Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
6 April, 20166 April, 2016 8 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Stovka Jarním Šluknovskem
 115 km, 4400+

 

Krupka – Komáří vížka – Zadní Telnice – Tisá – Děčínský Sněžník – Děčín, Maxičky - Děčín, Dolní Žleb - Gr.Zschirnstein – Bad Schandau – Lilienstein – Bastei - Hohnstein – Köhlmuhle - Lichtenhain – Mikulášovice 



Błoto jak w Beskidzie Niskim, śliskie kamienie jak w Karkonoszach i stopień techniczny trudności jak przystało na Szwajcarkę, tym razem Saską Szwajcarię na wysokim poziomie.

 

Krupka to miejscowość w północnych Czechach położona w Rudawach  - Krušné hory z wyciągiem na pobliski szczyt Komáří hůrka 809 m n.p.m. I to właśnie tutaj zaczęliśmy zmagania z stupiętnastokilometrową trasą od razu zaczynając od ostrego podbiegu pod wyciągiem na szczyt, gdzie znajdował się pierwszy punkt kontrolny.

 


Pogoda jest taka jakiej najbardziej nie chciałem – rzekłem do Huberta. Siąpi deszczem i wilgotno. Powtórka z dwóch ostatnich ultra maratonów – Szlakiem Orlich Gniazd i Prazskiej Stovki – myślę sobie. Mimo, że lubię deszcz to chciałem od takiej pogody nieco odetchnąć na zawodach. Ale jest tak, że my nie wybieramy pogody, tylko zawody i pogodę bierzemy w ciemno.

 

,,Nie chcem, ale muszem’’ – biegnę.

 

Pierwszy podjazd od razu rozpala ciało. Nie zamykam się w samotności, współpracuję z Czechami. Oznaczenia trasy nie widzimy, wiemy że pod wyciągiem na samą górę. Na pierwszych kilometrach taki test ciała uświadamia skalę trudności biegu.

 

Ze szczytu gaz po pochyłej, ale do momentu bliskiego spotkania z ciapą. Toną buty, a my jeździmy co rusz na prawo i lewo. Z doświadczenia wiem, że najgorzej jest zamoczyć buty pierwszy raz, a potem to już leci. Tak rozpędzeni z nieznajomym mnie Czechem wypadamy poza trasę o 1,5km. W sumie więc dorzucamy w pierwszym etapie biegu 3km extra.



 

Znów wyprzedzam te same osoby co przed chwilą , w tym ‘’gościa’’ w jeansach! Nie wiem jak dalej mu szło, ale pierwsze kilometry zasuwał szybko. Nadrabiamy to co straciliśmy. Na punkcie w gospodzie po tym jak odmówiłem zupy dla zawodników, musiałem ujawnić się, że jestem Vegan. Próbowali wcisnąć mi jakieś ciasteczka, ale po moich kilku pytaniach zrezygnowali i sami przyznali, że mogą mieć masło, czy coś tam innego. Mam tycinky tzn. batony raw i myśl, że na kolejnych punktach będą banany.

 

Z gospody wypadam sam, trzeźwy bo piwa i ogólnie alko też nie piję. Napieram na jeden z bardziej znanych i charakterystycznych punktów regionu – stołowa góra - Děčínský Sněžník 723 m n.p.m.. Mgłę dosłownie czuję gaciach. Jest tak gęsta, że oświetlając swoje buty ledwo je widzę. Gubię  gdzieś tutaj rękawiczkę i pozostaje w jednej. Klimat nieziemski, samotność i cisza wśród skał. Takie sceny powtórzą się jeszcze kilkukrotnie podczas tej podróży.

 


 

Szurając butami po mokrym podłożu doganiam dwóch zawodników, którzy nie wiedzą, którędy dalej. Szybko orientuję się w terenie i nawołuje, aby podążali za mną. Od tego momentu będziemy się mijać, siedzieć sobie na ogonie, a ostatecznie razem wbiegniemy na metę.

Opady deszczu na szczęście nie są uciążliwe, największe chyba miały 2mm. Następny punkt programu to już po niemieckiej stronie Gr. Zschirnstein. Na ogonie dwóch znajomych, przede mną mgła, że niemal po omacku napieram do przodu wiedząc, że za chwilę będzie platforma widokowa - Gr.Zschirnstein 561 m n.p.m. Najwyższa góra Saksonii. Stąpając tak to jak rosyjska ruletka, żle staniesz lub o jeden krok za daleko i można zwiedzać inne tereny niż, te które przygotował nam organizator.

 

 


 

Ze szczytu gonię do Bad Schandau nad Elbą. Miasteczko kurort pięknie położone. Jest klepanie asfaltu, ale w dzisiejszych czasach to już ciężko zrobić setkę nie wchodząc z butami w takie podłoże. Tutaj Olaf przeprowadza kontrolę chipową. Co bardzo sobie cenię na zawodach to herbata na punktach. Nie kojarzę, aby na jakimś punkcie jej nie było. Niestety bananów nie mogę namierzyć na żadnym z punktów. Jest za to marchewka?! To chyba z okazji Wielkiej Nocy. Pietruszkę już kiedyś testowałem, więc i pora na marchewkę przyszła. Jeśli nie macie ze sobą sporo celulozy to odradzam  na zawodach. Jest też zielony ogórek, pomidory i na jakimś punkcie jabłko. Oczywiście jest też cała masa różnych innych artykułów spożywczych, naprawdę dużo, włącznie z piwem, winem i chyba zdaje się Egon miał też coś mocniejszego, bo na tajnej kontroli wyskoczył z pierożkami domowej roboty i arsenałem trunków.


 

Z Bad Schandau to wspinaczka na Lilienstein. Taka górka 415m n.p.m. ale aby wspiąć się na nią trzeba zmęczyć ciało i wdrapać się po schodach i drabinkach. Właśnie byłem w połowie drogi na szczyt, gdy minął mnie czwarty zawodnik, który pędził już w dół. Rzuciłem się w wir gonitwy za nim, ale on musiał rzucić się w wir ucieczki spotykając mnie, bo ani go widu ani słychu.  Przede mną zatem danie główne tej stówki – Bastei. Jednym z głównych powodów dla którego przyjechałem na tą imprezę  to właśnie Bastei. Most skalny wybudowany w 1851 r. Tyle, że mgła go spowiła i miałem inny klimat niż na pocztówkach. Zaraz za mostem spotykam pierwszych turystów, niektórzy na mój widok reagują cichym chichotem i coś szepcąc między sobą. Pewnie nie tylko ja z naszej wycieczki miałem takie sytuacje. Szlak dalej prowadził nas na kolejne ciekawe miejsce z widokiem i ponownymi schodami, tym razem w dół. Tyle schodów co na tych zawodach, nawet jakby zliczyć wszystkie moje ultra razem wzięte, to nigdy w życiu nie pokonałam.

 


 

Wypadając z tych schodów przed nami roztaczał się Hohnstein, gdzie znajdował się punkt kontrolny, z którym wszyscy, a na pewno większość miała problem ze znalezieniem go. Mnie to zajęło od 30 do 40 minut. Nawigacja pokazywała w lewo, szlak szedł w prawo, a rozpiska trasy na wprost. Wszystko poszłoby gładko, gdybym nie odbił z zielonego szlaku tuż przed skałą w lewo do miasta. Nadłożyłem trochę, ale punkt zdobyty. Mniej szczęścia mieli dwaj wspomniani Czesi, którzy od Bad Schandau siedzieli mi na ogonie. Myślałem, że zgubiłem ich, aż tu nagle jakieś 10km dalej niż Hohnstein, biegną w moją stronę szlakiem, na którym w ogóle powinno ich nie być. Tną jak brzytwa, dopiero jak mnie zobaczyli zaczęli wyhamowywać i poczuli chyba ulgę. Oni też weszli w miasto i popędzili nie tym szlakiem co trzeba dokładając troszkę. Los splótł nasze drogi i od tego momentu razem dreptaliśmy aż do mety.

 


 

Z tego wszystkiego nawet nie wiem kiedy rozpogodziło się. Zrobiła się przyjemna górska pogoda. Doczekałem się też banana. Dostałem od jednego z moich towarzyszy po fachu. Niemal na deser trasy biegniemy cudownymi dzikimi ścieżkami wzdłuż potoku przecinając co rusz go mostkami. Piękny śpiew ptaków przestał być słyszalny dla nas przez następne może i nawet 10 km  na poczet szumu wody przelewającej się w górskim korycie rzeki. Po tym wspaniałym fragmencie został nam ostatni kopiec do przeorania za którym miał znajdować się ostatni punkt kontrolny. No właśnie miał. W miejscu w którym powinien być - Zlodejska Cesta – nie ma go. Myślimy sobie, że jak sama nazwa wskazuje, na tym szlaku nic długo nie postoi. Po 500 metrach postanawiamy jednak wrócić i jeszcze raz obejrzeć miejsce, może przeoczyliśmy. Ale nie, nie ma nic, w sumie 1 km dorzucony – śmiejemy się, że na weekend.

 


 

Na metę w Mikulášovicach wbiegamy po 18h i 04 minutach tym samym całą trójką zajmując piąte miejsce. Na najdłuższym dystansie wystartowało 63 osoby, ukończyło 54 osób. W sobotę ruszyły krótsze trasy 50, 30,21 km. W niedzielę następne i w lany poniedziałek ostatnia 14km. Wyobrażacie sobie takie Dni Wielkanocne w Polsce? Bo ja nie i cieszę się, że mamy takich super sąsiadów.

Zdjęcia dostępne dzięki uprzejmości Zdeněk Černý

Ps. Impreza zrobiona raptem kilkuosobowym składem i minimalnymi kosztami.

Zdravim

Łukasz Pawłowski - wlodec

 

 

TagsTags:  
13 Juny, 201513 Juny, 2015 7 comments Biegi górskie Biegi górskie

Główny Szlak Sudecki na Biegowo


 

Po udanym projekcie GSB Główny Szlak Beskidzki na Biegowo zrealizowanym we wrześniu 2014 roku ( 158 godzin i 7 minut) postanowiłem zmierzyć się z drugą częścią projektu, czyli GSS Główny Szlak Sudecki. 

 

Szlak wokół, którego jest troszkę zamieszania. Chodzi o dodany w 2009 roku odcinek Paczków – Prudnik, by włączyć w strukturę GSS Góry Opawskie. Pierwotnie szlak kończył się i zaczynał w Paczkowie i wynosił 360km. Po podaniu kontrowersyjnego odcinka, obecnie długość szlaku wynosi 440km. Widziałem i czytałem wypowiedzi ludzi, którzy mają różne opinie o tym przedłużeniu.

 

Oficjalnie PTTK uznało dodatkowy przelot i nie zważając na to co mówią ludzie, naturalną dla mnie rzeczą było, by pokonać cały GSS, czyli 440 km w pięć dni.

 

Szlak zaczyna się ( jeśli lecimy od zachodu na wschód) w  Świeradowie Zdrój i kończy w Prudniku.

Do pokonania są takie góry jak: Góry Izerskie, Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Góry Czarne, Góry Sowie, Góry Stołowe, Góry Orlickie, Góry Bystrzyckie, Masyw Śnieżnika, Krowiarki (góry), Góry Złote, Góry Opawskie. 

Poszukując informacji o najszybszym przelocie trasy, trafiłem na dwie relację. Pierwsza to  nieudana próba Piotra Kłosowicza, oraz druga udana Dominika Ewalda. W obu przypadkach pod uwagę brana była stara wersja szlaku GSS, czyli 360km.

 

Dominik starą wersję GSS zrobił w 98h35’ – wrzesień 2014. I był to najszybszy przelot do tej pory, o którym wiadomo.

Ja od początku planowałem mierzyć się z całością szlaku, czyli 440km z metą w Prudniku. Co z tego wyszło, przeczytacie poniżej.

 

 

Etap pierwszy 17 Maj 2015 Świeradów Zdrój

 

Prognoza pogody na najbliższe dni nie była satysfakcjonująca, powiedziałbym że była zła. Zła, ale nie fatalna. Okno pogodowe miałem prawie pewne przez pierwsze dwa dni napierania. Bez opadów, ale za to z mocnym wiatrem, a tam gdzie wiatr to i duże prawdopodobieństwo jakichś opadów. Dlaczego zatem wybrałem ten termin?!. Rozważałem Maj albo Wrzesień. Każda pora ma swoje zalety jak i wady. Uważam, że te dwa miesiące są najbardziej przewidywalnymi w górach. Bardziej stabilny jest Wrzesień. Maj może nam pofiglować, ale bez dużych niespodzianek. Miesiące pomiędzy nimi mogą sprawić sporego psikusa, gdzie największym zagrożeniem mogą być upały i burze. Biorąc pod uwagę moje plany biegowe na ten rok, ostatecznie zdecydowałem  się na próbę majową.

 

Równo o 5 rano stanąłem na swojej linii startu przy tabliczce z czerwoną kropką i białym obrysem, która informuje nas, że to tutaj znajduje się punkt zero Głównego Szlaku Sudeckiego.

 

Po sesji fotograficznej o godzinie 5:04 moje fale mózgowe uwolniły ciało i obróciły je w ruch napędzając system biegowy do realizacji planu.

 

Na pierwsze śniadanie poszły Góry Izerskie. Lekko kropiło, gdy ugryzłem pierwsze kamienie i błotniste podłoże. Piękna Łania była tak uprzejma i powiedziała mi Dzień Dobry. Była tak szybka i zwinna, że nie zdążyłem jej odpowiedzieć. Momentami muszę dawać duże susy, by nie zaliczyć na samym początku mokrego buta. Im wyżej tym bardziej wietrznie. Przyjaciele życzyli mi wiatru w plecy, miałem nadzieję, że na wysokości tak też będzie. Schronisko na Stogu Izerskim mijam o 6 rano. Pustki, jedynie wiatr hałasuje i dobija mnie swoją siłą.

 

Izery to przelot rzędu ok.23 kilometrów. Połowa z tego dystansu to mokra przeprawa. Duże susy przez błoto i obejścia kałuż nieco hamują mój impet biegu. Wraz z dystansem poprawia się szlak oraz pogoda. Przejaśnia się, Słońce nieśmiało smyra po czole, a wiatr wieje tak jak życzyli przyjaciele, czyli w plecy.

 

Nie spotkałem nikogo na tym odcinku. Wpadam do Szklarskiej Poręby, rozglądam się, czy czasem Bennet nie czai się za rogiem. Niestety przyjaciela z biegów brak, zajęty swoimi sprawami, pewnie nawet nie wie, że przyszedł mi do głowy znowu szalony pomysł. Szczerze mówiąc planowałem tutaj wrzucić coś na ząb, ale przy szlaku wszystko zamknięte.

 

Zatem na drugie śniadanie Karkonosze. Znam doskonale z biegów maratońskich. Gdy znalazłem się na Szrenicy wróciły wspomnienia. Od Szrenicy, aż do Śnieżki to fragment trasy Maratonu Karkonoskiego, w którym startowałem dwukrotnie. Fala pięknych wspomnień, alpejskiego krajobrazu i silnego wiatru w plecy mija bardzo szybko. Kilka zdjęć, dwa przeloty przez pozostały śnieg dające dużo frajdy i jestem u stóp Śnieżki. To była niedziela, turystów sporo, tu i ówdzie biegacz, a pod Śnieżką tłumy. Rzucam się w wir zbiegania na śniadanie do Karpacza.

 

 

 

 

Wchodząc do sklepów moje pierwsze słowa to: Dzień Dobry, czy są owoce?

 

W Karpaczu tuż przy szlaku jest dobrze zaopatrzony sklep. Dobrze to znaczy mają warzywa i owoce. Zjeść przy dobrej muzyce humor zawsze idzie w górę. Dużo Słońca i Reggae zapodało dobrą nutę. Zaraz za Karpaczem jest bardzo ciekawy szlak. Niedługi fragment, ale wart zaliczenia.

 

Po opuszczenia Karkonoszy, kolejnym etapem jest przelot przez Pogórze Karkonoszy na Rudawy Janowickie. Po drodze spotykam osiołka zaintrygowanego moim biegiem.

 

Rudawski Park Krajobrazowy powala swą zielonością. Jest tak malowniczy, jak namalowane pędzlem obrazy najwyższej klasy malarza. Nie brakuje tu nic.

 

 

Jest cisza spokój, woda, góry, las,

mówię Wam ta kraina pokocha Was.

 

                                                                                                       wlodec

 

Pędząc przez Rudawy nie mogłem oprzeć się myśli, jak to będzie cudownie tutaj wrócić, gdy teściowa naszego szybkiego przyjaciela Jaro z Zabieganego Teamu, wyjedzie na kilka dni, a My z całą paczką wpadniemy nieco udeptać okoliczne szlaki. Czerwony szlak jedynie odsłania kawałek tej pięknej ziemi. Móc udeptać pozostałe szlaki już na samą myśl noga sama chodzi.

 

 

 

Napierając na Ostrą Małą dopadł mnie delikatny kryzys. Mając w nogach ponad 80km żwawym rytmem, lekko mnie zatkało. Doświadczenie pozwoliło szybko zażegnać kryzys i już mogłem puścić się w wir zbiegania do Lubawki.

 

Pierwszy nocleg na szlaku w samym centrum Lubawki na rynku w Hotelu Lubavia. Zanim tam trafiłem odwiedziłem jedyny otwarty w niedzielny wieczór sklep w mieścinie. Był to całodobowy sklep nocny  z alkoholem, a na moje: Dzień Dobry, czy są owoce?, Pani wybałuszyła oczy i wybuchła uśmiechem. Udało się znaleźć dwa fanty: wafle ryżowe i czekoladę gorzką.

 

W Hotelu witają mnie bardzo sympatyczni ludzie słowami Pan Maratończyk. Udaję się też, dzięki Rubin ,dostać solidny rabat na spanie.

 

Dzień pierwszy 100km, w górę wyszło 3781, w dół 3765 Czas 14h 55'

 

Etap drugi 18 Maj 2015 Lubawka

 

Drugi etap poszedł w ruch o godz. 5:10, na dobry poranek Góry Krucze, Wzgórza Krzeszowskie oraz Pasmo Lesistej. Pogoda zapowiadała ciepły piękny dzień. Już z samego rana widoki cudowne. W odległości 9km za Lubawką jest ciekawe miejsce nazywa się Betlejem. Rozważałem tutaj nocleg po pierwszym dniu napierania, jednak stwierdziłem, że lepiej będzie zrobić trochę mniejszy kilometraż i mieć więcej czasu na regenerację. Dalej nasz malarz od obrazów przenosi nas w przepiękne widoki. Za Krzeszowem, wspinając się na Wzgórza Krzeszowskie barwa kolorów i panorama rozkłada na łopatki.

 

 

 

Na GSS jest dużo przelotów asfaltowych, których nienawidzę. Jedyny plus tego jest, że można zobaczyć budownictwo oraz ich stan, po którym można stwierdzić jak się żyje ludziom. Czasami widoki są bardzo przykre, a świeżość budynków uleciała bardzo dawno.

 

Dziś na obiad pójdą Góry Sowie, ale za nim to nastąpi najpierw Góry Suche, które kończą się w Jedlinie Zdrój. Tam też przerwa na doładowanie baterii.

 

Góry Sowie znam, trenowałem w nich. Wiem, że przy słonecznej pogodzie potrafią dać w kość. Wiem też, że mimo pilnowania szlaku w biegu można się zatracić.

 

W samo południe wbiłem się w Park Krajobrazowy Gór Sowich. Słońce tego dnia wysoko, bardzo wysoko. Gdy mocno wieje to nie jest przyjemnie biec, ale gdy nie wieje to Słońce grzeje jak kaloryfer w zimowy wieczór. Plusy i minusy pogody.

 

Plus i minus to jedyne co widzę,

Plus i minus to jedyne co słyszę,

Plus i minus to jedyne czym żyję

Kaliber 44

 

Zanim dotarłem do Przełęczy Sokoła, dwa razy szlak spłatał figla. Oznaczenia są słabe lub było ich brak. Kilkaset metrów dorzucam i kilka minut do worka.

 

Podejście na Wielką Sowę znam nie tylko z treningów. Byłem tutaj kiedyś na zawodach. Mijam kilku turystów.

Uhu Uhu Wielka Sowa. Na górze trwają jakieś prace budowlane. Liczyłem na mini sklepik w wieży, ale z powodu tych prac jest zamknięty. Przelot przez Góry Sowie, może okazać się ciężki, gdy nie ma się dostatecznej ilości płynów, a Słońce daje po pacynce.

 

Docierając pod Twierdzę Srebrnogórską leciałem na samych ostatkach kropli wody. Musiałem dawkować odpowiednie proporcje, by starczyło do Srebrnej Góry. To był solidny trening wytrzymałości. Twierdza po ciężkim boju w Górach Sowich zdobyta. Tuż przy szlaku zdążyłem przed samym zamknięciem zaopatrzyć się w płyny, ale żeby coś zjeść było już za późno.

 

 

 

Góry Bardzkie to przelot z Małej Przełęczy Srebrnej na Słupiec. I to właśnie Słupiec będzie moim drugim noclegiem na trasie GSS. Nocleg mam zaklepany w starym PRL – owskim Domu Wypoczynkowym. Żeby tam trafić to pół Słupca trzeba przerzucić do góry nogami. Stan w środku taki, że bałem się dotykać klamki, aby nie odpadła, a cena za nocleg solidna. Jest łóżko, łazienka z gorąca wodą, a to dla spragnionego i zmęczonego człowieka wystarczy. Na recepcji można zamówić herbatę. Działa też WiFi.

 

Dzień drugi 92 km; pod górę 3174m, w dół 3172m; czas 15h11'

 

 

 

Etap trzeci 19 Maj 2015 Słupiec

 

Ze Słupca do Wambierzyc jest łatwy przelot przez Wzgórza Włodzickie i Wzgórza Ścinawskie. Jeśli ktoś jest w temacie ultra biegów górskich ten wie, że od jakiegoś czasu poruszam się trasą 7 Szczytów, z tym,  że ….. pod prąd.

 

Znam te zakręty, miejsca i każdy centymetr doskonale. Od dwóch lat wylewam pot na trasie 7 Szczytów, a odcinek w Wambierzycach szczególnie pamiętam, bo zawsze tutaj łapie mnie kryzys. Ale nie tym razem. Tym razem jestem tutaj tak wcześnie, że o kryzysie nie może być mowy, a Słońce jest niziutko i na pewno nie przygrzeje w piekarnik. Wracają wspomnienia, te piękne jak i te bolące.

 

Tuż przed Wambierzycami pole rzepakowe tryska żółcią tworząc piękną panoramę na Góry Stołowe. Zaraz za Wambierzycami zaczyna się odcinek Gór Stołowych. Sarenka zapuściła żurawia i czai z trawy co jest grane. O godzinie 8:00 osiągam Rogacza, co zwiastuje półmetek trasy GSS.

 

 

 

Obserwuję niebo z zaniepokojeniem. Dziś miały zacząć się już duże opady deszczu. Chmur przybywa z każdej strony, a najwięcej zbiera się ich w kierunku w którym zmierzam.

 

Z Rogacza pięknie leci się na Skalne Grzyby, następnie na Szczeliniec i do Karłowa. Z Karłowa bardzo ciekawym szlakiem na Skalniaka. Jedno z ciekawszych miejsc jak dla mnie kończące się Błędnymi Skałami okupowane przez szkolne wycieczki. Niebo zamienia się w wietrzne i mokre krople. Przyspieszam, bo znajduję się na wyeksponowanym terenie, a nigdy nie wiadomo co tam za kocioł w niebie się zagotuje.

 

Z Błędnych Skał to szybki zbieg do Kudowy Zdrój. Tam to też natrafiam na bar mleczny. Biorę ziemniaki ,surówkę i kompot. Płacę 2zł10gr. Surówkę smaczna i dobra, ale ziemniaki zalatują mi zmieszane z masłem. Zwracam  tackę z ziemniakami, popijam kompot i następnie ląduję w warzywniaku obok. Co tu mówić Raj dla weganina.

Po posiłku Wzgórza Lewińskie, które prowadzą mnie do Dusznik Zdrój.

 

 

 

W Dusznikach atakuję ,,Biedre’’. Konsumpcja owoców świata na schodach przy lekko łzawiącym niebie.

 

Odcinek Duszniki Zdrój- Zieleniec-Lasówka to Góry Orlickie. Niestety tyle asfaltu się tu klepie, że się odechciewa. Droga Sudecka. Monotonia i katorga dla mnie. Szukałem jakiejś ścieżyny tuż obok drogi, ale nic nie ma. Kto wie, czy ten asfalt nie był przyczyną moich losów w dalszej części trasy. Na domiar tego, niebo rozpłakało się jeszcze bardziej, a tuż przed samym Zieleńcem, się rozbeczało. Trochę zdziwiony byłem, bo napierając z Dusznik Zdrój do Zieleńca, tuż przed nim znów ujrzałem tablicę informacyjną Duszniki Zdrój. Zanim ogarnąłem, o co chodzi zobaczyłem też tabliczkę Zieleniec.

 

W Zieleńcu przymusowa przerwa przez mocne opady deszczu pod sklepem na ławeczce, ale z daszkiem. Bla bla przez telefon z Rubin. Wyjaśniliśmy też jeden skręt szlaku, który zrobiony jest tylko po to, aby dosłownie przejść pod samym progiem schroniska.

 

Z Zieleńca do Lasówki to dalsze klepanie asfaltu – daleko jeszcze?!.

 

Dopiero w Lasówce można wbić się na normalną drogę, czyli szlak prowadzący do schroniska Jagodna. Momentami jest taka kupa błota, że przypomniał się mi Beskid Niski z GSB.

 

Schronisko omijam mimo głodu, a na pocieszenie znowu klepanie asfaltu Drogi Sudeckiej.

 

Dzisiejszy nocleg zaplanowany we wsi Ponikwa. Zanim tam dotarłem na łąkach już po odbiciu z asfaltu, miałem spotkanie pierwszego stopnia z krową.

 

 

    

Tyle co miałem mały problem ze szlakiem, który szybko rozwiązałem i ku radości nabierałem prędkości, znad przeciwka niczym strzała mknęła w moją stronę krowa!. Jakieś dwa metry przed sobą wyhamowaliśmy prędkość. Stanąłem i myślę zdezorientowany co jest grane?!. Pierwsze co to sprawdzam, czy to nie aby byk. Uf, to nie byk. Ale co z tego jak krowa znowu napiera w moją stronę. Podbiega i oddala się. I tak kilka razy. Gdy ruszam w jej stronę ona rusza w moją. Na nic zdaję się rozmowa z nią. Krzyczę do domu, a ona nic. Obczajam krzak w pobliżu. Szybkim susem jestem tuż przy nim, ale krowa powtarza mój ruch i też już jest przy krzaku. No i zaczęło się. Ganianie wokół solidnego krzaka. Raz w jedną, raz w drugą stronę, jak w berka, albo jak chłopak z dziewczyną, który robi zaloty do dziewuszki. Tylko w tym przypadku to chyba krowie zebrało się na figle. Nie wiem, czy czasem jej przed chwilą byk nie ,,wybyczył’’, bo z gospodarstwa obory, które było tuż obok, byk dawał o sobie znać tak mocno, że nie chciałbym się z nim spotkać. Słychać go było chyba na całą wieś. Wyczekałem moment, gdy zaczęła podgryzać trawkę i cicho chodem dałem dyla do wsi. Tak żwawej krowy w życiu nie widziałem, a ogonem merdała jak pies wyprowadzony na spacer.

 

Ponikowo nad Ponikiem, ale bez paniki  napisała Rubin w poście relacji, którą mogliście śledzić.

 

Gospodarstwo Agroturystyczne, w którym nocowałem jest przepiękne. Gospodarze bardzo sympatyczni, a gospodyni lubi jedzenie wegańskie, z czego oczywiście skorzystałem. Kasza jaglana z warzywami smakowała wybornie.

 

Dzień trzeci 94,5km, w górę 2284m, w dół 2299, czas 14h41’

 

Etap czwarty 20 Maj 2015 Ponikwa

 

Gospodarze wiedzieli o moim porannym planie. Kładąc się spać byłem niemal przekonany, że rano obudzę się i zobaczę ulewę , przekręcę się na drugi bok i dalej będę spał. Jeszcze w środku nocy lało, ale gdy otworzyłem oczy, była cisza. Nie padało. Można było wskoczyć w kimono i ruszyć przed siebie. Ukradkiem przez tylne wyjście opuściłem ciepłe gospodarstwo i o godzinie 4:55 już byłem na szlaku. Chmury wisiały niziutko, ale przez najbliższe 2-3 godziny stwierdziłem, że większych opadów nie będzie. Zaczął się wyścig z czasem, ile uda się zrobić przed zapowiadanymi ulewami.

 

Mokre łąki dały sygnał, że dziś nie będzie łatwo. W Długopolu Zdrój cisza jak makiem zasiał, a planowałem śniadanie. Mokrych łąk ciąg dalszy i od rana już w butach mokro. Tyle saren co do tej pory nie widziałem nigdzie na GSS. Całe stada. Szlak w jednym momencie ucieka, ale dzięki wskazówce Dominika, tego co zrobił stary GSS w 98h35’, wiedziałem że muszę uważać w tym miejscu. Odcinek Długopole Zdrój – Wilkanów to fragment Kotliny Kłodzkiej.

 

Za wszelką cenę jak najszybciej chciałem dotrzeć do Marianówki, by mieć łąki i w perspektywie opadów deszczu odkryty teren za sobą i mieć możliwość schowania się w terenie zalesionym. Wraz z napieraniem pojawia się mżawka. Mniej lub bardziej mży.

 

Wreszcie docieram pod stoki Góry Iglicznej. O godzinie 7:29 jestem już na szczycie i cieszę się ze śniadania jakie zaplanowałem w Międzygórzu. Na śniadanie owoce ze spożywczaka, w menu pojawiły się m.in. tak długo oczekiwane przeze mnie truskawki. Czerwona słodka moc wypełnia mnie i napieram na strome podejście do schroniska na Śnieżniku. Po drodze mijam dwóch turystów. Ubrani w bluzy i kurtki przeciwdeszczowe, ja w krótkim rękawku, dopiero tuż przed schroniskiem zakładam bluzę, bo zaczyna wiać.

 

W schronisku ładuję pyszną świeżą surówkę i słucham ciekawej historii wieży jaka to kiedyś stała na szczycie Śnieżnika. Jak dobrze pamiętam wysadziła ją ówczesna władza w 1972 roku. Zostało z niej tylko zdjęcie. Po co? Dlaczego? Nie wiem, nie zapytałem, bo czas mnie gonił i ruszyłem dalej w misję. 

 

 

 

Mgła oblewa teren dookoła. Wilgotność duża, widoczność słaba, ale nie leje więc nie jest żle. Coś tam kapie i z czasem, gdy docieram do Czarnej Góry rozpadało się. Na jej szczycie leje, czym prędzej zbiegam w dół w stronę Lądka Zdój. Jest to łatwy odcinek pod warunkiem, że nie pada. Momentami robię przystanki pod drzewami, by przeczekać mocniejszy opad. Krótkie przystanki przeradzają się w długie przystanki. Najdłuższy miał czas około godziny. W bezruchu nie można wtedy zostać, bo grozi wychłodzeniem. Deszcz, wiatr, niska temperatura, kupa kilometrów w nogach, a ja pod drzewami rozgrzewałem się robiąc przysiady i pompki.

 

Mógłbym napierać dalej i dotrzeć do celu moknąc przy tym kilka razy. Tylko trzeba sobie zdać sprawę z kilku rzeczy. Czy wychłodzony organizm nadal będzie wstanie jutro być w ruchu, czy rzeczy wyschną, by móc wskoczyć w suche nazajutrz. Z tym nie jest tak łatwo. Z doświadczenia wiem, że nie wszędzie da się wysuszyć rzeczy, nie wszędzie jest gorąca woda, nie wszędzie grzeją. Miałem już różne niespodzianki. Czy następnego dnia nadal będzie padać, bo jeśli tak to ile ubiegnę znowu cały mokry, być może w mokrych rzeczach. Zawsze trzeba rozpatrywać  wszystko. To są czynniki, które mogą zaważyć na całym przedsięwzięciu. Jeden błąd, jedna zła decyzja może kosztować bardzo dużo.

Gdyby to był ostatni dzień napierania, grzałbym ile wlezie i nie patrzył na warunki pogodowe.

 

Skacząc tak pomiędzy większymi opadami z grzędy drzew na grzędę, docieram do Lądka Zdrój. Stąd jest niełatwy odcinek do Złotego Stoku przez Jawornik Wielki. Sporo podejścia, wiatr, mgła, deszcz, wycinka drzew, przez którą szlak zamieniony jest w breję błota i kałuż i tym samym bardzo słabe oznaczenie spowodowało  bardzo surowe warunki na tym odcinku. W Złotym Stoku miałem serdecznie dość. Zacząłem też odczuwać lewą nogę na wysokości golenia. Po godzinie spędzonej pod piwnym parasolem, wpadłem na pomysł, by zdobyć parasol i postawić dziś kropkę nad i, na starym szlaku GSS, który kończył się w Paczkowie. Dotychczasowy najszybszy przelot starego GSS wynosił 98h35’ godziny, zrobiony przez Dominika Ewalda we wrześniu zeszłego roku.

 

Po zaliczeniu trzeciego sklepu w poszukiwaniu parasola, z nową zdobyczą napieram do Paczkowa. Jest to klepanie asfaltu do znudzenia. Dominik napisał mi, że dla niego GSS mógłby się kończyć już w Złotym Stoku. Też tak uważam, bo tam kończą się góry.

 

 

 

W Paczkowie melduję o 20:27. Po 360km ,,stary’’ GSS od momentu startu machnięty w 87godzin 23 minuty. I już w tym momencie poczułem się spełniony.

 

Dzień czwarty 74,5km, w górę 2098, w dół 1998 czas 15h32’

 

Etap piąty 21 Maj 2015 Paczków

 

Gdy zasypiałem w Paczkowie w bardzo zimnym pokoju z jeszcze zimniejszym grzejnikiem, wiedziałem, że coś jest nie tak z moją lewą nogą. Na wysokości golenia pojawiła się górka i bolała. Nie mam pojęcia, gdzie co jak i kiedy. Podejrzewam dwie rzeczy, że gdzieś na zbiegu jak potknąłem się, lub od klepania asfaltu. Rano ból był większy i przeszła mi myśl, aby odpuścić dzisiejszy etap.

 

Niebo zachmurzone, ale bez opadów. Biec nie dawałem rady przez ten ból. Postanowiłem spróbować iść i zobaczyć jak będzie. Odcinek ten to znów udeptywanie asfaltu. Droga jest malownicza, wioski ładne i podobała się mi, ale powiedziałbym, że jest to wspaniały odcinek na rower.

 

 

 

Ból próbowałem koić mokrymi liśćmi, a jak nie były mokre to moczyłem w kałuży i okładałem kontuzję. Niestety opuchlizna coraz większa, ból większy, skóra czerwona i rozgrzana jak pies. Próbowałem jeszcze lody ze sklepów, ale tyle co przyłożyłem to lód topił się po 5 minutach. Po podjęciu wyzwania, przejściu 41km podjąłem decyzję o wycofaniu się z GSS.

 

Dokładnie na 401 kilometrze o godzinie 13:35 na Rozdrożu Pod Czechami zakończyłem imprezę. Do końca zostało jakieś 40km i Góry Opawskie. Decyzja była trudna, ale jedyna właściwa i rozsądna.

 

401 kilometrów Głównego Szlaku Sudeckiego pokonałem w 104 godziny 31 minut. Stara wersja GSS zrobiona w 87godzin 23 minuty i jest to o ile mi wiadomo najszybszy przelot.

 

Dziękuje za wsparcie, kciuki, miłe słowa , doping i że byliście duchem ze mną na szlaku.

 

Projekt wspierał sklep black-rock.pl. Wsparcie medialne zapewniła Planeta Gór.

 

Relację na FB przekazywała Wam Rubin (Monika)

 

Dziękuję i do następnego……

 

Łukasz Pawłowski (wlodec)

 

 

 

 

 

TagsTags:  
26 September , 201426 September , 2014 9 comments Biegi górskie Biegi górskie

GSB Główny Szlak Beskidzki na Biegowo

 

Noc z 11/12 września siedzę wciśnięty w przedni fotel pasażera jakiegoś 25 letniego BMW kabriolet. Dobre pół nocy już leje, zadaję sobie pytanie, co jeśli za kilka dni będzie tak wyglądał szlak. Pytanie zostaje bez odpowiedzi.  Pomiędzy zmęczeniem, natłokiem zawirowanych wydarzeń z ostatniego miesiąca, setek przebytych kilometrów w drodze, często w nocy, muszę znaleźć pomysł  i siłę na szybkie spakowanie plecaka i wyruszyć  niemal w całodzienną podróż w Bieszczady. Miejsce, do którego muszę dotrzeć to Wołosate. Malutka miejscowość wepchnięta niemal pod samą granicę z Ukrainą, gdzie dzikość przyrody wypiera cywilizację.

 

Zanim wyruszę w drogę, jeszcze króciutkie spotkanie z Rubin, która została mianowana sekretarzem prasowym całego przedsięwzięcia.  Był już zmierzch, gdy niewysoka sylwetka pojawiła się na parkingu w umówionym miejscu. Tak to Rubin, w ręku kartonik, a w nim chyba prawie wszystko, aby przeżyć w dżungli. Mój plecak dysponuje niestety ograniczonymi możliwościami, dlatego też ograniczyłem się do magicznego magnezu sztuk 4, elektrolity sztuk- brak danych, wziąłem ile było Smile. Malutkiego mydełka i żelu.

 

Po za tym w skład mojego plecaka wchodziło:

 

Folia NRC, maść rozgrzewająca, kremy i skromna apteczka.

Trzy koszulki, 3 par skarpet, dwie pary bokserek, spodenki krótkie i spodnie długie

Kurtka przeciwdeszczowa, czapka, czapeczka z daszkiem, rękawiczki, dwa bidony, Power bank, kabelek od zegarka, 5 marcepanów o wadze 100g każdy

 

Po zatankowaniu bidonów bagaż zrobił się, jak dla mnie ciężki. Należy tu zaznaczyć, że z plecakiem nie biegam od dawna, a preferuje pas biegowy pewnej marki. Nie lubię naprawdę biegać z plecakiem. Nie robiłem kompletnie żadnych treningów z plecakiem przed tym wyzwaniem. Gdy dosiadłem zapakowany plecak przytłoczył mnie jego ciężar. Pierwszy dzień był naprawdę ciężki, a ująć z plecaka nie było co, bo wszystko potrzebne.

 

Dzień wcześniej obdzwoniłem całe Wołosate, na numery jakie tylko znalazłem w necie. Wszystko zajęte. Pogodziłem się z myślą, że z Ustrzyk Górnych będę musiał dorabiać z samego rana 6km do początku szlaku. W drodze do Ustrzyk, wpadłem na pomysł, aby pojechać do końca PKS-em czyli do Wołosate i osobiście poszukać raz jeszcze noclegu. Pomysł udał się, już w pierwszym podejściu łapię nocleg na dziś. Mając spory zapas dnia postanawiam wrócić do Ustrzyk Górnych, zjeść coś oraz zaopatrzyć się w produkty na kolację i śniadanie. Po zaliczeniu punktów dnia do Wołosatego udaję się z buta z reklamówką pełną smakowitych owoców. Siata ciężka, a te 6km dłuży się i dłuży. Reszta dnia mija tak szybko, że po obfitej kolacji leżę już i myślami wbijam w szlak się przy słowiańskiej muzyce.

 

Wołosate 14 września -  Pobudka 4.30

 

Lekkie śniadanie i ruszam na początek szlaku, gdzie uwieczniam tą historyczną chwilę.

Biegiem ruszyłem, zaraz za tabliczką koniec Wołosate zaczyna się dzicz. Odgłosy z pobliskich łąk lasów, zatrzymują mnie. Stoję i nasłuchuję, co to jest? Moje największe obawy to niedźwiedzie. Słabo znam Bieszczady, nie wiem czego spodziewać się.  Po kilku minutach przezwyciężam strach, mimo że odgłosy, ryki itp. są coraz bliżej, są tak wyraziste, jakby były dosłownie 100m ode mnie. 

 

Pozostaje biec i rozglądać się dokoła siebie. Jest jeszcze ciemno, pół szaro robi się w drodze na granicę z Ukrainą. Ryki hałasy nie milkną. I nie umilkną, aż przez najbliższe dwie godziny. Tak samotny i bezbronny nie czułem się jeszcze nigdy w górach. Natura w całej okazałości. Przekrój dźwięków od A do Z.  Dokoła dzikie góry, z dzikimi stworzeniami, które nastawione są na przetrwanie. Ja również nastawiłem się na przetrwanie, biegiem, czerwonym szlakiem, przez Połoniny do najbliższej miejscowości Ustrzyk Górnych. Jak najdalej od tych odgłosów, które nie są przyjemne, a na pewno nie są przyjacielskie. To królestwo zwierząt i to one ustalają tutaj reguły. Czmycham stąd mimo piękna jakie widzę i słyszę, dreszczyk emocji dodaje jeszcze ślad na szlaku łapy i pazurów niedźwiedzia.

 

Zastanawiam się kiedy spotkam pierwszego człowieka. Jest! są! nie jeden, a troje naraz, widzę że mają sprzęt fotograficzny, są na Tarnicy, musieli też włożyć poranny trud, by o tej porze znaleźć się tutaj. W drodze do Ustrzyk G. mijam jeszcze jedną również trzyosobowa grupę samców i na samym zbiegu już parę idącą w górę.

 

Pierwszy etap zaliczony, teraz króciutkim przecięciem asfaltem kieruję się na Połoninę Caryńską, a następnie na Wetlińską.

Ostre podejście, doskonale pamiętam je z biegu Rzeźnika, gdy to z Bennetem przemieszczaliśmy się tutaj ładnych parę lat temu. Tylko, że wtedy zbiegaliśmy nim. Tego dnia było naprawdę gorąco, temp dochodziła do 30 stopni  C. Na górze grzało jak diabli. Wyobraziłem sobie jakie trudy miał Maciek Więcek, gdzie temperatury czerwcowe to dopiero dają popalić. Ja tego dnia sam miałem ochotę chłodzić się w rzece, a co dopiero w czerwcu przy rozgrzanej ziemi nocą i dniem.  Wszędzie tam gdzie jest możliwość uzupełniam płyny. Był postój w Ustrzykach G. w schronisku Chatka Puchatka…..

 

Połoninami nie łatwo biec, tłum ludzi tego dnia, piękna pogoda, niedziela zaowocował w rzeszę turystów. Budowa podłoża również sprawia trudności z układaniem stopy w biegu. Tego dnia mam najwięcej wywrotek, niektóre były naprawdę groźne, ale kończące się szczęśliwie na ostatnią chwilę. Nawet raz gałąź dostała z główki Smile.

 

Największe zwątpienie miałem pierwszego dnia w Cisnej na 61km. Było to jedyne zwątpienie i tak jak szybko przyszło tak szybko odeszło. Planowałem tego dnia zrobić więcej niż 76,5km. Dzień przyniósł inne rozwiązanie, na Przełęczy Żebrak decyduję się na zakończenie dzisiejszego etapu i odbić od szlaku 2km na nocleg do bazy studenckiej Rabe. Dlaczego tak? Postanowiłem nie przemieszczać się po zmroku ze względu bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że liczyłem że o tej porze roku będę miał światło dnia aż do godziny 20. Przeliczyłem się już kwadrans po 19 robiło się szaro, a kilka minut później zupełnie ciemno. Ograniczyło to moje przemieszczanie się w ciągu dnia, bo liczyłem na 15 godzin dziennie światła, a okazało się że będę dysponował  13 godzinami, gdyż Pan Bóg żarówkę podkręcał tuż przed 6 rano, a po 19 już zakręcał. Uświadomiłem to sobie pierwszego dnia, że dzienny kilometraż będzie mniejszy niż początkowo zakładałem. Cóż, rady na to nie było żadnej. Morale nie spadło, przyjąłem poprawki jakie dzień dawał i napierałem dalej.

 

Ktoś może zadać pytanie dlaczego nie zdecydowałem się wcześniej zaatakować szlak. Otóż, początkowo myślałem o maju/czerwiec, tak zakładał plan, ale życie zawodowe nie pozwoliło mi na jego realizacje, drugim  terminem był właśnie wrzesień, który uważałem, że w tym miesiącu jest najstabilniejsza pogoda i najłatwiej ją przewidzieć.

 

W bazie noclegowej Rabe zastaję trzy urocze dziewczyny. Bardzo sympatyczne. Sama chatka powala swym wyposażeniem i wyglądem. W środku materace koce, piecyk z drewnem, woda, jest wszystko to co potrzeba. Do mycia pobliski z strumyk.  W środku bardzo przytulnie i ciepło. Usypiam bardzo szybko.

 

Pierwszy dzień  76,5km plus 2km extra na nocleg. Czas 13h09min. D+3965, D-3879.

 

15 września Przełęcz Żebrak

 

Poranna pobudka nieco później niż planowałem, tak dobrze tam się spało i tak cieplutko było.

Odrabiam 2km pod górę z chatki na Przełęcz Żebrak. Odcinek do Komańczy wydaje się był łagodny.  Jeszcze dobrze nie obudziłem się, a przed oczami mam kilka ogromnych włochatych punktów, które również gapią się na mnie. Nagle gwałtowny ruch i trzęsienie Ziemi. Całe stado Żubrów w odległości 50 metrów przecięło mi szlak. Stoję jak w murowany, jeszcze nigdy w życiu na żywo nie widziałem Żubra, a tu taka miła niespodzianka, całe stado około 14 sztuk. To nie koniec żubrowego dnia, pół godziny później spotykam następne stado już nieco obok szlaku. Tak zaczął się mój drugi dzień napierania Smile.

 

W baku tylko pół bidonu wody, a do Komańczy 20km.  Mówię sobie w Duszatynie  zatankuję. Niestety byłem tak wcześnie, że chatka z napojami była jeszcze zamknięta. Robi się coraz cieplej, jadę kropelka po kropelce, aż zaczyna brakować J.  Jeszcze tylko skok przez jedną błotnistą, mokrą górkę i będę napojony.

 

Zaplanowałem sobie tego poranka śniadanie w schronisku w Komańczy. Niestety obszedłem się smakiem, gdyż kuchnia tego dnia akurat była nieczynna i miała remont. Dobrze, że zatrzymałem się wcześniej w sklepie. Właściwie zatrzymywałem się niemal w każdym sklepie, gdzie zaopatrywałem się w płyny jak i w owoce.  Moje główne menu to banany, pomidory, jabłka, ogórki, pomarańcze, czasami śliwki, raczyłem się tym co oferował sprzedawca, wybór owoców niestety bardzo słaby, szczególnie w małych miejscowościach.

Po minięciu schroniska w Komańczy, spotykam dwóch sympatycznych energicznych panów. Plecaki wypchane po brzegi, idą cały szlak, na mój widok jeden od razu strzela z armaty – ULTRA.

 

-Tak jest Panie, ultra.

 

-W jaki czas celujesz?.

 

Mówię, że miało być sześć dni, ale plan zweryfikował się na siedem i tego będę się trzymał.

 

Uprzedzają mnie, że przed Bartnem jest szlak kiepsko oznaczony i że jest jeszcze kilka miejsc w Beskidzie Niskim, gdzie należy uważać. Zostawiając Komańczę opuszczam Bieszczady i pakuje w 150km odcinek Beskidu Niskiego. Odcinek, którego obawiam się najbardziej  na całej trasie.

 

Dzisiejszy odcinek nie należy wydawałoby się do wymagających. Szlak póki co jest oznaczony dobrze, ale jakoś tak mozolnie dziś idzie. Znów patelnia, łysy grzeje od 11, a przede mną  Tokarnia 778m. Co?! niewysoka niska górka, ha!, owszem ale jakie podejście!. Na rozgrzanej łące wyciska ze mnie wszystkie krople. Co wypiję to po sekundzie już spływa po mnie. Otuchy dodaje mi pełzający wąż, który przeciął mi ścieżkę jak samolot tanich linii lotniczych.

 

Dziewczyny z chatki mówiły, że w Niskim są ciężkie podejścia. Oto miałem pierwszy przykład. Toczyłem się na Tokarnie, nagrodą są piękne widoki. Znajduję się też na odcinku, gdzie punktów z wodą jak na lekarstwo.  Pomiędzy Komańczą,  a Rymanowem Zdrój sklepów brak. Dobre 40 km posuchy.

 

Jak mówiłem grzało tego dnia dość mocno. Robił się powoli problem z paliwem. Wierzyłem, że w Puławach Górnych lub Dolnych na coś trafię. Nie trafiłem, a z nadziei wybił mnie miejscowy osadnik Puław, że najbliższy sklep w Rymanowie Zdrój. …………………….  ale jest Bar Leśny w Rudawce.

 

Od tej chwili to był mój cel. Trzeba odbić od szlaku około 1500m. Jest bar czynny, pragnienie zaspokojone. Powrót 1500m i szlakiem do Rymanowa Zdrój, w którym nawet się nie zatrzymuję, a miasteczko bardzo urocze, spodobało się mi, ale dziś czasu brak na chwilową przerwę, napieram do Iwonicza Zdrój, by zdążyć przed zmrokiem i znaleźć nocleg.

 

Do Iwonicza docieram jeszcze za dnia, atakuję pierwszy lepszy lokal z napisem pokoje. Miejsc brak, ale jest bar, więc zamawiam solidną porcję surówek i frytek. Następnie po około półgodzinnym szukaniu noclegu, w końcu udaję się. Cieszę się, że po dwóch dniach napierania wreszcie wezmę gorący prysznic.

 

Nic z tego, dziś rura pękła i prysznica nie będzie, właśnie ekipa naprawia usterkę. No cóż, dostaję miskę i  trochę gorącej wody od gospodarza, wystarczy, lepsze to niż nic.

 

Dzień drugi 60,5km, Czas 10h56min, D+ 1859, D- 2281.

 

16 września Iwonicz Zdrój

 

Czas wyjścia 5:40. Na ulicach Iwonicza ciemno jeszcze, piekarze rozwożą pieczywo, a mieszkańcy udaję  się do pracy. Czasami czuję ich wzrok. Znikam za kilkoma zakrętami.

 

Pamiętam jak kila miesięcy wcześniej Pan Lucjan, mówił nie tyle o oznaczeniu szlaku w Niskim, a główną uwagę zwracał, ze jest on mokry. Ten dzień potwierdził to. Ilość błota jaką można byłoby przerzucić z Beskidu Niskiego, można byłoby zbudować drugą Warszawę.

Dziś kolejne podejście, które zapamiętam na zawsze Cergowa 716m.  Z Cergowej lecę do Chyrowej na małe co nie co. Jest sklep dobrze zaopatrzony. 

 

Jak na Beskid Niski myślę sobie szlak jest oznaczony dobrze.  Wszystko do czasu. W drodze na Bacówkę w Bartnem , po zbiegu, gdzie zaczynają się mokradła tracę szlak. Zagłębiam się w zagajnik i próbuję odnaleźć właściwą drogę.  Po małym kręceniu odnajduję właściwą ścieżkę i docieram do Bacówki.

 

W Bacówce gospodarz oznajmi mi, że ktoś dzwonił w mojej sprawie i uprzedził o moim przybyciu. Trochę jestem zdziwiony no bo i po co i dlaczego?!.  Po zapoznaniu się z moją dietą wegańską, dostaję propozycję upieczenia frytek. Brzuszek burczy, na co dzień nie jem i unikam takich dań, mimo że nie jest mięsne to nie należy do zdrowych, ale bieg ultra wymaga ‘’małych’’ poświęceń. Nie grymaszę tylko cieszę się jak dziecko. Do tego dostaję świeżutką mizerię z pomidora, ogórka zwykłego i małosolnego. Na deser propozycja jabłek od gospodarza tyle ile udźwignę. Udźwignę jedno, więc dźwigam jedno.  Straciłem dużo czasu na pobyt tutaj chyba prawie całą godzinkę, ale za to syty.

 

Robi się późnawo już na nocleg do Regietowa nie dam rady dotrzeć. Wychodzi na to, że zanocuję w miejscowości Ług  (Zdynia). Na mapie widziałem, że jest tam jakiś ośrodek szkoleniowy oferujący noclegi. Docieram tuż przed samym zamknięciem sklepu. Napoje i owoce to kupowane przeze mnie produkty w takich punktach.Nie było inaczej  i tym razem. Nocleg okazuje się być przy samym sklepiku.

Z noclegiem nie ma problemu, mało tego, dostali telefon od Rubin, że kuchnia ma przygotować wegańską strawę. Dziękuję, kuchnia wywiązała się z zadania na 6+. Pani kucharka powiedziała, żebym sobie nie myślał, że tutaj nie wiedzą co to jest weganizm. J. Wcale tak nie myślałem, ale zdziwiłem się, że coś przyszykowali dla mnie. Smile.

 

Dzień trzeci 71,5km Czas 13h28min D+ 2798, D- 2704.

 

17 Września Ług.

 

Wydostać się z mglistej doliny w Beskidzie Niskim nie jest łatwo, ostrożnie uważnie poruszam się w półmroku od znaczka do znaczka. Powoli, ale do przodu. Im wyżej tym przejrzystość  wyraźniejsza i coraz widniej. Na dzień dobry kolejne podejście, którego nie zapomnę Kozie Żebro. Przy akompaniamencie różnych odgłosów z lasu zdobywam Kozie Żebro.  Za Ropkami a w drodze na Banice szlak tak zamotał, że pukałem do chałupy, która stanęła mi na drodze. Przemiła pani wyjaśnia, żę owszem szlak tędy szedł, ale kiedyś, teraz omija jej prywatną działkę, trzeba iść wzdłuż jej granicy. Strat żadnych, ale czas i zamota, nie lubię tego.

 

Zbliżam się do Krynicy Zdrój, a to oznacza po pierwsze opuszczenie Beskidu Niskiego 150 km mokrych, błotnistych dzikich ścieżek. Pająki przez dwa dni po mnie chodziły i odczepić się nie chciały. Jeszcze dzień później wyrzucałem je z koszulki, którą miałem w plecaku. Po drugie czas na obiad! Smile.

 

Przelatując przez miasto, napotkałem tani jak barszcz bar szybkiej obsługi. Od ręki ( a o to chodziło) dostałem ziemniaki, surówkę i herbatę. Dziś 17 września, tą datę w Polsce szczególnie pamięta się.  Obiadek konsumowałem przy gawędziarskim historyku, którego można było usłyszeć z radia jakie nadawało w lokalu. Jako, że interesuję się tymi tematami, przykro było opuszczać lokal, no ale służba na szlaku Smile.

 

Był pomysł, aby to co nie potrzebne wysłać pocztą do domu. No ale co jak wszystko potrzebne, ciążył mi ten plecak, i jedyne co mógłbym wysłać to urządzenie Power bank, który dość ważył.  Zdecydowałem, że nic nie będę wysyłał, to co zabrałem wydawało się być konieczne i niech tak zostanie do końca trasy.  Po opuszczeniu miasta czekało na mnie podejście na Jaworzynę Krynicką, następnie Runek, Hala Łabowska, miejsca znane z trasy 7 Dolin.

 

Dziś koniecznie chciałem dostać się dalej niż Rytro. Doskonale wiem, że z Rytra w którą stronę, by się nie poszło jest mocno w górę. Rytro leży raptem na 338 m n.p.m. Za cel obrałem sobie chatkę pod Niemcową. Na mapie miałem zaznaczone, że czynna sezonowo. Rubin upewniła się, czy sezon jeszcze trwa. Powoli zmierzch zapadał. Mocnym, szybkim i zwartym krokiem napierałem pod górę.  Mocny chłodny wiatr nie dodawał otuchy, ale za to napędzał mnie, by jeszcze przyspieszyć. Na Niemcowej melduję się niemal z zapadniętym zmrokiem. Odpalam czołówkę, las gęsty i ciemny w drodze do chatki. W końcu jest, uradowany, że zaraz się ogrzeję i będzie gdzie spać.

 

Jest co zjeść, co wypić i z kim pogadać. Sama chatka to najbardziej klimatyczne miejsce na całej trasie, a nocne i poranne widoki powalają z nóg.

 

Dzień czwarty  72km, czas 13h09min D+ 2748, D- 3187

 

18 września Chatka pod Niemcową

 

Wszyscy jeszcze spali, gdy opuszczałem ciepłe przytulne i piękne miejsce. Kierunek Radziejowa. Tuż po wyjściu na szlak, nagle jak pierun przemknął gość na rowerze.

 

Qrcze?!, o tej porze?, na tej wysokości? (Niemcowa 1001m), co jest grane?, przecież nie piłem gruzińskiego trunku jakim raczono się w chatce. Nie dam za wygraną i dawaj za gościem. Z górek miał przewagę, ale pod górę dochodziłem go i wyprzedzałem. Zagadnąłem, 

 

-do roboty?

 

-Nie, na borówki, końcówka już, ale jeszcze są. A Wy gdzie, na Przechybę,

 

-tak na Przechybę i dalej,

 

-acha.

 

Nie wiem ile to było, ale dobre 2-3km ścigaliśmy się i mogę powiedzieć był remis Smile. W końcu odbił na swoje borówki, a ja z nadzieją na śniadanie w  schronisku na Przehybie podążałem przed siebie. W schronisku pocałowałem klamkę, bar jeszcze nieczynny, za wcześnie. Następny przystanek Krościenko nad Dunajcem. Tam coś ciepłego na pewno zjem, myślę sobie.

 

Tego dnia wiało przeokropnie, bardzo chłodny, czasami mroźny wiatr. W biegu przeszywał spocone ciało, aż do gęsiej skórki. Widoczność za to kapitalna, widok Tatr ucieszył bardzo.

 

W Krościenku i tym razem nic ciepłego nie zjadłem, jestem tak wcześnie, że otwarte są tylko sklepy,  ale namierzyłem kramik z warzywami  i owocami. Czysta rozkosz. Siata zakupów, konsumpcja na ulicach Krościenka i tym samym opuszczam Beskid Sądecki, mój ulubiony, bardzo go lubię, podoba się mi i już.

 

Przede mną Gorce i Lubań Wielki 1211m, a Krościenko leży na 420m. Była to długa wspinaczka, Lubań jest naprawdę wielki. Co jakiś czas mijam oznaczenia trasy, z tego co zorientowałem się to Maraton Gorce. Po drodze do schroniska na Turbaczu, jeszcze czeka mnie Kiczora.

W schronisku na Turbaczu, ruch duży, zabawny był pewien chłopak, który pytał obsługę , czy w pobliżu , dokładnie to, czy w okolicy jest jakiś bankomat. Smile.

 

Z Turbacza czekał mnie długi ponad 15 km zbieganie do Rabki Zdrój.  W Rabce duża zawierucha z noclegiem, przez to zawirowanie gubię mapę w centrum. Po namierzeniu noclegu, w którym pomogła Rubin, wróciłem się szukać mapy. Było już ciemno i mały ruch, mapę odnalazłem Smile.

 

Dzień piąty 72km, czas 13h09, D+ 2748, D- 3187.

 

19 września Rabka Zdrój

 

Wyjść z Rabki czerwonym szlakiem o tak wczesnej porze jest nie lada sztuką. Szlak prowadzi  dobrze do momentu jak pojawiają się pola i przestrzeń. Miał być łatwy odcinek, by przeciąć Zakopiankę i dalej do Skawy. Na czerwonym szlaku nie ma łatwych odcinków, każdy daję popalić pod innym kątem. Czas stracony na odnalezienie szlaku i dorobienie dystansu mocno denerwuje. Sam szlak z Zakopianki do Skawy, jest jeszcze dzikszy niż ścieżki w Beskidzie Niskim. Ten odcinek to już tylko sympatycy czerwonego szlaku chyba pokonują, bo walorów krajoznawczychnie ma żadnych. Udaję się dostać do Skawy, następnie czeka mnie klepanie trochę asfaltu, aż do Jordanowa i kawałek zanim.

 

Za Jordanowem zaczyna towarzyszyć mi pies. Nic nie mówi, tylko biegnie przede mną uchachany z jęzorem do trawy. Towarzyszył długi odcinek, do momentu jak trzeba było przekroczyć lodowatą rzekę. Mostku nie było, a szlak przecinał rzeczkę. Piesek nie zdecydował się na zimną kąpiel, nie chciałem go przenosić, bo do końca nie byłem pewny, czy to bezdomny piesek. Przypomniała się mi też krowa, która w Beskidzie Niskim, również towarzyszyła mi , z dobre 300metrów. Smile

 

Dziś na szlaku dużo pod górę, w tym najwyższy punkt czerwonego szlaku Babia Góra (1725m). Na początek  z Bystrej (448m), podjazd na Okrąglicę (1247m) i na Policę (1369m). W schronisku na Starych Wierchach ładuję dwa ogórki kiszone. Pani zdziwiona, że najedzony hehe. Nie chcę tracić czasu na przygotowywanie posiłków.

 

Dzisiejszy dzień i jutrzejszy jest decydujący, by zmieścić się w siedmiu dniach. Gołym okiem widać, że idzie zmiana pogody, której obawiałem się najbardziej.

 

Przy silnym, zimnym wietrze po kolei osiągam szczyty. Ten wiatr był niczym w porównaniu z tym jak wiało na Babiej. Był tak mocny i tak zimny, że przeszywał mnie aż do kości, a z oczu czasami wyciskał ze mnie łzy. Na szczycie Babiej zatrzymałem się tylko na sekundę. Napisałem sms do Rubin: Halo Baza, Halo Baza, jestem na szczycie, powtarzam jestem na szczycie.  Sms ten to nawiązanie do słynnego cytatu z rozmowy, jaką Krzysztof Wielicki przeprowadził z Andrzejem Zawadą ze szczytu Mount Everestu. Zimą.

 

Szybko stamtąd zawinąłem się do Markowych Szczawin. Szybki posiłek i długa ciężka droga do schroniska na Hali Miziowej. Na Przełęczy Glinne byłem już tak wypompowany, że podejście, cholernie strome na Halę Miziową dało mi popalić najbardziej ze wszystkich podejść jakie do tej pory na tym szlaku pokonałem.  Zapadł już zmrok, a ja jeszcze nie byłem na miejscu. Po drodze mijam jeszcze grupę chyba czteroosobową, która widzę, również ma już dość i też kierują się do schroniska. Tempo mają słabe, więc odpuszczam i napieram nadal sam. Oj mocno mną poszarpało. Ta końcówka, ale był to dzień rekordowy pod względem kilometrażu na mojej wyprawie do tej pory.

 

Dzień szósty 78km, czas 14h06min, D+ 3750, D- 2944

 

20 września Hala Miziowa - Decydujące starcie

 

To był rytuał jak do biegu na zawodach. Założyłem sobie jeden postój, nie robiąc żadnych przerw. To miał być bieg po zwycięstwo. Ostatni dzień, jak pogoda pozwoli. Wiedziałem, że tego dnia pogoda zmieni się, że może padać, a nawet zagrzmieć. Na zmianę pogody zapowiadało się już od dwóch dni.

 

We wczorajszej rozmowie telefonicznej z Rubin, potwierdziło się to co widziałem w górach. Budząc się w nocy z bólu mięsni, które rzucały prawie każdej nocy na prawo i lewo, widziałem jeszcze gwiaździste niebo. Nad ranem już takie nie było, co ujrzałem to mgła i chmury. Plan polegał, by tak się sprytnie przemieszczać, aby nie trafić na nawałnicę w nieciekawym miejscu. Sprytny plan? Napieranie non stop. Mało tego chciałem koniecznie dotrzeć do Ustronia przed zmrokiem.

 

Ognia! Rano znów krzaki i lasy poruszone odgłosami z oddali, a czasami na wyciągnięcie ręki. Planowałem gorącą herbatę w schronisku na Rysiance. Nic z tego, sprzątanie kuchni, trzeba czekać 15 minut.

 

-Pani kochana ja nie mam dziś 15 minut.

 

Napieram dalej. Może na stacji Słowianka złapię jakąś bułę. Też nic z tego gospodarze jeszcze śpią. Do Węgierskiej Górki tak rozpędzam się, że niemal łapię jelenia za tylne nogi. Smile. Szlak również tutaj płata figla, jest nowa droga i oznaczenia niekoniecznie są czytelne. Jeszcze przy takiej pogodzie, gdzie chmury wiszą 5 centymetrów nad szlakiem, a z nieba kapie co nieco za uszy.

 

Pogoda nie zapowiada się ciekawie na ten dzień. Mówię sobie jeszcze tylko dzisiaj, proszę, dziś są moje urodziny, niech jeszcze dziś wytrzyma, ten ostatni dzień.

 

W Węgierskiej Górce, króciutki postój na prowiant i wodę i dalej w górę na Baranią Górę. Mgła, mroźna mżawka i czasami bardzo wietrznie. Turystów sporo, jest sobota i liczyłem, że spotkam ich w dość dużej ilości. Skoro tyle osób to myślę sobie, może nie ma prognozy burzowej, a jak nie ma prognozy burzowej to już nic mnie dziś nie powstrzyma, aby dotrzeć do mety. Smile

Barania spowiła się we mgle, widoczności żadnej z tej wieżyczki turyści nie mają. Mknę między polsko czeskimi turystami  do schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Nigdy nie byłem na Baraniej Górze, zawsze jakoś tak mijałem ten szlak, cieszę się, że tym razem mogę go zobaczyć i zaliczyć. W schronisku to co wydają najszybciej, frytki i surówka, której normalnie nie serwują do frytek, ale Pani zrobiła wyjątek.

 

Dalej mokrym, niełatwym szlakiem na Kubalonkę, a stamtąd już na Kiczory, czyli prawie w domu. Na odcinku Kiczory-Czantoria trenowałem wiele razy, znam te zakręty. Smile

 

Z Kiczor to idę już jak burza, zaliczając po kolei Stożek Wielki, Soszów Wielki, Czantorię. W międzyczasie pogoda robi się ładna, chmur ubywa i pojawia się Słońce. Dostaje też sms od Rubin, że tak mknę, że przerażam ich Smile.

 

Z Czantorii robię sobie lekki trekking, nie chcę, by na końcowym odcinku co się mi przytrafiło, tempo spowalniam, mam spory zapas przed zmrokiem, mogę sobie pozwolić.  Jest Ustroń Polana, jeszcze tylko  podejście do schroniska na Równicy i w dół w dół 4km do mety. Hurra.

Mijając schronisko już czuję relax, odprężenie, czuję metę. Radość narasta. W Ustroniu czeka Tomek, przyjechał specjalnie po mnie z Częstochowy, by zabrać, brudnego, wyczerpanego Beskidzkiego Wilka do domu.

 

Jest Ustroń, jest meta!!!

 

 

Dzień siódmy 81km, czas 13h10min D+ 2839, D- 2839

 

Przez siedem dni moim domem były góry.

 

Wyruszyłem 14 września o godz.5:08 z Wołosatego, dotarłem 20 września o godz.19.15 do Ustronia. Czas łączny 158 godzin i 7 minut. Zapis trasy zegarek Ambit S. wymierzył 513 km. Przewyższenie D+ 19476, D- 21769. Udostępniłem zapis na moim profilu sportowym Lukas Wlodec Pawlowski.

 

 

https://www.facebook.com/pages/Lukas-Wlodec-Pawlowski/222794447912861

 

Relacja na żywo miała miejsce tutaj:

 

https://www.facebook.com/events/828126290540867/?notif_t=plan_user_joined

 

 

Dziękuję wszystkim za wiarę, wparcie, dobre słowa, smsy, oraz tym którzy zaangażowali się w projekt, czyli sekretarzowi prasowemu Rubin, ukłony niskie, oraz Tomkowi za specjalny przyjazd po mnie, ukłony po raz drugi. Dziękuję, to była wspaniała przygoda.

 

Dziękuję również Akademii Marmot za wparcie sprzętowe. Sprzęt służył dzielnie i ma się dobrze!.

Pozdrawiam cała brać ULTRA i cała resztę.

Beskidzki Wilk Wlodec Smile

 

 

 

 

TagsTags:  
21 February, 201421 February, 2014 5 comments Biegi górskie Biegi górskie

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2013 18.07-21.07.13

Bieg Siedmiu Szczytów 235km

 

Długość trasy: 240 km
Najwyższy punkt: Śnieżnik (1425 m. n.p.m),
Najniższy punkt: rzeka Nysa Kłodzka koło Barda (261 m. n.p.m),
Różnica wysokości 1164m.
Całkowite wzniesienie terenu: 7635m. 
Całkowity spadek terenu: 7670m.

 

punkt

odległość

lokalizacja

zaopatrzenie

limit czasu

Start

0 km

Stronie Śląskie

-

0,5 h

1

9 km

Przełęcz Gierałtowska

W,I

2,5 h

2

31 km

Przełęcz Płoszczyna

W,I,J

7 h

3

44 km

Międzygórze GOPR

W,I,J

11 h

4

60 km

Długopole Zdrój

W,I,J,D1

14 h

5

75 km

Schronisko Jagodna

W,I,J

17 h

6

93 km

Masarykowa Chata

W,I

21 h

7

105 km

Jamrozowa Polana

W,I,J

23 h

8

120 km

Kudowa Zdrój – Park Zdrojowy

W,I,J,D2

26 h

9

134 km

Schronisko Pasterka

W,I,J

30 h

10

137 km

Schronisko Na Szczelińcu

W,I

31 h

11

157 km

Ścinawka Średnia

W,I,J

37 h

12

178 km

Przełęcz Wilcza - parking

W,I,J

42 h

13

188 km

Bardo Śląskie - park za Nysą

W,I,J,D3

45 h

14

198,0 km

Przełęcz Kłodzka - parking

W,I,J

47 h

15

212 km

Orłowiec - kościół

W,I,J

50 h

META

223 km

Lądek Zdrój - amfiteatr

W,I,J

52 h

 

 

To był mój docelowy start sezonu biegowego. Wszystkie biegi sezonu poprzedzające udział w Biegu Siedmiu Szczytach, były biegami przygotowawczymi. Często testowałem różne rozwiązania, jak na przykład zabierałem dodatkowy balast, który imitował lub stanowił wyposażenie na Siedmiu Szczytach, a zupełnie nie był potrzebny w biegu w którym akurat uczestniczyłem. Skupiałem się także na innych elementach treningowych. Szybkość, czy miejsce było sprawą drugorzędną. Wszystkie zamierzone działania miały przynieść efekt na docelowym starcie.

 

To była podróż w nieznane, cokolwiek bym nie robił i nie wiadomo, jak podchodził do tego biegu, nie uzyskałbym odpowiedzi, jak to jest przebiec 223km (tyle z założenia na początku miał wynosić dystans, a wyszło 235km plus małe błądzenie), z prostego powodu – nigdy w życiu nie pokonałem takiego dystansu jednorazowo.

 

Przygoda w tym biegu była niesamowita i przyniosła niespodziewanie mnóstwo emocji.

 

Na starcie

 

Namacalnie dało się wyczuć niepewność, a zarazem spokój wśród zawodników. Widziałem unoszącą się aurę, zadającą pytania, jak to będzie, jak to biec, czy dam radę, jak to jest pokonać taki dystans. W Polsce wcześniej nie rozgrywano takiego ultra długiego biegu górskiego, każdy był ciekaw jak to się potoczy, jak skończy i co z tego wyjdzie.  Spokojną ciszę przerywały powitania, gdzie nie sposób było nie zauważyć znajomych twarzy z biegów ultra. Jak mogło ich tutaj zabraknąć, to prawdziwy kąsek, święto w którym trzeba wziąć udział, sprawdzić się i doświadczyć przygody. Wspólne pamiątkowe zdjęcia, poklepywanie się po plecach dodające otuchy i pozostające myśli w głowie, z którymi przyjdzie zmagać się podczas wyścigu.

 

Najpierw hałasu narobili ludzie na szczudłach  z bębnami. Kolorowy korowód próbujący rozbudzić ciszę, spokój i energię zawodników. Następnie powitanie przez organizatorów, którzy ogłosili start, a w dalszej części już tylko szmer tuptających butów na trasę pełną wrażeń.

 

Ognia

 

Start ostry był naprawdę ostry, spora grupka od razu ruszyła mocno do przodu. Pierwsze kilometry to pogaduchy, głównie z Kulą do pierwszego punktu żywieniowego. Od tego miejsca nieco przyspieszam wyprzedzając zawodników, których widzę przed sobą. Po jakimś czasie zostaję sam, tempo które sobie narzuciłem jest za wolne, by gonić czołówkę, a za szybkie na zawodników znajdujących się za mną.  Gdzieś na jednym z pierwszych wzniesień Piotr Dymus (najlepszy fotografSmile) ustawia swoje super obiektywy, dzięki którym czaruje niesamowite fotografie. Widząc mnie mówi: - dobrze Ci idzie.

 

Foto: Piotr Dymus

 

 

Utrzymując swoje tempo przez jakiś czas postanawiam nieco zwolnić i nie gonić. Droga do domu jeszcze daleka. Pierwszy etap to przetrwać pierwszą noc jak najmniejszym kosztem sił. W drodze na Śnieżnik po 30km, dogania mnie dwóch zawodników. Jeden z nich utrzymuje podobne tempo do mojego. To Mario z Leszna. Na Śnieżniku robimy pamiątkowe zdjęcia, Mario proponuje ze względu na podobne tempo wspólnie pokonać pierwszą noc. Zgadzam się, pokonujemy trasę ramię w ramię, ucinając przy tym ciekawe konwersacje, zarazem kontrolując trasę. Nad rankiem będąc już po stronie czeskiej, przy pięknych okolicznościach przyrody znów pamiątkowe zdjęcia Smile.Nie wyobrażalnym było dla mnie nie zatrzymać się na zdjęcia w tak pięknych okolicznościach. To co przyroda nam zaoferowała do dziś mam przed oczyma.

 

Foto: z Mario

 


 

 

 

Pierwsza noc za nami, czas przejść powoli do gry. Mniej więcej na 80km objawia za moimi plecami Jarek ( Haczyk). Byłem zaskoczony obecnością Jarka, napierał równym tempem.

 

Co Ty tu robisz? – pyta Jarek, -  Dlaczego nie ścigasz się z Piotrkiem.

 

Myślę sobie, chyba przesadza z tymi słowami, przecież nie jestem na tym poziomie co Piotrek.

 

Odpowiadam – Co Ty z Piotrkiem mam się ścigać?!

 

Jarek – ‘’wcale takiej dużej różnicy między wami nie ma’’.

 

Słowa te podziałały na mnie jak płachta na byka, mimo że mój plan ataku miał zacząć się nieco później, nie zwlekałem już dłużej, szybka modyfikacja planu w głowie i odjazd. Zaczął się bieg. Oderwałem się od Jarka i pozostałych kilku osób sukcesywnie zwiększając tempo i doganiać następnych zawodników.

 

Z Jarkiem spotkałem się jeszcze raz , gdy nie mogłem znaleźć oznaczonej trasy – dogonił mnie. W tym samym punkcie znalazł się też Marian kolega Jarka (obaj z Opola), straciliśmy myślę ok. 20min w poszukiwaniu oznaczenia i właściwej drogi, a Marian jeszcze więcej, bo gdy przybyłem to on już się motał z kierunkiem. Z pomocą Jarka, dzwoniąc do organizatorów i z mapą, namierzamy interesujący nas kierunek.  Wyścig znów się zaczął. Od tego momentu zacząłem kontrolować mapę, czego wcześniej nie robiłem i to był błąd, bo uniknąłbym tego błądzenia. Należy dodać także, że jedna wstążka była tutaj myląca. Później wyjaśniło się to, że trasa szła przez prywatny teren i właściciel pozbył się oznaczenia .

 

W drodze na 120km na odsłoniętym terenie dopadł mnie duży kryzys. Żarówa z nieba tak przygrzała, że musiałem nieco zwolnić i odżyć w napotkanym sklepie. Kryzys ten spowodował, że z  godzinnym opóźnieniem według zakładanego planu dobiegam do punku na 120km. W drodze na ten punkt mijałem się z Marianem i z jeszcze jednym zawodnikiem, którego imienia nie poznałem.

 

Dla mnie to punkt strategiczny, zostawiam sporo zbędnego balastu, głównie plecak, który zamieniam na worek Smile. Widząc mój nowy plecak, Piotr ( ten od najlepszych zdjęć) mówi: - Po co kupować plecak, jak można pojechać na maraton i dostać worek.

 

Pamiątkowy worek uwieczniony na zdjęciu Piotra Dymusa poniżej. Smile

 

 

 

Pościg trwa, wyprzedzam kilku zawodników, na jednym z punktów dowiaduję się, że ktoś z czołówki odpadł. Automatycznie przesuwam się w górę. Pokonując kamienny labirynt za Szczelińcem, spotykam kuśtykającego dotychczasowego lidera. Prosi o skorzystanie z telefonu do organizatorów, aby go zwieźli do bazy. Dowiaduję się od niego, że przede mną jest dwóch zawodników i mają dużą dwugodzinna przewagę nade mną i nie mam co gonić, tylko pilnować swojego aktualnego miejsca. Gdy rozmawia przez telefon zaczynam gorączkowo się rozglądać, głównie za siebie. Gadał przez ten telefon z 5 minut, a ja przeskakiwałem z nogi na nogę, jakby chciało się mi…. Miałem czas rozmyślać co dalej Smile.

 

Samotnia od tego momentu to walka ze wszystkim po trochu, z trasą , z oznaczeniem trasy, z czasem, z mapą, z workiem też. Patent zawiązania worka miałem opracowany przez Didi (ode mnie z ekipy ,razem trenujemy), którą spotkałem przypadkowo trenując wysoko na Jurze. Kłopot sprawiał mi ,gdy chciałem coś z niego wyciągnąć, rozwiązywanie i na nowo opracowane wiązanie było nie lada trudem, w dodatku wszystkie te ruchy w biegu. Było to upierdliwe i spowalniało. Suma summarum działało i sprawdzało się, nie było narzekania. To było świetne posunięcie, ale czas uciekał przy tym wiązaniu i rozwiązywaniu supłów.

 

Foto: Piotr Dymus

 


 

Zanim zapadł zmrok, miałem dwie sytuacje. Kłopot z oznaczeniem trasy. Ktoś ewidentnie bawił się wstążkami, co wybiło mnie z rytmu, kosztowało sporo czasu 20min i dodatkowe parę kilometrów. Wyciągnąłem kompas, który wyprowadził mnie na dobry kierunek. Zmęczenie wgryzało się powoli do organizmu. Od tej pory kontrolowałem każdy zakręt. Niestety taki bieg z jednym okiem na mapie spowalnia tempo, jednak wolałem mieć pewność, że stąpam we właściwym kierunku. Gdy pokonujesz trasę w towarzystwie lub masz w zasięgu wzroku zawodnika (tak chyba było w przypadku pierwszej dwójki), jest dużo łatwiej. Kontrola jest łatwiejsza i mniej czasu spędza się na patrzenie w mapę. Dodatkowo napędza się nawzajem. W tym przypadku od wielu godzin byłem samotny, poza sms’ami i punktami kontrolnymi była totalna izolacja i mogłem polegać wyłącznie na sobie.

 

Foto: Piotr Dymus

 


 

 

Ogromny kryzys uderzył mnie w drodze na bufet nr 11- Ścinawka Średnia 157km. Tuż przed miejscowością Wambierzyce (jak czytałem później wpisy na fb, to Sławek -z mojej ekipy napisał – że może pielgrzym – mając mnie na myśli-znajdzie tam schronienie, biorąc pod uwagę mój kryzys i ten wpis tylko uśmiechnąłem się -nie pomylił się). Brakło mi płynów, teren dokoła suchy, żadnych potoczków, a na niebie Słońce- podgrzewało jak na patelni. Dłużyły się te kilometry. W Wambierzycami na rynku usiadłem na ławce. Obok panowie z trunkiem mocniejszym, nieświadomi jaki mam problem. Z wielką trudnością obsługiwałem telefon. W worku znalazłem parówki sojowe chili. Najlepsze jest to, że wcześniej ich nigdy nie jadłem. Zjadłem niecałą jedną sztukę, zostawiłem resztę na ławce, mówiąc do panów obok, żeby się częstowali. Do piFka jak znalazł Smile.

 

Wpadając  na punkt w Ścinawce jestem bardzo zaskoczony, że nikt mnie nie wyprzedził. Mój kryzys w Wambierzycach trwał dobre 20 min, byłem przekonany, że straciłem świetną pozycję. Fotograf przed punktem kontrolnym, twierdzi mało tego, że nikt mnie nie wyprzedził to za mną jest spora przepaść. Nie chciało się mi w to wierzyć, więc po króciutkim postoju (chyba na tym punkcie włożyłem głowię do wiadra z zimną wodą) ruszyłem dalej.

 

Na kolejnych punktach dowiadywałem się, że zmniejszam przewagę do liderów. Z każdym krokiem byłem coraz bliżej, natomiast w ogóle nie widziałem co dzieje się za moimi plecami. Ciekawiło mnie, czy ktoś depcze mi po piętach. Dostawałem mnóstwo dopingujących wiadomości, ale nikt nie pisał jaką mam przewagę nad pozostałymi. Gdy już powoli słoneczko zachodziło, zadzwonił Kaziu Kordziński, potwierdził mi że jestem na trzeciej pozycji, podał mi też przewagę nad czwartym zawodnikiem. Informacja była z przed kilku godzin, ale zawsze to coś.

 

Celem było nie tylko utrzymanie pozycji, ale również atak na czołówkę. Sukcesywnie powoli zmniejszałem przewagę. W początkowej fazie biegu to było jakieś 2 godziny straty, a na ostatnim punkcie kontrolnym podobno kilkanaście minut, by na mecie stracić zaledwie kilka minut. Ta druga noc w terenie przyniosła mnóstwo wrażeń i emocji.  Od halucynacji do braku światła i kontuzji.

 

Opuszczając punkt Przełęcz Wilcza na 178km, gdzie poza dobrym jedzonkiem, czyli banany, pomarańcze, arbuz i gaworzeniu z wolontariuszkami (nie pierwszy i ostatni raz na tym biegu), przy dopingu tychże sympatycznych dziewczyn i służby pierwszej pomocy ruszyłem zmierzyć się z drugą nocą. Jeszcze było widno, ale w gąszczu zarośli na szlaku z każdą minutą szybko pociemniało się. Gdzieś wcześniej zdałem sobie sprawę, że na przepaku w Kudowie na 120km zostawiłem cięższą czołówkę, a wymieniłem na lżejszą już mocno wysłużoną , gdzie niekoniecznie są mocne baterie. Mając to na uwadze zwlekałem z odpaleniem światła. Korzystałem z dobrej pogody tzn. Księżyc służył mi swym blaskiem. To było dobre posunięcie, bo gdy odpaliłem czołówkę, moc świetlna szybko traciła swój zasięg. Miałem przez to nie lada kłopoty.

 

Po pierwsze tempo biegu spadło, zasięg światła uniemożliwiał szybsze poruszanie. Na tym etapie musiałem być bardzo czujny – zmęczenie, oczy już nie te same co poprzedniego dnia, kontrola mapy. Bardzo łatwo było zgubić szlak. Tak też stało się. Przez słabą widoczność zapuściłem się w jakieś chaszcze zamiast skręcić w prawo za szlakiem. Na szczęście szybko zajarzyłem, że nie tędy droga, odnalazłem szlak ale ciemność i to słabe światło spowolniło mnie mocno na zejściu z tej górki – pamiętam, że było tam mnóstwo ogromnych głazów, Kamoli i tam miałem największy problem z poruszaniem się.

 

Po drugie zaraz na zejściu przez te kamole – głazy i słabej lampie, dostaję ogromną siłą w goleń kłodą, na która przy zbiegu nadepnąłem podczas biegu. Oddała mocno , bardzo mocno ( przez tydzień byłą opuchlizna), także trzy tygodnie później ból odezwał się na Chudym Wawrzyńcu i znów tempo siadło- tylko hart ducha pozwolił mi ukończyć Chudego. Tutaj podobnie, ból też towarzyszył do samego końca biegu.

 

Lampa coraz słabsza, wcześniej nieco słyszałem jakieś głosy. Ale to jeszcze nic, głosy niosą się po lasach więc idzie to wytłumaczyć, ale np. halucynacje typu słoń, czy ludzik leśny przy szlaku to już inna bajka Smile. Widząc tego leśnego ludka, mówiłem sobie, że jeśli okaże się realny to zapytam się, czy ma dla mnie garnek złota. Smile.

 

Wstążki organizatora były wyposażone w odblaski. Gdyby ktoś widział jak podchodziłem do jednej z nich – myśląc, że to zwierze, bo tak ten odblask widziałem, że to świecące oczy. Na szczęście im bliżej podchodziłem to nie ruszało się Smile. Swoją drogą, że tego nie obszedłem, ale szlak szedł ewidentnie przez tego zwierza, a w głowie było tylko aby do mety.

 

Ze mną to chyba jeszcze nie było tak źle z tymi halucynacjami. Po biegu kolega Maria opowiadał jak widział Chińczyka na drzewie, co najlepsze podobno w grupie było ich kilka osób i wszyscy widzieli tego owego Chińczyka. Dobre. :-). W ogóle opowieści z biegu i tuż po nim co się działo można napisać osobny rozdział. Smile

 

Miałem jeszcze jedno zdarzenie tej nocy realne - bardzo realne. Zanim zaczęły się halucynacje, biegnąc nagle poczułem drżącą Ziemie i słyszałem potężny tupot pędzącego bydła. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Tylko wyglądałem jak mi tu coś wyskoczy na szlak. Owe zwierzęta przemieszczały się. Zacząłem dochodzić co to jest. Głowiłem się i próbowałem rozwiązać zagadkę. Odnalazłem ogrodzenie, ale tupot ustał i nic nie widziałem. Gdy wróciłem do domu, pamiętając tą wyjątkową sytuację sprawdziłem w internecie co w tym rejonie może żyć. Okazało się, że dokładnie w tym rejonie, gdzie to było żyją Muflony. Jestem przekonany, że to one tak buszowały, ale jak było w rzeczywistości to już się nie dowiem.

 

Foto: Mario/Leszno

 


 

Podążając tak docieram do Bardo Śląskie na 188km, gdzie znajduje się kolejny ostatni przepak. Miałem oczywiście tam zostawiony głównie prowiant, ale odpuszczam, posilam się tym co zawsze na tym biegu, banan-pomarańcz- arbuz. Wyjątek był na 120km, gdzie czekały na mnie pyszne wegańskie kotleciki. Na drugim przepaku też je miałem, ale wylądowały w worku i zjadłem dopiero po biegu- krótkim śnie między rzędami w kinie usytuowanym tuż za metą. Smile.

 

Mając na uwadze tyły, zastanawiam się, czy zaraz ktoś mnie nie dogoni. Nagle pojawia się Marian, ale mówi, że on już nie bierze udziału w biegu i za mną jest Węgier, ale ma dużą stratę. Jest pod wrażeniem jak wyrwałem do przodu od ostatniego naszego spotkania.

 

Zaraz po opuszczeniu punktu na podejściu dopada mnie trzeci ostatni potężny kryzys. Kładę się na chwilę na ławce, które tam były rozmieszczone. Strome podejście, ciężko było oddychać, ziemia nagrzana. Doprowadzam się do porządku i napieram do przodu. Gdzieś później spotykam Piotrka organizatora i Kamila  zabezpieczających trasę. Ktoś tam podobno bardzo figlował i oznaczenie znikało nawet już po godzinie.

 

Dopingują, mówią że tym tempem powinienem dojść prowadzącą dwójkę. Dobre słowo zawsze miło słyszeć. Dobrze, że robiło się już coraz widniej bo moje światło już ledwo zipało. Ja już lepiej się trzymałem niż moja czołówka Smile.

 

Na Przełęczy Kłodzkiej 198km mocno dopinguje mnie obecny fotograf, którego chyba już spotkałem wcześniej na jakimś punkcie. Nie był to Piotr Dymus, którego spotkałem kilka razy podczas tego biegu, gdy przemieszczał się za pięknymi zdjęciami (co widać po zamieszczonych zdjęciach załączonych w relacji). Smile

 

 

Foto: od fotografa, którego nie znam imienia

 

 

 

Łapię w dłoń banana, arbuza i z buta przed siebie. Im widniej to czuję się coraz lepiej. Ostatnie kilometry sprinterskie – widać na filmiku na mecie jak ciężko oddycham- efekt szybkiego biegu na końcowych kilometrach.

 

Gdy usłyszałem spikera z oddali, gdy wbiegałem już asfaltową drogą do Lądka, wiedziałem, że dotarli do mety mimo to napierałem do końca tak szybko, jak dawałem rady.

 

Na mecie fotele dla pierwszej trójki, które były strzałem w dziesiątkę.

 

Foto: z FB organizatora

 


 

 

Wspaniałe chwile. To był bieg, który dostarczył mi mnóstwo emocji i chyba nie tylko mnie. Dziękuję wszystkim za wspaniałą przygodę, każdy stał się jej częścią. Kibice – krótko- warto dla Was biegać. Smile.

 

Pierwsza Trójka

1.     Kiełbasiński Michał         TEAM360                                           Łódź                                   35h31:53

2.     Kłodnicki Tomasz             MOK Mszana Dolna                       Dobra                                   35h33:26

3.      Pawlowski Lukas              Raw Vegan Run                               Czestochowa                     35h37:23

 


TagsTags:  
10 February, 201410 February, 2014 12 comments Biegi górskie Biegi górskie

Witam Was, szykuję się do celu nr 1 w tym roku dla mnie, by zdobyć fundusz zgłosiłem wyprawę do konkursu, jeśli będziecie tak mili i zagłosujecie na mój projekt to z góry dziękuję, link poniżej

 

www.miejodwage.pl/zgloszenia.php?!=woda&id=110

 

Dziękuję. Pozdrawiam

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
11 Juny, 201311 Juny, 2013 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

Rajd Czterech Żywiołów Trasa TP 50

Parametry trasy:

·         Charakter trasy - marsz/bieg na orientacje

·         Przeznaczona dla osób startujących pojedyńczo - które preferują biegi i marsze.

·         Sposób przemieszczania - Pieszo/biegiem 

·         Długość - 50 km

·         Limit czasu: 12 h

·         Ilość punktów kontrolnych (Pk) - 20

 

...''Rajd Czterech Żywiołów jest to nie tylko atrakcyjny pomysł na przeżycie fajnej przygody, ale także lokalizacja imprezy czyli, usytuowanie rajdu w pięknych okolicach Jury Krakowsko Częstochowskiej oraz  w bezpośrednim sąsiedztwie największej w Europie Pustyni Błędowskiej..."

 

Potwierdzam, jako uczestnik rajdu, że tereny owe są przepiękne i zobaczyć je z bliska, było super przygodą, przy tym biegając i doskonale bawiąc się.

 

Prolog

 

Prologiem zaczęło się napieranie po owych stepach, który polegał na zdobyciu i podbiciu w sumie chyba 11 pkt rozmieszczonych w samej miejscowości Klucze lub na jej obrzeżach.  Dopiero po zaliczeniu prologu, można było przystąpić do dania głównego, czyli 9 pkt rozmieszczonych w okolicy na Ziemi Olkuskiej.

 

Z prologiem pierwszy raz miałem do czynienia, to też i przytrafiła się gafa, która kosztowała mnie ok. 20min. Biegnąc po kolejne podbicie karty na pkt. M pominąłem pkt I.  Moja taktyka opierała się na tym, iż pkt K zdobędę jako ostatni z prologu i będę mógł ruszyć w teren. Taktyka wiązała się z tym, ze z pkt K miałem najbliżej do napierania na punkty, które obrałem jako pierwsze na celownik. Stało się tak, że podczas szturmowego napierania po Kluczach owy punkt I został przeze mnie pominięty.  Musiałem się wracać, nadrabiać i tracić czas na powrót w to samo miejsce.

 

Punkty na prologu znajdywały się np. na ogrodzeniu bazy zawodów, brzegu jeziora, pod UM, boisku szkoły, wzgórzu, lesie, przy kościele, kolejnym wzgórzu.....

 

Nie przejąłem się zbytnio tym faktem, wyciągnąłem wnioski szybko na przyszłość. Nie licząc Kieratów i Rajdu 360 w Gliwicach, gdzie tylko tam miałem możliwość uczyć się nawigacji, to można powiedzieć, ze to był mój chrzest jako nawigator w typowo imprezie BnO z lampionami i ukrytymi punktami.

 

Wyjazd na ta imprezę od samego początku traktowałem jako naukę nawigacji i trening - dłuższe wybieganie. Zabawa, sceneria to wspaniale dodatki do zamierzonego celu.

 

j

Tyrolka, niestety nie dla trasy TP 50, zadanie specjalne dla tras drużynowych

Foto ze strony orga.

 

 

Teren

 

Napieranie zacząłem od południa. Trzeba było wypuścić się kilka km w stronę Olkusza. Zaliczam najpierw pkt.2 znajdujący się przy skale i pkt.1 umieszczony na słupie/wzgórzu, z którego to rozciągał się cudowny obraz panoramy jurajskiej. Biegnąc dalej obieram wariant w przeciwną stronę niż wskazówki zegara, czyli obierając cel na pkt. 9, który znajdował się w kamieniołomie. W drodze na ten punkt trochę mnie zniosło za bardzo na wschód i trzeba było troszkę dorobić przecinką na właściwą ścieżkę.

 

Na tym punkcie akurat znajdował się sędzia z łukiem, gdzie inne trasy miały zadanie specjalne - strzelanie z łuku do tarczy. Okazji nie przegapiłem i również spróbowałem. Tego dnia nie miałem dobrego na aktywność fizyczną, a już na pewno na bieganie, potwierdziło to strzelanie z łuku. Nie w takich opresjach już się bywało, trzeba było ogarnąć się i napierać dalej, przecież to trening i zabawa.

 

Z punktu 9 szlakami przedzieram się na punkt 8, znajdujący się na szlaku, który przecina tory. Obieram 500m dłuższą drogę szlakiem rowerowym, omijając bieg przez wzgórze. Dalej dróżką/szlakiem wzdłuż torów, a następnie torami, które były zarośnięte i zaprowadziły mnie do piaskowni, którą to musiałem ominąć. Następnie wbijam się na szlak niebieski prowadzący między stawami, gdzie Dalej po jakimś czasie na szlaku znajduje się ukryty punkt 7. W drodze na niego mijam już drugą osobę biegnącą w przeciwną stronę niż ja. W tamtej chwili zdałem sobie sprawę, że może jestem jedyny, który obrał inny wariant zaliczania punktów niż wszyscySmile.

 

Kolejny punkt 6, nie był trudny w odnalezieniu, należało pilnować szlaku i dotrzeć do punktu obserwacyjnego  z I wojny światowej, który okazał się zarazem pięknym punktem widokowym na Pustynię Błędowską. W drodze tuż przed punktem mijam sympatycznych uczestników rajdu, którzy próbują wesoło ścigać się ze mną pod górkę.Smile.

 

Punkt 6 to miejsce, gdzie znajdował się sędzia z zadaniem specjalnym dla innych tras, które  polegało chyba na przyniesieniu wody z pustyni. Mimo propozycji od sędziego, czy chcę spróbować, po doświadczeniu z łukiem daruję sobie. Słońce mocno dawało, a znalezienie wody na pustyni wydało się mi czasochłonne, więc ulotniłem się tak szybko, jak tylko pojawiłem Smile.

 

Pustynia jest zarośnięta zielenią, powiedziałbym że sporo tej zieleni, do tego obowiązuje bezwzględny zakaz wstępu na pustynię Błędowska. Jak wyczytałem zakaz ten obowiązuje od maja 2012 r. do grudnia 2013 r. i ewentualne wejście jest możliwe za pisemną zgodą administratora terenu (gmina Klucze).

 

Napierając na punkt 5 szlak czasami się  pojawia, a czasami chowa, znika, multum dróżek, trzeba pilnować kompasu. W ten sposób odkrywam chyba, skąd nazwa pobliskiej pustynni - błędna.

 

To był najdłuższy przelot z punktu do punktu, po drodze mijam kolejnego i po jakimś czasie jeszcze jednego zawodnika napierającego w przeciwną stronę niż ja, co utwierdziło mnie, że jako jedyny biegnę w przeciwną stronę niż wskazówki zegara.

 

Piątka znajdowała się w miejscowości Błędów na zewnętrznej stronie muru cmentarza. Cmentarz duży, obiegłem go dokoła zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdybym obieganie go zaczął w przeciwną stronę, punkt znalazłbym szybciej i zaoszczędziłbym czas i nabiegał ok. 1km mniej.

 

Od tego momentu biegłem na ostatnie dwa punkty ze świadomością, że będą one najtrudniejsze nawigacyjnie. Na punkt 4 początkowo lecieć miałem szlakiem konnym, jednak w ostatniej chwili zdecydowałem się na wariant drogą, która okazała się czerwonym szlakiem, którego nie było na mapie. Wiedziałem, że dorzucę kilkaset metrów drogi, ale była pewniejsza i chciałem zaatakować punkt pewnie, tym bardziej, że znajdował się w jaskini.

 

Wariant okazał się niemal pewny, tzn. kila minut krzątałem się po okolicy, by odkryć skromną jaskinie na obrzeżach polany, z której wystawał fragment skały.

 

Po tym zaliczeniu i podbiciu karty perforatorem, pozostał mi ostatni punkt nr 3, który od samego początku już na starcie jak rzuciłem okiem uważałem za najtrudniejszy do namierzenia.

 

Jak okazało się nie był trudnym do namierzenia, ale za to ścieżka do niego była ‘'frajdowa'' i najbardziej ekscytująca, a zarazem cudowna, bo podczas napierania do niego 100 m przed punktem spotkałem się oko w oko z wilkiem.

 

 Wystarczyło trzymać się ścieżki wzdłuż jezior, stawików. Tak przyjemnie biegło się nad wodą, że za nic nie chciałem opuścić wąskiej ścieżki, która to raz za razem wiła się, troszkę pofałdowana, przecinająca jakieś kanały wodne, przebiegała coraz to bardziej zarośniętym terenem, aż zaprowadziła mnie do tak mokrego terenu, że nie dało się tego ominąć, tylko trzeba było brnąć przez wodę po kostki, do tego chwile wcześniej chyba padało tutaj trochę, bo miałem jeszcze deszczyk z drzew jak mocniej zawiało, a jakiś czas wcześniej zagrzmiało w okolicy.

 

Takiej ścieżki opuścić nie mogłem. Gdy już kończyła się i widziałem, że chaszczowanie kończy się, a zarazem z mapy wynikało, że punkt jest tuż tuż, przez gałęzie w biegu zobaczyłem kątem oka, że drogą idzie sobie ..... konsternacja .... Wilk !!!.

 

Wypadając ze ścieżki, by podbić kartę i znaleźć punkt musiałem skręcić w lewo.

 

Wypadłem, z krzaków, pierwsze co mnie zdziwiło, że zwierze nie spłoszyło się, ba nawet nie zareagowało gwałtownie. Specjalnie zacząłem zachowywać się głośno, by zwierze mnie zauważyło, by nie poczuło, że napieram na nie jako wróg.

 

Dzieliło nas jakieś 10m, gdy wypadłem z tych krzaków, zrobiłem dwa, trzy kroki w jego stronę i w tym momencie dopiero zareagował, zatrzymał się i obrócił głowę w moją stronę, w tym momencie zatrzymałem się i zamarkowałem, że wracam. Widząc to zaczął dalej iść przed siebie.

 

Co tu zrobić myślę?! Gdyby nie punkt, który znajdował się za mogiła jakieś 100m dalej poszedłbym sobie w inną stronę. Obejść go też nie mogłem, bo droga akurat przebiegała tak, że po obu stronach znajdowały się jeziorka, więc gdybym chciał go ominąć i dotrzeć do punktu z innego kierunku musiałbym forsować jezioro z dużą ilością trzciny itd. Ta opcja odpadała.

 

Widzę, że wilk zszedł z drogi, wynikało z tego, że musiał zejść na brzeg. Ponownie idę w jego stronę, powoli ostrożnie, widzę jak stoi nad brzegiem, znów na mnie zerkając .... nagle.... Plum, wszedł do wody i zniknął mi z pola widzenia. Trawa i trzcina wysoka, niewiele widać. Słyszę chlust wody co jakiś czas, a następnie szelest trzciny. Idąc krok po kroku zastanawiam się, czy czasem nie ukrył się w tej wysokiej trawie i zaraz wyskoczy.

 

Muszę wam powiedzieć, że od momentu naszego pierwszego spotkania wzrokiem, nie czułem strachu ani przez chwile nie poczułem zagrożenia przed nim. Tak jakby obdarzyliśmy się zaufaniem i każdy chciał iść swoją drogą. Coś niesamowitego, dla samego tego spotkania warto było być tu i teraz na tym rajdzie.

 

Podążając tak krok za krokiem idę ostrożnie powoli drogą, ze świadomością bez kontaktu wzrokowego, za to z kontaktem słuchowym plusk wody i szelest trawy/trzciny, że tuż obok raptem kilka metrów ode mnie jest Wilk, który właśnie bierze kąpiel, może poluje, albo po prostu zszedł mi z drogi, a być może obmyślił wcześniej taki wariant swojej podróży. Gdy już minąłem jeziorka i znalazłem się przy mogile podbiłem kartę - ostatni punkt zdobyty i udałem się  w stronę mety. Spotkanie z wilkiem zostanie we mnie na zawsze.

 

W drodze na metę wystarczyło wydostać się z lasu na drogę i poboczem non stop pod górę podążać do celu. Te kilka bitych kilometrów poboczem dało mi czas na analizę spotkania z wilkiem, jak i ocenę rajdu, punktów, widoków i całej reszty w tej zabawie. Przy grzmiącym niebie, ale w słoneczku, gdyż grzmoty były w oddali docieram do biura zawodów uzyskując czas 6h36min napierania zajmując, jak się okazuje patrząc na wyniki 3 pozycję!. Busola od Traszki pokazuje, że zrobiłem 55km.

 j

Tak wygląda moja mapa po rajdzie

 

 

 

TagsTags:  
7 Juny, 20137 Juny, 2013 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

B160NR

 

..z regulaminu...:

 

...„Beskidzka 160 Na Raty jest imprezą etapową, w trakcie której jej uczestnicy będą rywalizować na trasach przebiegających po szlakach i drogach Pogórza Cieszyńskiego oraz Beskidu Śląskiego. Biegi odbędą się w dwóch terminach: Edycja Wiosenna i Edycja Jesienna oraz na dwóch dystansach: Głównym (ok. 75 km i 85 km) oraz Krótkim (ok. 50 km). Suma pokonanego dystansu wyniesie ok. 160 km. Można będzie wziąć udział w jednej, dowolnie wybranej edycji lub w obu.

Beskidzka 160 Na Raty jest biegiem górskim, którego trasy przebiegają po oznaczonych, turystycznych trasach Pogórza Cieszyńskiego i Beskidu Śląskiego (ok. 80%)."...

 

Zawody odbyły się 27 kwietnia 2013

 

 

jB160NR

 

Uzupełnię ten wpis swoim: połączenie ultra maratonu z biegiem na orientację, chyba nie było osoby która się nie pogubiła. Dla mnie takie połączenie to extra, chwilowo też byłem poza trasąSmile, ale były też miejsca świetnie oznaczone, pierwsza edycja wyznacza lepsze następne edycje w co wierzę, że tak będzie, jak tacy sympatyczni ludzie wzięli się za organizację, dobrze że komuś chce się coś takiego robić. Całkowicie asfaltu w Beskidzie Śląskim ciężko pominąć taka to urbanizacja.

 

5 dni na regenerację po Orlen Warsaw Marathon (2:57 Rż) nie jest długim czasem, by powalczyć o czołowe lokaty ... a jednak !

 

Start o 5 rano wiązał się z pobudką o 3 w nocy. Trzy godziny snu ( przed OWM również spałem ok.3h) nie jest snem, gdzie można podładować akumulatory choćby na 80%.

 

j

Ultra Zielona Ekipa przed Startem

foto: Alek

 

Pierwsze 15k odsłoniło minus tego ultra maratonu. 15km bitego asfaltu, ale dzięki towarzystwu Alka z Katowic mija dosyć szybko.

 

Beskid Śląski ma to do siebie, ze jest tak z urbanizowany iż wytyczyć trasę bez asfaltu jest niemal niemożliwe. Start w gminie Dębowiec, która leży nieco w oddali bliskości gór, dostarczył nam bólu, szczególnie w drodze powrotnej 15k przebytej w ogromnym upale, który wtapiał nas w asfalt. Kto biega po terenie i przyjdzie mu na ultra biec po asfalcie końcówkę i do tego w Słońcu, gdzie wskazówka wybija południe ten wie jak to smakuje i jaką męczarnie trzeba przebyć do linii mety.

 

Wracamy na trasę startu, mniej więcej od 15 km na pierwszym podejściu na Równicę Szczyt nabieram prędkości i migiem przesuwam się do czołówki peletonu, zaliczając punkt kontrolny nr 1 na drugiej/trzeciej pozycji. Dalej ostry zbieg prowadzący do punktu żywieniowego na ok. 25km. Wypadając z ostrego zbiegu na ulice chwilo nie jestem pewny, czy biec w prawo czy lewo, nie widziałem oznaczenia żadnego. Po zorientowaniu się w jakim kierunku, wypada następny zawodnik i jeszcze jeden ( zawodniczka) i tak dobijamy do drugiego punktu kontrolnego - Brenna, a pierwszego żywieniowego.

 

j

Czołówka Biegu 1pkt żywnościowy

foto: ze strony orga.

 

Przed nami następny podbieg z Brennej na Grabową Szczyt do 3 punktu kontrolnego. Tutaj zaczynam zyskiwać przewagę, nie wiem jak wielka, ale pewnie deptali mi po piętach. Punkt nr 3 zaliczam samotnie i napieram dalej, tempo mocne, cały czas się zastanawiałem na ile nogi pozwolą mi dziś pobiec, po ostatnich mocnych akcentach treningowych i zawodach.

 

Nogi jednak niosą i to całkiem nieźle, cały czas czołówka biegu. W drodze na Klimczok umyka mi szlak na kilka minut co wybija mnie mocno z rytmu i tracę czołową lokatę. Był to 40 km. Do tego czuję pęcherz co rzadko się mi zdarza, rozwiązuje również sznurówka i łapie delikatnie skurcz w łydce. Wszystko to dzieje się rapem w kilka minut co po podsumowaniu wprawia mnie w nerw co też się rzadko zdarza. Po opanowaniu sytuacji na Klimczoku podbijam kartę punkt nr 4 wraz z trzema osobami. Po pewnej stagnacji i spokoju nagle robi się ciasno. Dobiega do nas parę osób z tyłu, ale i z przodu widzimy, że ludzie pogubili się i bieg zaczyna się na nowo. Kto silniejszy rusza z kopyta przed siebie.

 

j

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mieszając szlaki trasa prowadzi dalej do Wapienicy Górnej, gdzie znajduje się punkt nr 5 oraz drugi punkt żywieniowy przewidziany przez organizatora.  Leci się tam w dół i leci, końca nie widać. Najbardziej męczący był chwilowy asfalt do tego punktu i rosnąca temperatura powietrza. Z tego punktu mamy długi przelot prawie 7km niebieskim szlakiem przez Błatnią Schronisko do Wielkiej Cisowej, gdzie znajduje się punkt nr 6. Po drodze wpadam do schroniska na wodopój. Sympatyczny sprzedawca miło odbiera info, że to bieg ultra i pociesza, ze już niedaleko i że później będzie łatwo. bo tylko asfalt?! Każdy kto biega po górach, tym bardziej ultra wie, jak asfalt dobija, a szczególnie gdy znajduje się on na końcowych kilometrach trasy i do tego jeszcze przy pełnej lampie Słońca. Na tym odcinku spotykam też super doping od napotkanych turystów, w tym przesympatycznych dzieciaków na wycieczce, przybijających piąteczki. Smile.

 

Czerwonym szlakiem mknę na Górki Wielkie nad Brennicą, po drodze wyprzedzając kilku zawodników, którzy minęli mnie po feralnym błędzie na szlaku w napieraniu na Klimczok.

 

Na szlaku tym po wybiegnięciu już na asfalt nawiązuje nowa ultrasową przyjaźń z Tomaszem z Tarnowskich Gór. Do mety ostatnie ok. 15km pokonujemy już razem, prowadząc sympatyczną rozmowę, uwaga! nie tylko o bieganiuSmile.

 

 

Oj jak męczący był to odcinek do punktu nr 7 usytuowanego na Kaplicówka Skoczów.

 

Na szczęście po podbiciu karty na tym punkcie, dalej  chwilo trasa prowadziła lasem i można było poczuć grunt i pooddychać przyrodniczym powietrzem i tutaj prawie do samego końca oznaczenie trasy było jak najbardziej w porządku.

 

Przy niesamowitej lampie słonecznej wbiegamy razem na metę z czasem 10h13min. zajmując tym samym ex quo 5 miejsce, a w kategorii 3 miejsce.

 

j

Meta

foto : ze strony orga.

 

Bardzo sympatyczna impreza. Klimatyczna, kameralna atmosfera stworzona przez ludzi oraz samych organizatorów zachęca do udziału w dalszych edycjach.

 

We wrześniu druga edycja Jesienna, toż to Beskidzka na Raty do zaliczenia zostanie tylko 85kSmile.

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
3 Juny, 20133 Juny, 2013 5 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

Kierat ! Górska Setka na Orientacje.

 

Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2013: 


Teren: Beskid Wyspowy, Gorce; 
Start/meta: Limanowa; 
Dystans: 100 km; 
Suma podejść: 3600 m; 
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc); 
Termin: 24-26 maja 2013 r.

UTMB - 3 punkty

 

k

Foto: Adam Bielak

 

KOMUNIKAT SĘDZIOWSKI ( ze strony orga.)


... W X Międzynarodowym Ekstremalnym Maratonie Pieszym KIERAT 2013 wystartowało 611 zawodników, w tym 64 kobiety i 547 mężczyzn. Trzej zawodnicy, którzy nie dotarli nawet do 1 PK, nie zostali sklasyfikowani. Do mety dotarło 387 zawodników, w tym 27 kobiet i 360 mężczyzn. Sześcioro z nich przekroczyło nieznacznie regulaminowy limit czasowy. Sędziowie nie stwierdzili żadnego przypadku rażącego naruszenia regulaminu zawodów - nikt nie został zdyskwalifikowany. 

 

To bardzo dużo, jak na stosunkowo trudną trasę tegorocznego maratonu. Na trudność tej trasy złożyły się: nieco większa niż zazwyczaj suma przewyższeń, rekordowe ilości błota na sukcesywnie zwilżanej deszczem trasie i związana z tym zmniejszona przyczepność obuwia do podłoża, gęsta mgła spowijająca szczególnie górne partie Ćwilina oraz odcinek specjalny w postaci Linii Obowiązkowego Przejścia Percią Borkowskiego pod Luboniem Wielkim. Wyniki osiągnięte przez ogół uczestników X Jubileuszowego MEMP Kierat 2013 świadczą o ich bardzo dobrym przygotowaniu...

 

k

Punkt nr 10 i obmyślanie trasy wraz z Darkiem kompanem 

Foto: Michał Bubel

 

KIERAT MOIM OKIEM 2013

 

Tegoroczny Kierat to popis budowniczego trasy, to wreszcie taki Kierat na jaki przez te wszystkie lata sobie zapracował na swoją już kultową renomę, to Kierat przez duże K. Minimalna ilość asfaltu, trudność terenu, ostre pionowe podejścia, czyli lufy, prawie non stop teren, do tego wymarzona pogoda do ścigania. To był taki Kierat  jaki poznałem 4 lata temu z chaszczowaniem przez większą część terenu. Rzekłbym ze Kierat wrócił do swych korzeni.

 

Start w Limanowej po raz trzeci ramię w ramię z Darkiem. W drodze na pierwszy punkt tradycyjnie ploteczki z ostatniego roku, następnie ustalamy taktykę.

 

Pierwsze podejścia i chaszczowanie zaczyna się już w drodze na drugi punkt tnąc na azymut przez Masyw Łopienia.  Punkt ten i następny w Dobrej nie stanowi większego problemu.

 

Zabawa zaczyna się w drodze na Ćwilin spowijająca gęsta mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów, czasami nawet do 2 metrów. Do tego zapadająca ciemność i ostre podejście na Ćwilin,  bardzo ostre.

 

Na szczycie polany, mgła tak gęsta, ze krzyczę do punktu: Hop Hop punkcie, gdzie jesteś szukamy Cie?! Nagle z kilkunastu metrów odzywa się punkt : tu jestem i nawet podbijam karty!Smile.

 

Po podbiciu 4 punktu mglistym, okropnie mglistym, tak mglistym ,Że po odpaleniu czołówek jest jeszcze gorzej, napieramy żółtym szlakiem do Mszany Dolnej na punkt nr 5. Mimo nieodpalonej czołówki i trudnego terenu we mgle przesyłam informacje (SMS-y)do Tomka111 co się dzieje na trasie. Smile.

 

Punkt w Mszanej znajduje się na wschodnim brzegu Mszanki, którą to nie wiedząc jeszcze będziemy przeprawiać na druga stronę.

 

Mgła mocno spowalnia i utrudnia prawidłowe poruszanie się po szlaku. Jest tez bardzo błotnisto. Buty co rusz jak podeschną to znów mokre i tak w kolo błotka.Smile.

 

 

Urywamy się grupce z która chwilami pokonywaliśmy ten odcinek i nowatorską w tym momencie droga napieramy niemal wprost na punkt nr 5. Wypadliśmy z terenu jedynie jakieś 50m od punktu Smile.

 

Podbijamy karty i lodowatą przeprawą przez rzekę Mszankę przedostajemy się na drugi brzeg. Oczywiście była opcja dorzucić drogi na most, ale szkoda czasu i zabawy. Po tzw. progu spowalniającym nurt rzeki, murku śliskim i z coraz głębszym i silniejszym nurtem pokonujemy rzekę szeroka gdzieś na 10m. Buty w dłoń i na drugi brzeg goń goń goń.

 

Pierwsze kroki ostrożne ślisko, ale im dalej to lepiej za to nurt silniejszy i głębszy. Darek idąc za mną ponagla : szybciej bo mi już stopy odpadają i nie wytrzymam.

 

No cóż trzeba było przyśpieszyć. Lodowata woda wspaniale podziałała na stopy, oj ulga rewelacyjna. Byli też tacy co w butach napierali przez rzekę co w dalszej perspektywie chyba ich spowolniło np. gość wykręcał skarpety, którego minęliśmy już na czarnym szlaku w drodze na punkt nr 6, czyli Stok Adamczykowej.

 

Tuż po przeprawie rzeki, zaraz za nami wpada ekipa Sławusia, stary znajomy ultras, jest ich tam dobre z 15 osób,  co jak się okaże etap nocny będziemy pokonywać razem. Z tego co pamiętam momentami było nas tam ze 20 osób. Bardzo długi tramwaj, ale też bardzo wesoły i zgrany. W grupie tej były m.in. 4 pierwsze kobiety tegorocznego Kieratu w tym legendarna zwyciężczyni Czeszka Magda Horova.

 

Najweselszym momentem, chyba była scenka, gdy w drodze na Glisne punkt 7, zatrzymaliśmy się na chwilę na rozwidleniu dróg. Jakiś jegomość poszedł za potrzebą, dokoła terenu tyle, do wyboru do koloru, ale akurat upatrzył sobie taka miejscówkę, gdzie jak się do niej skierował, to usłyszał: ZAJĘTE.

 

Miejscówkę okupowały już kobiety, no ubaw na całego, dokoła lasy, łąki a tu taki numer, Zajęte. Hehe Smile. Kierat.

 

Na punkcie 7 - punkt żywieniowy, z tym ze jeść nie bardzo było co, umiesz liczyć licz na siebie.

 

Po lekkiej pożywce (własnej) ruszamy na kolejną lufę - Luboń Wielki. Długie ostre podejście. Momentami jak koty wbijamy się w szlak i pniemy w górę. Na górze punkt nr 8.

 

Pomiędzy 8, a 9 punktem budowniczy trasy wprowadził LOP, czyli Linia Obowiązkowego Przejścia. Był to odcinek bardzo wymagający, szczególnie w tych nocnych mglistych warunkach. Perć Borkowskiego, bo tędy prowadził LOP, to bardzo trudny szlak, wymagający ogromnej ostrożności i gimnastyki. To właśnie tutaj noga utknęła mi między głazami, tak, że nie mogłem jej wyciągnąć. Zaklinowała się, dopiero po odepchnięciu głazu mogłem uwolnić stopę.

 

Na końcu relacji dam link do Perci Borkowskiego, jeśli będziecie w tym rejonie musicie tu zajrzeć koniecznie i zaliczyć ja, niekoniecznie w nocy Smile.

 

Na tym odcinku na chwile odprężyłem się i nie spoglądając na mapę podążyłem za Sławusiem i jego bandą.  Sławuś to wybitny nawigator, naprowadził nas po ostrym chaszczowatym zejściu na punkt, który znajdował się w Kamieniołomie.

 

Z punktu 9 na 10 Poręba Wielka - rozwidlenie dróg, można się na chwile odprężyć, jednak trzeba być czujnym, droga mimo, że po szlaku właściwie, ale jest noc i łatwo można przegapić zakręt. Góral spod Nowego Sącza wykazał się tą czujnością i skręcamy we właściwy kierunek.

 

Tradycyjnie już 3 godz. z minutami zaczynają ćwierkać ptaszki, co zwiastuje rychły świt. Tej nocy mimo fatalnej prognozy pogody nie odczuwało się zimna i nie padało też, a zapowiadano deszcz już od samego startu. Chmury wisiały cały czas, choć przez kilka momentów coś się przejaśniło w nocy.

 

k

FOTO : Adam Bielak

 

 

Już nie pamiętam, pomiędzy którymi punktami to było, ale przeprawialiśmy się przez ogrodzenia pod napięciem, mierżąc się wzrokiem z bykami i skacząc przez jeszcze jakieś ogrodzenia. Wesoło było.

 

Jak zastanawiasz się jak pokonać 2 metrowe ogrodzenie to oto sposób: rzucasz mapę i nie masz wyjścia musisz już chybać na drugą stronę, oto mój sposób.Smile

 

Gdy docieramy do punktu nr 11 jest już od dawna widno, po krótkim postoju na herbatę Sławuś po okrzyku : BANDA JEST? Ruszamy dalej na przód do punktu nr 12 mieszczącym się na polu biwakowym. Już na tym odcinku grupa nocna szarpie się i topnieje z każdym kilometrem. Multum wariantów pozwala każdemu na rozwiniecie skrzydeł.

 

Z Darkiem nawigacja na tegorocznym Kieracie idzie nam bezbłędnie, po zaliczeniu punktu nr 12 zostawiamy przesympatyczna bandę Sławka i obieramy już własne warianty. Z Darkiem to już trzeci Kierat uzupełniamy się doskonale, z roku na tok poprawiając się w każdym elemencie, w tym najważniejszym nawigacji.  

 

Multum dróg, przecinek i gęsty las na wzgórzu w drodze na punkt nr 13, daje dużo możliwości, łatwo tez zatracić się i zmarnować czas. Jednak tutaj nawigacja pod moim dowództwem przebiega idealnie na punkt znajdujący się na polanie.

 

Po zaliczeniu punktu nr 13 należy zbiec w dół,oczywiście chaszczujemy pokonujemy jakieś strumyki, by po przekroczeniu drogi znów zapychać pod górę i to ostro. Troszkę nas rzuciło za bardzo na prawo i chaszczujemy mokrą wysoka trawą. Zresztą cały ten Kierat to mokro w butach. Łąki tniemy na azymut we czwórkę, po drodze dołącza do nas Koń. Piękny ogier z długą grzywą. Tak nas polubił, że szedł za nami dobre ze 100m, popychając jednego z naszej ekipySmile .

 

Po naprowadzeniu na 14 punkt, gdzie chłopaki rzucili się na kabanosy  GOPR-u, nawet jakiś miejscowy kundelek miał smak na nie,  pozostaje nam ostatnie podejście na punkt 15,a później już tylko 8km asfaltu do mety Smile.

 

W drodze na punkt 15 zaczyna padać, co jednak przynosi tylko uśmiech na mej twarzy i dodatkowe siły. Dużo nie popadało, ale na tyle fajnie by móc sobie pohasać jeszcze te ostatnie km po mokrym w deszczu lesie.

 

Zaliczamy punkt nr 15 i pokonujemy ostanie 8km po asfalcie do mety, mając przed sobą zwyciężczynie  Czeszkę. Nie gonimy jej, pozwalamy jej odskoczyć ostatecznie, nie mamy sumienia wyprzedzać jej, ani nawet rzucać wszystko na jedna szale i walczyć o pierwsza 20.

 

 Jesteśmy bardzo zadowoleni z siebie, wspaniały czas dla nas, bezbłędna nawigacja, fenomenalna trasa, pogoda, przygoda,ludzie. Te kilka miejsc wyżej nie wiele i ta by zmieniło. W porównaniu z poprzednimi Kieratami robimy milowy skok, uzyskując tym samym nasz najlepszy wynik, poprawiając zeszłoroczny o 3 godziny !!!.

 

Oczywiście Kierat Kieratowi nie równy, bo trasa jest inna i nigdy nie wiadomo co się wydarzy i jak pójdzie nawigacja, nie mniej można już określić po takich wynikach miejsce w szeregu, wierzę, że za rok będzie jeszcze lepiej, bo podkręcimy tempo.

 

k

META !

Foto: Darek Bielak

 

Zajmujemy ex quo 23 miejsce z czasem 16h48min i jesteśmy szczęśliwi, a to co przeżywamy podczas tych napierań to nasze i nikt nam tego nie zabierze. Kierat to jest jedyna impreza, która chce zaliczać co roku bezwzględnie, jak tylko warunki życiowe pozwalają. To był mój już 4 z rzędu i chce jeszcze Smile.

 

wlodec - Raw Vegan Run

 

 

Link do Perci Borkowskiego ( wikipedia)

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Per%C4%87_Borkowskiego

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags:  
15 September , 201215 September , 2012 6 comments Biegi górskie Biegi górskie

 

...''A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne''... W.S. Reymont, Z konstytucyjnych dni.

 

VIVE MONT BLANC ET LUCAS LE GRAND !!!!

 

Plac w samym centrum deptaka w Chamonix wypełniła lawina ludzi przyodzianych w różne i dziwne ozdoby. Ubiór ich wyróżniał nie mniej jak nazwa biegu i dystans, z którym to mieli zmierzyć się. Tego kończącego sierpniowego lata jednak niedane było im. Jedną z najtrudniejszych tras biegowych świata zmieniono. Nadchodzące wiadomości głęboko z Alp zapowiadały kilka dni wcześniej oszałamiające nagłe i złe pogorszenie warunków na szlakach. Po upalnym, słonecznym 30 stopniowym całomiesięcznym dogrzaniu, szczyty zamieniły się w białe lodowate rożki, a potoki wypełniły  spływającym z wysokich gór błotnistym deszczem. Wiatr opanował Doliny i Przełęcze wdzierając się w każdą szczelinę na swej drodze.

 

Królewski dystans 170km 9800+ zostaje skrócony do 100km 6000+. Informacje tą dostaję przy odprawie w dniu zawodów około południa. Jak piorun wiadomość ta rozchodzi się po hali, wychodząc na ulice Chamonix, docierając falą radiową do pozostałych uczestników święta, jakim jest UTMB - ULTRA TRIAL DU MONT BLANC.

 

j

Masyw Mont Blanc w dniu startu

 

Odprawa jest skrupulatna, należy odmeldować się ze sprzętem na miejscu. Wszystko dokładnie jest sprawdzane, lista obowiązkowego sprzętu jest na całą kartkę A4. Czegoś nie masz, nie startujesz. Należy też być przygotowanym na kontrolę podczas biegu. Sprawdzony sprzęt zostaje przypieczętowany i oznakowany specjalną wstążką na plecaku, która to zostanie odcięta po przekroczeniu linii mety. Na nadgarstek dostaje się gumową bransoletę, której to nie można zdjąć aż do zakończenia imprezy.

 

Informacja o skróceniu i zmianie trasy dajé do myślenia, czy w ogóle nie odwołają startu. Patrząc w góry, których i tak nie sposób dostrzec, bo pogoda jest tak fatalna nie można być pewnym, że impreza się odbędzie.

 

Niedługo potem darekk napisze na forum:

 

‘'Niestety w tym roku, ze względu na fatalne warunki pogodowe UTMB skrócono do 100 km.Wlodec trzymamy kciuki.''

 

Jedno jest pewne, że Mont Blanc nie obiegniemy w tym roku, nawet nie wybiegniemy poza terytorium Francji.  Jedynie pierwsze 39km prowadzi normalną trasą, reszta to nawrót i sztukowanie trasy, gdzie najwyższe punkty to 1900 m n.p.m.

 

Les Contamines - La Balme - Les Contamines retor - Les Houches - Argentiere

 

Prognoza: zimno, deszcz i śnieg, wiatr dochodzący do 70km/h powodujący, ze temp odczuwalna to -10 stopni C. Organizator zaleca 4 warstwy odzieży!!!.

 

Nie zmieniam kompletnie nic w swoim sprzęcie i taktyce. Zabieram tyle sprzętu i tyle jedzenia ile miałem zabrać na 170km. Zaczynam tez bardzo wolno, by piąć się w górę po każdym punkcie kontrolnym.

 

Gęstnieje tłum, 2300 zawodników ustawia się na linii startu, trzy razy tyle, to kibice wypełzający z każdej strony, zajmując dogodne dla siebie miejsce, by móc dopingować ruszający korowód biegaczy.

 

To 10- ta jubileuszowa impreza UTMB, w związku z tym tuz przed startem organizator uskrzydla nas krótkim filmikiem na telebimie, znajdującym się po prawej stronie, po którym to następuje odliczanie 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1...START.

 

j

Start/Meta UTMB

 

Przy dźwiękach VANGELIS - CONQUEST OF PARADISE ruszamy do przodu, w deszczowe zaśnieżone zimne i wiatrowe ALPY. Tego piątkowego wieczora Chamonix, Alpy należały do nas, do biegaczy.

 

Cóż to za wiwat tłumu obfitował w gromkie brawa, uśmiechy i nadzieje na twarzach zawodników, kibice barwnie, kolorowo i bardzo żywiołowo, wręcz nieśli dopingiem pełnych energii zawodników. Nie ostawili nawet milimetra, by móc wepchną się i spojrzeć jak ruszają do przodu. Zajęte wszystkie balkoniki, podesty, knajpeczki i kawiarenki. Barierki uginające się pod ciężarem widzów wariują z zachwytu potupywania i truchtania zawodników z 72 krajów, pnących i wijących się w górę strumieniem ludzkich ciał. Widok to niecodzienny bez bała fascynujący ujmujący i wzniosły podnosząc ludzkie serce, dający wiarę i nadzieje na osiągnięcie sukcesu. Niezapomniane i ujmujące na długo, na wieki to chwile.

 

Czterdzieści minut przed startem znajduję dogodne miejsce w ogonie sznura zawodników.  Po odliczeniu i wystartowaniu wbiegam na kamerę przesyłając buziaki wszystkim kibicującym i oglądającym zmagania ultrasów.

 

Pogoda lekko patrząc na nas, nie pada na głowę, na 8km słyszę z tłumu ‘'dajesz Łukasz dajesz'' - obracam się - to Jarek z ekipą, stoją z biało czerwoną flagą i grzeją z dopingiem! Rewelacja!.

 

Nieco kilometr dalej zaczyna kropić, by chwilę później skroplić nas na całego. Zapada zmrok. Odpalone czołówki pryskają energią. Przebiegając przez Le Delevret  14km trasy znajduję się na 1189 pozycji. Ciągnąc w Górą jestem świadkiem, jak jeden z zawodników przede mną wypada z trasy niczym kolarz na zjeździe Tour de France. Dziwię się, że pod górę można wypaść z trasy. Jest ciemno, sturlał się biedak w ciemne i nieznane drzewa. Zatrzymuję się, wyciągam i podaję grabę, z chłopkiem wszystko gra, napieram dalej.

 

j

 

Wzniosłe to pagóry, siejące nieznane w naszych umysłach, kwitujące i stopujące w najmniej oczekiwanych miejscach, dając do ostrożnych stawianych kroków ku przodowi górskiemu w kierunku wschodzącego księżyca za horyzontem, wzbudzając naszą uważność i ostrogę nad nadchodzącymi przeszkodami pojawiających się i czyhających w najmniej spodziewanych miejscach.

 

Deszcz i przenikające zimno jest już tak odczuwalne, ze na pierwszym punkcie żywieniowym, szczeka zaczyna sama gadać. Wbiegając do miejscowości kibice są wszędzie. Mimo tego okropnego zimna, stoją tam i dopingują każdego o każdej porze. Słychać tylko gromkie brawa i ‘'allez allez''. Sama gadająca szczęka mówi mi, ze trzeba przyspieszyć tempo. Na zbiegach mijam zawodników jak tyczki. Jest ciemno, błotnisto, ślisko i wąsko, ale slalom gigant działa i napieram z gracją.

 

 

W pełnym solidnym deszczu po stromym bardzo wymagającym błotnistym zbiegu po wąskiej ścieżce momentami nad przepaściami zaliczając punkt odżywczy wzniosłem sie na wysokość wysokości, nawet nie wiem, kiedy deszczowa mokra kraina zamieniła sie w śnieżną zimną lodowatą nieprzyjemną otchłań. Krok za krokiem, wraz z nim but za butem sunął po śnieżnym stoku.  Przeszywający mokre przemoczone kilkugodzinnym deszczem ubranie chłód i silny wiatr wita mnie wraz z płatkami śniegu na białej polanie. Mocniej zaciskam lodowate dłonie, poruszam palcami by poprawić krążenie, nie ma czasu na zawieszenie, trzeba cały czas myśleć, pełna świadomość i doświadczenie pozwalają mi robić to, co chcę, a chcę do przodu, bez paniki sunę serpentynami po ledwo widocznym szlaku zdobywając kolejne metry. Dookoła ciemność i chmury na wyciągnięcie języka, krople spływające po czole i policzkach, jedyne światło pada z mojej czołówki, zawodnicy przede mną momentami ujawniają się aurą swojej postaci, po czym znikają jak duchy. Podłoże zmienia się jak w kalejdoskopie, po ubitej dróżce nagle pojawia się teren niczym z biegu na orientacje.

 

j

 

To w tym momencie UTMB ujawniło swą moc, niemal jednocześnie uświadamiam sobie, dlaczego organizatorzy skrócili i zmienili trasę, zarazem dziękuje, że chociaż puścili nas na te 100km. Warunki na górze miały być ciężkie temp. do -10 stopni, wiatr dochodzący do 70km, a wszystko to powyżej 2000m n.p.m. Mając na sobie mokre ubranie od deszczu i potu to mało przyjemne uczucie i ryzykowne na dłuższą metę. My wspięliśmy się na 1900m.n.p.m. i już było źle, a co dopiero wyżej. Jak później się okazało na 2500m na jednej z Przełęczy, przez która mieliśmy m.in. biec śniegu chłopaki z PTL mieli po kolana........

 

Po pokonaniu śnieżnego odcinka zbiegiem wśród skał w mleczną krainę z widocznością metra napędzeni szybkością i grawitacją mkną po górskiej nawierzchni rozpychając łokciami, czubkami butów i oddechem gęstą białą przestrzeń wchodzącą do oczu i wdzierającą się do gardła. Tumanów kurzu nie ujrzycie, wszystko przykryte mokrym świeżym deszczem lejącym się nieustannie z ciemnego mrocznego nieba. Naciskając mocniej w swe podeszwy melodyjnie i rytmicznie uderzając w alpejską ziemie, przenikają do przodu i znikają za kolejnym zakrętem nie oglądając się za siebie, a patrząc za następnym kilometrem kierując się ku celowi.

 

Właściwie to nawet nie wiem, kiedy, zmrok zniknął, a pojawił się Świt. Z każdą godzina pogoda poprawiała się, po lodowatej nocy, dzień przyjąłem z utęsknieniem. Opady ustawały, nie mieliśmy już dużej wysokość, przez co wiatr był bardziej znośny. Jednak wyziębione ciało potrzebowało non stop energii na ogrzanie. Na punktach wypijałem zawsze herbatę, a czasami nawet kawę. Herbatę piję rzadko, a kawy to już w ogóle. Zajadałem się pomarańczami i bananami oraz bagietkami. Mimo uginających się stołów na punktach odżywczych, poza wymienionymi produktami żywiłem się wyłącznie swoimi wyrobami. Jednak, gdy ktoś zajada, co popadnie, to tak naprawdę nie musi brać zapasu do plecaka, na tych stołach jest wszystko, uczta jak u króla, włącznie z batonami i napojami energetycznymi. Ciekawym rozwiązaniem jest na punktach wodociąg z kranami, gdzie można bardzo szybko i sprawnie napełniać camelback'i. Osobiście nie skorzystałem w ogóle z napełniania podczas zawodów. To, co zatankowałem przed zawodami ok. 1L wody z magnezem starczyło mi do ok. połowy trasy. Biegłem z bidonem, którym operowałem przez cały dystans, mając swój izotonik, a na punktach jedynie pobierałem do niego trochę wody.

 

Na punktach kontrolnych i żywieniowych w terenie, w górach, zawsze rozpalone jest ognisko, przy których za każdym razem widziałem grzejących się zawodników.

 

Gdy ciemność swą siłą dogniatała wyziębionych bohaterów alpejskich ścieżek górskich, gdy księżyc pospiesznie podążał za swym drogowskazem, gdy mroczne mokre otchłanie odchodziły w nieznane, nagle ujawnił się obrońca Świt, natchniony nową energią, tryskający jaskrawym światłem oświetlając drogę walecznym ultrasom niezmiernie podążającym do celu. Bieg przybrał nowy wymiar, a zwierciadło czasu uruchomiło swe mechanizmy tkwiące w biegaczach, prowadzące do nowych niezliczonych sił strudzonych nocnym napieraniem zmęczonych już walecznych nadludzi.

 

j

 

Niektóre zbiegi po opadach nocnych były dość niebezpieczne, szczególnie jeden porośnięty trawą i błotem po kostki. Rozwinąłem tam bardzo szybką prędkość mijając kolejnych zawodników pnąc się w klasyfikacji generalnej. Podejścia w końcówce okazały się bardzo solidne, na jednym z nich na moich oczach nagle zawodnik przewraca się, pada i nie rusza . Miał szczęście gdyż bardzo blisko była służba medyczna.

 

Ostatnie 8km to dość płaski teren prowadzący do Chamonix, do mety, do kibiców wiwatujących na widok każdego zawodnika. Gromkie brawa na ulicach Chamonix, im bliżej mety tym większe tłumy, większy hałas i aplauz. Wbiegając czujesz się jak zwycięzca nie tylko pokonanego dystansu, ale całej imprezy. Dla nich nie ważne, który jesteś, jesteś bohaterem, częścią historii, publiczność również nią jest i doskonale to reprezentuje oddając cześć i hołd zawodnikom. Taki doping towarzyszy wszystkim podczas całej imprezy, na całej trasie, nie mając znaczenia, które zajmujesz miejsce jesteś witany jak Król.

 

Piłkarze mają World Cup, lekkoatleci Olimpiadę, koszykarze NBA, żużlowcy Polską Ekstraklasę, a My biegacze mamy UTMB, najbardziej prestiżowe i jedne z najtrudniejszych imprez biegowych na świecie, nieoficjalnych Mistrzostw Ultra z bazą w Chamonix, u stóp Mont Blanc, który to odsłonił się w całości w dniu niedzielnym, podczas dekoracji zawodników.

 

j

 

 

Wbiegając na magiczne uliczki i deptak w centrum wspaniałego uroczego miasteczka Chamonix Mont Blanc, uśmiech rysuje się na twarzach ludzi przemierzających dziesiątki, setki kilometrów do upragnionej mety. Zmęczenie widoczne gołym okiem zaczyna błyszczeć szczęściem rozpromienionym na wszystkie strony, odwzajemniając aplauz kosmicznej, magicznej niestrudzonej publiczności zebranej wzdłuż trasy i ogłuszającej zawodników swym dopingiem. Niesieni chórem, muzyką, dzwoneczkami, brawami i francuskim allez allez, uparcie dążą do celu osiągając to, co zamierzali, wznosząc się na szczyty swoich możliwości dokonują to, co z goła wydaje się niemożliwe.

 

Samo dotarcie do mety jest niesamowite, publiczności nie sposób opisać, są niesamowici, Mistrzami nad Mistrzami w dopingowaniu. Ileż razy wykrzykiwano ALLEZ LUKA ALLEZ!. Coś pięknego, w życiu nie bawiłem się tak z publicznością, to był spektakl, na który chce wracać każdego roku, miejsce i czas dla mnie było nieistotne, liczyło się dla mnie ukończenie i zdobycie ogromnego doświadczenia i zdobyłem je. Pozycję, którą zająłem wywalczyłem prężąc się jedynie na zbiegach, na podejściach ani razu tętno nie podskoczyło w górę. Ostatnie 8km to tempo turystyczne.  To była przełomowa setka w moim bieganiu. Wiele patentów się sprawdziło i wiele odkryłem nowych. Biegi Ultra Trial to jest to.

 

j

Niedziely widok po zawodach na Mont Blanc

 

RAW VEGE RUN.

 

Po trzech latach biegania, spełniam swe marzenie, staję na Starcie i docieram do Mety UTMB.

 

...‘'Własna Legenda''. To jest to, co zawsze pragniesz robić (...). Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka. Wszystko jest, bowiem jednością. I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć''...

 

  Paulo Coelho

 

 

j

 

Miejsce 650, Czas 18h47min. Wystartowało 2300 uczestników.

 

650

3643

Lukas PAWLOWSKI

ZABIEGANI/PLANETA GOR 

SE H

294

18:47:15

08:14:39

Pologne

                 

 

 

Dziękuję Wszystkim za Wspaniały doping, kciuki, sms'y, gratulacje. Bardzo się cieszę.

Pozdrawiam.

 

PS. 6 dni po UTMB  jadę do Krynicy na B7D ULTRAMARATON BIEG 7 DOLIN 100km 4500+. Zajmuję 103 pozycję na 300 zawodników z czasem 14h17minut poprawiając tym samym swój czas z roku poprzedniego Smile Allez Allez.

TagsTags:  
18 Juny, 201218 Juny, 2012 2 comments Biegi górskie Biegi górskie

Bieszczady

Tyle o nich opowiadała mi Asia - wspaniała towarzyszka na tatrzańskich szlakach, bratnia dusza, bywalczyni Bieszczad znając je, jak własna kieszeń. Cudownie było słuchać jej opowieści. 

W końcu trafiłem. 

Potrzeba było IX edycji Rzeźnika i Benneta, , abym znalazł sie w Bieszczadach. Już w zeszłym roku mięliśmy się tutaj znaleźć , jednak zdecydowaliśmy się przełożyć start na następny rok. Nie spieszyło się nam wystartować tutaj. Dowodem jest Bennet, który miał już w 1 edycji wziąć udział. Jak widać potrzeba było lat i ..... Kieratu. To trzy lata temu podczas napierania na tej imprezie poznaliśmy się i wtedy przeszła mi myśl o Rzeźniku. Już wtedy wiedziałem ze jeśli wystartuje to tylko z Bennetem. Czy myślał wtedy podobnie nie wiem. Gdy zaczął się temat Rzeźnik, napisał do mnie ze ; ‘'trudno o lepszego partnera''.  

Transport

Transport na bieg zorganizowany dosłownie w ostatniej chwili, tym razem wiódł mnie przez Kraków.
Czekając 20 minut pod głównym wejściem do Galerii Krakowskiej odniosłem wrażenie ze nie jestem w Polsce, a w Londynie. Słyszałem tylko język angielski. Cóż Euro.

Natrafiłem nawet na angielska ekipę telewizyjna, która prowadziła relacje z Krakowa na żywo, z która to zamieniłem słówko. Fajnie się gaworzyło, ale Lidka podjechała swoim bolidem i musiałem się zawijać na bieg. A już chciałem ich namówić i zabrać na Bieg Rzeźnika. 

Ląduje w Skodzie Lidki. Z tylu mamy pasażerów z Katowic. Od razu ich lubię na wejściu, okazuje się ze dziewczyna , która zabrał chłopak na bieg nie biega w ogóle .

Mimo tego, jak się później okaże zaliczają 56km i brakuje im tylko 10 minut,aby org wypuścił ich na dalsza trasę.

Podróż upływa na wesoło, po drodze zaliczamy lody na starówce w Rzeszowie - polecam - smaki z kosmosu - oraz pobliskie lotnisko, skąd zabieramy przyszłego Rzeźnika.  

Bieg Rzeznika

Założenia od samego początku były proste : jedziemy robimy wersje Hard Core i wracamy. Odhaczamy w CV biegowym i na tym koniec rzeźnickich wojaży. Miejsce i czas było dla nas nieistotne. Konkretnie sprecyzowany cel to jest to co lubię. Wpadamy Łubu Dubu i wypadamy.  

Teoretycznie o moja formę nie obawialiśmy sié. Ostatnie starty mocno były po mojej stronie, ze założony cel pójdzie sprawnie. Gorzej z partnerem, który z powodu zalegająco śniegu (mieszka w górach) zaczął treningi biegowe z dużym opóźnieniem. Uprzedził mnie ze na wersje HC nie będzie gotowy, ale postara się pobiec na limit 12h. abym mógł wystartować na wersje HC.
Byłem dobrej nadziei, tym bardziej ze im bliżej startu tym optymizm Benneta również rósł.

Zaczęliśmy bardzo spokojnie, od razu podporządkowałem się pod tempo partnera, który cały czas kontrolował zegarek. Do pierwszego przepaku - Cisna - 32km szło dosłownie jak w zegarku, choć według mnie troszkę za wolno w perspektywie dalszej wspinaczki. Sądziłem jednak ze nadrobimy to na zbiegach. I być może by tak było, niestety partner zatruł się słodkościami i było wiadome ze cel nie zostanie zrealizowany. Ba, nie było wiadomo, czy nawet ukończymy. 

Nie da się przewidzieć zachowania organizmu. Jednak Piotrek silny chłop i jakoś poradził sobie z dolegliwościami. Gdyby było malo to jeszcze łydka zaczęła mu wariować i sama podskakiwać. Na ostatnim przepaku nie wyglądało to ciekawie. Przeszla mi myśl ze być może zakończymy tutaj nasza przygodę w Bieszczadach. Jednak szybki serwis postawił partnera na nogi. Dałem mu co miałem w swojej biodrowej saszetce biegowej, która zawiera to co potrzebne do przetrwania. Dźwignął się i napieraliśmy do przodu. Bravo Piotrek, na tym ostatnim przepaku nie wyglądałeś dobrze. Pokazałeś charakter ultrasa.  

Odcinek od Komańczy do Smerek wydawał się tak nudny i mało atrakcyjny ze już myślałem ze to jakieś jaja i nieporozumienie. Biegam nie tylko po górach, dlatego ze je kocham, ale również dla widoków, bo to m.in dlatego je kocham. Dopiero od Smerek ukazało się to cale piękno bieszczadzkie o jakim się mówi czyta pisze i ogląda na obrazkach. Tego tam z Bennetem szukaliśmy, piękne, cudowne, urocze, krajobrazowe, magiczne POŁONINY BIESZCZADZKIE

No jestem w domu - pomyślałem.

Nie znam Was, ale jestem u siebie - rzekłem w myślach rozmawiając z połoninami.

Oj naoglądać się nie mogłem. Wolniejsze tempo ułatwiało fotografowanie okiem i kodowanie w głowie tych przepięknych widoków. Cala kwintesencja tego wyjazdu, tej wyprawy, tego biegu , tej przygody , były uśmiechy kobiet, dziewczyn, które zbierałem na całym szlaku bieszczadzkim. No nie było właściwie dziewczyny, która by się nie uśmiechnęła do mnie na Połoninach. Mam świadka Benneta !. Bennet powiedział ze - młody ładny chłopak to i się uśmiechają. 

Dzięki dziewczyny pozdrawiam.    

Kibice

Musze i należy pochwalić kibiców na szlaku. Wszyscy, ale to dosłownie wszyscy dopingowali. Powitania, Brava, oklaski, torowanie drogi, super się biegnie w takich warunkach. Na wielu szlakach już biegałem i wiele imprez już zaliczyłem i nigdzie nie było takiego dopingu turystów na szlaku !. Szczególnie młodzież i dzieci zasługują na brava, gdyż to właśnie oni najgoręcej dopingowali zawodników. Przychylniej popatrzyłem na nich i jestem pełen nadziei ze drobimy się takiego dopingu jak np we Francji.

Dystans ok. 78km.

Trasa: czerwony szlak bieszczadzki z Komańczy do Ustrzyków Górnych: Komańcza (ok. 8 km asfaltem) - Duszatyn (ok. 480m n.p.m.), a dalej czerwonym szlakiem: Chryszczata (997) - przełęcz Żebrak (816) - Wołosań (1071) - m. Cisna (ok. 550) - Małe Jasło (1102) - Jasło (1153) - Okraglik (1101) - Fereczata (1102) - "droga Mirka" - m. Smerek (560) - Smerek (1222) - Przeł. M. Orłowicza (1078) - Połonina Wetlińska (1253) - m. Berehy Górne (740) - Połonina Caryńska (1297) - m. Ustrzyki Górne (ok. 640). 

Wersja Hard Core ? no cóż trzeba będzie wrócić tam mimo wszystko i zrobić, a tak nie chce tam wracać.

Tak określa org w regulaminie wersje HC:

Rzeźnik hard core: dla kompletnych szaleńców istnieje możliwość przedłużenia trasy o dodatkowy odcinek - z Ustrzyk Górnych (ok. 640m) przez Tarnicę (1346m) i Halicz (1333m) do Wołosatego (ok. 650m). 

Powrót

W drodze powrotnej wracam z Mirkiem i jego ekipa, m.in. z team-em Kucharza. 
W pewnym momencie bocian ląduje nam na środku drogi i musimy się zatrzymać i czekać jak szanowny Pan Bocian odleci. Stwierdziliśmy ze wraca od ukochanej gdzie dostał kosza i jest zamroczony miłością.  

To nie był koniec atrakcji, Mirek zaprasza nas, czyli 6 osób na obiad, dopiero puści nas do domu. Dzięki Mirek !!!
Udając się od Mirka z Ela do Katowic, mowie sobie: fajne te biegowe wypady Gorskie. 

Ela podrzuca nas na Trzy Stawy, gdzie Daro kręci się na 24 godzinnym biegu - Mistrzostwa Polski. Zdziwiony, ale szczęśliwy, gdy słyszy nasze Darek, Darek.......  

Gratulacje dla Kucharza i Marka, już na starcie wyłapałem ich okiem, ze poszli do przodu i dobrze 3mali. Graty tak 3mac !!!

Dziéki Partnerze oraz dzieki ludzie ze Was spotkalem. Jestescie Super ! 

ps, dziekuje za doping i graty ! te sms-y na trasie sa super! uwielbiam ! dziekuje !!

Team - biegajznami.pl / Zabiegani czas 14:39 

j

fot: bieganie.pl

 

TagsTags:  
Results per page:
1 2 3 4 >>
Description
Lukáš Wlodec Pawlowski
Posts: 37
Comments: 183
Ku Górze
Activities
Tags
11 wlodec (11)
1 wlo (1)
Copyright by planetagor.pl