Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Tags - pik
April 1, 2018April 1, 2018  0 comments  Trekking

Lotnisko w Stambule nie należy do największych, ale dało radę znaleźć przytulny kącik – komorka ładuje się, a ja robię "prasówkę" – w podróż nie wzięłam ze sobą książki bo i bez niej plecak bardzo ciężko. Podeskcytowana właśnie rozpoczętą podróżą. Kątem oka dostrzegam wielką czerwoną kulę. Zachodzące słońce. W tle minarety meczetów. Podbiegam do szyby. Udaje mi się strzelić fotkę zanim słońce szybko zniknęło za horyzotem. Kiedy wzejdzie będziemy już w Biszkeku, stolicy Kirgistanu.

 

Biszkek

 Pierwsze chwile w Biszkeku. Śniadanie w lokalnej knajpce koło Osz bazaru. Samsa z mięsem. I kawa - czyli jak wszędzie w Kirgistanie zalewane 3 w 1

 

 Po zarwanej nocy, wylądowałyśmy o 6 tj 2 polskiego czasu, jesteśmy lekko zmęczone. Mamy za sobą szybkie śniadanie, szybkie zakupy i szaleńcze poszukiwanie właściwego przystanku z któego odjeżdża nasz marszrutka. Do parku narodowego Ala-Archajedziemy niecałą godzinę, jest szansa na choćby drzemkę. Zasnąć trudno- bo za okanmi przeusywają się piękne krajobrazy, oraz egzoyczny dla nas krajpbraz obecego kraju. Hurrra jestem w Azji, patrz jakie piękne góry – krzyczy serce. Rozsądek każe pospać choćby chwikę. Przecież będą jeszcze piękne widoki...

 

Ala Aracha

Pierwszy widok na Tienszan. Marszutka dowozi do bram parku Ala-Aracha. Stąd warto wziąć taxi do Ałpagier żeby nie iść dwie godziny asfaletem.

Jeśli nie zaznaczono inaczej zdjęcia mojego autorstwa.

 

Ala Aracha Niedługo po starcie naszej wycieczki zaczyna lekko padać i grzmieć. Potężne góry Tienszan witają nas nieco mrocznym klimatem. Niewielką burzę przeczekjemy w krzakach, lepiej nie wychodzić na otwartą przestrzeń

 

Tego dnia nie możemy iść zbyt daleko, nie mamy aklimatyzcji, a startujemy od ok. 2200. Zgodnie ze znalezionym w sieci opisem rozbijamy się przy wodospadzie na wysokości 2700. Urzeczona przyglądam się wysokogórkiemu krajobrazowi. Niesamowite – ledwo wstałam od biurka a tu coś takiego. Trafia nam się cudowny zachód słońca – okoliczne skały zyskują niesamowicie nasyconą, czerwoną barwę...

 

Żeby nie było zbyt pięknie – całą noc pada.

 

baza Racek, fot. Paulina Wojciechowska

Po całonocnych opadach wyższe partie gór przykrył śnieg.

 

Na Raceku, na wyskości 3300 metrów jesteśmy dość wcześnie. Bardzo padało, więc decydujemy się na nocleg wewnątrz. Czas na aklimatyzacje. Czyli picie, picie i jeszcze raz picie. A potem – tolaeta. Jest czas na spacer. Nasza baza nie jest jedyna – jest kolejny budynek ciut wyżej. I namioty wokół obu. Wiele nardowości. Przed naszą bazą stromo opadający wodopad. Jest ujęcie wody. Szkoda, że nikt nie pomyślał o miejscu do mycia, trzeba kombinować.

 

baza Racek, fot. Paulina Wojciechowska

Poradziecka aplinistyczna baza Racek. Imię zawdzięcza radzieckiemy alpiniście.

 

 

Mam czas też na "spacer z aparatem". Więc są ujęcia lodowców, okolicznych kwiatków. Są portrety dziewczyn. W podróży czasem tak jest, że jak się mniej dzieje – jest więcej zdjęć ;)

 

 Jeszcze podczas kolejnej sesji herbatki z termosu zauważam małego ssaka, który przebiega po naszych śpiworkach. W nocy słychać że jest ich trochę więcej. Nie wiem, kto wymyślił powiedzonko "cicho jak myszka" – bo obie noce, które spędziłyśmy na Raceku towarzyszył nam chałas. Najpierw skrobanie i chrobotanie. A jak myszki przestały chrobotać i biegać to widać szukały towarzystwa – bo popiskiwały. Taka lokalna atrakcja. Jestem w stanie źle spać z każdego powodu - a więc biegające myszki i słaba aklimatyzacja zdecydowanie zakłóciły mój nocny wypoczynek.

 

RAcek

"Przytulne" wnętrze bazy

 

Wstałyśmy o świecie. Dziś atak szczytowy na Pik Ucziciel, góry dla której tu przyjechałyśmy. Dziś pogoda śliczna, słońce oświetla pięknym porannym blaskiem okoliczne szczyty. W Tienszanie wstaje dzień. My powoli zdobywamy wysokość. Ścieżka jest bardzo niewyraźna – wszędzie leżą kamienie, nawigacje ułatwiają kamienne kopczyki. Przy słabej widoczności orientacja w terenie mogłaby być naprawdę trudna. Ale i bez tego nie zawsze idę właściwą drogą, nie zawsze dobrze widzę która kombinacja kamieni jest tą właściwą. Trudności technicznych nie ma, ale jest stromo. A im wyżej, tym wolnej idziemy.

 

 Końcowka trasy była już całkiem we mgle. Coraz trudniej złapać odddech. Chmury się rozstępują ... próbuję podbiec, ale nie mam aklimatyzacji na takie szaleństwa. W końcu to ponad cztery i pół tysiąca metrów. Wchodzę na szczyt jako pierwsza. Przede mną morze nienazwanych w większoścu szczytów. Troszkę płaczę ze wzruszenia

 

widok z Piku Ucziciel, fot. Paulina Wojciechowska

Jesteśmy na szczycie. Cztery i pół tysiąca metrów...

 

Na szczycie oczywiście obowiązkowe fotografie. Chmury przychodzą i odchodzą więc mamy szansę na fotki z górskim krajobrazem. Bez fotek byłoby niezaliczone ;) Część grani i kopuły szczytowej pokrywa mały lodowczyk, na który w żadnym wypadku nie możemy wejść – więc nie mamy widoku 360. Ale i tak jest cudownie. Na szczycie jesteśmy same. Zostajemy może z 20 minut – musimy zejść żeby szybko wytracić wysokość. 1200 metrów jednego dnia, gdy nie byłyśmy dobrze zaaklimatyzowane – to dużo.

 

baza Racek, fot. Paulina Wojciechowska

 

Do bazy wróciłyśmy w chmurach. Tylko przez chwilę wieczorkiem pokazały nam sie góry w blasku zachodzącego słońca.

 

RAcek Noc po ataku szczytowym była już nieco lepsza - ale myszki i tak były słyszalne. Nie nastawiałyśmy budzika, można było wstać tak po prostu. Słyszałyśmy tylko jak w nocy towaryszący nam Holedrzy cicho wstawali i szykowali szpej chyba na poważniejsze wyjście. I jak jeden Kirgiz długo i uporczywie próbował namówić do wyjścia swojego kolegę, który pozostawał głuchy na jego krzyki i śpiewy. My wstajemy znacznie później niż zwykle. Mocne słońce na dobre zagościło w dolinie. Dziś jest dobry dzień.

 

Plan wyjazdu napięty – więc choć chciałoby się zostać – idziemy w dół. Pogoda jest przepiękna, świeci bardzo mocne słońce i góry wyglądają zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy podchodziłyśmy. Na szlaku mnóstwo ludzi, trochę turystów, w niżej części bardzo dużo lokalsów, któzy korzystając z pięknej niedzieli uciekli od upału w Biszkeku. Dłuższy postój robimy sobie nad spienioną, białą rzeką Ak-Sai, nieopodal miejsca pierwszego noclegu. Przyjemna bryza. Nie mogę się napatrzeć na rzekę i góry. Na brzuchu trzymam chłodny kamień – daje trochę wytchnienia od mocnego bólu, który pojawia się regurlanie co 28 dni i nie reaguje na słowo "urlop" :) Mimo niedogodności, jest pięknie. Wtem.. łapię się na myśli co muszę zrobić jak wrócę do pracy, tak żeby moja księgowa jak najszybciej mogła policzyć VAT. Szybko przestawiam się na właściwe tory, z dala od Morodru, targetów i faktur sprzedaży. Nie jest łatwo zanurzyć się w "tu i teraz", nawet jeśli teraźniejszość to spełnione marzenie...

 

rzeka Ak Sai

 Spieniona rzeka Ak-Sai.

 

Ala Aracha

Ukwiecone łąki na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów.

 

Wyruszamy z Ak-Suu, miejscowości startowej dla naszego kilkudniowego trekkingu w paśmie Tereskuj-Alatoo. Jestem zła. Miejscowi chcą od nas dużej kasy(4000 som tj. ok. 220 PLN) za podwiezienie nas nędzne 15 km do gorocych źródeł Ałtyn Arshan. Nasze źródła internetowe wskazywały, że suma powinna być kilkukrotnie niższa. Wszyscy napotkani miejscowi rządają jednak 4000. Tłumaczą się, że droga "ocień płohaja", czyli że niby kiepska. My twierdzimy, że wcale nie kiepska i ruszamy w górę, nie patrząc że jest 18:00 a do pokonania mamy 15 km i 500 metrów przewyśzenia. Najwyżej zanocujemy po drodze. Nie ma zbyt wielu miejsc na nocleg ale co tam, więc zaczynam się trochę stresować. Wtem koło 20:00, kiedy zapada zmrok zza zakrętu wyłania się ził węglarek, pełen Ukraińców. Oferują podwózkę za znacznie mniejsze pieniądze. I cóż, okazuje się, że... droga rzeczywiście jest bardzo zła, godzina jazdy to istny horror – cały czas miałam wrażenie, że spadniemy do rzeki lub w przepaść....

 

Ałtyn Arshan

 Ałtyn Arshan na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów. Słynie z gorących źródeł. Tu kończy się "płohaja droga" i zaczyna nasz trekking.

 

Ałtyn Arshan

Ruszamy. Tego dnia dokuczał nam wyątkowy upał.

 

Drugi dzień naszego trekingu, start z miejsca, gdzie kończyła się woda (na około 3300). Jakieś pół godziny od oboazu zaczyna się robić trudno. Jest bardzo stromo, ściana góry jest niemal pionowa. Plecak tym razem bardzo ciąży. Kamienie lecą spod nóg. Czuję, że kompletnie nie mam siły iść wyżej.... ale nie bardzo mogę przystawać na dłużej gdyż zaczynam po prostu lecieć w dół. Więc szybkie oddechy co kilkanaście kroków. Jezu, czy ta droga się nigdy nie skończy? Jeszcze krok, jeszcze kilka kroków i już. Jestem na Przełęczy Ala-Ker, na wyskości ponad 3800 metrów. U moich stóp niesamowite turkusowe jezioro Ala-Kul. Widok jak marzenie, jak z pocztówki. Widok, który zainspirował Gosię do organizacji podróży. To, co przez wiele miesiący było tylko mglistym obrazkiem teraz oglądam na żywo... i nie mogę się napatrzeć. Na przełęczy Francuzki dziwią się, że przyszłam tutaj w spódnicy... cóż, w górach trzeba mieć styl.

 

przełęcz Ala-Ker

Na Przełęczy Ala-Ker

 

Na przełęczy spędzamam ponad godzinę – trudno napatrzeć się na ten niesamowity turkus. I góry, zesząd góry. Część szczytów pokryte śniegiem. A na jednej z gór – lodowiec z niesamowitymi serakami. A na przełęczy .... tybetańskie flagi modlitewne. Raczej nie zawieszone przez miejscową ludność.

 

Ala-Kul, fot. Paulina Wojciechowska

Zejście na biwak. Przyoadkowo rozbiłyśmy się w obozowisku firmy Ak-Sai, przeznaczonym dla wypraw komercyjnych. Turyści chodzą na lekko - a w obozie mają różne udogodnienia: lodówkę, prąd z generatora, jadalnię ze stołem i krzesłami, wodę butelkowaną przynoszoną rano do solidnych namiotów. Baza jest prawodpodobnie zaopatrywana helikopterem, nie ma szans, żeby wsyztsko zostało tu wniesione.

 

 Rozbiłyśmy się nad brzegiem cudownego turkusowego jeziora. Trasa dziś była krótka, więc drugie pół dnia mamy dla siebie. Poszłabym na wycieczkę "na lekko" – ale Ewy decydują się zostać w obozie, a  Gosia ma coś z kolanem. Więc zamiast łażenia – swoista odmiana plażingu i smażingu. Idziemy sobie brzegiem jeziora. Moczymy stópki - co później wejdzie nam w nawyk. Woda bardzo zimna - ale trudno się spodziewać czegoś innego na wysokości trzech i pół tysiąca metrów. Idziemy dalej – i spotykamy "naszych" Ukraińców, którzy również biwakują nad brzegiem. Po krótkiej rozmowie idziemy jeszcze na spacer aż do krańca jeziora. Siadamy. Gapimy się bez końca na cudwony krajobraz. Na będącą naprzeciwko nas pięciotysięczną górę z niesamowitymi serkami. I na dwie żółte łodzie, które wzięły się znikąd i przepływają przez jezioro. Co tu robią i kto je przytargał? Kolory robią się coraz bardziej nasycone, zblliża się złota godzina. W końcu czas wracać -  "zahaczmy" jeszcze o oboz Ukraińcow. Załapujemy się na arbuza, którego ich dzielny przewodnik przyniósł aż tutaj... wspaniała i niespodziewana uczta.

 

Ala-Kul, fot. Paulina Wojciechowska

Trochę inne Lazurowe Wybrzeże

 

nad brzegiem Ala-Kul, fot.: Paulina Wojciechowska

 

Nie możemy się napatrzeć...

 

Ala-Kulejście było strome, mijamy też bardzo dużo ludzi. Sporo ma własnych tragarzy. Idziemy z Ewą Dużą pierwsze. Na dziewczyny czekamy przed pięknym wodospadem, opadającym z polodowcowego progu. Taka lokalna wersja Siklawy, tyle, że oczywiście odpowiednio większa. Przyjemny chłód, przyjemy huk wodospadu. Chwilka relasku, znalazł się nawet czas na rozmasowanie obolałych pleców.

 

 dolina Karakol

 Dolina Karakol. Zdążyłyśmy przed burzą.

 

Na zewnątrz burza szaleje. A my w środku przytulnego namiotu kuchenno-barowego w Karakol Base Camp. Na 2500, czyli w dolinie :) "Kirgiski bar" jak go ochrzciłyśmy zawiera wszystko – niewielki sklepik z wyposażeniem typu makarony, zupki chińskie czy różnej wielkości piwo. Ozdobą sklepiku jest różowy budzik w kształcie serca. W rogu część kuchenna – łącznie z prawdziwą kuchnią, na której można gotować. Dużo stołów, przy których rozsiadły się różne grupy. - my siedzimy w Rosjanami. Wszędzie porozwieszane ciuchy. Są też parkowi strażnicy, którzy ściągją od nas opłatę – 200 som za osobę. Paragon, który dostajemy jest mocno wyblakły i nie zawiera daty. Co każe wątpić, czy gotówka kiedykolwiek trafi do siedziby parku.

 

dolina Karakol

Uroczy gadżet w sklepiku w Karakol Base Camp

 

Po burzy idziemy z Dużą Ewą w górę doliny. Bo wiem, smutne to, że nie pójdziemy już dalej. Po deszczu jest znów bradzo ładnie – wszystko widać. Turyście wędrują – jedni, totalnie przemoczeni, do naszej bazy. Inni – gdzieś dalej w góry. Baza jest bardzo ciekawym miejscem – oprócz kilku jurt, namiotu bazowego, małych namiotów innych turystów znajdziemy tu większe i porządne namioty (pewnie dla grup zorganizowanch) i kilka przeczep, w których mieszkają zarządzający bazą. A wokół tego wszystkiego pasą się konie.

 

dolina Karakol

W toaletach w Kirgistanie przeważnie nie ma drzwi do każdej kabiny. A czasem zdarza się, że nie ma nawet przedzielenia między kabinami. Miejsce na stópki jest naprawdę urocze.

foto: Ewa

 

dolina KarakolKolejny dzień zapowiada się pięknie. Trochę mam nadzieję, że prognozy kłamały, trochę że dziewczyny zechcną zaryzykować i pójdziemy w stronę Teleti. Niestety. Idziemy w dół. Wiem, że to rozsądna decyzja. Z początku naszej wędrówki dzień jest bardzo ładny. Towaryszy nam szum potężnej rzeki Karakol. Później nie jest już tak sielankowo ;)

 

Karakol jest brzydki. Można poza prawosłowaną katedrą czy mecztem Dunganów (chińskich muzułmanow). I maleńskimi chatkami. Bieda aż piszczy, a estetyka nie jest pierwszą potrzebą. Zaniedbane bloki. Dziurawe ulice. Monumentalne pomniki sowieckich bohaterów. Apteki w każdym rogu, czasem trzy koło siebie. Po cudownych górach jakoś nam tu nieswojo. Od dawna zanosiło się na deszcz aż w końcu lunęło. Konkretnie. Miałyśmy schronić się w knajpie, ale nie damy rady dobiec, całe jesteśmy mokre. Więc sklep. W asortymencie wino w beszce, pewnie domowej roboty. Kosztujemy. Humory się poprawiają. Ulewa już sobie idzie. Wychodzimy. Nad miastem tęcza, nawet sowieckie pominiki i bazarowe budy jakieś takie ładniejsze. "Nie ma brzydkich miast... czasem tylko wina brak" – konkluduję z uśmiechem.

 

Karakol

Tęcza i kubeczek wina... i nawet Karakol staje się ładniejszy. Widać napisy cyrlicą - część rzeczywiście jest po rosyjsku, ale od lat 40. w tym alfabecie jest zapisywany także język kirgiski.

Foto: Ewa

 

 Znów jedziemy. Marszrutka z Karakol do Koczkoru, ponad 5 godzin jazdy. Jedziemy dłuższą, ale pewnie lepszą drogą, wzdłuż północnych brzegów jeziora Issyk Kul. Dziś już nie lśni i nie błyszczy. Pogoda nadal zła, jest mrocznie i posępnie. Z resztą przez tę pogodę zrezygnowałyśmy z "plażingu i smażingu" na recz wyprawy nad Song-Kul, gdzie jak głoszą Norwegowie (yr.no) ma być ładnie w najbliższych dniach. W marszrutce sporo dzieciaków – często jedna rodzina ma kilkolro, często matka wsiada sama z trójką kilkuletnich maluchów. Później wyczytam, że w Kirgitanie dzietność wynosi 2,6, czyli jest dwa razy wyższą niż w Polsce. Na razie zadziwiają mnie dzieci. Nie mają tabletów, komórek, zabawek ani innych umilaczy podróży. I tylko czasem któreś z nich coś krzyknie czy zwróci na siebie uwagę. Tylko czasem nie wytrzyma nudy. Większość siedzi na swoich miejscach i nie domaga się większej uwagi. Jak to się różni od świata, który ja znam.

 

 

dworzec Zatrzymujemy się na niewielkim dworcu autobusowym, przy meczecie (pustym jak większość meczetów na północy Kirgistanu). Tuż za toaletą dostrzegam muzułmański cmentarz,widzę po raz pierwszy w życiu więc idę na kilka minut spaceru. NIektóre nagrobki są naprawdę spore, nie mają jednak żadnych zdjęć. Miejsce sprawia wrażenie posępnego i niezbyt często odwiedzanego. Tu chyba nie odwiedza się grobów bliskich.

 

muzułmański cmentarz

Muzułmański cmentarz.

 

Jesteśmy nad jeziorem Song – Kul na wysokości 3000 tysięcy metrów. Śpimy w jurcie, na swoistej agroturystyce ;) Jeste 12 sierpnia, a więc noc spadających gwiazd. To jest ten moment kiedy przydaje mi się to, że nie zasypiam zbyt szybko. Słucham muzyki na mp3 i czekam aż zrobi się naprawdę ciemno. Dzieczyny szybko zasypiają, tylko Gosia słyszy jak wstaje i nawet deklaruje, że za chwilę do mnie dołączy. Rano tego nie pamięta. Wychodzę. Jest cudnie. Bezchmurne niebo, pięknie widać Drogę Mleczną i tyiące innych gwiazd. Niezmierzone piękno Wszechświata, którego jestem maleńską częścią. Powstałą z gwiezdnego pyły...

 

Song Kul

 Nad brzegiem Song Kul. Woda jest zimna, ale dajemy radę nie tylko umoczyć stopy, ale zaliczyć krótką kąpiel.

 

Song Kul

Jest czas na plażowanie

Song Kul

Wycieczka w stronę gór by zobaczyć całe jezioro. Udaje się - poza maleńkim skrawkiem na zachodzie. Wszystko wydaje się być bardzo blisko siebie.

foto: Ewa

 

Rodzina, w której jurcie mieszkamy, składa się z dziadków, rodziców i pięciu córek (myśląc tamtejszymi kategoriami – nie poszczęściło się). Najwięcej komtaktu mamy z kilkunastoletnią Basią (to nasza wersja jej kirgiskiego imienia – dla nas nie do powtórzenia niestety) i 2-letnią Fatimą. Mała zaczepia nas, chętnie bawi się w berka. Jest brudna. I bardzo radosna. Najmłodsza z córek ma zaledwie 8 miesięcy. Cały dzień siedzi na kocu przed jurtą, ma jakieś zabawki, ale ulubioną pozostaje odcięta góra od baniaka z butelki. Kiedy zapłacze ktoś z rodziny przybiega, ale większość czasu dziecko siedzi samo.Wszystkie pozostałe dzieciaki pomagają przy gospodarstwie - turyści to dodatkowy zarobek, ich głównym zajęciem jest hodowanie zwierząt. Kiedy dzieci idą do studni po wodę nawet dwuletnia Fatima ma swoją niewielką butelkę. Najmniej kontaktu mamy z pokoleniem rodziców. Ojca prawie nie ma. Matka cały dzień, od świtu do zmierzu, pracuje w gospodastwie... Seniorzy są już nieco odciążeni, to oni są gospodarzami, uzgadniają z nami ceny, godziny posiłków. Starsza Pani, też Fatima, podaje nam do stołu, pracy ma jednak dużo mniej niż synowa."Dziadek" niewiele udziela się w gospodarstwie, dużo siedzi przed jurtą i obserwuje. Kiedy spacerują z żoną opowiada nam ich historię – urodził się w Peterburgu, kiedy studiował przyjechał w te okolice. Poznał żonę. I zamieszkał w kirgiskim stepie. Wciąż jest zakochany, śpiewa żonie piosenki... 

 

Nasi gospodarze nie przyjmują gości tak często jak ci powiązani z agencjami turystyczmymi w Koczkorze, trafiłyśmy do nich bo są znajomymi kierowcy. Dzięki temu, że gości mają mniej - mieli dla nas czas i uwagę.

 

Song Kul

"Basia" z najmłodszą siostrą

 

 

 

 

Song Kul

 

 

Wycieczka nad wschodni brzeg Song Kul nauczyła nas jak złudna bywa odległość w owartej przestrzeni. Wszystko wydawało się być bardzo blisko, jednak kiedy wędrowałyśmy krajobaz niewiele się zmieniał. I wszystko wciąż było bardzo daleko.

 

Sogn Kul

Ostatni zachód słońca nad Song Kul. Czekamy na naszego kierowce - spóźnił się dwie godziny, głównie dlatego, że jechał do nas po swojej "normalnej" pracy. W obie strony towarzyszył nam syn, chyba pomagał ojcu, który nie najlepiej widział po zmroku.

Foto: Ewa

 

W Koczkorze rozstałyśmjy się z Ewami. Dziewczyny mają bilet trochę wcześniej, my may jeszcze czas na zwiedzanie. Marszrutka zawiozła nas do Biszkeku. Tu na Osz Bazarze bierzemy "shared taxi" – minibusik, który pojedzie jak znajdzie się komplet pasażerów. Czekamy więc. Jako ludzie zachodu chcemy wiedzieć, ile mamy czekać – ale tu nie ma takich odpowiedzi. Odjedziemy dokładnie o godzinie Jak-będzie-komplet-to-pojedziemy. Czas umilamy spobie rozmową z jednym z taksówjarzy. Całkowiem niedawno sprowadzał z Niemiec samochody (tu prawi wszystko jest sprowadzane – Kirgizi jeżdżą tym, czego na Zachodzie już nikt nie chce), jeździł przez Polskę. Nawet dobrze wspomnina – i nasze drogi, i policję, która wypuściła kiedy jechał niezgodnie z przepisami, ale za to w zgodzie GPS. Miło słyszeć. Po około dwóch godzinach czekania znajdują się barkujący pasażerowie – rodzina Kirgizów, wszystko raczej w średnim wieku lub starsi – pod wodzą głowy rodziny, Upiornego Dziadunia. Niby nic nie robi, ale jego osobowość i rozkaujący ton nie wydają się przyjemne. Ruszamy. Za około 2 godzin, czyli około drugiej w nocy mamy być w Osz, w południowy Kirgistanie. Dzieli nas 700 kilometrów.

 

Złapaliśmy tak zwanego kapcia – więc kilka minut postoju.Rodzina Kirgizów od razu korzysta, przechodzi przez barierki i urządza toaletę. My się jednak trochę wstydzimy. Po kilkunastu mintach jedziemy dalej – niezbyt daleko, następny postój to wulkanizator. Tu pół godzinki. Zwiedzam okolice. Naprzeciwko nas ciekawy meczet. Na patrerze kawiarnia – na pierwszy piętrze miejsce modliwty – mogę przeczytać dzięki znajomości cyrlicy. Skojarzenie z Zachodem niesłuszne – chwilkę potem po raz pierwszy w Kirgistanie słyszę wezwanie do modlitwy. Tu także – inaczej niż na północy ludzie witają się "Salam Alejkum – Alejkum Salam". Tak nazywa się z resztą pobliska restauracyjka. Koło wymienione. Możemy jechać dalej. Na kolację zostajemy zaproszeni to jurty rodziny rodziny naszych Kirgizów. Posiłek jest pyszny, ale dziękujemy za wódkę (pitą w czarkach na herbatę!). W Osz mamy być wczesnym rankiem.

 

saalam alejkum

Taka knajpka  pobliżu wulkanizatora ;)

 

W nocy okazuje się jedna, że wszystko nie jest takie proste. Auto psuje się, uruchamiane jest przez ponad godzinę. W międyczasie rodzina Kirgizów opuszcza nas, po dzikiej awanturze z kierowcą. Ten rząda od nas znacznie wyżej opłaty za przejazd. Boimy się, ale jedziemy dalej, zostanie z krzyczącą rodzinom i Uprionym Dziaduniem nie jest żadną opcją. Wsiada dwójka Rosjan. Nie jedziemy daleko. Około drugiej auto pada na amen. Rosjanie łapią stopa, my się boimy i czkamy do świtu. Wtedy łapiamy stopa. Kierowcy między sobą dogadują się co do opłat za nasz przejazd.

 

 Jedziemy, ale niedługo. Na pierwszym większym podjeździe nasze nowe autko (notabne - sprowadzone z Polski!) zaczyna marudzić. Spod maski wydobywa się dym. Stajemy w zajeździe Izabela, my idziemy na śniadanie, panowie raują auto. Pod maskę wlali chyba z 6 litrów wody. Jest wifi, czuję się z tym faktem trochę bezpieczniej, choć nie wiem jak miałabym wezwać jakieś wsparcie będąc tak daleko. Zamawiamy jajacznicę i kawę – śniadanie tak standardowe dziwnie wygląda w tak niestadardowej sytuacji. Po jakiejś pół godzinie dobra wiadomość. Jednak ruszamy. Po dwudziestu godzinach od rozpoczęcia podróży przed nami wciąż kilkaset kimometrów i wiele godzin.

 

tama na rzece Naryn 

Nasi nowi kierowcy stają się nam złafodzić trudy podróży poazując lokalne zabytki. Dla tej tamy na rzece Naryn wysiedliśmy nawet z auta, są z niej dumni. To ta sama tama, o której budowie pisze Kapuścińki w "Kirgiz schodzi z konia".

 

Opuściliśmy już góry, ale wcale nie jedziemy szybko. Nasze wyładowane towrem auto i nie najlepszy stan drogi nie pozwalają na rozwijanie prędkości. Jesto gorąco. Staram się zahibernować, nie myśleć o tym, że mi niewygodnie, jestem cała przepocona i bardzo głodna. Jedziemy i tylko to się liczy. Po drodze mamy ok. 6 kotroli milicji, na szczęście nie trwają długo.Przy każdej kontroli kierowca ze stoickim spokojem zabiera plik bankontów (ok. 200 som, czli 11 PLN) i po chwli wraca. Nie komentuje tego nawet, widać są przywyczajeni. Według międzynarodowych sthnadardów korupcja w Kirgistanie jest na poziomie jesszcze wyższym niż w Rosji – jednak na najniższym jeśli uwzględnić kraje Azji Środkowej.

 

Kotlina Fergańska

Typowa "dekoracja" drogi w Kotlinie Fergańskiej

 

Nie dziwię się, że samochody nie działają tu jak należy – my jedziemy z pękniętą przenią szybą i nie do końca sprawnymi przyrządami. W kontroli pojazdu ostatnie co się liczy to sprawdzenie jego stanu. Myślę sobie jak ciężko musi się żyć w państwie, któe zwyczajnie nie dba o swoich – nie możesz liczyć na transport publiczny, nie możesz oczekiwać że taksówka, którą jedziesz nie padnie w środku drogi. Nie możesz liczyć na to, że stan zdrowia kierowcy pozwala mu prowadzić (kierowca, który wiozł nas z Song Kul miał ewidetnie problem ze wzrokiem po zmroku), nie możesz liczyć na to, że w razie wypadku dostaniesz jakiekolwiek odszkodowanie (czytałam, że wporowadzono obowiązkowe ubezpieczenie OC w 2016, ale póki co nikt się tym specjalnie nie przejmuje). Jesteś zdany sam na siebie. Przy tak wysokim poziomie korupcji każdy urządnik państwowy jest twoim wrogiem – jedyne na czym będzie mu zależało to wyłudzenie od ciebie jak największej kasy z powodu twojego problemu.Ludzie, którzy podróżują często mówią, że ppoza Europą "ludzie są tacy leniwi" i "tylko kombinują". Wystarczy chwilę pozamagać się z ich problemami z transportem po kraju, żeby chwilkę się zastanowić – być może nie mieli szansy przekonać się, że ciężka praca czy ucziwość jakolwiek pomagają w zmaganiach z ich codziennością...

 

Osz

Po 28 godzinach od wejścia do marszrutki w Biszkeku jesteśmy w Osz!

 

Jeteśmy bardzo dzielne. Po wyczerpującej 28-godzinnej podróży szybko znajdujemy kolejną taskówkę, taką, któa zabierze nas w ok. 4 godzinną podróż do Sary-Mogul. Załatwiamy niezbędne sprawy, kupujemy colę... i w drogę. Początkowo jest miło, egzotycznie. W kolorowym przydrożnym straganie kupujemy wielkie arbuzy. Później krajobraz się smienia – przejeżdżamy przez Góry Ałajskie. A po drodze znów kilka wysokich przełęczy (najwyższa ok. 3,5 tys). . Na jednym z takich podjazdów nasze auto, delikanie mówiąc nie pierwszej młodości, po prostu się popsuło.... Musimy wyjść. Mam ochotę stanąć na środku drogi i po prostu się rozpłakać. Zażądać rozwiązania sytuacji teraz, zaraz, natychmiast. Tylko przez kogo... Czy to jakieś fatum. Na szczęście po paru nerwowych minutach auto zaczyna współpracować. Jedziemu.

 

 

Po dwóch dniach tułaczki jesteśmy wreszcie u celu. W prywatnym domu zaadaptowanym na niewielki hostel. Wykąpane w bani. Przy stole pełnym jedzenia. Całe i zdrowe. Za oknem magiczny widok... śnieżobiały łańuch Pamiru. Najwyższe szczyty są o ponad cztery tysiące metrów wyżej niż my – a wieś Sary-Mogul leży przecież na trzech tysiącach metrów. Tak śnieżnobiałe szczyty widziałam wcześniej tylko w Himalajach – i teraz ponownie jestem urzeczona magią, czystością i tajemnicą wysokich gór. Ich dokonałą bielą. Pragnieniem by, jak kiedyś pod Everestem, być bliżej nieba.

 

Lenin Peak view point

Wycieczka znad jeziora Tulpar Kul na Lenin Peak View Point

foto: Gosia

 

 świstak w Pamirze

Dwóm dniom wędrówki w Pamirze towaryszą świstaki. Są ich setki.

Foto: Gosia

 

Podejście na przełęcz– tym bazem miłe i łagodne, te duże zakosy stowarzone by w górę wędrować konno lub nosić ciężkie ładunki do bazy wysuniętej. Prawie nie czuję że jesteśmy tak wysoko – ponad cztery tysiące i sto metrów. Wreszcie jesteśmy. Pik Lenina wydaje się tak blisko, choć ograniczony widok sprawia że nie widać jest tak dobrze jak z wczorejszej trasy na punkt widokowy. Na dole lodowiec. A to co nie przykryte śniegiem jest uroczo rude. Podchodzę kilkadziesiąt metrów wyżej w stronę niewielkiej górki, chcę zobaczyć trochę więcej Góry. A potem na dół, do Małgosi. Robimy zdjęcia. Cieszymy się pięknym, słonecznym dniem, ciszą i spokojem na szlaku. Jest cudownie. Nie chcę wracać.

 

Przełęcz Podróżników

Na Przełęczy Podróżników. Znów ponad cztery tysiące.

 

Jesteśmy na krańcu wioski Sary-Mogul. Znów siedzimy nad spienioną rzeką, tym razem z widokiem na ośnieżony Pamir. Szum uspokaja. Powoli zanurzam się w teraźniejszości. Czuję ogromną wdzięczność za wykątkowe miejsce i wyjątkowy czas.

 

 Dziś nie śpiemy w hostelu, poprosiłyśmy kierowcę, Tadżyka, o jakiś tańszy nocleg i wylądowałyśmy u niego w domu. W niewielkim trzyizbowym domku, w trakcie remontu bez bieżącej wody, mieszka nasz kierowca z żoną i matką oraz szóstką dzieci. Ponoć przy siódmym dostają od Państwa medal. Nie wspominałam o naszym 500+ :) Siedzimu oczywiście tylko z ojcem i jednym z synów, kobiety zajęte są w kuchni. Najstrasza córka patrzy na nas z ciekawością, ale może porozmawiać tylko chwilkę, choćby wtedy, kiedy specjalnie dla nas ściąga z kredensu elegancki serwis, chyba ślubny. Rozmawiamy o polityce czy religii i górach Pamir, cudownie mieć wgląd w kawałek innego świata.

 

Sary-Mogul35)Przed pójściem spać cała rodzina modli się. Tak, to muzułmanie, ale jakoś nie boimy się, że ktoś nas wysadzi albo sprzeda za wielbłąda :) Śpimy na maleńkich, ale wygodnych materacykach na podłodze (kirgiski patent – oszczędność miejsca), w nszym pokoju jest jeszcze gospodarz i syn, w pokoju obok reszta rodziny. Dobrze słyszmy, kiedy kilka razy budzi się najmłodsze, kilkumisięczne dziecko, na szczęście szybko daje się uśpić. Dla nas to czas kiedy możemy przyjrzeć się, jak tu jest naprawdę. Po raz kolejny doświadczyć zwykłej serdeczności zwykłych ludzi. Nie będę jednak idealizować – biedni, ale szczęśliwi. Zbyt mało wiem.

 

Sary-Mogul

Śnieżnobiały łańcuch Pamiru

 

Znów jesteśmy w Osz, mały pół dnia na zwiedzenie legendarnego miasta. Tu rzeczywiście czuć klimat Azji Centralnej – spotykamy też Uzbeków, których wśród mieszkańców Kotliny Fergańskiej stanowią około połowy mieszkańców. Nie widać śladu zamieszek z 2010 roku, zginęło wtedy kilkaset osób – ale myślę, że ludzie pamiętają. Miasto ma niesamowitą estetykę – oprócz starych zabytków relikty posowieckie – jest oczywiście pomnik Lenia. Są brzydkie blokowiska (choć chyba nie tak brzydkie jak w Biszkeku czy Karakolu :) ) - są kiczowate ozdóbki i wieczorem światełka. Naszą uwagę przyciąga także ... moda na selfie. Mieszkańcy miasta wyglądają jakby dosłownie wczoraj ktoś dał im smartfony i dostęp do fesjbuczka czy insta. Selfie pstrykają wszyscy i wszędzie – w parkach, w kawiarniach, na ulicacj. Jedne z dziewcząt, które razem zwiedzały ciekawe esterycznie muzem w świętej górze Suilaman – Tash zrobiły ich kilkanaście podczas samej jazdy schodami ruchomymi! Ponieważ jako cudoziemki byłyśmy tam atrakcją turystyczną – kolejna parta selfie była robiona już z nami. Zostałam także dodane do znajomych, dziewczyna jak się okazało zajmuje się księgowością więc blisko mojej profesji :)

 

Osz

Góra-symbol Osz

 

Z Osz do Biszkeku leciałyśmy samolotem lokalnych lini Tez-Jet. Później dowiadujemy się, że flota tych lini... to jeden samolot. 45 minut lotu + jakieś 2 godziny na lotnikach w cenie 170 złotych – brzmi zdecydowanie lepiej niż 28 godzin :) Myślę, że około połowę pasażerów samolotu stanowiły dzieci. 

 

Podróż się kończy. Jutro samolot do domu. Spacerujemy z Gosią po najbardziej nie-kirgskim miejscu, stolicy kraju – Biszkeku. Centralna ulica gromadząca najwięcej zabytków – prospekt Chui (czyta się Czuj!).Brzudtoa – choć nie pozbawiona pewnego uroku. Wszechobecne fontanny, nieco dziwczane białe bryły rządowych budynków i muzeów monumentalne pomniki (tak, oczywiście jest Lenin), wesołe miasteczko przypominąjące nasze lata 90. Później obowiązkowo Osz Bazar – z którego wyszłam z rozciętą torebką (na szczęście nic nie zginęło). Brzydkie bryły reprezentacyjnych budybków. Rozpadające się bloki. I nasz hostel, na 6. piętrze jednego z nich. Z kompletem kluczy dostajemy śmieszny bryloczek, służący do "wzywania" windy. Przykładamy do niewinnie wygląjącego miejsca w ścianie – ono pika – winda jest :) Taka technologia w niegrzeszącym ani urodą ani nowoczesnością bloku wygląda wyjątkowo surrealistycznie.

 

Biszkek

Ostatni zachód słońca w Kirgistanie. Widok z klatki z naszego hostelu, znajdującego się w zwykłym mieszkalnym bloku.

 

 

Czas do domu. Elegancki samolot Turkish Arilines zabierze nas do Stambułu a kolejny do Warszawy. My nie jesteśmy już tak elegackie – mimo naszych starań ciuchy prane w hostelowych umywalkach nie pachną świeżością, przemielone z różnymi gadżetami, które były z nami przez 3 tygidnie. W samolotowych gadżetach naszym zaintersowaniem cieszy się szczególnie jeden – skantypoślizgowe skarpetki, żeby można było bezpiecznie chodzić po pokładzie maszyny. CZYSTE SKARPETKI. Tylko ten, kto podróżował zrozumie ile radości daje taka mała-wielka rzecz.


Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl