Members blog Piotr Malinowski
Dzień 4: 19.08.2014
Schodzimy! Pogoda się kompletnie popsuła, chmury wszędzie i kropi deszcz. Budzimy się o 5 - hałasuja grupy wychodzace na górę. Przeczekujemy, jemy śniadanie i na dół. Zakładaliśmy przejście przez góry ale odpuszczamy - nic nie widać - i zamiast tego idziemy dolina do Johannishütte i do wylotu doliny, a potem wzdłuż zboczy do parkingu.
Odległość okazuje się okrutna - trochę nie spodziewaliśmy się takiego oddalenia. Idziemy, idziemy, idziemy... Po drodze świstaki, w tym jeden odważny dopuszcza nas na jakieś 2 m od siebie - ma sesję zdjęciowa. Idziemy dalej - las modrzewiowy - łaka - las - rydze - krowy - łaka - las... Obrazek niemalże kiczowaty :) A my ciagle góra - dół ścieżka wśród zieleni. Prawie ciagle pada. Zieleń, zieleń, zieleń - po 3 dniach wśród skał wyglada aż nierealnie. 1800 metrów zejścia, potem ponad 700 metrów podejścia. o 16 docieramy do parkingu i - zawadzajac o supermarket (ser!) - wracamy na znany nam już camping Replerhof kończac pierwszy etap naszego Tour des Alpes. Oblewamy sukces i idziemy spać.
Podsumowanie:
Start: Defreggerhaus (2962 m n.p.m.)
Koniec: parking Bodenalm
Najniższy punkt: gdzieś po drodze, ok 1100 m n.p.m.
Najwyższy punkt: Defreggerhaus (2962 m n.p.m.)
Trudność: bardzo łatwe - ścieżka.
Pogoda: deszcz i około 10'C cały dzień
Dzień 3: 18.08.2014
Dzisiaj wyjście na Großvenediger! Pierwszy z zaplanowanych przez nas "większych" celów. Budzimy się około 5 rano, podobnie jak całe schronisko, wcinamy górskie liofilizowane śniadanko i w drogę. Na zewnatrz mróz - ziemia zlodowaciała, szron, wokół pełno grup z przewodnikami idacych na szczyt. Mijamy je i wchodzimy wałem moreny szybko pod górę. Pojawia się Słońce i robi się przyjemnie ciepło.
Dochodzimy teraz do drugiego jęzora lodowca Mullwitzkees. Uzbrajamy się w raki, linę i czekany i ruszamy pod górę - na poczatku kompletnie płasko po dobrze wydeptanej ścieżce (choć sa na niej ze 2 szczelinowe niespodzianki), podziwiajac widoki. Grupy teraz nas doganiaja i pędza przed siebie - puszczamy ich przodem, mamy czas.
Jakieś 1,5-2 km dalej rozpoczyna się podejście zygzakami pod przełęcz Rainertörl. Błyskawicznie doganiamy grupki, które wyprzedzały nas na płaskim (część idzie bez raków!) a teraz nie maja siły podchodzić. Zostawiamy kilka "tramwajów" za soba i skręcamy w lewo w kierunku szczytu. Tu już nie ma szczelin, ścieżka idzie zygzakiem na grań - zostało 200 m przewyższenia. Widoki fantastyczne!
Powietrze rzednie, idziemy wolno, ale i tak znacznie szybciej od większości wspinaczy. Na samej grani zaczyna bardzo mocno wiać - czapka, kurtka, kaptur i rękawice niezbędne. Bardzo zimno. Jeszcze kawałęczek grania i jesteśmy na szczycie; sporo ludzi - ciężko się mijać, robimy kilka zdjęć i zaczynamy zejście. Temperatura pewnie około -15'C.
Schodzimy na przełęcz i kierujemy się teraz na Rainerhorn, aby przez Hocher Zaun wrócić do schroniska okrężna droga. Niestety zbieraja się chmury i po kilkuset metrach decydujemy się zawrócić, bo cały lodowiec tonie nagle we mgle. Po chwili widzimy już tylko ślady na kilka metrów a poza tym nic - nie wiadomo gdzie góra, gdzie dół... Idziemy trzymajac się wcześniej wydeptanych śladów do głównego szlaku, a potem już dobrze udeptana droga w dół - nadal nie widać kompletnie nic. Nieco poniżej przełęczy nagle rośnie temperatura - nie nadażamy zdejmować ubrań. Coś zaczyna majaczyć we mgle, widoczność poprawia się do kilkudziesięciu metrów. Powoli dochodzimy do moreny - zdejmujemy sprzęt i wchodzimy na garb. Tu już nie ma mgły ale jest chłodniej - schodzimy z powrotem do schroniska. W nagrodę sernik :)
Podsumowanie:
Start: Defreggerhaus (2962 m n.p.m.)
Koniec: Defreggerhaus (2962 m n.p.m.)
Najniższy punkt: Defreggerhaus
Najwyższy punkt: Großvenediger, 3670 m n.p.m.
Trudność: prosta wydeptana droga, ale trawers lodowca - konieczny sprzęt! szczeliny! Utrudniona orientacja we mgle.
Pogoda: bardzo ładna, bardzo zimno, temperatura rano -5'C, w dzień max ok 30'C na lodowcu w czasie powrotu, na szczycie -15'C z wiatrem, wieczorem około 0'C (w schronisku 6'C)
Dzień 2: 17.08.2014
Nasze obawy pogodowe rozwiewaja sie po spojrzeniu za okno - "żyleta" - ani jednej chmurki w zasięgu wzroku i pierwsze odblaski wschodzacego Słońca gdzieś na szczytach gór. Jemy nasze górskie liofilizowane śniadanie i wyruszamy na szlak - wyglada na to, że jako pierwsi ze schroniska. Zimno nieprzeciętnie - grunt twardy jak skała, potoki pozamarzały - musiało być w nocy z 10 na minusie, a i teraz około 7 rano szczypie mrozek...
Nasz szlak prowadzi najpierw na przełęcz Wallhorntörl (3048 m n.p.m.) - poczatkowo wygodna ścieżka, po jakimś czasie zanika wśród kamieni i śniegu, który napadał tu wczoraj. Pojawiaja się za to świeże ślady - znak, że ktoś już wyruszył przed nami na ten sam szlak. Za nami pusto.
Zakosami, zakosami, ścieżka pnie się w górę po kamieniach. Dogania nas Austriacka para - miejscowy przewodnik górski z koleżanka - też ida nasza trasa, ale mocno na skróty. Za nami otwiera się wspaniały widok na Dolomity.
Osiagamy przełęcz, teraz szlak odbija w prawo, biegnac tuż pod grania w kierunku szczytu Weißspitze. Przybywa śniegu - robi się ślisko; trawersujemy niewielkie pole śnieżne i dalej pod górę - coraz ostrzej. Trochę zaczyna brakować tlenu, ale w tym momencie osiagamy szczyt położony na 3330 m n.p.m. Pamiatkowe zdjęcia - i schodzimy ta sama trasa na przelecz; warunki się pogarszaja, bo ze wzrostem temperatury rozmięka grunt i cały szlak zaczyna się obsuwać spod nóg - trzeba bardzo uważać na spadajace kamienie!
Z przełęczy spuszczamy się ubezpieczonym lina szlakiem na lodowiec. Teraz trzeba zapiać raki, spiac się lina i przygotować do trawersu lodowca Mullwitzkees w kierunku schroniska Defreggerhaus. Szlaku jako takiego nie ma, musimy iść na azymut, omijajac szczeliny; przez niektóre z nich przychodzi nam skakać - na szczęście sa waskie i nie przysparza to problemów, ale adrenalina podnosi się i tak.
Zmęczeni kluczeniem i badaniem terenu (śnieg przysypał część szczelin i na turystę czekaja niespodzianki) docieramy na druga strone lodowca. Teraz po skałach próbujemy odnaleźć szlak do schroniska, ale nie jest to proste zadanie - wynosi nas zbyt wysoko i musimy schodzić z powrotem. W końcu, tuż przed 17:00 dochodzimy do chaty. Jemy kolację, spisujemy wrażenia i pakujemy się do śpiworów. Łyczek rumu z piersiówki (ale dopiero w śpiworze!) bardzo poprawia nam termikę - w schronisku jest około 6'C!
Podsumowanie:
Start: Eisseehütte (2521 m n.p.m.)
Koniec: Defreggerhaus (2962 m n.p.m.)
Najniższy punkt: Eisseehütte
Najwyższy punkt: Weißspitze, 3330 m n.p.m.
Trudność: średnio na Weißspitze, ślisko; potem trawers lodowca - konieczny sprzęt! szczeliny!
Pogoda: bardzo ładna, bardzo zimno, temperatura rano -5'C, w dzień max ok 10'C, wieczorem około 0'C (w schronisku 6'C)
Dzień 1: 16.08.2014
Poprzedniego dnia wieczorem dotarliśmy do górskiej miejscowości Prägraten am Großvenediger i ulokowaliśmy się na campingu Replerhof. Poranek budzi nas zimny i wilgotny, ale pogoda zapowiada się nieźle - pakujemy rzeczy i jedziemy na parking Bodenalm - zaoszczędzi nam to podchodzenia ok 500 m przewyższenia po szosie i jakieś 1,5 godziny.
Parking kosztuje nas skromne 10 EUR ale możemy za to stać tu tydzień. Zabieramy plecaki i ruszamy w góry.
Droga poczatkowo mało dzika, taki spacerowy chodniczek. Można pójść skrótem, ścieżkami przez rzedniejacy las modrzewiowy. Po drodze Jausenstation Bodenalm, czyli coś na kształt niewielkiej restauracyjki w górach; większość spacerowiczów dochodzi właśnie tutaj. Nasza ścieżka biegnie dalej, zakosami podchodzac do zawieszonej nieco wyżej dolinki Timmelbachtal.
Nadal jest tu dość "cywilizowanie"; droga idzie dnem doliny, widać jakieś prace przy umacnianiu mostów, maszyny służace do naprawy szlaku po lawinie itd. Dopiero po około 2 godzinach od wyruszenia z parkingu, ścieżka zaczyna się wyraźnie wspinać pod górę. Ludzi też już ubywa, za to widzimy kozicę. Nieco wyżej - zaczynaja pojawiać się świstaki. Pogoda zaczyna się pogarszać, zbieraja sie chmury i wzmaga się zimny wiatr. Zaczynamy odczuwać braki aklimatyzacyjne - to w końcu pierwszy dzień, a wysokość zbliża się do szczytu Rysów. Idziemy sobie niespiesznie, pokonujac kolejne trawiaste zakosy i obserwujac bawiace się świstaki (w tym sporo młodych!).
Schronisko Eisseehütte (2521 m n.p.m.) osiagamy po mniej wiecej 3 godzinach od wyjścia z parkingu. 100 m przed chata łapie nas nagła śnieżyca i w takim to niemal zimowym klimacie wpadamy się rozgrzać. Kiełbaska z rusztu i pieczone ziemniaki dość szybko podnosza nas na duchu i postanawiamy pójść jeszcze na spacer do pobliskiego jeziorka Eissee położonego nieco powyżej schroniska.
Ścieżka nad jeziorko przechodzi przez skalny garb (wiatr, zimno) i schodzi ostro nad sama tafle wody. Towarzysza nam krótkie ale gwałtowne śnieżyce, temperatura spada do około zera. Samo jeziorko bardzo ładne, położone na 2661 m n.p.m.; przejście przez garb powyżej 2700 m. Taki spacerek aklimatyzacyjny - powrót nieco inna droga i jeszcze na koniec obserwacja świstaków mieszkajacych 50 m od schroniska.
Ciagle bardzo zimno i śnieży; mamy nadzieję na poprawę pogody na kolejne dni...
Podsumowanie:
Start: parking Bodenalm, ok 1800 m n.p.m.
Koniec: Eisseehütte (2521 m n.p.m.)
Najniższy punkt: parking
Najwyższy punkt: garb przed Eissee, ok. 2700 m n.p.m.
Trudność: bardzo łatwe - cała droga ścieżką.
Pogoda: zmienna i zimno, temperatura rano 3'C i wilgotno, w dzień ponad 15'C, wieczorem około 0'C i przelotne śnieżyce.
Ahoj przygodo!
Już za chwileczkę, już za momencik.... kolejny wyjazd :) Tym razem jakże "cywilizowane" Alpy: trochę Austrii, trochę Włoch, trochę tysięcy metrów przewyższenia... :)
Więcej po 30/08 :)
...i tak to zakończyła się główna część naszej wyprawy po Pirenejach. Kolejne 2 dni spędziliśmy w Bagneres-de-Luchon i okolicach.
Dzień 11: 28.07.2013 - Luchon
Ten dzień spędzamy na zwiedzaniu miasteczka. Odpoczynek przede wszystkim - kręcimy się po deptaku i rozglądamy za miejscowymi specjałami. Jak wszędzie, 90% typowych "pamiątek" to chińszczyzna, ale zdarzają się też faktycznie miejscowe wyroby: głównie serwety, haftowane ręczniki itp. oraz miód, wino, dżemy z gór, sery i wędliny. Kwestia wyboru jeszcze do zastanowienia się.
Miasteczko po powodzi podniosło się wyjątkowo sprawnie - dopiero miesiąc minął, a śladów jest już niewiele - głównie w pobliżu potoku. Klimat niezwykle przyjazny - najwyraźniej hasło, którym miejscowość się reklamuje "przyjedziesz w góry, wrócisz do ludzi" nie jest przesadą.
Popołudnie spędzamy na campingu porządkując rzeczy, zapiski z wyprawy i dając nogom święty spokój.
Dzień 12: 29.07.2013 - Luchon - Saccourvielle - Luchon
Dzień odpoczynku, a nas już nosi. W planie spacer (bo inaczej ciężko to nazwać) do osady Saccourvielle położonej kilka kilometrów od Luchon. Ruszamy leniwie, bez bagażu (tylko z wodą) i wędrujemy najpierw do Boulangerie (czyli do piekarni) celem zaopatrzenia się w kanapki i coś słodkiego na drogę. Następnie ruszamy w górę: Saccourvielle leży nieco powyżej Luchon w bocznej dolinie.
Szlak wchodzi przez las ciasnymi zakosami w kierunku Cazaril, pokonując około 200 m przewyższenia. Nogi rozgrzewają się bardzo powoli: chyba przestawiły się już na odpoczynek poprzedniego dnia. Ale nie mają wyjścia i muszą ciągnąć - w końcu rozkręcamy się i idzie się nieźle.
Las, las... przed samym Cazaril wychodzimy na trawiasto-krzewiaste stoki. Samo Cazaril to mikroskopijna miejscowość przytulona do zbocza, zamieszkała ale teraz kompletnie pusta. Dalej drogą, przez las i po łące - czysta przyjemność spacerowa. Po drodze baszta obronna.
Saccourvielle to kolejna mini-miejscowość składająca się z kamiennego kościółka, ze 2 domów i stareńkiego psa. Bardzo urokliwa, choć pewnie zimą odcięta od świata... Idziemy dalej. W międzyczasie komiczna scena: z naprzeciwka idzie grupa około 8 turystów, muzealny pies wybiega im na spotkanie poszczekując co wprawia grupkę w stan zbicia się w nerwowe stadko i naradę co dalej. Kosmos. Idziemy dalej.
A dalej to już droga w dół do szosy, potem kawałek szosą i odbijamy na ścieżkę w las po drugiej jej stronie. Ścieżka - jak często tutaj - wąska, a zbocze strome. Docieramy tak do Luchon i idziemy na zakupy pamiątek (tych sensownych). Wycieczka, mimo skromnego opisu, zajęła prawie 6 godzin, więc całkiem uczciwy spacerek. Wracamy na camping i pakujemy się wstępnie - jutro do Tuluzy.
Dzień 13: 30.07.2013 - Tuluza
Jedziemy do Tuluzy i wczesnym popołudniem docieramy do miasta. Trochę zwiedzamy i do hotelu - a następnego dnia na lotnisko i do domu :)
Podsumowanie:
W 10 dni przeszliśmy łącznie nieco ponad 90 km, niosąc na plecach po około 20-25 kg. Kilka rzeczy nam się nie udało (Posets, Perdiguero), było coś nieplanowanego (Aneto) - więc bilans wychodzi nieźle. Pireneje zaskoczyły nas trochę swoją wielkością i dzikością i w zasadzie trzymanie się jakiegokolwiek wcześniej ustalonego planu byłoby bez sensu.
Doszliśmy też do wniosku, że lepiej jest jednak poruszać się z lżejszym bagażem i bardziej zdać na schroniska - podzielić np. 2-tygodniowy wyjazd na 3 parudniowe "skoki" z lżejszym plecakiem podczas gdy główny bagaż czeka na dole - potem zmiana okolicy i znów "skok".
Przykładowe koszty:
Parę przykładowych kosztów przydatnych przy planowaniu podróży:
Pociąg Tuluza-Luchon 22 E/os lub 10 E/os w taryfie Tickemouv (po prostu niektóre pociągi są tańsze, inne nie)
Gondolka na górę w Superbagneres 7 E/os
Butla gazowa 450g : 8,40 E
Kawa: 1-1,50 E
Kanapka: 3-5 E, zależy, gdzie
Obiad (Luchon) 14-17 E/os (3 dania)
Nocleg na campingu 12-15 E (2 os+namiot, zależnie od campingu)
Cydr (dobry) 2,50 E/but; kiepski: 1,50 E/but (czymśtrzeba oblać zakończenie wyprawy)
Wino: 3-5 E/but jest OK
Hotel w Hospice de France: noc 50 E/pokój, śniadanie 5 E/os, deska serów/wędlin 5 E, piwo 2 E
Obiad w La Besurta: 15 E/os (3 dania)
podsumowując, koszt wyprawy zależy głównie od biletu na samolot... :)
Dzień 9: 26.07.2013. Hospice de France (1385 m n.p.m.) - Luchon
Mniej więcej raz w trakcie każdej wyprawy nadchodzi taki dzień, który jest jej ostatnim. Ten nie miał (jeszcze) nim być, ale postanowiliśmy jednak zakończyć naszą górską działalność nieco wcześniej. Ale jak kończyć, to w dobrym stylu - pod względem odległości, tego dnia przebyliśmy najwięcej kilometrów :)
Ale najpierw śniadanie. Świeże pieczywo, czekolada do picia, kawa i dżem (chyba wymietliśmy całą konfiturę figową...). Gospodyni mówi nam, że popołudniu ma się zepsuć pogoda - faktycznie już parę dni nie padało, pora na jakąś ulewę ;) Chcemy iść wzdłuż grzbietu głównego, przez kocioł Cirque de la Glere i przełęcze Sacroux i Pinata a potem zanocować w schronie, aby kolejnego dnia zrobić jeszcze kółko po okolicznych górach i definitywnie zejść doliną du Lis do Luchon. Ponoć coś jest nie tak z drogą do Cirque de la Glere, ale gospodyni dokładnie nie wie, co - tylko tyle, że śnieg i że ktoś tam się wycofał. No nic, zobaczymy. Osiołki usiłują pożreć nam plecaki...
Dobrze przespana noc i ładunek cukru z rana dodają sił i sprawnie ruszamy o 9 ścieżką przez las. Ścieżka jest wąska, ściany strome - idzie się przy koronach drzew rosnących 3-4 metry w poziomie od dróżki. Lepiej się nie poślizgnąć! Malowniczo. W pewnym miejscu słyszymy brzęczenie much a po chwili na ścieżce czeka na nas niespodzianka, która definitywnie zamyka temat spania w namiocie w tej okolicy...

Ścieżka idzie wciąż przez las mijając kolejne rezerwaty, o czym informują tabliczki. W pewnym miejscu wychodzi na trawiaste zbocze i przecina strumień.
No, może nie do końca. Ścieżki nie ma, a w korycie strumienia leży parumetrowa warstwa śniegu. Żeby nie było tak prosto - oddzielona około metrową szczeliną od gruntu po obu stronach. Skakać nie będziemy, bo brzegi kruche, oberwą się i spadniemy pod spód. Trzeba to jakoś obejść.
Obejść - czyli wspiąć się jakieś 30 metrów w górę po trawie (nachylenie stoku nadal takie jak 2 akapity wyżej ;) ), zejść na śnieg, przetrawersować (nadal stromo) i zejść po drugiej stronie (nieco mniej stromo). Luzik.
Wejście podłe - wszystko się sypie, a w trawie nie widać, na czym stawia się but. Ale już nie takie przechodziliśmy, co to dla nas (tak naprawdę to było technicznie najgorsze podejście całej wyprawy, choć króciutkie). Wszystko się ślizga, obrywa, jedzie w dół. Jakoś się wciągamy. Teraz śnieg - pojedynczo, nie jest ślisko bo naniosło kamieni, patyków i innego towaru ale wygląda krucho. Może lepiej, aby 2 osoby na raz nie były na tym polu. Potem w dół - zjazd niemalże po stromym żwirze. I znów ścieżka - uff.
I dalej las i rezerwaty. I ścieżka jakby nigdy nic. A potem wyszliśmy prosto w serce Tolkienowskiego Shire...

Cirque de la Glere wywołuje niekontrolowany opad szczęki. Góry wyglądają jak obrośnięte mchem kamienie, tylko powiększone do gigantycznych rozmiarów. Fantazja, aż się nie chce stąd iść. Odpoczywamy tu trochę przed podejściem na przełęcz Sacroux.

Podejście na przełęcz za to uprzyjemniają nam gzy. Świadomość, że na szczycie jest szansa się od nich uwolnić powoduje, że idzie się nam wyjątkowo raźnie. Na szczęście faktycznie na górze ich nie ma, bo mocno wieje - ostatnie spojrzenie na Cirque - i musimy iść dalej.

Szlak idzie teraz bardzo wąską ścieżką zboczem wokół doliny. Zbocze jak zwykle bardzo strome, trawiaste, natomiast w tej dolinie nieprzeciętnie mocno wieje i to staje sięgłównym zagrożeniem teraz. Wiatr jest tak silny, że przewraca - na szczęście wieje do stoku - ale też kilka razy musimy przysiąść aby uniknąć upadku na dół kiedy nagle zmienia kierunek. Poruszamy się skokami - od porywu wiatru do porywu wiatru - i przerwa, kucamy - i znowu 40 - 50 metrów i kucamy... i tak aż do Pinaty. A właściwie za nią, bo wieje nadal i to tak mocno, że przełęcz pokonujemy niemal na czworakach i to szybkim przeskokiem, aby nie dać się zdmuchnąć.
Dalej ścieżka idzie zakosami w dół. Jest bardzo malowniczo - powyżej ostre szczyty Maupas - to tu jest schronisko Maupas, które też mieliśmy w planach, ale które poległo w starciu z zimą (patrz dzień 3). Idziemy w dół - w kierunku schronu. Wieje nadal nieprzeciętnie mocno i trochę już zbierają się chmury.

Schron okazuje się być zajęty - przebywa tu akurat pasterz z psami. Jakieś 100 m przed nim znajdujemy kolejny "prezent" w postaci połowy owcy leżącej na szlaku i w jego okolicach. Jakoś tak...
...siadamy sobie na kamieniu aby zastanowić się, co dalej. Chcieliśmy zanocować w tej chacie, ale jakoś nie wygląda to zachęcająco. Szczątki owcy też niekoniecznie, a i pogoda się psuje. Od słowa do słowa i kilka sezamków później, idziemy na dół. W Vallee du Lis jest oberża, za godzinę powinniśmy tam być. Obserwujemy lokalną przyrodę.

Teraz droga schodzi bardzo szybko w wąską dolinę, chodniczkiem. Kolana chcą już pęknąć ze zmęczenia, więc idziemy bardzo wolno dopóki szlak się nie wypłaszczy odrobinę. Las - łąka - las - drogowskaz do Vallee du Lis ("dolina lawin" - skąd wiedzieli, że należy namalować na znaku lisa? :) )

- znów lasem i dochodzimy do oberży. Gorzej, że jej nie ma, a właściwie jest to, co z niej zostało...

Lawiny, a potem burza z 18 czerwca (link) która wywołała ogromną powódź w dolinie zniszczyły wszystko. Nawet żelbetowy most się poddał.

Skutki widać wzdłuż całej drogi. Zatrzymać się nie ma gdzie, autobus nie jeździ, mamy w nogach 12 km po górach. Ruszamy tym, co zostało z szosy w dół.

I na szczęście po około 20 minutach natrafiamy na prowizoryczny parking i jakiś Francuz, który szedł trochę przed nami z ruin schroniska, proponuje nam podwiezienie. Korzystamy chętnie - i całe szczęście - na oko mielibyśmy jeszcze do przejścia jakieś 15 km tą szosą.
W Luchon znajdujemy camping, rejestrujemy się i rozbijamy namiot gdy właśnie zaczyna się ulewa. Pięknie byśmy wyglądali na tej szosie... Ale jesteśmy już na dole i teraz mamy 3 dni nieróbstwa.
...o, nie! Nieróbstwo to zło - jeszcze coś tu będzie :)
Podsumowanie:
Start: Hospice de France (1385 m n.p.m.)
Koniec: Luchon (630 m n.p.m.)
Najniższy punkt: Luchon
Najwyższy punkt: Col de Pinata (ok. 2180 m n.p.m.)
Trudność: w normalnych warunkach łatwe, choć konieczna odporność na przepaściste miejsca. Ciężkie przejście przez miejsce gdzie oberwał się szlak, konieczna duża ostrożność. Bardzo wietrznie do poziomu gdzie robi się to niebezpieczne.
Pogoda: słonecznie i ciepło, temperatura rano 20'C, w dzień ponad 25'C, wieczorem około 15'C i ulewa.
Dzień 9: 26.07.2013. pod Port dera Picada (ok 2400 m n.p.m.) - Hospice de France (1385 m n.p.m.)
...i tak wiało i wiało całą noc, tylko z każdą godziną mocniej. Budzimy się niewyspani około 6 rano, namiot tłucze się na wietrze, więc postanawiamy się stąd zbierać.
Zwinięcie wszystkiego to nie taka prosta sprawa w takiej wichurze. Na całe szczęście, możemy zwinąć cały bagaż i sypialnię siedząc pod tropikiem i nic nam nie odfrunie - za to namiot pozbawiony dodatkowego usztywnienia od środka przez plecaki i sypialnię zaczyna się wginać do wewnątrz. Kombinujemy jak toto złożyć, żeby nam nie odleciało - w końcu po kawałku, siedząc na płachcie namiotowej i odpinając śledź po śledziu, składamy wszystko. Plus tej nocnej wichury to to, że na niczym, nie ma rosy i cały bagaż jest zupełnie suchy :)
Ruszamy ścieżką prowadzącą po grani. Grań to może za duże słowo - tutejsze góry to już łagodne, zielone kopy, ale widoki nadal są potężn - z jednej strony katalońska Val dera Artiga de Lin - z tej perspektywy widzimy wyraźnie, że wycofanie się z przełęczy Aranesi było bardzo dobrą decyzją, inaczej musielibyśmy zejść do samego dna doliny, aby rozbić obóz, czyli zacząć 1200-metrowe zejście o 5 po południu. Wyżej tylko rumowiska skalne. Po lewej stronie grzbietu francuska Vallee de la Freche - zielona z potokami i wodospadami ale zamknięta ciemnymi ścianami La Pique. Tymczasem my zmierzamy w stronę Tuc dera Entecada - naszego ostatniego przystanku w Hiszpanii.

Powoli schodzimy. Po drodze, na zielonych zboczach przypominających Irlandię lub Szkocję spotykamy owce - objepiają jedno z wzgórz jak białe mszyce. Potem kozy. I konie. Na którymś wzgórzu mieszkają też wszechobecne tu sępy - krążą i patrolują okolicę w poszukiwaniu padłych zwierząt (dopowiadamy sobie że także pechowych turystów).


Tuc dera Entecada mało ciekawy - nudne podejście ścieżką w trawie; widoki ze szczytu takie same jak spod niego - nic szczególnego. Góra ma lekko ponad 2200 m n.p.m., na szczycie niestety ktoś naśmiecił...

Dalsza droga to zejście - najpierw po zanikających ścieżkach (a potem bez nich, po trawie) do głównego szlaku łączącego Picadę z Bossost. Potem znów opuszczamy ten szlak i wąską, wijącą się wśród krzewów dróżką schodzimy ostrymi zakosami w dół do Vallee de la Freche. Gorąco i bezwietrznie po tej stronie grzbietu, kwiaty pachną tak, że kręci się w głowie - zbocze to jeden wielki ogród, a rośliny osiągają tu takie rozmiary, że ze zwykłych pokrzyw ledwo wystają nam głowy. W końcu docieramy do lasu, który daje odrobinę cienia i chłodu.

Skumulowane po tych kilku dniach zmęczenie bardzo daje nam już w kość. Szlak niby prosty, niby łatwy i w normalnych warunkach nieszczególnie męczący, teraz przyprawia nas o drżenie mięśni. Niedobrze.
Las przypomina nam też o niedźwiedziach, które gdzieś tu ponoć żyją. Wg mapy na dole powinniśmy trafić na niestrzeżone schronisko, i tam zamierzamy też się zatrzymać. Ale, gdy schodzimy do doliny, zmieniamy zdanie i postanawiamy zejść jeszcze trochę - z góry widzieliśmy tu jakiś większy obiekt i chcemy zbadać sprawę.
Hospice de France nie było na naszej mapie a przewodnik wspominał tylko o parkingu i ruinach XIX-wiecznego zajazdu. Ale gdy wychodzimy z lasu, ukazuje nam się całkiem odnowiona i działająca gospoda. Postanawiamy tu zostać, ale najpierw coś zjeść.

Gospodę prowadzi para, jak się zdaje, pasjonatów, starożytny pies marki kundel oraz 2 osiołki. Cała ta trójka zajmuje się naciąganiem turystów na resztki z jedzenia :) A jedzenie mają tu dobre - zamawiamy deskę lokalnych serów i deskę górskich wędlin, piwo - i dostajemy jeszcze domowej roboty tartę z malinami. Naprawdę można się najeść - trochę obawiamy się ceny, ale ta okazuje się być bardziej niż rozsądna, jak na francuskie (a nawet polskie...) warunki. Postanawiamy wynająć pokój i po raz pierwszy od ponad tygodnia wyspać się w łóżku. Na koniec oblewamy naszą wyprawę tradycyjnym francuskim napojem z winogron, barwy czerwonej :)

Wieczór upływa z psem i osiołkami, a z całej nocy pamiętam tylko moment zamknięcia oczu - a potem już było rano :)
Podsumowanie:
Start: pod Port dera Picada (obóz na ok. 2380 m n.p.m.)
Koniec: Hospice de France (1385 m n.p.m.)
Najniższy punkt: Hospice de France
Najwyższy punkt: pod Port dera Picada
Trudność: łatwe - cała droga ścieżką.
Pogoda: słonecznie i ciepło, temperatura rano 10'C i wietrznie, w dzień ponad 25'C, wieczorem około 20'C.
Dzień 8: 25.07.2013. Coth deth Horo (ok 2180 m n.p.m.) - pod Port dera Picada (ok 2380 m n.p.m.)
Ależ zimno! Poranek wstaje z temperaturą 5'C i wdzierającą się wszędzie wilgocią z rosy. Śniadanie, pakowanie się i zwinięcie namiotu przebiegają wyjątkowo chaotycznie i powoli. Nigdzie nam się nie spieszy, za to z utęsknieniem wyglądamy zbliżającego się zbyt dla nas leniwie słońca, które nijak nie chce wyjść zza zbocza.

Planujemy dokończyćzejście do La Besurty, a następnie wspiąć się na przełęcz Picada, łączącą dolinę Esery z Era Artiga de Lin, czyli tak samo jak Coth deth Aranesi, ale w nieco innym miejscu. Z mapy wynika, że powinno być lżej, a ponadto nie planujemy schodzić do samej Artigi, a przejść grzbietami w stronę Francji.
Zejście do Besurty to już znana nam krowia ścieżka, po 15 minutach od obozu dochodzimy do Pllan des Aiguelluts, a następnie coraz bardziej tłoczną ścieżką idziemy do Besurty. Przed samym Pllan nabieramy wody, aby uniknąć nabierania jej na lub poniżej pastwiska, ale i tak ją uzdatniamy (uzdatniona woda nieodparcie kojarzy nam się smakowo z wizytą u dentysty....)
Nie możemy minąć La Besurty nie jedząc kanapek - mają je tu zbyt dobre. Tym razem jako "stali" klienci, dostajemy ekstra porcję szynki i chorizo :)
Dalsza droga sponsorowana jest przez upał. Z Besurty na Picadę prowadzi bardzo proste podejście zygzakiem po łące; nachylenie stoku jest spore, ale nie jest to problem. Za to upał wyciska resztki potu - tym razem ciągnę się jako drugi i wybitnie mi nie idzie. Nie wiem, czy to temperatura na odsłoniętym południowym stoku, czy dodatkowe 3 litry wody w plecaku dość, że idzie mi się fatalnie. Za to okolica ładna - najpierw przez rosnące tu wszędzie irysy góskie, potem wśród traw z masywem Maladety za plecami. Podejścia jest łącznie nieco ponad 500 m, więc nie tak znowu dużo, tylko ten upał...

jakieś 100 m przewyższenia brakuje do osiągnięcia przełęczy, kiedy szlaki się rozdzielają. Jedna odnoga idzie do schroniska Venazque przez przełęcz Port de Venazque, druga wspina się na Picadę. Venazque było naszym pierwotnym celem przed wyprawą, ale już na Col de Lliterola 3-go dnia wyprawy dowiedzieliśmy się, że jest zamknięte z powodu zniszczeń spowodowanych śniegiem i sytuacja śniegowa nadal jest niepewna - stąd wybraliśmy na powrót Picadę.

Pod samą przelęczą pole śnieżne. Zupełnie się to nie mieści w głowie, że w takiej temperaturze śnieg może przetrwać, ale widocznie może. Resztkami sił wciągam się na przełęcz - znowu śnieg. Mam całkowicie dość. Ewa jest dzisiaj wyraźnie w lepszej formie na tym podejściu. Niemniej zaraz za przełęczą otwiera się przyjemna kotlinka i postanawiamy w niej przenocować, choć jest dopiero 2 popołudniu.

Na przełęczy i pod nią bardzo silnie wieje. Liczymy, że w kotlince wiatr trochę przycichnie, ale nie ma lekko - wieje wszędzie, kręci i żadna skała ani kamień nie chcą chronić przed podmuchami. Cały czas silnie dmucha z południa, przelatuje przez Picadę i spada do naszej kotlinki. Znajdujemy względnie ciche miejsce, rozkładamy się do suszenia. Gorąco i wietrznie - w pół godziny wszystko jest suche. Stawiamy namiot, któremu też należy się suszenie, obkładamy fartuchy śnieżne kamieniami tak szczelnie jak się da (to się bardzo potem przydaje) i spokojnie sobie odpoczywamy. Przez całe dalsze popołudnie, ostatnią osobą jaką widzieliśmy był francuski turysta na samej przełęczy - potem przez pół dnia nie pojawia się już nikt.

Wieczorem wiatr ucicha nieco. To normalne, bo powietrze na południowych zboczach nie jest już tak silnie podgrzewane przez Słońce i nie dostaje takiego pędu w górę, a potem po ochłodzeniu na dół przez przełęcze; niemniej cały czas dmucha. Leniwie układamy się do snu około 20-tej, ale nie dane nam będzie się wyspać. Wiatr będzie wzmagał się całą noc szarpiąc namiot i wywołując różne niepokojące odgłosy.
Budzę się o 2 w nocy - coś łazi, coś tupie. Chyba nieduże - może świstak, lis albo od biedy kozica - delikatnie otwieram suwak, wyglądam - nic. Księżyc świeci blado przez pędzące gdzieś wysoko chmury, niebo jest zamglone, góy czarne, sceneria rodem z kiepskiego horroru. Zwierząt brak, ale wieje potężnie - to namiot tak hałasuje. Tym razem udaje się zasnąć, ale wiatr budzi już około 6tej rano...
Podsumowanie:
Start: łąka poniżej Coth deth Horo (2180 m n.p.m.)
Koniec: pod Port dera Picada (obóz na ok. 2380 m n.p.m.)
Najniższy punkt:La Besurta (1980 m n.p.m.)
Najwyższy punkt: Port dera Picada, 2460 m n.p.m.
Trudność: łatwe - cała droga ścieżką.
Pogoda: słonecznie i ciepło, temperatura rano 5'C i mokro, w dzień ponad 30'C, wieczorem 10'C i wiatr.
Dzień 7: 24.07.2013. La Renclusa (2260 m n.p.m.) - Coth deth Horo (ok 2260 m n.p.m.)
Dzień po wyprawie wstaje zimny ale słoneczny. W nocy przeszła jeszcze ulewa i zmoczyła wcześniej wysuszony namiot. Nie spieszymy się, postanawiamy wysuszyć go ponownie przed wyjściem i zjeść śniadanie w Renclusie.
Namiot schnie, my się pakujemy, idziemy do schroniska a tu... zamknięte. Sprzątanie, z okazji którego nie można w ogóle wejść. Prawdopodobnie potrwa jeszcze pół godziny ale tak w ogóle to kto to wie... Ponieważ znamy już miejscową organizację pracy, postanawiamy nie czekać i idziemy na dół do parkingu La Besurta - tam też można coś zjeść.
Znana już nam ścieżka sprowadza nas na dół do szosy i parkingu. Kanapki w Besurcie są fantastyczne i wielkie,a do tego o połowę tańsze niż w Renclusie - najadamy się z nawiązką. Po półgodzinnym postoju ruszamy w kierunku rozlewiska Pllan des Aigualluts; część drogi prowadzi wcześniejszą drogą do Renclusy, można powiedzieć, żę chodzimy w tę i z powrotem :)
Na szlaku spotykamy krowy. Dziesiątki, może setki krów. Większość już poszła na Pllan, kilka sięzgubiło i szuka drogi. Pokazujemy kierunek kijkami - załapały. Po chwili orientujemy się, że miejscowi pasterze pokazują stadom kierunek kijem i zwierzęta rozumieją o co chodzi. Idziemy dalej, na tym szlaku jest masa turystów zdążających do Pllan na piknik. To spora łąka, poprzecinana wieloma strumykami formującymi rzekę Eserę spływającą malowniczym wodospadem niżej do doliny. Pasie się tu w tej chwili co najmniej 300 krów, ale nie przeszkadzają turystom i przesuwają się widząc nadchodzących ludzi.


Naszym celem jest przełęcz Coth des Aranesi (2455 m n.p.m.), którą chcemy przedostać się do położonej w Katalonii doliny Val dera Artiga de Lin. Od naszej strony prowadzi tam dolinka Escaleta. Na samym końcu Pllan, u wejścia do doliny napotykamy kolejne hiszpańskie przejście przez strumień po kłodzie. Tym razem w wyjątkowo spokojnym miejscu, więc postanawiamy przejść.

Dolinka wcina się wąskim gardłem pomiędzy dwa grzbiety skalne, szybko wchodzi wyżej i rozszerza się formując kolejne Pllan, całkowicie puste, porośnieęte soczystozieloną trawą. Gdzieś odzywają się świstaki ale poza tym nie ma tu ani jednego turysty. Okolica wygląda na wymarzoną na obozowisko, ale jest wcześnie i nie myślimy o tym, nasz cel jest po drugiej stronie przełęczy. Mijamy tę łąkę i wchodzimy znów w przewężenie, ale tu napotykamy na oberwany szlak; musimy obejść to bokiem. Bokiem, czyli wspiąć się na bulę skalną, a następnie przetrawersować nieco wyżej do dolinki. Nie bez trudu znajdujemy miejsce gdzie da się jakoś wciągnąć; nie jest wysoko, ale układ skały jest niekorzystny. Ale pokonujemy jakieś 15 metrów przewyższenia i mamy znów ścieżkę.
Teraz natrafiamy na niewielkie jeziorko powstałe z topniejącego śniegu. Mijamy je i nasz szlak wchodzi w kamienisty żleb pnący się ostro pod górę. Jeszcze jedno jeziorko, tym razem w połowie zamarznięte.

Wchodzimy żlebem, aby w pewnym momencie zorientować się, że nie mamy szlaku. Po prostu kopczyki przestały się pojawiać, a nas wynosi gdzieś poza przełęcz. Dokręcamy w lewo i pniemy się po mokrych kamieniach w stronę siodła - trochę śniegu - trochę skał - i znów śnieg. Końcówka po piargu; wchodzimy na przełęcz i widzimy, że jest problem.
Tu kompletnie nie ma szlaku. Powinien być, na mapie jest ale w rzeczywistości nie istnieje. Nie ma żadnego oznaczenia a co gorsza, nie ma nawet dzikiej ścieżki. Ani jakiegoś sensownego zejścia - dolina Era Artiga de Lin od tej strony wygląda jak gigantyczny lej o stromych ścianach zbudowanych z czerwonobrunatnych, drobnych, sypiących się piargów spadających wprost do położonego na dnie jeziora. Nie ma żadnej pólki ani ścieżki, którą dałoby się iść. Co gorsza, w zasięgu wzroku brakuje jakiegokolwiek miejsca na obóz, a powoli robi się późno - zanim zejdziemy do stawu, będzie ciemno (dolina jest otwarta na wschód), a będzie trzeba iść dalej i nie wiemy jak długi. Podejmujemy decyzję o odwrocie.
Szybkie zejście do Escalety znanym już nam żlebem skutkuje premią w postaci obitego kolana, choć to dla mnie najniższy możliwy wymiar kary: góna noga wyjechała mi na mokrej trawie, podcięła drugą i na szczęście złapałem pod pachę jakiś głaz zanim zacząłem jechać po zboczu (stromo i ślisko), ale uderzyłem kolanem o kamienie. Całe szczęście noga działa dalej.
Schodzimy niżej szukając miejsca na obóz. Najsensowniej dojśc do tej łąki powyżej Pllan, ale po drodze do sforsowania mamy przewieszkę w miejscu, gdzie oberwało szlak. Pierwszy raz używamy liny - najzwyczajniej w świecie spuszczamy na niej plecaki ze skały, a schodzimy bez nich :)

Potem pozostaje już tylko wyszukać równy kawałek i rozbić namiot. Korzystając z odosobnionego miejsca szybka kąpiel w górskim jeziorku - zimne jak diabli, termometr pokazuje 8'C ale pozwala trochę zrelaksować mięśnie. Potem spać.

Podsumowanie:
Start: La Renclusa (2260 m n.p.m.)
Koniec: łąka poniżej Coth deth Horo (2180 m n.p.m.)
Najniższy punkt:La Besurta (1980 m n.p.m.)
Najwyższy punkt: Coth des Aranesi, 2455 m n.p.m.
Trudność: łatwe w dolinie, wejście na przełęcz wymagające dużej uwagi i dobrej orientacji w terenie.
Pogoda: słonecznie i ciepło, temperatura rano 8'C, w dzień ponad 20'C, wieczorem 8'C.