Search result
Czasem droga do Gruzji wiedzie przez Kijów. Czasem najtańszy bilet jest w ukraińskich liniach. Zadziwia mnie latwość podróżowania. Wysiadam z samolotu, dośż szybko kieruję się do stosowanych kontroli, bez probemu znajduje wyjście na autobus jadący do metra. Jakbym była u siebie a nie w obcym kraju. Ta podstaowa znajomość rosyjskiego sprawa, że nawet nie czuję bariery jeżyka. Chłopaki są już na mieście, kupili bilety wcześniej i dla nich tańszy był lot do Kijowa o 8, dla mnie – ten o 11 (te kilka godzin zrobiło ponad 100 dolarów różnicy...). Mam nadzieję, że w drodze do Gruzji zobaczę jakąś cerkiew, pamiętam je z 2007 roku, pamiętam, że były piękne. Niestetyy chłopaki już zdzwiedzili, dali się namówić tylko na jedną w drodze do obiadu. Więc zostało mi tylko spojrzeć na Majdan, Chreszatyk, cerkiew Włodzimierską i kilka ulic. Cóż, może nastęonym razem. Tyle piękna czeka mnie jeszcze w tej podróży że Kijów tym razem odpuszczam.

Z chłopakami umawiam się na Majdanie 2,5 roku wcześniej w jego okolicach zginęło kilkadziesiat osób - Jaukowycz broniac władzy nie zawahał się użyć siły wobec własnych obywateli... (Fotka by Artur)
Po nocy w samolocie, drzemce w Tbilisi na placu Republiki i kolejnej drzemce w marszrutce wiozącej nas Gruzińską Drogą Wojenną wreszcie jesteśmy w górach. Stepancminda vel Kazbegi, znane mi już sprzed wyjazdu "spadkobierczyń Wandy Rutkiewicz" z 2014 roku. Namawiam chłopaków na piwko w knajpie, gdzie dwa lata temu obsługiwał kelner podobny do Borysa Szyca i gdzie było wifi, chcę jeszcze zerknąć na niezałatwione sprawy zanim stracę zasięg. Jednak tym razem nie ma prądu, nie ma więc wifi. Ani kawusi. Na szczęście jest piwo. Pijemy więc, za udany wyjazd. Zagaduje do nas Pan Gruzin, który mieszkał w Polsce, jeśli dobrze pamiętam około 2 lat. Budował stadiony na Euro. Patrzy na nas, na nasze wielkie plecaki. I pyta, czy na Kazbej. My, że do Omalo. Patrzy się na mnie "dzieczoczka toże". Ktoś z nas, że "toże" Pan ze zgorszeniem kręci głową. Że tak nie może być, że kobieta to w domu gotować powinna. Chłopaki trochę się ze mnie śmieją przez cały wyjazd, co ma dla nich złych skutek. Szczególnie dla Artura, z którym przypadło mi gotować. Bo o ile chętnie pomogłabym czy zrobiła więcej z poczucia górskiego parnerstwa, albo ze zwykłej życzliwości – to nie zamierzam zmywać tylko dlatego, że jestem kobietą :)
Piwo w Kazbegi vel Stepamcmindzie. Miłe złego poczatki... ;)
Dżuta. Zakładam plecak i wiem, że nie jest dobrze. Totalnie nie mam siły, jest za ciężki. A mam iść dwa tygodnie przecież... Wpadam na pomysł, że przecież prawie nic nie piłam w podróży (nawyk, żeby nie korzystać z toalety bo często nie ma jak), w Kazbegi też tylko piwo, które raczej mi nie pomaga. Chłopaki stanęli i coś tam patrzą z mapą staję i ja. Piję. Ciężko. Znów podchodzę do chłopaków proszę o podanie wody. Jest lepiej. Ale nadal ciężko. Pojęcia nie mam, jak dam radę. Miałam nadzieję, że rozbijemy się zaraz nad wsią żeby odespać noc w podróży, tak z resztą wstępnie mowiliśmy. Cóż, Robert i Seba chyba jednak nie bardzo wiedzą co to zmęczenie i chcą załoić pozostałą dwójkę ile będzie dało radę. Dochodzimy do ciekawie wyglądającego budynku pośrodku niczego który okazuje się nowiutkim, bo zaledwie rocznym schroniskiem. Pewnie byśmy nie stanęli, ale zaczyna grzmieć. Zamawiam herbatę. Dopiero po wypicu tego napoju czuję wyraźną poprawę. Potem już nigdy nie czuję, że nie dam rady dojść – jest mi po prostu ciężko, ale krok po kroczku idę dalej. Później, w październku dowiem się, że mój organizm jedzie na resztkach żelaza - i przy takim niedoborze tym bardziej ta wycieczka była trudna. Całe szczęście, że w sierpniu o tym nie wiedziałam :)
Pierwszy poranek w górach, gdzieś przy niebieskim szlaku w dolinie Chaukhi. Strzeliste szczyty masywu robia wrażenie. Na nas czeka "tylko", a może "aż" przełęcz. Słońce powoli ogrzewa dolinę Robert i Sebastastian przejeli na siebie obowiazek budzenia pozostałej dwójki, co jest jednym z powodów nazywania ich "hitlerowcami". Szykuję śniadanie. Nie jestem za bardzo głodna, ale wiem, że jeść trzeba. Nie tylko po to, żeby mieć siłę. Mniej jedzenia oznacza po prostu ciut lżejszy plecak.

Pierwszy odcinek szlaku znajduje się dość niedaleko modnego Kazbegi, dlatego pełno tu lokalnych, przedsiębiorczych inicjatyw. Za przełęcza Chaukhi ta "komercja" znika.

Dolina Chaukhi. Uważny obserwator dostrzeże osobę płci żeńskiej próbujaca się przedostać nieco wyżej... (fotka by Seba)

Na przełęczy Chaukhi
Zejście z przełęczy Chaukhi jest straszne. Ścieżka ginie tuż za nią. Trudno utrzymać równowagę w tak stromym terenie, z ciężkim plecakiem, W dodatku jest bardzo krucho, teren usupuje się spod nóg, a polecieć jest dokąd. W par miejscach mam stracha. Chłopaki pomagają. Niby to żadna pomoc – kiedy ktoś po prostu jest po drugiej stronie niebezpiecznego odcinka i mówi, żebym szła spokojnie i ostrożenia. Ale jednak ta cudza obecność pomaga. Taka metafora życia.
Jakaś nieszczególna ta wieś Roszka, leżąca u wejścia doliny, w której wczoraj nocowaliśmy. Jeden z licznym, gruzińskich "końców świata", gdzie nie dociera publiczny transport, ani nie ma dobodziejstw cywilizacji typu sklep. Chcemy kontynuować naszą wędrówkę szlakiem niebieskim. To, co znajdujemy za wioską nie nadaje się jednak do kontunuowania: ścieżka jest bardzo niewyraźna a bok niej rosną dwumetrowe barsze Sosnowskiego. Trujące, ponoć groźne. Mimo upadłu ubieramy się jak możemy i wchodzimy w ten gąszcz. Później już szukamy grzbietu omijając ścieżkę, której prawie nie ma. Jest gorąco. I niefajnie. Zatrzymujemy się pod podejrzanie wyglądjącą chatką, gdzie atakują nas chamry much. Na ręcę mam jedno oparzenie, chyba z początów przedzierania się przez krzaki. Zagoi się dopiero w Polsce.
Dochodzimy do punktu zaznaczonego na mapie jako Chie. Wioseczka na zdoczu gór, tu spotykają się szlaki czarny i niebieski. Choć wioseczka to bardzo duże słowo – są to 2 może 3 domy. Szukamy naszego szlaku niebieskiego, właściwie przechodząc przez czyjeś podwórko. Z domu wychodzi strasza pani. Robert zaczyna z nią rozmawiać, jak zwykle nie przejmując się, że nikt tutaj nie rozumie polskiego
. Ale pani nie mówi nawet po rosyjsku, więc na niewiele bym się zdała nawet gdybym została dopuszczona do głosu. Robert pyta o szlak – pokazując na szlak czarny – że szuka takiego samego tylko niebieskiego. Po polsku. I staruszka rozumie
, idzie z nami kawałek, pokazuje drogę. Pamiętam, że jakoś tak dobrze jej z oczu patrzyło. I jakoś tak miło, ciepło, trzymała mnie za rękę kiedy pozowaliśmy do wspólnego zdjęcia. Tu na Ziemi pewnie już się nie spotkamy. Ale kto wie, może gdzieś tam kiedyś...

Niestandardowy wariant szlaku Kazbegi - Omalo
Jesteśmy na grani - gdzie mapa zna szczyty takie jak Likoki czy Khakhmatismta. Jest to indywidualny wariant szlaku z Dżuty na Atsutnę, opracowany przez chłopaków. Indywidualne było też wejście - bez ścieżki, na skróty, zajęło pewnie ze trzy razy tyle. I na tej grani jest pięknie. Cudonie absolutnie pięknie. A góry nade mną jak niebo A niebo nade mną jak góry - możnaby zaśpiewać. Gdyby się miało siłę śpiewać. Wszechobecna zieloność, ciągnące się po horytont góry. Z ludzi tylko my. A jedynym śladem cywilizacji jest wijąca się droga do Szatili, gdzie od czasu do czasu przjeżdża samochód, wyglądający stąd jak dziecięca zabawka. Na dalszym planie skalista grań, domyślam się że to grzbiet odzielający Chesuretię od Tuszetii – z najwyżkszym Tebulosem. Słońce powoli chwyli się ku zachodowi. Złota godzina. To niemal niemożliwe – ale jest jeszcze cudowniej.
Biwakujemy nad niewielkimi jeziorkami lekko poniżej grani. Właściwie nad takimi większymi kałużami. Rano przybiegają do nas konie. To chyba ich wodopój "czy konie mnie słyszą" – mówi ktoś z nas. Jakoś to zdanie pierwsze przychodzi na myśl na widok tego zwierzęcia, co jakie jest, każdy widzi.
Ostatnie podejście na najwyższy z okolicznych szczytów wygląda konkretnie. Nie mam na nie najmniejszej ochoty, ale nikt nie pytanie mnie o zdanie
Mała kropka, która jest już prawie na szczycie to Robert, druga niewiele dalej to Seba. Artur chwilę na mnie czeka. Może jest zmęczony, a może chce sprawdzić, czy jeszcze daję radę. Smętne spojrzenia. Wzdycham. Szczyt ma nieco maturalną nazwę - Chokismtamatura, więc tym razem marudzę w nazwiązaniu do tejże "przecież już raz zdawałam mautrę, dlaczego muszę po raz drugi?" Niestety góry na moje marudzenie pozostają niewzruszone. Trzeba iść. Co ciekawe, od tamtego czasu do nawiedzającego mnie czasem snu, że muszę cośtam jeszcze zaliczyć na studiach dochodzi kolejny – że znow podchodzę do egzaminu dojrzałości...

Jedynym widocznym śladem cywilizacji jest droga do Szatili, która jest naszym punktem odniesienia przez kilka dni. Od czasu do czasu przejeżdża nia mały, zabawkowy, samochodzik

Ekipa na "maturze"
Po zdobyiu "matury" opuszczamy piękna grań. Schodzenie jak zwykle bywa męczące – zakwasy jeszcze z okropnego zejścia z przełęczy Chaukhi bywają dokuczliwe. Ale przed nami piękna, rozległa i puściutka dolina (dopiero kilka kilometrów niżej i znacznie poza zasięgiem wzroku jest jedyna wioska – Khakhabo). U kresu doliny szczyt, który poprawnie nazywa się West Chaukhi – dla mnie to jednak "prawie Giewont" ze względu na podobny profil. Wiem, że mamy rozbić się niedaleko skrzyżowania strumieni, więc jak mamy już pierwszy strumień wypatruję tego drugiego. Chyba widzę. Jesteśmy. Chłopaki jak zwykle debatują nad dobrym miejscem do rozbicia się, trzeba dokładnie sprawdzić lokalizacje. Ja się nie wtracam i czekam na moment kiedy będę mogła zrzucić bagaż. I umyć się! Koniecznie przed zachodem słońca - później momentalnie robi się bardzo zimno.
Dzień restowy, głównie ze wzglęu na poparzone nogi Artura. Wreszcie mogę się wyspać – wstaję chwilę przedtem zanim w namiocie robi się nieznośnie gorąco. Mycie, PRANIE – prawie wszystkie nasze ciuchy lądują na odciągach od namiotu przytwierdzonych do kijków. Czas płynie leniwie. Byłoby pięknie, gdyby nie gorąco przed którym nie ma gdzie się schować. I gdyby nie muchy, siadające na wszystkim. Za namową Roberta spacer nieco w górę doliny, nad maleńki wodospadzik. Uprawgnionych chłod. Chwila spokoju, nic nie trzeba, nigdzie się nie śpieszymy. Nie walczę o przetrwanie w nierównej walce ze zbyt ciężkim plecakiem. Moja warszawska codzienność, dojazdy z Białołęki na Mordor, tabelki excelu, fakturki – wydaje się teraz bardzo mało realne. Jest pięknie. Jestem szczęśliwa.

Po drodze miajmy maleńska wioskę, kilka kamiennych wież, kilka domów, kapliczka z dzwonem (leżał w trawie, ale został przywrócony przez nas). Jedna z wielu tutaj - zagubiona w czasie i w przestrzeni.
Dolina Khabao. Dzień był wyczerpujący, choć nie preszliśmy wielu kilometrów – kilka godzin szliśmy wąskim wąwozem rzeki, który bardziej niż chodzenie po górach przypominał tor przeszkód. Ale to już za nami. Znaleźliśmy miejsce, gdzie niby mamy się rozbić, u zbiegu rzek. Robert i Seba, którym jak zwykle było mało, poszli obejrzeć pobliskie Ardoti (w którym zreszta finanlnie zabiwakowaliśmy). Artur odpoczywa. Ja po miłej kąpieli w dość ciepłej rzece siadam nad brzegiem. Próbuję nie myśleć. Faceci ponoć mają coś takiego jak pudełeczko nicości – czegoś takiego teraz mi trzeba. Po prostu przyglądać się spienionej białej wodzie. I zielonościom wokół. Trochę się udaje. Myśli, zamiast standardowej szbkiej gonitwy - płyną wolno, coraz wolniej. Coraz lepiej widzę kolory, czuję zapachy. Nie odczuwam może jedności z całym Wszechświatem, ale czuję przynajmniej że jest mi dobrze tu i teraz. Do dziś wspomienie spienionej kaukaskiej rzeczki jest jednym z bardziej intensywnych z tamtych dni. W jakiś sposób tamta krótka chwilka, kilkanaście minut, może ciut dłużej, wciąż trwa.

Spontaniczna wizyta u poznanego dzień wcześniej staruszka. Stara się podjac nas jak tylko najlepiej może, choć nie ma wiele. Skromny dom, przycupnięty gdzieś na górskim zboczu. Ciekawe zdjęcia z przeszłości. Dobre serce.
To był długi dzień. Najpierw wizyta u staruszka Imedy, w wioseczce przycupniętej na górskim grzbiecie. Później kilkugodzinne oczekianie na przepustkę umożliwiajaca poruszanie się w strefie przygranicznej, w palcym słońcu, przy posterunku znajdujacym się pośrodku niczego. Słońce chyli się już ku zachodowi, kiedy się rozbijamy. Wody niewiele, kapie z niewielkiego cieku, którego stanowczo nie można nazwać strumyczkiem. Po raz pierwszy od kilku dni spotykamy na biwaku ludzi. To Polacy ;) Oglądamy piękny zachód słońca, właściwie jedyny, bo kiedy nocowaliśmy niżej słońce po prostu chowało się za pobliskimi górami. Tu jest inaczej. Słońce podświetla wszystkimi rodzajami czerwieni odległe szczyty. Ogrom gór, ogrom przestrzeni jest porażający. Możnaby tak siedzieć i patrzeć bez końca... gdyby nie proza życia i konieczność przygotowania obiadu. Na szczęście podgrzewanie wody i zalewanie liofilizatów wrzatkiem nie sa czynnościami wymagajacymi wielkich pokładów energii.

Wszystkie nasze górskie sprawy, przyjm litośnie Boże prawy, a gdy będziem wędrowali, niech Cię każdy krok nasz chwali (własna wariancja modliwtwy ludowej, stowrzona bodajże w Nepalu)
Nasz najwyższy nocleg – jesteśmy na troszkę mniej niż 3 tysiące metrów nad poziomem morza – paradoksalnie jest też najcieplejszym. W końcu nie jesteśmy gdzieś głęboko w dolinie, gdzie zimne powietrze. Mimo to, nie wychodzę ze śpiwora radosna i pełna entuzjazmu. Szczególnie, że nie spałam zbyt dobrze, budziły mnie przechodzące nad Czeczenią burze. W końcu podejmuję odważną decyzję. Widok jest przecudowny. Nad Kaukazem wstaje dzień. Nie jest piękny, pełeń jasnego, ciepłego światła poranek. Nad górami wciąż wisi wiele ciemnych chmur. Jednak tam, kilkadziesiąt kilometrów dalej widać miejsce, z którego wyruszyliśmy tydzień wcześniej. Rankiem często widać więcej. Więc widzimy Strzeliste szczyty. I Kazbek. Czerwonawe światłlo poranka powoli rozświetla groźne i piękne zarazem szczyty. To będzie dobry dzień.
Podejście na Atsutę jest strome, ale mozolnie podchodzę kruchymi łupkami i zdobywam wysokość. Krok po kroku. Staram się patrzeć pod nogi, żeby nie widzieć czy "daleko jeszcze". Oczywiście idę z tyłu. Oczywiście dochodzę ostatnia. Oddycham głęboko. Jest pięknie. Nucę sobie stary hicior DeSu "dziś wieeem, życie cudem jest". Tego dnia jest cudem z pewnością. Za nami śliczna, zielona Chewsuretia, morze cudnych, zielonych grzbietow. Przed nami Tuszetia. Nieco groźne, nieco mroczne, skaliste grzbiety. I wąska ścieżyna wśród kolejnego morza łupków. Góry po horyzont z obu stron. Nigdzie śladu cywilizacji (noo prawie nigdzie - na przełęczy jest jakiś gruziński słupek). Żadnych ludzi, tylko my. Oddycham pełną piersią. Chcę jak najwięcej wchłonąć, jak najwięcej zapamiętać z tego miejsca, które choć tak z pozoru nieprzyjemne i niegościnne, jest tak bardzo moje.

Atsutna, widok na Tuszetię
Patrzę na mapę, szukam Tuszetii, którą znam i pamiętam spzed 2 lat. Takiej zielonej i łagodnej. Widzę, że do tamtego miejsca gdzielą mnie jeszcze kilometry, a przed zielonyi grzbietami jeszcze trochę tych nieco mroczniejszych, skalistych. Na mapie tyle ścieżek, tyle grzbietów, na których pewnie noga ma nie postanie.

Nasza ekipa ;)

Sielanka po tuszecku
Po długim dniu wędrówki przez jedną z dwóch głównych tuszetyjskich dolin, spieczeni słońcem (przynajmniej niektórzy z nas spieczeni), bogatsi o widok kilku żmij, mijamy ostatnie wieże obronne. I widzimy wreszcie wioskę, choć jak na kategorie naszego wyjazdu jest to metropolia. Girewi. Po tym razem krótkiej wizycie u pograniczników "czołgi" udają się na poszukiwanie sklepu. Będzie świeże jedzenie. I piwo! Wszystko smakuje wybornie... Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb i rozbiciu się ruszamy "na miasto". Jakoś na początku spotykamy sympatycznego Gruzina, który pokazuje nam, gdzie można czasem odnaleźć zasięg. Miejsce jest zacne. To podstawka na telefon (przypomina trochę to z czego czyta się w kościołach) oraz ustawiony przed nią pieniek. Jeśli w odpowiedniej pozycji podstawimy telefon i nikt nie będzie szedł z lewej strony być może uda się złapać zasięg :) Chłopakom udaje się złapać sieć, odebrać i nawet wysłać smsy. Moje telefony padły – rozładowały się nawet wyłączone.

Girewi - tu także zostajemy odsapnac - oraz przyjżeć się zwyczajom "lokalsów" - zebranych tu z okazji święta wsi. Załapujemy się głównie na gonitwę.
Parsma, mostek na Pikrita Alzani. Zaczyna się Tuszetia, którą znam, ścieżka na przełęcz Nakaicho. Tym razem już nie tylko ścieżka – wyraźnie widać szlak czerwony. Tym razem nie gubimy szlaku i wygodnie wchodzimy prosto na przełęcz. Oczywiście wygodnie w porównaniu z wejściem sprzed dwóch lat, gdzie na skutek błędnej lokalizacji naszej przełęczy zaczęłyśmy podchodzić niewyraźną ścieżką, która wkrótce zniknęła – więc z ciężkimi plecakami po stromych trawkach i niskich rododendronach. Tym razem dobra ścieżka a słońce wyjątkowo nad nami się nie znęca. Ale i tak idę wolno – po prostu nie mam już siły. Na przełęczy wciąż jest nieziemsko pięknie.

Ze znanej mi przełęczy nie idziemy w dół - tylko grzbietem Makrela. Z każdej strony roztacza się widok na rozległe, często nienazwane góry. To nasz najdłuższy dzień biorac pod uwagę kilometry i przewyższenie.

Bo w górach nie ma granic, tam się szuka wolności (K. Wielicki)

Ścieżka czasem jest, czasem jej nie ma

Ilość okolicznych gór przerasta oczekiwania. Jest w tym jakiś rodzaj smutku - bo życia nie starczy, żeby zawędrować w te wszystkie miejsca, do których serce aż się rwie...
Dochodzimy do Omalo, w pewnym momencie poznaję drogę i już wiem, że jesteśmy gdzieś między górnym a dolnym Omalo. Zza zakrętu wyłaniają się znajome wieże. Kres wędrówki. Radość, że dotarłam. I smutek – specyficzny smutek spełnionego marzenia, skończonej jakiejś drogi. Smutek rozstania – ja po krótkim transporcie znajduję transport i jadę do Kachetii, chłopaki zostają jeszcze dwa dni. Zachłannie przyglądam się górom, przestrzeniom tak pięknym, że aż nierealnym. Nie chcę wracać. Byłam szczęśliwa.
Tbilisi. Włóczę się sama po wielkim i gwarnym mieście. Czuję się zagbubiona – na metrze kwadratowym jest tyle osób, ile widywaliśmy dziennie. Turyści hałasują, robią zdjęcia (ciągle się wpada komuś w kadr), obok pięknych zabytków mnóstwo turystycznej tandety. Jest ładnie – ale w porównaniu z niezkazitelnym pięknem gór – miasto wypada blado. Tęsknie za górami, nad którymmi słońce i wszystko proste tak...

Miejski zgiełk po górskiej ciszy jest trudny do przyswojenia. Choć Tbilisi ma wiele pięknnych miejsc do zaoferowania.

Wnętrze armeńskiej cerkwi przypomina o podróży sprzed dwóch lat

Na miejsce do spożycia chaczapuri i wypicia czegoś zimnego wybieram kanjpkę o uroczej nazwie "KGB is watching you". Moda na socjalizm dotarła i do Gruzji. Choć "matrioszki" ze Stalinem widziane w kilku sklepach z pamiatkami uważam za "troszkę" nieodpowiednie.
Droga z Kachetii do Omalo. Tuż za przełęczą Abano, gdzie zaczyna się Tszuetia stajemy na postój. Niestety zmuszone byłyśmy wynająć taxi za 200 lari żeby tu dostać - 70 kilometorowy odcinek pokonuje się w cztery-pięć godzin i nie jeździ tędy żaden transport publiczny. Na postoju tradycyjne menu - gruziński chleb, ser, owoce. Pyszne. Częstuemy naszego kierowcę. To młody chłopak, kiedy zaczna coś mówić o noclegu w namiocie gdybyśmy miały jeszcze jeden, albo pyta czy mam chłopaka nie przejmuje się - często się podobamy miejscowym. Niestety tym razem na kulturalnej rozmowie się nie skończyło, doszło do dość nieprzyjemnego incydentu, na szęście byłyśmy we trzy a pan jeden więc nieprzyjemnie było chwilę, potem pojechałyśmy dalej, choć piękna droga już w ogóle nie cieszyła. Pan nazwywa się Besiki Zuriashvili i jest z Telavi.
W Zemo Omalo, rankiem następnego dnia, spełnia się nasze marzenie - uczetniczymy w lokalnym nabożeństwie, ze śpiewem w harmonii. Szkoda, że Olga już w kraju.
Dartlo, Tuszetia. Za naszych rodziców. Gdyby nie oni nie byłoby nas na świecie – znów ten popularny na Kaukazie i Zakaukaziu toast. Oczywiście pijemy też za wszystkich możliwych członków rodziny
Tym razem na szczęście w kieliszkach wino, więc da się to pić. Siedzimy z najprawdziwszą tuszetyjską rodziną przy najprawdziwszej rodzinnej uczcie z okazji święta Maryj (chyba Wniebowzięcie). Stół zastawiony jest najrozmaitszymi przysmakami. Wszyscy są dla nas bardzo mili i dbają o pełne talerze i kieliszki. Zostałyśmy tu zaproszone tak po prostu – bo przeszłyśmy zapytać się o miejsce na rozbicie namiotu i z którego można zabrać wodę. I jeszcze powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski na pytanie odkuda Wy. Nie doszłyśmy jeszcze do postawionych pod ścianą plecaków, kiedy pojawiło się zaproszenie
Ciekawe, że właśnie tu w Tuszetii, która jest najdzikszym z odwiedzonych przez nas miejsc, spotykaliśmy relatywnie najwięcej miejscowych mówiących po angielsku – może to dlatego, że zimą w całej krainie żyje zaledwie kilka rodzin, reszta przenosi się do niżej położonych miast. Tu po angielsku mówi córka gospodarza – Nadia. Z resztą mocno nas zawstydza bo zna jeszcze wiele innych języków, w tym perski. Dowiadujemy się, że rodzina mieszkała kiedyś w Czeczenii (stamtąd jest matka Nadii), to niedaleko bo jesteśmy już przy granicznym grzbiecie. Kiedy wybuchła wojna przenieśli się do Dagestanu, później do Gruzji. Z całej rodziny dziś przy stole siedzą tylko ojciec i córka, nie pytamy, gdzie mama, czy było więcej braci i sióstr. Dziwi nas tylko, że Nadia do swojego ojca mówi cały czas „mama” – ale potem się dowiadujemy, że po gruzińsku to znaczy „tata”. Oczywiście w rozmowie z pozostałymi członkami rodziny (już po rosyjsku – nam wszystkim idzie coraz lepiej) padają wątki polityczne i samolot z Kaczyńskim (większość Gruzinów wierzy, że to był zamach), pijemy niezliczoną ilość razy za polsko-gruzińską drużbę. Jeden z wujków stwierdza w pewnym momencie filozoficznie wy nie lubicie ruskich, my nie lubimy ruskich a porozumiewamy się po rosyjsku. Jak to na imprezie nie zabrakło też tańców. Pożegnanie też nie było najkrótsze – po naszym toaście na cześć wspaniałych gospodarzy. Oczywiście jesteśmy zaproszone też na śniadanie i strasznie żałujemy, że następnego dnia naprawdę musimy wstać wcześnie. Ojciec Nadii zapewnia nas że jesteśmy tu bezpieczne, że jakby się coś działo to oni tutaj są i nie pozwolą nam zrobić krzywdy. Jeszcze kiedy kilka tygodni później piszę te słowa uśmiecham się szeroko na wspomnienie tych ludzi i ciepła które nam ofiarowali – tak po prostu, za to, że jesteśmy.
Podchodzimy pod Przełęcz Nakaicho (2903 m.n.p.m.) – różnica poziomów ponad 1000 metrów, mimo wysokości jest gorąco, mamy ciężkie plecaki – innymi słowy, pełna sielanka. Postoje robimy co pół godziny, zamiast co godzinę. Całe szczęście po drodze jest kilka małych strumyczków, z których możemy nabierać wodę do butelek i nawilżać nasze nakrycia głowy, coby troszkę schłodzić procesor główny. Na którymś z postojów, wyjmuje ostatnią paczkę żelek z Polski, zachomikowaną na kryzys. To chyba dobry moment. Żelki są zajebiste. Oszukuje siebie, że żelatyna to pomoże na stawy przeciążone ciężarem i stromizną stoku. Oszukuję siebie, że będzie się szło lepiej. Nie wiem jeszcze, że prawdziwy kryzys nastąpi za chwilę – gdy przez nieco błędne informacje, które otrzymałyśmy na dole idziemy nie na tą przełęcz co trzeba, ścieżką która najpierw jest niepewna, a potem w ogóle jej nie ma. Więc ze sporym ciężarem na plecach na rympał po stromym stoku, po rododendronach, trawkach i skałkach, na których noga w ogóle się nie trzyma. Sielnka.

Wody mało więc jemy 2 liofy na trzy osoby.

Nasza trójka na przełęczy
Jesteśmy na przełęczy. Cudny widok na niekończące się morze zielonych grzbietów gór. Szerokie siodło przełęczy to dobre miejsce na nocleg, znajdujemy nawet skałki które chronią nas od wiatru. Pierwotny plan zakładał zejście na noc do Verchovani, ale most który jak się okazało jest dopiero w Parsmie (o tym pan z parku narodowego z Omalo nie uprzedził kiedy polecał nam szlak…) i potem zgubiona ścieżka pokrzyżowały nam plany. Decydujemy się, że lepiej nocować niż schodzić częściowo po ciemku nieznanym terenem. Przeszkadza nam trochę brak wody – mamy 1,5l przyniesione w butelkach – starczyło tylko na liofa i herbatę na rano. Miejsce jest piękne – oddalone od cywilizacji jak na prawdziwym górskim wyjeździe być powinno. Kładziemy się tuż po zmroku, zmuszamy się do rozmowy żeby nie zasnąć za wcześnie. Lekki niepokój żeby pogoda się nie popsuła, bo wtedy zejście może być mega trudne.

Na początku zejscia było jeszcze coś co przypominało nieco ścieżkę


Oczywiście w zejściu do Verchovani też sielanka – tu ścieżka istnieje tylko na mapie, w rzeczywistości kończy się może 100 metrów poniżej przełęczy. Oczywiście stok nadal jest stromy, jedyne pocieszenie, że tym razem nie ma rododendronów. Mamy nadzieję, że nasz „przydział na przygody” wyczerpie się kiedy do Gosi podbiegł byk i wyglądał jakby miał ochotę wziąć ją na rogi (pomarańczowy pokrowiec…). Szybko okazuje się, że byłoby to za mało, więc za jakiś czas rozlegają się grzmoty. Najpierw nieśmiałe i niezbyt częste, ale potem burza przyszła dość szybko. Na szczęście jesteśmy już dość nisko, więc nie jest jakoś bardzo niebezpiecznie. Za niewielką skałką zakładamy kurtki i pokrowce na plecaki. I wtedy moja torba z aparatem oraz pieniędzmi i dokumentami, ustawiona niedokładnie na stromej półeczce – elegancko leci w dół, nie była dobrze dopięta więc oczywiście w miarę spadania wylatują z niej różne rzeczy. Jestem bliska załamania, prawie zaczęłam płakać, przestraszona, że ich nie znajdę. W deszczu i grzmotach schodzą w dół po bardzo nachylonym stoku i zbieram „fanty”. To jeden z gorszych momentów na wyjeździe. Na szczęście torba zatrzymała się kiladziesiąt metrów niżej na stoku, a wszystkie rzeczy udało się dość szybko znaleźć. Na szczęście nic nie doznało trwałych uszkodzeń. A i deszcz i grzmoty dość szybko sobie poszły. Żeby tylko nogi tak nie bolały na tym stromym stoku...

Miejsce jest naprawdę przepięknę i tak daleko od wszystkiego - tylko brak ścieżki i piękący bół stóp nieco to piękno przyśmiewają


Droga z Verchovani do Omalo jest bardzo ładna, jednak liczy aż 30 kilometrów (to jedna z rzeczy, której nie powiedział pan w informacji turystycznej polecjąc nam tę trasę). Na szczęście udało się pojechać częśc tej trasy "na stopa"


centrum Zemo Omalo, stolicy Tuszetii
Zjeżdzamy już z Tuszetii. Nasz kierowca zauważa z dawna oczekiwany drogowskaz. Skręcamy na gorące źródła. Na tym wyjeździe już drugi raz spotyka nas luksus w postaci ciepłej wody! Mamy dla siebie jedną niewielką wannę. Nasi kierowcy i wybawciele – symaptycznie Amerykanie, którzy zwożą nas z Tuszetii za darmochę i jeszcze swoim cieszeniem się ze wszystkiego bardzo umilają nam czas – wchodzą do drugiej, w osobnym pomieszczeniu. Jest naprawdę super, gorąca woda, okno z widokiem na góry. Wreszcie beztrosko jak na wakacjach a nie tylko w górę lub w dół, albo jak gdzieś dojechać. Chwilo jesteś piękna trwaj! Przydałyby się jeszcze drinki z palemką, ale chyba nie serwują
Jest tylko jeden szkopuł – srebrna biżuteria, którą mamy pokrywa się czarnym osadem, wygląda teraz jak naprawdę stare, rodowe srebra. Mamy w ekipie farmaceutkę, więc dowiaduje się, że po prostu wytrącił się siarczek srebra.
Tzsinadlali, Kachetia. Smakujemy kolejne słodkie, gruzińskie winko, całkiem niedawno rozlane do butelek. Oczywiście mówimy naszym gospodarzom, że „oczeń wkusnyje”. Właśnie kończymy zwiedzanie najprawdziwszej kachetyjskiej winnicy – takiej całkiem nowoczesnej z ogromnymi pojemnikami, w których wytwarzane jest wino. Obok pola winorośli, z widokiem na główny grzbiet Kaukazu. A trafiłyśmy tu całkiem przypadkowo, nasza gospodyni jest pracownicom tejże winnicy i po prostu, kiedy szła do pracy zabrała nas ze sobą a jej współpracownicy się nami zajęli – prowadzili, poczęstowali, obdarowali i odwieźli na „kwaterę”. Do naszej gospodyni też zresztą trafiłyśmy przypadkowo. Namiot miałyśmy rozbić pod muzeum Czaczawadzego (XIX wiecznego działacza niepodległościowego i pisarza), ale idąc na miasto do sklepu postanowiłyśmy spytać siedzące na ławce kobiety, czy gdzieś nie da się wynająć pokoju. I jedna z pań zaprosiła na tani nocleg do siebie. I tak bez wysiłku udało się zwiedzić niekomercyjnie zobaczyć prawdziwy kachetyjski zwykły dom rodzinny i zwiedzić prawdziwą winnicę. I jak tu nie kochać Gruzinów!
Gosia w pałacu w Tzinandali.

Maleńkie palmy w Tzindandali, na terenie pałacu-muzeum gruzińskiego XIX-wiecznego działacza niepodległościowego Czaczawadze

Tbilisi zwiedzane pośpiesznie nocą
Jedziemy marszrutką z Tbilisi do Erywania. Dziewczyny śpią. Ja za oknem widzę wielką wodę. Myślę sobie, że morze to jezioro Sewan - nie zmieściło się w grafiku naszej podróży, więc cieszę się, że choć przez chwilę udało się je zobaczyć. Następnym razem. I mam nadzieję, że ten następny raz nie każe na siebie długo czekać.

Błękitny Meczet w Erywaniu
Erywań. Spacerujemy między najważniejszymi zabytkami. Jesteśmy już w centrum, gdzieś między Operą i Kaskadami – po drodze zaglądamy do niewielkiego, zabytkowego kościółka. W centrum ikona Matki Bożej. Uderza mnie kontrast pomiędzy Jej (i Jej Syna) zwyczajnym, ludzkim, łagodnym obliczem – a złotem którym obraz i ołtarz są przyozdobione. (to maultuki kościółek więc zdobienia skromne - przy większości "najświętszych" obrazów zdobień jest kilkanaście razy więcej, czasem ciężko zobaczyć sam obraz...) Bóg, który zast
ąpił z nieba by stać się człowiekiem, blisko nas, naszych najzwyklejszych codziennych spraw. Przez nas samych wywyższony, ozłocony … i odsunięty od naszej codzienności. Łatwiej uczynić Go wspaniałym, pozłacanym symbolem , łatwiej przebłagiwać materialnymi ofiarami – niż tak po prostu przyjąć że Jest i postępować "pobożnie" nie tylko tam, gdzie sacrum, lecz także gdzie profanum. W naszym realnym życiu, nie w najpiękniej przyozdobionym kościele. I przypomina mi się kolęda Nie było miejsca dla Ciebie.
Lubię ormiańskie i gruzińskie świątynie – często pogrążone w ciemności,oświetlanej jedynie blaskiem modlitwenych świec. Duchowość Wschodu, choć zasadniczo mało mi znana, niesie w sobie tę cząstkę Tajemnicy, którą na racjonalnym Zachodzie utraciliśmy. Ta inność sprawia także że ja modlę się nieco inaczej, dotykając tej części mojej duchowości, z którą sama ma rzadko kontakt. W tym zakresie podróż także wzbogaca.
W środku nocy taksówka na lotnisko, odprawy, ostatnie wydatki w strefie wolnocłowej - i z żalem wracamy do Polski. Po tej podróży oczywiście kilka kolejnyc marzeń z cyklu "co by tu załoić w okolicy"...
