Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
14 December, 201914 December, 2019 0 comments Trekking Trekking

Planów na wakacje było dużo. Czarnogóra? Kazachstan? Turcja z Gruzją? Ale odpowiednio tanie loty jakoś nie chciały się pojawić. I tak jakoś spontanicznie zostało zaprponowane Maroko. Kilka dni później mamy już bilety i zaczynamy planowanie. Początkowo myśleliśmy o Tubkalu. Ale po informacji, że po zabójstwie dwóch Szewdek na jesieni 2018 jest obowiązek korzystaia z przewodnika rezygnujemy z tego pomysłu. Chodzenie po górach kilka dni w towarzystwie jakiegoś obcego gością? Nie bardzo. Na Trip Advisorze ktoś zaproponował nam masyw Ighil Makun - drugi najpopularnisjszy region trekkingowy. I tam się udajemy. W planach też odwiedziny nad Atlantykiem... a ja skrycie marzę, żeby pierwszy raz w życiu zobaczyć Saharę.Alpy

 

Uwielbiam latać. W zaledwie kilka godzin znajdujemy się w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Podróż do Maroka w znacznej części przebiega nad górami, dodatkowo pilot opowiada nam o trasie. I daje znać, kiedy z okien samolotu możemy zobaczyć Mount Blanc. Magiczny jest też ten moment kiedy skończyliśmy lot nad Morzem Śródziemnym i wlatujemy nad Afrykę. Pierwszy raz będę na tym kontynencie.

 

 

Azilal

 

Pierwsze chwile w Maroku to lekki chaos jak zawsze. Upał, hałas, niebezpieczne ulice. Szukanie dworca. Później "frycowe", które musieliśmy zapłacić. Bo miejscowi owszem pomogli nam znaleźć nasz autobus do Azilal oraz kantor, ale kosztowało nas to dodatkowo 50 MAD (ok. 5 eur). Po trzygodzinnej podróży z Marrakeszu docieramy do ok. 30-tysięcznego miasta u podnóży Atlasu. Wydaje się, że jesteśmy jedynyi turystami. Miejscowi gapią się na nas jas jakbyśmy byli jakimiś dziwolągami - co nas z kolei dziwi. Myśleliśmy, że Maroko to turystyczny kraj. Jednak wystarczy znaleźć się choć troszkę z boku turystycznego szlaku i już samemu jest się atrakcją.

 

 

Następnego dnia po raz pierwszy doświadczamy "pobudki po marokańsku". O piątej rano dobiega nas wołanie na modlitwę. Tak głośne, jakby ktoś włączył nam muzykę w pokoju...

 

Na dworcu w Azilal zostawiamy nasze rzeczy. Wiemy, że busik odjedzie, kiedy się napełni, więc mały chwilkę na spacer po miejscie. Kawusia już była przy śniadaniu, więc teraz czas na tradycyjną herbaciarnie. Nasza pierwsza herbata marokańska. Trochę mięty, duuużo cukru. Elaganckie dzbanki i malutkie szklaneczki. Kiedy tylko będziemy w cywilizacji będzięmy chętnie kosztować lokalnego napoju.

 

herbata marokańska

 

Wreszcie jedziemy. 70 kilometrów do wioski Agouti pokonujemy w około 3 godziny. Widoki są bardzo malownicze, ale nie chodzi tylko o góry. Wlaściwie wszyscy mieszkańcy ubierają się w swoje lokalne stroje, a mijane po drodze kamienne wioski można opisać jako "zaklęte w czasie". Bus już w Azilal był pełny, teraz więc kiedy dosiadają się koejni pasażerowie to po prostu siadają na dachu. A dokłądniej - dotyczy to mężczyzn. Bo kiedy dosiada się kobieta, panowie ustępują jej miejsca i idą na górę.

 

 

Agouti

 

Azib n'Ikkis

 

Nasz pierwszy dzień ie jest trudny, 3 godziny marszu lekko pod górę. Pierwszy biwak w górach wypada na wysokości  ok. 2200 metrów, miejsce nazywa się Azib n-Ikkis. Góry Atlas są bajkowe, a na szlaku poza nami nie ma nikogo. W pobliskim azibie (kamienna, pasterska chatka) jest skromne schronisko, gdzie poszliśmy na marokańską herbatę. Nocowało tam kilkoro Franuzów z przewoodnikiem, wracali ze szczutu (nie robili pętli jak my tylko podstawowy wariant). Nie wiemy jeszcze, że to nasz jedyny pogodny wieczór w Atlasie, w pozostałe nad górami przetaczały się intensywne burze.

 

Azib n-Ikkis

 

Drugi dzień trekkingu trochę nas zmęczył, mamy ponad 1,2 tys. metrów podejść. Na szczęście szlak jest orienacyjnie łatwy. Nie wiemy, gdzie się podziali inni turyści, na szlaku spotykamy głównie muły z bagażem.

 

Aghouri

 

 

Niestety nie możemy aklimatyzować się na przełęczy Aghouri Est (ok. 3400),  bo ledwo jak tam przyszliśmy zaczyna grzmieć. A jest dopiero 14.

 

Aghouri Est

 

Widokowo największe wrażenie robią na nas kolory tych gór - śmiejemy się, że jest tu kopalnia przypraw, które potem można znaleźć na bazarach...

 

Aghouri

 

Tarkeddid

Strome zejście daje w kość. Dopiero na płaskowyżu, kiedy wiem, że schronisko już niedaleko zaczynam się znowu relaksować. I cieszyć krajobrazem. Choć śwadomość, że musimy następnego dnia podejść ostro z ciężkimi plecakami nie napawa optymizmem.

 

Tę noc spędzamy w schronisku Tarkeddid, na wysokości ok. 2900 metrów. Schronisko w standarcie raczej skormnym, w dodatku średnio czyste, zwłaszcza w łazienkach. Nocleg na pryczach kosztuje 120 MAD. Koło schroniska można wprawdzie rozbić namiot, ale my decydujemy się na prycze. Po pierwsze Arturowi już przed pierwszym noclegiem przebiła się mata samopompująca. Choć spi na wszystkich naszych ciuchach komfort jest jednak niższy. A przed "atakiem szczytowym" lepiej się wyspać. Planujemy też wcześnie wyjść, a zwijanie namiotu zabiera czas. Kiedy patrzę na pogodę cieszę się z tej decyzji. Krótko po naszym przyjściu zaczyna padać. Nad górami i naszym płasokowyżem przetaczają się gwałtowne burze. A w schroniskowej jadalni mamy dużo miejsca i wygodnie sie gotuje.Wewnątrz jest spokojnie. Większośc turystów (kilkanaście osób) jest w swoich namiotach. Kilkoro siedzi w kuchni z obsługą. Częstują nas nawet herbatą :) Gospodarz schroniska, dość chaotyczny człowiek, krząta się to tu, to tam, podśpiewując. Martwi nas pogoda. Kiedy jednak pytamy Marokankę, która wraz z dwoma osobami śpi w naszym "pokoju" mówi, że będzie dobrze. Inshallah. Jak Bóg da.

 

Tarkeddid

 

Plan był, żeby wcześnie wyjść. Bo długa droga, bo burze. Jednak co kawałek coś nie tak. Śniadanie się dłuży, a masło orzechowe nie do końca zostało w opakowaniu. Łazienka zamknięta. Zniknęła nasza butelka na wodę (podejrzewamy, że jest właśnie w łazience),  nie możemy iśc na taką trasę mając 2 litry na dwie osoby. Tracimy cenny czas probując "wyważyć" drzwi, próujemy budzić gospodarza, ale po braku jakiejkolwiek reakcji sądzimy, że go nie ma. W końcu w akcie desperacji wchodzę do pokoju (może klucz do łazienki jest w widocznym miejscu?). Okazuje się, że gospodarz jednak jest. Najpierw probuje nam wmówić, że drzwi da się otworzyć. Kiedy jego "technika" nie odnosi skutków w końcu z ociąganiem się wstaje i otwiera. Naszej butelki nie ma. Słabo, ale w akcie kolejnej desperacji odkrywam, że gablotki, w której wystawiona jest butelkowana woda są jednak otwarte. Więc biorę jedną i zostawiam należne 20 MAD.

 

Ighil Makun

 

Wyjście spóźnione, ale to nie koniec kłopotów. W źródełku naprzeciwko schroniska nabraliśmy wody i zaczęliśmhy podążać ścieżką, która wydawała się właściwa ze względu na wariant trasy przedstawiony na mapie. Jest pięknie. Nad Atlasem świta. Tylko coś nie możemy znaleźć "odbicia" w górę. Wśrod kępek traw nie do końca wiemy, czy podążamy jeszcze jakąś niewyraźną pasterską ścieżką, czy już tak po prostu idziemy zboczem. Zawracamy zbyt późno. W końcu pomaga nam aplikacja na telefon, maps.me. Wariant podejścia jest nico inny niż ten z mapy czy przewodnika, ale w końcu jesteśmy na właściwej drodze. Tylko znów straciliśmy conajmniej pół godziny. Przed nami bardzo stromo tysiąc metrów do góry.

 

Na krótkim postoju zażywamy aspirynę, która pomoże nam troszkę na wysokości. Krótki pobyt na 3400 i nocleg na 2900 to nie jest najlepsza aklimatyzacja. Szlak stromo pnie się ku górze. Zdobywamy wysokość. Cieszę się, że sporo jeżdżę rowerem bo silne nogi naprawdę tu się przydają. Na ok. 3700 spotykamy pierwszy śnieg. "Ciekawe, kto powiedział, że nie trzeba brać stuptutów do Afryki?" - śmieję się.

 

Z ulgą docieramy na grań. Wreszcie można odetchnąć. Spotkamy pierwszych ludzi tego dnia - tych samych, którzy spali w naszym pokoju, a wstawali chyba o trzeciej. Szli na lekko, wracają do schroniska. Mówią, ze do szczyty już niedaleko, godzina-półtorej. Nam zajęło to jednak trochę więcej, mam nadzieję, że mogę zrzucić winę na ciężki plecak.

 

Na czterotysięcznej grani nie oddycha się najłatwiej, nawet na drobnych podejściach, czuć, że wydolność mamy słabszą. Jesto dość chłodno, najwyżej kilka stopni powyżej zera. W oddali widzimy grupkę turystów z przewodnikiem. Dodają mi otuchy. Skorą są na grani o tej porze to znaczy, że jest ok i nie grozi nam nagła burza. Powoli się do nich zbliżamy, wiadomo, grupą wchodzi się wolniej. Na szczycie jesteśmy ok. 14:20. Z ulgą zdejmujemy plecaki i cieszymy się krajobrazem. Kolorowe góry, skalne formacje, kotły, głębokie doliny, grań okryta śniegiem... Pięknie jest. Przewdonik i jego grupa, Marokańczycy, gratulują nam wejścia. Ze zdziwieniem i lekkim podziwem patrzą na nasze plecaki. 

 

 

Stromo bardzo stromo w dół. Na szczęście po śniegu, więc stopy tak nie bolą. Szybko tracimy wysokość. Śnieg wpada do butow, ale że z utratą wysokości robi się znów cieplej to nie przeszkadza. Szybko mijamy Marokańczyków, po chwili w góle tracimy ich z oczu. Jesteśmy na dnie doliny, w głębokim kanionie. Zmęczona długim dniem marzę o obozie. Ale droga tam jeszcze daleka.

 

Zmieliśmy strefę klimatyczną. jest znów bardzo ciepło. Idziemy i idziemy. Patrzymy na rozpiskę w przewodniku i wiemy, że jeszcze daleko. Jeszcze przekraczamy rzekę i podchodzimy wysoko na jej prawy brzeg. Idziemy piękną łąką. Pogoda na szczęście stabilna, tylko zmęczenie narasta. Gdzie ten obóz? W końcu gdzieś nisko widzimy duży biały obóz. Jeszcze tylko strome zejście i jesteśmy na kamienistym podłożu. Obok nas kilka namiotów. Jeszcze tylko się rozbić. I ugotować. I wreszcie odpocząć. To długi dzień, około 20 kilometrów, suma przewyższeń 1,5 tysiąca metrów. 

 

Miejsce pod namiot jest dość niewygone. Spory spadek i dość kamieniście Chwilkę potem jak przygotowaliśjy jedzenie zaczyna padać, potem grzmieć. Kiedy wydaje się, że burze powoli zanikają okazuje się, że tak naprawdę dopiero zaczynają. Aż do 2 w nocy nad nami gwałtownie szalają siły natury. Mam tylko nadzieję, że mój namiot wytrzyma, nigdy wcześniej nie spotkał się z takim naporem deszczu (to jego pierwszy wyjazd tak daleko). Na szczęście w środku sucho i bezpiecznie. 

 

Oulimit

 

A miał to być lekki dzień... nie śpieszymy się ze wstawaniem, do następnego obozu mamy wg przewodnika 5 godzin marszu, głównie dniem rzeki, choć wiemy, że będziemy musieli trochę podejść na grzbiet. W praktyce teren okazał się dość trudny. Nie jest latwo samemu zgdanąć gdzie dokładnie przejść przez rzekę, nie jest łatwo znaleźć niewyraźną pasterską sciężkę wśród kęp trawek, nie ma nikogo, kogo moglibyśmy zapytać o drogę. Mimo to miejsce jest naprawdę piękne - móstwo ciekawych formacji skalnych, piękne kolory, wysokie strome ściany gór. Jak w baśni jakiejś.

 

Oulimit

 fot Artur

dolina Oulimit

 

 

  

, dolina Oulimit

 

Był moment, kiedy zaczęłam się bać. Mapa kazała iść wzdłuż rzeki. Ale przed nami jest kanion! Odpalamy maps.me, z trudnem znajdujemy niewielką scieżyknę, która prowadzi do bocznej dolinki. Robi się przeraźliwie cicho, "nasza" rzeka jest za stromymi ścianami, w dolince którą idziemy rzeka wyschła. Ścieżki nie widać, pomyłkowo idziemy czymś, co tylko na ścieżkę wyglądało. Nawigujemy na maps.me i wreszcie z trudnem odnajdujemy drogę. Ulgę przynoszą nam ślady mułów. Tędy niedawno ktoś musiał iść. To musi być nasza droga. W następnej godzinie ścieżkę gubimy wielokrotnie. I często z ulgą znajdujemy. Ślady mułów.

 

Oulimit

 

Oulimit

 

Wieczorem rozbijamy się przy małym azibie, jesteśmy na biwaku sami. Opisane w przewodniku schronisko rzeczywiście istnieje ... tyle, że jest zamnkięte. Z pewnego oddalenia obserwujemy życie Pana Berbera i Pani Beberowej. Zbieranie ziół na obiad, przyjście mężczyzn ze stadem zwierząt. Potem w azibie pali się światło, pewnie jedzą kolację. My przygotowujemy swoją w zapadających ciemnościach. W nocy choć bez burzy i deszczu nie mogło się obyć jest już znacznie spokojniej.

 

Afalal Springs

 

Rano Pan Berber schodzi do nas z jajkami. Za 20 MAD kupujemy 4 sztuki. Zamiast opłaty za nocleg. Jajka są spoko, tylko niekoniecznie dobrze się je gotuje na naszej maszynce. No i powoli kończy się nam paliwo. Już przed samym wyjściem przychodzi do nas Pan Berber Starszy. Mówi po Francuzku, ale nie jest trudno zrozumieć słowo "aspirin". Dzielimy się swoim zapasem. Obawy przed chorobą wysokościową już za nami.

 

Ostatni dzień trekkingu i niespodzianka - do przełęczy, którą musimy przekroczyć prowadzi szutrowa droga! Z jednej strony podejście jest przez to dużo mniej męczące. Z drugiej - niestety sporo dłuższe. W dodatku jest dość gorąco i ani śladu cienia. Mam trochę dość i nawet mam ochotę dać sobie spokój i łapać stopa. Nic jednak nie jedzie, nam czasem udaje się znaleźć skrót na górę. I udaje nam się zrobić całą trasę na własnych nogach. Pętlę wokół Ighil Makun. 

 

 

fot Artur

 

Ostatnią noc śpimy nad wioską Tabant. Cywilizacja już niedaleko, wieczorem słyszymy nawet wezwanie na modlitwę. 

 

Znalezienie transportu z Tabantu do Azilal było prawdziwym wyzwaniem. W wiosce jesteśmy rano, ok. 10:00. Od razu pytamy o Azilal. Miejsowi pokazują nam miejsce. Ale robią przy tym dość zdziwone miny. Próbujemy się dopytać, ale nie znamy franuskiego - a nikt chyba nie zna angielskiego. Kiedy Artur poszedł po zakupy a ja pilnowałam plecaków jeden z miejscowych, po angielsku, wyjaśnił nam że MOŻE coś będzie po południu, bez precyzowania godziny. Wiemy zate, że mamy czas. Idziemy zatem na jedzenie. Potem na spacer po okolicy. Po południu, kiedy zjedliśmy już smaczny obiadek zaczynamy się lekko niepokoić. Na naszej miejscówce dalej nie ma chętnych. Ktoś nam mówi, że busik odjeżdża ok. 5:30 po porannych modlitwach. Nie bardzo nam się uśmiecha nocowanie w Tabancie, ale widzimy, że może nie być innej możliwości. Potem pojawia się nadzieja - kilku mężczyzn, którzy chyba też chcą jechać do Azilalu. A przynajmniej jeden z nich, inni (chyba) tylko mu towarzyszą. Pojawia się inna mężczyzna z samochodem, który najwyraźniej sprawdza, czy ma dość pasażerow, żeby zapełnić grand taxi. Powinno być 6 osób. Czekamy. Nic się nie dzieje. W końcu z mimiki rozumiemy, że z transportu nici. Myślę o szukaniu jakiegoś tańszego noclegu. Mam badzo smutną minę, więc jeden z kręcących się wokół "postoju" mężczyzn pyta czy ok? Mówię, że nie ok. Pyta o francuzki... ale potem o hiszpański. A po hiszpańsku trochę mówię. I wreszcie cud :) Udało się ustalić, że jak zapłacimy za całą taksówkę to możemy jechać. Więc hurra, jedziemy :) Drożej niż chcieśmy, bo za 120 MAD, ale ważne że w drodze.

 

Trasę do Azilal pokonujemy w dwie godziny. Piękne krajobrazy. Berberysjkie dzieci wracające ze szkół. Pasterzy. I zachód słońca, kiedy zbliżamy się do Azilal.

 

Marrakesz

Pół dnia spędzamy w Marrakeszu. Miasto jest hałaśliwie i duszne. Mieliśmy stąd jechać dalej do Meruzogi, na moją wymarzoną pustynię. Właściwie w ostatniej chwili decyduje się, że jednak 3 dni ze zroganizowaną wycieczkę to za dużo. A sami tam nie pojedziemy bo autobus jedzie ponad 11 godzin. Podczas obiadu wypatrzyłam na jednym z bilbordów reklamowych inni "pustynny" kierunek - Zagorę. Więc może tam? Chwilowo jednak decydujemy, że pojedziemy nad Atlantyk trochę się poobijać :)

 

Essaouira jest dużo spokjniejsza niż Marrakesz. Turyście spokojnie wędrują po medynie i zabytkowej portugalskiej twierdzy. Wpatrzywanie się we wzburzone fal jest prawie tak samo wkręcające jak gapienie się w ogień. I ta niezmierzona dal... po drugiej stronie tej masy wody jest już Floryda.

 

essaouira

Essaouria

Podczas spaceru uliczkami Essaouriy, pięknego miasta nad Atlantykiem, postanowiliśmy spróbować kolejnego soku, tym razem z trzciny curkowej. Był obłędnie pyszny. I nie udało się go spróbować już nigdy więcej. Za każdym razem jak udało się napotkać gdzieś automat okazywało się, że jest popsuty lub jeszcze nieczynny :(

 

 

Wieczorem udajemy się na spacer na najbliżsżą nam plażę. Widzimy ją na maps.me, ale ciężko znaleźć właściwe przejście. W końcu idziemy przez obskurne, zawalone śmieciami podwórko. Na plaży również pełno śmieci, jest tylko kilkanaście osób, raczej miejscowych. Choć widoki na morze i twierdze są malowicze nie zostajemy tu długo - zbyt obskurnie jest za naszymi plecami. Nie chcemy tu być po zachodzi słońca.

 

 

Essaouria

Essaouira

 

Essaouria jest niezykle malownicza. Nawet wycieczka do śmierdczącego rybami portu jest przyjemnym spacerem. Intensywnie wieje, więc nie ma takiego zaduchu jak wewnątrz lądu. Można nieco odetchnąć...

 

w drodze na Saharę

 

Kolejny dzień cały spędzamy w drodze. Najpierw autobus z Essaouriy do Marrakeszu. Później z Marrakeszu do Zagory. Supraturs, odjeżdza z dworca kolejowego, a rozkład rzeczywisty obiega od informacji znalezionych w internecie jedynie o 15 minut. Mijają nas dziesiątki podobnych autokarów zmierzających do Warzazatu i Meruzogi, topowych lokalizacji na turystycznej mapie Maroka. Co dziwne, wszystkie stają w jednym miejscu, jeden z pierwszych wiosek po przekroczeniu pasma Atlasu. Knajpki i sklepki są na szczęście zupełnie nie w zachodnich standardach. Choć bywają "zachodnie" elementy jak flaga popularnego piłkarskiego klubu ;)

 

Kiedy mowiliśmy znajomym o wyjeździe do Maroka bardzo częstym komentarzem było "chcecie żeby wam głowy obcieli" ? Chodziło oczywiście o morderstwo na dwóch Szwedkach. Ja jednak właściwie nie boję się zamachów terrorystycznych, wiem jak nikłe jest prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Tym czego realnie się boję jadąc daleko jest stan pojazdów mechanicznych, dróg czy kultura jazdy. 2 lata wcześniej, w Kirgistanie, 700-km droga z Biszkeku do Osz zajęła mi i koleżance podnad dobę, a kiedy auto (dzielona taksówka) ostatecznie padło "pośrodku niczego" o drugiej w nocy i zostałyśmy same z kierowcą nie było nam do śmiechu. Teraz podczas drogi na Saharę też się boje. Po górskiej, pełnej serpentyn drodze z ograniczeniem do 40, momentami do 20 kierowca jedzie conajmniej 60-70 km na godzinę. Po minach pasażerów widzę, że nie tylko mi taka jazda nie bardzo pasuje. Wiem, że nie ma sensu iść i prosić kierowcy, żeby trochę zwolnił, bo wtedy raczej przysiepszy. Oddycham z ulgą kiedy w końcu jesteśmy w dolinie

 

W Zagorze jesteśmy później niż planowaliśmy, sporo po 21:00. Znalezienie noclegu na szczęście nie jest żadnym problemem. Od razu przy wyjściu z autobusu zaczepia nas lokals i proponuje dośc tani nocleg (80 MAD). Standard jest bardzo skromny, ale to w końcu jedna noc. Jest niesamowicie duszno, część z hotelowych gości zabiera koce i nocuje na przylegających do pokoi balkonach. Putsynia już tak niedaleko.

 

Od razu zaczynamy się rozglądać za kolejnym etapem, czyli wycieczką na Saharę. Choć "rozglądać się" nie jest właściwym słowem. W Zagorze niemal każdy zajmuje się naganianiem turystów do takich wycieczek, niezależnie od tego czy kupujecie wodę, jecie śniadanie czy po prostu spacerujecie. I niestety nie da się tak od razu usłyszeć ceny. Trzeba posłuchać o organizacji wycieczki, obejrzeć zdjęcia. Oczywiście zaprponują herbatę i próbuję wdać się w pogawędkę, informacja o tym, skąd pochodzimy pomaga wyznaczyć ostateczną cenę (serio, jak w barze przy śniadaniu wzięli nas za Niemców wstępna cena było o 50% wyższa). Oczywiście każdy zapewnia, że tylko u niego prawdziwa pustynia i prawdziwi Berberowie. Kiedy na końcu mówimy, że musimy porozmawiać i przyjedziemy późnej widzimy głęboki wyrzut w spojrzeniach. Ostatecznie decydujemy się na propozycje od pracownika naszego hotelu - 500 MAD od osoby. Drogo, co tłumaczy, czemu tak bardzo się starają pozyskać naszą uwagę... W cenie noc w dużym namiocie, "camel trek" o zachodzie słońca, pełne wyżywienie przez dobę i dojazd. Cenowo tańsza byłaby opcja kupienia wycieczki w Marrakeszu. Ale nie żałujemy, że pojechaliśmy samodzielnie i w naszym "miasteczku namiotowym" byliśmy sami.

 

Do M'Hamid, ostatniej miejscowości przed pustynią (ok. 60 km od Zagory) dojeżdżamy lokalnym busem (w cenie), oprócz nas w trasę jadą lokalsi oraz materiały budowowlane. Potem przejmuje nas widoczny na zdjęciu profesionalny samochód terenowy. Renówka z lat 70 :) Zaraz za wioską widzimy znaki ostrzegające, że wjeżdżamy na pustynię i że dalej brak wody. My mamy ze sobą ponad 6 litrów na osobę.Później wjazd w teren, wśród kamieniu. Kilkanaście minut później jesteśmy przy namiotach rozbitych przy piaskowych wydmach.

 

M'Hamid

 Całe popołudnie spędzamy w namocie, mam odwagę tylko na krótki spacer. Dopiero po 18 robi się znośnie. Najpierw obiecany camel trek. A potem spacer wśród wydm o zachodzie słońca.

Sahara

fot Artur

 

Sahara

 

Nad Saharą zapadł już zmrok. Powoli wchodzi księżyc, jest w pełni. Jemy kolację przy świecach, oczywiście podano tadżin. Obskakują nas miałczący terroryści - kikutygodniowe kociaki. Niektóre dość śmaiło wskakują na stół. Po kolacji rozmawiamy trochę z obsługą naszego obiektu - kilkoma chłopakami z oklicznych wiosek. Też Berberowie, choć z innych plemion niż ci z Atlasu. Imione mają raczej arabskie - popularny jest Said. Dość dobrze mówią po angielsku więc możemy opowiedzieć trochę o naszym kraju i dowiedzieć się o pustyni. O tym, jak latem temperatura przekracza 45 stopni. O deszczach, które potrafią padać na wiosnę. O wioskach, gdzie mieszkają wraz z rodzinami. A potem zaczęła się najpiękniejsza część. Muzykowanie. Przy rytmie bębenków i giatry śpiewali swoje radosne pieśni. Tak po prostu, wieczorem po skończonych obowiązkach, kkedy jest już chłodniej - śpiewa się, by pobyć razem. Cieszę się chwilą, nie chcę nagrywać, ani fotografować. To ma zostać tylko w pamieci. Beberowie grający i śpiewający na Saharze przy pełni księżyca.

 

Sahara

 

 Nastawiam budzik na wschód słońca. Jest nawet chłodno, muszę założyć bluzę. Spaceruję po wydmach i obserwuję jak zza  czarnych gór (tam niedaleko jest już Algieria) słoce pokrywa swoimi promieniami wydmy. Jest cudownie. I cicho. Jedynie wielbłąd powoli przechdza się między namiotami.

 

Sahara

 

Sahara

 

Przystanek Warzazat. Ze słynnym muzeum filmu. Okolice tego miasta grały pustynie Arabii, Ziemie Świętą, Cesarstwo Rzymskie, a nawet Tybet. Wiele tu sal tronowych. Szkoda tylko, że niemal wszystko z karton-gipsu... Telewizja to jednak kłamie :)

 

 

 

Warzazat

 

 

I znów Marrakesz. Duszno, głośno. Znajdujemy zabytkowy ponoć pałac, pbecnie w remoncie. Z zewnątrz nie wygląda ładnie. Drugiego zabytku nie udaje się nawet znaleźć, nawigacja wariuje. Męczą nas bardzo natrętni sprzedawcy obecni w każdym zakątku. Uciekamy. Już na podczas pierwszego pobytu znaleźliśmy miłą kafejkę z widokiem na główny plac, gdzie można spokojnie popijać marokańską herbatę. I popatrzeć na wszystkie egzotyczne postaci poniżej. Kiedy wybija stosowna godzina w całym Marrakeszu słychać modlitwene wezwania z licznych meczetow. Brzmi to trochę jakby rozlegał się alarm przeciwlotniczy. 

 

 

Marrakesz

 

Ostatni dzień. Wyolot w południe, więc wpadamy jeszcze do położonych obok lotniska Ogrodów Menara, jednego z topowego zabytkow Marrakeszu. Takie marokańskie łazienki :) Nie robią na nas dużego wrażenia, właściwie to jeden zabytkowy budynek i gaj oliwny. W oddali lewdwo widoczne góry Atlas. Czas do domu. W Marrakeszu 35 stopni, kiedy dwa tydonie wcześniej opuszczaliśmy Warszawę było tylko troszkę chłodniej. Teraz kiedy pilot ogłasza, że na lotnisku docelowym jest 12 w samolocie słychać jakby lekkie niezadowolnie.

 ogrody Menara

12 January, 201912 January, 2019 1 comments Trekking Trekking

Kwiecień 2018. Zainteresowało mnie ogłoszenie Sebstiana, które pojawiło się na jeden z grup fejsbukowych. Powrót w Himalaje marzył mi się od lat, od dawna chciałam zobaczyć Ladakh. Umówiliśy się na wyjazd w Tatry, żeby poznać się trochę i pogadać przed wyjazdem. Kilka dni później kupiłam bilet do New Dehli. Pozostałe osoby, Pawła i Przemka również zwerbowaliśmy za pomocą internetu. 

Kozi Wierch

 

Sierpień 2018

 

lot

 Do Indii lecimy przez Kijów. Z Pawłem spotykam się na warszawskim lotnisku, zaraz po ewakuacji MacDonalda, gdzie jakaś gapa zostawiła bagaż. Ktoś mi wytłumaczył jak działają prawa fizyki, ale jednak nie do końca akceptuję fakt, że kilkustettonowy kolos z ponad setką ludzi na pokładzie ot tak po prostu wznosi się w przestworza. 

 

New Dehli

 

New Delhi - gdzie spędzamy dzień i noc - jest męczące. Wilgotność (pora monsunowa), smog, hałas, wszyscy trąbią, wszyscy jeżdżą ta gdzie chcą. Ciągle jesteśmy zaczepiani, chcą nam coś sprzedać lub gdzieś zaporwadzić. W przejściu przez ulicę pomagają mi policjanci. Na mniejszych uliczkach jak ta - trzeba wciąż uważać, czy rower lub motor nie najadą na na nogi. Wszechodbeny smród moczu - faceci po postu się odwracają i oddają go gdzie popodanie.

 

Za pomocą GPS przeszliśmy z uliczki gdzie był nasz hostel do Old Dehli. Te 4 km naprawdę mnie wykończyły. Ciekawostką były "tematyczne" uliczki - w jednym miejscu części dla samochodów, w innym książki, a tutaj - sari.

 

Leh, Main Bazaar

Półotoragodzinny lot i znajdujemy się w zupełnie innej przestrzeni, Leh, stolica Ladakhu, licząca sobie "aż "27 tysięcy mieszkańców. Dawniej leżało na szlakach kupieckich prowadzących z Tybetu, Sinciangu (dziś Chiny), Kaszmiru, Bałtystanu (dziś Pakistan), Pendżabu i wielu innych. W rezultacie, choć dominuje to buddyzm tybetański znajdziemy tu przedstawicieli wielu kultur i religii.

 

Ladakh (liczba ludności ok. 300 tys.)  jest częścią indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir (ludność ok. 12,5 mln), zamieszkiwanego w większości przez muzułmanów.  Buddystom nie jest łatwo domagać się swoich praw w zakresie religii, kultury czy edukacji. Mimo wszystko jest tu spokojniej niż w innych częściach Indii, konflikty między grupami zdarzają się rzadko.

 

Pierwsza noc w Leh, na 3500 metrów, przebiegła o dziwo w miarę spokojnie. Chociaż ja trochę sobie pomagałam diuramidem i aspiryną ;) Cała nasza trójka (ja, Paweł i Przemek z którym umówiliśmy się w tymże hostelu) budzi się w miarę wypoczęta. Ostatni nocleg w cywilizacji. Zarezerwowany przez booking hostel jest przystosowany do potrzeb zachodniego turysty - mamy konkakty, możemy naładować wszystkie możliwe baterie.

 

W południe obieramy Sebastiana i ruszamy w góry, do Chilling. W planach mamy przejście trekkingu Markha Valley a następnie przejście przez trzy przełęcze do Mankramo leżącego już na szlaku do bazy pod Stok Kangri. 

 

Skiu-Markha

 

Drugi dzień trekkingu jest najbardziej męczący. Przewyższenia niewiele - ok. 400 metrów, ale za to 21 kilometrów marszu. Jest badzo gorąco - 30 stopni w cieniu. Ciężki plecack w tej sytuacji nie pomaga :) Łapiemy każdy możliwy kawałek cienia.

 

Kiedy powoli docieramy do zaplanowanego nocleguispotykamy na drodze wieśniaka, który pyta nas, czy zmierzamy do Markhi. Kiedy potwierdzamy, że owszem, mówi nam "bad river". Myślimy, że ma na myśli przekroczenie rzeki już za Markhą, syszeliśmy o nim od napotkanych w Leh Polaków,którzy robili tę trasę rok wcześniej.. Zerwało most, trzeba przejść rano, najlepiej za grupą z przewodnikiem, których tutaj nie brakuje. Próbuję jednak dogadać się z wieśniakiem "but problem is before Markha, after Markha" - na kilka sposóbów, jego angielski jest jednak zbyt słaby. Mówi nam tylko "bad river" i idzie w swoją stronę.

 

Jakieś 15 minut później przekonujemy się o co chodziło. Zerwało most. Rzeka jest bardzo wzburzona. Chłopaki próbują na wejść, ale w każdym miejscu rezygnują po kilku krokach. Powyżej widzimy dwie osoby, które próbują przekroczyć rzekę, ale również zawracają. Myślimy jak dostać się do Markhi, mamy w pamięciu kolejne trudne przejście, które nas ta czeka i konieczność przejścia rano. Rano stan jest najniższy, w ciągu dnia gwałtownie się podnosi, bo mocne słońce szybko topi wodę z lodowców.  W stromych zboczach góry wyryte są kamienne, osypujące się ścieżki, wariant szlaku, który na naszych mapach zaznaczony jest jako "high river". Nie wiemy jednak jak się tam dostać - krzaki na dojściu są dość gęste, a szlak wysoko. Podczas dyskusji z krzaków wyłania się widziana wcześniej para. Po kilku zdniach po angielsku możemy przejść na polski :P Ola i Bartek już ponad półtorej godziny szukają przejścia, czy to przez rzekę czy dojścia na górę - i postanowi się poddać. Nam nie zostaje nic innego. Na szczęscie do dobrego miejsca na nocleg musimy cofnąć się tylko kilka minut.

 

Nocujemy w gospodarstwie leżącym przy szlaku, na wyskości 3700 metrów, na trwaniku rozbiliśmy swoje namioty.. Rozmawiamy i ... patrzymy w gwiazdy. Tu, z z dala od cywilizacji, w pięknym bezchmurnym niebie, widać je doskonale. Chęć położenia się już spać po upalnym dniu walczy we nie z chęcią patrzenia się w niebo. W końcu to sierpień, czas perseidów. Raz na jakiś czas spada gwiazda. Udaje się pomyśleć życzenie.  Patrzę w kosmos, w niezmierzoną wieczność. Jak mała w tym wszystkim jestem, jak kruche jest moje istnienie. Dziękuję Bogu, że tak wiele piękna udało się zobaczyć.

 

Następnego dnia zwartą, sześcioosobową grupą idziemy na spotkanie z rzeką. Rzeczywiście jest dużo spokojniejsza. Tylko w jednym miejscu czuję się niepewnie, poza tym jest dość wygodnie. Głeboko oddychamy z ulgą. Kiedy docieramy nad drugi koniec wioski Markha okazuje się, że tutaj most jest już naprawiony. W kolejnych latach "bad river" może pokazać swoje oblicze jeszcze w innym miejscu.

 

Hankar

Tego dnia nocujemy w wiosce Hankar na około 4000 tysiącach metrów jest zaledwie kilka domów i niemal nie widać ludzi. Tylko w jendym z domów obydwała się niewielka ceremonią religijna z udziałem mnicha i kilku osób, poza tym cisza. 

Hankar

 

Zachód słońca był magiczny.

 

Z Hankar do Nimalingu mamy 800 metrów przewyższenia i ok. 10 kilometrów. Dla mnie ten dzień był najładniejszy - rozlgłe widoki, cisza (rzeka Markha skęcała gdzies w głąb lodowców). Coraz rozleglejsze widoki, morze gór, kamienie modlitewne, flai, "jeziorki z buddą". Był to też dzień kiedy okazło się, że pierwotny plan nie ma szans powodzenia. Dla Sebstiana spakowany plecak okazał się za ciężki na tak długą wędrówkę. Paweł przyjął decyzję z ulgą - od pierwszego dnia dokuczały mu pęcherze na stopach. Smutno, ale czasem tak jest. Pod Stok Kangi dostaniem się schodząc w dolinę i podchodząc ponownie, zamiast iść przez góry.

 

Hankar

 

Każdy przechodzący pielgrzym powinien zostawić kamień. Trochę jak na Krzesanicy ;)

 

 

Hankar-Nimaling

 

Jeziorko z buddą i szczyt Kang Yatse. Na niższy wierzchołek, 6200 metrów, można wejść z Nimalingu ( 4841), czyli z miejsca gdzie spędzimy kolejną noc. Spotkaliśmy tam Włocha, który dokonał takiego wejścia nie planując nawet tego wcześniej - po prostu wynajął przewodnika (ktory prowadząc na szczyt miał zwykły kij drewniany) i sprzęt (tzn wątpliiwej jakości raki automatycze doczepiane do butów podejściówek) i od tak z marszu zbobył sześciotysięcznik.

 

Kang Yatse

 

A to Kang Yaste i modlitewne flagi. 

 

Nimaling

 

Nimaling (tzw tent homestay tzn że jeśli nie masz namiotu możez kupić mejscówkę z wyżywieniem) jest niezykle pięknym miejscem - ale wysokość daje się odzuć. Na szczęście w moim wypadku kończy sie to tylko ogólnym rozkojarzeniem i brakiem koordynacji. Czyli do przeżycia.

 

Kongmaru La

 

 

Potem zostaje już tylko wejście na przełęcz, około dwóch godzin z bazy. Na początku mam wrażenie, że ktoś mi zabrał moje płuca, później jest już ok, tyle, że idziemy bardzo wolno. Kongramaru La leży ok. 5200 metrów nad poziome morza. Najwyższy punkt treku. Piękny, surowy widok. Jest Kang Yaste, jest nieco odległe pasmo Zansakru. Czujemy się dobrze. Jest pięknie, chce się żyć. Szkoda, że trzeba zejść.

 

Chogdo

Wioska Chogdo na 3900 metrów, ostatni nocleg na trekkingu. Spragnieni interakcji międzykulturowej przeszliśmy się po wiosce, weszliśny do jednego z domów na hebratę i ciastka (płatne). Chcieliśmy trochę porozmawiać, w końcu któś troszkę lepiej znał angielski. Zostaliśmy jednak sami z indyjską telewizją i sztarszym panem. Pogrążony w modlitwie chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z naszej obecności.

 

W Chogdo rozdzielamy się. Przemek czuje się dość silny, by wędrować pierwotnym wariantem naszej trasy. Spotkamy się za dwa dni. Nasz trójka schodzi w dół. Szkoda trochę noszenia zbyt ciężkiego plecaka - na Markha Valley jedzenie można kupić na całej trasie, my mieliśmy sporo własnego na dalszą część trasy. To jednak góry, nie zawsze wszystko się udaje. Taksówką jedziemy do wioski Stok, tu mamy dzień na odpoczynek. Sebastian, który dodaatkowo mocno się przeziębił decyduje się zjechać do Leh. Z nim spotkamy się w base campie.

 

 

Stok

Na ulicach wioski u stóp Stok Kangri toczy się normalne życie. Chłopcy grają w krykieta, narodowy sport Indii, nie przejmując się brakiem sprzętu czy boiska.

 

Stok

Po jednodniowym odpoczaynku wracamy na szlak. Już trochę ponad godzinkę nad wioską Stok napotykamy na pierwszy obóz, na około 4000 tysiącach metrów. To dobre miejsce na nocleg dla tych, którzy nie mają jeszcze aklimatyzacji. Po obżarstwie w homestay'u w Stok z wdzięcznością przyjmują propozycję Pawła żeby zatrzymać się w tujejszej "kuchni" i obalić coca-colę.

 

 

NO PIN NO GIN

 W kilku miejscach w górach na kamieniach widzimy napisy motywacyjne "NO PAIN NO GAIN". Jednak na podejściu na Stok Kangri spotykamy nieco inną wersję tego napisu :) Myślimy sobie, że autorowi musiały również nie zadziałać bankomaty w Leh. Niesety zachodnie banki z automatu blokuja karty przy próbie wypłaty gotówki, nie pomaga także częsty brak internetu. Ratunkiem sa posiadacze terminali do kart.

Mankarmo

Z obozu w Mankarmo na 4300 pięknie widać naszą górę. Miejsce jest widoko piękne, ale obóz mało zadbany. Dodatkowo mamy przykrą niespodziankę z permitem. Okazuje się, że dokument, który załatiwliśmy w Leh, w Indian Mountaneering Foundation i za który zapłaciliśmy 50 USD od osoby jest ... niepotrzebny. Od tego roku obowiązuje tylko "opłata środowiskowa: 500 rupii (ok. 25 PLN) bezpośrednio w obozie. W IMF po prostu nas oszukali.

 

 

Do obozu pod Stok Kangri docieramy już w trójkę. Jesteśmy na wysokości 4970 metrów. W nocy chcemy iść na szczyt. Dobrze jednak troszkę się zaaklimatyzować. Ruszamy w kierunku tzw gompy - stromą ścieżką w górę, na wyskość 5100 metrów. Zamiast "przepisowych" 40 minut idziemy 20, jest dobrze. Co prawda zamiast obiecanej gompy jest tylko trochę kolorowych flag modlitewnych - ale mamy stąd piękny widok na Stok Kangri. A także na skupisko namiotów w base campie. Na niewielkiej przełączce koło chorągiewek spotykamy trzech chłopaków z Polski (Leszek, Piotrek, Wojtek), poznanych już wcześniej w obozie. Oni także nie są tu bez przewodników i tragarzy, czyli są w obozowej mniejszości. Oni także idą w nocy na szczyt. 

 

aklimatyzacja 5400

Po południu dośc mocno się rozpadało i nie przestało aż do drugiej w nocy. Wyjście na szczyt musieliśmy przełożyć. Trochę z nudów, trochę dla lepszej aklimatyzacji, przszliśmy się na pobliską górkę, na wysokość ok. 5400. Czasem zza mgieł można było cośnieco zobaczyć.

 

 

Kolejna noc. Budzik nastawiliśmy na północ. Nie pada - idziemy. Zagotowaliśmy herbatę, wmusiłam w siebie batonik energetyczny.  Jest zimno, chce się spać. Ale noc jest piękna. Około pierwszej w nocy ruszamy ku Górze.

 

Wędrówka nocą jest nieco magiczna. Zarysy gór, światła czołówek. Przez załamanie pogody ludzi jest to dużo, myslę że minęliśy ok. 30 osób, prawie same grupy komercyjne. Dzięki niezłej kondycji i przyzwoitej aklimatyzacji mijamy ich dość szybko. Lodowiec, ktorego najbardziej się obawaliśmy jest dość ławty, tylko parę minut szukamy dobrego przejścia szerokiej na trochę ponad metr i dość płytkiej szczeliny. Chłopaki szarmancko podają mi kijek trekkingowy coby latwiej było mi zrobić długi krok.

 

Chłopaki nawigują za pomocą GPS, dodatkową pomocą są inne czołówki. Nie zawsze wypada to idealnie, szczególnie powyżej lodowca kiedy ścieżka ginie wśród osypujących się kamieni. Gdzieś koło czwartej w nocy na zegarku wysokościowym pokazuje się 5600. Po ośmiu latach pobiłam swój rekod wysokości (5545, Kala Pattar, Nepal). Przed nami wciąż 500 metrów przewyższenia, wokół ciemna noc.

 

Na szcześciotysięcznej grani nie oddycha się najłatwiej. Ale nie to jest głównym problemem - jestem troszkę chora, żołądek wariuję - chciałabym być teraz w łożku. Jest w końcu szósta rano. Mimo ogromnego zmęczenia cieszę się widokiem, który czasem wunurza się zza chmur. Nad Himalajami wstaje dzień. Gdzieś w oddali majaczą śnieżnobiałe szczyty, są zbyt daleko żeby tę delikatną biel sfotografować. Ale może przez to są jeszcze bardziej magiczne. To już Tybet, gdzieś tam jest Mount Kaliash, swięta góra Tybetańczyków. Ostatni, lekko zaśnieżony fragment grani - i już jestem. Na górze jest już trójka Polaków, chwilę przede mną weszli Przemek i Paweł. Jestem wzruszona. Weszłam na Stok Kangri, 6153 metry nad poziom morza.

 

Stok Kangri

Na grani Stok Kangri raze na jakiś czas zza chmur wyłaniały się nieziemskie widoki. Niestety wierzchołek pozostał w chmurach. Na szczycie czekamy ponad pół godziny. Los jednak nie okazał się łaskawy, a jest też dość zimno, ok. 10 stpni poniżej zera. Trochę smutno iśc ku dolinie, ale po licznych lekturach z cyklu literatury gorskiej wiem, że zejście może być bardziej niebezpieczne i za nami dopiero połowa sukcesu ;)

 

Stok Kangri

 

Po zejściu ze szczytu zmęczeni, ale szczęśliwi. Obalamy w trójkę piwko - co staje się moim najwyżej wypitym napojem alkoholowy. Przytulny śpiworek - w którym spędzam kolejny dzień z rzędu - robi się już trochę nudny. Jest czas, żeby przemyśleć parę "życiowych" spraw. Co na nizniach miało swoje konsekwencje ;)

 

Stok Kangri base camp

 

 

Ostatnie chwile w Stok Kangri Base Camp. Dzień jest piękny. Widać w końcu śnieżnobiałe szczyty Karakorum. W górze są Przemek, który postanowił wyjść na szczyt drugi raz i Sebatian. Zazdroszczę, że zobaczą ze szczyty o wiele więcej niż my.

 

Choć smutno schodzić z gór z ulgą opuszczam sam obóz. Organizacja pozostawia wiele do życzenia. Ludzi jest dużo, kilkadziesiąt osób. Każda z agencji rozostawia swoje namioty, w tym kuchnie, gdzie chce. Gotuje się na śmierdzących butlach gazowych, palone są śmieci, których woń wieloktornie czujemy w obozie. Nie ma wyznaczonych miejsc na mycie siebie czy naczyć lub na pobór wody, skazani jesteśmy na wskazówki miejscowych (na szczęście nikt z nas się nie zatruł). Toelaty to latryny. Nie jest źle jak na taki obóz, jednak niestety wielu panów stosuje "standard New Dehli". Takie zderzenie - pięko gór  i bałagan  wprowadzany przez człowieka.

 

Leh. piekarnia

 

Po zejściu do Leh mamy czas na zapoznanie się z lokalną kulturą. I jedzenie.

 

Thiskey

 

Pomiędzy powrotem z gór a wylotem mamy dwa i pół dnia. Warto więc także coś zwiedzić. Siedmioosobową ekipą - czyli nasz komplet plus chłopaki poznane w bazie - udajemy się do klasztoru w Thiksey. Obiekt z XVI wieku jest ogromy i rzeczywiście robi nas duże wrażenie. Rzeźby, malowidła, wielka pozłacana statua, księgi - wszystkie możliwe oblicza buddyzmu. Jest salka z rozmaitymi bodhisattwami - czyli postaciami, które choć osiągnęły nirwanę postanowiły pozstać na ziemi, wiedzione współczuciem (compassion) dla innych istot. Rolą bodhisattw jest pomóc tym duszom w osiągnięciu oświecenia i wyzwoleniu z cierpień. Jak trudno pojąć tak odległy dla mnie świat.

 

Po zwiedzeniu rożnych zakamarków Thiksey mamy jeszcze chwilkę do przyjazdu naszej taxi, więc spaceujemy na zewnątrz klasztoru. Ja i Leszek chcemy koniecznie ustrzelić fajne fotki :) Na jednej z bram widzimy plakat z Dalajlamą - był tu, zaledwie miesiąc przed naszym podbytem. I z tego co wiem, bywa w Ladaku dość często, nauczjąc w okolicznyh klasztorach. Ku jego czci postawiono nawet kilka mniejszych i większych statutek buddy :) Dobrze, że jest choć niewielki fragment Tybetu, gdzie wolno mu wjechać. Dobrze, choć niewielki fragment Tybetu nie został zniszczony.

 

Obok popularnego wśród turystów klasztoru toczy się normalne życie. Z pobliskiej szkoły krzyczą do nas dzieciaki. Robotnicy w ziemi kopią chyba coś związanego z irygacją. My tutaj obcy, tak bardzo nic nie rozumiejący.

 

Później w księgarni chciałam kupić jakąś książkę na powrót do domu, długi dzień w samolotach i na lotniskach. Było sporo książek o górach - głównie o Himalajach, ale tych nepalskich. Było trochę o Tybecie, trochę o Dalajlamie. Ale o Ladkhu tylko przewodniki. Z trudnem znalazłam jedną jedyną pozycję - Ladakh. Crossrads of High Asia autorstwa Janet Rizivi z 1996 roku. Szkoda, bo ten ciekawy, wielokulturowy region wydaje mi się znacznie ciekawszy niż komercyjne ekspecyje na Munt Everest czy biografie himalaistów. 

 

Stupa pokoju. Leh.

 

fot. Lesław Brzuska

 

Jeden z klasycznych zabytków Leh to stupa pokoju, ufundowana przez Japończyków (podobna, choć sporo mniejsza znajuje się nad Pokharą w Nepalu). Japoński budda nieco się różni od miejscowych figur.

 

Ladakh z powietrza

Bardzo smutno opuszczać Himalaje. Z samolotu widzę, jak piękny i rozległy jest Ladakh. A ja widziałam dwie dolinki, kilka klasztorów. Mam nadzieję, że będę mogła jeszcze kiedyś tu wrócić...

 

New Dehli

 

W New Dehli mamy jeszcze pół dnia. Nie mamy siły na wielkie zwiedzanie, chodzimy tylko po okolicy. To miasto męczy. A rano ... już tylko takówka na lotnisko. Samolot - serniczek na lotnisku w Kijowie - samolot - i dom. I znów kolejne spełnione marzenie. I taka dziwna pustka, kiedy podróż się kończy.

 

Informacje o trekkingu Markha Valley: http://www.planetagor.pl/articles/entry/Ku-wysokiej-prze-czy-Trekking-Markha-Valley-w-Ladakhu

Informacje o Stok Kangri: http://www.planetagor.pl/articles/entry/Stok-Kangri-atwy-sze-ciotysi-cznik-

 

 

1 April, 20181 April, 2018 0 comments Trekking Trekking

Lotnisko w Stambule nie należy do największych, ale dało radę znaleźć przytulny kącik – komorka ładuje się, a ja robię "prasówkę" – w podróż nie wzięłam ze sobą książki bo i bez niej plecak bardzo ciężko. Podeskcytowana właśnie rozpoczętą podróżą. Kątem oka dostrzegam wielką czerwoną kulę. Zachodzące słońce. W tle minarety meczetów. Podbiegam do szyby. Udaje mi się strzelić fotkę zanim słońce szybko zniknęło za horyzotem. Kiedy wzejdzie będziemy już w Biszkeku, stolicy Kirgistanu.

 

Biszkek

 Pierwsze chwile w Biszkeku. Śniadanie w lokalnej knajpce koło Osz bazaru. Samsa z mięsem. I kawa - czyli jak wszędzie w Kirgistanie zalewane 3 w 1

 

 Po zarwanej nocy, wylądowałyśmy o 6 tj 2 polskiego czasu, jesteśmy lekko zmęczone. Mamy za sobą szybkie śniadanie, szybkie zakupy i szaleńcze poszukiwanie właściwego przystanku z któego odjeżdża nasz marszrutka. Do parku narodowego Ala-Archajedziemy niecałą godzinę, jest szansa na choćby drzemkę. Zasnąć trudno- bo za okanmi przeusywają się piękne krajobrazy, oraz egzoyczny dla nas krajpbraz obecego kraju. Hurrra jestem w Azji, patrz jakie piękne góry – krzyczy serce. Rozsądek każe pospać choćby chwikę. Przecież będą jeszcze piękne widoki...

 

Ala Aracha

Pierwszy widok na Tienszan. Marszutka dowozi do bram parku Ala-Aracha. Stąd warto wziąć taxi do Ałpagier żeby nie iść dwie godziny asfaletem.

Jeśli nie zaznaczono inaczej zdjęcia mojego autorstwa.

 

Ala Aracha Niedługo po starcie naszej wycieczki zaczyna lekko padać i grzmieć. Potężne góry Tienszan witają nas nieco mrocznym klimatem. Niewielką burzę przeczekjemy w krzakach, lepiej nie wychodzić na otwartą przestrzeń

 

Tego dnia nie możemy iść zbyt daleko, nie mamy aklimatyzcji, a startujemy od ok. 2200. Zgodnie ze znalezionym w sieci opisem rozbijamy się przy wodospadzie na wysokości 2700. Urzeczona przyglądam się wysokogórkiemu krajobrazowi. Niesamowite – ledwo wstałam od biurka a tu coś takiego. Trafia nam się cudowny zachód słońca – okoliczne skały zyskują niesamowicie nasyconą, czerwoną barwę...

 

Żeby nie było zbyt pięknie – całą noc pada.

 

baza Racek, fot. Paulina Wojciechowska

Po całonocnych opadach wyższe partie gór przykrył śnieg.

 

Na Raceku, na wyskości 3300 metrów jesteśmy dość wcześnie. Bardzo padało, więc decydujemy się na nocleg wewnątrz. Czas na aklimatyzacje. Czyli picie, picie i jeszcze raz picie. A potem – tolaeta. Jest czas na spacer. Nasza baza nie jest jedyna – jest kolejny budynek ciut wyżej. I namioty wokół obu. Wiele nardowości. Przed naszą bazą stromo opadający wodopad. Jest ujęcie wody. Szkoda, że nikt nie pomyślał o miejscu do mycia, trzeba kombinować.

 

baza Racek, fot. Paulina Wojciechowska

Poradziecka aplinistyczna baza Racek. Imię zawdzięcza radzieckiemy alpiniście.

 

 

Mam czas też na "spacer z aparatem". Więc są ujęcia lodowców, okolicznych kwiatków. Są portrety dziewczyn. W podróży czasem tak jest, że jak się mniej dzieje – jest więcej zdjęć ;)

 

 Jeszcze podczas kolejnej sesji herbatki z termosu zauważam małego ssaka, który przebiega po naszych śpiworkach. W nocy słychać że jest ich trochę więcej. Nie wiem, kto wymyślił powiedzonko "cicho jak myszka" – bo obie noce, które spędziłyśmy na Raceku towarzyszył nam chałas. Najpierw skrobanie i chrobotanie. A jak myszki przestały chrobotać i biegać to widać szukały towarzystwa – bo popiskiwały. Taka lokalna atrakcja. Jestem w stanie źle spać z każdego powodu - a więc biegające myszki i słaba aklimatyzacja zdecydowanie zakłóciły mój nocny wypoczynek.

 

RAcek

"Przytulne" wnętrze bazy

 

Wstałyśmy o świecie. Dziś atak szczytowy na Pik Ucziciel, góry dla której tu przyjechałyśmy. Dziś pogoda śliczna, słońce oświetla pięknym porannym blaskiem okoliczne szczyty. W Tienszanie wstaje dzień. My powoli zdobywamy wysokość. Ścieżka jest bardzo niewyraźna – wszędzie leżą kamienie, nawigacje ułatwiają kamienne kopczyki. Przy słabej widoczności orientacja w terenie mogłaby być naprawdę trudna. Ale i bez tego nie zawsze idę właściwą drogą, nie zawsze dobrze widzę która kombinacja kamieni jest tą właściwą. Trudności technicznych nie ma, ale jest stromo. A im wyżej, tym wolnej idziemy.

 

 Końcowka trasy była już całkiem we mgle. Coraz trudniej złapać odddech. Chmury się rozstępują ... próbuję podbiec, ale nie mam aklimatyzacji na takie szaleństwa. W końcu to ponad cztery i pół tysiąca metrów. Wchodzę na szczyt jako pierwsza. Przede mną morze nienazwanych w większoścu szczytów. Troszkę płaczę ze wzruszenia

 

widok z Piku Ucziciel, fot. Paulina Wojciechowska

Jesteśmy na szczycie. Cztery i pół tysiąca metrów...

 

Na szczycie oczywiście obowiązkowe fotografie. Chmury przychodzą i odchodzą więc mamy szansę na fotki z górskim krajobrazem. Bez fotek byłoby niezaliczone ;) Część grani i kopuły szczytowej pokrywa mały lodowczyk, na który w żadnym wypadku nie możemy wejść – więc nie mamy widoku 360. Ale i tak jest cudownie. Na szczycie jesteśmy same. Zostajemy może z 20 minut – musimy zejść żeby szybko wytracić wysokość. 1200 metrów jednego dnia, gdy nie byłyśmy dobrze zaaklimatyzowane – to dużo.

 

baza Racek, fot. Paulina Wojciechowska

 

Do bazy wróciłyśmy w chmurach. Tylko przez chwilę wieczorkiem pokazały nam sie góry w blasku zachodzącego słońca.

 

RAcek Noc po ataku szczytowym była już nieco lepsza - ale myszki i tak były słyszalne. Nie nastawiałyśmy budzika, można było wstać tak po prostu. Słyszałyśmy tylko jak w nocy towaryszący nam Holedrzy cicho wstawali i szykowali szpej chyba na poważniejsze wyjście. I jak jeden Kirgiz długo i uporczywie próbował namówić do wyjścia swojego kolegę, który pozostawał głuchy na jego krzyki i śpiewy. My wstajemy znacznie później niż zwykle. Mocne słońce na dobre zagościło w dolinie. Dziś jest dobry dzień.

 

Plan wyjazdu napięty – więc choć chciałoby się zostać – idziemy w dół. Pogoda jest przepiękna, świeci bardzo mocne słońce i góry wyglądają zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy podchodziłyśmy. Na szlaku mnóstwo ludzi, trochę turystów, w niżej części bardzo dużo lokalsów, któzy korzystając z pięknej niedzieli uciekli od upału w Biszkeku. Dłuższy postój robimy sobie nad spienioną, białą rzeką Ak-Sai, nieopodal miejsca pierwszego noclegu. Przyjemna bryza. Nie mogę się napatrzeć na rzekę i góry. Na brzuchu trzymam chłodny kamień – daje trochę wytchnienia od mocnego bólu, który pojawia się regurlanie co 28 dni i nie reaguje na słowo "urlop" :) Mimo niedogodności, jest pięknie. Wtem.. łapię się na myśli co muszę zrobić jak wrócę do pracy, tak żeby moja księgowa jak najszybciej mogła policzyć VAT. Szybko przestawiam się na właściwe tory, z dala od Morodru, targetów i faktur sprzedaży. Nie jest łatwo zanurzyć się w "tu i teraz", nawet jeśli teraźniejszość to spełnione marzenie...

 

rzeka Ak Sai

 Spieniona rzeka Ak-Sai.

 

Ala Aracha

Ukwiecone łąki na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów.

 

Wyruszamy z Ak-Suu, miejscowości startowej dla naszego kilkudniowego trekkingu w paśmie Tereskuj-Alatoo. Jestem zła. Miejscowi chcą od nas dużej kasy(4000 som tj. ok. 220 PLN) za podwiezienie nas nędzne 15 km do gorocych źródeł Ałtyn Arshan. Nasze źródła internetowe wskazywały, że suma powinna być kilkukrotnie niższa. Wszyscy napotkani miejscowi rządają jednak 4000. Tłumaczą się, że droga "ocień płohaja", czyli że niby kiepska. My twierdzimy, że wcale nie kiepska i ruszamy w górę, nie patrząc że jest 18:00 a do pokonania mamy 15 km i 500 metrów przewyśzenia. Najwyżej zanocujemy po drodze. Nie ma zbyt wielu miejsc na nocleg ale co tam, więc zaczynam się trochę stresować. Wtem koło 20:00, kiedy zapada zmrok zza zakrętu wyłania się ził węglarek, pełen Ukraińców. Oferują podwózkę za znacznie mniejsze pieniądze. I cóż, okazuje się, że... droga rzeczywiście jest bardzo zła, godzina jazdy to istny horror – cały czas miałam wrażenie, że spadniemy do rzeki lub w przepaść....

 

Ałtyn Arshan

 Ałtyn Arshan na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów. Słynie z gorących źródeł. Tu kończy się "płohaja droga" i zaczyna nasz trekking.

 

Ałtyn Arshan

Ruszamy. Tego dnia dokuczał nam wyątkowy upał.

 

Drugi dzień naszego trekingu, start z miejsca, gdzie kończyła się woda (na około 3300). Jakieś pół godziny od oboazu zaczyna się robić trudno. Jest bardzo stromo, ściana góry jest niemal pionowa. Plecak tym razem bardzo ciąży. Kamienie lecą spod nóg. Czuję, że kompletnie nie mam siły iść wyżej.... ale nie bardzo mogę przystawać na dłużej gdyż zaczynam po prostu lecieć w dół. Więc szybkie oddechy co kilkanaście kroków. Jezu, czy ta droga się nigdy nie skończy? Jeszcze krok, jeszcze kilka kroków i już. Jestem na Przełęczy Ala-Ker, na wyskości ponad 3800 metrów. U moich stóp niesamowite turkusowe jezioro Ala-Kul. Widok jak marzenie, jak z pocztówki. Widok, który zainspirował Gosię do organizacji podróży. To, co przez wiele miesiący było tylko mglistym obrazkiem teraz oglądam na żywo... i nie mogę się napatrzeć. Na przełęczy Francuzki dziwią się, że przyszłam tutaj w spódnicy... cóż, w górach trzeba mieć styl.

 

przełęcz Ala-Ker

Na Przełęczy Ala-Ker

 

Na przełęczy spędzamam ponad godzinę – trudno napatrzeć się na ten niesamowity turkus. I góry, zesząd góry. Część szczytów pokryte śniegiem. A na jednej z gór – lodowiec z niesamowitymi serakami. A na przełęczy .... tybetańskie flagi modlitewne. Raczej nie zawieszone przez miejscową ludność.

 

Ala-Kul, fot. Paulina Wojciechowska

Zejście na biwak. Przyoadkowo rozbiłyśmy się w obozowisku firmy Ak-Sai, przeznaczonym dla wypraw komercyjnych. Turyści chodzą na lekko - a w obozie mają różne udogodnienia: lodówkę, prąd z generatora, jadalnię ze stołem i krzesłami, wodę butelkowaną przynoszoną rano do solidnych namiotów. Baza jest prawodpodobnie zaopatrywana helikopterem, nie ma szans, żeby wsyztsko zostało tu wniesione.

 

 Rozbiłyśmy się nad brzegiem cudownego turkusowego jeziora. Trasa dziś była krótka, więc drugie pół dnia mamy dla siebie. Poszłabym na wycieczkę "na lekko" – ale Ewy decydują się zostać w obozie, a  Gosia ma coś z kolanem. Więc zamiast łażenia – swoista odmiana plażingu i smażingu. Idziemy sobie brzegiem jeziora. Moczymy stópki - co później wejdzie nam w nawyk. Woda bardzo zimna - ale trudno się spodziewać czegoś innego na wysokości trzech i pół tysiąca metrów. Idziemy dalej – i spotykamy "naszych" Ukraińców, którzy również biwakują nad brzegiem. Po krótkiej rozmowie idziemy jeszcze na spacer aż do krańca jeziora. Siadamy. Gapimy się bez końca na cudwony krajobraz. Na będącą naprzeciwko nas pięciotysięczną górę z niesamowitymi serkami. I na dwie żółte łodzie, które wzięły się znikąd i przepływają przez jezioro. Co tu robią i kto je przytargał? Kolory robią się coraz bardziej nasycone, zblliża się złota godzina. W końcu czas wracać -  "zahaczmy" jeszcze o oboz Ukraińcow. Załapujemy się na arbuza, którego ich dzielny przewodnik przyniósł aż tutaj... wspaniała i niespodziewana uczta.

 

Ala-Kul, fot. Paulina Wojciechowska

Trochę inne Lazurowe Wybrzeże

 

nad brzegiem Ala-Kul, fot.: Paulina Wojciechowska

 

Nie możemy się napatrzeć...

 

Ala-Kulejście było strome, mijamy też bardzo dużo ludzi. Sporo ma własnych tragarzy. Idziemy z Ewą Dużą pierwsze. Na dziewczyny czekamy przed pięknym wodospadem, opadającym z polodowcowego progu. Taka lokalna wersja Siklawy, tyle, że oczywiście odpowiednio większa. Przyjemny chłód, przyjemy huk wodospadu. Chwilka relasku, znalazł się nawet czas na rozmasowanie obolałych pleców.

 

 dolina Karakol

 Dolina Karakol. Zdążyłyśmy przed burzą.

 

Na zewnątrz burza szaleje. A my w środku przytulnego namiotu kuchenno-barowego w Karakol Base Camp. Na 2500, czyli w dolinie :) "Kirgiski bar" jak go ochrzciłyśmy zawiera wszystko – niewielki sklepik z wyposażeniem typu makarony, zupki chińskie czy różnej wielkości piwo. Ozdobą sklepiku jest różowy budzik w kształcie serca. W rogu część kuchenna – łącznie z prawdziwą kuchnią, na której można gotować. Dużo stołów, przy których rozsiadły się różne grupy. - my siedzimy w Rosjanami. Wszędzie porozwieszane ciuchy. Są też parkowi strażnicy, którzy ściągją od nas opłatę – 200 som za osobę. Paragon, który dostajemy jest mocno wyblakły i nie zawiera daty. Co każe wątpić, czy gotówka kiedykolwiek trafi do siedziby parku.

 

dolina Karakol

Uroczy gadżet w sklepiku w Karakol Base Camp

 

Po burzy idziemy z Dużą Ewą w górę doliny. Bo wiem, smutne to, że nie pójdziemy już dalej. Po deszczu jest znów bradzo ładnie – wszystko widać. Turyście wędrują – jedni, totalnie przemoczeni, do naszej bazy. Inni – gdzieś dalej w góry. Baza jest bardzo ciekawym miejscem – oprócz kilku jurt, namiotu bazowego, małych namiotów innych turystów znajdziemy tu większe i porządne namioty (pewnie dla grup zorganizowanch) i kilka przeczep, w których mieszkają zarządzający bazą. A wokół tego wszystkiego pasą się konie.

 

dolina Karakol

W toaletach w Kirgistanie przeważnie nie ma drzwi do każdej kabiny. A czasem zdarza się, że nie ma nawet przedzielenia między kabinami. Miejsce na stópki jest naprawdę urocze.

foto: Ewa

 

dolina KarakolKolejny dzień zapowiada się pięknie. Trochę mam nadzieję, że prognozy kłamały, trochę że dziewczyny zechcną zaryzykować i pójdziemy w stronę Teleti. Niestety. Idziemy w dół. Wiem, że to rozsądna decyzja. Z początku naszej wędrówki dzień jest bardzo ładny. Towaryszy nam szum potężnej rzeki Karakol. Później nie jest już tak sielankowo ;)

 

Karakol jest brzydki. Można poza prawosłowaną katedrą czy mecztem Dunganów (chińskich muzułmanow). I maleńskimi chatkami. Bieda aż piszczy, a estetyka nie jest pierwszą potrzebą. Zaniedbane bloki. Dziurawe ulice. Monumentalne pomniki sowieckich bohaterów. Apteki w każdym rogu, czasem trzy koło siebie. Po cudownych górach jakoś nam tu nieswojo. Od dawna zanosiło się na deszcz aż w końcu lunęło. Konkretnie. Miałyśmy schronić się w knajpie, ale nie damy rady dobiec, całe jesteśmy mokre. Więc sklep. W asortymencie wino w beszce, pewnie domowej roboty. Kosztujemy. Humory się poprawiają. Ulewa już sobie idzie. Wychodzimy. Nad miastem tęcza, nawet sowieckie pominiki i bazarowe budy jakieś takie ładniejsze. "Nie ma brzydkich miast... czasem tylko wina brak" – konkluduję z uśmiechem.

 

Karakol

Tęcza i kubeczek wina... i nawet Karakol staje się ładniejszy. Widać napisy cyrlicą - część rzeczywiście jest po rosyjsku, ale od lat 40. w tym alfabecie jest zapisywany także język kirgiski.

Foto: Ewa

 

 Znów jedziemy. Marszrutka z Karakol do Koczkoru, ponad 5 godzin jazdy. Jedziemy dłuższą, ale pewnie lepszą drogą, wzdłuż północnych brzegów jeziora Issyk Kul. Dziś już nie lśni i nie błyszczy. Pogoda nadal zła, jest mrocznie i posępnie. Z resztą przez tę pogodę zrezygnowałyśmy z "plażingu i smażingu" na recz wyprawy nad Song-Kul, gdzie jak głoszą Norwegowie (yr.no) ma być ładnie w najbliższych dniach. W marszrutce sporo dzieciaków – często jedna rodzina ma kilkolro, często matka wsiada sama z trójką kilkuletnich maluchów. Później wyczytam, że w Kirgitanie dzietność wynosi 2,6, czyli jest dwa razy wyższą niż w Polsce. Na razie zadziwiają mnie dzieci. Nie mają tabletów, komórek, zabawek ani innych umilaczy podróży. I tylko czasem któreś z nich coś krzyknie czy zwróci na siebie uwagę. Tylko czasem nie wytrzyma nudy. Większość siedzi na swoich miejscach i nie domaga się większej uwagi. Jak to się różni od świata, który ja znam.

 

 

dworzec Zatrzymujemy się na niewielkim dworcu autobusowym, przy meczecie (pustym jak większość meczetów na północy Kirgistanu). Tuż za toaletą dostrzegam muzułmański cmentarz,widzę po raz pierwszy w życiu więc idę na kilka minut spaceru. NIektóre nagrobki są naprawdę spore, nie mają jednak żadnych zdjęć. Miejsce sprawia wrażenie posępnego i niezbyt często odwiedzanego. Tu chyba nie odwiedza się grobów bliskich.

 

muzułmański cmentarz

Muzułmański cmentarz.

 

Jesteśmy nad jeziorem Song – Kul na wysokości 3000 tysięcy metrów. Śpimy w jurcie, na swoistej agroturystyce ;) Jeste 12 sierpnia, a więc noc spadających gwiazd. To jest ten moment kiedy przydaje mi się to, że nie zasypiam zbyt szybko. Słucham muzyki na mp3 i czekam aż zrobi się naprawdę ciemno. Dzieczyny szybko zasypiają, tylko Gosia słyszy jak wstaje i nawet deklaruje, że za chwilę do mnie dołączy. Rano tego nie pamięta. Wychodzę. Jest cudnie. Bezchmurne niebo, pięknie widać Drogę Mleczną i tyiące innych gwiazd. Niezmierzone piękno Wszechświata, którego jestem maleńską częścią. Powstałą z gwiezdnego pyły...

 

Song Kul

 Nad brzegiem Song Kul. Woda jest zimna, ale dajemy radę nie tylko umoczyć stopy, ale zaliczyć krótką kąpiel.

 

Song Kul

Jest czas na plażowanie

Song Kul

Wycieczka w stronę gór by zobaczyć całe jezioro. Udaje się - poza maleńkim skrawkiem na zachodzie. Wszystko wydaje się być bardzo blisko siebie.

foto: Ewa

 

Rodzina, w której jurcie mieszkamy, składa się z dziadków, rodziców i pięciu córek (myśląc tamtejszymi kategoriami – nie poszczęściło się). Najwięcej komtaktu mamy z kilkunastoletnią Basią (to nasza wersja jej kirgiskiego imienia – dla nas nie do powtórzenia niestety) i 2-letnią Fatimą. Mała zaczepia nas, chętnie bawi się w berka. Jest brudna. I bardzo radosna. Najmłodsza z córek ma zaledwie 8 miesięcy. Cały dzień siedzi na kocu przed jurtą, ma jakieś zabawki, ale ulubioną pozostaje odcięta góra od baniaka z butelki. Kiedy zapłacze ktoś z rodziny przybiega, ale większość czasu dziecko siedzi samo.Wszystkie pozostałe dzieciaki pomagają przy gospodarstwie - turyści to dodatkowy zarobek, ich głównym zajęciem jest hodowanie zwierząt. Kiedy dzieci idą do studni po wodę nawet dwuletnia Fatima ma swoją niewielką butelkę. Najmniej kontaktu mamy z pokoleniem rodziców. Ojca prawie nie ma. Matka cały dzień, od świtu do zmierzu, pracuje w gospodastwie... Seniorzy są już nieco odciążeni, to oni są gospodarzami, uzgadniają z nami ceny, godziny posiłków. Starsza Pani, też Fatima, podaje nam do stołu, pracy ma jednak dużo mniej niż synowa."Dziadek" niewiele udziela się w gospodarstwie, dużo siedzi przed jurtą i obserwuje. Kiedy spacerują z żoną opowiada nam ich historię – urodził się w Peterburgu, kiedy studiował przyjechał w te okolice. Poznał żonę. I zamieszkał w kirgiskim stepie. Wciąż jest zakochany, śpiewa żonie piosenki... 

 

Nasi gospodarze nie przyjmują gości tak często jak ci powiązani z agencjami turystyczmymi w Koczkorze, trafiłyśmy do nich bo są znajomymi kierowcy. Dzięki temu, że gości mają mniej - mieli dla nas czas i uwagę.

 

Song Kul

"Basia" z najmłodszą siostrą

 

 

 

 

Song Kul

 

 

Wycieczka nad wschodni brzeg Song Kul nauczyła nas jak złudna bywa odległość w owartej przestrzeni. Wszystko wydawało się być bardzo blisko, jednak kiedy wędrowałyśmy krajobaz niewiele się zmieniał. I wszystko wciąż było bardzo daleko.

 

Sogn Kul

Ostatni zachód słońca nad Song Kul. Czekamy na naszego kierowce - spóźnił się dwie godziny, głównie dlatego, że jechał do nas po swojej "normalnej" pracy. W obie strony towarzyszył nam syn, chyba pomagał ojcu, który nie najlepiej widział po zmroku.

Foto: Ewa

 

W Koczkorze rozstałyśmjy się z Ewami. Dziewczyny mają bilet trochę wcześniej, my may jeszcze czas na zwiedzanie. Marszrutka zawiozła nas do Biszkeku. Tu na Osz Bazarze bierzemy "shared taxi" – minibusik, który pojedzie jak znajdzie się komplet pasażerów. Czekamy więc. Jako ludzie zachodu chcemy wiedzieć, ile mamy czekać – ale tu nie ma takich odpowiedzi. Odjedziemy dokładnie o godzinie Jak-będzie-komplet-to-pojedziemy. Czas umilamy spobie rozmową z jednym z taksówjarzy. Całkowiem niedawno sprowadzał z Niemiec samochody (tu prawi wszystko jest sprowadzane – Kirgizi jeżdżą tym, czego na Zachodzie już nikt nie chce), jeździł przez Polskę. Nawet dobrze wspomnina – i nasze drogi, i policję, która wypuściła kiedy jechał niezgodnie z przepisami, ale za to w zgodzie GPS. Miło słyszeć. Po około dwóch godzinach czekania znajdują się barkujący pasażerowie – rodzina Kirgizów, wszystko raczej w średnim wieku lub starsi – pod wodzą głowy rodziny, Upiornego Dziadunia. Niby nic nie robi, ale jego osobowość i rozkaujący ton nie wydają się przyjemne. Ruszamy. Za około 2 godzin, czyli około drugiej w nocy mamy być w Osz, w południowy Kirgistanie. Dzieli nas 700 kilometrów.

 

Złapaliśmy tak zwanego kapcia – więc kilka minut postoju.Rodzina Kirgizów od razu korzysta, przechodzi przez barierki i urządza toaletę. My się jednak trochę wstydzimy. Po kilkunastu mintach jedziemy dalej – niezbyt daleko, następny postój to wulkanizator. Tu pół godzinki. Zwiedzam okolice. Naprzeciwko nas ciekawy meczet. Na patrerze kawiarnia – na pierwszy piętrze miejsce modliwty – mogę przeczytać dzięki znajomości cyrlicy. Skojarzenie z Zachodem niesłuszne – chwilkę potem po raz pierwszy w Kirgistanie słyszę wezwanie do modlitwy. Tu także – inaczej niż na północy ludzie witają się "Salam Alejkum – Alejkum Salam". Tak nazywa się z resztą pobliska restauracyjka. Koło wymienione. Możemy jechać dalej. Na kolację zostajemy zaproszeni to jurty rodziny rodziny naszych Kirgizów. Posiłek jest pyszny, ale dziękujemy za wódkę (pitą w czarkach na herbatę!). W Osz mamy być wczesnym rankiem.

 

saalam alejkum

Taka knajpka  pobliżu wulkanizatora ;)

 

W nocy okazuje się jedna, że wszystko nie jest takie proste. Auto psuje się, uruchamiane jest przez ponad godzinę. W międyczasie rodzina Kirgizów opuszcza nas, po dzikiej awanturze z kierowcą. Ten rząda od nas znacznie wyżej opłaty za przejazd. Boimy się, ale jedziemy dalej, zostanie z krzyczącą rodzinom i Uprionym Dziaduniem nie jest żadną opcją. Wsiada dwójka Rosjan. Nie jedziemy daleko. Około drugiej auto pada na amen. Rosjanie łapią stopa, my się boimy i czkamy do świtu. Wtedy łapiamy stopa. Kierowcy między sobą dogadują się co do opłat za nasz przejazd.

 

 Jedziemy, ale niedługo. Na pierwszym większym podjeździe nasze nowe autko (notabne - sprowadzone z Polski!) zaczyna marudzić. Spod maski wydobywa się dym. Stajemy w zajeździe Izabela, my idziemy na śniadanie, panowie raują auto. Pod maskę wlali chyba z 6 litrów wody. Jest wifi, czuję się z tym faktem trochę bezpieczniej, choć nie wiem jak miałabym wezwać jakieś wsparcie będąc tak daleko. Zamawiamy jajacznicę i kawę – śniadanie tak standardowe dziwnie wygląda w tak niestadardowej sytuacji. Po jakiejś pół godzinie dobra wiadomość. Jednak ruszamy. Po dwudziestu godzinach od rozpoczęcia podróży przed nami wciąż kilkaset kimometrów i wiele godzin.

 

tama na rzece Naryn 

Nasi nowi kierowcy stają się nam złafodzić trudy podróży poazując lokalne zabytki. Dla tej tamy na rzece Naryn wysiedliśmy nawet z auta, są z niej dumni. To ta sama tama, o której budowie pisze Kapuścińki w "Kirgiz schodzi z konia".

 

Opuściliśmy już góry, ale wcale nie jedziemy szybko. Nasze wyładowane towrem auto i nie najlepszy stan drogi nie pozwalają na rozwijanie prędkości. Jesto gorąco. Staram się zahibernować, nie myśleć o tym, że mi niewygodnie, jestem cała przepocona i bardzo głodna. Jedziemy i tylko to się liczy. Po drodze mamy ok. 6 kotroli milicji, na szczęście nie trwają długo.Przy każdej kontroli kierowca ze stoickim spokojem zabiera plik bankontów (ok. 200 som, czli 11 PLN) i po chwli wraca. Nie komentuje tego nawet, widać są przywyczajeni. Według międzynarodowych sthnadardów korupcja w Kirgistanie jest na poziomie jesszcze wyższym niż w Rosji – jednak na najniższym jeśli uwzględnić kraje Azji Środkowej.

 

Kotlina Fergańska

Typowa "dekoracja" drogi w Kotlinie Fergańskiej

 

Nie dziwię się, że samochody nie działają tu jak należy – my jedziemy z pękniętą przenią szybą i nie do końca sprawnymi przyrządami. W kontroli pojazdu ostatnie co się liczy to sprawdzenie jego stanu. Myślę sobie jak ciężko musi się żyć w państwie, któe zwyczajnie nie dba o swoich – nie możesz liczyć na transport publiczny, nie możesz oczekiwać że taksówka, którą jedziesz nie padnie w środku drogi. Nie możesz liczyć na to, że stan zdrowia kierowcy pozwala mu prowadzić (kierowca, który wiozł nas z Song Kul miał ewidetnie problem ze wzrokiem po zmroku), nie możesz liczyć na to, że w razie wypadku dostaniesz jakiekolwiek odszkodowanie (czytałam, że wporowadzono obowiązkowe ubezpieczenie OC w 2016, ale póki co nikt się tym specjalnie nie przejmuje). Jesteś zdany sam na siebie. Przy tak wysokim poziomie korupcji każdy urządnik państwowy jest twoim wrogiem – jedyne na czym będzie mu zależało to wyłudzenie od ciebie jak największej kasy z powodu twojego problemu.Ludzie, którzy podróżują często mówią, że ppoza Europą "ludzie są tacy leniwi" i "tylko kombinują". Wystarczy chwilę pozamagać się z ich problemami z transportem po kraju, żeby chwilkę się zastanowić – być może nie mieli szansy przekonać się, że ciężka praca czy ucziwość jakolwiek pomagają w zmaganiach z ich codziennością...

 

Osz

Po 28 godzinach od wejścia do marszrutki w Biszkeku jesteśmy w Osz!

 

Jeteśmy bardzo dzielne. Po wyczerpującej 28-godzinnej podróży szybko znajdujemy kolejną taskówkę, taką, któa zabierze nas w ok. 4 godzinną podróż do Sary-Mogul. Załatwiamy niezbędne sprawy, kupujemy colę... i w drogę. Początkowo jest miło, egzotycznie. W kolorowym przydrożnym straganie kupujemy wielkie arbuzy. Później krajobraz się smienia – przejeżdżamy przez Góry Ałajskie. A po drodze znów kilka wysokich przełęczy (najwyższa ok. 3,5 tys). . Na jednym z takich podjazdów nasze auto, delikanie mówiąc nie pierwszej młodości, po prostu się popsuło.... Musimy wyjść. Mam ochotę stanąć na środku drogi i po prostu się rozpłakać. Zażądać rozwiązania sytuacji teraz, zaraz, natychmiast. Tylko przez kogo... Czy to jakieś fatum. Na szczęście po paru nerwowych minutach auto zaczyna współpracować. Jedziemu.

 

 

Po dwóch dniach tułaczki jesteśmy wreszcie u celu. W prywatnym domu zaadaptowanym na niewielki hostel. Wykąpane w bani. Przy stole pełnym jedzenia. Całe i zdrowe. Za oknem magiczny widok... śnieżobiały łańuch Pamiru. Najwyższe szczyty są o ponad cztery tysiące metrów wyżej niż my – a wieś Sary-Mogul leży przecież na trzech tysiącach metrów. Tak śnieżnobiałe szczyty widziałam wcześniej tylko w Himalajach – i teraz ponownie jestem urzeczona magią, czystością i tajemnicą wysokich gór. Ich dokonałą bielą. Pragnieniem by, jak kiedyś pod Everestem, być bliżej nieba.

 

Lenin Peak view point

Wycieczka znad jeziora Tulpar Kul na Lenin Peak View Point

foto: Gosia

 

 świstak w Pamirze

Dwóm dniom wędrówki w Pamirze towaryszą świstaki. Są ich setki.

Foto: Gosia

 

Podejście na przełęcz– tym bazem miłe i łagodne, te duże zakosy stowarzone by w górę wędrować konno lub nosić ciężkie ładunki do bazy wysuniętej. Prawie nie czuję że jesteśmy tak wysoko – ponad cztery tysiące i sto metrów. Wreszcie jesteśmy. Pik Lenina wydaje się tak blisko, choć ograniczony widok sprawia że nie widać jest tak dobrze jak z wczorejszej trasy na punkt widokowy. Na dole lodowiec. A to co nie przykryte śniegiem jest uroczo rude. Podchodzę kilkadziesiąt metrów wyżej w stronę niewielkiej górki, chcę zobaczyć trochę więcej Góry. A potem na dół, do Małgosi. Robimy zdjęcia. Cieszymy się pięknym, słonecznym dniem, ciszą i spokojem na szlaku. Jest cudownie. Nie chcę wracać.

 

Przełęcz Podróżników

Na Przełęczy Podróżników. Znów ponad cztery tysiące.

 

Jesteśmy na krańcu wioski Sary-Mogul. Znów siedzimy nad spienioną rzeką, tym razem z widokiem na ośnieżony Pamir. Szum uspokaja. Powoli zanurzam się w teraźniejszości. Czuję ogromną wdzięczność za wykątkowe miejsce i wyjątkowy czas.

 

 Dziś nie śpiemy w hostelu, poprosiłyśmy kierowcę, Tadżyka, o jakiś tańszy nocleg i wylądowałyśmy u niego w domu. W niewielkim trzyizbowym domku, w trakcie remontu bez bieżącej wody, mieszka nasz kierowca z żoną i matką oraz szóstką dzieci. Ponoć przy siódmym dostają od Państwa medal. Nie wspominałam o naszym 500+ :) Siedzimu oczywiście tylko z ojcem i jednym z synów, kobiety zajęte są w kuchni. Najstrasza córka patrzy na nas z ciekawością, ale może porozmawiać tylko chwilkę, choćby wtedy, kiedy specjalnie dla nas ściąga z kredensu elegancki serwis, chyba ślubny. Rozmawiamy o polityce czy religii i górach Pamir, cudownie mieć wgląd w kawałek innego świata.

 

Sary-Mogul35)Przed pójściem spać cała rodzina modli się. Tak, to muzułmanie, ale jakoś nie boimy się, że ktoś nas wysadzi albo sprzeda za wielbłąda :) Śpimy na maleńkich, ale wygodnych materacykach na podłodze (kirgiski patent – oszczędność miejsca), w nszym pokoju jest jeszcze gospodarz i syn, w pokoju obok reszta rodziny. Dobrze słyszmy, kiedy kilka razy budzi się najmłodsze, kilkumisięczne dziecko, na szczęście szybko daje się uśpić. Dla nas to czas kiedy możemy przyjrzeć się, jak tu jest naprawdę. Po raz kolejny doświadczyć zwykłej serdeczności zwykłych ludzi. Nie będę jednak idealizować – biedni, ale szczęśliwi. Zbyt mało wiem.

 

Sary-Mogul

Śnieżnobiały łańcuch Pamiru

 

Znów jesteśmy w Osz, mały pół dnia na zwiedzenie legendarnego miasta. Tu rzeczywiście czuć klimat Azji Centralnej – spotykamy też Uzbeków, których wśród mieszkańców Kotliny Fergańskiej stanowią około połowy mieszkańców. Nie widać śladu zamieszek z 2010 roku, zginęło wtedy kilkaset osób – ale myślę, że ludzie pamiętają. Miasto ma niesamowitą estetykę – oprócz starych zabytków relikty posowieckie – jest oczywiście pomnik Lenia. Są brzydkie blokowiska (choć chyba nie tak brzydkie jak w Biszkeku czy Karakolu :) ) - są kiczowate ozdóbki i wieczorem światełka. Naszą uwagę przyciąga także ... moda na selfie. Mieszkańcy miasta wyglądają jakby dosłownie wczoraj ktoś dał im smartfony i dostęp do fesjbuczka czy insta. Selfie pstrykają wszyscy i wszędzie – w parkach, w kawiarniach, na ulicacj. Jedne z dziewcząt, które razem zwiedzały ciekawe esterycznie muzem w świętej górze Suilaman – Tash zrobiły ich kilkanaście podczas samej jazdy schodami ruchomymi! Ponieważ jako cudoziemki byłyśmy tam atrakcją turystyczną – kolejna parta selfie była robiona już z nami. Zostałam także dodane do znajomych, dziewczyna jak się okazało zajmuje się księgowością więc blisko mojej profesji :)

 

Osz

Góra-symbol Osz

 

Z Osz do Biszkeku leciałyśmy samolotem lokalnych lini Tez-Jet. Później dowiadujemy się, że flota tych lini... to jeden samolot. 45 minut lotu + jakieś 2 godziny na lotnikach w cenie 170 złotych – brzmi zdecydowanie lepiej niż 28 godzin :) Myślę, że około połowę pasażerów samolotu stanowiły dzieci. 

 

Podróż się kończy. Jutro samolot do domu. Spacerujemy z Gosią po najbardziej nie-kirgskim miejscu, stolicy kraju – Biszkeku. Centralna ulica gromadząca najwięcej zabytków – prospekt Chui (czyta się Czuj!).Brzudtoa – choć nie pozbawiona pewnego uroku. Wszechobecne fontanny, nieco dziwczane białe bryły rządowych budynków i muzeów monumentalne pomniki (tak, oczywiście jest Lenin), wesołe miasteczko przypominąjące nasze lata 90. Później obowiązkowo Osz Bazar – z którego wyszłam z rozciętą torebką (na szczęście nic nie zginęło). Brzydkie bryły reprezentacyjnych budybków. Rozpadające się bloki. I nasz hostel, na 6. piętrze jednego z nich. Z kompletem kluczy dostajemy śmieszny bryloczek, służący do "wzywania" windy. Przykładamy do niewinnie wygląjącego miejsca w ścianie – ono pika – winda jest :) Taka technologia w niegrzeszącym ani urodą ani nowoczesnością bloku wygląda wyjątkowo surrealistycznie.

 

Biszkek

Ostatni zachód słońca w Kirgistanie. Widok z klatki z naszego hostelu, znajdującego się w zwykłym mieszkalnym bloku.

 

 

Czas do domu. Elegancki samolot Turkish Arilines zabierze nas do Stambułu a kolejny do Warszawy. My nie jesteśmy już tak elegackie – mimo naszych starań ciuchy prane w hostelowych umywalkach nie pachną świeżością, przemielone z różnymi gadżetami, które były z nami przez 3 tygidnie. W samolotowych gadżetach naszym zaintersowaniem cieszy się szczególnie jeden – skantypoślizgowe skarpetki, żeby można było bezpiecznie chodzić po pokładzie maszyny. CZYSTE SKARPETKI. Tylko ten, kto podróżował zrozumie ile radości daje taka mała-wielka rzecz.

26 January, 201726 January, 2017 0 comments Trekking Trekking

 

 

 

Czasem droga do Gruzji wiedzie przez Kijów. Czasem najtańszy bilet jest w ukraińskich liniach. Zadziwia mnie latwość podróżowania. Wysiadam z samolotu, dośż szybko kieruję się do stosowanych kontroli, bez probemu znajduje wyjście na autobus jadący do metra. Jakbym była u siebie a nie w obcym kraju. Ta podstaowa znajomość rosyjskiego sprawa, że nawet nie czuję bariery jeżyka. Chłopaki są już na mieście, kupili bilety wcześniej i dla nich tańszy był lot do Kijowa o 8, dla mnie – ten o 11 (te kilka godzin zrobiło ponad 100 dolarów różnicy...). Mam nadzieję, że w drodze do Gruzji zobaczę jakąś cerkiew, pamiętam je z 2007 roku, pamiętam, że były piękne. Niestetyy chłopaki już zdzwiedzili, dali się namówić tylko na jedną w drodze do obiadu. Więc zostało mi tylko spojrzeć na Majdan, Chreszatyk, cerkiew Włodzimierską i kilka ulic. Cóż, może nastęonym razem. Tyle piękna czeka mnie jeszcze w tej podróży że Kijów tym razem odpuszczam.

 

Majdan

Z chłopakami umawiam się na Majdanie 2,5 roku wcześniej w jego okolicach zginęło kilkadziesiat osób - Jaukowycz broniac władzy nie zawahał się użyć siły wobec własnych obywateli... (Fotka by Artur)

 

 

 

Po nocy w samolocie, drzemce w Tbilisi na placu Republiki i kolejnej drzemce w marszrutce wiozącej nas Gruzińską Drogą Wojenną wreszcie jesteśmy w górach. Stepancminda vel Kazbegi, znane mi już sprzed wyjazdu "spadkobierczyń Wandy Rutkiewicz" z 2014 roku. Namawiam chłopaków na piwko w knajpie, gdzie dwa lata temu obsługiwał kelner podobny do Borysa Szyca i gdzie było wifi, chcę jeszcze zerknąć na niezałatwione sprawy zanim stracę zasięg. Jednak tym razem nie ma prądu, nie ma więc wifi. Ani kawusi. Na szczęście jest piwo. Pijemy więc, za udany wyjazd. Zagaduje do nas Pan Gruzin, który mieszkał w Polsce, jeśli dobrze pamiętam około 2 lat. Budował stadiony na Euro. Patrzy na nas, na nasze wielkie plecaki. I pyta, czy na Kazbej. My, że do Omalo. Patrzy się na mnie "dzieczoczka toże". Ktoś z nas, że "toże" Pan ze zgorszeniem kręci głową. Że tak nie może być, że kobieta to w domu gotować powinna. Chłopaki trochę się ze mnie śmieją przez cały wyjazd, co ma dla nich złych skutek. Szczególnie dla Artura, z którym przypadło mi gotować. Bo o ile chętnie pomogłabym czy zrobiła więcej z poczucia górskiego parnerstwa, albo ze zwykłej życzliwości – to nie zamierzam zmywać tylko dlatego, że jestem kobietą :)

 

 

KAzbegi 

Piwo w Kazbegi vel Stepamcmindzie. Miłe złego poczatki... ;)

 

Dżuta. Zakładam plecak i wiem, że nie jest dobrze. Totalnie nie mam siły, jest za ciężki. A mam iść dwa tygodnie przecież... Wpadam na pomysł, że przecież prawie nic nie piłam w podróży (nawyk, żeby nie korzystać z toalety bo często nie ma jak), w Kazbegi też tylko piwo, które raczej mi nie pomaga. Chłopaki stanęli i coś tam patrzą z mapą staję i ja. Piję. Ciężko. Znów podchodzę do chłopaków proszę o podanie wody. Jest lepiej. Ale nadal ciężko. Pojęcia nie mam, jak dam radę. Miałam nadzieję, że rozbijemy się zaraz nad wsią żeby odespać noc w podróży, tak z resztą wstępnie mowiliśmy. Cóż, Robert i Seba chyba jednak nie bardzo wiedzą co to zmęczenie i chcą załoić pozostałą dwójkę ile będzie dało radę. Dochodzimy do ciekawie wyglądającego budynku pośrodku niczego który okazuje się nowiutkim, bo zaledwie rocznym schroniskiem. Pewnie byśmy nie stanęli, ale zaczyna grzmieć. Zamawiam herbatę. Dopiero po wypicu tego napoju czuję wyraźną poprawę. Potem już nigdy nie czuję, że nie dam rady dojść – jest mi po prostu ciężko, ale krok po kroczku idę dalej. Później, w październku dowiem się, że mój organizm jedzie na resztkach żelaza - i przy takim niedoborze tym bardziej ta wycieczka była trudna. Całe szczęście, że w sierpniu o tym nie wiedziałam :)

 

Pierwszy poranek w górach, gdzieś przy niebieskim szlaku w dolinie Chaukhi. Strzeliste szczyty masywu robia wrażenie. Na nas czeka "tylko", a może "aż" przełęcz. Słońce powoli ogrzewa dolinę Robert i Sebastastian przejeli na siebie obowiazek budzenia pozostałej dwójki, co jest jednym z powodów nazywania ich "hitlerowcami". Szykuję śniadanie. Nie jestem za bardzo głodna, ale wiem, że jeść trzeba. Nie tylko po to, żeby mieć siłę. Mniej jedzenia oznacza po prostu ciut lżejszy plecak.

 

kawa po kauasku

Pierwszy odcinek szlaku znajduje się dość niedaleko modnego Kazbegi, dlatego pełno tu lokalnych, przedsiębiorczych inicjatyw. Za przełęcza Chaukhi ta "komercja" znika.

 

Chaukhi

Dolina Chaukhi. Uważny obserwator dostrzeże osobę płci żeńskiej próbujaca się przedostać nieco wyżej... (fotka by Seba)

Chaukhi

Na przełęczy Chaukhi 

 

 

Zejście z przełęczy Chaukhi jest straszne. Ścieżka ginie tuż za nią. Trudno utrzymać równowagę w tak stromym terenie, z ciężkim plecakiem, W dodatku jest bardzo krucho, teren usupuje się spod nóg, a polecieć jest dokąd. W par miejscach mam stracha. Chłopaki pomagają. Niby to żadna pomoc – kiedy ktoś po prostu jest po drugiej stronie niebezpiecznego odcinka i mówi, żebym szła spokojnie i ostrożenia. Ale jednak ta cudza obecność pomaga. Taka metafora życia.

 

 

Jakaś nieszczególna ta wieś Roszka, leżąca u wejścia doliny, w której wczoraj nocowaliśmy. Jeden z licznym, gruzińskich "końców świata", gdzie nie dociera publiczny transport, ani nie ma dobodziejstw cywilizacji typu sklep. Chcemy kontynuować naszą wędrówkę szlakiem niebieskim. To, co znajdujemy za wioską nie nadaje się jednak do kontunuowania: ścieżka jest bardzo niewyraźna a bok niej rosną dwumetrowe barsze Sosnowskiego. Trujące, ponoć groźne. Mimo upadłu ubieramy się jak możemy i wchodzimy w ten gąszcz. Później już szukamy grzbietu omijając ścieżkę, której prawie nie ma. Jest gorąco. I niefajnie. Zatrzymujemy się pod podejrzanie wyglądjącą chatką, gdzie atakują nas chamry much. Na ręcę mam jedno oparzenie, chyba z początów przedzierania się przez krzaki. Zagoi się dopiero w Polsce.

 

 

Dochodzimy do punktu zaznaczonego na mapie jako Chie. Wioseczka na zdoczu gór, tu spotykają się szlaki czarny i niebieski. Choć wioseczka to bardzo duże słowo – są to 2 może 3 domy. Szukamy naszego szlaku niebieskiego, właściwie przechodząc przez czyjeś podwórko. Z domu wychodzi strasza pani. Robert zaczyna z nią rozmawiać, jak zwykle nie przejmując się, że nikt tutaj nie rozumie polskiegoSmile. Ale pani nie mówi nawet po rosyjsku, więc na niewiele bym się zdała nawet gdybym została dopuszczona do głosu. Robert pyta o szlak – pokazując na szlak czarny – że szuka takiego samego tylko niebieskiego. Po polsku. I staruszka rozumieSmile, idzie z nami kawałek, pokazuje drogę. Pamiętam, że jakoś tak dobrze jej z oczu patrzyło. I jakoś tak miło, ciepło, trzymała mnie za rękę kiedy pozowaliśmy do wspólnego zdjęcia. Tu na Ziemi pewnie już się nie spotkamy. Ale kto wie, może gdzieś tam kiedyś...

 

Kaukaz

Niestandardowy wariant szlaku Kazbegi - Omalo

 

Jesteśmy na grani - gdzie mapa zna szczyty takie jak Likoki czy Khakhmatismta. Jest to indywidualny wariant szlaku z Dżuty na Atsutnę, opracowany przez chłopaków. Indywidualne było też wejście - bez ścieżki, na skróty, zajęło pewnie ze trzy razy tyle. I na tej grani jest pięknie. Cudonie absolutnie pięknie. A góry nade mną jak niebo A niebo nade mną jak góry - możnaby zaśpiewać. Gdyby się miało siłę śpiewać. Wszechobecna zieloność, ciągnące się po horytont góry. Z ludzi tylko my. A jedynym śladem cywilizacji jest wijąca się droga do Szatili, gdzie od czasu do czasu przjeżdża samochód, wyglądający stąd jak dziecięca zabawka. Na dalszym planie skalista grań, domyślam się że to grzbiet odzielający Chesuretię od Tuszetii – z najwyżkszym Tebulosem. Słońce powoli chwyli się ku zachodowi. Złota godzina. To niemal niemożliwe – ale jest jeszcze cudowniej.

 

Biwakujemy nad niewielkimi jeziorkami lekko poniżej grani. Właściwie nad takimi większymi kałużami. Rano przybiegają do nas konie. To chyba ich wodopój "czy konie mnie słyszą" – mówi ktoś z nas. Jakoś to zdanie pierwsze przychodzi na myśl na widok tego zwierzęcia, co jakie jest, każdy widzi.

 

 

Ostatnie podejście na najwyższy z okolicznych szczytów wygląda konkretnie. Nie mam na nie najmniejszej ochoty, ale nikt nie pytanie mnie o zdanie SmileMała kropka, która jest już prawie na szczycie to Robert, druga niewiele dalej to Seba. Artur chwilę na mnie czeka. Może jest zmęczony, a może chce sprawdzić, czy jeszcze daję radę. Smętne spojrzenia. Wzdycham. Szczyt ma nieco maturalną nazwę - Chokismtamatura, więc tym razem marudzę w nazwiązaniu do tejże "przecież już raz zdawałam mautrę, dlaczego muszę po raz drugi?" Niestety góry na moje marudzenie pozostają niewzruszone. Trzeba iść. Co ciekawe, od tamtego czasu do nawiedzającego mnie czasem snu, że muszę cośtam jeszcze zaliczyć na studiach dochodzi kolejny – że znow podchodzę do egzaminu dojrzałości...

 

Chokismtamatura

Jedynym widocznym śladem cywilizacji jest droga do Szatili, która jest naszym punktem odniesienia przez kilka dni. Od czasu do czasu przejeżdża nia mały, zabawkowy, samochodzik

 

Chokismtamatura

Ekipa na "maturze"

 

Po zdobyiu "matury" opuszczamy piękna grań. Schodzenie jak zwykle bywa męczące – zakwasy jeszcze z okropnego zejścia z przełęczy Chaukhi bywają dokuczliwe. Ale przed nami piękna, rozległa i puściutka dolina (dopiero kilka kilometrów niżej i znacznie poza zasięgiem wzroku jest jedyna wioska – Khakhabo). U kresu doliny szczyt, który poprawnie nazywa się West Chaukhi – dla mnie to jednak "prawie Giewont" ze względu na podobny profil. Wiem, że mamy rozbić się niedaleko skrzyżowania strumieni, więc jak mamy już pierwszy strumień wypatruję tego drugiego. Chyba widzę. Jesteśmy. Chłopaki jak zwykle debatują nad dobrym miejscem do rozbicia się, trzeba dokładnie sprawdzić lokalizacje. Ja się nie wtracam i czekam na moment kiedy będę mogła zrzucić bagaż. I umyć się! Koniecznie przed zachodem słońca - później momentalnie robi się bardzo zimno.

 

Dzień restowy, głównie ze wzglęu na poparzone nogi Artura. Wreszcie mogę się wyspać – wstaję chwilę przedtem zanim w namiocie robi się nieznośnie gorąco. Mycie, PRANIE – prawie wszystkie nasze ciuchy lądują na odciągach od namiotu przytwierdzonych do kijków. Czas płynie leniwie. Byłoby pięknie, gdyby nie gorąco przed którym nie ma gdzie się schować. I gdyby nie muchy, siadające na wszystkim. Za namową Roberta spacer nieco w górę doliny, nad maleńki wodospadzik. Uprawgnionych chłod. Chwila spokoju, nic nie trzeba, nigdzie się nie śpieszymy. Nie walczę o przetrwanie w nierównej walce ze zbyt ciężkim plecakiem. Moja warszawska codzienność, dojazdy z Białołęki na Mordor, tabelki excelu, fakturki – wydaje się teraz bardzo mało realne. Jest pięknie. Jestem szczęśliwa.

 

Khakhabo

Po drodze miajmy maleńska wioskę, kilka kamiennych wież, kilka domów, kapliczka z dzwonem (leżał w trawie, ale został przywrócony przez nas). Jedna z wielu tutaj - zagubiona w czasie i w przestrzeni.

 

Dolina Khabao. Dzień był wyczerpujący, choć nie preszliśmy wielu kilometrów – kilka godzin szliśmy wąskim wąwozem rzeki, który bardziej niż chodzenie po górach przypominał tor przeszkód. Ale to już za nami. Znaleźliśmy miejsce, gdzie niby mamy się rozbić, u zbiegu rzek. Robert i Seba, którym jak zwykle było mało, poszli obejrzeć pobliskie Ardoti (w którym zreszta finanlnie zabiwakowaliśmy). Artur odpoczywa. Ja po miłej kąpieli w dość ciepłej rzece siadam nad brzegiem. Próbuję nie myśleć. Faceci ponoć mają coś takiego jak pudełeczko nicości – czegoś takiego teraz mi trzeba. Po prostu przyglądać się spienionej białej wodzie. I zielonościom wokół. Trochę się udaje. Myśli, zamiast standardowej szbkiej gonitwy - płyną wolno, coraz wolniej. Coraz lepiej widzę kolory, czuję zapachy. Nie odczuwam może jedności z całym Wszechświatem, ale czuję przynajmniej że jest mi dobrze tu i teraz. Do dziś wspomienie spienionej kaukaskiej rzeczki jest jednym z bardziej intensywnych z tamtych dni. W jakiś sposób tamta krótka chwilka, kilkanaście minut, może ciut dłużej, wciąż trwa.

 

Imeda

Spontaniczna wizyta u poznanego dzień wcześniej staruszka. Stara się podjac nas jak tylko najlepiej może, choć nie ma wiele. Skromny dom, przycupnięty gdzieś na górskim zboczu. Ciekawe zdjęcia z przeszłości. Dobre serce. 

 

To był długi dzień. Najpierw wizyta u staruszka Imedy, w wioseczce przycupniętej na górskim grzbiecie. Później kilkugodzinne oczekianie na przepustkę umożliwiajaca poruszanie się w strefie przygranicznej, w palcym słońcu, przy posterunku znajdujacym się pośrodku niczego. Słońce chyli się już ku zachodowi, kiedy się rozbijamy. Wody niewiele, kapie z niewielkiego cieku, którego stanowczo nie można nazwać strumyczkiem. Po raz pierwszy od kilku dni spotykamy na biwaku ludzi. To Polacy ;) Oglądamy piękny zachód słońca, właściwie jedyny, bo kiedy nocowaliśmy niżej słońce po prostu chowało się za pobliskimi górami. Tu jest inaczej. Słońce podświetla wszystkimi rodzajami czerwieni odległe szczyty. Ogrom gór, ogrom przestrzeni jest porażający. Możnaby tak siedzieć i patrzeć bez końca... gdyby nie proza życia i konieczność przygotowania obiadu. Na szczęście podgrzewanie wody i zalewanie liofilizatów wrzatkiem nie sa czynnościami wymagajacymi wielkich pokładów energii. 

 

zachód słońca przed Atsutna

Wszystkie nasze górskie sprawy, przyjm litośnie Boże prawy, a gdy będziem wędrowali, niech Cię każdy krok nasz chwali (własna wariancja modliwtwy ludowej, stowrzona bodajże w Nepalu)

 

Nasz najwyższy nocleg – jesteśmy na troszkę mniej niż 3 tysiące metrów nad poziomem morza – paradoksalnie jest też najcieplejszym. W końcu nie jesteśmy gdzieś głęboko w dolinie, gdzie zimne powietrze. Mimo to, nie wychodzę ze śpiwora radosna i pełna entuzjazmu. Szczególnie, że nie spałam zbyt dobrze, budziły mnie przechodzące nad Czeczenią burze. W końcu podejmuję odważną decyzję. Widok jest przecudowny. Nad Kaukazem wstaje dzień. Nie jest piękny, pełeń jasnego, ciepłego światła poranek. Nad górami wciąż wisi wiele ciemnych chmur. Jednak tam, kilkadziesiąt kilometrów dalej widać miejsce, z którego wyruszyliśmy tydzień wcześniej. Rankiem często widać więcej. Więc widzimy Strzeliste szczyty. I Kazbek. Czerwonawe światłlo poranka powoli rozświetla groźne i piękne zarazem szczyty. To będzie dobry dzień.

 

Podejście na Atsutę jest strome, ale mozolnie podchodzę kruchymi łupkami i zdobywam wysokość. Krok po kroku. Staram się patrzeć pod nogi, żeby nie widzieć czy "daleko jeszcze". Oczywiście idę z tyłu. Oczywiście dochodzę ostatnia. Oddycham głęboko. Jest pięknie. Nucę sobie stary hicior DeSu "dziś wieeem, życie cudem jest". Tego dnia jest cudem z pewnością.  Za nami śliczna, zielona Chewsuretia, morze cudnych, zielonych grzbietow. Przed nami Tuszetia. Nieco groźne, nieco mroczne, skaliste grzbiety. I wąska ścieżyna wśród kolejnego morza łupków. Góry po horyzont z obu stron. Nigdzie śladu cywilizacji (noo prawie nigdzie - na przełęczy jest jakiś gruziński słupek). Żadnych ludzi, tylko my. Oddycham pełną piersią. Chcę jak najwięcej wchłonąć, jak najwięcej zapamiętać z tego miejsca, które choć tak z pozoru nieprzyjemne i niegościnne, jest tak bardzo moje.

 

Atsutna

Atsutna, widok na Tuszetię

 

Patrzę na mapę, szukam Tuszetii, którą znam i pamiętam spzed 2 lat. Takiej zielonej i łagodnej. Widzę, że do tamtego miejsca gdzielą mnie jeszcze kilometry, a przed zielonyi grzbietami jeszcze trochę tych nieco mroczniejszych, skalistych. Na mapie tyle ścieżek, tyle grzbietów, na których pewnie noga ma nie postanie.

 

Atsutna

Nasza ekipa ;)

Tuszetia

 Sielanka po tuszecku

 

 

 Po długim dniu wędrówki przez jedną z dwóch głównych tuszetyjskich dolin, spieczeni słońcem (przynajmniej niektórzy z nas spieczeni), bogatsi o widok kilku żmij, mijamy ostatnie wieże obronne. I widzimy wreszcie wioskę, choć jak na kategorie naszego wyjazdu jest to metropolia. Girewi. Po tym razem krótkiej wizycie u pograniczników "czołgi" udają się na poszukiwanie sklepu. Będzie świeże jedzenie. I piwo! Wszystko smakuje wybornie... Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb i rozbiciu się ruszamy "na miasto". Jakoś na początku spotykamy sympatycznego Gruzina, który pokazuje nam, gdzie można czasem odnaleźć zasięg. Miejsce jest zacne. To podstawka na telefon (przypomina trochę to z czego czyta się w kościołach) oraz ustawiony przed nią pieniek. Jeśli w odpowiedniej pozycji podstawimy telefon i nikt nie będzie szedł z lewej strony być może uda się złapać zasięg :) Chłopakom udaje się złapać sieć, odebrać i nawet wysłać smsy. Moje telefony padły – rozładowały się nawet wyłączone.

 

Girewi

Girewi - tu także zostajemy odsapnac - oraz przyjżeć się zwyczajom "lokalsów" - zebranych tu z okazji święta wsi. Załapujemy się głównie na gonitwę.

 

Parsma, mostek na Pikrita Alzani. Zaczyna się Tuszetia, którą znam, ścieżka na przełęcz Nakaicho. Tym razem już nie tylko ścieżka – wyraźnie widać szlak czerwony. Tym razem nie gubimy szlaku i wygodnie wchodzimy prosto na przełęcz. Oczywiście wygodnie w porównaniu z wejściem sprzed dwóch lat, gdzie na skutek błędnej lokalizacji naszej przełęczy zaczęłyśmy podchodzić niewyraźną ścieżką, która wkrótce zniknęła – więc z ciężkimi plecakami po stromych trawkach i niskich rododendronach. Tym razem dobra ścieżka a słońce wyjątkowo nad nami się nie znęca. Ale i tak idę wolno – po prostu nie mam już siły. Na przełęczy wciąż jest nieziemsko pięknie.

 

Makrela

Ze znanej mi przełęczy nie idziemy w dół - tylko grzbietem Makrela. Z każdej strony roztacza się widok na rozległe, często nienazwane góry. To nasz najdłuższy dzień biorac pod uwagę kilometry i przewyższenie.

 

Makrela

Bo w górach nie ma granic, tam się szuka wolności (K. Wielicki)

 

 

 

Makrela

Ścieżka czasem jest, czasem jej nie ma

 

Tuszetia

Ilość okolicznych gór przerasta oczekiwania. Jest w tym jakiś rodzaj smutku - bo życia nie starczy, żeby zawędrować w te wszystkie miejsca, do których serce aż się rwie...

 

Dochodzimy do Omalo, w pewnym momencie poznaję drogę i już wiem, że jesteśmy gdzieś między górnym a dolnym Omalo. Zza zakrętu wyłaniają się znajome wieże. Kres wędrówki. Radość, że dotarłam. I smutek – specyficzny smutek spełnionego marzenia, skończonej jakiejś drogi. Smutek rozstania – ja po krótkim transporcie znajduję transport i jadę do Kachetii, chłopaki zostają jeszcze dwa dni. Zachłannie przyglądam się górom, przestrzeniom tak pięknym, że aż nierealnym. Nie chcę wracać. Byłam szczęśliwa.

 

Tbilisi. Włóczę się sama po wielkim i gwarnym mieście. Czuję się zagbubiona – na metrze kwadratowym jest tyle osób, ile widywaliśmy dziennie. Turyści hałasują, robią zdjęcia (ciągle się wpada komuś w kadr), obok pięknych zabytków mnóstwo turystycznej tandety. Jest ładnie – ale w porównaniu z niezkazitelnym pięknem gór – miasto wypada blado. Tęsknie za górami, nad którymmi słońce i wszystko proste tak...

 

Tbilisi

Miejski zgiełk po górskiej ciszy jest trudny do przyswojenia. Choć Tbilisi ma wiele pięknnych miejsc do zaoferowania.

armeńska cerkiew w Tbilisi

Wnętrze armeńskiej cerkwi przypomina o podróży sprzed dwóch lat

 

Tblilisi - KGB

Na miejsce do spożycia chaczapuri i wypicia czegoś zimnego wybieram kanjpkę o uroczej nazwie "KGB is watching you". Moda na socjalizm dotarła i do Gruzji. Choć "matrioszki" ze Stalinem widziane w kilku sklepach z pamiatkami uważam za "troszkę" nieodpowiednie.

 

 

 

16 November, 201416 November, 2014 0 comments Trekking Trekking

Przełęcz AbanoDroga z Kachetii do Omalo. Tuż za przełęczą Abano, gdzie zaczyna się Tszuetia stajemy na postój. Niestety zmuszone byłyśmy wynająć taxi za 200 lari żeby tu dostać - 70 kilometorowy odcinek pokonuje się w cztery-pięć godzin i nie jeździ tędy żaden transport publiczny. Na postoju tradycyjne menu - gruziński chleb, ser, owoce. Pyszne. Częstuemy naszego kierowcę. To młody chłopak, kiedy zaczna coś mówić o noclegu w namiocie gdybyśmy miały jeszcze jeden, albo pyta czy mam chłopaka nie przejmuje się - często się podobamy miejscowym. Niestety tym razem na kulturalnej rozmowie się nie skończyło, doszło do dość nieprzyjemnego incydentu, na szęście byłyśmy we trzy a pan jeden więc nieprzyjemnie było chwilę, potem pojechałyśmy dalej, choć piękna droga już w ogóle nie cieszyła. Pan nazwywa się Besiki Zuriashvili i jest z Telavi. 

 

W Zemo Omalo, rankiem następnego dnia, spełnia się nasze marzenie - uczetniczymy w lokalnym nabożeństwie, ze śpiewem w harmonii. Szkoda, że Olga już w kraju.

 

DartloDartlo, Tuszetia. Za naszych rodziców. Gdyby nie oni nie byłoby nas na świecie – znów ten popularny na Kaukazie i Zakaukaziu toast. Oczywiście pijemy też za wszystkich możliwych członków rodziny LaughingTym razem na szczęście w kieliszkach wino, więc da się to pić. Siedzimy z najprawdziwszą tuszetyjską rodziną przy najprawdziwszej rodzinnej uczcie z okazji święta Maryj (chyba Wniebowzięcie). Stół zastawiony jest najrozmaitszymi przysmakami. Wszyscy są dla nas bardzo mili i dbają o pełne talerze i kieliszki. Zostałyśmy tu zaproszone tak po prostu – bo przeszłyśmy zapytać się o miejsce na rozbicie namiotu i z którego można zabrać wodę. I jeszcze powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski na pytanie odkuda Wy. Nie doszłyśmy jeszcze do postawionych pod ścianą plecaków, kiedy pojawiło się zaproszenie Wink Ciekawe, że właśnie tu w Tuszetii, która jest najdzikszym z odwiedzonych przez nas miejsc, spotykaliśmy relatywnie najwięcej miejscowych mówiących po angielsku – może to dlatego, że zimą w całej krainie żyje zaledwie kilka rodzin, reszta przenosi się do niżej położonych miast. Tu po angielsku mówi córka gospodarza – Nadia. Z resztą mocno nas zawstydza bo zna jeszcze wiele innych języków, w tym perski. Dowiadujemy się, że rodzina mieszkała kiedyś w Czeczenii (stamtąd jest matka Nadii), to niedaleko bo jesteśmy już przy granicznym grzbiecie. Kiedy wybuchła wojna przenieśli się do Dagestanu, później do Gruzji. Z całej rodziny dziś przy stole siedzą tylko ojciec i córka, nie pytamy, gdzie mama, czy było więcej braci i sióstr. Dziwi nas tylko, że Nadia do swojego ojca mówi cały czas „mama” – ale potem się dowiadujemy, że po gruzińsku to znaczy „tata”. Oczywiście w rozmowie z pozostałymi członkami rodziny (już po rosyjsku – nam wszystkim idzie coraz lepiej) padają wątki polityczne i samolot z Kaczyńskim (większość Gruzinów wierzy, że to był zamach), pijemy niezliczoną ilość razy za polsko-gruzińską drużbę. Jeden z wujków stwierdza w pewnym momencie filozoficznie wy nie lubicie ruskich, my nie lubimy ruskich a porozumiewamy się po rosyjsku. Jak to na imprezie nie zabrakło też tańców. Pożegnanie też nie było najkrótsze – po naszym toaście na cześć wspaniałych gospodarzy. Oczywiście jesteśmy zaproszone też na śniadanie i strasznie żałujemy, że następnego dnia naprawdę musimy wstać wcześnie. Ojciec Nadii zapewnia nas że jesteśmy tu bezpieczne, że jakby się coś działo to oni tutaj są i nie pozwolą nam zrobić krzywdy. Jeszcze kiedy kilka tygodni później piszę te słowa uśmiecham się szeroko na wspomnienie tych ludzi i ciepła które nam ofiarowali – tak po prostu, za to, że jesteśmy.

 

Podchodzimy pod Przełęcz Nakaicho (2903 m.n.p.m.) – różnica poziomów ponad 1000 metrów, mimo wysokości jest gorąco, mamy ciężkie plecaki – innymi słowy, pełna sielanka. Postoje robimy co pół godziny, zamiast co godzinę. Całe szczęście po drodze jest kilka małych strumyczków, z których możemy nabierać wodę do butelek i nawilżać nasze nakrycia głowy, coby troszkę schłodzić procesor główny. Na którymś z postojów, wyjmuje ostatnią paczkę żelek z Polski, zachomikowaną na kryzys. To chyba dobry moment. Żelki są zajebiste. Oszukuje siebie, że żelatyna to pomoże na stawy przeciążone ciężarem i stromizną stoku. Oszukuję siebie, że będzie się szło lepiej. Nie wiem jeszcze, że prawdziwy kryzys nastąpi za chwilę – gdy przez nieco błędne informacje, które otrzymałyśmy na dole idziemy nie na tą przełęcz co trzeba, ścieżką która najpierw jest niepewna, a potem w ogóle jej nie ma. Więc ze sporym ciężarem na plecach na rympał po stromym stoku, po rododendronach, trawkach i skałkach, na których noga w ogóle się nie trzyma. Sielnka.

 

liofy

Wody mało więc jemy 2 liofy na trzy osoby.

 

przełęcz Nakaicho

Nasza trójka na przełęczy 



Jesteśmy na przełęczy. Cudny widok na niekończące się morze zielonych grzbietów gór. Szerokie siodło przełęczy to dobre miejsce na nocleg, znajdujemy nawet skałki które chronią nas od wiatru. Pierwotny plan zakładał zejście na noc do Verchovani, ale most który jak się okazało jest dopiero w Parsmie (o tym pan z parku narodowego z Omalo nie uprzedził kiedy polecał nam szlak…) i potem zgubiona ścieżka pokrzyżowały nam plany. Decydujemy się, że lepiej nocować niż schodzić częściowo po ciemku nieznanym terenem. Przeszkadza nam trochę brak wody – mamy 1,5l przyniesione w butelkach – starczyło tylko na liofa i herbatę na rano. Miejsce jest piękne – oddalone od cywilizacji jak na prawdziwym górskim wyjeździe być powinno. Kładziemy się tuż po zmroku, zmuszamy się do rozmowy żeby nie zasnąć za wcześnie. Lekki niepokój żeby pogoda się nie popsuła, bo wtedy zejście może być mega trudne.

 

Tuszetia

Na początku zejscia było jeszcze coś co przypominało nieco ścieżkę

 

Tuszetia

Tuszetia

 

Oczywiście w zejściu do Verchovani też sielanka – tu ścieżka istnieje tylko na mapie, w rzeczywistości kończy się może 100 metrów poniżej przełęczy. Oczywiście stok nadal jest stromy, jedyne pocieszenie, że tym razem nie ma rododendronów. Mamy nadzieję, że nasz „przydział na przygody” wyczerpie się kiedy do Gosi podbiegł byk i wyglądał jakby miał ochotę wziąć ją na rogi (pomarańczowy pokrowiec…). Szybko okazuje się, że byłoby to za mało, więc za jakiś czas rozlegają się grzmoty. Najpierw nieśmiałe i niezbyt częste, ale potem burza przyszła dość szybko. Na szczęście jesteśmy już dość nisko, więc nie jest jakoś bardzo niebezpiecznie. Za niewielką skałką zakładamy kurtki i pokrowce na plecaki. I wtedy moja torba z aparatem oraz pieniędzmi i dokumentami, ustawiona niedokładnie na stromej półeczce – elegancko leci w dół, nie była dobrze dopięta więc oczywiście w miarę spadania wylatują z niej różne rzeczy. Jestem bliska załamania, prawie zaczęłam płakać, przestraszona, że ich nie znajdę. W deszczu i grzmotach schodzą w dół po bardzo nachylonym stoku i zbieram „fanty”. To jeden z gorszych momentów na wyjeździe. Na szczęście torba zatrzymała się kiladziesiąt metrów niżej na stoku, a wszystkie rzeczy udało się dość szybko znaleźć. Na szczęście nic nie doznało trwałych uszkodzeń. A i deszcz i grzmoty dość szybko sobie poszły. Żeby tylko nogi tak nie bolały na tym stromym stoku...

 

Tuszetia

Miejsce jest naprawdę przepięknę i tak daleko od wszystkiego - tylko brak ścieżki i piękący bół stóp nieco to piękno przyśmiewają

 

Verchovani

droga do Omalo

Droga z Verchovani do Omalo jest bardzo ładna, jednak liczy aż 30 kilometrów (to jedna z rzeczy, której nie powiedział pan w informacji turystycznej polecjąc nam tę trasę). Na szczęście udało się pojechać częśc tej trasy "na stopa" 

 

droga do Omalo

 

Zemo Omalo

centrum Zemo Omalo, stolicy Tuszetii

 

Zjeżdzamy już z Tuszetii. Nasz kierowca zauważa z dawna oczekiwany drogowskaz. Skręcamy na gorące źródła. Na tym wyjeździe już drugi raz spotyka nas luksus w postaci ciepłej wody! Mamy dla siebie jedną niewielką wannę. Nasi kierowcy i wybawciele – symaptycznie Amerykanie, którzy zwożą nas z Tuszetii za darmochę i jeszcze swoim cieszeniem się ze wszystkiego bardzo umilają nam czas – wchodzą do drugiej, w osobnym pomieszczeniu. Jest naprawdę super, gorąca woda, okno z widokiem na góry. Wreszcie beztrosko jak na wakacjach a nie tylko w górę lub w dół, albo jak gdzieś dojechać. Chwilo jesteś piękna trwaj! Przydałyby się jeszcze drinki z palemką, ale chyba nie serwująWinkJest tylko jeden szkopuł – srebrna biżuteria, którą mamy pokrywa się czarnym osadem, wygląda teraz jak naprawdę stare, rodowe srebra. Mamy w ekipie farmaceutkę, więc dowiaduje się, że po prostu wytrącił się siarczek srebra.

 

Tzsinadlali, Kachetia. Smakujemy kolejne słodkie, gruzińskie winko, całkiem niedawno rozlane do butelek. Oczywiście mówimy naszym gospodarzom, że „oczeń wkusnyje”. Właśnie kończymy zwiedzanie najprawdziwszej kachetyjskiej winnicy – takiej całkiem nowoczesnej z ogromnymi pojemnikami, w których wytwarzane jest wino. Obok pola winorośli, z widokiem na główny grzbiet Kaukazu. A trafiłyśmy tu całkiem przypadkowo, nasza gospodyni jest pracownicom tejże winnicy i po prostu, kiedy szła do pracy zabrała nas ze sobą a jej współpracownicy się nami zajęli – prowadzili, poczęstowali, obdarowali i odwieźli na „kwaterę”. Do naszej gospodyni też zresztą trafiłyśmy przypadkowo. Namiot miałyśmy rozbić pod muzeum Czaczawadzego (XIX wiecznego działacza niepodległościowego i pisarza), ale idąc na miasto do sklepu postanowiłyśmy spytać siedzące na ławce kobiety, czy gdzieś nie da się wynająć pokoju. I jedna z pań zaprosiła na tani nocleg do siebie. I  tak bez wysiłku udało się zwiedzić niekomercyjnie zobaczyć prawdziwy kachetyjski zwykły dom rodzinny i zwiedzić prawdziwą winnicę. I jak tu nie kochać Gruzinów!

 

 

Gosia w pałacu w Tzinandali. 

 

Tzinandali

Maleńkie palmy w Tzindandali, na terenie pałacu-muzeum gruzińskiego XIX-wiecznego działacza niepodległościowego Czaczawadze

 

Tbilisi

Tbilisi zwiedzane pośpiesznie nocą 

 

Jedziemy marszrutką z Tbilisi do Erywania. Dziewczyny śpią. Ja za oknem widzę wielką wodę. Myślę sobie, że morze to jezioro Sewan - nie zmieściło się w grafiku naszej podróży, więc cieszę się, że choć przez chwilę udało się je zobaczyć. Następnym razem. I mam nadzieję, że ten następny raz nie każe na siebie długo czekać.

 

błętkiny meczet

Błękitny Meczet w Erywaniu 

 

Erywań. Spacerujemy między najważniejszymi zabytkami. Jesteśmy już w centrum, gdzieś między Operą i Kaskadami – po drodze zaglądamy do niewielkiego, zabytkowego kościółka. W centrum ikona Matki Bożej. Uderza mnie kontrast pomiędzy Jej (i Jej Syna) zwyczajnym, ludzkim, łagodnym obliczem – a złotem którym obraz i ołtarz są przyozdobione. (to maultuki kościółek więc zdobienia skromne - przy większości "najświętszych" obrazów zdobień jest kilkanaście razy więcej, czasem ciężko zobaczyć sam obraz...) Bóg, który zastkościółek w Erywaniuąpił z nieba by stać się człowiekiem, blisko nas, naszych najzwyklejszych codziennych spraw. Przez nas samych wywyższony, ozłocony … i odsunięty od naszej codzienności. Łatwiej uczynić Go wspaniałym, pozłacanym symbolem , łatwiej przebłagiwać materialnymi ofiarami – niż tak po prostu przyjąć że Jest i postępować "pobożnie" nie tylko tam, gdzie sacrum, lecz także gdzie profanum. W naszym realnym życiu, nie w najpiękniej przyozdobionym kościele. I przypomina mi się kolęda Nie było miejsca dla Ciebie.

 

Lubię ormiańskie i gruzińskie świątynie – często pogrążone w ciemności,oświetlanej jedynie blaskiem modlitwenych świec. Duchowość Wschodu, choć zasadniczo mało mi znana, niesie w sobie tę cząstkę Tajemnicy, którą na racjonalnym Zachodzie utraciliśmy. Ta inność sprawia także że ja modlę się nieco inaczej, dotykając tej części mojej duchowości, z którą sama ma rzadko kontakt. W tym zakresie podróż także wzbogaca.

 

W środku nocy taksówka na lotnisko, odprawy, ostatnie wydatki w strefie wolnocłowej - i z żalem wracamy do Polski. Po tej podróży oczywiście kilka kolejnyc marzeń z cyklu "co by tu załoić w okolicy"...

 

Kaskada

 

 

14 November, 201414 November, 2014 0 comments Trekking Trekking

 

 

 

Gruzińska Droga Wojenna

Marszrutka wioząca nas z Tbilisi Gruzińską Drogą Wojenną zatrzymała się przy takich oto wapiennych skałkach. To chyba częsty przystanek jadących pod Kazbek

 

Gruzińska Droga Wojennna

Z każdym kilometrem Gruzińskiej Drogi Wojennej widoki stają się coraz piękniejsze

 

Kazbegi

 

Ślady socjalizmu w dawnym Kazbegi. Nazwę miejscowości zmienione w 2006, nawiązywała bowiem do nazwiska miejscowego urzędnika, który choć Gruzin tłumił antyrosyjskie powstanie na początku XIX wieku. Dawna nazwa nadal jest w powszechnym użyciu.

 

Stepancimda. Trochę długo jechałyśmy, trochę długo się zbierałyśmy i w rezultacie wyszłyśmy ze Stapancmindy ciut-ciut za późno. Chociaż tutaj z pogodą nigdy nic nie wiadomo. Jeszcze dobrze nie wyszłyśmy kiedy zaczyna grzmieć. Mamy nadzieję, że przejdzie bokiem. Ale jakoś nie chce. Na razie, dopóki wieś, idziemy w górę. W międzyczasie konsultacje co do tego jak trasa wyglądą z ekipą Polaków … z której większość to ludzie, z którymi w zeszłym roku byłam na wyjeździe do Gruzji SKPB. Zasada wszędzie spotkasz eskapebola obowiązuje i tu. Kiedy wyszłyśmy za wieś zaczyna się błyskać więc jednak wycof. Szukamy miejsca, żeby może przeczekać. Znajdujemy takie kamienne zadaszenie w jednym z domów. Moim słabym rosyjskim wołam gospodarza i pytam, czy możemy poczekać bo budziet deszcz. Oczywiście zostajemy zaproszone na herbatę a nasze skrupuły zostają zbyte przez słynne kakoj probljema niet probljema. Więc siedzimy, rozmawiamy troszkę z wielopokoleniową rodzinką (jest babcia, małżeństwo, siostra, trójka dzieci), na ile jesteśmy w stanie znaleźć wspólny język. Bawimy się z dziećmi, trochę w łapki, trochę w inne gry. Jest tak miło, tak serdecznie. Gospodarze już prawie załatwili nam nocleg na płaskim miejscu gdzieś u sąsiadów. Ponieważ się przejaśnia, a następny dzień byłby bardzo długi gdybyśmy zostały – z żalem rozstajemy się i idziemy w górę. Dziękując Bogu, że w tym pięknym kraju jest tylu dobrych ludzi.

 

przełęcz Arsha

Przełęcz Arsha - Kazbek który "zniknął" zaraz na kościółkiem tu pojawia się ponownie. 

 

lodowiec Gergeti

Lodowiec Gergeti. Miałyśmy trochę obaw przed wejściem na nieco brudny lód– każda z nas wie, że na lodowcu na ogół należy poruszać się w rakach i związanymi liną bo szczeliny. Na szczęście chodzenie po tym konkretnym lodowcu, jeśli jest widoczność – przebiega raczej bezproblemowo. Są obszary, gdzie są szczeliny, ale widoczne – a do poruszania się po nim wystarczą dobre buty na wibramie i kijki. Orientację w terenie ułatwiają inni turyści i "karawany" koników, na których załadowane są bagaże. W razie słabszej widoczności można także podążać szlakiem końskich kup:) Pierwszy raz idę po lodowcu, a nie tylko w jego pobliżu i bardzo mi się to podoba, nie jest nawet specjalnie zimno, więc dodatkowe warstwy termiczne trzeba zdjąć. Podobałoby mi się tu bardziej gdyby nie było tak brudno, ale cóż, nie można od razu mieć wszystkiego. Krajobraz z każdym krokiem staje się coraz bardziej dziki, niedostępny, księżycowy. Lubię to!

 

 

w meteoSchronisko Betlejem. Winko lekko szumi mi w głowie, nie było tego dużo, ale jesteśmy na jakieś 3665 m.n.p.m., więc tolerancja inna. Całe szczęście, że udało się przekonać gospodarza schroniska do odlania nam litra do plastikowej butelki, zamiast 2,5 litrowej butli którą oferował na początku. I dobrze, że w ogóle przypomniał sobie, że gdzieś ma wino, bo na początku twierdził, że jest tylko wódka. Wieczór był miły, choć trochę zmuszałyśmy się, żeby dosiedzieć do 21-szej (nie wolno iść za wcześnie spać bo można się bez sensu obudzić w środku nocy). Nie jest jednak aż tak zimno, żebym miała nie przystanąć i z zachwytem nie popatrzeć na gwiazdy. Jest ich cudownie dużo. Nadal nie umiem nazwać zbyt wielu gwiazd (w Warszawie ciężko to ćwiczyć…), ale cieszę się na sam widok Drogi Mlecznej i tysięcy maleńskich punkcików, których światło wędrowało do nas tysiące a może i miliony lat. Wiem troszkę o niektórych tajemnicach, które kryje Wschechświat, więc z zachwytem patrzę w niebo. Niepojęte jak maleńcy wobec tego ogromu jesteśmy, jak maleńkie i mimo wszystko kruche są potężne przecież góry. I ja w tym wszystkim – mała, ruda dziewczynka, którą kiedyś wykończyło wejście do Doliny Pięciu Stawów. Dziś jestem tu, głęboko wdzięczna że dane mi jest wciąż doświadczać tyle piękna...

 

 

Plateau w drodze na Kazbek. Nie od razu za obserwatorium zaczyna się droga, gdzie trzeba używać alpinistycznego sprzętu, więc po śniadaniu wybieramy się na spacer do tzw. białepgo krzyża. Jesteśmy u stóp wysokogórskiego świata. Wielkie ściany, lodowce,  księżycowy krajobraz. Surowy, ale piękny świat gór wysokich. Strasznie żałuję, że nie eidziemy dalej i nie mierzymy się z Górą. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zebrać odpowiednią ekipię i ruszyć w środku nocy w kierunku szczytu! Na razie zostaje mi cieszyć się niezmiemskim pięknem tego miejsca.

 

w drodze na Kazbek

Zawsze zadziwia mnie w jak nieprzyjaznych miejsach mogą zakwitnąć kwiaty...

biały krzyż

"Biały krzyż" - miejsce gdzie jeszcze można dojść mimo braku sprzętu wspinaczkowego. Warto, bo miejsce cudownie piękne!!! 

 

Zchodzimy z obserwatorium-schroniska znów na dół, w kierunku tak zwanej cywilizacji. Ścieżkę wśród księżcowych kamieni łatwo zgubić, z resztą jest tu dużo ścieżynek. Idziemy jedną z nich obierając azymut „na ludzi” odpoczywających po przejściu lodowca. Oczywiście, gdy podchodzimy bliżej okazuje się, że to Polacy. Pokazują wejście na lodowiec – wąską ścieżynkę prowadzącą po czymś, co wygląda trochę jak mostek między szczelinami. Gdyby nie powiedzieli, że przed chwilą sami tędy przeszli, to nie wiem, czy odważyłabym się temu czemuś zaufać.

 

lodowiec

Jest już około południa, więc w okolice Kazbeku zmierzają chmurzyska. 

 

Przełęcz Arsha (2920 m.n.p.m.). Siedzimy sobie beztrosko, gdy słyszymy pierwszy grzmot. Więc jak przystało na porządne turystki zbieramy się w dół. Troszkę niżej naszym oczom ukazuje się świetny widok. Burza krąży nad Stepancmindą, czasem zahaczając o kościółek Cminda Sameba w okolicach którego ponownie planujemy nocleg. Na górze jednak spokój. Podobnie jak inni turyści zamiast schodzić jak najszybciej przyglądamy się zjawisku – rzadko mam okazję widzieć jak burza nad czymś krąży. Pierwszy raz podczas górskiej burzy jestem w sytuacji, gdy wyżej jest bezpieczniej. W pewnym momencie patrzymy ze zdumieniem że na dole jest biało – spadł śnieg lub solidny grad! A u nas względny spokój. Kiedy prawie że się uspokoiło dziewczyny krzyczą że postój bo znów chcą jeść J I podczas tej beztroski znów grzmot. Tylko teraz dość konkretnie i całkiem niedaleko. Zbieramy się szybko i wyjątkowo jak na nas bez żadnej dyskusji. Stres czy przejść niewielki grzbiecik, czy może trawers który chociaż dłuższy będzie bezpieczniejszy. Szybka decyzja o szybkim marszu. I do lasku i w dół. Lekki stres, że musimy przejść przez bądź co bądź odsłoniętą polanę. Szybko rozbijamy jeden z dwóch namiotów. W ostatniej chwili, już w deszczu, ale jeszcze przed gradem udaje nam się wszystko rozłożyć i wepchnąć do środka bagaże. Nad naszą czwórką rozpętała się konkretna nawałnica, a my pocieszamy się, że w sumie to żadna z nas nie słyszała o śmierci od pioruna osób znajdujących się w namiocie…

burza

 Na naszych oczach rozgrwa się burzowy spektakl...

 

burza

A w dole zrobiło się biało... 

 

Biwak pod kościółkiem Cminda Sameba. Dziś teoretycznie nam się nie śpieszy więc nie wstajemy bardzo wcześnie. Teoretycznie pierwsza wstająca powinna ogarnąć kuchenkę benzynową, jednak ta wstająca właśnie uświadamia nam, że jeszcze nigdy tego nie robiła i nie wie jak. Więc za gotowanie zabiera się Gosia, która jest w benzynówce najlepszaSmile. Po nocnych burzach, znów widać Lodowego Olbrzyma, pogoda nie jest jednak tak „wymarzona” jak mówili zapoznani w meteo Polacy, którzy dziś w nocy mieli ruszać na szczyt. Mamy nadzieję, że wszystko u nich poszło dobrze. Na śniadanie kaszka i te bakalie, które uchowały się przed wczorajszymi atakami głodu dziewczyn. W takim plenerze smakuje i tak lepiej niż najlepsze posiłki w najbardziej wypasionych hotelowych restauracjach. Obok nas zwijają się inne ekipy, koniki podchodzą do namiotów w poszukiwaniu różnych ciekawostek, na szczęście da się je odgonić. Trochę nas martwi pusty pomarańczowy namiot, wygląda jakby jego właściciele nie wrócili na noc. Nawet nie wiadomo co zgłosić i komu…

 

 

Cminda Sameba

Widok na Kazbek spod kościółka Cminda Sameba - pogoda mimo prognoz wcale nie jest rewelacyjna, ciekawe, czy ekipy które miały wyruszyć na szczyt zrobiły to tej nocy

 

Nie lubię schodzenia z gór, więc i teraz nie czuję się szczęśliwa. Szlak do samego kościółka jest dość popularny. Mijamy pojedyńcze ekipy z solidnymi plecakami oraz sprzętem wspinaczkowym, ale jednak większość to idący ze Stepancmindy "niedzielni" turyści. Choć trudno w to uwierzyć, nie każdy jadący do Gruzji jedzie tam by zdobywać góry Wink Przez nieuwagę gubimy ścieżkę prowadzącą lasem i wchodzimy na drogę - mijają nas więc także terenowe samochody - podwożące leniwych turystów i bagaże wypraw komercyjnych. Dopiero na sam koniec łapiemy kilka skrótów. Miasteczko coraz bliżej. Przykry moment końca trekkingu łagodzi trochę myśl o chaczapuri czekającym już na nas w knajpie. Chcemy jeść w Coffe Corner, gdzie kilka dni wcześniej zostawiłyśmy zbędne rzeczy (jestem naprawdę dumna, że wytłumaczyłam właścicielce przez telefon o co chodzi!), jednak jest jeszcze zamknięta, więc idziemy na drugą stronę ulicy, gdzie kelner przypomina nieco Borysa Szyca.

 

Stempancminda

Cywilizacja już blisko.

MScheta

Mscheta wita nas deszczem, a potem tęczą. Jesteśmy zmęczone podróżą i wolimy szybko przystąpić do negocjacji na temat noclegu, ale nasz przyszły gospodarz koniecznie chce nam zrobić z tą tęczą zdjęcie :)

Mscheta - katedra

Na wieczór zjeżdżamy do Mschety, koło Tbilisi. Szybkie zwiedzanie i zakupy na kolejny trekking, później ostatnia wspólna kolacja. Gospodarz pojawia się w jej trakcie z laptopem - prosi o napisanie po polsku wiadomości do Polski poznanej w zeszłym roku, która ewidetnie wpadła mu w ok. Rankiem następnego dnia gospodarcz naszej kwatery odpłatnie podwozi nad na dworzec Ortachala. Tu Olga wsiada w marszrutkę do Erywania, a ja z dwiema Gosiami jadę do Tewavi, a później do Tuszetii.

 

Mscheta

W jednym z kościołów w Mschecie trafiamy na końcówkę wieczornego nabożeństwa. Część wiernych zostaje w światyni, żeby się pomodlić. 

 

 

 

 

3 November, 20143 November, 2014 0 comments Trekking Trekking

 

Okolice twierdzy Amberd. Uff jak gorąco. Spacerowym tempem, z karmiatami schowanymi do torebek na ramię używanych jak plecaczki (tzn. założonych za oba ramiona na plecy) wybieramy się do średniowiecznej twierdzy. Krajobraz trochę przypomina mi filmy z akcją dziejącą się w Ziemi Świętej. To, że nie nocujemy w twierdzy i w tym upale nie szłyśmy z wielkimi plecakami zawdzięczamy grupce Ormian poznanych przed chwilą. Kiedy totalnie nieogarnięte, po nieprzespanej nocy spędzonej na lotniskach i w samolocie siedziałyśmy w „centrum” Biurakanu nie za bardzo wiedząc co dalej – jeden z nich po prostu zaproponował, że zabierze nas na górę w okolice twierdzy. Ponieważ po godzinie siedzenia pod murkiem (jedzenia, przepakowywania się, przebierania, smarowania i tak dalej) nadal nie wiedziałyśmy co ze sobą zrobić zaproponowali nam, że przypilnują nam bagaży, a nocować możemy koło ich baraku. Słynna zakaukaska gościnność spotkała nas na samym wstępie, a nasze problemy po raz pierwszy, ale nie ostatni, rozwiązały się same. Jeszcze tylko mała drzemka pod drzewem (cienia starcza akurat na pięć osób) i ruszamy. Jeszcze kamienista ścieżka, wąwóz, i podejście (z plecorami byłaby to męczarnia...) i jesteśmy.

 

Biurakan

Amberd

Niewinne podjeście w tym upale z tymi plecakami po nocy w samolocie z pewnością byłoby katorgą

 

Za naszych rodziców. Gdyby nie oni nie byłoby nas na świecie– tak kończy jeden z kolejnych toastów, Ormianiezapowiadanych przez mistrza ceremonii, zwanego tutaj tamadą. Toasty koncentrują się głównie wokół rodziny, bywają też ojczyźniano-patriotyczne. A jest ich naprawdę dużo. Na szczęście jako goście i jako kobiety możemy ledwo zamoczyć usta w toaście (ciut-ciut), bo picie w takim tempie i w takich ilościach mogłoby się bardzo źle skończyć. Już kilkanaście godzin po przylocie spełniło się jedno z naszych marzeń - jesteśmy gośćmi na najprawdziwszej „uczcie z lokalsami". Na kocu oprócz alkoholu (wyłącznie bardzo wysokoprocentowego) pyszny świeży (naprawdę świeży!) chleb, sery, owoce.

 

Rozmawiamy po rosyjsku – biorąc pod uwagę poziom znajomości języka z naszej strony (umiem najlepiej w grupie – a uczyłam się niezbyt pilnie i to w liceum) – idzie nam nieźle J Dowiadujemy się choćby jak ważna jest tu rodzina, a najpiękniejszy moment w życiu to wówczas, kiedy rodzi się dziecko. Pijemy za wszystkich możliwych członków naszych rodzin, również za nasze przyszłe dzieci (każda z nas powinna mieć co najmniej trójkę). Pijemy oczywiście za ojczyznę. I pamiętamy, że wszystkim mamy mówić, że Karabach jest ormiański! I że Armenia jako pierwsza przyjęła chrześcijaństwo, w 301 roku. Poproszone o jakąś polską piosenkę śpiewamy rzewnie „O mój rozmarynie” i nawet udaje się wytłumaczyć o czym pieśń owa głosi. Mamy trochę kłopotu, żeby wytłumaczyć panom, że idziemy dziś wcześnie spać i nie skorzystamy z oferowanej nam gościny w ich baraku – w końcu jakoś dają się przekonać, lekko urażeni, że im nie ufamy. Kiedy już po rozłożeniu naszych namiotów odjeżdżają z imprezy (nie, nie łudźcie się drodzy czytelnicy że kierowcy nie pili albo pili mniej…) sprawdzają jeszcze czy aby na pewno wszystko w porządku i zapewniają, że w razie czego będą nas bronić. Gość na Kaukazie rzecz święta.

 

 

Kari LiczJezioro Kari Licz (ok. 3190 m.n.p.m.), u stóp wulkany Aragac. Rozbicie namiotów prawie skończone. Witamy się z Polakiem, który zamieszkuje sąsiadujący namiot (o tym, że jest Polakiem wiemy już od pana ze stacji meteo, który jest bratem jednego z „naszych Ormian” – zostałyśmy mu przekazane pod opiekę J ). Piotrek nieco zdziwiony a chyba też lekko przestraszony patrzy na naszą piątkę. Pada pytanie: Czemu same kobiety? Tak zwana celna riposta sama przeszła mi przez usta Kontynuujemy tradycje Wandy Rutkiewcz J (dla niewtajemniczonych – propagowała alpinizm kobiecy) Nasz rodak uwierzył początkowo całkiem na serio Następnego dnia, gdy chciał nam towarzyszyć na szczyt zapytał nawet czy może, bo może my tak ideologicznie chcemy bez faceta. Więc załapał się na Szerpę. Dopieo później, podczas gotowania obiadu następnego dnia, dowiedział się „o co chodziło z tą Wandą”. Ale patronką wyjazdu himalaistka została. Mam nadzieję, że nie przewraca się z tego powodu w grobie, szczególnie obserwując nasze niezbyt śpieszne ogarnianie sięLaughing

 

 

Aragac, wierzchołek południowy (3879 m.n.p.m.). Jesteśmy nieco zmęczone podejściem i wysokością, ale głównie chyba zawiedzione. Jest kompletna mgła, nie widać krateru, nie widać innych wierzchołków. Tylko kopczyki, tablice i krzyż na szczycie. Jest też taki mały kamienny "bunkier", w którym możemy schować się przed wiatrem. W środku – dwie Polki, Beata i Dorota, które ogarniały się nieco szybciej niż my i nieco szybciej doszły na wierzchołek. Jesteśmy więc dziś na szczycie wybitnie polskim. Jemy czekolady, kabanosy i co tam jeszcze mamy, jest nam coraz zimniej. Zaczyna padać, ściskamy się wszyscy pod niewielkim daszkiem. Czuję, że same siebie oszukujemy czekając na poprawę pogody, ale też nie chcę iść w dół. Też jeszcze mam nadzieję. Trochę się złoszczę na Piotrka, że mówi o jakiś przejaśnieniach. Ale kiedy słyszę, że widać kawałek krateru postanawiam wyleźć z „bunkra” i to sprawdzić, bo za chwilę znów może nie być widać kompletnie nic… I wtedy naprawdę zaczyna się przejaśniać i naszym oczom ukazuje się wulkaniczny, marsjański krajobraz najwyższego szczytu Armenii.

Aragac

Wbrew nadzieji udało się zobaczyć conieco ze szczytu Aragacu...

 

Polski Aragac

Polski Aragac!

 

Aaragc zachodni     Aragac, wierzchołek zachodni, 4007 m.n.p.m. Krajobaz wciąż marsjański, duma ze zdobycia szczytu. Obowiązkowa sesja zdjęciowa i przegryzanie smakołyków nieco zmaltretowanych przez wysokie temperatury, w których podróżowały (najbardziej podoba mi się czekolada Piotrka - w kulce). Niestety pogoda znów się psuje i czas się zbierać. Jeszcze tylko zdjęcie całej naszej piątki pod krzyżem (podobny znajduje się na każdym z wierzchołków masywu), niestety zaczyna wiać i padać więc miny już niezbyt radosne Wink Chwilę później zaczyna padać grad (jeszcze kilka minut temu było piękne słońce, ale tu pogoda lubi się zmieniać naprawdę szybko), trochę wali w twarz, więc zejście bardzo stromym stokiem pełnym osuwających się i śliskich od opadów kamieni nie należy do najłatwiejszych. Co kawałek któraś z nas coś strąca, Gosi nawet udaje się wywołać małą kamienną lawinkę. Kiedy jesteśmy znów na przełęczy pomiędzy Południowym i Zachodnim znów się rozpogadza. Więc należy się nam sjesta!

 

Kari Licz. Wchodzę do pana pracującego na stacji meteo, żeby zapytać o to jak się wydostać znad jeziora Kari. Po chwili mam już telefon w dłoni i swoim nienajlepszym rosyjskim dogaduje się co do niezbyt drogiego taxi. Pan zaprasza nas na herbatę, tak jak poprzedniego dnia J Tłumaczę, że chcielibyśmy posiedzieć też z innymi Polakami – dostajemy zaproszenie całą ekipą. Kiedy nieco onieśmielona mówię, że my nie chacieliby zdziełać problema w odpowiedzi dostaję standardowo kakoj problema niet problema J Za jakiś czas siedzimy więc, do ekipy, która dziś zdobyła dwa wierzchołki dołączyła jeszcze Ewa, która wybiera się na szczyt następnego dnia. Wcześniej oglądałyśmy zdjęcia, więc wiemy, że pan ma dyplom, okazuje się, że uczestniczy w corocznych biegach na Aragac i na wierzchołek północny i z powrotem wbiegł w 2:40. Dla większości turystów jest to całodniowa wyprawa… Uroku naszemu spotkania dodaje żona (niestety nie mówi po rosyjsku) i roczny synek, Gor. Nazwany tak od gór – bo to słowo i po polsku i po rosyjsku i po ormiańsku jest bardzo podobne.

 

Następnego wstajemy ok siódmej, na siódmą nastawiony jest budzik, ale przecież jak głosi ludowa mądrość „jakbyśmy mieli wyskakiwać z łóżek to byśmy wszyscy spali w tosterach”. Taxi zamówione co prawda na 10:00, ale szybkie zbieranie się nie jest naszą mocną stroną Wink Na zewnątrz wcześniej słychać już było głosy – Piotrka, który następnego dnia także zamierzał zdobyć wulkan (tym razem w towarzystwie Ewy), Olgi, która go pożegnała, potem wstała któraś jeszcze. Twardo próbuję wyszarpać choć trochę snu – zasnęłam dopiero nad ranem, taka reakcja organizmu na wysokość Undecided Ten dzień zapowiada się bardzo ładnie i żal, że „musimy” jechać dalej.

 

 

Po śniadaniu i wstępnym ogarnięciu rzeczy znajduje ustronny kącik nad jeziorem na toaletę. Niestety nie udało mi się zrobić nawet połowy tego co chcę jak Gosia krzyczy, że kierowca już jest. Punktualność na Kaukazie interpretowana jest dość dowolnie, ale dlaczego właśnie wtedy kiedy doprowadzam swoje nogi do porządku taksówkarz akurat musi być za wcześnie. W końcu w cywilizacji będziemy więc wypada jakoś wyglądać, nie każdy musi wiedzieć, że to wyjazd niskobudżetowy bez dostępu do takich luksusów jak łazienka!

 

Aragac

Ostatnie spojrzenie na "nasz" Aragac przed wejściem do taksówki. Zobaczymy go raz jeszcze z marszrutki jadącej z Erywnia do Alaverdi

 

 

Eczmiadin. Poprosiłyśmy policjanta o pomoc w znalezieniu miejsca, gdzie możemy zostawić nasze gigantyczne plecaki – prowadzi nas prawie przez cały zabytek, do miejsca obok sklepu z pamiątkami. Ludzie dziwnie się na nas patrzą, chyba nie jesteśmy tu typowymi turystkami Wink Panowie, którzy staja na straży naszego mienia, są przerażeni dysproporcją pomiędzy wymiarami naszych bagaży, a małymi kobietkami, które je noszą. Bardziej na migi, niż po rosyjsku pokazują, że plecak taki wielki a ja taka mała i coś tu się nie zgadza. Mój plecor na ogół robi większe wrażenie po pierwsze dlatego, że jest wąski, ale wysoki (wystaje sporo nad głowę), po drugie dlatego, że jestem dość drobna i nawet 65 litrów robi wrażenie przy  garabrytach właścicielki. Cóż, nie ukrywam, że wolę chodzić z lekkim bagażem bez namiotu, jedzenia i innych biwakowych "drobiazgów"... ale wyjazd, który umożliwia spanie tak blisko natury, w "hotelu pod tysiącami gwiazd", sprawia mi nieporównywanie więcej frajdy. I godzę się z kosztami oraz faktem chodzenia zwykle na końcu grupy...

 

Eczmiadin

W Eczmiadinie, coś jak nasz Wawel tyle, że ponad tysiąc lat starsze, znajduje się muzeum Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego

 

Tym razem jedziemy transportem publicznym, więc wpychamy się z naszymi wielkimi plecorami do marszrutki wiozącej nas do Erywania. Dostajemy trochę opieprz od kierowcy, że nas nie weźmie, ale ludzie stają po naszej stronie, tylko musimy opłacić jedno miejsce które zamist ludzi zajmą bagaże. Dziewczyny są nieco z przodu, a ja siedzę obok symaptycznej kobiety, która po kilku zamienionych zdaniach zaczyna ze mną rozmawiać o Bogu, religii i poleca stronę, gdzie znajdę opowiedź (na podstawie cytatów z Pisma Świętego oczywiście), któe nurtują młodych ludzi. Dostaję też ulotkę z adresem storny (wszystko jest ormiańskimi "szlaczkami," ale adres "łacinką"), ma byc też tam wersja po polsku. Sprawdzam to dopiero w domu, ale pierwsza intuicja jest słuszna, byłam "nawracana" przez Świadków Jehowy.

 

kebabErywań. Siedzimy w małym, przydworcowym kebabie popijając kolę  szczególnie mi ratuje to życie bo spanie na wysokości ponad trzech tysięcy nie szło mi dobrze. Co jakiś czas wymieniamy parę słów z właścicielem, Gruzinem, mówiącym po angielsku (!), a w polityce polskiej i międzynarodowej świetnie zorientowanym.  Jak duża część Gruzinów ma oczywiście dużo sympatii dla ś.p. Lecha Kaczyńskiego. Zrelaksowane oczywiście zapominamy, ile rzeczy miałyśmy załatwić kiedy Gosia i Karolina pojechały na poszukiwania. Bo niestety karmiata Gosi została w taxi, które zwoziło nas z góry. Wiemy, że tu turystyka jest tu bardzo słabo rozwinięta i nie wierzymy, że się uda, myślimy jak ogarnąć problem przy pomocy dostępnych nam rozwiązań… Nagle do knajpy wpadają zachwycone dziewczyny z karimatą. Okazuje się, że w sklepie w okolicach dworca, znalezionym szybko przez internet przez chłopaka Karoliny były co prawda maty, ale raczej do jogi - jednak sprzedawca był kiedyś w Polsce i miło wspomina wigilię w naszym kraju (Sandomierz)… więc wsadził dziewczyny do taksówki, za którą zapłacił i polecił taksówkarzowi jechać do chyba jedynego sklepu turystycznego w Erywaniu. Rozwiązanie problemu karimaty i kolejny przejaw życzliwości wymaga wypicia dobrego piwka!

 

 

Gekhard

Klasztor w Gekhard, odwiedzony po drodze do Garni. Ciemne wnętrza, oświetlone blaskiem modlitewnych świec.

 

 

Garni. Przez historię z kaimatą jesteśmy w Garni znacznie później niż zamierzałyśmy – ale zdążymy jeszcze pozwiedzać znany zabytek – hellenistyczną świątynię. Robi wrażenie – zwłaszcza, że zupełnie nie kojarzymy takich budowli z Armenią. Przy wyjściu okazuje się, że panowie z ochrony zupełnie za darmo oferują nam nocleg na terenie świątyni (początkowo miałyśmy spać w wąwozie, nad rzeczką). Jest piękne płaskie miejsce na namiot, jest woda (potem dostajemy jeszcze kluczyk do toalety – można się umyć pod bieżącą wodą w umywalce!), jest ochrona. Jednym słowem świetna i całkiem bezpieczna miejscówa. Zaoferowana nam tak po prostu, dlatego, że przyszłyśmy, bez pytania i proszenia o cokolwiek.

 

Garni

Świątynia w Garni o poranku, zanim zjawią się turyści.

 

Następnego wieczora, już w Alaverdi, nasz pożegalny wieczór w piątkę z winem na "tarasie" naszego hostelu. Rano Karolina odjeżdża marszrutką do Erywania a my taksówką jedziemy do Tbilisi

 

4 January, 20144 January, 2014 1 comments Trekking Trekking

 

 

 

 

Chicałabym się wyspać, ale właścicielka hostelu, pani Irina nie da wypoczac zbyt długo, krzyczac po rosyjsku na każdego z nas po trochu. A szkoda, bo mimo dzielenia dwuosobowego łóżka w trójkę było nawet całkiem wygodnie. Śniadania też nie możemy zjeść w spokoju. Łup! Mój cenny, puchowy śpiwór ląduje na betonowym „dziedzińcu” naszego hostelu. Potem fruwają jakieś butelki i inne przedmioty. Właścicielka, drze się, że o 10 przyjeżdżają następni goście i mamy zwolnić miejsce. Przed chwilą nie dostałam herbaty bo za 10 lari za nocleg nie wolno po raz kolejny grzać wody. Obawiamy się, czy przed podróżą pozwoli nam jeszcze skorzystać z toalety…. Naszej grupce od poprzedniego wieczora, od momentu kiedy tylko pani Irina zobaczyła nasze duże bagaże (kto to widział, żeby z takim wielkim plecakiem przyjeżdzać!!! - lamentuje) obrywa się za wszystko – za to, że pani z rezerwacji na 10 łóżek miała dla nas miejsce w 5 i w dodatku nie widziała jeszcze grupy z tak dużym bagażem. To ma być ta słynna gruzińska gościnność? – patrzymy po sobie.Na szczęście chyba wszyscy z nas traktują cały ten incydent jako niezły „ubaw” i nikomu chyba humoru to nie popsuło. A trójka z nas chyba po raz pierwszy rozbijała namiot na betonie tuż koło miejsca, gdzie teoretycznie mieliśmy zarezerwowany nocleg.

 

Jakby co hostel nazywa się Kutaisi Hostel Center - polecamy szczególnie dla dużych grup z rowerami ;)

 

 

Piękny, słoneczny dzień. Góry widać jeszcze z samego Kutaisi, z każdą godziną jesteśmy coraz bliżej. Piękny, majestatyczny Kaukaz. Przylepieni do szyb chyba wszyscy. Przypomina mi się pokaz zdjęć z Rumunii – gdzie nagle wszyscy stwierdzili, że w sumie to pięknym miejscu byliśmy. Możemy to docenić dopiero na zdjęciach, kiedy nie byliśmy już głodni, zmęczeni, a na plecach nie mieliśmy 20 kilowego „wora”. Wtedy w busie był jeszcze ten moment, kiedy byliśmy syci i wypoczęci, nic nas nie bolało - więc bez przeszkód można było podziwiać widoki. Z każdym zakrętem coraz bliżej marzeń. Choć górskie doświadczenie uczy, że tego typu marzenia oznaczają także wiele nieprzyjemnych cielesnych doświadczeń. 

 

Mestia

 

Mestia

 

Wysiadamy w Uszguli – reklamującego się jako najwyżej położona wioska w Europie. Wciąż „rzeźko”, choć już nie tak, jak kiedy wsiadaliśmy do busa w Mestii. Wioska wygląda niemial jak w baśni lub w filmie o czasach, które dawno minęły. Lub jak w średniowieczu. Kamienne wieże obronne, proste domki, strumień z czściutka woda - a w tle piękne i ogromne góry –z Szachrą, najwyższym szczytem Gruzji. Cudownie. Miejsce trochę przypomina mi nepalskie wioski, widziane 3 lata temu – te proste osady na wysokości mniej więcej 4 tysięcy metrów. Tutaj także jesteśmy ponad granicą lasu, niedaleko od lodowców, tutaj także wszystko wydaje się prostsze i dalekie od codziennych problemów. W Uszguli jednak paradoksalnie mniej oznak cywilizacji niż w bardzo komercyjnych wioskach pod Everestem. Jeszcze spacer, jeszcze kawka, jeszcze zdjęcie grupowe i ruszamy na szlak…

 

Uszguli

Uszguli - jak w baśni... 

 

 

Niby nie jest bardzo stromo, niby niedaleko, bo dość dobrze widzę koniec podejścia – ale mam dość już po kilkunastu metrach. Wszystko przez ten cholerny plecak. Nie waży może 20 kg jak w Rumunii, ale chyba niewiele mniej. Przez te cholerne skręcenie kostki nie trenowałam przed wyjazdem jak trzeba i kondycję mam gorszą niż na zwykłych wyjazdach - a powinnam mieć lepszą. Nie mam siły, zwyczajnie nie mam siły wnosić na górę tego bydlaka… Jeszcze kilkadziesiąt metrów, kilkanaście,ok  jestem. Oddech piekielnie nierówny. Ewidentnie najsłabsza w grupie. Nie wiem, jak dam radę dalej. Mam dość.

 

Swanetia

Zaczyna się kolejne męczace podejście...

fotka by Tomek 

 

Swanetia

 

 

Przeszliśmy jakoś rzekę. Mimo że potok wypływa z lodowca Adishi całkiem niedaleko i teoretycznie powinno być jeszcze płytko i spokojnie było przez co się przeprawiać. Duża ilość czasu straconego na przeprawę, malownicza polanka z dostępnością wody i drewna… i szyba decyzja, że właśnie tu zostajemy na kolejny nocleg. A następnego dnia najwyżej więcej przejdziemy. Ośnieżone kaukazkie szczyty robią wrażenie. Zanim będzie można podziwiać widoki trzeba się rozbić, zebrać drewno na ognicho i nieco się ogrnąć.

 

dolina Adisi

 

Wieczorem trochę strach odejść od ogniska, bo z każdą minutą robi się coraz zimniej. Ale w odpowiedniej konfiguracji pomiędzy „marzną plecy” a „przypiekają się kolana” jest całkiem, całkiem. Nasz obóz, cztery namiociki w puściutkiej dolinie, jest nieco za drzewami więc tak dobrze nie widać szczytów i gwiazd dookoła, ale wystarczy odejść choć troszkę. Góry i gwiazdy. Tysiące gwiazd, widać wyraźnie dorgę mleczną, kilka jaśniejszych gwiazd, z których jedna może być Jowiszem, grupka która pewnie jest Plejadami. Piękne, wielkie, wieczne. Po ludzku nie umiem pojąć jak wielki jest Wrzechświat wobec pascalowskiej "trzciny na wietrzę, ale trzciny myślącej", którą jestem ja... Ja zniknę, a góry i gwiazdy będą tu wciąż niemal niezmienne.

 

gwiazdy nad Kaukazem

 Rozgwieżdżone niebo nad Kaukazem - by Tomek

 

 

 

Słyszę coś jakby o pobudce, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że to może być prawda. Nie znoszę wstawać, a już szczególnie nie znoszę wstawać jak mi jest zimno. I jeszcze w dodatku ciemno! Wsunięta jestem głęboko w śpiwór tak żeby gdzieś nad głową została mała dziurka na oddychanie. Błogosławię, że posłuchałam rad doświadczonych kolegów i wybrałam naprawdę ciepły model śpiwora, błogosławię radę kolegi, żeby zabrać pod spód matę samopąpującą zamiast karimaty, błogosławię kolegę, który mi tę matę pożyczył. Nie wyjdę, normalnie nie wyjdę. Wydobyłam się lekko na wierzch, piję łyka herbaty z termosu, zagrzanej wieczorem przy ognisku. Lokatorzy z namiotu zbierają się szybciej (w końcu kursanci…), ja ociągam się jak mogę. Zakładam sweter. Patrzę, że namiot lekko oszroniony wewnątrz, dotąd widziałam to tylko na filmach. Łyk hebraty niechcącz wylany na matę zamarza błyskawicznie. Podejmuję bohaterską decyzję o wyjściu z namiotu. Na zewnątrz nie widać jeszcze oznak świtu. Szukam kubka na herbatę, menażki i kaszki z bakaliami – i szybciutko do ogniska.

 

dolina Adishi

 

Adshi

 

 

 Tego dnia sporo męczacych podejść, czuję, że ciężki plecak już kompletnie odbiera mi siły. Wlekę się gdzież z tyłu dotrzymując towarzystwa „zamkowi”. Cóż, liczyłam się z tym, że może tak być, wiem, że wysiłek jest wart bycia w takim miejscu, ale chciałabym, żeby te podejścia już się skończyły. Idąc z tyłu zasadniczo nie powinnam robić zdjęć, ale widoki są coraz bardziej nieziemsko piękne więc ręka jakoś tak sama sięga po aparat. Dochodzimy wreszcie w miejsce pod szczytem (według mapki ze sklepu w Mestii nazywa się Zagari), którędy przebiega „szlak”. Panorama jest cudna. Główny grzbiet Kaukazu, boczny z Uszbą, Góry Swaneckie… Wszędzie piękne, ośnieżone szczyty, nieznaczne ślady cywilizacji. Nie mam już siły iść, różne części ciała bolą, cholerny plecak wcale nie waży mniej…. Ale jestem bardzo bardzo szczęśliwa że jestem tu gdzie jestem. To jeden z tych widoków, który przewinie mi się przed oczami jak tuż przed śmiercią będą mi puszczać film z mojego życia Wink

 

Swanetia

 

Swanetia

 

pod Uszbą

Doszliśmy już do miejsca naszych poszukiwanych polodowcowych jeziorek pod Uszbą tzw. Koruldi Lakes. Nie dość, że nieduże to jeszcze przysypane śniegiem. Ale to nie jeziorka są tu najważniejsze – ten rozległy WIDOK jest niesamowity. Przed nami skaliste góry, obok główny grzbiet Kaukazu Tetnuldi górujacym nad Mestia, po drugiej stronie doliny Góry Swaneckie – wszystkie piękne, ogromne, ośnieżone. Po kilkunastominutowej sesji – idziemy gotować obiad. Ze śniegu. Mi się podoba, ale ogólnie podobno jak jest woda to lepiej wodę, bo śnieg długo się gotuje. Butle na benzynę z napisem MSR przypominają o pracy – bo dla mnie ten skrót oznacza Międzynarodowe Standardy Rachunkowości. Że służbowy mam włączony na wypadek awarii nawet widzę, że jacyś ludzie do mnie dzwonią. Ale tamten świat w tym momencie wydaje się dość abstrakcyjny.

 

Zanim każdy zje swoją porcję liofilizatu i zanim się zbierzemy jest czas na kolejną sesję zdjęciową. Wygłupiamy się w śniegu. Staram się nacieszyć tym miejscem i na długo je zapamiętać.

 

pod Uszbą

 

Mestia

 

 

Po zejściu do Mestii piwko w kanjpie. Potem już na kwaterze odkrywamy uroki miejscowego bimbru – cza-czy, kupowaną nie w normalnych butelkach z akcyzą tylko przelewaną do plastikowych butelek po czymkolwiek. Kolejnym  kieliszkom towarzyszy właczony telewizor - z filmem bolywood z rosyjskimi napisami WinkPóżniej na stole pojawia się jeszcze miejscowe winko. Byłam już dość zmęczona ,więc dość mocno mną wstrząsnęło. Nie byłam jeszcze w takim gdy stanie, żeby zdradzić ekipie swój rocznik, gdy rozmowa zeszła na temat wieku, ale niewiele brakowało, powiedziałam jednak kilka rzeczy, o których normalnie dyskretnie milczę Smile Z czasem ubywa nas w „kółeczku”, mnie jest dobrze i radośnie. Nie pamiętam czemu, ale rzucam temat „zróbmy coś głupiego, lubię robić coś głupiego co się potem pamięta”. Dwóch kolegów podchwyciło. Nie wierzyłam, że naprawdę zrealizujemy ten pomysł, ale jednak. Ubraliśmy się nieco cieplej i wybraliśmy się do nieodległego na szczęście centrum Mestii – pobiegać.  Bo ponoć jak się biega łatwiej wytrzeźwieć – no i wiadomo nie ma to jak świeże powietrze przed snem. Na szczęście tylko przez krótki fragment uliczki z naszej kwatery jest totalnie ciemno – później byliśmy już na jasno oświetlonej i puściutkiej głównej ulicy. Szybko minęliśmy „przezroczysty” budynek policji, mijajac z prawej elegancki, ale niewykończony ryneczek. Dobiegliśmy do mostu. Nie byliśmy daleko, ale cóż liczy się przygoda. A ledwo oświetlone centrum kaukaskiego miasteczka i GÓRY – to coś pięknego gdzieś o drugiej czy trzeciej nad ranem.

 

Oczywiście takie picie było możliwe tylko dlatego, że następnego dnia tak zwany rest day - bez chodzenia po górach i innego większego wysiłku :)

 

Anaklia

Kilka godzin nad Morzem Czarnym

 

Główna droga z Kutasisi do Tibilisi. Siedzimy lekko przerażeni przypatrując się manewrom, które na tym co robi nasz kierowca. Jeszcze rano sensacją było dla nas wyprzedzenie trzech pojazdów na krętej, górkiej i lekko zalodzonej drodze z Mestii do Zugdidi, czy rozmowa przez komórkę podczas manewrów wyprzedzania. Na tej ruchliwej drodze okazało się, że można wyprzedzać korek na trzeciego a nawet czwartego, nie przejmując się, że jedziemy na czołowe – a naprzeciw ciężarówka. Co ciekawe, kiedy wydaje się, że zderzenie jest nieuchronne oba samochody – i ten jadący obok i ten z naprzeciwka usuwają się lekko na bok i droga z dwóch pasów zaczyna mieć trzy. Oczywiście była łamana także masa innych przepisów, ale po jeździe na czołowe z tirami inne "drobiazgi" nie zostają na dłużej w pamięci. „Mamy teraz jak w [tu pada nazwa gry komputerowej] tyle, że na żywo" – mówi ktoś. „Jeszcze na żywo” – dodaje ktoś inny. Nie wiemy jak szybko jedziemy, bo prędkościomierz po prostu nie działa. Kiedy skręcamy wreszcie do Borjomi i jesteśmy na miejscu słychać głośne westchnienie ulgi. Bijemy kierowcy brawo jak w samolocie.

 

 

Od naszego nowego kierowcy (tamtego nie zwolniliśmy - pojechał do Kutaisi) dostaliśmy cynk, że w pobliżu skalnego miasta Wardżia, które pojechaliśmy zwiedzać, znajduje się też basen termalny, taki pod dachem. Powszechny entuzjazm, żeby i tam wpaść. Był pomysł, że może się tam kawy napijemy, bo każdy widzi chyba skromniejsza wersję aquaparku w Zakopcu. Podjeżdżamy pod rozpadające się budynki pośrodku niczego, w pobliżu gruzińskim zwyczajem pasą się krowy.  Konsternacja. To tu? Patrzymy po sobie. Właściciel otwiera jeden z tych rozpadających się budynków, a w środku rzeczywiście całkiem fajny basen. Dość szybo przekonujemy się do tego miejsca - choć wnętrze nie przypomina nawet i głębokiego PRLu, w ścianach dziury, ale woda genialnie ciepła, podobno ponad 40 stopni. Po kilku minutach wszyscy radośnie taplamy się w  specyficznie pachnącej cieplutkiej wodzie. Brakuje tylko drinków z palemką Laughing. Wreszcie jakiś normalny urlop a nie tylko łojenie i łojenieWink

 

basen termalny

 fotka by Tomek

 

Niespodziewanie kierowca naszego wesołego busa skręca w zatoczkę, wychodzimy na zewnątrz. Kierowca wyjmuję dwie buteli po coli. Z jednej obcina górę i dół. W drugiej płyn jasnego koloru. I nie, nie jest to woda. To miejscowy bimber zwany cza-cza, kupowany w sklepie, ale zamiast butelek z akcyzą sprzedawany jest w butelkach po czymkolwiek. Góra i dół butelki to kieliszki. Cóż, nie ma wyjścia trzeba się napić. Z wnętrza busa dobiega radosna muzyka. Jeszcze rano, całkiem na trzeźwo, tańczyliśmy do muzyki przed wejściem do Dyrekcji PN Borjomi. Tym razem tańczymy tym bardziej. Tym razem tańczymy wszyscy. Ciężko przestać się śmiać. Jest wesoło, radośnie, po prostu dobrze. Wielu z mijających nas kierowców trąbi, my odmachujemy. Impreza trwa. Jest dobrze.

 

 

Mały Kaukaz, Park Narodowy Borjomi. Ruszamy z miejscowości Marelisi parową trasą nr 1- i cały dzień idziemy dość pod górę – w sumie podejścia ponad 12 GOTów przy 10 GOTach odległości. Teoretycznie nie jakoś bardzo dużo, ale dało mocno w kość. Liście, rododendrony, las. I pod górę. Nie muszę chyba dodawać, że mam serdecznie dość plecaka i tradycyjnie obstawiam tyły. Po iluś godzinach marszu zrobiło się ciemno. Coraz trudniej znaleźć tę właściwą ścieżkę, mapa słaba, oznakowań brak. Postrój w poszukiwaniu wody, grupka z mapą szuka, my odpoczywamy – gdyby udało się znaleźć moglibyśmy tu się rozbić. Marudzę trochę, że mojemu wewnętrznemu dziecku zaczyna być trochę źle. „To łódzkim obyczajem zamknij je w beczce” – komentuje kolega z Łodzi właśnie. Może to nie jest elegancki zwrot, ale nie da się ukryć – czarny humor w takiej sytuacji całkiem nieźle na mnie działaWink Wody nie ma, idziemy dalej. Mamy chyba wszyscy trochę dość, idziemy ponad 10 godzin. Kolejny postój. Przewodnicy szukają tej właściwej ścieżki. Kładę się na plecaku. Widzę nad sobą tysiące gwiazd. Przypominają mi się wieczory w Niebie Kopernika. Wspominam wieczór przy muzyce klasycznej z pokazem. Chwilka inteligenckiej rozmówki o Mozarcie czy Betoweenie. Marudzę trochę, że jest mi źle i chętnie ususzałabym jakiś świński kawał. Kolega obok ma chwilkę wątpliwości, czy niby aż tak dobrze się znamy, ale daje się namówić. Dowcipu w normalnych okolicznościach przyrody nie chciałabym z pewnością usłyszeć, tym bardziej powtórzyć nie jestem w stanie. Kawał naptawdęł naprawdę mocny, głośno się śmieję. Potrzebowałam tego śmiechu. No ładnie, płynnie przeszliśmy od Mozarta do dymania zwłok – komentuje kolega, który zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej wsławił się porzekadłem o beczkach. Do skromnej drewanej chatki, naszego miejsca noclegowego docieramy po 22.

 

PN Borjomi

 

PN Borjomi

 

Wyruszamy z Amarati Tourist Shetler (1910 m.n.p.m), czyli skromnej chatki bez wody i prądu, gdzie spędziliśmy noc w kierunku miasteczka Astkuri, parkową trasą numer trzy. Morze mgieł, nad nimi szczyty Małego Kaukazu … a w dali już inne, zaśnieżone pasma, nie umiem ich nazwać ani dobrze zlokalizować, później w internecie doczytuję, że widać stąd nawet grz ynajdujące się już w Turcji. Wiedza co gdzie i jak nie jest na szczęście potrzebna, żeby stwierdzić, że jest jest pięknie. Zupełnie inaczej niż w poprzednie dwa dni możemy nacieszyć się widokami okolicznych gór. Wędrujemy nad chmurami. Jakby ponad światem. Obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy… Ostatni dzień. Nigdy nie wraca się dobrze z gór, z drugiej strony fajnie pozbyć się plecaka, umyć, najeść.

 

 Z gór schodzę z gór schodzę z goraczka - efekt przemoczonych nóg i przemęczenia

 

PN Borjomi

 

Mocno wiekowy zespół klasztorny Gelati niedaleko Kutaisi. Największe wrażenie robią na mnie piękne wnętrzna cerkwi. Niestety nie słychać śpiewu – jako chórzystka śpiewająca właśnie w harmonii szczególnie lubię wschodnią muzykę sakralną. Przechadzamy się wśród wieowych murów niewiele pewnie rozumiejąc co to miejsce znaczyć może dla miejscowych. Znów jest ciepło i bardzo słonecznie. Jeszcze zielono. Ostatnie promienie słońca przed powrotem do listopadowej Warszawy.

 

Bargati, Kutaisi

 

 

 

31 August, 201331 August, 2013 3 comments Trekking Trekking

Przed wyjściem do domu ważę się sama. Jest 49. Dokładam plecak. 68 kg. A jeszcze wodę trzeba dołożyć... Już wiem, że lekko nie będzie. Na szczęście po dwóch pierwszych dniach grupa się nade mną zlitowała, cóż na następne wyjazdy trzeba będzie jeszcze trochę popracować. Z podziwem patrzę na tych, co prują z przodu mając na plecach po 25 kilo. Nielicznym z nas zza plecaka widać głowę.

 

pleakowo

 

zapasy

mały retezat

Pierwszy biwak, jeszcze w lesie, jeszcze możemy rozpalać ognisko. W paczkach żywieniowych zamieszanie więc rozkładamy sobie zapasy i dzielmy ponownie. Dopiero teraz dostrzegamy, jak porcje, które na plecach ciążą niemiłosiernie skromnie wyglądają jak przedzielimy to przez ilość dni. Jak widzę kawałeczek kiełbasy krakowskiej który ma mi starczyć na cztery obiady wpadam w czarną rozpacz. Prognozuję, że padnę po drodze. Michał prognozuje, że w takim razie będzie dodatkowo co jeść. Już drugiego dnia mijana na szlaku krowa przestaje wyglądać jak miłe zwierzątko a zaczyna jak potencjalna wołowinka. Na drugim noclegu przybłąkuje się do nas pasterski pies. Naiwnie liczy, że dostanie może kawałek kiełbaski - cóż - tutaj każdy zazdrośnie strzeże swojego kęsa. Boleśnie wspominam obfite śniadania i kolacje z Majówki w Beskidzie Niskim. Tam kończyłam zwykle na 7-8 kanapkach a i dokładką się nie pogardziło. Teraz muszą wystarczyć tak zwane dachówki. I wtedy dar z niebios. Przewodnik dzieli się ze mną połówką batonika. Wybuch nieposkromionej radości.

 

konie

krzyż

W długi i ciężki dzień, kiedy zdobywamy Vf. Custrua po okropnym, stronym trawersie (bo szlak gdzieś zniknął...) każdy z nas myśli z nadzieją o zbliżającym się wieczorze. Mamy być w niejakiej Cabanie Buta (miejscowe schronisko). Mamy niepwną informację, że być może będzie tam jakieś jedzenie. Myślenie o ciepłym posiłku dodaje nam sił... Po stromym zejściu z niepokojem oglądamy miejscową GOPRówkę (tzn. siedzibę Salvamontu). Nie wygląda, jakby mieli tu jakąś kuchnie... Na szczęście ktoś szybko przekazuje radosną wieść - Cabana jest jeszcze nieco niżej. URATOWANI! Nigdy jeszcze sznycel nie smakował tak wybornie, a i rozdawany przed posiłkami suchy chleb był wprost fantastyczny. Z ulgą uzupełniamy tez zapasy przekąsek, które kurczą się nieproporcojonalnie do liczby dni.

 

na grani

 

Cabana

 

 

Następnego dnia wędruje mi się znacznie przyjemniej, decyduję się nawet z powrótem zabrać do plecaka część jedzenia i gaz. O życiu na nizinach już dawno zapomniałam, zasięgu praktycznie nie ma - co rodzi trochę problemów. Odbieramy wiadomość od busiarzy, planują być po nas dzień później niż my planujemy. Wysłanie SMSa zwrotnego sprawia, że przewodnik zdobywa jeden okoliczny szczycik więcej.

 

zielono mi

 

Wreszcie wymarzony nocleg na 2 tysiącach, nad polodowcowym jeziorkiem Bucura, u stóp najwyższych gór pasma Retezat. Jest pięknie, mnóstwo namiotów z różnych stron Europy. Urok miejsca psuje jedynie toaleta... a w zasadzie jej brak. Spacery w kosówkę, wśród licznych białych i brązowych dowodów częstej ludzkiej bytności wymaga ostrożności. Ale już 15 minut od obozowiska robi się całkiem przyjemnie. Pogaduszki przed namiotami coraz trudniejsze, gromadzimy się dookoła jednego punktu, traktując go jak hipotetyczne ognisko, ale trudno wystać nawet we wszystkich swoich polarach i jednym pożyczonym. Nawet w tak zacnym towarzystwie. Błogosławię swój ciepły, puchowy śpiworek. Ci, którym nie jest dane takie dobro trzęsą się mimo folii NRC.

Bucura

 

Pogoda nie była dla nas łaskawa. Deszcz złapał nas już w drodze na najwyższy szczyt pasma, Vf Pelagę (tudzież Pelagię w naszej nomenklaturze) Później grzmoty nieodwołanie zgoniły z grani. Prowizoryczna kuchnia polowa - konstrukcja z plandeki i kijków trekkingowych chroni przed deszczem, możemy trochę posiedzieć i pomarznąć razem. Biwakująca nieopodal nas ekipa Polaków obdarowuje nas manną z nieba - dostajemy do podziału aż trzy puszki mielonki. Następnego dnia kaszka i styropian zostają urozmaicone czymś naprawdę wyjątkowym. Warto żyć dla takich chwil Wink

 

kuchnia polowa

 

Ostatni nocleg, nad polodowcowym jeziorkiem Zanoaga. Namioty trochę zmokły podczas deszczu i burzy, ale większych kałuż na szczęście nie ma. Zimno. Już dawno poszłabym grzać się do śpiworka, ale to w końcu zielona noc... Znów gromadzimy się wokół hipotetycznego ogniska. Poznajemy kilka ciekawych gier na rozgrzanie. Podziwiamy księżyc majestatycznie unoszący się nad górami. Już po pełni. I ten niesamowity czerwonawy kolor. Zostajemy już tylko we czwórkę i moja wtedy gramy chyba w moją ulubioną grę integracyjno-rozgrzewającą. Ląduję w środku, trójka na zewnątrz, razem podskakujemy. Jak dobrze, jak ciepło. Tak to mogę gadać całą noc LaughingPodobno tak zimą grzeją się pszczoły zamieniając się miejscami. Fajnie być taką małą, ogrzewaną pszczółką.

ostatni nocleg

 

Pogoda łaskawie pozwala nam zjeść ostatnie resztki na śniadanie zanim porządnie się rozpada. Kilkugodzinne przeczekiwanie ulewy w namiotach urozmaicamy sobie śpiewając to i owo. Kolejny raz zamknięci w niewielkiej przestrzeni namiotów, kolejny raz w porządniej warstwie ubrań. "To są Wasze wakacje... Wyście za to zapłacili" - grzmi w głowie motto z Gorganów sprzed dwóch lat.... Wreszcie pada jakby mniej. Błyskawiczny odwrót - na przełęcz - i kierunek dół, tam musi być coś do jedzenia!!!

 

Godeany

 

I jak tu nie kochać chodzenia po górach?



5 March, 20135 March, 2013 5 comments Trekking Trekking

W drode do Rajczy, 4 marca
Boże jak pięknie - jeszcze godzinkę temu wędrowaliśmy widząc w oddali łańcuch solidnie zalodzonych Tatr - teraz widoki uboższe bo tylko na Worek Raczański i pobliskie góry - ale i tak jest super. Piękne, błękitne niebo, góry lśnią się w słońcu. Jeszcze kilkadziesiąt minut i zasiądziemy w czekającym na stacji PKP autokarze. Idę sama i czuję jak do oczu coraz mocniej płyną mi łzy. Bo czuję, że to, że tak pięknie to jakby pożegnanie. W czwartek zaczynam kurację interferonem i rybawiryną - pół roku wcześniej wykryto u mnie żółtaczkę typu C, groźną, śmiertelną chorobę. Leczenie jest ciężkie, i przy moich dobrych genach daję ok. 70% na skuteczne pozbycie się wirusa - jednak cena jest wysoka. Kuracja interferonem jest porównywalna do chemioterapii, lista potencjalnych skutkach ubocznych jest długa, jak kiedyś stwierdził mój kolega czytając ulotkę „od tego można dostać wszystkiego". Jestem młoda, silna, poza wirusem zdrowa - więc liczę na to, że „jakoś to będzie". Ale boję się, bardzo się boję. O lekach wiem, że strasznie osłabiają, nie tylko dlatego, że spada hemoglobina i inne parametry krwi, mówili, żebym zapomniała o górach na ten rok.  Że po tym ma się problemy z chodzeniem po schodach. Wiem, że spróbuję zawalczyć, ale wiem, że moja silna wola może nie mieć żadnego znaczenia. Wobec pewnych spraw jestem bezbronna.
Potrzebuję tych łez, tego smutku, tego pożegnania. Boję się, ale nie jestem przerażona, to co ma przyjść ma być po prostu trudnym zadaniem do wykonania, nie żadną tragedią. I mam nadzieję, że choć troszkę, choć czasem, jakoś będę w tych górach mogła być.

Hala Redykalna

Radość istnienia w Beskidzie Żywieckim - chwilę przed pierwszą dawką

Warszawa, 8 marca
Pierwszy zastrzyk. Ogromy lęk, ale też świadomość, że sama się zdeycodowałam i że po prostu trzeba. Cztery godziny po zastrzyku, podręcznikowo, prszyły bóle mięsiniostawów, gorączka - ale w sumie nie było strasznie - no w każdym razie przytotowałam się na dużo gorszą opcję. Wyszłam na krótki spacer. Wieczorem pierwsza dawka rybawiryny... słyszłam, że niszczy przełyk i żołądek, ale aż takiej zgaagi się nie spodziewałam. Ból w całej klatce piersiowej.... Od tej pory nauczyłam się jeść rybawirynę nie po posiłku lecz w trakcie - najlepiej w serku topnionym lub jogurcie.
Jescze tylko 48 tygodni. Jakoś to będzie.

Gdzieś tam pojawia się pomysł - skoro nie da rady w Himalaje to może stare dobre Beskidy. A żeby był konkret - to może tak najwyższy szczyt każdego z nich? Z zestawienia PTTK pominęłam tylko Lubomir - bo z tym Beskidem Makowskim to różne są teorie i według wielu badaczy Lubomr to jedna z wielu gór Beskidu Wyspowego...


Grześ, 21 kwietnia
Podchodzę na Grzesia (1653 m.n.p.m) pełna obaw. W końcu interferon i hemoglobina 9,5 to nie przelewki. Nie idzie jakoś źle, choć ewidentnie jest gorzej niż było. Często przystaje - a to na herbatkę a to coś przegryźć, więc nie jestem jakoś szybka. Z resztą pogoda ewidentnie się psuję, pada ni to śnieg ni to deszcz i widoczność nie najlepsza. Niby znam tę drogę (choć akurat na tym szlaku nigdy nie byłam inną porą kwietniowo-krokusową), ale tym razem jest jakby dłuższa i bardziej męcząca. Szczególnie kopuła szczytowa już ponad granicą lasu - nie pamiętałam żeby była aż tak stroma. Wreszcie szczyt. Płaczę ze szczęścia bo jednak weszłam, choć mówili, że na pewno nie dam rady.Pogoda zniechęca mnie do dalszego marszu w stronę Rakonia.

Grześ

Na mrocznym i mistycznym nieco szczycie Grzesia

*
Wieczorem spaceruje po okwieconej polanie. Odwiedzam kapliczkę św. Jana Chrzciciela, pamiątkowy wpis w księdze. Dziś padało, krosusy zamknietę, ale fioletowe dywany kwiatów są przepiękne. Później zachód słońca - przez zachmurzone niebo barwy rzucane na Kominiarski Wierch i Ornak są niesamowite... Jest mi dobrze, trochę zmęczona, wieczorem rzucę się na łóżko i szybko zasnę. Przed spaniem spróbuję jeszcze coś zjeść, ale efekt dość marny. Ale i na razie utrata wagi nieduża to nie ma się czym martwić.


Polana Chochołowska

Ukwiecona Polana Chochołowska. Dziś padało, krokusy zamknięte. Klasyczny widok na Kominiarski Wierch i grzbiet Ornaku.

Trzydniowiański Wierch, 22 kwietnia
Piękny górski poranek. Świeci słońce. Pełna obaw o stan zdrowia i kondycję wyruszam na szlak. Na Polanie Chochołowskiej tysiące krokusów. Nie chcą się tylko „otworzyć" a szkoda bo takie zdjęcia ładniejsze.
*
Podejście Krowim Żlebem nie należy do najprzyjemniejszych - ale pamiętam też końcówkę podejścia od strony Jarząbczej i nie wiem, czy w ogóle dałabym radę. Trochę brakuje oddechu. Najgorzej przy stopniach w zmrożonym śniegu, które powstały przy czyiś śladach. Stopnie za wysokie do mojego wzrostu - męczę się. Kiedy sama próbuję „wyrąbać" swoje stopnie - nie dość, że się męczę to jeszcze ślizgam bo nie mam dość sił żeby wybić głębokie ... i bądź tu mądrym Z ulgą osiągam grzbiet. Zjadam żelka, mijam dwóch skiturowców, pierwszych turystów spotkanych tego dnia. Jeszcze tylko granią aż na sam wierzchołek Trzydniowiańskiego Wierchu (1758 m.n.p.m) Pod sam koniec czuję to zmęczenie, walkę o każdy krok i brak tchu - ten jeden jedyny raz anemia mocno daje mi w kość.

*

krokusyDziś słonecznie, więc krokusy "otwarte" - ukwiecona polana prezentuje się wspaniale. Rozkoszuje się widokami, fotorgafuję. Na Polanie tłumy. Spotykam po raz pierwszy w realu Emilkę i Marcina z Planety - potem spotkanie z Iwoną i Moniką, przeczytały na Planecie, że Paulina będzie i szukają - co prawda nie podeszły bezpośrednio do mnie, ale słyszę to się zgłaszam. I tak zapewniony miły wieczór w dobrym, górskim towarzystiwie.

Iwaniacka, 23 kwietnia
Po deszczowo-śniegowej nocy poranek zachwyca - pięknie, słonecznie, krokusy powoli rozkwitają. Z Tomkiem, sąsiadem ze schroniska, zmierzamy w skierunku Przełęczy Iwnaniackiej. Moje pierwsze podejście z plecakiem, lekka trema. Ale nie - tym razem idzie dobrze, oddech w miarę w porządku, tempo też. Czyli jednak z tymi górami jakoś to będzie. Zaczynam jednak lubić podejście na Iwaniacką:) Połamane drzewa, ślady dawnych lawin. Jest „jedynka", śniegu niewiele, więc nie mam wielkich obaw że coś na nas spadnie - ale też nie mam pewności „lawina może zejść zawsze, lawina może zejść wszędzie" - uczyli w grudnio na kursie. Jest pięknie - błękinte niebo i topniejący śnieg, w powietrzu czuć już wiosnę. Chwilo trwaj :)

Kalatówki, 23 kwietnia
Po przejściu z poznanym w schronisku znajomym przez Przełęcz Iwaniacką (hurra jestem w stanie chodzić z plecakiem!) i Dolinę Kościeliską chcę wpaść jeszcze na Kalatówki, zobaczyć reklamowane przez Karolinę krokusy. No faktycznie jest na co popatrzeć! Polana cała fioletowa. Zostawiam plecak i z aparatem w kwiatowy dywan! Fotografuję krokusy na tle gór w każdej pozycji Przy okazji odkrywam, że widok z Kalatówek jest znacznie okazalszy niż ten, który znałam wcześniej - Kopa Kalacka u wejścia do hotelu. W głąb polany roztacza się fantastyczny widok - Kasprowy i Goryczkowa Czuba (i szczyty pomiędzy nimi) w pełnej krasie, jeszcze ośnieżone. Widok jest naprawdę piękny, musi być jeszcze lepiej gdy krokusy prześwietlone są słońcem - to popołudnie jest nieco pochmurne. Kilkadziesiąt minut szaleję z aparatem na Polanie, potem wpadam do Karoliny na pogaduchy. W czasie leczenie będę jeszcze na Kalatówki wracać.

Barwinek 3 maja
Wyraźiście zielona łąka i wyraziście żółte kwiaty - Beskid Niski wiosną... Rozkładamy się na łące z widokiem na niewielkie okoliczne wzniesienia. Za chwilkę śniadanko więc opróżniamy plecaki z pyszności, przygotowanych trochę według listy, trochę według uznania. Przerażają mnie trochę rozmiary grupy - 46 osób, do dziś nie pamiętam wszystkich imio.n Przewodnicy - Ala i Michał, zarządzają jedną z tych gierek na poznanie grupy - niby trochę naiwnych, ale zawsze dobrze mieć w pamięci jakieś podstawowe informację o ludziach z którymi wędruje się kilka dni. Przynajmniej łatwiej zagadać jak akurat obok siebie wylądujemy na jakimś fragmencie szlaku.
Trochę obawiam się marszu z placakiem. I to jakim plecakiem - w końcu idę z SKPB a tak jednak bardziej się dba o żołądek uczestników niż o ich kręgosłup. Na szczęście trasa nie jest z namiotem a i proporcje jedzenia w miarę rozsądne. Wiem, że w razie potrzeby będę mogła poprosić o pomoc. Po śniadanku kawałek drogą i podejście na Studenny Wierch - bez szlaku, ale to nie park to można. Później malowniczą dolinką do Olchowca. Pełna obaw. Ale jednak jest w porządku. Idę. Z grupą. W tempie grupy a nie z tyłu. Nie trzeba mnie odciążać już na wstępnie... czyli innymi słowy jestem uratowana. W klapie plecaka zastrzyk - poniżej jednej doby spokojnie może być poza lodówką. Po trasie 10. dawka interferonu - i obawy jak będzie się szło dzień po zastrzyku...

Studenny Wierch

Podejście z plecarami na Studenny Wierch - w Beskidzie Niskim pełnia wiosna.


Nasza niesamowicie rozciągnięta grupa robi pewnie sporo zamieszania w tym dość spokojnym zakątku. A na postoju tak trudno ogarnąć ją wzorkiem. A ile czekolad, żelków, ciastek i innych przekąsek krąży po grupie...

Olchowiec

Malownicza dolina we wsi Olchowiec. Wrócę tu jeszcze w lutym, na spacerze ekipą z Ropianki.

Burza

Z Olchowca przez Baranie wyruszyliśmy w stronę Ożennej (ześrodkowanie rajdu). Po drodze dopadła nas burza z gradobiciem. Pierwszy raz przeczekiwana z nogmi podulonymi na plecaku. Waliło. Bałam się

Nieznajowa, 6 maja
Nieco ciasną jak na ponad 30-osobową grupkę chatkę w Nieznajowej opuszczamy ze sporym opóźnieniem. Nazwa naszej trasy „trasa dla zabieganych" nabiera nowego znaczenia - jakaś jedna trzecia grupy (finalnie grubo ponad połowa) łapie dziwnego wirusa - to chyba rota wirus bo wiąże się z sensacjami żołądkowymi „w obie strony" i osłabieniem. Przewodnicy organizują łatwiejszą trasę - ale jesteśmy w środku Beskidu Niskiego i jednak biedacy muszą kawałek przejść z ciężkimi „worami". Ja mimo stanu zdrowia znajduje się nieoczekiwanie w silniejszej grupie idącą dłuższą trasą. Cóż, taki rota wirus z interferonem nie ma szans Idziemy dość szybko bo trzeba zdążyć na autokar podstawiony w Gładyszowie o określonej godzinie. Michał - przewodnik pyta, czy nie za szybko dla mnie - ale o dziwo nie. Tylko stopy, które ewidentnie nie znoszą asfaltu i twardy dróg (stare rozpadające się buty nie pomagają...) coraz bardziej bolą. Każdy krok zaczyna być nieprzyjemny. Mimo wszystko jest pięknie. Zieloność i dzikość okolicy. Ten spokój. Wspomnienie trudnej historii, ludzi, których brutalnie wykorzeniono, choć rodzinna ziemia znaczy dla nich nieporównywanie więcej niż dla nas mieszkańców „globalnej wioski" Umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne które miały tu pozostać.

Przełęcz Przysłop, 7 czerwca
Szlak z Krościenka na Przehybę, choć jest to przecież fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, choć jest to długi weekend z Bożym Ciałem - zupełnie pusty - spotkałam może ze dwie osoby. Wędrówka głównie lasem - choć zdarzają się widoki na okoliczne pasma - udaje się też wypatrzeć Tatry. Fajnie, spokojnie, choć plecak nieco cięży i nieprzespana noc daje we znaki. Przystanek na Przełęczy Przysłop. Ładne widoki na Pieniny i charakterystyczną kopkę Wysokiej. Wtedy tego nie wiem - ale na szczycie stanę za mniej niż miesiąc. Powietrze nieco ciężki, chmurzyska- cóż, nie pozwalają się rozsiadać. Wolałabym żeby mnie burza nie dopadła. Więc równym marszem ku schronisku na Przehybie.

*

Na Przechybie rozkładam karimatę i padam ze zmęczenia. Wtedy jeszcze udaje mi się zdrzemnąć na trochę. Później zastrzyk numer 14.

Radziejowa, 8 czerwca
Całą drogę z Przehyby na Radziejową (1266 m.n.p.m. - najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, pierwszy szczyt mojej korony) szłam właściwie sama, mimo że postanowiłam spać ile będę mogła kosztem późniejszego wyruszenia na szlak. Na samym szczycie jednak grupka ludzi, pewnie doszli niebieskim ze Szczawnicy. Szybkie podejście na wieżę widokową. Powietrze zamglone (czuć, że będzie burza - na szczęście dopiero popołudniową porą), Tatr nie widać - ale ogólnie widok dość rozległy - i Pieninki i Beskid Niski i inne góry i pagórki, których nie umiem jeszcze opisać. Wszędzie zielono - późna wiosna ma swoje prawa.

Radziejowa

Kamień uświetniający tysiąclecie Chrztu Polski na szczycie Radziejowej.

Przełęcz Żłobki

Rozległa panorama z Przełęczy Żłobki. Na pierwszym planie Pieniny, w oddali Tatry.

Niemcowa

Widokowa polanka pod szczytem Niemcowej. Później stromawe zejście.

*
Zdązyłam do Chatki na Korodowcu przed nadciągającą burzą. Jest przytulnie i bardzo ładnie. Właściciel bardzo przyjemny i dba o gości , zupełnie inaczej niż w wielu schroniskach. Widoki chyba na pasmo Makowic. Oprócz mnie jest jeszcze jedna Pani (wstyd, ale już nie pamiętam imienia), stały bywalec, ciepła i serdeczna, pozostali goście dopiero wieczorem. Jest fajnie, wiele wspólnych tematów. Dziś otwarcie euro. Mam mecz Polska-Grecja w głębokim poważaniu, ale skoro oni oglądają przecież nie wyjdę. Czytam sobie o Sto lat samotności jednym okiem, mecz oglądam drugim. Właściciel chatki później już cały wieczór przeżywa to że nasi przerżneli a telewizorowi grozi zakopaniem Faceci
Marquez pisze o pladze bezsenności w Macondo. Jak bardzo ten temat jest mi bliski. W maju straciłam umiejętność samodzielnego zasypiania. Były czasy że nawet leki były mi w stanie przynieść 2-3 godziny snu, były noce gdy całkowicie nie zmrużyłam oka. Do tego gignatyczne rozdrażnienie, pobudzenie, zmęczenie nie byciem zmęczonym... koszmar, który udało się z czasem złagodzić, ale już do końca leczenia, i nawet teraz, parę tygodni po ostaniej dawce stale mi towrzyszy.
W Macondo bezsenni przestają pamiętać - ja po tych wszystkich nieprzespanych nocach też nie raz i nie dwa zapominałam o tym co najbardziej oczywiste. Śmiałam się, że niezłą amfę mi dają i że może pójdę na studia skoro mam tyle czasu nocami. Ale nie, to stanowczo nie jest śmieszne.
Nad Korodwcem zapada zmrok. Już po burzy. Jest pięknie. Przykryta śpiworem modlę się, żeby przyszedł sen.

W drodze do Cyrli, 9 czerwca
Z Kasią, Marcinem i Piotrkiem wędrujemy w na TAM - górską imprezę śpiewaną. Trochę pada, nad beskidzim lasem unoszą się mgły, jest pięknie. Momentami ciężko dotrzymać kroku, ale ogólnie daję jakoś radę. Pozastrzykowe bóle dają we znaki, zużywam Marcinowi nieco apapu:)



Cyrla

Dzień po TAMie spokojna i krótka wędrówka w stronę Rytra

Warszawa, czerwiec

Wynik badania na obecność wirusa po 12 tygodniu - MINUS. Czyli bardzo dobrze. Oznacza to dla mnie kontynuację leczenia do 48 tygodni. I większe szansę na minus pół roku od zakończenia leczenia.

Dolinka za Mnichem

Dolinka za Mnichem - sprzątana przez ekipę Planety w ramach akcji Czyste Tatry

Łysa Polana, 1 lipca
Akcja Czyste Tatry udana, impreza w Moku też. Na taternickim obozowisku na Włosienicy było naprawdę miło, także godzina na której jesteśmy na Łysej Polanie pozostawia wiele do życzenia Pierwotny plan zakładał przejście Białej Wody aż do Polany pod Wysoką, ale wiemy już że pójdziemy dużo bliżej. O 17 Emilka i Marcin muszą być z powrotem przy samochodzie. Cóż, nie zawsze trzeba łoić, czasem można tak po prostu przejść się w miłym towarzystwie. Przekraczamy granicę państwową - teraz to niemal niezauważalne, tyle że słowackie tabliczki ze znakami nieco się różnią. Kontemplujemy ile czasu powinno nam zająć dojście do wskazanych lokalizacji - Biała Woda może być miłym początkiem wypadku w słowackie Tatry Wysokie. Nieśpiesznym krokiem ruszamy w głąb doliny.

Kopa Kondradzka, 2 lipca
Dzień zapowiada się ładnie właściwie wszystko widać, ale jakby przez mgłę. Miałam nadzieję, że nie będzie burzy - za parę godzin dowiem się jak gorzko się pomyliłam. Wyszłam bardzo późno jak na tatrzańskie standardy, jest prawie ósma - ale musiałam poczekać na obsługę schroniska żeby wyjęli magiczny interferon z lodówki, a jeszcze jak na złość trochę zaspali. Ale nic to. Idę sobie z plecakiem, mógłby być lżejszy ale da się żyć - na grań Czerwonych Wierchów. Ładną i widokową grań. Na razie spokój, dopiero na grani sporo ludzi idących od Kasprowego. Mam frajdę bo akurat tym zielonym szlakiem jeszcze nigdy nie szlam. Bardzo fajnie wygląda z tej perspektywy masyw Giewontu. Z każdym krokiem widać coraz więcej Tatr Wysokich i innych okolicznych gór. Pójdę tam, gdzie bezmiar błękitu...

Wysoka, 3 lipca
„Pieniny na patelni" tak nazwał album Wojtek i miał rację. Było bardzo, bardzo gorąco -zatrzymywaliśmy się na chwilę przy każdym drzewie stojącym na szlaku. Tuż przed Wysoką słyszę pierwszy grzmot. Wpadam w lekką panikę, jeszcze jestem przestraszona po wczorajszych przejściach. Zostawiam plecak, choć jest na lekko i szybko po schodkach, na szczycie szybka sesja zdjęciowa i spadamy. Trzymam tempo i nie wierzę Wojtkowi, że już niedaleko. Uspokajam się dopiero na dole. Dziś burza nie dopadła.

Wysoka

Na szczycie Wysokiej (1050 m.n.p.m. - drugi szczyt w Koronie), widoki niezbyt rozległe z powodu ciężkiego, burzowego powietrza.

Turbacz, 5 lipca
Ze Starych Wierchów wyszłam wcześnie żeby uniknąć upałów i burz. Mimo, że dopeiro 9 kiedy jestem na szycie czuć duchotę - a ciężkie powietrze nie pozwala na rozległe widoki - od strony Obidowca podejście na szczyt wśród połamanych drzew coś niecoś mogłoby oferować. Na szczycie tabliczka, jakiś post-peerelowski monument, krzyż z Jezu Ufam Tobie. Jeszcze teraz piękne słońce. Oczywiście jestem sama Dziś na lekko, upał w Pieninach za bardzo dał mi w kość żeby decydować się na jakąś dłuższą trasę z plecarem. Gorce przyjazne są turystom - spacerowiczom - większych podejść czy trudności brak. Dobre dla rodzin z dziećmi, dobre dla leczących się interferonem ... nie zostaje na szczycie długo, idę w stronę schroniska. Zamawiam butelekę coli i wypiajm niemal od razu... uff jak gorąco!


Turbacz

Na szczycie Turbacza (1310 m.n.p.m. - trzeci szczyt w Koronie) - połamane drzewa pozowliłyby coś zobaczyć - zamglone burzowe powietrze mocno widoki ogranicza

torfowiska

Zwiedzanie Podhala i Orawy zaczynamy od torfowisk w okolicach Czarnego Dunajca

Pająków Wierch, 7 lipca
Uff jak gorąco. Ciężko się idzie. Nie jest mi słabo, ale nie mam siły. Zostaję z tyłu. Gorąco wydziela ze mnie siły witalne. Nigdy nie chodziłam w takim upale i nie wiem, czy i bez interferonu dałabym radę bo upał zwykle mnie osłabia. No, interek na pewno nie pomaga Przykry moment, kiedy zabierają mi rzeczy z plecaka i rozdzielają między najsilniejszych członków grupy. Niby żaden wstyd, każdy ma prawo czasem być słabszym, każdy ma prawo nie mieć siły. Przed wyjazdem zgłaszałam Pingwinowi, że jestem „uczestnikiem podwyższonego ryzyka". Niby wszystko ok., ale nie ok. Nie jest fajnie być najsłabszym, przynajmniej ja nie umiem. Tak nie lubię sprawiać kłopotu... Jak zabrali większość zawartości plecaka jest już lżej, ale nadal droga po prostu nie sprawia mi przyjemności. Gdzieś tam doceniam uroki miejsca - spokojna okolica, widoki - mijane wioski podhalańskie ze swoimi urokliwymi kapliczkami i ciekawą architekturą - no ale cóż wolałabym być w jakimś innym, chłodniejszym miejscu. Wiem jednak że wcześniejszy powrót do Warszawy nie byłby dla mnie żadnym rozwiązaniem - przecież tam jeszcze bardziej duszno, a otwieranie okna to narażanie się na hałas z ulicy, który tak mnie rozdrażnia i przed którym tak uciekałam. Przydałoby mi się posiedzieć na działce nad jeziorem jakimś - tylko nie znam nikogo, kto by mógł mnie przygarnąć.

Orawa

Upalno-burzyste Podhale - pełne urlokliwych zakątków.

Sidzina, 8 lipiec
Nad górami znów zbierają się burze - właściwie z każdej strony a przecież wczesne popołudnie. Całe szczęście, że będąc w „grupie kościelnej" poszłam krótszą trasą bo burz się boję... duchota nieziemska, po prostu płynę. Buty sklejone taśmą, rozwaliły się zupełnie, stopy piekielnie bolą od tego asfaltu... idziemy do skansenu zapoznać się z miejscową kulturą. Druga grupa przedziera się w tym momencie przez krzale - my byliśmy u spowiedzi, oni odprawili pokutę - śmieją się.

Warszawa, lipiec
Po powrocie do Warszawy odkrywam ze zdumieniem, że ogólna irytacja na świat uległa lekkiej poprawie. Śpię nadal źle, wstawanie do pracy nadal mnie bardzo męczy. Ale jestem ciut spokojniejsza i nie drażni mnie każdy tramwaj przejeżdżający pod oknem (mieszkam przy ruchliwej ulicy). Czyli mamy jakiś postęp.

Skrzyczne, 29 lipca
21 tydzień leczenia. Gorąco, ale na szczęście nie aż tak jak na Orawie. Mimo wszystko z powodu złych wspomnień i ogólnego lenistwa decyzuje się dziś na wersję minimum - wejście na Skrzyczne od strony Szczyrku i resztę dnia na lenia z książką. Początek szlaku był spokojny, ale teraz kiedy połączył się z innymi szlakami ludzi jest naprawdę sporo - oczywiście to w większości wczasowicze, w tusytycznych butach i z plecakiem jestem tam co najmniej dziwna. Zdobyciu szczytu towarzyszy zatem mniej emocji niż zwykle - z resztą nie ma tu jakiegoś punktu kulminacyjnego. Ładnie widać głównie Kotlinę Żywiecką i Beskid Mały, całkiem nieźle prezentuje się Babia. Tatry zobaczę dopiero następnego dnia rano. Na szczycie niezły cyrk - gwarne schronisko bo kupa ludzi przyjeżdża kolejką, jakieś boisko do siatkówki, jakaś ścianka. W środku gra jakiś rmf lub zetka. Totalnie bez atmosfery, którą kojarzy się z górami, ale też i nie spodziewałam się, że tak będzie. Wiem, że w okolicy schroniska nie poodpoczywam sobie ale na szczęście nie muszę wędrować dużo dalej

Skrzycze

Schronisko na szczycie Skrzycznego (1257 m.n.p.m. - czwart szczyt w Koronie) umożliwia nocleg już na grzbiecie - wędówka w stronę Baraniej Góry będzie więc lekka i przyjemna. W nocy padało więc rano witają mnie piękne widoki na Babią i Tatry...

Małe Skrzyczne, 30 lipca

W nocu padało, ale teraz się przejaśniło. Piękny, lekko zachmurzony poranek. Na szlaku sama, oddycham wolnością, czystym powietrzem. Wiem, że upały i burze wiec raczej wyszłam wcześnie - i miałam rację bo od 14 już grzmiało i padało. Podoba mi się tu. Testuje nowe buty - na razie ocierają pięty i lekko za twarde.

Barania Góra

Na szczycie Baraniej Góry - dzięki atakom kornika na okoliczne drzewa widoki na trasie przepiękne

Lidecko, 11 sierpnia
Czechy, w których jestem pierwszy raz w życiu, nie przywitały miło. Nie dość że pada to jest naprawdę zimno- kilkanaście stopni. Niedobrze, bo to namiotówka. Czekaliśmy w pobliskiej kanjpie na poprawę pogody, ale chyba nic z tego. Na szczęście to deszcz, nie ulewa. Wchodzimy na pobliskie Czarcie Skały - legenda głosi, że postawił je jakiś diabeł żeby zdobyć miejscową piękność. Ładne kawałki skały - widoczki na okolicę. Przypomina mi się ścianka - tak bardzo bym chciała się powspinać - to po bólach pewnie jakoś by szło. Ale nie miałabym odwagi nikogo asekurować przy tym osłabieniu. Co prawda zimno -ale chociaż ludzie sympatyczni. Majkę znam ze studiów, przypadkowo byłyśmy na tym samym majowym wyjeździe w maju. Jacka znam z jesiennych Bieszczad. Dzika, Pawła i Magdę dopiero poznaje. Wszytsko super tylko gdyby było choć trochę cieplej...

Czarcie Skały

Nasza przemarźnięta i moknąca grupka w Czarcich Skałach. Dopierpo na zdjęciach widzę jakie wszystko na mnie zrobiło się duuże.

Czechy

Totem na jednej z polanek, gdzie robiliśmy obiad. Mokre drewno nie chciało dać upragnionego ciepła.

Mały Jawornik, 13 sierpnia
Wychodzę z namiotu po ciężkiej nocy. Kolejny lek przestaje działać. I klasutrofobia, nocne wyjścia z namiotu, lęki, niepokoje - a przecież bywałam pod namiotami wcześniej. Po solidnej dawce leku którą zafundowałam sobie żeby wreszcie zasnąć makymalnie ścięta. A tu trzeba iść. Przysypiam na każdym postoju. Myślę o powrocie.

Wielki Jawornik

 

Wielki Jawornik, 1071 m.n.p.m., najwyższczy szctyt Jawroników. Krzyże - symbol Słowacji.

Główny grzbiet Jaworników, 14 sierpnia
Mimo, że Dzidek codziennie pokazywał trasę i góry, które mijamy nie pamiętam już dokładnie większości miejsc z czecho-słowackich Jaworników. Może z resztą nie za każdym razem o tę dokładną pamięć chodzi? Tamten dzień był nie tylko ładny ale i CIEPŁY, wreszcie można było spędzić na postojach tyle czasu ile by się chciało „leniuchować, świat całować... i oczywiście JEŚĆ". Na szczycie, który właśnie zdobyliśmy stoi niewielka wieża widokowa - wszystkie okoliczne pasma czy to Beskid Śląsko-Morowaski, czy to Fatry czy odległe polskie pasma - całkiem nieźle widać. I wszechobecne rzeźby - tu mamy takie jakby aniołki/ślimaki. Mimo, że nie rozumiemy „co artysta chciał przez to powiedzieć" całkiem fajnie, oryginalnie tu wyglądają. Chciałoby się zostać, ale namawiają, żeby jednak iść, jeszcze trochę GOTów dziś przed nami...

Rysy, 20 sierpnia
Nie w koronie, ani nawet zdobyty nie od polskiej strony - ale w końcu Rysy to jakoś najwyższy szczyt więc jakoś pasuje mi do koncepcjiLaughing Kilka dni urlopu jakie mi zostały spędzam w Tatrach słowackich- omijam największe przepaści i eksponpowane szlaki bo teoretycznie przy anemii i lekach nasennych mogę mieć zawroty głowy więc lepiej nie ryzykować. Ciągnęło mnie na Ukrainę, ciągnęło na bardziej ambinte wycieczki - ale wiem, że ambicja może źle się skończyć a opieka medyczna dostępna być musi... no i ten namiot - trasa Dzidka akurat tak się ułożyła, że mogłam zastrzyk przechować w Zakopcu w lodówce tak jak nakazoano i iść, zwykle jednak namiotówek nie układa się pod harmonogram brania interferonu:) Więc padło na Tatry słowackie...
Jestem na szczycie sama od jakiegoś pół godziny. Pogoda wspaniała, widoczność super i widoki piękne i rooooooozległe. Cudo:) No i zupełnie sama na takim szczycie -od Popradzkiego ludzie zwykle nie wychodzą tak wcześnie, ci z Moka niedługo dojdą. Ci z Chatki już poszli. Tłumy mijam z zejściu, teraz rozkoszuję się samotnością i pięknym miejscem. Kiedyś ten szczyt był szczytem moich marzeń, taka byłam dumna z jego osiągnięcia. Dziś - jest jednym z wielu pięknych szczytów jakie zdobyłam - i dumna jestem nie z samego szczytu, lecz z faktu, że mimo tych wszystkich przeciwności chcę doświadczać tyle pięknego ile tylko będzie mi dane...

Lodowa Przełęcz

Lodowa Przełęcz, najwyższe miejsce w jakie dotarłam z plecakiem podcza leczenia.

Czupel,22 września
Grzbietem Pasma Magurki Wilkowickiej spaceruje się bardzo przyjemnie. Cisza spokój - gdzieniegdzie widoczki na Jezioro Międzybrodzkiej - z drugiej na Beskid Śląski z charakterystycznym Skrzycznem. Pogoda jakby powoli zaczęła się poprawiać, bo deszczowy poranek niczego dobrego wróżył. Niewila kumulacja w grzbiecie - i tak - to tu. Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego. Jest tabliczka do pamiątkowych fotek, jest jakiś kopczyk. Ludzi zero więc muszę troszkę powalczyć z autofocusem. Zza drzew widoczki. Niedługo schronisko. Nie zmęczyłam się, ale przecież nie zawsze o to chodzi. Z resztą, najnowszy lek nasenny bardzo nasila pointerferonowe bóle pozatsrzykowe, a ciśnienie miłałam maskarycznie niskie 85/54. Naprawdę byłam zmęczona, naprawdę miałam dość. Jednak cieszę się, że pojechałam. W górach tkwi spokój.

Czupel

Na szczycie Czupla (933 mn.p.m. - piąty szczyt w koronie) - zza drzew widoki na okoliczne masywy


Kiedy zbliżam się do schroniska na Magurce Wilkowickiej mijam coraz więcej ludzi - i grupki i rodziny - pewnie w większości przyjechali na weekendowy spacer po górach, szczęściarze :) Pogoda robi się coraz lepsza - nieco posępny krajobraz staje się jaśniejszy, przyjaźniejszy. Nie przeszłam dziś dużo, ale czuję, że powoli zaczynam mieć dość. Jak dobrze, że niedługo schronisko...
Finalnie nocowałam wóczas nie na Magruce lecz w Chatce na Rogaczu.

Hrobacza Łąka, 23 września
Jesteśmy na miejscu - poznaję po dużym białym krzyżu - nie jestem fanką takiego manifestowania religijności, ale cóż nie mój wybór. Pamiątkowe zdjęcia - moje i Przemka, niemal autochtona, który za pośrednictwem Planety Gór postanowił mi potowarzyszyć :) Zaglądamy do schroniska-domu rekolekcyjnego. Mam ochotę na kawę. Potem podziwianie widoków - pięknie prezentuje się stąd Babia i Tatry, Sporo ludzi - w piękny niedzielny dzień wielu ludzi postanowiło sobie zrobić piknik. Dobrze mi tu.

Przełęcz Przegibek

Gdzieś między Przełęczą Przegibek a Przełęczą u Panienki - urokliwa wędrowka po zakątkach Beskidu Małego

Babia Góra

Masyw Czupla z Jeziora Międzybrodzkiego.

Wołosate, 26 września
Błogosławiąc ludzi, którzy wzięli mnie na stopa - ruszam w kierunku Tarnicy. Piękny słoneczny dzień. Mam w planach przejście przepięknej trasy przez Halicz i Rozsypaniec, ale nie wiem, czy kondycyjnie wyrobię być na dole przed szóstką - podobno ostatnia godzina żeby złapać busa. Niby na lekko, niby z moją formą Bogu dzięki nie jest źle - ale w nocy praktycznie nie spałam. Najnowszy lek nasenny działał na mnie około 3 tygodni, a autobus nie sprzyja raczej wysypianiu się Motywują się jednak do szybszego marszu, obiecuję, że nie będę robić za dużo zdjęć, nie zatrzymuję się także żeby zaprzyjaźnić się z pasącymi się niemal na szlaku hucułami.
*
Na Tarnicy jestem sporo poniżej czasu mapowego Dobrze znany krzyż na tle błękitnego nieba, dobrze znany widok. W końcu Bieszczady to moje góry pierwsze. Szkoda tylko, że urywający głowę wiatr nie pozwala zostać dłużej. Szybkie zejście na Przełęcz pod Tarnicą, tu szukam czegoś osłoniętego od wiatru, coś by się zjadło Czas mam dobry więc ryzykuję jedną z najpiękniejszych tras - przez Halicz, Rozsypaniec i Przełęcz Bukowską. Przede mną masyw Krzemienia - i „połoniny traw, niebieskie przestrzenie".

Tarnica

Na Tarnicy (1346 m.n.p.m. - szósty szczyt w Koronie), charakterystyczny krzyż - przejrzyste powietrze, tłumy ludzi

*
Mocno wieje - na tyle mocno, że często nie da się dostawić kijka, a czasem potrafi nieco przestawić. Z jednej strony cieszy mnie piękne miejsce w którym jestem - z drugiej - zaczynam mnie wkurzać ten wiatr. Takie rozdwojenie charakterystyczne dla tego leczenia - z jednej strony pięknie, bo przecież jest pięknie i przejrzystość powietrza niesamowita i ta jesień w Bieszczadach i och i ach ... ale z drugiej strony to permanentne podenerwowanie, to uczucie że mam wszystkiego dość i nic tylko usiąść i rozpłakać się z tej złości i bezradności. Podejście, na szczęście niezbyt strome. Mijam parkę, która podwiozła mnie na stopa do Wołosatego (busiarze z Ustrzyk nie chcieli brać trzech osób), wdzięczna jestem i im i innym, którzy dzielą się wolnym miejscem w samochodzie Zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, dochodzę na Halicz, (1333 m.n.p.m.), chowam się za jakąś skałką - termos gorącej herbaty, coś przegryzam. Małżeństwo w średnim wieku dzieli się ze mną czekoladą, która oczywiście w tych warunkach jest czymś boskim.

Bukowe Berdo

Grzbiet Bukowego Berda, dzień po wędrówcę na Tranicę, Halicz i Rozyspaniec. Silny wiatr nadal "przestawiał" uczestników rajdu, mimo że większość z nich miała ciężkie plecaki.

W drodze do Jaworca, 28 września
Wczoraj po wycieczce na Bukowe i Szeroki Wierch zastrzyk numer 30. Dziś połonina Wetlińska i zejście czarnym szlakiem w kierunku Bacówki na Jaworcu. Susza, ciężko było znaleźć jar gdzie płynęłyby jeszcze resztki wody - jakimś cudem znaleźliśmy, choć głęboko w krzalu. Obiad na ognisku gotuje się długo, z resztą i my się szybko nie zbieramy. Przedzieramy się przez krzaki, nie lubię tej skibowej mody chodzenia po kłującym i bez ścieżki - po ciemku nie lubię jej jeszcze bardziej. Szczególnie, że parę miesiący teu zgubiłam czołówkę i jeszcze ni kupiłam nowej. Ilość rzeczy, którą podczas lecznia zgubiłam jest przerażająca, chociaż i bez interferonu moje rzeczy mają tendencję do samouciestwiania. Na szczęście życie ratuje mi Michał, miał zapasową, ręczną ale też super Nie boję się chodzić po ciemku, ale jednak po ciemku bez ścieżki trochę ciężko Wreszcie strumo. Myjemy menażki, chociaż mycie w ciemnościach nie daje gwarancji czystości. Egoistycznie nie dzielę się resztkami ciepłej herbaty. Jest wieczór, wzmaga gorączka. Wiem, że mam święte prawo do egoizmu, ale wcale nie czuję się z tym dobrze, zwłaszcza, że na wyjazdach SKPB dzielimy się większością naszych rzeczy. Niedługo za strumolem kraale się kończą. Wędrówka drogą, przy księżycu, w górach - tak mi zdecydowanie lepiej. Jakieś rozmowy, albo i cisza i wsłuchiwanie się w echo czyiś rozmów.

Jaworzec, 29 września
Ciężka noc. Leki, które mam przestają działać. Kręcę się niespokojna. Kolejna dawka leku przynosi sen. Nie chcę wstać, nie chcę iść, gdyby nie z grupą to pewnie bym została w schronisku.

Terka

Zmęczenie po bezsennej nocy

Warszawa, październik
Zaczęło się od niewinnego bólu gardła, potem przyszły gigantyczne osłabienie, gorączki, utrata apetytu, zapalenie ucha. Często walką było pójście do kuchni po herbatę. Teraz wiem, że moja silna wola i detreminacja mają znaczenie, ale leki mogą być silniejsze. I moje chodzenie po górach jest łaską.Z punktu górskiego październik zmarnowany - a przed śniegiem chciałam iść na te trudniejsze szczyty korony.

Sulowa Cyrla, 10 listopada
Piękny jesienny dzień, mocne słońce, kolory - tylko w gdzieś ta za drzewami majaczy potężny, zaśnieżony już masyw Babiej. Docieramy do polanki Sulowa Cyrla skąd mamy piękny widok na Morosny Groń i dalej pasmo Policy. Na szlaku od Zawoi Policzne jesteśmy samu i tak właściwie jest całą drogę. I tak jest dobrze. Herbatka, drobna przekąska - i troszkę czasu tracimy na poszukiwanie szlaku który w tej okolicach jest nieco zakręcony i nieco nielogiczny jak dla mnie przynajmniej. O ile rano był względnie spokój teraz czujemy że zaczyna wiać i to dość mocno. Obawiamy się tego, co może być na górze. Parę godzin później będziemy już wiedzieli jak słuszne są nasze obawy...

Markowe Szczawiny, 11 listopada
Wieje niemiłosiernie - nawet pod przytulnym dachem schroniska to czuć. Wiemy, że będzie ciężko. Ale widzimy jakiś ludzi, którzy schodzą, więc chyba się da. W taką pogodę ciepłe śniadanie jest ważne więc czekaliśmy specjalnie do 8 na otwarcie bufetu żeby wszamać jajecznicę. Przy wejściu do schorniska norweska prognoza i komunikat GOPRu- temperatura, zachmurzenie mniej więcej się zgadza, ale wiatr... słaby (WTF?). A na górze podobno ciężko ustać... czy na silny zmieniają wtedy kiedy urywa dach ze schroniska? Czy kiedy wybija pierwszą szybę? - zastanawiamy się z innymi turytsami

Na przełęczy Brona cienka kilkucentrymetrowa wartstwa śniegolodu błyszczy się w słońcu. Wieje bardzo mocno, ale jeszcze spokojnie stoimi, łudzimy się, że wczoraj kiedy szliśmy na Małą Babią w tym miejscu wiało słabiej. Wiemy, że dalej nie będzie łatwo, ale chcemy próbować. Ja bardzo chcę bo ta korona... Widoczność podobnie jak wczoraj - cudowna - widać nawet Bielsko-Białą czy odległą Łysą Górę w Beskidzie Śląsko-Morawskim, którą pamiętam z wędrówek po Jawornikach. Masyw Babiej przedstawia się imponująco...
Podejście z przełęczy na Babią Górę to niby tylko godzinka... jednak czasem taka odległość jest nie do przejścia. Takiego wiatru nie doświadczyłam nigdy wcześniej, mówili że wiało ponad 100 km/h. Coraz trudniej iść, właściwie idziemy tylko dlatego, że ten szczyt niedaleko, że tak trudno się wycofać. Pod szczytem chowamy się za jakieś skałki od zawierznej da się iść. Jednak ostatniego odcinka zwyczajnie nie da się pokonać. Wiatr przewraca. Decyzja ciężka, ale nie da się inaczej. Tylko pamiątkowe zdjęcia i odwrót. W iście himalajskim stylu - bo przecież zawracamy może sto piędziesiąt metrów od wierzchołka. A potem znów w himalajskim stylu trzeba jak najszybiecj uciec w dół - jak najszybiciej w dół byle się nie wychłodzić, byle uciec od tego wiatru.

Babia Góra

Masyw Babiej Góry (1725 m.n.p.m. - byłby siódmy szczyt w Koronie) Potężny, wystawiony na wiejące zewsząd wiatry. Czeka na "rewanż" wiosną.

Kiedy wiatr zaczął wiać w plecy właściciwie nie jestem w stanie utrzymać się na nogach a i Michałowi nie idzie wiele lepiej. Boże nie mam siły a wiem, że muszę w dół jak najszybciej, że tu nie odpocznę. W dół za wszelką cenę, jak nie na pełnych nogach to i na czworakach... Na granicy dzwonienia po GOPR, choć zanim by dotarli pewnie bym się wychłodziła moncno -więc choć chce się odpocząć trzeba w dół - byle do kosówki potem będzie już lepiej... Jak często w życiu tak jest, że mimo braku sił trzeba walczyć z niesprzyjającym losem - bo okoliczności, które zabierają nam siły nie da się „pozbyć" innaczej niż przez walkę... Ciepła herbata dosłownie stawia na nogi...

To było głupie. Wiedziałam, że jestem chora bardziej narażona na niekorzystne warunki, bardziej osłabiona, żeby z nimi walczyć. Wycofałam się co najmniej kilkadziesiąt minut za późno. Nie należy iść na szczyt za wszelką cenę. Nawet jak niedaleko, nawet jak korona ograniczona w czasie, nawet jak „inni jakoś weszli". Góry były łaskawe pozwoliły wziąźć cenną lekcję bez większych szkód.

Na Babią wrócę wiosną. Pod warunkiem, że nie będzie aż tak strasznie wiało.

Kondradowa, 6 grudnia
40 tydzień leczenia. Przepiękne, niemal baśniowe szczyty otaczające schronisko na Hali Konratowej. Zmęczona, bardzo zmęczona - uciekłam z Warszawy „opocząć nareszcie odpocząć choć nigdzie nie dobiegłam" Popijam gorącą czekoladę. Zakwarterowana na Kalatówkach, poza sezonem tanio - no i raz na jakiś czas mogę przecież pobyć w ludzkich warunkach :) Nastawiam się na łagodne wędrówki, czytanie pod kocykiem, hebratki, regurlane posiłki (na tyle na ile pozwoli mi oblolały żołądek). I spokój. Żadnego intrnetu, choć u Karoliny łatwo go dostanę, smsy ograniczone do minimum. „Czyli czuje się Pani bardziej podle niż zwykle" - jedna z trafniejszy diagnoz lekarza prowadzącego.
Kondratowa o tej porze zamknięta, tylko bufet z ciepłymi napojami. Turystów jeszcze niewielu, przed sezonem przecież. Razem ze mną na werandzie schroniska kot - i dwie panie, które rozmawiają o programach Magdy Gessler i innych telewizyjnych głupotach .. mogłyby już sobie pójść. Rozdrażniona, choć mniej niż w zwykłych miejskich warunkach.
Potem jeszcze spacer nieco wyżej szlakiem ku Przełęczy pod Kopą - widoki śliczne, ciekawie stąd prezentuje się Giewont. I tylko widać nadciągające chmury, zapowiadające opady. Idę na Kalatówki, zjeść coś i poczytać sobie. O!

Polana Olczyska, 7 grudnia
Dziś moje urodziny - wolę nie pamiętać które. A przede wszystkim wolę nie myśleć o wszystkich życzeniach, które nie przyjdą - bo naturalną koleją rzeczy w czasie tego koszmarnego leczenia ubyło mi wiele osób, które były bliskie, i którym ufałam. Nie mówię, - że zabrakło wsparcia - czasem zabrakło nawet jednego dobrego słowa, jednego telefonu - jakbym całkowicie przestała istnieć. Wy, którzy to czytacie - proszę nie uciekajcie, kiedy Waszym bliskim dzieje się coś złego. Może i tak jest że „właściwie" zareagować, ale milczenie to też rekacja - najgorsza z możliwych.
Zewsząd otacza mnie biel. I błogi spokój. Cienka - kilkunastocentrymetrowa warstwa śniegu, przedeptany szlak - opady nie są duże, a w lesie dobrze trzymają się nawet ślad sprzed kilku dni. Nareszcie spokojnie... trochę mroźne, jaks się idzie ok., ale postoju dłuższego niż kilka minut raczej się nie . Na zdobytm kila chwil wcześniej Nosalu czy Polanie Olczyskiej nie byłam nigdy wcześniej - latem trzeba biegać po skałach i graniach . A dziś - biały kolor, kolor ciszy.

Kilkadziesiąt minut później docieram na szczyt Kopieńca. Widoki już popsute, nadciągają ciemne chmurzyska, za niedługo będzie sypać. Szkoda, bo musi być stąd niezła panoramka Tatr Wysokich. Za szczytem szlak zawiany, ale potem bez problemów go znajduję. Nie wiem, kto w tm odludnym miejscu i w tym odludnym czasie przedeptał mi szlak ale chwała mu za to :)


Kasprowy Wierch, 8 grudnia

Zimny i mrożny wiatr sprawia, że nie mam ochoty długo zabawiać na grani - szybko znikam Beskidw przytulnym budynku obserwatorium. Jakie to dziwne miejsce w tym pięknym, zimowym górskim krajobazie - cepry i ich rozmowy nie pasują do mistyki świata, który właśnie zostawiam za drzwiami. Decyduje się na zjad kolejką - może i niehonorowo, ale też trzeba czasem zadbać o komfort. W mrożny dzień przejrzystośc powietrza niesamowita. Widać m.in. znaczną część Beskidu. Dumna, bo tyle ostatnio przeszłam na swoich coraz chudzych nóżkach, dumna bo już dość dobrze rozpoznaję poszczególne pasma.

Warszawa, grudzień
Tatrzańska biel i ten spokój, ten niezłykły spokój, z dala od wszystkiego - poprawiają codzienne funkcjonowanie. Tak naprawdę dopiero teraz dochodzę do siebie po październiku Zaraz po porwocie comiesięczne badania krwi. Hemoglobina 10,7 - najlepsza w całej historii leczenia

Mogielica, 5 stycznia
Na Polanie Strumogi tuż pod szczytem tracimy ostatnie widoki. A szkoda, bo z tego co pamiętam sprzed prawie dwóch lat całkiem tu ładnie. Niby nie jest to ani silny wiatr, ani duży opad śniegu, ani zimno - a jednak nie idzie się jakoś super przyjemnie. Niby tylko dwadzieścia - trzydzieści centymetrów śnieżnej pokrywy a jednak robi to różnicę przy podejściu i przecieraniu szlaku. Krótki postój, jeszcze tylko lasek, troszkę bardziej stromo, potem w lewo i już widzimy szczyt Mogielicy (1171 m.n.p.m. - ośmy szczyt) z charakterystyczna wieżą widokową. Wiemy, że nic nie zobaczymy, więc więżę sobie z Wojtkiem darujemy. Pamiętkowe fotografie na szczycie, oglądamy całkiem niezłą propozycje szlaków rozchodzących się stąd we wszystkich kierunkach. Jest i kalpiczka i krzyż i fragment drogi krzyżowej - nieodłączne elementy górskiego krajobrazu. Jesteśmy sami. Ładnie tu, ale wiatr i chłod jednak nie zachęcają do rozsiadywania się. Więc w dół. W stronę obiadu Smile

Mogielica

Na zalesionym szczycie Mogielicy

Mochnaczka

Nieprzetartym szlakiem z Krynicy do Mochnaczki - naszej bazy wypadowej na Lackową.

Lackowa, 27 stycznia
Słynna zachodnia ściana Lackowej pokonana. Było stromo jak pisali, ale te odcinki na szczęście dość krótkie... Teraz szukamy samego szczytu, wiem, że ma być tabliczka i polska i słowacka. Trochę się niecierpliwie, bo do naszej „godziny alarmowej" -13 zostało dwadzieścia parę minut a wypłaszczenie zdaje się nie mieć końca. Las, piękny, biały, ośnieżony, jak w bajce -nie spotkałyśmy dziś żywej duszy (dopiero w zejściu dwaj słowaccy narciarze). Weszłyśmy cudem - szlaki beznadziejnie oznakowane i gdyby nie podążanie za śladem skutera a później rakiet byłoby ciężko się połapać. I cudem, że szlak wyjeżdżony i twardy bo inaczej Kasia bez rakiet by nie weszła... Pięknie, tylko jednak czuć tutaj chłód i mroźny wiatr. Rano było ponoć minus 19, teraz jest dużo cieplej na szczęście. W końcu szczyt. A jednak się udało No i skończyłam Koronę - mówią. I szybko się reflektuje - nie, jeszcze musimy zejść na dół. I zdążyć złapać stopa przed zmrokiem...

Lackowa

Szczyt Lackowej (997 m.n.p.m. - dziewiąty i ostatni szczyt Korony) nie jest może efektywny... Ale za to podejście dostarcza emocji. Zimą to dość trudna i wymagająca trasa.

Ropinaka, luty
W środę połknęłam ostatnią tabletkę, w czwartek rano badania, ważenie (niecałe 42 kg, spadek masy o prawie 20%) popołudniem wyjazd do Ropianki, chateńki w Beskidzie Niskim. Tym razem mało łojenia, za to dużo śpiewania. Całe dnie i noce, na przemian z pysznymi posiłkami (obowiązuje zasada, że nie należy głodny siadać do obiadu). Śpiewamy, gramy, śmiejemy się. W chatce nie ma prądu, zasięgu, bieżącej wody - czyli jest dobrze:) Większośc ludzi nam bardzo słabo, niektórych wcale - ale to jakby wcale nie przeszkadza, w takim gronie wspólny język tak jakoś sam się znajduje...

Będę odchodził i wrócę niebawem
Do tej chateńki pełnej ziół i malin
gdzie serdeczności zachłanny uczeń
Kochałem tych co mnie kochali

Warszawa, luty

Chciałabym wierzyć, że od tego dnia może być tylko lepiej, cóż kolejne tygodnie pokazały, że detox też musi chwilę trwać. Teraz wielomiesięczne czekanie na wyniki -bezradność wobec spraw, na które już nie mam wpływu. I kolejne górskie marzenia, kolejne górskie cele...

Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl