Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
21 March, 201221 March, 2012 1 comments Trekking Trekking

Grota Komonieckiego to miejsce wyjęte z odrębnej rzeczywistości. kojarzone z baśniowymi sceneriami albo jak kto woli - klimatem prosto z Narnii. A wszystko to w zasięgu kilkugodzinnej wycieczki z okolic Bielska-Białej. Powróciła również kwestia zimowego bezpieczeństwa w górach. Aspekt dylematu: idziemy dalej czy zawracamy?

 

Grota


Zbliża się następny weekend. W tym roku weekendy zbliżają się bardzo szybko. Jeszcze pospieszniej upływają. Czas opuścić tą miejską konserwę i zachłysnąć się górskim klimatem. Mroźnym klimatem. Ponownie spotkać znajomych. Pogadać. Pośmiać się. Zasmakować niezależności i dobrowolnie dać się ponownie zapuszkować.

Brakuje narzędzi, ażeby zobrazować widoki naszej lodowej jaskini. Wszystko dokładnie zamrożone. Niezrównane dzieło, każdej nocy i co dnia usprawniane cudowną dłonią. Słynny już lodospad zakrywa 60 procent szerokości groty. Latem ledwo co kilkanaście kropel ścieka z góry. Teraz mamy do czynienia z rzeczywistą lodową ścianą. Proszeni na koncert barw wstępujemy do środka. Ta sama lodowa ściana, niczym pieśń z harfy, przepuszcza słoneczne promienie do wnętrza. Kolory stonowane, tak bardzo rzadkie dla oka.

 

Grota

 

W otchłani galeria lodowych zjawisk. Lekcja geografii w najwspanialszym wydaniu. Trzeba trochę się wspomóc encyklopedią. Na górze zwisają lodowe stalaktyty powstające w rezultacie zamarznięcia kapiącej wody ze stropu. Od podłoża mamy do czynienia ze stalagmitem, który także jest efektem zamarzania kapiącej ze stropu wody, jednak przy podłożu. W rezultacie powiązania stalaktytu ze stalagmitem pojawia się kolumna zwana stalagnatem.

A co do groty to nie jest to Grota Komunickiego, bynajmniej nie Kumunieckiego tylko Grota Komonieckiego. Od żywieckiego wójta Andrzeja Komonieckiego, który to w swojej kronice - "Dziejopis Żywiecki" po raz pierwszy opisał grotę (1704r.).

Nawisy

 

W Ślemieńskim zaś Państwie w Pośrednim Groniu w Hali Siwcowej nad wsią Lasem jest skała wielka, co przed nią wierzchem woda idzie, a pod nią dziura jest, w którą może sto statku wegnać i w niej tam sposobnie stanąć; będąc w skale obszerno, jak jaskinia jaka z natury uczyniona.

Pierwszy raz określenie Groty Komonieckiego wykorzystał w monografii "Ziemi Wadowickiej" Aleksy Siemionow.

Jaskinia umiejscowiona jest we wschodniej frakcji Beskidu Małego w źródliskowym regionie potoku Dusiaca. Dlatego też specyficzny na wiosnę ciek wodny przecinający grotę w 1/3 szerokości i zimowy lodospad. Grota posiada powierzchnie ok. 115 m2.

Grota Komonieckiego to nie jedyna atrakcja w tym obszarze. Z tego niewielkiego cieku z dachu jaskini niespełna 30 metrój poniżej mieści się Wodospad Dusicy. Prezentuje się równie imponująco co Grota Komonieckiego! Lodospad robi na nas wrażenie.

Tak jak w dobrych filmach grozy, zaczęło się niewinnie. Była jaskinia, był wodospad, uśmieszki, przetarta trasa etc. Grozy nie będzie, jednak parę pytań się pojawi...

Kontynuujemy trasę w stronę Anuli, przebijając się przez kolosalne ilości śniegu. Dochodzimy do wydeptanej ścieżki. Luzik raczyłoby się powiedzieć. Niby ktoś szedł, jednak wcale nie jest lekko. Co jakiś czas zapadamy się to po kolana to po pas. Jest kupa śmiechu.... Pod Gibasowym Groniem ślad zaczyna się urywać. Widać tylko ślady po biegówkach. Reszta zawiana, lub nikt tym szlakiem nie szedł. Jestem zdziwiony. Cóż sprawdzimy na ile stała i zmrożona jest ta śnieżna warstwa. Powoli trawersujemy szczyt Gibasowego Gronia. A w tak na prawdę torujemy drogę i co chwile zapadamy się dogłębnie w śnieźny puch. Nie jest on na tyle solidny, ażeby nie poddać się pod naszym ciężarem. Zbliża się 15.00. Za godzinę będzie się już robić mrok. Torujemy dalej? Czy wracamy? Ogarnia mnie duże zwątpienie poparte lekkim zmęczeniem. Wyłącznym pocieszeniem jest dla mnie stała pogoda. Z tej strony nie grozi nam dodatkowe ryzyko. Po ostatnich doniesieniach o akcjach ratowniczych wyostrza się głos rozsądku. Do Stacha jest jeszcze z 30 minut. Jednakże zimą to może być 4 razy więcej. Decyzja idziemy.... Zawsze mogliśmy u Niego awaryjnie przenocować.

Na nasze szczęście, Staszek ma tutaj swoją ścieżkę kierującą do Ślemienia. Zupełnie nie znane nam leśne zakamarki. Bez wypadków, przy świetle czołówek maszerujemy w dół. Trochę mroczny, zagadkowy klimat, w którym to najgłośniej słyszany jest własny oddech i bicie serca. Na niebie inwazja gwiazd... Znajdujemy się w Ślemieniu Pod Borem. Ziąb zbliża się do 20 stopni... Jest sporo zimniej niż na grani. Pozostaje nam dotrzeć drogą asfaltową do miejscowości Las.

 

19 February, 201219 February, 2012 2 comments Trekking Trekking

Babia Góra (1725m), sama nazwa już określa nam, że występuje tu wystarczająco interesujące zespolenie: kobiety i góry. Porównanie kobiety do Babiej Góry albo Babiej Góry do kobiety obejmuje wiele zadziwiających wniosków. Oczywiście byle jakiej góry bym do kobiety nie odważył się porównywać (byle jakiej kobiety do Babiej Góry również). Jednakże Babią Górę, hmm ... Babią Górę... no coś w tym jest.... Wojciech Mann pewnie by to skwitował - to się facet porwałeś!. Rozważania te będą prologiem do aseksualnej wycieczki na Babia Górę od strony słowackiej. Czyli żółtym szlakiem ze Slanej Vody.

 

Babia Góra

 

Jak młokos poznaje dziewczynę albo mężczyzna kobietę, to często myśli, że pojawiła się największa namiętność w jego życiu. Oczywiście od razu staje się ona dla niego najpiękniejsza kobietą świata. Co jednakże gdy faktycznie jest najpiękniejsza na naszym globie? Ba, niech będzie nawet w setce najpiękniejszych niewiast świata? A jej uroda będzie zjawiskiem międzyplanetarnym! To ma on niestety gigantyczny problem! I pozwolę sobie zacytować Jerzego Pilcha: "Zobaczyłem ją i popełniłem błąd frajerski - zamiast poprzestać na podziwie - postanowiłem ją zdobyć".

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Babią Górę, także nie poprzestałem na podziwianiu. Moja pierwsza próba jej zdobycia zakończyła się klęską. Jesienna nawałnica niczym zawistny kochanek, brutalnie ukazała, że Babia Góra dziś nie jest dla mnie dostępna. Taki kobiecy kaprys.

Jednakże to czego nie uda nam się zdobyć - wabi coraz wybitniej. Jak skryty nocny szmer hipnotyzuje umysł i ciało. Panuje nad nami jak narkotyk. Aż w końcu wracasz do Niej. Zdobywasz ją z jednej i z drugiej strony. Za dnia i w nocy. O poranku i o zmierzchu. Zimą i latem. Tylko skoro ona taka najpiękniejsza to musi mieć wielu wielbicieli. Ty z niej schodzisz, ktoś na nią wchodzi... Wtedy zdajesz sobie sprawę z sytuacji, że twój związek z Najpiękniejszą Górą Świata nie jest tylko twoim z nią związkiem. Bo amantów to ona ma wielu. A ile wielbicielek, ło matko.... Czym trudniej jest dostępna, tym mniej odważy się ją zdobywać. Z drugiej strony, jeśli Górka nie jest interesująca, to mało kto ją zechce zdobywać.

Zaczynamy ze Slanej Vody. Jest tu schronisko, o jakim mogę napisać tylko tyle, że mają nader smaczny kapuśniak, leją piwo i nocleg w granicach 9-10 euro. Więcej pisać o nim nie ma sensu. Po prostu nie ma się czym poruszać. Więcej wrażeń pozostanie dla żółtego szlaku prowadzącego na Najpiękniejszą Górą Świata - Babią Górę. Szlak żółty, jakim maszerujemy to z początku, jak to Piotr określił - al. Marszałkowska. Rewelacyjnie odśnieżona trasa, z miłymi dla oka zaspami po boku. Podążamy Aleją Hviezdoslava (utworzona w roku 1974, zajmuje obręb 9,3 ha)- czyli otoczoną ochroną świerkowa aleją. Nazwę pochodzi od nazwiska słowackiego wieszcza, piszącego swoje utwory pod Babią Górą. Ciągnie się ona aż do przestronnej polany z jaką łączy się droga ze Slanej Vody, połączenie z niebieskim szlakiem (Paseky 868m).

Zima

 

Cały czas idąc odśnieżoną aleją dochodzimy do muzeum Hviezdoslava. Podobno znajduje się tutaj wiele przedmiotów należących do dwóch słowackich twórców: Jednakże my mamy wyraźny plan - Babia Góra. Zwiedzanie i tak na pewno zamkniętego muzeum odbiłoby się na czasie naszej ekspedycji.

Po chwili dostrzegamy wystarczająco ciężką maszynę, która jest dostępna za powstanie Marszałkowskiej. Ogromne koła, a na nich łańcuchy zapewniały komfort pracy w takich warunkach. Rzucę tutaj przypuszczenie, że Marszałkowska prowadzi prawdopodobnie do samej granicy z Polską. Co ciekawe, nie tak wiele brakowała, a byśmy to stwierdzili na własnej skórze :)

Za zabudowaniami, szlak odbija w lewo. Dla nas oznacza to w tym momencie koniec odśnieżonej drogi. Szlak natomiast jest przebyty przez słowackich skitourowców jak również jednego piechura. Nie zmienia to faktu, że i tak się zapadamy dosyć głęboko w śnieg. Jednakże nie trwa to długo, ponieważ po 10 minutach znowu powracamy na naszą Marszałkowską. Zadowoleni z lepszej nawierzchni zostawiamy za sobą tabliczkę ( raczej silnie już zasypaną) wiodącą na Babią Hore. Nie wiem jak długo szliśmy dalej odśnieżona aleją, ale w pewnym momencie zrobiło się to nazbyt podejrzane. Żółty szlak po prostu znikł, czasami zimą robione są alternatywne wersje szlaków. Ale tym razem coś nam tu nie pasowało - zwłaszcza kierunek naszej wędrówki. Konfrontacja z mapą i decydujemy się powrócić do miejsca, w jakim wkroczyliśmy ponownie na odśnieżona drogę.

 

Widok ze szlaku

 

Tym razem dostrzegamy tabliczkę wiodącą na Babią Horę. I według przewidywań podążamy bardzo słabo przetartą ścieżką. Najpierw dosyć łagodnie, bez większych przewyższeń zmierzamy wzdłuż potoku Bystrej. Teraz patrząc na mapę widzę, że w niedalekiej odległości od żółtego szlaku znajduje się wodospad na Bystrej. Ale w tych warunkach nie słyszeliśmy jego odgłosów. Nie posiadam nawet wyobrażenia jak duży on może być. Dochodzimy do miejsca, w jakim musimy przejść jeden z napływów Bystrej. Jest tu wystarczająco obszerny most, bardzo zjawiskowo oblepiony śniegiem. Po drugiej stronie potoku zamierzamy zrobić odpoczynek.

Dalsza część szlaku przynosi już coraz bardziej widoczne przewyższenia. Mijają nas skitourowcy, którzy nie zapadają się w śniegu tylko podąrzają rytmicznym krokiem na grzbiet. Daje do myślenia. Tym wybitniej, że następnie można sobie zjechać w dół. Twierdzenie jednego ze Słowaków - Na dole Arktyka a na górze Tropiki - jest jak najmocniej właściwe. Dzisiaj mamy dużą inwersję. Na dole było kilkanaście stopni poniżej zera, a w tym momencie decyduję się na ściągnięcie kurtki. Nie posiadam wyobrażenia jaka temperatura jest w tym rejonie. W zasadzie nie wiele mnie to interesuje, jest po prostu gorącą. Zdejmuje również czapkę, bo udało nam się trafić na bezwietrzną pogodę. Od razu przyjemniej!

 

Pilsko

Dochodzimy do polany, widoki są piorunujące. Na język cisną się mnogie słowa zachwytu. Trzeba uznać, że widokowo szlak ten jest sporo bardziej przyciągający aniżeli nasze rodzime szlaki. Okazała panorama nie ma sobie równych. Kolejny odpoczynek....

Powoli rozpoczynamy wychodzić z pasma lasu. Jest ich coraz mniej, jednakże każde dobrze zmrożone. Dosyć mocne słońce powoduje, że co jakiś czas słyszymy opadający z gałęzie śnieg. Ciężar jaki wytrzymują te gałęzie robi wrażenie. Łatwo rozpoznać, z której strony świeci słońce, ponieważ wiele drzew z południowej strony prezentowało swój ciemnozielony kolor, a z północnej przykryte były zlodowaciałym śniegiem.

Jak dla mnie robi się coraz cieplej. Wzniesienie zrobiło się całkiem dotkliwe, a zapadające się nogi zaczęły dawać zapowiedzi zmęczenia. Piotr wyraźnie lepiej się trzyma i zachowuje szybsze tempo. Znajdujemy się coraz bliżej centralnej grani. Przedeptana ścieżka prowadzi nas na grań w rejonach Lodowej Przełęczy. Żółty szlak prawidłowo trawersuje wierzchołek i dochodzi do Babiej Góry od strony południowej. My dotarliśmy na fundamentalny grzbiet od kierunku Przełęczy Brony, mniej więcej na wysokości Lodowej Przełęczy.

Bardzo intensywnie wiejące wiatry i ogromny mróz spowodowały, że nieliczne choinki otrzymały niesamowite kształty. Wyglądem przypominające pielgrzymów idących na grzbiet. Kapitalny widok!

 

Choiny

 

Główna grań jest bardzo porządnie przetarta, pojawia się coraz więcej ludzi schodzących ze szczytu albo podejmujących próbę jego osiągnięcia. Nie jesteśmy już sami, można nawet powiedzieć, że jest tłok. A Najpiękniejsza Góra Świata spoglądała na nas z góry. Widząc moje siódme poty podczas zdobywania jednego z przedwierchołków. Była jakaś zaspana. Może wyczerpana? Na pewno jednak w dobrym nastroju. Było nadal bezwietrznie, może delikatne powiewy czasem dało się odczuć. Słońce cały czas nas ogrzewało. Zdobywamy po raz następny wierzchołek Babiej Góry. Kolejny raz dane jest nam oglądanie jedynej panoramy Tatr z Babiej Góry. Pamiątkowe zdjęcia, rozmowy z poznanymi turystami. Jeden z nich mówi, że był już na Babiej Górze ze 150 razy. Hmmm.... Osobiście, może naciągnąłbym do 10% tego rezultatu. Ale czy to ma znaczenie? My zdobyliśmy Babią Górę pierwszy raz od słowackiej strony. A dziś mało kto posiadał gratkę tego dokonać!

Wracaliśmy tą samą trasą. Pierwotnie w zamiarach był powrót przez Małą Babią Górę. Jednakże nie mielismy wiedzy czy szlak ten jest przetarty. Świadomość przedzierania się przez śnieg po pas po dziewiczym dla nas terenie skłonił nas do powrotu po naszych śladach. Co ewidentnie nie określało wcale, że nie będziemy się zapadać. Szczęśliwie docieramy do schroniska w Slanej Vodzie. Zamawiamy ciepły posiłek. Piotr smażony ser i kofolę. Ja pożeram kapuśniak. Robi się już mroczno. Czas wracać do domu.

Dla mnie było to kolejne innowacyjne doświadczenie związane z Babią Górą - podejście od Słowackiej strony. Muszę uznać, że nie byłem zawiedziony!

 

28 December, 201128 December, 2011 1 comments Trekking Trekking

Rysianka

O tym, że na Rysiance jest, używając trywialnego słowa - fajnie (to będzie bardzo trywialna opowieść), wiedziałem nie od dzisiaj. Jednakże sami znacie, że czasami bardzo ciężko nam się docenia to co jest.... blisko tak.... to co nas otacza..... to co mamy jeszcze na wyciągnięcie dłoni.... to co tak często zostawiamy za sobą lub widzimy. Przychodzi jednakże czas, że pragniemy po to sięgnąć. I nagle jesteśmy zauroczeni, generalnie czad.... metamorfoza zdumiewająca. A później się dziwimy, że nigdy wcześniej nie dotarliśmy w to miejsce. Niesamowite, ale mi się to zdarza. Również tak macie?


Zamiar obrany, trasa też: Skałka - Hala Boracza - Hala Lipowska - Rysianka - Skałka. Idealna pętla z pauzą na pierogi na Hali Lipowskiej. Góry w wszelakiej postaci mam napisane w CV. A z tym CV to nie kłamstwo. Gdy poszukiwałem pracy, moje CV pod nagłówkiem hobby posiadało wpis - góry. Pełen rzetelnej ufności i zapchanej dumy, pozostałem umieszczony na pośladku (bez uprzedzenia) przez jedną osobę: - Wszak co druga osoba w swoim CV piszę, że lubi góry - rzekła. A tak miło żyło się przyjemnej naiwności, z przeświadczeniem o swojej unikatowości... Kobieta z bloku obok bez wątpliwości też ma napisane w CV góry, przecież co weekend jeździ z koleżankami na sąsiedni Dębowiec. W CV góry ma też kierowca quada, który chasa bezkarnie po leśnych szlakach, rozjeżdżając małego robaczka, który z pewnością miał w swoim CV - góry.

Jakby się tak przyjrzeć naszej trasie na mapie to oprócz trzech schronisk, będziemy mieli sposobność przejść przez kilka Hal. Zapoczątkowujemy od Hali Boraczej, dalej Hala Studzionka, Hala Redykalna, Hala Skórzacka, Hala Bacmańska, Hala Gawłowska, Hala Bieguńska, Hala Lipowska, Hala Rysianka i Hala Pawlusia. W zasadzie to nijakiej wielkiej górki nie zdobywamy, jeno same hale...A na halach powinny być owieczki! Przynajmniej latem.

 

Hala Boracza

 

Naszą przechadzkę zaczynamy w Żabnicy Skałce. Niewielki mróz wyrządził swoje - czarny szlak na Halę Boraczą wymaga zręczności ekwibrystycznych. A w moim wieku, bez tego, ani rusz zimą w góry :) Jest delikatne oblodzenie na trasie. Co interesujące, jest nawet dużo śniegu. Zima w tym roku się ociąga i tak na prawdę jest to jedno z pierwszych (nie szacując październikowych Tatr) spotkań z Lodowatą Damą. Sam szlak na Boraczą nie jest wymagający, na początku powiedziałbym, że nawet nudny. Jednakże radosne konwersacje, nie wspominam nawet o czym - przeto na pewno o niczym, zajmują nam czas. Docieramy na Halę Boraczą, która wita nas widokami w stronę Rajczy. Jest jakoś dziwnie pusto, nawet wiatr nie wieje, tylko słychać ciche trzaskanie śniegu pod naszymi butami. Widać, że sama Hala jest zacnie przewiana, śniegu dużo mniej niż na szlaku. Idziemy zobaczyć do schroniska. Wokół budynku też czas trwa w zawieszeniu. Z lekką niepewnością otwieramy drzwi kierujące do wnętrza. Ktoś tu jednak, przeżył ten Armagedon. Jest tu jednak życie! Grzecznie wypytujemy się Pani - Czy moglibyśmy wypić własną herbatę. Teraz chyba lepiej się zapytać, bo dziwaczne prawa rządzą się w niektórych schroniskach. Kobieta nam odpowiada: - Oczywiście, nie ma kłopotu. Co do samego schroniska, a w zasadzie samej jadalni, to delikatnie komunikując: nie ciska na kolana. Posiadałem odczucie, że czas się tu jednak zatrzymał, zatrzasnął wrota i rzekł: Mam to wszystko gdzieś! Pozostaję tu na dłużej!

Pani nawet sugeruje nam, przy takiej ładnej pogodzie, żebyśmy poszli górą (czyli powiedziałbym, może na wyrost - granią), bo widoki będą piękne. Ciekawostką w budynku są przywarte do tablicy karteczki z różnorodnymi wpisami. Coś w stylu księgi gości, albo facebookowych like\'ów w wersji outdorowej - np. Lubię, bo czas tu wpadł i się zatrzymał. Lubię, bo mogę sobie tu spokojnie zjeść własne kanapki. Można sobie te karteczki poczytać, jednak lepsze znam zajęcia.... Idziemy na szlak. Słońce wychodzi ponad grzbiet, który dzisiaj będziemy przemierzać. Na grzbiecie mieści się pięć wierzchołków: Redykalny Wierch, Boraczy Wierch, Lipowski Wierch, Rysianka a także na północnym wschodzie wierzchołek Romanki. Romanka wybitnie opanowała najbliższe przestrzenie. Nieco niechciana, oderwana przełęczą od Rysianki przykuwa wzrok. Lekki mróz mimochodem hartuje nasze organizmy.

Dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Czarny wiedzie pod górę, ma Halę Redykalną (żółty szlak). Zielony dalej trawersuje grzbiet , aby dołączyć do szlaku żółtego za Halą Bieguńską. Kierując się radą kobiety ze schroniska na Boraczej jak również wcześniejszym planem, podążamy na kluczowy grzbiet. Czym wyżej tym śniegu więcej, ogarniamy również coraz obszerniejszą panoramę Beskidu Śląskiego, a w oddaleniu również Beskidu Małego. Pierwszy śnieg zawsze cieszy najbardziej, sama jego obecność poprawia nastrój. Na przeciw widać Baranią Górę wraz ze Skrzycznym i oddalonym Klimczokiem. Po prawej cały czas towarzyszy nam Sucha Góra. Pojawia się również poszarpaniec, czyli Wielki Rozsutec w Małej Fatrze.

 

Wielki Rozsutec

 

Dochodzimy do żółtego szlaku. Do głównej grani. Wewnętrzna radość, odzwierciedlona na zadowolonych twarzach. Uwidoczniają się nowe przestrzenie, później okrywają się także Tatry. Na grzbiecie śniegu wiele więcej. Miejscami jest porządnie nawiane - brniemy w śniegu do kolan. Odwykłem od tego i nieco mnie to męczy. Za dużej wagi jestem na takie manewry :) Otwarte przestrzenie i nader zaskakująco rozkoszne hale, zakryte grubą powłoką śniegu, zafascynowały nawet takiego malkontenta jak ja. Przeciętne drzewa posypane śniegiem mają swój bajeczny klimat. A Cysorkie Tatry w całej okazałości... Sam Wielki Chocz ponad chmurami wystawia swój czubek...

 

Tatry

Przybywamy na Halę Lipowską, do najlepszego schroniska w Polsce wg czytelników "n.p.m.". Zamawiamy zachwalane pierogi i w dobrych humorach oczekujemy swojego zamówienia. Durne oczy cieszą się jak głupie. W żołądku konwulsje, w ustach ślinociek. Wszystko przez ręcznie wytwarzane pierogi z serem i borówkami, a na nich bita śmietana, borówki i kawałeczek kiwi. Kulinarnie jestem kupiony przez schronisko na Hali Lipowej... Sama Hala Lipowska mieści się na zboczu porośniętego lasem Lipowskiego Wierchu lub jak kto woli Lipowskiej Góry (1324 m). Maltretuje nas widokami - panorama Tatr, Małej Fatry jak również Beskidu.

 

Pilsko i Babia

Schronisko na Rysiance jest oddalona od Hali Lipowskiej o około 15 minut marszu z pełnym brzuchem. Dobre jedzonko bardzo rozleniwia, to niedobre chyba również. Jestem bardziej skłonny ku drzemce aniżeli pieszej wycieczce. Jednak to chwilowa słabość. Ruszamy na Halę Rysiankę. Szlak wiedzie lasem, jednakże gdy dochodzimy do Hali, widoki po raz kolejny powalają na kolana... Są Tatry, jest Mała Fatra, jednakże jest także na wyciągnięcie dłoni Pilsko oraz nieco dalej Babia Góra. Taki mały raj na ziemi. Hala Rysianka jest bardzo duża i największa na naszej dzisiejszej trasie. Oj jak ja uwielbiam takie przestrzenie. Do budynku schroniska udajemy się hmmm jakby to powiedzieć tylko na chwilkę....

 

15 November, 201115 November, 2011 6 comments Trekking Trekking

Jest coś niesamowitego w obcowaniu z majestatem największego twórcy. Każdy dźwięk niosący się z tępej ciszy, niczym piorun, przeszywa nasze myśli i ciało. Niby znajomy, a jakże inny. Bliski, a daleki. Tak niepospolicie wyraźny i prosty. Dopadają nas drgawki, zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. I znowu cisza...

 

Banikov

Jest poniedziałek, 17 października. W Zverowce, oprócz nas i personelu, nie ma już nikogo. Weekendowi turyści powrócili już do swoich domów. Słowacja już za dwa tygodnie zamknie szlaki dla turystów w Tatrach. Już teraz można zwietrzyć ospały klimat. Obudziłem się nieco wcześnie, jest 5.30. Agnieszka, Jurek jak również Mirek, tak samo jak Ja, leniwie odpowiadają na odgłos budzika w telefonie. Trzeba się zwlec z posłania. Zrobić prędkie śniadanie i zapełnić herbatą puste termosy. Dzisiaj rozdzielamy się na dwie grupy: Agnieszka z Jurkiem - zmierzają na przełęcz pod Osobitą, Ja z Mirkiem - posiadamy w zarysie Płaczliwy Rohacz. Pakujemy z Mirkiem małe plecaki , ubieramy się i jako pierwsi pozostawiamy chatkę.


Na zewnątrz panuje niewielki mróz. Jest rześko i przyjemnie, ani znaku po przenikającym wietrze sprzed dwóch dni. Ponownie mamy do przejścia 5km asfaltowego odcinka kierującego do Tatliakovej Chaty. Nieustające rozmowy niwelują monotonię. Monotonię? Ileż to można oglądać ośnieżonego Salatina i podobnie białego Wołowca? Ile razy się można tym zachwycać? Wydawać by się mogło się, że bez umiaru... Jednakże monotonia, może dojść nawet w takie rejony. Wiem, że wieczorem będę tęsknił za tym wszystkim. Będę pragnął wrócić, w myślach przewidując nową ekspedycję!


Przy Tatliakovej Chacie zakładamy raki. Mądrzejsi po wczorajszej wycieczce na Banikov, nie będziemy ryzykować poślizgnięć na szlaku na Smutną Przełęcz. Śnieg trzeszczy pod rakami, a solidne kolce wbijają się w lód. Bezusterkowo i sprawnie przybywamy do rozgałęzienia pod Rohackimi Plesami. Pojawia się więcej śniegu. Tutaj już raki będą nam tylko utrudniać wędrówkę. Zdejmujemy je i czynimy krótki spoczynek.


Na trasie króluje nieskrępowana cisza. Wiatr, który niczym huragan odbija się od skalnych grzbietów - zamilkł. Smutna Dolina jest zacieniona, podtrzymują się tutaj niewielkie temperatury. Po prawej stronie, na skalnym zboczu, utworzył się interesujący lodospad. Lśni on w słońcu nieskazitelnie białym kolorem. Od czasu do czasu słychać odpadające sople, które niszczą się o skały i spadają niczym kryształy do doliny. To promienie padające od słońca niszczą to lodowe dzieło. Nie spodziewaliśmy się, że w naszej najbliższej okolicy, nie będziemy mieli kontaktu wzrokowego z innymi turystami. Zjawisko bardzo rzadko spotykane w Tatrach. W Beskidzie Małym, na mniej popularnych trasach, przez prawie cały dzień można zobaczyć kilkanaście turystów. Jednakże w Tatrach? Nie do pomyślenia! A jednak....

 

Na dachu świata


Podążamy w kierunku Smutnej Przełęczy. Dziś w dwuosobowym zespole. Wzrasta w tej sytuacja uznanie słowa - odpowiedzialność. Zimowy, tak bardzo rygorystyczny krajobraz, jest piękny. Jednak może być podstępny. Rozpoznajemy swoje siły. Ja czuję się znacznie lepiej aniżeli wczoraj. Za to Mirek ma dziś gorszy dzień. To wtedy, po raz pierwszy, pomyślałem co by się stało gdyby? Podążamy dalej...


Dochodzimy na Smutną Przełęcz. Pomimo wolniejszego tempa, jesteśmy na Przełęczy o rozsądnej godzinie. Jest 10.00. Na "dzień dobry" wita nas swoim potężnym grzbietem Baraniec. Nie chcę składać deklaracji, jednak na Barańcu, jeszcze mnie nie było... A takie widoki są jak zaproszenie, którego nie można nie przyjąć! Poniżej Ziarska Dolina. Po prawej stronie znajduje się szlak w kierunku Trzech Kop, które są zamaskowane za nader dużym przewyższeniem. Po lewej szlak na Płaczliwy. Patrzę na drugą stronę przełęczy. Wszystko się topi pod działaniem dominacji promieni słonecznych. W zacienionych miejscach utworzył się lód. Warunki przypominają mi wiosnę w Tatrach.


Sporządzamy dłuższy spoczynek, konsumujemy śniadanie i odnawiamy siły. Jest ciepło, wiatr leniwie przypomina o sobie. Rozmawiamy i chłoniemy to czego doznajemy. Niektórzy lubią jeść śniadanie na tarasie. My też posiadamy tu własny taras... Najbliższych sąsiadów z niego nie dostrzegamy.... Bezcenne.


Ponownie oceniamy sytuację i własne siły. Co prawda pierwsze podejście wygląda nawet ciekawie, jednak omija je nie stanowiący przeszkód trawers. Siły po części zregenerowane. Jest decyzja... Próbujemy! Pozostawiamy ekwipunki i podążamy na Płaczliwego. Gdzie dojdziemy tam będziemy. Nic na siłę! Płaczliwy Rohacz nie ucieknie.

 

Rohacze


Śnieg się topi. Najgorsze są jednak oblodzone odcinki. Można na nich trochę zjechać. Pierwsze przewyższenie osiągnięte. Teren się wypłaszcza. Śnieg jest tutaj bardziej mokry. Za nami ujawnia się Banikov, Przysłop oraz Hruba Kopa z Trzema Kopami. Przysłop wygląda z tego miejsca bardziej okazale od Banikova. Idziemy dalej. Południowo-wschodnie pochylenie Płaczliwego nie jest pokryte śniegiem. Odróżnia się na tle białawych czubków. Jesteśmy mniej więcej za połową drogi do naszego głównego celu. Tutaj musimy po raz kolejny podjąć decyzję - co dalej? Mirek rezygnuje - nie jest to jego dzień. Góra tym razem z nami zwyciężyła. Powracamy na przełęcz.

Jak pewnie przypuszczasz pozostał niedosyt. Rohacz Płaczliwy musi na nas poczekać. Być tak blisko, a jednak za daleko. Sam szlak nawet w takich warunkach nie był zbyt ciężki. Wyłącznie oblodzenia mogły stanowić niebezpieczeństwo. Ta wyprawa wiele mnie nauczyła. Warto mieć ambicje, ale trzeba umieć się z nimi odpowiednio obchodzić. Dzisiaj miało to miejsce pod Płaczliwym, kiedyś może będzie to inne miejsce...

 

 

TagsTags: płaczliwy rohacz 
2 November, 20112 November, 2011 3 comments Trekking Trekking

Budzimy się o 6 rano, przecieramy parę razy oczy ze zdumienia. Za oknami delikatna rewolucja. Niczym machnięcie magiczną różdżką, niczym piękny sen... Znowu gdzieś na wschodzie wyszło słońce... Po sobotniej niepogodzie, nie ma już śladu. Sporządzamy śniadanie, ciepłą herbatę, ładujemy plecaki i porzucamy naszą przytulna chatkę. Na zewnątrz jest 7 stopniowy mróz...

 

W drodze na Banikov

 

 

Niemożliwy błękit nas otula. Wierzchołki, które wczoraj ukrywały się za liczną otuliną chmur, dostojnie patrzą na nas z wyższego poziomu. Przestrzegając, że nie będą dla nas pobłażliwe. Będą nas cały czas obserwować, obnażając przed nami coraz piękniejsze widoki. Będą mieć na nas oko i w zależności od nas samych, pozwolą nam lub nie, wrócić do przytulnej chaty.


Dochodzimy do Adamculi, takiego malutkiego rozgałęzienia. Nasz ślad odbija w tym rejonie w prawo. Jeszcze nieco asfaltu i wkroczymy w leśny klimat. Czy wy również macie odczucie, że w Słowackich Tatrach drzewa są smukłe i proste, zbliżone do ideału? Czy to moje urojenia? Droga nieco przenikliwie i monotonnie wiedzie nas ku pięknym przestrzenią. Tam gdzie leśny klimat ustępuje miejsca skałom, a wiatr ochoczo wiedzie ku górze! Za nami Osobita obnaża swoje skalne oblicze, a Zabraty delikatnie schodzą ku dolinie. Przed nami uwidocznia się zaskakująco wyglądający z tej strony Wołowiec. Dalej Rohacze , Trzy Kopy i Hruba Kopa jak również cel naszej wycieczki Banikov (2178m). Dotarliśmy do Spalenej Doliny! Dolina Spalena to jedno z najładniejszych miejsc słowackich Tatr Zachodnich, której nazewnictwo wywodzi się od wznoszącej się nad doliną góry o nazwie Spalona Kopa (2083m n.p.m.).

 

Banikowska Przełęcz


Kontynuujemy w stronę przełęczy. Warunki świetne. Szlak przetarty. Śnieg dość zwarty i stabilny. Dochodzimy do bariery słońca. W końcu możemy się rozgrzać. Mi od razu przybędą skojarzenia z ekstremalnymi wyprawami, w jakich himalaiści usiłują ogrzać odmrożone kończyny w promieniach słonecznych. Odmienne realia, jednakże proces ten sam... Słońce to prawdziwe życie... Bez niego wszystko blednie. Wędrujemy w jego stronę! A Banikov coraz bliżej! Jeszcze łagodny trawers szczytu Pacholi i jesteśmy na przełęczy! Po przeciwległej stronie mocy!


O Banikovie (Banówka) napomknę tyle i ile napisać się powinno. Znajduje się na wysokość 2178 m n.p.m. Mieści się na kluczowej grani Tatr Zachodnich pomiędzy Pacholą a Hrubą Kopą. Jego północne stoki bardzo stromo schodzą do Spalonej Doliny. Na wschodnich stokach znajduje się wyraźna skalna czuba i Banikowska Igła. Banikov zbudowany jest z krystalicznych skał (granodioryty rohackie*) i swoim wyglądem przypomina Tatry Wysokie. A sam szlak miejscami jest nieco mocno eksponowany. W wypadku śniegu i deszczu trzeba być bardzo ostrożnym.

 

Banikov


Wracamy na zacienioną stronę Spalenej Doliny. Ja z Mirkiem nieco wcześniej. Agnieszka z Jurkiem nie mogą się oderwać od tatrzańskich widoków z Banikova. Pomysł jest nieskomplikowany - ponownie odwiedzimy Rohackie Plesa. Dzisiaj posiadamy zagwarantowany nierealny błękit na niebie. Trzeba to wykorzystać!

 

 

 

23 September , 201123 September , 2011 1 comments Trekking Trekking

Zawsze omijane, zawsze gdzieś nie po drodze... Wrota Chałbińskiego

 

Wrota

Wrota Chałubińskiego - relacja

 

 

18 August, 201118 August, 2011 1 comments Trekking Trekking

Orla Perć

Zapraszam do relacji i własnych przemyśleń na temat Orlej Perci - Orla Perć

TagsTags: orla perć tatry 
12 August, 201112 August, 2011 1 comments Trekking Trekking

Na początku napomknę, co zabrałem na dzisiejszą wycieczkę. Z przyczyny mojej ostatniej mani do ograniczania się do wymaganych sprzętów w moim plecaku wylądowały: 5 drobnych bułek, czekolada, 2 batony, litr wody w camelbacku, pół litra w butelce ;), kurtka, pałatka, rękawiczki bez palców, mapa, aparat fotograficzny, telefon (z wklepanym numerem TOPRu - 601100300), bandaż i gaza oraz jakieś tam duperele...

 

 

Granaty

Zadni Granat w chmurach

 

Podążam z nad Czarnego Stawu na szlak żółty prowadzący na Skrajny Granat. Wstępnie dróżka wznosi się w górę po kamiennych płytach wśród kosodrzewiny. Wraz z wysokością widoki robią na mnie coraz większe wrażenie. Same Granaty komponują się zacnie a i widok na Czarny Staw cud malina!

 

 

Granaty

Skrajny Granat widziany z Pośredniego Granatu

 

 

W oddali widać załogi wspinające się po prostopadłych ścianach. Wchodzę w obszar skalny, droga póki co nie daje mi się we znaki. Pojawiają się tak utęsknione łańcuchy. Pojawiają się zatem wymarzone dzisiaj detale wspinaczki. Niegdyś ożywiały we mnie lęk, teraz wytwarzają adrenalinę. Pierwsze dotknięcie skały, wstępny chwyt... Nieocenione... Muszę uhonorować, ze mojej buty z La Sportivy bardzo dobrze się sprawdzają w takim rejonie. Także rękawiczki rowerowe z Lidla za 9,99 zdają egzamin

 

Prawie cały czas utrzymuje swoje tempo, momentami wspinaczka robi się bardziej wymagająca, momentami trzeba polegać wyłącznie na łańcuchu. Jednakże jest to na prawdę frajda, o ile się takie sprawy ceni.

 

Jestem już pod Skrajnym Granatem, gdy dochodzą do mnie odgłosy szczekania. Nieco mnie to dziwi, jednak z pozostałej strony na tatrzańskich szlakach nic człowieka nie powinno już zadziwić. Właściciele ów donośnego głosu okazał się znaleziony w górach piesek, a w zasadzie suczka. Musiała przybyć za ludźmi w teren górzysty, została znaleziona na Granatach. Dlatego otrzymała też mało żeńskie imię - Granat. Chłopak, który ją znalazł podobno w schronisku stwierdził, że skoro suczka tak lubi spacerować po szczytach to ją weźmie. Ale to wszystko wiadomości z drugiej a nawet trzeciej ręki.

 

Granaty są masywem górskim w Tatrach Wysokich położonym pomiędzy Doliną Gąsienicową a Buczynową Dolinką (w pobliżu Doliny Roztoki). Kompletne pasmo składa się z trzech szpiców: Zadniego Granatu (2240 n.p.m.), Pośredniego Granatu (2234 m n.p.m.) jak również Skrajnego Granatu (2225 m n.p.m.). Szczyty porozdzielane są Przełączkami Sieczkowymi - Pośrednią i Skrajną ( nazewnictwo od nazwiska przewodnika tatrzańskiego Macieja Sieczki, zdobywcy szczytu). Ze Skrajnej Sieczkowej Przełączki w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego schodzi śmiercionośny Żleb Drege\'a, który to pochłoną już wiele ofiar. Wszystko ze względu na swoją zdradliwość. Najpierw jest wystarczająco łagodny i rozległy, zaś w frakcji dolnej kończy się około 180-metrowym pionowym kominem. Stanowi pułapkę bez wyjścia dla turystów, którzy stracili szlak i zeszli w ten żleb. Po kilku kilkumetrowych zsunięciach znajdą się nad owym kominem, którego już nie sposób przebyć bez zjazdu na linie, w górę zaś zwrot jest niemożliwy.

 

Przez Granaty przebiega szlak Orlej Perci. Dla mnie jest to pierwszy odcinek Orlej Perci jaki pokonuję. Na początku cały masyw zakrywały chmury. Dolina 5 Stawów stała się całkowicie nie widoczna. Na Skrajnym Granacie zjadłem kolejną kajzerkę i przyglądam się najdalszemu z trzech czubków - Zadniemu Granatowi. Chwila spoczynku, jeszcze raz patrzę na mapę i podążam w kierunku Pośredniego Granatu. Wolno wspinam się w kierunku drugiego wierzchołka. Powiem otwarcie, że zapomniałem o szczelinie na Skrajnej Sieczkowej Przełączce. Troszkę mnie ona zadziwiła. Przebycie jej w kierunku Zadniego Granatu stanowiło dla mnie duże wyzwanie. Odkrył się strach i brak zdecydowania. W końcu jakoś poszło. Szczelinę można również obejść. Dalej już bez niespodzianek zdobywam Pośredni Granat. Po drodze jak się wyjaśnia mijam moich towarzyszy z pokoju w Murowańcu, których bardzo serdecznie pozdrawiam!

 

Schodzę na Pośrednią Przełączkę i dochodzę do wniosku, że dziś nie idę na Zadni Granat i wybieram dróżkę do zielonego szlaku kierującego do Zmarzłego Stawu. Na dziś kres, tej zwięzłej przygody z Orlą Percią, trzeba odpocząć przed kluczowym podejściem. A sam zielony szlak jest bardzo prosty. Nie potrzebne są łańcuch, nie ma przeszkód technicznych. Idąc tym szlakiem posiadam gratkę podziwiać dalszy odcinek Orlej Perci, który jest sporo bardziej wymagający aniżeli dzisiejsza wycieczka.

 

TagsTags: granaty tatry orla 
20 July, 201120 July, 2011 1 comments Trekking Trekking

Pierwsze odczucia, dojeżdżając do naszego celu są przejmujące. W tej nierozległej miejscowości, na stokach niewielkiego wzniesienia mieszczą się, jak żywe widoki upamiętniające ukrzyżowanie Pana Jezusa. Mimo znajomości tematu, sposób w jaki zostało to przedstawiono czyni wrażenie na typowym śmiertelniku i każdej upartej duszy. Monumentalne rzeźby niesamowicie układają się w tej okolicy. Niektóre jednostki twierdzą, że warto dla odnowy duchowej, wybyć na Matyskę samotnie. Na pewno nasza droga od tego momentu nabrała też odmienny charakter. Wartości egzystowania, czasu, wiary, przemijania, na wierzchołku Matyski potęgują się. Każdego wstrząsa mała refleksja nad samym sobą. Na górze lśni nierdzewna stal wysokiego krzyża. Krzyż jak można przeczytać na kamienistym piedestale, został wzniesiony przez lokalnych parafian dla upamiętnienia Roku Jubileuszowego przypadającego na pontyfikat Ojca Świętego Jana Pawia II.

Matyska

 

Matyska, oprócz uczuć powiązanych z wiara i religią, zapewnia nam wspaniałe wrażenia wzrokowe. Czubek Matyski mieści się na wysokości 609 m.n.p.m. Wzniesienie to umiejscowione jest między wioskami Radziechowy-Wieprz i Przybędzą. Obie miejscowości to południowo-zachodnia sekcja Kotliny Żywieckiej. Widoki, które zapewnia nam Matyska są niesamowite! Dostrzec można panoramę Beskidu Małego, miasta Bielsko-Biała, Żywiec. Szczyty Beskidu Śląskiego i Żywieckiego takie jak: Skrzyczne, Klimczok, Rysiankę jak również Babią Górę.

Babia Góra

 

 

TagsTags: matyska 
11 July, 201111 July, 2011 0 comments Trekking Trekking

Jest godzina 8.30. Na parkingu zostawiam mój pojazd, opowiadam jeszcze z panem, który od paru dobrych lat pracuje na parkingu (pan od żółtego chińskiego ołówka :)) i zmykam w samotną wędrówkę w nieznane. Jak gdzieś niedawno przeczytałem: "Samem pójdzie się szybciej, jednakże w dwoje można dalej dotrzeć". Skupiam się na tym pierwszym ustaleniu. Na początku jest dosyć ostro pod górę. Jest to podejście na szczyt Syhlec (1145m). Szlakiem płynie nieduży potoczek i miejscami jest dużo błota. Jest ciepło, jednakże w lesie organizm tego aż tak nie odczuwa . Póki co wilgoć utrzymuje się w normie. Muchy jeszcze mnie nie zagryzły :). Nieodczuwalnie mijam kolejną kulminację - szczyt Główniak (1093m), tym razem szedłem trochę z górki! Ku mojemu zdziwieniu natrafiam na obóz wędrowny, 6 namiotów rozłożonych w niezłych chaszczach. Wszyscy jeszcze śpią, przeto przemykam niepostrzeżenie. Ścieżka do głównej grani zawiewa nudą. Krajobraz przez niemal 1,5 godziny wcale się nie przekształca, po lewej las, po prawej las , pod goleniami bagno. Nawet nic fascynującego nie kwitnie, grzyby trujące, takie zabiedzone... Lecz jest pięknie!!! Trochę nie ma do kogo gęby otworzyć, jednakże za to koncepcje się kłębią różnorakie. Od przemyśleń życiowych, do przewodniej, czy coś z tego błotka nie wyskoczy za chwilę?

las

 

Trasa zbytnio nie uległa odmianie, wyłącznie kierunek przemieszczania - teraz podążam na wschód. Po drodze mijam pierwsze dwie osoby na trasie. Minęły prawie dwie godziny, kiedy w wreszcie mogę komuś coś powiedzieć. Naturalnie kończy się sporadycznym: Dzień dobry! Jednak zawsze to coś!

Babia Góra


Dopiero przed Policą, pojawiają się wymarzone dzisiaj panoramy. Jest to chyba spowodowane całkiem intensywnie dmącymi wiatrami, które drastycznie przebudowały krajobraz. Widać Królową Beskidów. O Tatrach mogę sobie pomarzyć :)


Wierzchołek Polica znajduje się na wysokości 1369 m. n.p.m. Musimy wiedzieć, że wciąż znajdujemy się w Beskidzie Żywieckim. Jest to najwyżej położony czubek w Paśmie Polic. Miejscowa nazwa - Police, co nasuwa błyskawiczne skojarzenia bądź z policją, bądź z zespołem Police. Osobiście zacząłem nucić Stinga po drodze...a w zasadzie jeszcze przed czubkiem. Do 1918 czubkiem przebiegała granica galicyjsko-węgierska, a w latach 1918-1920 polsko-czechosłowacka. Po włączeniu Górnej Orawy do Polski cały szczyt znalazł się w granicach Polski. Na południowy-zachód od wierzchołka znajduje się najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego - Babia Góra.

 

Pomnik


W roku 1969 na stokach Policy miała miejsce katastrofa lotnicza. Rozbił się samolot LOTu. Niestety, zginęli wszyscy pasażerowie samolotu wraz z załogą (53 ludzi). Wśród pasażerów był wspaniały językoznawca - Zenon Klemensiewicz. Na czubku jest krzyż upamiętniający zdarzenie oraz odsłonięty w 2009 roku pomnik poświęcony ofiarom katastrofy. Co interesujące władze nie ujawniły okoliczności katastrofy.

Schronisko


Schodzę w stronę Kucałowej Przełęczy. W dali widać juz budynek schroniska ma Hali Krupowej. Co interesujące schronienie wcale nie mieści się na Hali Krupowej, a na Hali Kucałowskiej. Schronisko oddaje do dyspozycji swoich gości 38 miejsc noclegowych w sześciu poręcznych pokojach. Są to: dwa pokoje dwuosobowe, dwa pokoje czteroosobowe, jeden pokój dziesięcioosobowy jak również jeden pokój szesnastoosobowy. Schronisko zostało całkowicie wyremontowane i przerobione na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Aktualnie jest to urodziwy, drewniany, jednopiętrowy obiekt w stylu góralskim, wyśmienicie wkomponowany do otoczenia.

 

TagsTags: polica hala krupowa 
Results per page:
1 2 >>
Description
Marcin Walczak
Posts: 14
Comments: 25
Blog Lowell'a
Activities
Tags
3 tatry (3)
2 wierch (2)
2 orla (2)
2 rysy (2)
1 beskid (1)
1 żywiecki (1)
1 góry (1)
1 relacja (1)
1 babia (1)
1 góra (1)
1 jarząbczy (1)
1 słowacja (1)
1 rysianka (1)
1 voda (1)
1 orawska (1)
1 polhora (1)
1 wodospad (1)
1 dusiaca (1)
1 grota (1)
1 slana (1)
Copyright by planetagor.pl