Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Tags - kutaisi
January 4, 2014January 4, 2014  1 comments  Trekking

 

 

 

 

Chicałabym się wyspać, ale właścicielka hostelu, pani Irina nie da wypoczac zbyt długo, krzyczac po rosyjsku na każdego z nas po trochu. A szkoda, bo mimo dzielenia dwuosobowego łóżka w trójkę było nawet całkiem wygodnie. Śniadania też nie możemy zjeść w spokoju. Łup! Mój cenny, puchowy śpiwór ląduje na betonowym „dziedzińcu” naszego hostelu. Potem fruwają jakieś butelki i inne przedmioty. Właścicielka, drze się, że o 10 przyjeżdżają następni goście i mamy zwolnić miejsce. Przed chwilą nie dostałam herbaty bo za 10 lari za nocleg nie wolno po raz kolejny grzać wody. Obawiamy się, czy przed podróżą pozwoli nam jeszcze skorzystać z toalety…. Naszej grupce od poprzedniego wieczora, od momentu kiedy tylko pani Irina zobaczyła nasze duże bagaże (kto to widział, żeby z takim wielkim plecakiem przyjeżdzać!!! - lamentuje) obrywa się za wszystko – za to, że pani z rezerwacji na 10 łóżek miała dla nas miejsce w 5 i w dodatku nie widziała jeszcze grupy z tak dużym bagażem. To ma być ta słynna gruzińska gościnność? – patrzymy po sobie.Na szczęście chyba wszyscy z nas traktują cały ten incydent jako niezły „ubaw” i nikomu chyba humoru to nie popsuło. A trójka z nas chyba po raz pierwszy rozbijała namiot na betonie tuż koło miejsca, gdzie teoretycznie mieliśmy zarezerwowany nocleg.

 

Jakby co hostel nazywa się Kutaisi Hostel Center - polecamy szczególnie dla dużych grup z rowerami ;)

 

 

Piękny, słoneczny dzień. Góry widać jeszcze z samego Kutaisi, z każdą godziną jesteśmy coraz bliżej. Piękny, majestatyczny Kaukaz. Przylepieni do szyb chyba wszyscy. Przypomina mi się pokaz zdjęć z Rumunii – gdzie nagle wszyscy stwierdzili, że w sumie to pięknym miejscu byliśmy. Możemy to docenić dopiero na zdjęciach, kiedy nie byliśmy już głodni, zmęczeni, a na plecach nie mieliśmy 20 kilowego „wora”. Wtedy w busie był jeszcze ten moment, kiedy byliśmy syci i wypoczęci, nic nas nie bolało - więc bez przeszkód można było podziwiać widoki. Z każdym zakrętem coraz bliżej marzeń. Choć górskie doświadczenie uczy, że tego typu marzenia oznaczają także wiele nieprzyjemnych cielesnych doświadczeń. 

 

Mestia

 

Mestia

 

Wysiadamy w Uszguli – reklamującego się jako najwyżej położona wioska w Europie. Wciąż „rzeźko”, choć już nie tak, jak kiedy wsiadaliśmy do busa w Mestii. Wioska wygląda niemial jak w baśni lub w filmie o czasach, które dawno minęły. Lub jak w średniowieczu. Kamienne wieże obronne, proste domki, strumień z czściutka woda - a w tle piękne i ogromne góry –z Szachrą, najwyższym szczytem Gruzji. Cudownie. Miejsce trochę przypomina mi nepalskie wioski, widziane 3 lata temu – te proste osady na wysokości mniej więcej 4 tysięcy metrów. Tutaj także jesteśmy ponad granicą lasu, niedaleko od lodowców, tutaj także wszystko wydaje się prostsze i dalekie od codziennych problemów. W Uszguli jednak paradoksalnie mniej oznak cywilizacji niż w bardzo komercyjnych wioskach pod Everestem. Jeszcze spacer, jeszcze kawka, jeszcze zdjęcie grupowe i ruszamy na szlak…

 

Uszguli

Uszguli - jak w baśni... 

 

 

Niby nie jest bardzo stromo, niby niedaleko, bo dość dobrze widzę koniec podejścia – ale mam dość już po kilkunastu metrach. Wszystko przez ten cholerny plecak. Nie waży może 20 kg jak w Rumunii, ale chyba niewiele mniej. Przez te cholerne skręcenie kostki nie trenowałam przed wyjazdem jak trzeba i kondycję mam gorszą niż na zwykłych wyjazdach - a powinnam mieć lepszą. Nie mam siły, zwyczajnie nie mam siły wnosić na górę tego bydlaka… Jeszcze kilkadziesiąt metrów, kilkanaście,ok  jestem. Oddech piekielnie nierówny. Ewidentnie najsłabsza w grupie. Nie wiem, jak dam radę dalej. Mam dość.

 

Swanetia

Zaczyna się kolejne męczace podejście...

fotka by Tomek 

 

Swanetia

 

 

Przeszliśmy jakoś rzekę. Mimo że potok wypływa z lodowca Adishi całkiem niedaleko i teoretycznie powinno być jeszcze płytko i spokojnie było przez co się przeprawiać. Duża ilość czasu straconego na przeprawę, malownicza polanka z dostępnością wody i drewna… i szyba decyzja, że właśnie tu zostajemy na kolejny nocleg. A następnego dnia najwyżej więcej przejdziemy. Ośnieżone kaukazkie szczyty robią wrażenie. Zanim będzie można podziwiać widoki trzeba się rozbić, zebrać drewno na ognicho i nieco się ogrnąć.

 

dolina Adisi

 

Wieczorem trochę strach odejść od ogniska, bo z każdą minutą robi się coraz zimniej. Ale w odpowiedniej konfiguracji pomiędzy „marzną plecy” a „przypiekają się kolana” jest całkiem, całkiem. Nasz obóz, cztery namiociki w puściutkiej dolinie, jest nieco za drzewami więc tak dobrze nie widać szczytów i gwiazd dookoła, ale wystarczy odejść choć troszkę. Góry i gwiazdy. Tysiące gwiazd, widać wyraźnie dorgę mleczną, kilka jaśniejszych gwiazd, z których jedna może być Jowiszem, grupka która pewnie jest Plejadami. Piękne, wielkie, wieczne. Po ludzku nie umiem pojąć jak wielki jest Wrzechświat wobec pascalowskiej "trzciny na wietrzę, ale trzciny myślącej", którą jestem ja... Ja zniknę, a góry i gwiazdy będą tu wciąż niemal niezmienne.

 

gwiazdy nad Kaukazem

 Rozgwieżdżone niebo nad Kaukazem - by Tomek

 

 

 

Słyszę coś jakby o pobudce, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że to może być prawda. Nie znoszę wstawać, a już szczególnie nie znoszę wstawać jak mi jest zimno. I jeszcze w dodatku ciemno! Wsunięta jestem głęboko w śpiwór tak żeby gdzieś nad głową została mała dziurka na oddychanie. Błogosławię, że posłuchałam rad doświadczonych kolegów i wybrałam naprawdę ciepły model śpiwora, błogosławię radę kolegi, żeby zabrać pod spód matę samopąpującą zamiast karimaty, błogosławię kolegę, który mi tę matę pożyczył. Nie wyjdę, normalnie nie wyjdę. Wydobyłam się lekko na wierzch, piję łyka herbaty z termosu, zagrzanej wieczorem przy ognisku. Lokatorzy z namiotu zbierają się szybciej (w końcu kursanci…), ja ociągam się jak mogę. Zakładam sweter. Patrzę, że namiot lekko oszroniony wewnątrz, dotąd widziałam to tylko na filmach. Łyk hebraty niechcącz wylany na matę zamarza błyskawicznie. Podejmuję bohaterską decyzję o wyjściu z namiotu. Na zewnątrz nie widać jeszcze oznak świtu. Szukam kubka na herbatę, menażki i kaszki z bakaliami – i szybciutko do ogniska.

 

dolina Adishi

 

Adshi

 

 

 Tego dnia sporo męczacych podejść, czuję, że ciężki plecak już kompletnie odbiera mi siły. Wlekę się gdzież z tyłu dotrzymując towarzystwa „zamkowi”. Cóż, liczyłam się z tym, że może tak być, wiem, że wysiłek jest wart bycia w takim miejscu, ale chciałabym, żeby te podejścia już się skończyły. Idąc z tyłu zasadniczo nie powinnam robić zdjęć, ale widoki są coraz bardziej nieziemsko piękne więc ręka jakoś tak sama sięga po aparat. Dochodzimy wreszcie w miejsce pod szczytem (według mapki ze sklepu w Mestii nazywa się Zagari), którędy przebiega „szlak”. Panorama jest cudna. Główny grzbiet Kaukazu, boczny z Uszbą, Góry Swaneckie… Wszędzie piękne, ośnieżone szczyty, nieznaczne ślady cywilizacji. Nie mam już siły iść, różne części ciała bolą, cholerny plecak wcale nie waży mniej…. Ale jestem bardzo bardzo szczęśliwa że jestem tu gdzie jestem. To jeden z tych widoków, który przewinie mi się przed oczami jak tuż przed śmiercią będą mi puszczać film z mojego życia Wink

 

Swanetia

 

Swanetia

 

pod Uszbą

Doszliśmy już do miejsca naszych poszukiwanych polodowcowych jeziorek pod Uszbą tzw. Koruldi Lakes. Nie dość, że nieduże to jeszcze przysypane śniegiem. Ale to nie jeziorka są tu najważniejsze – ten rozległy WIDOK jest niesamowity. Przed nami skaliste góry, obok główny grzbiet Kaukazu Tetnuldi górujacym nad Mestia, po drugiej stronie doliny Góry Swaneckie – wszystkie piękne, ogromne, ośnieżone. Po kilkunastominutowej sesji – idziemy gotować obiad. Ze śniegu. Mi się podoba, ale ogólnie podobno jak jest woda to lepiej wodę, bo śnieg długo się gotuje. Butle na benzynę z napisem MSR przypominają o pracy – bo dla mnie ten skrót oznacza Międzynarodowe Standardy Rachunkowości. Że służbowy mam włączony na wypadek awarii nawet widzę, że jacyś ludzie do mnie dzwonią. Ale tamten świat w tym momencie wydaje się dość abstrakcyjny.

 

Zanim każdy zje swoją porcję liofilizatu i zanim się zbierzemy jest czas na kolejną sesję zdjęciową. Wygłupiamy się w śniegu. Staram się nacieszyć tym miejscem i na długo je zapamiętać.

 

pod Uszbą

 

Mestia

 

 

Po zejściu do Mestii piwko w kanjpie. Potem już na kwaterze odkrywamy uroki miejscowego bimbru – cza-czy, kupowaną nie w normalnych butelkach z akcyzą tylko przelewaną do plastikowych butelek po czymkolwiek. Kolejnym  kieliszkom towarzyszy właczony telewizor - z filmem bolywood z rosyjskimi napisami WinkPóżniej na stole pojawia się jeszcze miejscowe winko. Byłam już dość zmęczona ,więc dość mocno mną wstrząsnęło. Nie byłam jeszcze w takim gdy stanie, żeby zdradzić ekipie swój rocznik, gdy rozmowa zeszła na temat wieku, ale niewiele brakowało, powiedziałam jednak kilka rzeczy, o których normalnie dyskretnie milczę Smile Z czasem ubywa nas w „kółeczku”, mnie jest dobrze i radośnie. Nie pamiętam czemu, ale rzucam temat „zróbmy coś głupiego, lubię robić coś głupiego co się potem pamięta”. Dwóch kolegów podchwyciło. Nie wierzyłam, że naprawdę zrealizujemy ten pomysł, ale jednak. Ubraliśmy się nieco cieplej i wybraliśmy się do nieodległego na szczęście centrum Mestii – pobiegać.  Bo ponoć jak się biega łatwiej wytrzeźwieć – no i wiadomo nie ma to jak świeże powietrze przed snem. Na szczęście tylko przez krótki fragment uliczki z naszej kwatery jest totalnie ciemno – później byliśmy już na jasno oświetlonej i puściutkiej głównej ulicy. Szybko minęliśmy „przezroczysty” budynek policji, mijajac z prawej elegancki, ale niewykończony ryneczek. Dobiegliśmy do mostu. Nie byliśmy daleko, ale cóż liczy się przygoda. A ledwo oświetlone centrum kaukaskiego miasteczka i GÓRY – to coś pięknego gdzieś o drugiej czy trzeciej nad ranem.

 

Oczywiście takie picie było możliwe tylko dlatego, że następnego dnia tak zwany rest day - bez chodzenia po górach i innego większego wysiłku :)

 

Anaklia

Kilka godzin nad Morzem Czarnym

 

Główna droga z Kutasisi do Tibilisi. Siedzimy lekko przerażeni przypatrując się manewrom, które na tym co robi nasz kierowca. Jeszcze rano sensacją było dla nas wyprzedzenie trzech pojazdów na krętej, górkiej i lekko zalodzonej drodze z Mestii do Zugdidi, czy rozmowa przez komórkę podczas manewrów wyprzedzania. Na tej ruchliwej drodze okazało się, że można wyprzedzać korek na trzeciego a nawet czwartego, nie przejmując się, że jedziemy na czołowe – a naprzeciw ciężarówka. Co ciekawe, kiedy wydaje się, że zderzenie jest nieuchronne oba samochody – i ten jadący obok i ten z naprzeciwka usuwają się lekko na bok i droga z dwóch pasów zaczyna mieć trzy. Oczywiście była łamana także masa innych przepisów, ale po jeździe na czołowe z tirami inne "drobiazgi" nie zostają na dłużej w pamięci. „Mamy teraz jak w [tu pada nazwa gry komputerowej] tyle, że na żywo" – mówi ktoś. „Jeszcze na żywo” – dodaje ktoś inny. Nie wiemy jak szybko jedziemy, bo prędkościomierz po prostu nie działa. Kiedy skręcamy wreszcie do Borjomi i jesteśmy na miejscu słychać głośne westchnienie ulgi. Bijemy kierowcy brawo jak w samolocie.

 

 

Od naszego nowego kierowcy (tamtego nie zwolniliśmy - pojechał do Kutaisi) dostaliśmy cynk, że w pobliżu skalnego miasta Wardżia, które pojechaliśmy zwiedzać, znajduje się też basen termalny, taki pod dachem. Powszechny entuzjazm, żeby i tam wpaść. Był pomysł, że może się tam kawy napijemy, bo każdy widzi chyba skromniejsza wersję aquaparku w Zakopcu. Podjeżdżamy pod rozpadające się budynki pośrodku niczego, w pobliżu gruzińskim zwyczajem pasą się krowy.  Konsternacja. To tu? Patrzymy po sobie. Właściciel otwiera jeden z tych rozpadających się budynków, a w środku rzeczywiście całkiem fajny basen. Dość szybo przekonujemy się do tego miejsca - choć wnętrze nie przypomina nawet i głębokiego PRLu, w ścianach dziury, ale woda genialnie ciepła, podobno ponad 40 stopni. Po kilku minutach wszyscy radośnie taplamy się w  specyficznie pachnącej cieplutkiej wodzie. Brakuje tylko drinków z palemką Laughing. Wreszcie jakiś normalny urlop a nie tylko łojenie i łojenieWink

 

basen termalny

 fotka by Tomek

 

Niespodziewanie kierowca naszego wesołego busa skręca w zatoczkę, wychodzimy na zewnątrz. Kierowca wyjmuję dwie buteli po coli. Z jednej obcina górę i dół. W drugiej płyn jasnego koloru. I nie, nie jest to woda. To miejscowy bimber zwany cza-cza, kupowany w sklepie, ale zamiast butelek z akcyzą sprzedawany jest w butelkach po czymkolwiek. Góra i dół butelki to kieliszki. Cóż, nie ma wyjścia trzeba się napić. Z wnętrza busa dobiega radosna muzyka. Jeszcze rano, całkiem na trzeźwo, tańczyliśmy do muzyki przed wejściem do Dyrekcji PN Borjomi. Tym razem tańczymy tym bardziej. Tym razem tańczymy wszyscy. Ciężko przestać się śmiać. Jest wesoło, radośnie, po prostu dobrze. Wielu z mijających nas kierowców trąbi, my odmachujemy. Impreza trwa. Jest dobrze.

 

 

Mały Kaukaz, Park Narodowy Borjomi. Ruszamy z miejscowości Marelisi parową trasą nr 1- i cały dzień idziemy dość pod górę – w sumie podejścia ponad 12 GOTów przy 10 GOTach odległości. Teoretycznie nie jakoś bardzo dużo, ale dało mocno w kość. Liście, rododendrony, las. I pod górę. Nie muszę chyba dodawać, że mam serdecznie dość plecaka i tradycyjnie obstawiam tyły. Po iluś godzinach marszu zrobiło się ciemno. Coraz trudniej znaleźć tę właściwą ścieżkę, mapa słaba, oznakowań brak. Postrój w poszukiwaniu wody, grupka z mapą szuka, my odpoczywamy – gdyby udało się znaleźć moglibyśmy tu się rozbić. Marudzę trochę, że mojemu wewnętrznemu dziecku zaczyna być trochę źle. „To łódzkim obyczajem zamknij je w beczce” – komentuje kolega z Łodzi właśnie. Może to nie jest elegancki zwrot, ale nie da się ukryć – czarny humor w takiej sytuacji całkiem nieźle na mnie działaWink Wody nie ma, idziemy dalej. Mamy chyba wszyscy trochę dość, idziemy ponad 10 godzin. Kolejny postój. Przewodnicy szukają tej właściwej ścieżki. Kładę się na plecaku. Widzę nad sobą tysiące gwiazd. Przypominają mi się wieczory w Niebie Kopernika. Wspominam wieczór przy muzyce klasycznej z pokazem. Chwilka inteligenckiej rozmówki o Mozarcie czy Betoweenie. Marudzę trochę, że jest mi źle i chętnie ususzałabym jakiś świński kawał. Kolega obok ma chwilkę wątpliwości, czy niby aż tak dobrze się znamy, ale daje się namówić. Dowcipu w normalnych okolicznościach przyrody nie chciałabym z pewnością usłyszeć, tym bardziej powtórzyć nie jestem w stanie. Kawał naptawdęł naprawdę mocny, głośno się śmieję. Potrzebowałam tego śmiechu. No ładnie, płynnie przeszliśmy od Mozarta do dymania zwłok – komentuje kolega, który zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej wsławił się porzekadłem o beczkach. Do skromnej drewanej chatki, naszego miejsca noclegowego docieramy po 22.

 

PN Borjomi

 

PN Borjomi

 

Wyruszamy z Amarati Tourist Shetler (1910 m.n.p.m), czyli skromnej chatki bez wody i prądu, gdzie spędziliśmy noc w kierunku miasteczka Astkuri, parkową trasą numer trzy. Morze mgieł, nad nimi szczyty Małego Kaukazu … a w dali już inne, zaśnieżone pasma, nie umiem ich nazwać ani dobrze zlokalizować, później w internecie doczytuję, że widać stąd nawet grz ynajdujące się już w Turcji. Wiedza co gdzie i jak nie jest na szczęście potrzebna, żeby stwierdzić, że jest jest pięknie. Zupełnie inaczej niż w poprzednie dwa dni możemy nacieszyć się widokami okolicznych gór. Wędrujemy nad chmurami. Jakby ponad światem. Obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy… Ostatni dzień. Nigdy nie wraca się dobrze z gór, z drugiej strony fajnie pozbyć się plecaka, umyć, najeść.

 

 Z gór schodzę z gór schodzę z goraczka - efekt przemoczonych nóg i przemęczenia

 

PN Borjomi

 

Mocno wiekowy zespół klasztorny Gelati niedaleko Kutaisi. Największe wrażenie robią na mnie piękne wnętrzna cerkwi. Niestety nie słychać śpiewu – jako chórzystka śpiewająca właśnie w harmonii szczególnie lubię wschodnią muzykę sakralną. Przechadzamy się wśród wieowych murów niewiele pewnie rozumiejąc co to miejsce znaczyć może dla miejscowych. Znów jest ciepło i bardzo słonecznie. Jeszcze zielono. Ostatnie promienie słońca przed powrotem do listopadowej Warszawy.

 

Bargati, Kutaisi

 

 

 


Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl