Search result
Przed wyjściem do domu ważę się sama. Jest 49. Dokładam plecak. 68 kg. A jeszcze wodę trzeba dołożyć... Już wiem, że lekko nie będzie. Na szczęście po dwóch pierwszych dniach grupa się nade mną zlitowała, cóż na następne wyjazdy trzeba będzie jeszcze trochę popracować. Z podziwem patrzę na tych, co prują z przodu mając na plecach po 25 kilo. Nielicznym z nas zza plecaka widać głowę.



Pierwszy biwak, jeszcze w lesie, jeszcze możemy rozpalać ognisko. W paczkach żywieniowych zamieszanie więc rozkładamy sobie zapasy i dzielmy ponownie. Dopiero teraz dostrzegamy, jak porcje, które na plecach ciążą niemiłosiernie skromnie wyglądają jak przedzielimy to przez ilość dni. Jak widzę kawałeczek kiełbasy krakowskiej który ma mi starczyć na cztery obiady wpadam w czarną rozpacz. Prognozuję, że padnę po drodze. Michał prognozuje, że w takim razie będzie dodatkowo co jeść. Już drugiego dnia mijana na szlaku krowa przestaje wyglądać jak miłe zwierzątko a zaczyna jak potencjalna wołowinka. Na drugim noclegu przybłąkuje się do nas pasterski pies. Naiwnie liczy, że dostanie może kawałek kiełbaski - cóż - tutaj każdy zazdrośnie strzeże swojego kęsa. Boleśnie wspominam obfite śniadania i kolacje z Majówki w Beskidzie Niskim. Tam kończyłam zwykle na 7-8 kanapkach a i dokładką się nie pogardziło. Teraz muszą wystarczyć tak zwane dachówki. I wtedy dar z niebios. Przewodnik dzieli się ze mną połówką batonika. Wybuch nieposkromionej radości.


W długi i ciężki dzień, kiedy zdobywamy Vf. Custrua po okropnym, stronym trawersie (bo szlak gdzieś zniknął...) każdy z nas myśli z nadzieją o zbliżającym się wieczorze. Mamy być w niejakiej Cabanie Buta (miejscowe schronisko). Mamy niepwną informację, że być może będzie tam jakieś jedzenie. Myślenie o ciepłym posiłku dodaje nam sił... Po stromym zejściu z niepokojem oglądamy miejscową GOPRówkę (tzn. siedzibę Salvamontu). Nie wygląda, jakby mieli tu jakąś kuchnie... Na szczęście ktoś szybko przekazuje radosną wieść - Cabana jest jeszcze nieco niżej. URATOWANI! Nigdy jeszcze sznycel nie smakował tak wybornie, a i rozdawany przed posiłkami suchy chleb był wprost fantastyczny. Z ulgą uzupełniamy tez zapasy przekąsek, które kurczą się nieproporcojonalnie do liczby dni.


Następnego dnia wędruje mi się znacznie przyjemniej, decyduję się nawet z powrótem zabrać do plecaka część jedzenia i gaz. O życiu na nizinach już dawno zapomniałam, zasięgu praktycznie nie ma - co rodzi trochę problemów. Odbieramy wiadomość od busiarzy, planują być po nas dzień później niż my planujemy. Wysłanie SMSa zwrotnego sprawia, że przewodnik zdobywa jeden okoliczny szczycik więcej.

Wreszcie wymarzony nocleg na 2 tysiącach, nad polodowcowym jeziorkiem Bucura, u stóp najwyższych gór pasma Retezat. Jest pięknie, mnóstwo namiotów z różnych stron Europy. Urok miejsca psuje jedynie toaleta... a w zasadzie jej brak. Spacery w kosówkę, wśród licznych białych i brązowych dowodów częstej ludzkiej bytności wymaga ostrożności. Ale już 15 minut od obozowiska robi się całkiem przyjemnie. Pogaduszki przed namiotami coraz trudniejsze, gromadzimy się dookoła jednego punktu, traktując go jak hipotetyczne ognisko, ale trudno wystać nawet we wszystkich swoich polarach i jednym pożyczonym. Nawet w tak zacnym towarzystwie. Błogosławię swój ciepły, puchowy śpiworek. Ci, którym nie jest dane takie dobro trzęsą się mimo folii NRC.

Pogoda nie była dla nas łaskawa. Deszcz złapał nas już w drodze na najwyższy szczyt pasma, Vf Pelagę (tudzież Pelagię w naszej nomenklaturze) Później grzmoty nieodwołanie zgoniły z grani. Prowizoryczna kuchnia polowa - konstrukcja z plandeki i kijków trekkingowych chroni przed deszczem, możemy trochę posiedzieć i pomarznąć razem. Biwakująca nieopodal nas ekipa Polaków obdarowuje nas manną z nieba - dostajemy do podziału aż trzy puszki mielonki. Następnego dnia kaszka i styropian zostają urozmaicone czymś naprawdę wyjątkowym. Warto żyć dla takich chwil 

Ostatni nocleg, nad polodowcowym jeziorkiem Zanoaga. Namioty trochę zmokły podczas deszczu i burzy, ale większych kałuż na szczęście nie ma. Zimno. Już dawno poszłabym grzać się do śpiworka, ale to w końcu zielona noc... Znów gromadzimy się wokół hipotetycznego ogniska. Poznajemy kilka ciekawych gier na rozgrzanie. Podziwiamy księżyc majestatycznie unoszący się nad górami. Już po pełni. I ten niesamowity czerwonawy kolor. Zostajemy już tylko we czwórkę i moja wtedy gramy chyba w moją ulubioną grę integracyjno-rozgrzewającą. Ląduję w środku, trójka na zewnątrz, razem podskakujemy. Jak dobrze, jak ciepło. Tak to mogę gadać całą noc
Podobno tak zimą grzeją się pszczoły zamieniając się miejscami. Fajnie być taką małą, ogrzewaną pszczółką.

Pogoda łaskawie pozwala nam zjeść ostatnie resztki na śniadanie zanim porządnie się rozpada. Kilkugodzinne przeczekiwanie ulewy w namiotach urozmaicamy sobie śpiewając to i owo. Kolejny raz zamknięci w niewielkiej przestrzeni namiotów, kolejny raz w porządniej warstwie ubrań. "To są Wasze wakacje... Wyście za to zapłacili" - grzmi w głowie motto z Gorganów sprzed dwóch lat.... Wreszcie pada jakby mniej. Błyskawiczny odwrót - na przełęcz - i kierunek dół, tam musi być coś do jedzenia!!!

I jak tu nie kochać chodzenia po górach?