Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Tags - gergeti
November 14, 2014November 14, 2014  0 comments  Trekking

 

 

 

Gruzińska Droga Wojenna

Marszrutka wioząca nas z Tbilisi Gruzińską Drogą Wojenną zatrzymała się przy takich oto wapiennych skałkach. To chyba częsty przystanek jadących pod Kazbek

 

Gruzińska Droga Wojennna

Z każdym kilometrem Gruzińskiej Drogi Wojennej widoki stają się coraz piękniejsze

 

Kazbegi

 

Ślady socjalizmu w dawnym Kazbegi. Nazwę miejscowości zmienione w 2006, nawiązywała bowiem do nazwiska miejscowego urzędnika, który choć Gruzin tłumił antyrosyjskie powstanie na początku XIX wieku. Dawna nazwa nadal jest w powszechnym użyciu.

 

Stepancimda. Trochę długo jechałyśmy, trochę długo się zbierałyśmy i w rezultacie wyszłyśmy ze Stapancmindy ciut-ciut za późno. Chociaż tutaj z pogodą nigdy nic nie wiadomo. Jeszcze dobrze nie wyszłyśmy kiedy zaczyna grzmieć. Mamy nadzieję, że przejdzie bokiem. Ale jakoś nie chce. Na razie, dopóki wieś, idziemy w górę. W międzyczasie konsultacje co do tego jak trasa wyglądą z ekipą Polaków … z której większość to ludzie, z którymi w zeszłym roku byłam na wyjeździe do Gruzji SKPB. Zasada wszędzie spotkasz eskapebola obowiązuje i tu. Kiedy wyszłyśmy za wieś zaczyna się błyskać więc jednak wycof. Szukamy miejsca, żeby może przeczekać. Znajdujemy takie kamienne zadaszenie w jednym z domów. Moim słabym rosyjskim wołam gospodarza i pytam, czy możemy poczekać bo budziet deszcz. Oczywiście zostajemy zaproszone na herbatę a nasze skrupuły zostają zbyte przez słynne kakoj probljema niet probljema. Więc siedzimy, rozmawiamy troszkę z wielopokoleniową rodzinką (jest babcia, małżeństwo, siostra, trójka dzieci), na ile jesteśmy w stanie znaleźć wspólny język. Bawimy się z dziećmi, trochę w łapki, trochę w inne gry. Jest tak miło, tak serdecznie. Gospodarze już prawie załatwili nam nocleg na płaskim miejscu gdzieś u sąsiadów. Ponieważ się przejaśnia, a następny dzień byłby bardzo długi gdybyśmy zostały – z żalem rozstajemy się i idziemy w górę. Dziękując Bogu, że w tym pięknym kraju jest tylu dobrych ludzi.

 

przełęcz Arsha

Przełęcz Arsha - Kazbek który "zniknął" zaraz na kościółkiem tu pojawia się ponownie. 

 

lodowiec Gergeti

Lodowiec Gergeti. Miałyśmy trochę obaw przed wejściem na nieco brudny lód– każda z nas wie, że na lodowcu na ogół należy poruszać się w rakach i związanymi liną bo szczeliny. Na szczęście chodzenie po tym konkretnym lodowcu, jeśli jest widoczność – przebiega raczej bezproblemowo. Są obszary, gdzie są szczeliny, ale widoczne – a do poruszania się po nim wystarczą dobre buty na wibramie i kijki. Orientację w terenie ułatwiają inni turyści i "karawany" koników, na których załadowane są bagaże. W razie słabszej widoczności można także podążać szlakiem końskich kup:) Pierwszy raz idę po lodowcu, a nie tylko w jego pobliżu i bardzo mi się to podoba, nie jest nawet specjalnie zimno, więc dodatkowe warstwy termiczne trzeba zdjąć. Podobałoby mi się tu bardziej gdyby nie było tak brudno, ale cóż, nie można od razu mieć wszystkiego. Krajobraz z każdym krokiem staje się coraz bardziej dziki, niedostępny, księżycowy. Lubię to!

 

 

w meteoSchronisko Betlejem. Winko lekko szumi mi w głowie, nie było tego dużo, ale jesteśmy na jakieś 3665 m.n.p.m., więc tolerancja inna. Całe szczęście, że udało się przekonać gospodarza schroniska do odlania nam litra do plastikowej butelki, zamiast 2,5 litrowej butli którą oferował na początku. I dobrze, że w ogóle przypomniał sobie, że gdzieś ma wino, bo na początku twierdził, że jest tylko wódka. Wieczór był miły, choć trochę zmuszałyśmy się, żeby dosiedzieć do 21-szej (nie wolno iść za wcześnie spać bo można się bez sensu obudzić w środku nocy). Nie jest jednak aż tak zimno, żebym miała nie przystanąć i z zachwytem nie popatrzeć na gwiazdy. Jest ich cudownie dużo. Nadal nie umiem nazwać zbyt wielu gwiazd (w Warszawie ciężko to ćwiczyć…), ale cieszę się na sam widok Drogi Mlecznej i tysięcy maleńskich punkcików, których światło wędrowało do nas tysiące a może i miliony lat. Wiem troszkę o niektórych tajemnicach, które kryje Wschechświat, więc z zachwytem patrzę w niebo. Niepojęte jak maleńcy wobec tego ogromu jesteśmy, jak maleńkie i mimo wszystko kruche są potężne przecież góry. I ja w tym wszystkim – mała, ruda dziewczynka, którą kiedyś wykończyło wejście do Doliny Pięciu Stawów. Dziś jestem tu, głęboko wdzięczna że dane mi jest wciąż doświadczać tyle piękna...

 

 

Plateau w drodze na Kazbek. Nie od razu za obserwatorium zaczyna się droga, gdzie trzeba używać alpinistycznego sprzętu, więc po śniadaniu wybieramy się na spacer do tzw. białepgo krzyża. Jesteśmy u stóp wysokogórskiego świata. Wielkie ściany, lodowce,  księżycowy krajobraz. Surowy, ale piękny świat gór wysokich. Strasznie żałuję, że nie eidziemy dalej i nie mierzymy się z Górą. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zebrać odpowiednią ekipię i ruszyć w środku nocy w kierunku szczytu! Na razie zostaje mi cieszyć się niezmiemskim pięknem tego miejsca.

 

w drodze na Kazbek

Zawsze zadziwia mnie w jak nieprzyjaznych miejsach mogą zakwitnąć kwiaty...

biały krzyż

"Biały krzyż" - miejsce gdzie jeszcze można dojść mimo braku sprzętu wspinaczkowego. Warto, bo miejsce cudownie piękne!!! 

 

Zchodzimy z obserwatorium-schroniska znów na dół, w kierunku tak zwanej cywilizacji. Ścieżkę wśród księżcowych kamieni łatwo zgubić, z resztą jest tu dużo ścieżynek. Idziemy jedną z nich obierając azymut „na ludzi” odpoczywających po przejściu lodowca. Oczywiście, gdy podchodzimy bliżej okazuje się, że to Polacy. Pokazują wejście na lodowiec – wąską ścieżynkę prowadzącą po czymś, co wygląda trochę jak mostek między szczelinami. Gdyby nie powiedzieli, że przed chwilą sami tędy przeszli, to nie wiem, czy odważyłabym się temu czemuś zaufać.

 

lodowiec

Jest już około południa, więc w okolice Kazbeku zmierzają chmurzyska. 

 

Przełęcz Arsha (2920 m.n.p.m.). Siedzimy sobie beztrosko, gdy słyszymy pierwszy grzmot. Więc jak przystało na porządne turystki zbieramy się w dół. Troszkę niżej naszym oczom ukazuje się świetny widok. Burza krąży nad Stepancmindą, czasem zahaczając o kościółek Cminda Sameba w okolicach którego ponownie planujemy nocleg. Na górze jednak spokój. Podobnie jak inni turyści zamiast schodzić jak najszybciej przyglądamy się zjawisku – rzadko mam okazję widzieć jak burza nad czymś krąży. Pierwszy raz podczas górskiej burzy jestem w sytuacji, gdy wyżej jest bezpieczniej. W pewnym momencie patrzymy ze zdumieniem że na dole jest biało – spadł śnieg lub solidny grad! A u nas względny spokój. Kiedy prawie że się uspokoiło dziewczyny krzyczą że postój bo znów chcą jeść J I podczas tej beztroski znów grzmot. Tylko teraz dość konkretnie i całkiem niedaleko. Zbieramy się szybko i wyjątkowo jak na nas bez żadnej dyskusji. Stres czy przejść niewielki grzbiecik, czy może trawers który chociaż dłuższy będzie bezpieczniejszy. Szybka decyzja o szybkim marszu. I do lasku i w dół. Lekki stres, że musimy przejść przez bądź co bądź odsłoniętą polanę. Szybko rozbijamy jeden z dwóch namiotów. W ostatniej chwili, już w deszczu, ale jeszcze przed gradem udaje nam się wszystko rozłożyć i wepchnąć do środka bagaże. Nad naszą czwórką rozpętała się konkretna nawałnica, a my pocieszamy się, że w sumie to żadna z nas nie słyszała o śmierci od pioruna osób znajdujących się w namiocie…

burza

 Na naszych oczach rozgrwa się burzowy spektakl...

 

burza

A w dole zrobiło się biało... 

 

Biwak pod kościółkiem Cminda Sameba. Dziś teoretycznie nam się nie śpieszy więc nie wstajemy bardzo wcześnie. Teoretycznie pierwsza wstająca powinna ogarnąć kuchenkę benzynową, jednak ta wstająca właśnie uświadamia nam, że jeszcze nigdy tego nie robiła i nie wie jak. Więc za gotowanie zabiera się Gosia, która jest w benzynówce najlepszaSmile. Po nocnych burzach, znów widać Lodowego Olbrzyma, pogoda nie jest jednak tak „wymarzona” jak mówili zapoznani w meteo Polacy, którzy dziś w nocy mieli ruszać na szczyt. Mamy nadzieję, że wszystko u nich poszło dobrze. Na śniadanie kaszka i te bakalie, które uchowały się przed wczorajszymi atakami głodu dziewczyn. W takim plenerze smakuje i tak lepiej niż najlepsze posiłki w najbardziej wypasionych hotelowych restauracjach. Obok nas zwijają się inne ekipy, koniki podchodzą do namiotów w poszukiwaniu różnych ciekawostek, na szczęście da się je odgonić. Trochę nas martwi pusty pomarańczowy namiot, wygląda jakby jego właściciele nie wrócili na noc. Nawet nie wiadomo co zgłosić i komu…

 

 

Cminda Sameba

Widok na Kazbek spod kościółka Cminda Sameba - pogoda mimo prognoz wcale nie jest rewelacyjna, ciekawe, czy ekipy które miały wyruszyć na szczyt zrobiły to tej nocy

 

Nie lubię schodzenia z gór, więc i teraz nie czuję się szczęśliwa. Szlak do samego kościółka jest dość popularny. Mijamy pojedyńcze ekipy z solidnymi plecakami oraz sprzętem wspinaczkowym, ale jednak większość to idący ze Stepancmindy "niedzielni" turyści. Choć trudno w to uwierzyć, nie każdy jadący do Gruzji jedzie tam by zdobywać góry Wink Przez nieuwagę gubimy ścieżkę prowadzącą lasem i wchodzimy na drogę - mijają nas więc także terenowe samochody - podwożące leniwych turystów i bagaże wypraw komercyjnych. Dopiero na sam koniec łapiemy kilka skrótów. Miasteczko coraz bliżej. Przykry moment końca trekkingu łagodzi trochę myśl o chaczapuri czekającym już na nas w knajpie. Chcemy jeść w Coffe Corner, gdzie kilka dni wcześniej zostawiłyśmy zbędne rzeczy (jestem naprawdę dumna, że wytłumaczyłam właścicielce przez telefon o co chodzi!), jednak jest jeszcze zamknięta, więc idziemy na drugą stronę ulicy, gdzie kelner przypomina nieco Borysa Szyca.

 

Stempancminda

Cywilizacja już blisko.

MScheta

Mscheta wita nas deszczem, a potem tęczą. Jesteśmy zmęczone podróżą i wolimy szybko przystąpić do negocjacji na temat noclegu, ale nasz przyszły gospodarz koniecznie chce nam zrobić z tą tęczą zdjęcie :)

Mscheta - katedra

Na wieczór zjeżdżamy do Mschety, koło Tbilisi. Szybkie zwiedzanie i zakupy na kolejny trekking, później ostatnia wspólna kolacja. Gospodarz pojawia się w jej trakcie z laptopem - prosi o napisanie po polsku wiadomości do Polski poznanej w zeszłym roku, która ewidetnie wpadła mu w ok. Rankiem następnego dnia gospodarcz naszej kwatery odpłatnie podwozi nad na dworzec Ortachala. Tu Olga wsiada w marszrutkę do Erywania, a ja z dwiema Gosiami jadę do Tewavi, a później do Tuszetii.

 

Mscheta

W jednym z kościołów w Mschecie trafiamy na końcówkę wieczornego nabożeństwa. Część wiernych zostaje w światyni, żeby się pomodlić. 

 

 

 

 


Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl