Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
11 September , 201311 September , 2013 5 comments Trekking Trekking

Zainspirowany artykułem „Homo schroniskus” (NPM nr 9 (150) wrzesień 2013) sięgnąłem w głąb swoich górskich wspomnień i zrobiłem podsumowanie typów turystów, których do tej pory spotkałem na górskim szlaku. Pojawiło się wśród nich kilka barwnych postaci. Jedni zaimponowali mi swoim obyciem w górach i kulturą na szlaku, drudzy zasłużyli na pogardliwe spojrzenie. Bez zbędnego mądrzenia się, poniżej przedstawiam krótkie zestawienie kilku typów miłośników górskich wędrówek.

Ranking rozpoczyna:

Nachalus irytatus – zwykle wędruje samotnie wypatrując grupy, pod którą mógłby się podczepić. Cel: umilenie sobie wycieczki, uprzykrzenia dnia innym. Po zaproszeniu do wspólnego przemierzania szlaku niemożliwy do pozbycia się. Występuje główne w wersji male. Swoim zachowanie przyprawia o ból głowy, wrzenie krwi i nagły wzrost ciśnienia. Posiada cały zestaw irytujących pytań, zaczynając od: daleko jeszcze? Co macie do jedzenia? Przez te, mające na celu zredukowanie jego dysonansu i nieprzygotowania do wyjścia na szlak: A dobrze się ubrałem w góry? Raki na prawą, czy na lewą stronę? A w tych spodniach tam wejdę? Jedyny znany sposób na przetrwanie takiego spotkania: milczenie.

Zapraszam do lektury pozostałych typów: Familia tyrannus, Amateur animalus, Alpha masculus, Wycieczkus zakarus, Burżujus pogardus, Idiotus pospolitus na:

http://www.dokadnogiponiosa.pl/turysta-inni-niz-wszyscy/

TagsTags: turystyka górska tatry 
10 August, 201310 August, 2013 0 comments Trekking Trekking

Serdecznie zapraszam na kolejną część relacji w wycieczki do malowniczej Walii trasą The Snowdon Horseshoe

http://www.dokadnogiponiosa.pl/the-snowdon-horseshoe-part-2/

Snowdonia

30 July, 201330 July, 2013 0 comments Trekking Trekking

Z przyjemnością pragnę zaprosić wszsytkich do regularnych odwiedziz bloga Dokąd Nogi Poniosą w kompletnie nowej odsłonie. Jeszcze więcej tras, recenzji sprzętu i okołogórskich ciekawostek.

www.dokadnogiponiosa.pl

 

Grand Opening

30 April, 201230 April, 2012 0 comments Trekking Trekking

Lepszej pogody i warunków do wejścia na Zawrat nie mogliśmy sobie wymarzyć. Po czterech dniach niepewności w końcu nastała lawinowa „jedynka", a pogodę na ten dzień zapowiadano idealną - znośny mróz i jak mróz to wiadomo, że piękna pogoda. Żeby zaoszczędzić trochę na czasie i siłach wybraliśmy wariant „na leniucha". Wjazd kolejką na Kasprowy Wierch, zejście do Doliny Gąsienicowej i dalej przez Czarny Staw Gąsienicowy ku przygodzie.

Pełny opis trasy dostępny na blogu Dokąd nogi poniosą.

Serdecznie zapraszam www.zarzeczny.wordpress.com

Zimowe wejście na Zawrat

11 March, 201211 March, 2012 2 comments Trekking Trekking

Zebranie się z bazy noclegowej w Żywcu zajęło nam wyjątkowo dużo czasu. Mimo że wstaliśmy stosunkowo wcześnie, bo już po 7.00, to „ostatkowy" wieczór nieco spowolnił nasz temperament i ostudzał entuzjazm wyjścia na szlak. Bez zbędnego pośpiechu zjedliśmy więc zaserwowane śniadanie, delektując się filiżanką kawy / herbaty. No tak, Pilsko nie ucieknie. Nie ważne, że do domu jeszcze 270 km...

Tak więc wyjątkowo spokojnie zebraliśmy się w końcu, obierając kierunek na Korbielów. Na miejscu, nie bardzo świadomi jak biegnie szlak na szczyt, zdecydowaliśmy się na wyprawę brzegiem lasu, wzdłuż nartostrady. Pierwszym celem była Hala Miziowa (1300 m n.p.m.). Nasza trasa biegła przez Solisko (874 m n.p.m.), dalej przez Halę Buczynka, a następnie odbijała na prawo, w miejscu gdzie zielony szlak narciarski łączy się z niebieskim. W zasadzie to nie pamiętam, dlaczego nie wysililiśmy się, żeby zapoznać się z tradycyjnym szlakiem. Udało nam się jednak bez większych problemów dotrzeć na Halę Miziową, podążając niebieską trasą narciarską. Po drodze uniknęliśmy co prawda słów nienawiści z ust szusujących narciarzy, ale groźne spojrzenia i ostre krawędziowanie tuż przy obranej przez nas trasie pozwalały czasem poczuć, że jesteśmy w miejscu nie przeznaczonym do pieszych eskapad.

W schronisku PTTK postanowiliśmy nie rozsiadać się za bardzo. Ciepła herbata i kilka smakołyków miało wystarczyć przed wyruszeniem w kierunku szczytu. W związku z bardzo dużą ilością śniegu najlepszą opcją było ruszyć przed siebie, skrajem ubitej nartostrady. Na Kopiec (1399 m n.p.m.) trasa biegła ostro pod górę i już na tym odcinku nasza drużyna podzieliła się. Wojownicy - Lucky 1 i Stasiu pognali przed siebie, natomiast Ja z Przemkiem delektując się widokami, mozolnie wdrapywaliśmy się po śladach „uciekinierów".

Od momentu wyjścia ze schroniska, aż do powrotu rejestrowałem wyprawę kamerą. Niestety, jeszcze nie otrzymałem filmu z powodów technicznych, więc pewnie dopiero za jakiś czas umieszczę go, jako jako materiał „exclusive".

Ostatni (jak mi się wydawało) odcinek na Pilsko prowadził trawersem całkiem stromego zbocza. Oprócz sporej ilości śniegu, od pewnej wysokości zaczęło występować też oblodzenie. Na takich mini polach lodu można było zaliczyć ładny poślizg i lot z prędkością, która mogłaby zawstydzić niejednego z narciarzy. Na szczęście obyło się bez takich ekscesów. Własnym tempem dotarliśmy z Przemkiem do końcowej stacji wyciągu na Pilsko, gdzie tętniło życie i przewijali się rywalizujący ze sobą śmiałkowie w zawodach o Puchar Pilska. Jednak kontakt wzrokowy z „wojownikami" urwał się i pozostało nam intuicyjnie podejść jeszcze za wyciąg w nadziei, że zobaczymy naszych towarzyszy czekających na szczycie. Ku naszemu (albo tylko mojemu) zdziwieniu okazało się jednak, że wierzchołek Pilska znajduje się jeszcze jakieś 10 minut drogi przed nami.

Bez zbędnego tragizmu przyznam się, że nie pokonałem tych ostatnich kilkuset metrów. Byłem zbyt zmęczony zapadaniem się w głębokim śniegu, a dodatkowo silny wiatr i zimno osłabiły mój zapał do dalszej wędrówki. Ten dzień nie należał do mnie, o czym przekonać się miałem spędzając kolejny tydzień z gorączką w łóżku. Zeszliśmy więc z Przemkiem do górnej stacji wyciągu i oddając się pogawędce z goprowcem, czekaliśmy cierpliwie na resztę drużyny, która w tym czasie dokumentowała swoje wejście na Pilsko.

Droga powrotna była prawdziwym szaleństwem. W swoim asortymencie posiadaliśmy 50l worki na śmieci, które Stasiu zorganizował w schronisku. Tym razem niedzielna odsłona „siatkingu" była prawdziwym wyzwaniem, a na samym dole znaleźliśmy się po blisko 45 minutach mrożących krew w żyłach zjazdów.

Serdecznie zapraszam do odwiedzania bloga Dokąd nogi poniosą

Pozdrawiam

24 February, 201224 February, 2012 2 comments Trekking Trekking

Od ponad tygodnia regularnie śledziłem prognozy pogody i mocno zmartwiło mnie ocieplenie, które przyszło. Oczekiwałem mocnego, nawet kilkunastostopniowego mrózu, bo w takich warunkach bardzo często liczyć można na słońce, czyste niebo i co najważniejsze - piękne widoki.

W piątek, jeszcze przed wyjazdem zadzwonił do mnie Przemek i powiedział, że słyszał w radio, jakoby rejon, w który jedziemy (Żywiec, Szczyrk) był odcięty od świata i nawet najstarsi górale nie pamiętają tak dużych opadów śniegu.

Postanowiłem więc zadzwonić jeszcze do GOPR z zapytaniem o faktyczny stan na szlakach, ale w odpowiedzi usłyszałem, że jest bardzo ciężko ze względu na spory opad, a dużo szlaków pozostaje nieprzetartych. Nie mogłem wyobrazić sobie jednak zrezygnowania z wyjazdu. Po konsultacjach z zresztą drużyny ustaliliśmy, że jednak jedziemy, a na miejscu okaże się co dalej. Było to jednak jednoznaczne z tym, że wypuszczamy się na szlak na pewno, licząc że warunki pogodowe będą sprzyjające. Optymizm to podstawa. Perspektywa jazdy 250 km w jedną stronę i powrót tego samego dnia, bez zakosztowania prawdziwej zimy w górach nie wchodziła raczej w grę.

Pierwszy dzień wyprawy zaplanowałem bardziej, jako wyjście, które pozwoli Nam zapoznać się z panującymi na szlakach warunkami. Na pierwszy rzut miał iść Klimczok (1117 m n.p.m.), a następnie Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Drugiego dnia wyruszyć mieliśmy na Pilsko (1557 m n.p.m.). Wszystko jednak zależeć miało od pogody.

Każdy w innym miejscu

Wyjazd zaplanowaliśmy z Nysy. Najpierw Stasiu dojechał koleją z Wrocławia do Namysłowa, gdzie czekałem razem z Przemkiem. Szybki transfer z dworca kolejowego i kierowaliśmy się już na Nysę. Na miejscu nocleg u Lucky'ego 1. Emocje związane z sobotnim wyjazdem ostudzała nieco konieczność wstania około 4.30 rano. Budząc się o tej porze można doznać ciężkiego szoku. Tym bardziej, jeśli człowiek kładzie się do łóżka po północy, jak to było w naszym przypadku. Gospodarz zadbał jednak o to, byśmy rano zbytnio się nie ociągali - błyskawiczna pobudka zapalonym światłem i wyjątkowo „ciepłe", motywujące słowa postawiły nas szybko na nogi. Dzień od pierwszych minut zapowiadał się ciekawie. Z Nysy wyjechaliśmy około 5.30 rano. Warunki na drodze były dobre, jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja na miejscu może być zupełnie inna. Do Szczyrku dotarliśmy jednak bez najmniejszych problemów.

Niebieski, a może zielony?

Na Klimczok mieliśmy wchodzić szlakiem niebieskim, który mniej więcej na wysokości 3/4 odcinka łączy się ze szlakiem zielonym. Przegapiliśmy jednak skręt na parking, który znajdował się na trasie niebieskiego szlaku i skręcając kilka ulic dalej dotarliśmy w pobliże Hotelu Klimczok. Mieliśmy w zasadzie zawracać, ale okazało się, że jesteśmy w miejscu skąd również można dojść na szczyt tylko, że szlakiem zielonym. Na tym etapie podróży zdążyliśmy się także przekonać, że nie będzie łatwo, kiedy przy drodze korytarz tworzyły ponad 1,5 metrowe zaspy śniegu.

Bez zbytniego pośpiechu przygotowaliśmy się do wyjścia. Lucky 1 zabrał ze sobą także narty i przytroczył je do plecaka, by wnieść na szczyt i zjechać. Ja początkowo również miałem taki zamiar, ostatecznie jednak moje narty zostały w samochodzie. Rozwaga zwyciężyła, ponieważ - nie ukrywajmy - nie prezentuję poziomu pro, więc zjazd w nieznane z Klimczoka do Szczyrku przekraczał mój poziom talentu. Dodatkowo, konieczność targania z sobą dodatkowego obciążenia jakoś szczególnie mnie nie zachęcała. Słysząc później motywujące słowa, które Lucky 1 mruczał pod nosem pokonując głęboki śnieg, utrwaliły mnie w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję.

Zakopany UAZ

Ruszyliśmy przed siebie, szlakiem biegnącym między zabudowaniami. Szybko okazało się, że dodatkowa warstwa odzieży i bielizny, które miałem na sobie była zbędna. Gdybym zabrał softshell, z pewnością nie przegrzałbym się tak, jak w kurtce założonej na koszulkę termoaktywną i bluzę z polarem. Ale cóż, twardo trzeba było brnąć dalej. Mimo że szedłem jako ostatni w zastosowanej tego dnia formacji, to i tak zapadałem się często do kolon w świeżym śniegu. Na początku trasa biegła między domkami, a po kilkunastu minutach szlak odbijała w prawo, pnąc się delikatnie pod górę, w las. Mimo że droga nie należy do najtrudniejszych, to w zastanych warunkach można było się nieźle spocić. Poruszanie się po śniegu, zwłaszcza bez rakiet, wiąże się z nieco większym wysiłkiem. Miękkie, zapadające się podłoże absorbuje bardzo dużo energii. Tym bardziej, że z każdym krokiem wiązała się możliwość nieco głębszego zapadnięcia się w śniegu.

Po około godzinie marszu doszliśmy do miejsca, w którym szlak zielony spotyka się z niebieskim, prowadzącym również ze Szczyrku na Klimczok. Dalszy odcinek drogi, aż do samego schroniska PTTK na Klimczoku, przetarty był przez kursujące co chwilę skutery GOPR. Jednak mimo to, szlak nie był ubity. Stawiając krok, oczekiwało się twardego podłoża, a tymczasem stopa nadal zapadała się. Bardzo dziwne uczucie, ciężko to w zasadzie opisać. Taki rodzaj „rozczarowania" czy też „zaskoczenia" można porównać np. do sytuacji, w której chcemy podnieść stojąca na stole butelkę i zakładamy, że jest pełna. Używamy większej siły i nagle wyrywamy wręcz butelkę do góry, bo okazuje się pusta. Myślę, że każdy wie o co chodzi . Pomimo 20 minut, które zwiastowała tabliczka kierunkowa do schroniska, nam przejście tego dystansu zajęło troszkę więcej czasu.

Po drodze natknęliśmy się jeszcze na mocno przysypany śniegiem wielozadaniowy samochód UAZ 452 Minibus. Obok takiego reliktu nie sposób było przejść obojętnie, dlatego nie obyło się bez małej sesji zdjęciowej.

Biegacze, fasolka i siatking - zjawiska na Klimczoku

Przy schronisku spotkaliśmy grupkę osób, w tym kilku goprowców, którzy czekali na - uwaga - nadbiegających ze Szczyrku uczestników biegu RMD Winter Run. Duży szacunek dla uczestników i uczestniczek zawodów. Po krótkim dopingu i oklaskach dla biegaczy, udaliśmy się do schroniska na krótką regenerację sił przed ostatnim podejściem na szczyt Klimczoka. W mojej ocenie schronisko dostaje plus za atmosferę i klimat gór, minusem niestety okazało się jedzenie. Zamówiona fasolka po bretońsku nie została niestety sklasyfikowana na listę TOP 10 posiłków schroniskowych . Po nieco dłuższym postoju, przyszedł czas na ostatnie na tej trasie podejście.

Schodząc szlakiem w dół za schroniskiem, skierowaliśmy się ku szczytowi. Lucky 1, który zaraz po wyjściu założył swoje ultraszybkie narty, był już kawałek przed nami. Podczas, gdy my wdrapywaliśmy się na szczyt, on korzystał ze stoku biegnącego zboczem Klimczoka. Wejście na górę nie należy do trudnych, szlak jest raczej spacerowy. Jednak z uwagi na narciarzy szliśmy na skraju lasu, gdzie śnieg nie był jeszcze ubity. Po około 15 minutach osiągnęliśmy kopulasty wierzchołek. Pogoda niestety nie rozpieszczała nas za bardzo, więc oprócz znajdującego się w zasięgu kilku metrów od nas masztu z antenami telekomunikacyjnymi nie było nam dane cieszyć się panoramą.

Żeby nieco urozmaicić sobie zejście, postanowiłem spróbować zjazdu na reklamówce. Mimo że na pierwszym odcinku szło to troszkę opornie, to mniej więcej od połowy stoku, sunąc na brzuchu, osiągnąłem już całkiem zadowalającą prędkość. Jak się okazało, nie był to ostatni zjazd podczas naszej wyprawy, a ten rodzaj aktywności zyskał miano „siatkingu" lub „workingu" (wersja z workiem na śmieci).

Na drogę powrotną obraliśmy szlak niebieski. Nasza drużyna podzieliła się jednak. Lucky 1 wybrał wariant zjazdowy, więc nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd zaprowadzą go narty. Umówiliśmy się jednak, że kiedy dotrze do samochodu, skontaktuje się z nami i ustalimy punkt odbioru naszej grupy. W drodze na dół przez pewien odcinek czas umilał nam mały czarny kundelek. Nie potrafię określić czy był bezpański, ale ochoczo merdał ogonkiem i pozwalał się głaskać za uchem. W pewnym momencie zaistniała nawet obawa, że dojdzie z nami do samochodu i będziemy mieli problem. Na szczęście nasz towarzysz w porę „przerzucił się" na mijających nas turystów.

Muszę się przyznać, że w drodze powrotnej chcieliśmy być bardziej cwani, niż na to wyglądamy i zastanawialiśmy się nad skróceniem sobie drogi. Bardzo kusząco wyglądała bowiem opcja przeprawy przez głęboki śnieg. Pierwszy w zaspę skoczył Stasiu i zniknął...a właściwie zapadł się praktycznie po samą klatkę piersiową. Było trochę śmiechu i nadal chcieliśmy kontynuować nasz idiotyczny pomysł. W porę jednak pojawił się samotny, wiekowy wędrowiec, który inteligentnie wyperswadował nam podjętą inicjatywę. Nie chcę myśleć co by było gdyby... Stasiu wydostał się jakoś z zaspy, to pełzając na brzuchu, to podciągając się na kijkach trekingowych, które wyciągnęliśmy w jego stronę. Stanowczo nie polecam tego rodzaju „wycieczek" poza szlak. Mimo że droga wydaje się wyjątkowo prosta, a bajecznie uformowane zaspy śniegu kuszą, aby w nie brnąć, to wszystko jest tylko iluzją. W takiej ilości śniegu można naprawdę się „utopić".

Dochodząc do miejsca, w którym zaparkowany był UAZ spotkaliśmy Lucky'ego 1, który brnął pod górę raz jeszcze odbyć zjazd. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na nieco dłuższą chwilę, przez blisko 15 minut dając upust swojej głęboko ukrytej, dziecięcej naturze.

Zejście niebieskim szlakiem w kierunku Szczyrku obyło się bez większych emocji. Droga ta ma charakter mocno spacerowy, o czym świadczyła liczba osób mijanych pod drodze. Po drodze uczestniczyliśmy jeszcze w akcji wypychania samochodu, który ślizgał się na lodzie. Niestety, kierowca nawet nie pofatygował się, żeby podziękować...W zasadzie, po rejestracji nie spodziewaliśmy się nawet tego. Cóż, taki zwykły, ludzki gest.

Lucky 1 odebrał nas z drogi mniej więcej na wysokości skoczni narciarskich i udaliśmy się w kierunku Skrzycznego.

Skrzyczne po linii najmniejszego oporu

Z uwagi na nieco późną już porę, zdecydowaliśmy się na wjazd kolejką na najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Zdobycie tego szczytu obyło się właściwie bez żadnych rewelacji i chyba potraktowaliśmy go wyjątkowo rekreacyjnie. Wjechać, zrobić pamiątkowe foty, zjechać / zejść.

Tym razem skusiłem się jednak na założenia moich czerwonych (a wiadomo - kolor dodaje 15 pkt do prędkości) nart. Mimo za małych o 1,5 rozmiaru butów, liczyłem na całkiem przyjemny zjazd. Błąd. Na szczyt wjechaliśmy całą drużyną. Lucky 1 i ja odziani w sprzęt zjazdowy, z kolei Stasiu i Przemek reprezentowali wariant „pieszy". Podczas, gdy piechurzy mieli wykonać kilka fotografii i zejść do samochodu, ja liczyłem na co najmniej 2 - 3 zjazdy. Jednak tego dnia stok był wyjątkowo nieprzyjazny dla mnie. Po pierwszych kilkunastu metrach jazdy czułem, że coś jest nie tak. Rodzaj napięcia mięśni po odbytej na Klimczok wędrówce był całkowicie inny, niż wymagała tego jazda na nartach. Dodatkowo, wyjątkowo ciasne buty robiły też swoje. Na początku nie poddawałem się i mknąłem niebieską trasą, zwaną Ondraszek, mijając uczące się dzieci i pługujących narciarzy. W pewnym momencie narty odmówiły mi posłuszeństwa i przestały reagować na próby skrętu. Finałem był upadek, po którym zbierałem swoje ciuchy po całym stoku, a jedną z nart znalazłem wysoko wbitą w zaspę. Ondraszek - Zarzeczny 1:0. Pełen upokorzenia pozbierałem się i zjechałem na dół. Pewnie jeszcze nie jeden upadek przede mną, jednak tego dnia miałem dosyć.

Ostatnim etapem podróży tego dnia była jazda do Żywca, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. W niedziele czekało na na Pilsko.

fot. by Stasiu

 

Serdecznie zapraszam do odwiedzania bloga Dokąd nogi poniosą

 

 

27 January, 201227 January, 2012 0 comments Trekking Trekking

Mniej więcej taki okrzyk rozległ się w słuchawce telefonu jednego z karkonoskich schronisk kiedy dzwoniąc zapytałem o warunki „na górze". W zasadzie w pierwszej wersji to Śnieżka (1602 m n.p.m.) była celem naszej wyprawy. Warunki pogodowe śledziłem przez kilkanaście dni, by ostatecznie podjąć decyzję, że na pierwsze zimowe wejście, w mojej (naszej patrz. zespół) historii turystyki górskiej, najwyższy szczyt Karkonoszy może okazać się trudny. Nie wiem czy kierowałem się bardziej strachem czy rozsądkiem. Myślę, że stwierdzenie „brak doświadczenie" będzie tu właściwie. Ale nic straconego. Na szybko ogarnąłem temat i rzuciłem propozycję Szrenicy (1362 m n.p.m.). Oczywiście pojawiły się małe głosy zawodu ze strony moich niestrudzonych w bojach kolegów, ale wynegocjowałem w końcu szczyt nieco mniejszy, choć jak się okazało całkiem wymagający pod względem panujących warunków atmosferycznych.

 

Więcej na: http://zarzeczny.wordpress.com/2012/01/19/%E2%80%9Eprosze-pana-tu-jest-zamiec-szrenica-1362-m-n-p-m/

11 January, 201211 January, 2012 0 comments Trekking Trekking

Podczas małej przeprowadzki, mój dziadek zauważył należący do mnie czekan Black Diamond Venom. Po wstępnych oględzinach stwierdził, że w piwnicy też ma taki gadżet. Dość sceptycznie odparłem jednak, że pewnie ma na myśli kilof. W ferworze przeprowadzki szybciej powiedziałem to niż pomyślałem i temat ucichł.

Jakiś czas temu jadąc do rodzinnej miejscowości nie myślałem, że czeka na mnie całkiem interesujący prezent. Mój dziadek bowiem wziął sobie do serca moje słowa i za wszelką cenę postanowił wygrzebać ów czekan z najciemniejszych zakamarków piwnicy. Tuż po obiedzie moim oczom ukazał się on:

 

Więcej informacji i fotografii na blogu Dokąd nogi poniosą. Zapraszam serdecznie www.zarzeczny.wordpress.com

23 December, 201123 December, 2011 0 comments Trekking Trekking

To już ostatni opis z trylogii pewnej sobotniej wyprawy na szczyty Korony Gór Polski. Poprzednie dwa wpisy opublikowane zostały kolejno jako Wielka Sowa zimą i Waligóra - nisko i mglisto.

Po wyjeździe z Andrzejówki kierowaliśmy się w Rybnicy Leśnej na lewo, na Unisław Śląski. Stamtąd drogą nr 35 na Wałbrzych. W mieście GPS nie przydał się za bardzo, bo założyliśmy, że podjedziemy możliwe jak najwyżej samochodem i ciężko było wprowadzić obrany przez nas punkt do tego „niezwykle pomocnego" urządzenia. Na szczyt Chełmca (851 m n.p.m.), biegną w zasadzie trzy szlaki: żółty z Wałbrzycha, zielony oraz niebieski z miejscowości Boguszów - Gorce, na którą kierowaliśmy się droga nr 367.

Wybraliśmy wariant „niebieski" (będący częścią europejskiego długodystansowego szlaku pieszego E3). W Boguszowie - Gorce za punkt orientacyjny, który wprowadzić nas miał na szlak, obraliśmy budynek poczty, przed którym (według mapy) należało skręcić w prawo. Jednak, jak to z reguły bywa podczas takich wypraw, plany aktualizowane są szybciej, niż ktokolwiek zdąży zaoponować i w pewnym momencie Lucky 1, który z zaangażowaniem pełnił rolę pilota, wyczytał z mapy, że właśnie „tutaj" można skręcić na prawo i dojedziemy szybciej... Optymizm i wizja, krótszej trasy rozpłynęły się w momencie gdy skończył się asfalt, a zaczęła droga naszpikowana znakami „Uwaga Dziury". Mimo, że mój japoński zaginacz przestrzeni przystosowany jest do dłuższych i spokojnych podróży, to zawieszenie na krótkim i wymagającym terenie rodem z rajdu Dakar, spisało się wyjątkowo dobrze. Jadąc drogą biegnącą u stóp Mniszka (711 m n.p.m.), Chełmiec mieliśmy cały czas po prawej stronie. W pewnym momencie droga połączyła się ze szlakiem niebieskim, jednak nie mieliśmy gdzie pozostawić samochodu. Z mapy wynikało, że powinniśmy dojechać do zabudowań po drugiej stronie Mniszka. Po kilku minutach dotarłszy do cywilizacji zaparkowaliśmy samochód na chodniku i ruszyliśmy ku ostatniemu tego dnia szczytowi.

Niebieski szlak prowadzi najpierw u podnóża Mniszka, a następnie skręca i delikatnie wiedzie przez pole ku zabudowaniom. W miejscu pierwszych domków przy podejściu na Chełmiec, szlak wchodzi w linię lasu. Następnie prowadzi delikatnie pod górę, dnem małego wąwozu. Tego dnia odcinek podejścia wąwozem był chyba najbardziej wymagający. Nie mogę napisać, że był trudny, bo tak nie było. Jednak uszło ze mnie trochę energii. Po pierwszym dłuższym podejściu szlak odbija w lewo, delikatnie wijąc się do góry. W tym miejscu zatrzymajmy się na chwilę. Przez kilkanaście metrów szlak prowadzi czymś w rodzaju wyschniętego koryta strumienia - ostro nachylone ściany, wąskie dno. Najszybciej odcinek ten pokonać można przeskakujące z prawa do lewa. Tak też zrobił Lucky 1. Jednak w pewnym momencie zamiast w bok, wcelował w środek - a tam niespodzianka. Ukryta pod stertą liści kłoda. Spektakularny wyrzut nóg w górę, próba podtrzymania się kijkiem i upadek na „cztery litery". W tańcu z gwiazdami zaprezentowana figura z pewnością zasługiwała by na notę przynajmniej 9. W ówczesnych warunkach skończyło się na sporej dawce śmiechu i dość nienaturalnie wygiętym kijka trekingowym.Ale „nie takie rzeczy my ze szwagrem robili", cytując zasłyszane na tatrzańskim szlaku turystyczne przechwałki, i ruszyliśmy dalej. Szlak biegł spokojnie lasem, w kilku momentach lekko pod górkę. Lucky 1 słusznie zauważył, że to wymarzona trasa dla amatorów rowerowych rajdów po górach. Z ciekawostek można dodać, że w 2004 na zboczach Chełmca odbyły się mistrzostwa Europy w downhill.

Po około 40 minutach marszu doszliśmy do miejsca gdzie szlak niebieski łączy się z zielonym. Tutaj też leśna ścieżka zamienia się w szeroką, szutrową drogę, która prowadzi aż na sam szczyt, na którym znaleźliśmy się po około 15 minutach. Jeśli chodzi o wrażenia z wierzchołka to muszę przyznać, że w zasadzie nie zaskakuje niczym. Na górze znajduje się wielki maszt telekomunikacyjny i zapewne jeszcze większy krzyż. W zasadzie nie oczekiwałem wiele, ale... Szczyt wyglądał jak lokalne, dzikie wysypisko. Miałem wrażenie, że ludzie podejmują trud wejścia na górę tylko po to, żeby zostawić tu worek ze śmieciami z całego tygodnia. Puszki, butelki, opakowania po proszkach. W zasadzie czego tam nie było.Pamiątkowa fotografia, batonik na wzmocnienie i szybki marsz do samochodu tą samą trasą. Mimo że robiło się już szaro, to po drodze spotkaliśmy jeszcze pana, który z wielką determinacją wjeżdżał rowerem w kierunku wierzchołka. Szacunek dla niestrudzonego rowerzysty i pozdrowienia dla Stasia, który nie mógł uczestniczyć w całej, opisywanej wyprawie.

Mapa: Sudety Środkowe 1 : 60 000, ExpressMap

 

16 December, 201116 December, 2011 0 comments Trekking Trekking

Kontynuując naszą podróż kierowaliśmy się na Walim, a potem przez Jedlinę Zdrój na Głuszycę. W Głuszycy, za stacją paliw (aktualnie Bliska), skręciliśmy na prawo. Nie pamiętam na jaką miejscowość wskazywał znak, ale była to jedyna droga na mapie w obranym przez nas kierunku. Dla ułatwienia dodam, że oznaczona jest nr 380. Jadąc mniej lub bardziej krętymi odcinkami trasy dotarliśmy do Rybnicy Leśnej. Na dużym skrzyżowaniu znajduje się tam znak wskazujący na lewo kierunek do schroniska PTTK Andrzejówka, które znajduje się na Przełęczy Trzech Dolin, praktycznie u stóp Waligóry (936 m n.p.m). Pod samo schronisko dojeżdża się asfaltową drogą. Przy większych opadach śniegu na tym odcinku mogą pojawić się problemy z przyczepnością (ze względu na nachylenie), stąd też ostrożność wskazana.

Pełna relacja na blogu Dokąd nogi poniosą zapraszam serdecznie.

http://zarzeczny.wordpress.com/2011/12/15/waligora-936-m-n-p-m-nisko-i-mglisto/

Results per page:
1 2 >>
Description
Radosław Zarzeczny
Posts: 20
Comments: 11
Dokąd nogi poniosą
Activities
Tags
4 tatry (4)
3 dokąd (3)
3 szlak (3)
3 poniosą (3)
3 nogi (3)
3 dolina (3)
3 schronisko (3)
2 beskid (2)
2 korona (2)
2 gór (2)
2 polski (2)
2 żywiecki (2)
2 pilsko (2)
1 petzl (1)
1 łabski (1)
1 black (1)
1 śląski (1)
1 diamond (1)
1 skrzyczne (1)
1 klimczok (1)
Copyright by planetagor.pl