Search result
Chicałabym się wyspać, ale właścicielka hostelu, pani Irina nie da wypoczac zbyt długo, krzyczac po rosyjsku na każdego z nas po trochu. A szkoda, bo mimo dzielenia dwuosobowego łóżka w trójkę było nawet całkiem wygodnie. Śniadania też nie możemy zjeść w spokoju. Łup! Mój cenny, puchowy śpiwór ląduje na betonowym „dziedzińcu” naszego hostelu. Potem fruwają jakieś butelki i inne przedmioty. Właścicielka, drze się, że o 10 przyjeżdżają następni goście i mamy zwolnić miejsce. Przed chwilą nie dostałam herbaty bo za 10 lari za nocleg nie wolno po raz kolejny grzać wody. Obawiamy się, czy przed podróżą pozwoli nam jeszcze skorzystać z toalety…. Naszej grupce od poprzedniego wieczora, od momentu kiedy tylko pani Irina zobaczyła nasze duże bagaże (kto to widział, żeby z takim wielkim plecakiem przyjeżdzać!!! - lamentuje) obrywa się za wszystko – za to, że pani z rezerwacji na 10 łóżek miała dla nas miejsce w 5 i w dodatku nie widziała jeszcze grupy z tak dużym bagażem. To ma być ta słynna gruzińska gościnność? – patrzymy po sobie.Na szczęście chyba wszyscy z nas traktują cały ten incydent jako niezły „ubaw” i nikomu chyba humoru to nie popsuło. A trójka z nas chyba po raz pierwszy rozbijała namiot na betonie tuż koło miejsca, gdzie teoretycznie mieliśmy zarezerwowany nocleg.
Jakby co hostel nazywa się Kutaisi Hostel Center - polecamy szczególnie dla dużych grup z rowerami ;)
Piękny, słoneczny dzień. Góry widać jeszcze z samego Kutaisi, z każdą godziną jesteśmy coraz bliżej. Piękny, majestatyczny Kaukaz. Przylepieni do szyb chyba wszyscy. Przypomina mi się pokaz zdjęć z Rumunii – gdzie nagle wszyscy stwierdzili, że w sumie to pięknym miejscu byliśmy. Możemy to docenić dopiero na zdjęciach, kiedy nie byliśmy już głodni, zmęczeni, a na plecach nie mieliśmy 20 kilowego „wora”. Wtedy w busie był jeszcze ten moment, kiedy byliśmy syci i wypoczęci, nic nas nie bolało - więc bez przeszkód można było podziwiać widoki. Z każdym zakrętem coraz bliżej marzeń. Choć górskie doświadczenie uczy, że tego typu marzenia oznaczają także wiele nieprzyjemnych cielesnych doświadczeń.


Wysiadamy w Uszguli – reklamującego się jako najwyżej położona wioska w Europie. Wciąż „rzeźko”, choć już nie tak, jak kiedy wsiadaliśmy do busa w Mestii. Wioska wygląda niemial jak w baśni lub w filmie o czasach, które dawno minęły. Lub jak w średniowieczu. Kamienne wieże obronne, proste domki, strumień z czściutka woda - a w tle piękne i ogromne góry –z Szachrą, najwyższym szczytem Gruzji. Cudownie. Miejsce trochę przypomina mi nepalskie wioski, widziane 3 lata temu – te proste osady na wysokości mniej więcej 4 tysięcy metrów. Tutaj także jesteśmy ponad granicą lasu, niedaleko od lodowców, tutaj także wszystko wydaje się prostsze i dalekie od codziennych problemów. W Uszguli jednak paradoksalnie mniej oznak cywilizacji niż w bardzo komercyjnych wioskach pod Everestem. Jeszcze spacer, jeszcze kawka, jeszcze zdjęcie grupowe i ruszamy na szlak…

Uszguli - jak w baśni...
Niby nie jest bardzo stromo, niby niedaleko, bo dość dobrze widzę koniec podejścia – ale mam dość już po kilkunastu metrach. Wszystko przez ten cholerny plecak. Nie waży może 20 kg jak w Rumunii, ale chyba niewiele mniej. Przez te cholerne skręcenie kostki nie trenowałam przed wyjazdem jak trzeba i kondycję mam gorszą niż na zwykłych wyjazdach - a powinnam mieć lepszą. Nie mam siły, zwyczajnie nie mam siły wnosić na górę tego bydlaka… Jeszcze kilkadziesiąt metrów, kilkanaście,ok jestem. Oddech piekielnie nierówny. Ewidentnie najsłabsza w grupie. Nie wiem, jak dam radę dalej. Mam dość.

Zaczyna się kolejne męczace podejście...
fotka by Tomek

Przeszliśmy jakoś rzekę. Mimo że potok wypływa z lodowca Adishi całkiem niedaleko i teoretycznie powinno być jeszcze płytko i spokojnie było przez co się przeprawiać. Duża ilość czasu straconego na przeprawę, malownicza polanka z dostępnością wody i drewna… i szyba decyzja, że właśnie tu zostajemy na kolejny nocleg. A następnego dnia najwyżej więcej przejdziemy. Ośnieżone kaukazkie szczyty robią wrażenie. Zanim będzie można podziwiać widoki trzeba się rozbić, zebrać drewno na ognicho i nieco się ogrnąć.

Wieczorem trochę strach odejść od ogniska, bo z każdą minutą robi się coraz zimniej. Ale w odpowiedniej konfiguracji pomiędzy „marzną plecy” a „przypiekają się kolana” jest całkiem, całkiem. Nasz obóz, cztery namiociki w puściutkiej dolinie, jest nieco za drzewami więc tak dobrze nie widać szczytów i gwiazd dookoła, ale wystarczy odejść choć troszkę. Góry i gwiazdy. Tysiące gwiazd, widać wyraźnie dorgę mleczną, kilka jaśniejszych gwiazd, z których jedna może być Jowiszem, grupka która pewnie jest Plejadami. Piękne, wielkie, wieczne. Po ludzku nie umiem pojąć jak wielki jest Wrzechświat wobec pascalowskiej "trzciny na wietrzę, ale trzciny myślącej", którą jestem ja... Ja zniknę, a góry i gwiazdy będą tu wciąż niemal niezmienne.

Rozgwieżdżone niebo nad Kaukazem - by Tomek
Słyszę coś jakby o pobudce, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że to może być prawda. Nie znoszę wstawać, a już szczególnie nie znoszę wstawać jak mi jest zimno. I jeszcze w dodatku ciemno! Wsunięta jestem głęboko w śpiwór tak żeby gdzieś nad głową została mała dziurka na oddychanie. Błogosławię, że posłuchałam rad doświadczonych kolegów i wybrałam naprawdę ciepły model śpiwora, błogosławię radę kolegi, żeby zabrać pod spód matę samopąpującą zamiast karimaty, błogosławię kolegę, który mi tę matę pożyczył. Nie wyjdę, normalnie nie wyjdę. Wydobyłam się lekko na wierzch, piję łyka herbaty z termosu, zagrzanej wieczorem przy ognisku. Lokatorzy z namiotu zbierają się szybciej (w końcu kursanci…), ja ociągam się jak mogę. Zakładam sweter. Patrzę, że namiot lekko oszroniony wewnątrz, dotąd widziałam to tylko na filmach. Łyk hebraty niechcącz wylany na matę zamarza błyskawicznie. Podejmuję bohaterską decyzję o wyjściu z namiotu. Na zewnątrz nie widać jeszcze oznak świtu. Szukam kubka na herbatę, menażki i kaszki z bakaliami – i szybciutko do ogniska.


Tego dnia sporo męczacych podejść, czuję, że ciężki plecak już kompletnie odbiera mi siły. Wlekę się gdzież z tyłu dotrzymując towarzystwa „zamkowi”. Cóż, liczyłam się z tym, że może tak być, wiem, że wysiłek jest wart bycia w takim miejscu, ale chciałabym, żeby te podejścia już się skończyły. Idąc z tyłu zasadniczo nie powinnam robić zdjęć, ale widoki są coraz bardziej nieziemsko piękne więc ręka jakoś tak sama sięga po aparat. Dochodzimy wreszcie w miejsce pod szczytem (według mapki ze sklepu w Mestii nazywa się Zagari), którędy przebiega „szlak”. Panorama jest cudna. Główny grzbiet Kaukazu, boczny z Uszbą, Góry Swaneckie… Wszędzie piękne, ośnieżone szczyty, nieznaczne ślady cywilizacji. Nie mam już siły iść, różne części ciała bolą, cholerny plecak wcale nie waży mniej…. Ale jestem bardzo bardzo szczęśliwa że jestem tu gdzie jestem. To jeden z tych widoków, który przewinie mi się przed oczami jak tuż przed śmiercią będą mi puszczać film z mojego życia 



Doszliśmy już do miejsca naszych poszukiwanych polodowcowych jeziorek pod Uszbą tzw. Koruldi Lakes. Nie dość, że nieduże to jeszcze przysypane śniegiem. Ale to nie jeziorka są tu najważniejsze – ten rozległy WIDOK jest niesamowity. Przed nami skaliste góry, obok główny grzbiet Kaukazu Tetnuldi górujacym nad Mestia, po drugiej stronie doliny Góry Swaneckie – wszystkie piękne, ogromne, ośnieżone. Po kilkunastominutowej sesji – idziemy gotować obiad. Ze śniegu. Mi się podoba, ale ogólnie podobno jak jest woda to lepiej wodę, bo śnieg długo się gotuje. Butle na benzynę z napisem MSR przypominają o pracy – bo dla mnie ten skrót oznacza Międzynarodowe Standardy Rachunkowości. Że służbowy mam włączony na wypadek awarii nawet widzę, że jacyś ludzie do mnie dzwonią. Ale tamten świat w tym momencie wydaje się dość abstrakcyjny.
Zanim każdy zje swoją porcję liofilizatu i zanim się zbierzemy jest czas na kolejną sesję zdjęciową. Wygłupiamy się w śniegu. Staram się nacieszyć tym miejscem i na długo je zapamiętać.


Po zejściu do Mestii piwko w kanjpie. Potem już na kwaterze odkrywamy uroki miejscowego bimbru – cza-czy, kupowaną nie w normalnych butelkach z akcyzą tylko przelewaną do plastikowych butelek po czymkolwiek. Kolejnym kieliszkom towarzyszy właczony telewizor - z filmem bolywood z rosyjskimi napisami
Póżniej na stole pojawia się jeszcze miejscowe winko. Byłam już dość zmęczona ,więc dość mocno mną wstrząsnęło. Nie byłam jeszcze w takim gdy stanie, żeby zdradzić ekipie swój rocznik, gdy rozmowa zeszła na temat wieku, ale niewiele brakowało, powiedziałam jednak kilka rzeczy, o których normalnie dyskretnie milczę
Z czasem ubywa nas w „kółeczku”, mnie jest dobrze i radośnie. Nie pamiętam czemu, ale rzucam temat „zróbmy coś głupiego, lubię robić coś głupiego co się potem pamięta”. Dwóch kolegów podchwyciło. Nie wierzyłam, że naprawdę zrealizujemy ten pomysł, ale jednak. Ubraliśmy się nieco cieplej i wybraliśmy się do nieodległego na szczęście centrum Mestii – pobiegać. Bo ponoć jak się biega łatwiej wytrzeźwieć – no i wiadomo nie ma to jak świeże powietrze przed snem. Na szczęście tylko przez krótki fragment uliczki z naszej kwatery jest totalnie ciemno – później byliśmy już na jasno oświetlonej i puściutkiej głównej ulicy. Szybko minęliśmy „przezroczysty” budynek policji, mijajac z prawej elegancki, ale niewykończony ryneczek. Dobiegliśmy do mostu. Nie byliśmy daleko, ale cóż liczy się przygoda. A ledwo oświetlone centrum kaukaskiego miasteczka i GÓRY – to coś pięknego gdzieś o drugiej czy trzeciej nad ranem.
Oczywiście takie picie było możliwe tylko dlatego, że następnego dnia tak zwany rest day - bez chodzenia po górach i innego większego wysiłku :)

Kilka godzin nad Morzem Czarnym
Główna droga z Kutasisi do Tibilisi. Siedzimy lekko przerażeni przypatrując się manewrom, które na tym co robi nasz kierowca. Jeszcze rano sensacją było dla nas wyprzedzenie trzech pojazdów na krętej, górkiej i lekko zalodzonej drodze z Mestii do Zugdidi, czy rozmowa przez komórkę podczas manewrów wyprzedzania. Na tej ruchliwej drodze okazało się, że można wyprzedzać korek na trzeciego a nawet czwartego, nie przejmując się, że jedziemy na czołowe – a naprzeciw ciężarówka. Co ciekawe, kiedy wydaje się, że zderzenie jest nieuchronne oba samochody – i ten jadący obok i ten z naprzeciwka usuwają się lekko na bok i droga z dwóch pasów zaczyna mieć trzy. Oczywiście była łamana także masa innych przepisów, ale po jeździe na czołowe z tirami inne "drobiazgi" nie zostają na dłużej w pamięci. „Mamy teraz jak w [tu pada nazwa gry komputerowej] tyle, że na żywo" – mówi ktoś. „Jeszcze na żywo” – dodaje ktoś inny. Nie wiemy jak szybko jedziemy, bo prędkościomierz po prostu nie działa. Kiedy skręcamy wreszcie do Borjomi i jesteśmy na miejscu słychać głośne westchnienie ulgi. Bijemy kierowcy brawo jak w samolocie.
Od naszego nowego kierowcy (tamtego nie zwolniliśmy - pojechał do Kutaisi) dostaliśmy cynk, że w pobliżu skalnego miasta Wardżia, które pojechaliśmy zwiedzać, znajduje się też basen termalny, taki pod dachem. Powszechny entuzjazm, żeby i tam wpaść. Był pomysł, że może się tam kawy napijemy, bo każdy widzi chyba skromniejsza wersję aquaparku w Zakopcu. Podjeżdżamy pod rozpadające się budynki pośrodku niczego, w pobliżu gruzińskim zwyczajem pasą się krowy. Konsternacja. To tu? Patrzymy po sobie. Właściciel otwiera jeden z tych rozpadających się budynków, a w środku rzeczywiście całkiem fajny basen. Dość szybo przekonujemy się do tego miejsca - choć wnętrze nie przypomina nawet i głębokiego PRLu, w ścianach dziury, ale woda genialnie ciepła, podobno ponad 40 stopni. Po kilku minutach wszyscy radośnie taplamy się w specyficznie pachnącej cieplutkiej wodzie. Brakuje tylko drinków z palemką
. Wreszcie jakiś normalny urlop a nie tylko łojenie i łojenie

fotka by Tomek
Niespodziewanie kierowca naszego wesołego busa skręca w zatoczkę, wychodzimy na zewnątrz. Kierowca wyjmuję dwie buteli po coli. Z jednej obcina górę i dół. W drugiej płyn jasnego koloru. I nie, nie jest to woda. To miejscowy bimber zwany cza-cza, kupowany w sklepie, ale zamiast butelek z akcyzą sprzedawany jest w butelkach po czymkolwiek. Góra i dół butelki to kieliszki. Cóż, nie ma wyjścia trzeba się napić. Z wnętrza busa dobiega radosna muzyka. Jeszcze rano, całkiem na trzeźwo, tańczyliśmy do muzyki przed wejściem do Dyrekcji PN Borjomi. Tym razem tańczymy tym bardziej. Tym razem tańczymy wszyscy. Ciężko przestać się śmiać. Jest wesoło, radośnie, po prostu dobrze. Wielu z mijających nas kierowców trąbi, my odmachujemy. Impreza trwa. Jest dobrze.
Mały Kaukaz, Park Narodowy Borjomi. Ruszamy z miejscowości Marelisi parową trasą nr 1- i cały dzień idziemy dość pod górę – w sumie podejścia ponad 12 GOTów przy 10 GOTach odległości. Teoretycznie nie jakoś bardzo dużo, ale dało mocno w kość. Liście, rododendrony, las. I pod górę. Nie muszę chyba dodawać, że mam serdecznie dość plecaka i tradycyjnie obstawiam tyły. Po iluś godzinach marszu zrobiło się ciemno. Coraz trudniej znaleźć tę właściwą ścieżkę, mapa słaba, oznakowań brak. Postrój w poszukiwaniu wody, grupka z mapą szuka, my odpoczywamy – gdyby udało się znaleźć moglibyśmy tu się rozbić. Marudzę trochę, że mojemu wewnętrznemu dziecku zaczyna być trochę źle. „To łódzkim obyczajem zamknij je w beczce” – komentuje kolega z Łodzi właśnie. Może to nie jest elegancki zwrot, ale nie da się ukryć – czarny humor w takiej sytuacji całkiem nieźle na mnie działa
Wody nie ma, idziemy dalej. Mamy chyba wszyscy trochę dość, idziemy ponad 10 godzin. Kolejny postój. Przewodnicy szukają tej właściwej ścieżki. Kładę się na plecaku. Widzę nad sobą tysiące gwiazd. Przypominają mi się wieczory w Niebie Kopernika. Wspominam wieczór przy muzyce klasycznej z pokazem. Chwilka inteligenckiej rozmówki o Mozarcie czy Betoweenie. Marudzę trochę, że jest mi źle i chętnie ususzałabym jakiś świński kawał. Kolega obok ma chwilkę wątpliwości, czy niby aż tak dobrze się znamy, ale daje się namówić. Dowcipu w normalnych okolicznościach przyrody nie chciałabym z pewnością usłyszeć, tym bardziej powtórzyć nie jestem w stanie. Kawał naptawdęł naprawdę mocny, głośno się śmieję. Potrzebowałam tego śmiechu. No ładnie, płynnie przeszliśmy od Mozarta do dymania zwłok – komentuje kolega, który zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej wsławił się porzekadłem o beczkach. Do skromnej drewanej chatki, naszego miejsca noclegowego docieramy po 22.


Wyruszamy z Amarati Tourist Shetler (1910 m.n.p.m), czyli skromnej chatki bez wody i prądu, gdzie spędziliśmy noc w kierunku miasteczka Astkuri, parkową trasą numer trzy. Morze mgieł, nad nimi szczyty Małego Kaukazu … a w dali już inne, zaśnieżone pasma, nie umiem ich nazwać ani dobrze zlokalizować, później w internecie doczytuję, że widać stąd nawet grz ynajdujące się już w Turcji. Wiedza co gdzie i jak nie jest na szczęście potrzebna, żeby stwierdzić, że jest jest pięknie. Zupełnie inaczej niż w poprzednie dwa dni możemy nacieszyć się widokami okolicznych gór. Wędrujemy nad chmurami. Jakby ponad światem. Obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy… Ostatni dzień. Nigdy nie wraca się dobrze z gór, z drugiej strony fajnie pozbyć się plecaka, umyć, najeść.
Z gór schodzę z gór schodzę z goraczka - efekt przemoczonych nóg i przemęczenia

Mocno wiekowy zespół klasztorny Gelati niedaleko Kutaisi. Największe wrażenie robią na mnie piękne wnętrzna cerkwi. Niestety nie słychać śpiewu – jako chórzystka śpiewająca właśnie w harmonii szczególnie lubię wschodnią muzykę sakralną. Przechadzamy się wśród wieowych murów niewiele pewnie rozumiejąc co to miejsce znaczyć może dla miejscowych. Znów jest ciepło i bardzo słonecznie. Jeszcze zielono. Ostatnie promienie słońca przed powrotem do listopadowej Warszawy.


Marszrutka wioząca nas z Tbilisi Gruzińską Drogą Wojenną zatrzymała się przy takich oto wapiennych skałkach. To chyba częsty przystanek jadących pod Kazbek

Z każdym kilometrem Gruzińskiej Drogi Wojennej widoki stają się coraz piękniejsze

Ślady socjalizmu w dawnym Kazbegi. Nazwę miejscowości zmienione w 2006, nawiązywała bowiem do nazwiska miejscowego urzędnika, który choć Gruzin tłumił antyrosyjskie powstanie na początku XIX wieku. Dawna nazwa nadal jest w powszechnym użyciu.
Stepancimda. Trochę długo jechałyśmy, trochę długo się zbierałyśmy i w rezultacie wyszłyśmy ze Stapancmindy ciut-ciut za późno. Chociaż tutaj z pogodą nigdy nic nie wiadomo. Jeszcze dobrze nie wyszłyśmy kiedy zaczyna grzmieć. Mamy nadzieję, że przejdzie bokiem. Ale jakoś nie chce. Na razie, dopóki wieś, idziemy w górę. W międzyczasie konsultacje co do tego jak trasa wyglądą z ekipą Polaków … z której większość to ludzie, z którymi w zeszłym roku byłam na wyjeździe do Gruzji SKPB. Zasada wszędzie spotkasz eskapebola obowiązuje i tu. Kiedy wyszłyśmy za wieś zaczyna się błyskać więc jednak wycof. Szukamy miejsca, żeby może przeczekać. Znajdujemy takie kamienne zadaszenie w jednym z domów. Moim słabym rosyjskim wołam gospodarza i pytam, czy możemy poczekać bo budziet deszcz. Oczywiście zostajemy zaproszone na herbatę a nasze skrupuły zostają zbyte przez słynne kakoj probljema niet probljema. Więc siedzimy, rozmawiamy troszkę z wielopokoleniową rodzinką (jest babcia, małżeństwo, siostra, trójka dzieci), na ile jesteśmy w stanie znaleźć wspólny język. Bawimy się z dziećmi, trochę w łapki, trochę w inne gry. Jest tak miło, tak serdecznie. Gospodarze już prawie załatwili nam nocleg na płaskim miejscu gdzieś u sąsiadów. Ponieważ się przejaśnia, a następny dzień byłby bardzo długi gdybyśmy zostały – z żalem rozstajemy się i idziemy w górę. Dziękując Bogu, że w tym pięknym kraju jest tylu dobrych ludzi.

Przełęcz Arsha - Kazbek który "zniknął" zaraz na kościółkiem tu pojawia się ponownie.

Lodowiec Gergeti. Miałyśmy trochę obaw przed wejściem na nieco brudny lód– każda z nas wie, że na lodowcu na ogół należy poruszać się w rakach i związanymi liną bo szczeliny. Na szczęście chodzenie po tym konkretnym lodowcu, jeśli jest widoczność – przebiega raczej bezproblemowo. Są obszary, gdzie są szczeliny, ale widoczne – a do poruszania się po nim wystarczą dobre buty na wibramie i kijki. Orientację w terenie ułatwiają inni turyści i "karawany" koników, na których załadowane są bagaże. W razie słabszej widoczności można także podążać szlakiem końskich kup:) Pierwszy raz idę po lodowcu, a nie tylko w jego pobliżu i bardzo mi się to podoba, nie jest nawet specjalnie zimno, więc dodatkowe warstwy termiczne trzeba zdjąć. Podobałoby mi się tu bardziej gdyby nie było tak brudno, ale cóż, nie można od razu mieć wszystkiego. Krajobraz z każdym krokiem staje się coraz bardziej dziki, niedostępny, księżycowy. Lubię to!
Schronisko Betlejem. Winko lekko szumi mi w głowie, nie było tego dużo, ale jesteśmy na jakieś 3665 m.n.p.m., więc tolerancja inna. Całe szczęście, że udało się przekonać gospodarza schroniska do odlania nam litra do plastikowej butelki, zamiast 2,5 litrowej butli którą oferował na początku. I dobrze, że w ogóle przypomniał sobie, że gdzieś ma wino, bo na początku twierdził, że jest tylko wódka. Wieczór był miły, choć trochę zmuszałyśmy się, żeby dosiedzieć do 21-szej (nie wolno iść za wcześnie spać bo można się bez sensu obudzić w środku nocy). Nie jest jednak aż tak zimno, żebym miała nie przystanąć i z zachwytem nie popatrzeć na gwiazdy. Jest ich cudownie dużo. Nadal nie umiem nazwać zbyt wielu gwiazd (w Warszawie ciężko to ćwiczyć…), ale cieszę się na sam widok Drogi Mlecznej i tysięcy maleńskich punkcików, których światło wędrowało do nas tysiące a może i miliony lat. Wiem troszkę o niektórych tajemnicach, które kryje Wschechświat, więc z zachwytem patrzę w niebo. Niepojęte jak maleńcy wobec tego ogromu jesteśmy, jak maleńkie i mimo wszystko kruche są potężne przecież góry. I ja w tym wszystkim – mała, ruda dziewczynka, którą kiedyś wykończyło wejście do Doliny Pięciu Stawów. Dziś jestem tu, głęboko wdzięczna że dane mi jest wciąż doświadczać tyle piękna...
Plateau w drodze na Kazbek. Nie od razu za obserwatorium zaczyna się droga, gdzie trzeba używać alpinistycznego sprzętu, więc po śniadaniu wybieramy się na spacer do tzw. białepgo krzyża. Jesteśmy u stóp wysokogórskiego świata. Wielkie ściany, lodowce, księżycowy krajobraz. Surowy, ale piękny świat gór wysokich. Strasznie żałuję, że nie eidziemy dalej i nie mierzymy się z Górą. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zebrać odpowiednią ekipię i ruszyć w środku nocy w kierunku szczytu! Na razie zostaje mi cieszyć się niezmiemskim pięknem tego miejsca.

Zawsze zadziwia mnie w jak nieprzyjaznych miejsach mogą zakwitnąć kwiaty...

"Biały krzyż" - miejsce gdzie jeszcze można dojść mimo braku sprzętu wspinaczkowego. Warto, bo miejsce cudownie piękne!!!
Zchodzimy z obserwatorium-schroniska znów na dół, w kierunku tak zwanej cywilizacji. Ścieżkę wśród księżcowych kamieni łatwo zgubić, z resztą jest tu dużo ścieżynek. Idziemy jedną z nich obierając azymut „na ludzi” odpoczywających po przejściu lodowca. Oczywiście, gdy podchodzimy bliżej okazuje się, że to Polacy. Pokazują wejście na lodowiec – wąską ścieżynkę prowadzącą po czymś, co wygląda trochę jak mostek między szczelinami. Gdyby nie powiedzieli, że przed chwilą sami tędy przeszli, to nie wiem, czy odważyłabym się temu czemuś zaufać.

Jest już około południa, więc w okolice Kazbeku zmierzają chmurzyska.
Przełęcz Arsha (2920 m.n.p.m.). Siedzimy sobie beztrosko, gdy słyszymy pierwszy grzmot. Więc jak przystało na porządne turystki zbieramy się w dół. Troszkę niżej naszym oczom ukazuje się świetny widok. Burza krąży nad Stepancmindą, czasem zahaczając o kościółek Cminda Sameba w okolicach którego ponownie planujemy nocleg. Na górze jednak spokój. Podobnie jak inni turyści zamiast schodzić jak najszybciej przyglądamy się zjawisku – rzadko mam okazję widzieć jak burza nad czymś krąży. Pierwszy raz podczas górskiej burzy jestem w sytuacji, gdy wyżej jest bezpieczniej. W pewnym momencie patrzymy ze zdumieniem że na dole jest biało – spadł śnieg lub solidny grad! A u nas względny spokój. Kiedy prawie że się uspokoiło dziewczyny krzyczą że postój bo znów chcą jeść J I podczas tej beztroski znów grzmot. Tylko teraz dość konkretnie i całkiem niedaleko. Zbieramy się szybko i wyjątkowo jak na nas bez żadnej dyskusji. Stres czy przejść niewielki grzbiecik, czy może trawers który chociaż dłuższy będzie bezpieczniejszy. Szybka decyzja o szybkim marszu. I do lasku i w dół. Lekki stres, że musimy przejść przez bądź co bądź odsłoniętą polanę. Szybko rozbijamy jeden z dwóch namiotów. W ostatniej chwili, już w deszczu, ale jeszcze przed gradem udaje nam się wszystko rozłożyć i wepchnąć do środka bagaże. Nad naszą czwórką rozpętała się konkretna nawałnica, a my pocieszamy się, że w sumie to żadna z nas nie słyszała o śmierci od pioruna osób znajdujących się w namiocie…

Na naszych oczach rozgrwa się burzowy spektakl...

A w dole zrobiło się biało...
Biwak pod kościółkiem Cminda Sameba. Dziś teoretycznie nam się nie śpieszy więc nie wstajemy bardzo wcześnie. Teoretycznie pierwsza wstająca powinna ogarnąć kuchenkę benzynową, jednak ta wstająca właśnie uświadamia nam, że jeszcze nigdy tego nie robiła i nie wie jak. Więc za gotowanie zabiera się Gosia, która jest w benzynówce najlepsza
. Po nocnych burzach, znów widać Lodowego Olbrzyma, pogoda nie jest jednak tak „wymarzona” jak mówili zapoznani w meteo Polacy, którzy dziś w nocy mieli ruszać na szczyt. Mamy nadzieję, że wszystko u nich poszło dobrze. Na śniadanie kaszka i te bakalie, które uchowały się przed wczorajszymi atakami głodu dziewczyn. W takim plenerze smakuje i tak lepiej niż najlepsze posiłki w najbardziej wypasionych hotelowych restauracjach. Obok nas zwijają się inne ekipy, koniki podchodzą do namiotów w poszukiwaniu różnych ciekawostek, na szczęście da się je odgonić. Trochę nas martwi pusty pomarańczowy namiot, wygląda jakby jego właściciele nie wrócili na noc. Nawet nie wiadomo co zgłosić i komu…

Widok na Kazbek spod kościółka Cminda Sameba - pogoda mimo prognoz wcale nie jest rewelacyjna, ciekawe, czy ekipy które miały wyruszyć na szczyt zrobiły to tej nocy
Nie lubię schodzenia z gór, więc i teraz nie czuję się szczęśliwa. Szlak do samego kościółka jest dość popularny. Mijamy pojedyńcze ekipy z solidnymi plecakami oraz sprzętem wspinaczkowym, ale jednak większość to idący ze Stepancmindy "niedzielni" turyści. Choć trudno w to uwierzyć, nie każdy jadący do Gruzji jedzie tam by zdobywać góry
Przez nieuwagę gubimy ścieżkę prowadzącą lasem i wchodzimy na drogę - mijają nas więc także terenowe samochody - podwożące leniwych turystów i bagaże wypraw komercyjnych. Dopiero na sam koniec łapiemy kilka skrótów. Miasteczko coraz bliżej. Przykry moment końca trekkingu łagodzi trochę myśl o chaczapuri czekającym już na nas w knajpie. Chcemy jeść w Coffe Corner, gdzie kilka dni wcześniej zostawiłyśmy zbędne rzeczy (jestem naprawdę dumna, że wytłumaczyłam właścicielce przez telefon o co chodzi!), jednak jest jeszcze zamknięta, więc idziemy na drugą stronę ulicy, gdzie kelner przypomina nieco Borysa Szyca.

Cywilizacja już blisko.

Mscheta wita nas deszczem, a potem tęczą. Jesteśmy zmęczone podróżą i wolimy szybko przystąpić do negocjacji na temat noclegu, ale nasz przyszły gospodarz koniecznie chce nam zrobić z tą tęczą zdjęcie :)

Na wieczór zjeżdżamy do Mschety, koło Tbilisi. Szybkie zwiedzanie i zakupy na kolejny trekking, później ostatnia wspólna kolacja. Gospodarz pojawia się w jej trakcie z laptopem - prosi o napisanie po polsku wiadomości do Polski poznanej w zeszłym roku, która ewidetnie wpadła mu w ok. Rankiem następnego dnia gospodarcz naszej kwatery odpłatnie podwozi nad na dworzec Ortachala. Tu Olga wsiada w marszrutkę do Erywania, a ja z dwiema Gosiami jadę do Tewavi, a później do Tuszetii.

W jednym z kościołów w Mschecie trafiamy na końcówkę wieczornego nabożeństwa. Część wiernych zostaje w światyni, żeby się pomodlić.
Droga z Kachetii do Omalo. Tuż za przełęczą Abano, gdzie zaczyna się Tszuetia stajemy na postój. Niestety zmuszone byłyśmy wynająć taxi za 200 lari żeby tu dostać - 70 kilometorowy odcinek pokonuje się w cztery-pięć godzin i nie jeździ tędy żaden transport publiczny. Na postoju tradycyjne menu - gruziński chleb, ser, owoce. Pyszne. Częstuemy naszego kierowcę. To młody chłopak, kiedy zaczna coś mówić o noclegu w namiocie gdybyśmy miały jeszcze jeden, albo pyta czy mam chłopaka nie przejmuje się - często się podobamy miejscowym. Niestety tym razem na kulturalnej rozmowie się nie skończyło, doszło do dość nieprzyjemnego incydentu, na szęście byłyśmy we trzy a pan jeden więc nieprzyjemnie było chwilę, potem pojechałyśmy dalej, choć piękna droga już w ogóle nie cieszyła. Pan nazwywa się Besiki Zuriashvili i jest z Telavi.
W Zemo Omalo, rankiem następnego dnia, spełnia się nasze marzenie - uczetniczymy w lokalnym nabożeństwie, ze śpiewem w harmonii. Szkoda, że Olga już w kraju.
Dartlo, Tuszetia. Za naszych rodziców. Gdyby nie oni nie byłoby nas na świecie – znów ten popularny na Kaukazie i Zakaukaziu toast. Oczywiście pijemy też za wszystkich możliwych członków rodziny
Tym razem na szczęście w kieliszkach wino, więc da się to pić. Siedzimy z najprawdziwszą tuszetyjską rodziną przy najprawdziwszej rodzinnej uczcie z okazji święta Maryj (chyba Wniebowzięcie). Stół zastawiony jest najrozmaitszymi przysmakami. Wszyscy są dla nas bardzo mili i dbają o pełne talerze i kieliszki. Zostałyśmy tu zaproszone tak po prostu – bo przeszłyśmy zapytać się o miejsce na rozbicie namiotu i z którego można zabrać wodę. I jeszcze powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski na pytanie odkuda Wy. Nie doszłyśmy jeszcze do postawionych pod ścianą plecaków, kiedy pojawiło się zaproszenie
Ciekawe, że właśnie tu w Tuszetii, która jest najdzikszym z odwiedzonych przez nas miejsc, spotykaliśmy relatywnie najwięcej miejscowych mówiących po angielsku – może to dlatego, że zimą w całej krainie żyje zaledwie kilka rodzin, reszta przenosi się do niżej położonych miast. Tu po angielsku mówi córka gospodarza – Nadia. Z resztą mocno nas zawstydza bo zna jeszcze wiele innych języków, w tym perski. Dowiadujemy się, że rodzina mieszkała kiedyś w Czeczenii (stamtąd jest matka Nadii), to niedaleko bo jesteśmy już przy granicznym grzbiecie. Kiedy wybuchła wojna przenieśli się do Dagestanu, później do Gruzji. Z całej rodziny dziś przy stole siedzą tylko ojciec i córka, nie pytamy, gdzie mama, czy było więcej braci i sióstr. Dziwi nas tylko, że Nadia do swojego ojca mówi cały czas „mama” – ale potem się dowiadujemy, że po gruzińsku to znaczy „tata”. Oczywiście w rozmowie z pozostałymi członkami rodziny (już po rosyjsku – nam wszystkim idzie coraz lepiej) padają wątki polityczne i samolot z Kaczyńskim (większość Gruzinów wierzy, że to był zamach), pijemy niezliczoną ilość razy za polsko-gruzińską drużbę. Jeden z wujków stwierdza w pewnym momencie filozoficznie wy nie lubicie ruskich, my nie lubimy ruskich a porozumiewamy się po rosyjsku. Jak to na imprezie nie zabrakło też tańców. Pożegnanie też nie było najkrótsze – po naszym toaście na cześć wspaniałych gospodarzy. Oczywiście jesteśmy zaproszone też na śniadanie i strasznie żałujemy, że następnego dnia naprawdę musimy wstać wcześnie. Ojciec Nadii zapewnia nas że jesteśmy tu bezpieczne, że jakby się coś działo to oni tutaj są i nie pozwolą nam zrobić krzywdy. Jeszcze kiedy kilka tygodni później piszę te słowa uśmiecham się szeroko na wspomnienie tych ludzi i ciepła które nam ofiarowali – tak po prostu, za to, że jesteśmy.
Podchodzimy pod Przełęcz Nakaicho (2903 m.n.p.m.) – różnica poziomów ponad 1000 metrów, mimo wysokości jest gorąco, mamy ciężkie plecaki – innymi słowy, pełna sielanka. Postoje robimy co pół godziny, zamiast co godzinę. Całe szczęście po drodze jest kilka małych strumyczków, z których możemy nabierać wodę do butelek i nawilżać nasze nakrycia głowy, coby troszkę schłodzić procesor główny. Na którymś z postojów, wyjmuje ostatnią paczkę żelek z Polski, zachomikowaną na kryzys. To chyba dobry moment. Żelki są zajebiste. Oszukuje siebie, że żelatyna to pomoże na stawy przeciążone ciężarem i stromizną stoku. Oszukuję siebie, że będzie się szło lepiej. Nie wiem jeszcze, że prawdziwy kryzys nastąpi za chwilę – gdy przez nieco błędne informacje, które otrzymałyśmy na dole idziemy nie na tą przełęcz co trzeba, ścieżką która najpierw jest niepewna, a potem w ogóle jej nie ma. Więc ze sporym ciężarem na plecach na rympał po stromym stoku, po rododendronach, trawkach i skałkach, na których noga w ogóle się nie trzyma. Sielnka.

Wody mało więc jemy 2 liofy na trzy osoby.

Nasza trójka na przełęczy
Jesteśmy na przełęczy. Cudny widok na niekończące się morze zielonych grzbietów gór. Szerokie siodło przełęczy to dobre miejsce na nocleg, znajdujemy nawet skałki które chronią nas od wiatru. Pierwotny plan zakładał zejście na noc do Verchovani, ale most który jak się okazało jest dopiero w Parsmie (o tym pan z parku narodowego z Omalo nie uprzedził kiedy polecał nam szlak…) i potem zgubiona ścieżka pokrzyżowały nam plany. Decydujemy się, że lepiej nocować niż schodzić częściowo po ciemku nieznanym terenem. Przeszkadza nam trochę brak wody – mamy 1,5l przyniesione w butelkach – starczyło tylko na liofa i herbatę na rano. Miejsce jest piękne – oddalone od cywilizacji jak na prawdziwym górskim wyjeździe być powinno. Kładziemy się tuż po zmroku, zmuszamy się do rozmowy żeby nie zasnąć za wcześnie. Lekki niepokój żeby pogoda się nie popsuła, bo wtedy zejście może być mega trudne.

Na początku zejscia było jeszcze coś co przypominało nieco ścieżkę


Oczywiście w zejściu do Verchovani też sielanka – tu ścieżka istnieje tylko na mapie, w rzeczywistości kończy się może 100 metrów poniżej przełęczy. Oczywiście stok nadal jest stromy, jedyne pocieszenie, że tym razem nie ma rododendronów. Mamy nadzieję, że nasz „przydział na przygody” wyczerpie się kiedy do Gosi podbiegł byk i wyglądał jakby miał ochotę wziąć ją na rogi (pomarańczowy pokrowiec…). Szybko okazuje się, że byłoby to za mało, więc za jakiś czas rozlegają się grzmoty. Najpierw nieśmiałe i niezbyt częste, ale potem burza przyszła dość szybko. Na szczęście jesteśmy już dość nisko, więc nie jest jakoś bardzo niebezpiecznie. Za niewielką skałką zakładamy kurtki i pokrowce na plecaki. I wtedy moja torba z aparatem oraz pieniędzmi i dokumentami, ustawiona niedokładnie na stromej półeczce – elegancko leci w dół, nie była dobrze dopięta więc oczywiście w miarę spadania wylatują z niej różne rzeczy. Jestem bliska załamania, prawie zaczęłam płakać, przestraszona, że ich nie znajdę. W deszczu i grzmotach schodzą w dół po bardzo nachylonym stoku i zbieram „fanty”. To jeden z gorszych momentów na wyjeździe. Na szczęście torba zatrzymała się kiladziesiąt metrów niżej na stoku, a wszystkie rzeczy udało się dość szybko znaleźć. Na szczęście nic nie doznało trwałych uszkodzeń. A i deszcz i grzmoty dość szybko sobie poszły. Żeby tylko nogi tak nie bolały na tym stromym stoku...

Miejsce jest naprawdę przepięknę i tak daleko od wszystkiego - tylko brak ścieżki i piękący bół stóp nieco to piękno przyśmiewają


Droga z Verchovani do Omalo jest bardzo ładna, jednak liczy aż 30 kilometrów (to jedna z rzeczy, której nie powiedział pan w informacji turystycznej polecjąc nam tę trasę). Na szczęście udało się pojechać częśc tej trasy "na stopa"


centrum Zemo Omalo, stolicy Tuszetii
Zjeżdzamy już z Tuszetii. Nasz kierowca zauważa z dawna oczekiwany drogowskaz. Skręcamy na gorące źródła. Na tym wyjeździe już drugi raz spotyka nas luksus w postaci ciepłej wody! Mamy dla siebie jedną niewielką wannę. Nasi kierowcy i wybawciele – symaptycznie Amerykanie, którzy zwożą nas z Tuszetii za darmochę i jeszcze swoim cieszeniem się ze wszystkiego bardzo umilają nam czas – wchodzą do drugiej, w osobnym pomieszczeniu. Jest naprawdę super, gorąca woda, okno z widokiem na góry. Wreszcie beztrosko jak na wakacjach a nie tylko w górę lub w dół, albo jak gdzieś dojechać. Chwilo jesteś piękna trwaj! Przydałyby się jeszcze drinki z palemką, ale chyba nie serwują
Jest tylko jeden szkopuł – srebrna biżuteria, którą mamy pokrywa się czarnym osadem, wygląda teraz jak naprawdę stare, rodowe srebra. Mamy w ekipie farmaceutkę, więc dowiaduje się, że po prostu wytrącił się siarczek srebra.
Tzsinadlali, Kachetia. Smakujemy kolejne słodkie, gruzińskie winko, całkiem niedawno rozlane do butelek. Oczywiście mówimy naszym gospodarzom, że „oczeń wkusnyje”. Właśnie kończymy zwiedzanie najprawdziwszej kachetyjskiej winnicy – takiej całkiem nowoczesnej z ogromnymi pojemnikami, w których wytwarzane jest wino. Obok pola winorośli, z widokiem na główny grzbiet Kaukazu. A trafiłyśmy tu całkiem przypadkowo, nasza gospodyni jest pracownicom tejże winnicy i po prostu, kiedy szła do pracy zabrała nas ze sobą a jej współpracownicy się nami zajęli – prowadzili, poczęstowali, obdarowali i odwieźli na „kwaterę”. Do naszej gospodyni też zresztą trafiłyśmy przypadkowo. Namiot miałyśmy rozbić pod muzeum Czaczawadzego (XIX wiecznego działacza niepodległościowego i pisarza), ale idąc na miasto do sklepu postanowiłyśmy spytać siedzące na ławce kobiety, czy gdzieś nie da się wynająć pokoju. I jedna z pań zaprosiła na tani nocleg do siebie. I tak bez wysiłku udało się zwiedzić niekomercyjnie zobaczyć prawdziwy kachetyjski zwykły dom rodzinny i zwiedzić prawdziwą winnicę. I jak tu nie kochać Gruzinów!
Gosia w pałacu w Tzinandali.

Maleńkie palmy w Tzindandali, na terenie pałacu-muzeum gruzińskiego XIX-wiecznego działacza niepodległościowego Czaczawadze

Tbilisi zwiedzane pośpiesznie nocą
Jedziemy marszrutką z Tbilisi do Erywania. Dziewczyny śpią. Ja za oknem widzę wielką wodę. Myślę sobie, że morze to jezioro Sewan - nie zmieściło się w grafiku naszej podróży, więc cieszę się, że choć przez chwilę udało się je zobaczyć. Następnym razem. I mam nadzieję, że ten następny raz nie każe na siebie długo czekać.

Błękitny Meczet w Erywaniu
Erywań. Spacerujemy między najważniejszymi zabytkami. Jesteśmy już w centrum, gdzieś między Operą i Kaskadami – po drodze zaglądamy do niewielkiego, zabytkowego kościółka. W centrum ikona Matki Bożej. Uderza mnie kontrast pomiędzy Jej (i Jej Syna) zwyczajnym, ludzkim, łagodnym obliczem – a złotem którym obraz i ołtarz są przyozdobione. (to maultuki kościółek więc zdobienia skromne - przy większości "najświętszych" obrazów zdobień jest kilkanaście razy więcej, czasem ciężko zobaczyć sam obraz...) Bóg, który zast
ąpił z nieba by stać się człowiekiem, blisko nas, naszych najzwyklejszych codziennych spraw. Przez nas samych wywyższony, ozłocony … i odsunięty od naszej codzienności. Łatwiej uczynić Go wspaniałym, pozłacanym symbolem , łatwiej przebłagiwać materialnymi ofiarami – niż tak po prostu przyjąć że Jest i postępować "pobożnie" nie tylko tam, gdzie sacrum, lecz także gdzie profanum. W naszym realnym życiu, nie w najpiękniej przyozdobionym kościele. I przypomina mi się kolęda Nie było miejsca dla Ciebie.
Lubię ormiańskie i gruzińskie świątynie – często pogrążone w ciemności,oświetlanej jedynie blaskiem modlitwenych świec. Duchowość Wschodu, choć zasadniczo mało mi znana, niesie w sobie tę cząstkę Tajemnicy, którą na racjonalnym Zachodzie utraciliśmy. Ta inność sprawia także że ja modlę się nieco inaczej, dotykając tej części mojej duchowości, z którą sama ma rzadko kontakt. W tym zakresie podróż także wzbogaca.
W środku nocy taksówka na lotnisko, odprawy, ostatnie wydatki w strefie wolnocłowej - i z żalem wracamy do Polski. Po tej podróży oczywiście kilka kolejnyc marzeń z cyklu "co by tu załoić w okolicy"...
