższa o co najmniej 100 metrów, jednak będzie lepiej. Niestety nie poprawia się sytuacja bo ciągle idziemy po płaskim. Sławek jest gotów zawracać. Rany boskie, jest dopiero 11.30 !!!
Rzucam na szalę ryzykowne hasło: idziemy na wprost do 12.00. Jak się nie zmieni to zawracamy. Teraz targowanie:
- Do 11.50
- Nie do 12.00
- Do 11.55
- Niech będzie. Kapituluję. Mam jeszcze 25 minut szansy.
Niebo się do mnie uśmiechnęło. Nareszcie jest zejście, obniżamy się trochę i dostrzegamy błękit. Daleko tej pogodzie do ideału, ale to wystarcza by nie rezygnować
.

Pierwsze widoki na grań. Zapowiada się cudnie. Już z dołu się tak zapowiadało.
Chmury niebezpiecznie nisko, ale wieje. Jest nadzieja. Rozczulający „...wąskiej ścieżki ślad..." Jak widzę te kilometry połonin przed sobą dostaję skrzydeł u ramion. Co tu dużo mówić. Wystarczy popatrzyć na namiastkę rzeczywistości, której zdjęcia nie oddają.


Na ten widok jednak ogarnia mnie niemal wzruszenie? Podniosły nastrój? Motylki...? Czuję się jak w świątyni.

Idziemy w pewnej odległości od siebie co mi bardzo odpowiada. Nie godzi się profanować takich wrażeń rozmową. Byłam przekonana, że nie ma piękniejszych gór niż polskie Bieszczady, polskie połoniny. Myliłam się. Z polskimi zakątkami łączą mnie sentymenty, ale tu skala urody otoczenia bije je na potęgę.
Wspaniale się czuję. Dla mnie połoniny to kwintesencja wędrówki. Jak w niebie.
Wywołałam wilka z lasu - niebo do nas przyszło.
Wiatr zdecydowanie osłabł. Chmur już nie zwiewa. W końcu nas dopadły.
Idziemy wytrwale.
Może jeszcze dmuchnie.
Nie dmuchnęło.
Ściemniło się.
Widoczność zero.
Może jeszcze przeczekać z pół godzinki w miejscu? Może jeśli będziemy trzymać się grani to nic się nie stanie. Tylko, że póki widzieliśmy zabudowania w dolinie, to można byłoby nawet na krechę, ale jak nic nie widać to nic nie można.
Nic z tego. Lunęło deszczem.
W tej sytuacji Sławek ogłosił odwrót i z bólem serca trzeba było dać na wsteczny.

Problem polegał na tym, że mieliśmy określony (opisany) punkt w terenie. Koło krzyża, należało skręcić w prawo by zejść do Libuhory.
Krzyż już był, a skrętu w prawo nie było. Żadnej ścieżki. Albo nie widzieliśmy jej w tej mgle, albo... to nie ten krzyż. Później dotarliśmy do informacji, że na grani są 2 krzyże. Jest jeszcze jeden. Biały! Do niego należało dojść. Ten który minęliśmy był nieistotny.
Na ścieżce było kilka znaków czerwonych. Ktoś prowizorkę malował. Na mapie nie ma szlaku, nie wiemy dokąd on prowadzi. W tej mgle... Bezpieczniej było zawrócić.
Z zasady nie lubię zawracania, ale tu bezradna jestem.
Deszcz się nasilał i słabł, chwilami ustawał.
Niżej, chmury zostawiliśmy za sobą, ale na grani dalej źle było. Schodzimy.
Nie jestem zła. Jest mi smutno. Nawet się porządnie nie zmęczyłam, a tu taki niefart.
Sławek mnie pociesza, że przyjedziemy tu jeszcze raz. Miło z jego strony, ale...
W lesie jest godzina 16-ta. Nie chce mi się wracać. Nie chcę siedzieć w pokoju.
- Będzie ławka w lesie, tam się zatrzymamy deklaruje mój kompan. Jest ławka, stajemy. Lunęło od nowa, idziemy.
JA NIE IDĘ!!!
Zostaję w lesie.
Teraz już mogę bo do domu blisko. Tylko godzinka łagodnego zejścia i jesteśmy na jedynej drodze. Mogę siedzieć nawet w deszczu, byle ta wycieczka się nie skończyła.
Doubieram pelerynę, wcinam kanapkę z deszczem.

Dostrzegam detale, które mogłam ominąć bez zatrzymywania się
.
Jeszcze trafia mi się OKAZJA - kamaz z pniami drzew na pace - a wcale
nie szukałam STOPA. Dziękuję za propozycję i idę sama. Niepotrzebny
mi tu kamaz, ale to nasz gospodarz, więc mu wybaczam.
Przestało padać.
Zanim wyszłam na łąkę przydomową, pojawiło się zachodzące słońce, błękit na niebie. Lepiej późno niż wcale, ale dlaczego tak późno?
Na pocieszenie, na tej łące też sobie posiedzę. Kurtka, peleryna, czapka suszą się na trawie.
Zwlekam z powrotem do tego stopnia, że już zaniepokojony Sławek mnie namierza przez telefon. Pora kończyć wycieczkę. Wieczór blisko.
W domu gospodarze zapraszają na barszcz ukraiński i kielicha
Tak się wita swoich turystów
Nazajutrz mam wyprzedzenie ze wstawaniem i zanim Sławek się pozbierał ja z kaweczką przez mosteczek, za potoczek, na łączkę, na połoniny popatrzyć raz jeszcze z bliska. Piękny dzień.
Droga powrotna - taka sobie. Dziur nie było czyli nudno. Wybieramy trasę 100 km dłuższą, na przejście graniczne ze Słowacją w Użgorodzie.
Pikuj towarzyszył nam potem przez pół drogi. Zdjęcie z samochodu.


Na granicy 3 godziny. Kontrola celna. Nic nie przemycamy, ale
musiałam wygrzebać z plecaka część rzeczy. Przy brudnym i mokrym
ręczniku pani zwątpiła i dała mi spokój. Do tego awaria komputerów. Stoimy jako pierwsi do odprawy, a tu awaria
.
(na marginesie: mam tak paskudne zdjęcie w nowym paszporcie, że jedna celniczka nie chciała dać wiary, że to ja)
Żegnamy Ukrainę.
Na przejściu polskim w Barwinku jesteśmy o 18tej, w Gorlicach o 19tej.
Sławek do domu, ja na stopa.
Mogę wołać transport domowy, ale to niehonorne rozwiązanie i długo by trwało. Wszak to 160km.
Jakoś to będzie.
Pół godziny i do Nowego Sącza okazja jest. Dwójka młodych ludzi, którzy wybrali się na niezamierzone zakupy. Ponieważ im wszystko jedno w której galerii je zrobią, przyjmują moją sugestię by na Węgierskiej, a ta jest na odpowiedniej dla mnie wylotówce
I już. Minuta osiem i jestem w Nowym Sączu.
Metodą sprawdzoną wielokroć czyli krótkimi skokami do przodu.
Z Nowego do Starego Sącza autobus podmiejski, bo akurat podjechał.
Ze Starego do Kadczy, bo kierowca uprzejmie mnie przerzucił za Dunajec, choć sam jechał tylko do Gołkowic.
Potem do Zabrzeża.
Do Krościenka.
Do Krośnicy.
Tu już wątpię w moje powodzenie transportowe, dzwonię po męża by mnie z drogi zdrapał. Nieprzyjemnie jest. Ciemno i pada.
Ale... 10 minut i jadę do Nowego Targu. Oddzwaniam dom-taxi
by tam na mnie czekało i już. Wjeżdżamy na rondo w Nowym Targu, Polskie Radio podaje komunikat: dochodzi 22-ga, powodzie w Czechach.
Byłam w domu.
Opowieści bez końca. Odpaliliśmy ukraińskiego, pamiątkowego szampana (tak o nim myślałam), który okazał się cienkim winem musującym. Wino cienkie, nie cienkie, nieważne. Z Ukrainy było. Mnie smakowało i zaszumiało w głowie jak wiatr na połoninach
.
Wyjazdowe detale i trudności już nieistotne. Przetarliśmy sobie drogę na wschód. Wrócimy tam jeszcze.
Wrócimy na pewno!!!
Dzięki Sławek.
14.04.2013r.
W piątek dostaję informację: wybieramy się w Tatry w niedzielę.
Bez zadawania pytania wiem co to znaczy - na Rysy. W Tatrach nadal solidna zima więc to niemożliwe w moim wykonaniu. Uprzedzając doprecyzowanie trasy, wymyślam i ślę w odpowiedzi różne ciekawe propozycje zamiast Tatr: może na Klak? może na Wielki Rozsutec? może na Tarnicę?
W sobotę schodzę z Babiej, dostaję sms-a: W niedzielę na Rysy. Zapraszamy.
No to stało się.
Nie zadziałało.
W mailu zwrotnym Marek pisze: Klak to pomyłka, a jak powiem Alkowi o Tarnicy to umrze ze śmiechu.
Dlaczego ja na Rysy zimą nie? - bo lawiny!!!
Mój zimowy kontakt z górami zaczął się od Marka. On mnie zachęcił do kursu turystyki zimowej, wysokogórskiej, zabrał na Szpiglasową Przełęcz (sam wszedł na szczyt, ja nie bo...lawiny). Poza tym parę razy na Grzesiu, Rakoniu, Trzdniowiańskim i Starorobociańskim czyli klasyka w Zachodnich.
Koniec. Dalej nie pójdę... bo lawiny!!! Kolega już wielokrotnie o Rysach mówił, ale ciągle ich nie było co mnie bardzo cieszyło, bo to on nie ma czasu, a nie, że ja się boję.
Teraz jest inaczej. W lipcu lecimy na Kazbek.
Musisz zdobywać doświadczenie zimowe! - słyszę, obywać się z zimowymi warunkami!, itp. Dwa tygodnie wcześniej nie poszłam z nimi na Babią "akademikiem" - bo lawiny!!! (minus dla mnie, ale było dopiero co po świeżych opadach). Nie ma mowy.
Chłopcy byli, wrócili, nic się nie wydarzyło, a ja zniesmaczona moim brakiem odwagi zostałam z nosem na kwintę. Jak teraz nie pójdę - moje akcje spadną do zera. Trzeba iść. Ale...lawiny!!!
Świeżych opadów nie było-plus. Jest zdecydowane ocieplenie - minus.
Marka znam. Podkpiwa sobie z moich zimowych obaw górskich bo sam jest w zimowych górach zakochany. Z Alkiem byłam tylko raz, w styczniu na Rakoniu. Jak teraz mój strach zwycięży to mnie gościu skreśli, powie spadaj na drzewo nie na Kazbek.
Przecież oni wejdą, nic się nie wydarzy, wrócą szczęśliwi, a ja znów z niesmakiem do samej siebie będę swoje obawy pielęgnować. Ech...co by tu wymyślić, żeby nie poszli. Może zdarzy się cud.
W niedzielę rano zabierają mnie po drodze. Prognoza się sprawdza, pogoda ładna (pech). Z asfaltu do MOka szczyty w chmurach (Marek jest uzależniony od słońca - może jeszcze nie pójdziemy - liczę po cichu).

Doszliśmy do schroniska. Śniadanie.
Może jeszcze ratownik dyżurny wyjdzie i powie, że niebezpiecznie, że nie można iść i będzie po sprawie - moja ostatnia deska ratunku. (Przed Szpiglasem 2 lata temu tak było. Odwiódł Marka od schodzenia na stronę Piątki) Sama w to nie wierzę, bo sprawdzałam komunikat TOPR. Jest dwójka z tendencją malejącą.
Nic się nie wydarza.
Obserwujemy przez okno przynajmniej trzy osoby wspinające się do góry. To trochę napawa mnie nadzieją, że przecież jakoś to będzie.
Zostawiamy kijki w depozycie, ja robię dobrą minę do tej gry, która mnie nie zachwyca, nie zdradzam się nawet mrugnięciem oka i z fasonem ruszamy wprost przez Staw. Na schodkach do Stawu czwórka innych turystów. Zagadnęliśmy ich, ale oni na Rysy nie, bo zbyt niebezpiecznie z powodu ocieplenia.
Mnie tyle wystarczyłoby do odwrotu, ale na Alku to nie robi wrażenia.
Zresztą jak zawrócić takich gości? Ja się boję, a oni się cieszą.

Więcej - nad Czarnym Stawem 4 panienki zawróciły - „nie idziemy bo tam jest szczelina". Nie wyglądały na autorytety górskie, więc sama z dystansem do tego komunikatu podeszłam i odrobiną zdziwienia, bo nigdy o szczelinie na Rysach nie słyszałam.
My idziemy niestety.
Żaden z moich towarzyszy nawet na sekundę nie wyraża zwątpienia.
Nie mam szans na odwrót. Będę musiała wejść.
Przekonuję sama siebie - przecież oni wiedzą co robią, przecież lawiny nie czyhają specjalnie na mnie, przecież zagrożenie wielkie nie jest, a wszystko to kwestia psychiki. (psycho-filozofoia górska to jest konik jednego z kolegów i powód do dowcipkowania dla pozostałej dwójki:)
Na dole nad Czarnym Stawem niedzisiejsze lawiniska - to dobry znak - nadmierne depozyty śniegu już z góry zeszły.
Ogłaszam sama sobie - koniec rozczulania. Ruszamy w górę.
W naturalny sposób rozciągamy się trochę zachowując tym samym bezpieczne odległości. Powyżej wanty obserwujemy pierwszych, ślizgiem na pupie zjeżdżających z góry. Byli na szczycie, widoczności nie mieli.
Nie podoba mi się to ich ślizganie. Każdy za sobą jakieś drobne obsuwy ciągnie, ale poza tym nic się nie dzieje. Robi się zbyt ciepło. Zdejmuję kurtkę. Na razie jest ok jak patrzę do przodu, ale do tyłu... Czarny Staw już daleko za nami, a do Buli jeszcze daleko.

Jak dojdziemy do Buli, to potem już będzie lepiej, a po wejściu w rysę teren się trochę kładzie. Tak to widzę z dołu.
Alek cały czas z przodu. Napawa mnie pozytywną energią jego obecność. Zachowuję za nim odległość ze 20-30 metrów, ale więcej lepiej nie. Jak jestem blisko to nic się nie stanie.
Robi się gorąco.

Zdejmuję polar. (Żart Marka - na szczycie będziemy topless
) Pierwszy łyk picia i oddech. Nie podoba mi się bo stromooooo.
Śnieg wypełnił żleb tak wysoko, że nabrał niewiarygodnie wielkiej szerokości w porównaniu z letnią porą i okrutnej stromizny.
Nie podoba mi się, że idziemy prawie środkiem. Nic mi się nie podoba.
Następny „ślizgacz" minął nas w drodze na dół.
Co on robi?! W życiu tak nie zjadę.
Dostajemy komunikat, że na szczycie już nikogo nie ma.
Alek zauważa, że jesteśmy teraz jedynymi, którzy prowadzą akcję górską w tym terenie. No... nie wiem czy to powód do radości.
Żeby już była Bula, żeby już była Bula... Wiem, że będzie za zakrętem, ale dlaczego jej jeszcze nie ma? A za mną tak stromo! Jak ja stąd zejdę? Jeszcze nie mamy dwóch tysięcy. Wątpliwości mnie nie chcą opuścić.
Śnieg różny. Miejscami świeży!!! Gdy na dole wiosna mamiła nas deszczem, w górach padał śnieg. To wzmaga niebezpieczeństwo i moje obawy, ale... nie myśleć, nie dołować się, nie tracić morale. Nie oglądać się za siebie bo stromo.
Już mi ciężko chwilami, ale to nic. Cukierek i do przodu. Nie myśleć o zagrożeniu, trzymać się Alka i będzie dobrze. Liczę kroki bez celu i... zaczynam cieszyć się, że już tak wysoko jesteśmy. Dopiero połowa, a nic się nie dzieje, lawiny nie walą. Miłe zaskoczenie. Pozytywne myśli próbują się przebić, ale jeszcze za wcześnie. Jeszcze nie pora na radość. Nie oglądać się za siebie. Przecież ludzie stąd schodzą.
Nareszcie Bula jest poniżej. Znikąd nabrałam pewności, że teraz już będzie dobrze.

Dobrze, że nie ma słońca, temperetura cały czas lekko poniżej zera, ale z drugiej strony niepokojące, że chmury otaczają szczyty coraz niżej. Zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Jakaś odrobina opadu, ni to śnieg, ni grad. Jak się pogoda załamie, to po nas.
Ciągle jeszcze jednak daleko.

W połowie rysy, która miała wypłaszczać teren, a moim zdaniem stromieje on niemiłosiernie, czuję pierwsze oznaki wyczerpania. Od śniadania nic nie jedliśmy. Alek zatrzymał się pod ścianą. Nareszcie otoczenie zawęziło się trochę. Dochodzę, on zwalnia mi miejsce na biwak bo jest wygodne, ale jednoosobowe, podaje komunikat, że mamy już 2400 metrów, jest 13.30 czyli mamy prawidłowy czas i rusza.
Marek już wszedł w rysę.

Alek już z niej wychodzi na przełęcz u góry. Już niedaleko. Tylko 100metrów pionu. Dostrzegam światło w tunelu
.

Ja wcinam szybką kanapkę, herbatę i za nim, ale Alka już nie widać, moje światło zgasło. Przekazuję Markowi komunikat o wysokości i ruszam zwalniając mu miejsce. Marek się jednak nie zatrzymał. Napiera wytrwale.
Nagle - sama jestem na przełęczy. Naruszam czekanem nawis, żeby czasem nie skusił postawieniem na nim stopy, jaszcze parę kroków i jestem na szczycie kwadrans po Alku.
Chwilę zdziwiona tym faktem, ale potem już tylko radość.

Nie chodzi o to, że szczyt Rysów. Chodzi o to, że pokonałam swoje strachy. Marek miał rację. To kwestia psyche, bo przecież nie możliwości fizycznych jak widać na załączonym obrazku.

Jesteśmy na szczycie.
Marek też już jest! Pokonuje ostatni kamień.

Gratulujemy sobie. Chłopaki żałują, że nie ma widoków, ale co mi tam widoki. Ja tu weszłam, strachy odeszły do historii. Jeszcze tylko zejść.
Z powodu pogody na szczycie tylko krótki odpoczynek. Jakoś nikt nie miał głowy do zdjęcia wspólnego, szczytowego.
Tuż przed naszym odejściem weszło dwóch narciarzy od słowackiej strony. Marek przytomnie zauważa, że właściwie powinni jechać przed nami, ale oni dopiero weszli, my zabieramy się pierwsi.
Alek długo nie namyślając się rozpoczyna ślizg na pupie.
Noooo, ja nie będę się wygłupiać.
Niebezpiecznie.
Schodzę parę kroków, kolega już ze 30metrów niżej i na mnie czeka. Samo mi się siadło i mi się jedzie. Staram się ostrożnie, ale jak się zatrzymać??? Łaaaaaa!!!
Przytomnie łapie mój czekan. Już wiem jak to zrobić. Chwila i Marek jest z nami. Zdążył nam zrobić zdjęcie.
Krótkich minut kilkanaści i jesteśmy poniżej Buli, w okolicy wanty.

Wcale niegłupi pomysł z tym ślizganiem. Z zachowaniem pewnej ostrożności, żeby nie wzbudzać zbyt dużej masy śniegu, krótkimi ślizgami na dół jesteśmy na tafli Czarnego Stawu po 50 minutach. Nigdy nie myślałam, że można w takim czasie Rysy opuścić. Narciarze równo z nami. Był po drodze czas na zdjęcia.

Na tafli Czarnego zdejmujemy raki, stuptuty. W jednym bucie śnieg mi się topi. Skąd śnieg w bucie?
Sprawdzam czy na pupie mam jeszcze spodnie czy tylko wielką dziurę, ale jest dobrze
, tylko mokro
. Na drugim brzegu Stawu popas zasłużony. Słońce nareszcie wróciło. W schroniskowym kiosku może kupię skarpetki jakieś. Alek dzieli się swoją zapasową parą. Jest lepiej. Teraz już możemy cieszyć się od ucha do ucha. I cieszymy się. I okazuje się, że mamy statyw, że możemy mieć cały zespół na fotce. Rysy w tle, chmury się podniosły.

I toasty, i gratulacje, i Kazbek już wydaje się pestką. I życie jest takie piękne!
Różnicę poziomów miedzy Czarnym Stawem, a taflą Morskiego Oka pokonujemy sprawdzoną metodą dupoślizgów, i tu ja prym wiodę. Tak się cieszę, że mogłabym wrócić na Rysy
. Chłopaki za mną, dlatego mają fajne zdjęcia.

Ponieważ stuptuty już w plecaku, teraz mam mokro w obu butach. W ogóle wszystko jest mokre. Kurtki, plecaki, w plecaku. Śniegu nabiło w każdy zakamarek, trudno się dziwić.
Na pożegnanie z MOkiem - błękit na niebie się pojawił. W nagrodę dla mnie, że nie wymiękłam
.

Piękna wyprawa.
Jak w to uwierzyć, że zdobyłam Rysy zimą? No, może nie zimą, ale w warunkach zimowych.
Czego ja się bałam? Już nie pamiętam
.
Dzięki Chłopaki
.
26.08.2012r.
Tatry Bielskie, mało „graniaste" - mało ambitnie przedstawiały się w mojej wyobraźni. Na drugą wspólną wyprawę w tym sezonie proponuję Otrhance - zaklepane z Barańca inaugurującego tegoroczny sezon słowacki. Pogoda jednak niepewna, dojazd 100 km z hakiem - Helena proponuje Płaczliwą Skałę. Tylko Bielskie, ale blisko. W razie niepogody nie będzie żal wrócić. No i z mało ambitnych Bielskich wariant „poza szlak" czyni trasę atrakcyjną.
Udało się dojechać bezmandatowo, co wcale takie oczywiste nie jest.
Poranna pogoda w porządku. Nic nie wskazuje na burzowość zapowiadaną w prognozach. Zaczynamy ze Zdziaru. Szlak na zielono na jednym z budynków przy parkingu. Na łące traser zimowy z wyblakłym znakiem. Dobrze, że Helena zna drogę bo sama nie wpadłabym na to, którędy szlak dalej prowadzi. Z drogi się schodzi w miejscu bliżej nieokreślonym, nieoznakowanym i niewydeptanym czyli ja nie zeszłabym na pewno.
W lesie znaki zmieniają się na czerwone, co nas zadziwia bo czerwonego szlaku w tej okolicy, na tę stronę nie ma na mapie. Zielone, skośne (od ścieżki dydaktycznej), a szlakowe czerwone! Przy którymś z kolei zauważyłam, że to dawniej zielony przemalowany na czerwono. Znakarze niezbyt precyzyjnie wykonali robotę. Mapa ExpessMapu wydana w 2009 roku jeszcze dodatkowo określa ten szlak jako jednokierunkowy, co też jest już nieaktualną informacją.
Początkowo luzik Doliną do Regli, potem ostre podchodzenie do Szerokiej Doliny i na Szeroką Przełęcz.

Słońce po plecach nieźle grzeje, pot się leje, ale jest pięknie. Widzimy ścieżkę trawersującą zbocze, którą mamy iść. Płaczliwa Skała prezentuje się wspaniale i coraz bliżej.
Ludzi nie ma. Tylko 1 człowiek nam się trafił na dojściu i chwilę na Przełęczy.

Dla mnie dopiero teraz zaczyna się ciekawe.
Szczyty nad Kieżmarską Doliną przyciągają chmury, ale to tylko dodaje uroku krajobrazowi.

Gorzej, że chmura zahaczyła też o Płaczliwą, ale to z kolei chwilowe jest zdarzenie, więc... do przodu!
Gość sobie poszedł w lewo, my w prawo. Ścieżka sama prowadzi.
Błękit na niebie zachęcający. Trzeba przerzucić się przez to żeberko.

Za żeberkiem ścieżka w trybie pilnym rozmyła się w trawach i skałach. Teraz już tylko w górę, więc „idziemy ławą". Wystromiło się okrutnie, ale przed nami tylko 1 szczyt więc problemu nie ma.
Tylko mgły zaczynają podchodzić również z tyłu, od strony Doliny Szerokiej. Chmura na szczycie nadal stoi.
Coś jakby osaczają nas te mgły wokół. Na wszelki wypadek nakazuję sobie zapamiętać w jakim momencie zaczęłyśmy bezścieżkowe podchodzenie, bo trzeba będzie na ścieżkę wrócić. Zapamiętujemy osuwisko w żlebie, dwie linie skał powyżej - nie ma sprawy. Podeszłyśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów i ... mgły nas zamknęły.
Koniec wycieczki.
Przeczekujemy. Przecież jak szybko przyszły, tak szybko odejdą. No, ale z tym odchodzeniem wcale nie jest tak szybko.
Już nie widzimy żadnych punktów orientacyjnych w terenie.
Już nie wiemy gdzie na ścieżkę skręcać.
W ogóle siebie ledwo widzimy.
Do tego słońce zgasło zupełnie. Warstwa mgły jest taka gruba, że zrobiła się szarówka.
Helena ma jeszcze głowę robić zdjęcia. Ja mam już tylko cykora. Nic tylko siąść i płakać.

Jeżeli pójdziemy w górę, a sytuacja się nie zmieni - w życiu romana nie trafimy. Póki jeszcze jako tako pamiętamy jak szłyśmy - zawracamy.
Jakoś nam się udało do ścieżki dojść. Przez jakieś żeberko (czy aby to!?) na powrót przerzucić, ale ścieżka nagle rozwidla się. Nie było zadnego rozwidlenia ścieżki! Wybieramy prawą. Znajduję znak żółtego szlaku!
Helena! Nie tędy droga. Znaków nie było.
Doszłyśmy na wysoką skałę i dalej prosto nie można. W prawo, w lewo - lepiej nie ryzykować. Zawracamy do rozwidlenia.
Teraz wybieramy lewą odnogę.
Przechodzimy pod ową ogromną skałą.
Ja jej nie widziałam. Kierunek ścieżki mnie nie pasuje, ale ja nawet przy 100% widoczności kierunki mam pomylone. Gorzej, że Hela też tej skały nie widziała, a skała nad nami jak niezłe urwisko!
Nie szłyśmy tędy.
Ja: Zawracać!
Helena: podejdźmy jeszcze trochę, może coś zorientujemy.
W tej mgle niczego się nie zorientuje.
Większych od nas taka pogoda zatrzymywała. Kukuczka na Cho Oyu, czy Dhaulagiri gdy schodzili przy zerowej widoczności (bo pogoda i noc) zdecydował „kibel" na ośmiu tysiącach, choć rano okazało się, że zatrzymali się 100 czy 200 m przed namiotami.
Proponuję zawrócić do rozwidlenia, póki jeszcze wiemy gdzie ono jest, oznaczyć jakoś to miejsce i dopiero próbować, a jakby co wrócimy do naszego znaku i będziemy czekać na boskie zmiłowanie.
Tak też zrobiłyśmy.
Na rozwidleniu ścieżki „ubieram" jeden kamień w moją czerwoną opaskę na głowę i ryzyk fizyk - idziemy na powrót lewą odnogą.
Za rzeczoną już skałą ścieżka nie do poznania. Helena dobrze mówi, że szłyśmy zachwycając się szerokim otoczeniem, nie zwracając uwagi co mamy pod nogami i dlatego teraz wszystko czyni nam ogromne zdziwienie.
Jeszcze ze 200 metrów i jest znak charakterystyczny. Ponumerowane kamienie. Ja obserwowałam je od liczby 1035 do osiemset parę i teraz są ponownie. Jesteśmy uratowane, to dobra droga.
Na długo przed - słyszymy liczne, ludzkie głosy na Przełęczy. Nawet się nie zatrzymujemy, bo to jakaś wycieczka w stylu PTTK. Do Kopskiej Przełęczy idziemy w towarzystwie i koszmarnej mgle.

Nad Białym Plesem Kieżmarskie, Jagnięcy w chmurach, Jatki na błękitnym tle. Zupełnie inna bajka.

Zielonym do Chaty Plesnivec. Poniżej schroniska super lajtowe zejście, ale żeby nie było nudno idziemy na skraju terytorium burzy więc jeszcze zmokłyśmy, za to grzmoty skutecznie zadziałały na nas motywująco do przyśpieszenia tempa marszu. W Tatranskiej Kotlinie prawie godzina czekania na autobus. Trochę pada i jest zimno. Samochód mamy 10km bliżej domu. Doczekałyśmy się jednak.
Tak rączo wsiadałyśmy do niego, że zostały na przystanku kijki Heleny. To jednak żaden problem nie był. Wróciłyśmy po nie samochodem (jeszcze były) i już
Nie wszystko się udało, ale doświadczenie i emocje - rarytas.
Takie niby mało „graniaste" Tatry Bielskie - nic bardziej mylnego.
Na odchodnym w Bukowinie zatrzymałyśmy się żeby zrobić takie zdjęcie.

Wspaniały widok.