Links News Contact Us About Us Advertisement Terms of use FAQ Add story Partners Invite a friend Bookmark Angielski Polski
Angielski Polski
Tags - beskidy
March 5, 2013March 5, 2013  5 comments  Trekking

W drode do Rajczy, 4 marca
Boże jak pięknie - jeszcze godzinkę temu wędrowaliśmy widząc w oddali łańcuch solidnie zalodzonych Tatr - teraz widoki uboższe bo tylko na Worek Raczański i pobliskie góry - ale i tak jest super. Piękne, błękitne niebo, góry lśnią się w słońcu. Jeszcze kilkadziesiąt minut i zasiądziemy w czekającym na stacji PKP autokarze. Idę sama i czuję jak do oczu coraz mocniej płyną mi łzy. Bo czuję, że to, że tak pięknie to jakby pożegnanie. W czwartek zaczynam kurację interferonem i rybawiryną - pół roku wcześniej wykryto u mnie żółtaczkę typu C, groźną, śmiertelną chorobę. Leczenie jest ciężkie, i przy moich dobrych genach daję ok. 70% na skuteczne pozbycie się wirusa - jednak cena jest wysoka. Kuracja interferonem jest porównywalna do chemioterapii, lista potencjalnych skutkach ubocznych jest długa, jak kiedyś stwierdził mój kolega czytając ulotkę „od tego można dostać wszystkiego". Jestem młoda, silna, poza wirusem zdrowa - więc liczę na to, że „jakoś to będzie". Ale boję się, bardzo się boję. O lekach wiem, że strasznie osłabiają, nie tylko dlatego, że spada hemoglobina i inne parametry krwi, mówili, żebym zapomniała o górach na ten rok.  Że po tym ma się problemy z chodzeniem po schodach. Wiem, że spróbuję zawalczyć, ale wiem, że moja silna wola może nie mieć żadnego znaczenia. Wobec pewnych spraw jestem bezbronna.
Potrzebuję tych łez, tego smutku, tego pożegnania. Boję się, ale nie jestem przerażona, to co ma przyjść ma być po prostu trudnym zadaniem do wykonania, nie żadną tragedią. I mam nadzieję, że choć troszkę, choć czasem, jakoś będę w tych górach mogła być.

Hala Redykalna

Radość istnienia w Beskidzie Żywieckim - chwilę przed pierwszą dawką

Warszawa, 8 marca
Pierwszy zastrzyk. Ogromy lęk, ale też świadomość, że sama się zdeycodowałam i że po prostu trzeba. Cztery godziny po zastrzyku, podręcznikowo, prszyły bóle mięsiniostawów, gorączka - ale w sumie nie było strasznie - no w każdym razie przytotowałam się na dużo gorszą opcję. Wyszłam na krótki spacer. Wieczorem pierwsza dawka rybawiryny... słyszłam, że niszczy przełyk i żołądek, ale aż takiej zgaagi się nie spodziewałam. Ból w całej klatce piersiowej.... Od tej pory nauczyłam się jeść rybawirynę nie po posiłku lecz w trakcie - najlepiej w serku topnionym lub jogurcie.
Jescze tylko 48 tygodni. Jakoś to będzie.

Gdzieś tam pojawia się pomysł - skoro nie da rady w Himalaje to może stare dobre Beskidy. A żeby był konkret - to może tak najwyższy szczyt każdego z nich? Z zestawienia PTTK pominęłam tylko Lubomir - bo z tym Beskidem Makowskim to różne są teorie i według wielu badaczy Lubomr to jedna z wielu gór Beskidu Wyspowego...


Grześ, 21 kwietnia
Podchodzę na Grzesia (1653 m.n.p.m) pełna obaw. W końcu interferon i hemoglobina 9,5 to nie przelewki. Nie idzie jakoś źle, choć ewidentnie jest gorzej niż było. Często przystaje - a to na herbatkę a to coś przegryźć, więc nie jestem jakoś szybka. Z resztą pogoda ewidentnie się psuję, pada ni to śnieg ni to deszcz i widoczność nie najlepsza. Niby znam tę drogę (choć akurat na tym szlaku nigdy nie byłam inną porą kwietniowo-krokusową), ale tym razem jest jakby dłuższa i bardziej męcząca. Szczególnie kopuła szczytowa już ponad granicą lasu - nie pamiętałam żeby była aż tak stroma. Wreszcie szczyt. Płaczę ze szczęścia bo jednak weszłam, choć mówili, że na pewno nie dam rady.Pogoda zniechęca mnie do dalszego marszu w stronę Rakonia.

Grześ

Na mrocznym i mistycznym nieco szczycie Grzesia

*
Wieczorem spaceruje po okwieconej polanie. Odwiedzam kapliczkę św. Jana Chrzciciela, pamiątkowy wpis w księdze. Dziś padało, krosusy zamknietę, ale fioletowe dywany kwiatów są przepiękne. Później zachód słońca - przez zachmurzone niebo barwy rzucane na Kominiarski Wierch i Ornak są niesamowite... Jest mi dobrze, trochę zmęczona, wieczorem rzucę się na łóżko i szybko zasnę. Przed spaniem spróbuję jeszcze coś zjeść, ale efekt dość marny. Ale i na razie utrata wagi nieduża to nie ma się czym martwić.


Polana Chochołowska

Ukwiecona Polana Chochołowska. Dziś padało, krokusy zamknięte. Klasyczny widok na Kominiarski Wierch i grzbiet Ornaku.

Trzydniowiański Wierch, 22 kwietnia
Piękny górski poranek. Świeci słońce. Pełna obaw o stan zdrowia i kondycję wyruszam na szlak. Na Polanie Chochołowskiej tysiące krokusów. Nie chcą się tylko „otworzyć" a szkoda bo takie zdjęcia ładniejsze.
*
Podejście Krowim Żlebem nie należy do najprzyjemniejszych - ale pamiętam też końcówkę podejścia od strony Jarząbczej i nie wiem, czy w ogóle dałabym radę. Trochę brakuje oddechu. Najgorzej przy stopniach w zmrożonym śniegu, które powstały przy czyiś śladach. Stopnie za wysokie do mojego wzrostu - męczę się. Kiedy sama próbuję „wyrąbać" swoje stopnie - nie dość, że się męczę to jeszcze ślizgam bo nie mam dość sił żeby wybić głębokie ... i bądź tu mądrym Z ulgą osiągam grzbiet. Zjadam żelka, mijam dwóch skiturowców, pierwszych turystów spotkanych tego dnia. Jeszcze tylko granią aż na sam wierzchołek Trzydniowiańskiego Wierchu (1758 m.n.p.m) Pod sam koniec czuję to zmęczenie, walkę o każdy krok i brak tchu - ten jeden jedyny raz anemia mocno daje mi w kość.

*

krokusyDziś słonecznie, więc krokusy "otwarte" - ukwiecona polana prezentuje się wspaniale. Rozkoszuje się widokami, fotorgafuję. Na Polanie tłumy. Spotykam po raz pierwszy w realu Emilkę i Marcina z Planety - potem spotkanie z Iwoną i Moniką, przeczytały na Planecie, że Paulina będzie i szukają - co prawda nie podeszły bezpośrednio do mnie, ale słyszę to się zgłaszam. I tak zapewniony miły wieczór w dobrym, górskim towarzystiwie.

Iwaniacka, 23 kwietnia
Po deszczowo-śniegowej nocy poranek zachwyca - pięknie, słonecznie, krokusy powoli rozkwitają. Z Tomkiem, sąsiadem ze schroniska, zmierzamy w skierunku Przełęczy Iwnaniackiej. Moje pierwsze podejście z plecakiem, lekka trema. Ale nie - tym razem idzie dobrze, oddech w miarę w porządku, tempo też. Czyli jednak z tymi górami jakoś to będzie. Zaczynam jednak lubić podejście na Iwaniacką:) Połamane drzewa, ślady dawnych lawin. Jest „jedynka", śniegu niewiele, więc nie mam wielkich obaw że coś na nas spadnie - ale też nie mam pewności „lawina może zejść zawsze, lawina może zejść wszędzie" - uczyli w grudnio na kursie. Jest pięknie - błękinte niebo i topniejący śnieg, w powietrzu czuć już wiosnę. Chwilo trwaj :)

Kalatówki, 23 kwietnia
Po przejściu z poznanym w schronisku znajomym przez Przełęcz Iwaniacką (hurra jestem w stanie chodzić z plecakiem!) i Dolinę Kościeliską chcę wpaść jeszcze na Kalatówki, zobaczyć reklamowane przez Karolinę krokusy. No faktycznie jest na co popatrzeć! Polana cała fioletowa. Zostawiam plecak i z aparatem w kwiatowy dywan! Fotografuję krokusy na tle gór w każdej pozycji Przy okazji odkrywam, że widok z Kalatówek jest znacznie okazalszy niż ten, który znałam wcześniej - Kopa Kalacka u wejścia do hotelu. W głąb polany roztacza się fantastyczny widok - Kasprowy i Goryczkowa Czuba (i szczyty pomiędzy nimi) w pełnej krasie, jeszcze ośnieżone. Widok jest naprawdę piękny, musi być jeszcze lepiej gdy krokusy prześwietlone są słońcem - to popołudnie jest nieco pochmurne. Kilkadziesiąt minut szaleję z aparatem na Polanie, potem wpadam do Karoliny na pogaduchy. W czasie leczenie będę jeszcze na Kalatówki wracać.

Barwinek 3 maja
Wyraźiście zielona łąka i wyraziście żółte kwiaty - Beskid Niski wiosną... Rozkładamy się na łące z widokiem na niewielkie okoliczne wzniesienia. Za chwilkę śniadanko więc opróżniamy plecaki z pyszności, przygotowanych trochę według listy, trochę według uznania. Przerażają mnie trochę rozmiary grupy - 46 osób, do dziś nie pamiętam wszystkich imio.n Przewodnicy - Ala i Michał, zarządzają jedną z tych gierek na poznanie grupy - niby trochę naiwnych, ale zawsze dobrze mieć w pamięci jakieś podstawowe informację o ludziach z którymi wędruje się kilka dni. Przynajmniej łatwiej zagadać jak akurat obok siebie wylądujemy na jakimś fragmencie szlaku.
Trochę obawiam się marszu z placakiem. I to jakim plecakiem - w końcu idę z SKPB a tak jednak bardziej się dba o żołądek uczestników niż o ich kręgosłup. Na szczęście trasa nie jest z namiotem a i proporcje jedzenia w miarę rozsądne. Wiem, że w razie potrzeby będę mogła poprosić o pomoc. Po śniadanku kawałek drogą i podejście na Studenny Wierch - bez szlaku, ale to nie park to można. Później malowniczą dolinką do Olchowca. Pełna obaw. Ale jednak jest w porządku. Idę. Z grupą. W tempie grupy a nie z tyłu. Nie trzeba mnie odciążać już na wstępnie... czyli innymi słowy jestem uratowana. W klapie plecaka zastrzyk - poniżej jednej doby spokojnie może być poza lodówką. Po trasie 10. dawka interferonu - i obawy jak będzie się szło dzień po zastrzyku...

Studenny Wierch

Podejście z plecarami na Studenny Wierch - w Beskidzie Niskim pełnia wiosna.


Nasza niesamowicie rozciągnięta grupa robi pewnie sporo zamieszania w tym dość spokojnym zakątku. A na postoju tak trudno ogarnąć ją wzorkiem. A ile czekolad, żelków, ciastek i innych przekąsek krąży po grupie...

Olchowiec

Malownicza dolina we wsi Olchowiec. Wrócę tu jeszcze w lutym, na spacerze ekipą z Ropianki.

Burza

Z Olchowca przez Baranie wyruszyliśmy w stronę Ożennej (ześrodkowanie rajdu). Po drodze dopadła nas burza z gradobiciem. Pierwszy raz przeczekiwana z nogmi podulonymi na plecaku. Waliło. Bałam się

Nieznajowa, 6 maja
Nieco ciasną jak na ponad 30-osobową grupkę chatkę w Nieznajowej opuszczamy ze sporym opóźnieniem. Nazwa naszej trasy „trasa dla zabieganych" nabiera nowego znaczenia - jakaś jedna trzecia grupy (finalnie grubo ponad połowa) łapie dziwnego wirusa - to chyba rota wirus bo wiąże się z sensacjami żołądkowymi „w obie strony" i osłabieniem. Przewodnicy organizują łatwiejszą trasę - ale jesteśmy w środku Beskidu Niskiego i jednak biedacy muszą kawałek przejść z ciężkimi „worami". Ja mimo stanu zdrowia znajduje się nieoczekiwanie w silniejszej grupie idącą dłuższą trasą. Cóż, taki rota wirus z interferonem nie ma szans Idziemy dość szybko bo trzeba zdążyć na autokar podstawiony w Gładyszowie o określonej godzinie. Michał - przewodnik pyta, czy nie za szybko dla mnie - ale o dziwo nie. Tylko stopy, które ewidentnie nie znoszą asfaltu i twardy dróg (stare rozpadające się buty nie pomagają...) coraz bardziej bolą. Każdy krok zaczyna być nieprzyjemny. Mimo wszystko jest pięknie. Zieloność i dzikość okolicy. Ten spokój. Wspomnienie trudnej historii, ludzi, których brutalnie wykorzeniono, choć rodzinna ziemia znaczy dla nich nieporównywanie więcej niż dla nas mieszkańców „globalnej wioski" Umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne które miały tu pozostać.

Przełęcz Przysłop, 7 czerwca
Szlak z Krościenka na Przehybę, choć jest to przecież fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, choć jest to długi weekend z Bożym Ciałem - zupełnie pusty - spotkałam może ze dwie osoby. Wędrówka głównie lasem - choć zdarzają się widoki na okoliczne pasma - udaje się też wypatrzeć Tatry. Fajnie, spokojnie, choć plecak nieco cięży i nieprzespana noc daje we znaki. Przystanek na Przełęczy Przysłop. Ładne widoki na Pieniny i charakterystyczną kopkę Wysokiej. Wtedy tego nie wiem - ale na szczycie stanę za mniej niż miesiąc. Powietrze nieco ciężki, chmurzyska- cóż, nie pozwalają się rozsiadać. Wolałabym żeby mnie burza nie dopadła. Więc równym marszem ku schronisku na Przehybie.

*

Na Przechybie rozkładam karimatę i padam ze zmęczenia. Wtedy jeszcze udaje mi się zdrzemnąć na trochę. Później zastrzyk numer 14.

Radziejowa, 8 czerwca
Całą drogę z Przehyby na Radziejową (1266 m.n.p.m. - najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, pierwszy szczyt mojej korony) szłam właściwie sama, mimo że postanowiłam spać ile będę mogła kosztem późniejszego wyruszenia na szlak. Na samym szczycie jednak grupka ludzi, pewnie doszli niebieskim ze Szczawnicy. Szybkie podejście na wieżę widokową. Powietrze zamglone (czuć, że będzie burza - na szczęście dopiero popołudniową porą), Tatr nie widać - ale ogólnie widok dość rozległy - i Pieninki i Beskid Niski i inne góry i pagórki, których nie umiem jeszcze opisać. Wszędzie zielono - późna wiosna ma swoje prawa.

Radziejowa

Kamień uświetniający tysiąclecie Chrztu Polski na szczycie Radziejowej.

Przełęcz Żłobki

Rozległa panorama z Przełęczy Żłobki. Na pierwszym planie Pieniny, w oddali Tatry.

Niemcowa

Widokowa polanka pod szczytem Niemcowej. Później stromawe zejście.

*
Zdązyłam do Chatki na Korodowcu przed nadciągającą burzą. Jest przytulnie i bardzo ładnie. Właściciel bardzo przyjemny i dba o gości , zupełnie inaczej niż w wielu schroniskach. Widoki chyba na pasmo Makowic. Oprócz mnie jest jeszcze jedna Pani (wstyd, ale już nie pamiętam imienia), stały bywalec, ciepła i serdeczna, pozostali goście dopiero wieczorem. Jest fajnie, wiele wspólnych tematów. Dziś otwarcie euro. Mam mecz Polska-Grecja w głębokim poważaniu, ale skoro oni oglądają przecież nie wyjdę. Czytam sobie o Sto lat samotności jednym okiem, mecz oglądam drugim. Właściciel chatki później już cały wieczór przeżywa to że nasi przerżneli a telewizorowi grozi zakopaniem Faceci
Marquez pisze o pladze bezsenności w Macondo. Jak bardzo ten temat jest mi bliski. W maju straciłam umiejętność samodzielnego zasypiania. Były czasy że nawet leki były mi w stanie przynieść 2-3 godziny snu, były noce gdy całkowicie nie zmrużyłam oka. Do tego gignatyczne rozdrażnienie, pobudzenie, zmęczenie nie byciem zmęczonym... koszmar, który udało się z czasem złagodzić, ale już do końca leczenia, i nawet teraz, parę tygodni po ostaniej dawce stale mi towrzyszy.
W Macondo bezsenni przestają pamiętać - ja po tych wszystkich nieprzespanych nocach też nie raz i nie dwa zapominałam o tym co najbardziej oczywiste. Śmiałam się, że niezłą amfę mi dają i że może pójdę na studia skoro mam tyle czasu nocami. Ale nie, to stanowczo nie jest śmieszne.
Nad Korodwcem zapada zmrok. Już po burzy. Jest pięknie. Przykryta śpiworem modlę się, żeby przyszedł sen.

W drodze do Cyrli, 9 czerwca
Z Kasią, Marcinem i Piotrkiem wędrujemy w na TAM - górską imprezę śpiewaną. Trochę pada, nad beskidzim lasem unoszą się mgły, jest pięknie. Momentami ciężko dotrzymać kroku, ale ogólnie daję jakoś radę. Pozastrzykowe bóle dają we znaki, zużywam Marcinowi nieco apapu:)



Cyrla

Dzień po TAMie spokojna i krótka wędrówka w stronę Rytra

Warszawa, czerwiec

Wynik badania na obecność wirusa po 12 tygodniu - MINUS. Czyli bardzo dobrze. Oznacza to dla mnie kontynuację leczenia do 48 tygodni. I większe szansę na minus pół roku od zakończenia leczenia.

Dolinka za Mnichem

Dolinka za Mnichem - sprzątana przez ekipę Planety w ramach akcji Czyste Tatry

Łysa Polana, 1 lipca
Akcja Czyste Tatry udana, impreza w Moku też. Na taternickim obozowisku na Włosienicy było naprawdę miło, także godzina na której jesteśmy na Łysej Polanie pozostawia wiele do życzenia Pierwotny plan zakładał przejście Białej Wody aż do Polany pod Wysoką, ale wiemy już że pójdziemy dużo bliżej. O 17 Emilka i Marcin muszą być z powrotem przy samochodzie. Cóż, nie zawsze trzeba łoić, czasem można tak po prostu przejść się w miłym towarzystwie. Przekraczamy granicę państwową - teraz to niemal niezauważalne, tyle że słowackie tabliczki ze znakami nieco się różnią. Kontemplujemy ile czasu powinno nam zająć dojście do wskazanych lokalizacji - Biała Woda może być miłym początkiem wypadku w słowackie Tatry Wysokie. Nieśpiesznym krokiem ruszamy w głąb doliny.

Kopa Kondradzka, 2 lipca
Dzień zapowiada się ładnie właściwie wszystko widać, ale jakby przez mgłę. Miałam nadzieję, że nie będzie burzy - za parę godzin dowiem się jak gorzko się pomyliłam. Wyszłam bardzo późno jak na tatrzańskie standardy, jest prawie ósma - ale musiałam poczekać na obsługę schroniska żeby wyjęli magiczny interferon z lodówki, a jeszcze jak na złość trochę zaspali. Ale nic to. Idę sobie z plecakiem, mógłby być lżejszy ale da się żyć - na grań Czerwonych Wierchów. Ładną i widokową grań. Na razie spokój, dopiero na grani sporo ludzi idących od Kasprowego. Mam frajdę bo akurat tym zielonym szlakiem jeszcze nigdy nie szlam. Bardzo fajnie wygląda z tej perspektywy masyw Giewontu. Z każdym krokiem widać coraz więcej Tatr Wysokich i innych okolicznych gór. Pójdę tam, gdzie bezmiar błękitu...

Wysoka, 3 lipca
„Pieniny na patelni" tak nazwał album Wojtek i miał rację. Było bardzo, bardzo gorąco -zatrzymywaliśmy się na chwilę przy każdym drzewie stojącym na szlaku. Tuż przed Wysoką słyszę pierwszy grzmot. Wpadam w lekką panikę, jeszcze jestem przestraszona po wczorajszych przejściach. Zostawiam plecak, choć jest na lekko i szybko po schodkach, na szczycie szybka sesja zdjęciowa i spadamy. Trzymam tempo i nie wierzę Wojtkowi, że już niedaleko. Uspokajam się dopiero na dole. Dziś burza nie dopadła.

Wysoka

Na szczycie Wysokiej (1050 m.n.p.m. - drugi szczyt w Koronie), widoki niezbyt rozległe z powodu ciężkiego, burzowego powietrza.

Turbacz, 5 lipca
Ze Starych Wierchów wyszłam wcześnie żeby uniknąć upałów i burz. Mimo, że dopeiro 9 kiedy jestem na szycie czuć duchotę - a ciężkie powietrze nie pozwala na rozległe widoki - od strony Obidowca podejście na szczyt wśród połamanych drzew coś niecoś mogłoby oferować. Na szczycie tabliczka, jakiś post-peerelowski monument, krzyż z Jezu Ufam Tobie. Jeszcze teraz piękne słońce. Oczywiście jestem sama Dziś na lekko, upał w Pieninach za bardzo dał mi w kość żeby decydować się na jakąś dłuższą trasę z plecarem. Gorce przyjazne są turystom - spacerowiczom - większych podejść czy trudności brak. Dobre dla rodzin z dziećmi, dobre dla leczących się interferonem ... nie zostaje na szczycie długo, idę w stronę schroniska. Zamawiam butelekę coli i wypiajm niemal od razu... uff jak gorąco!


Turbacz

Na szczycie Turbacza (1310 m.n.p.m. - trzeci szczyt w Koronie) - połamane drzewa pozowliłyby coś zobaczyć - zamglone burzowe powietrze mocno widoki ogranicza

torfowiska

Zwiedzanie Podhala i Orawy zaczynamy od torfowisk w okolicach Czarnego Dunajca

Pająków Wierch, 7 lipca
Uff jak gorąco. Ciężko się idzie. Nie jest mi słabo, ale nie mam siły. Zostaję z tyłu. Gorąco wydziela ze mnie siły witalne. Nigdy nie chodziłam w takim upale i nie wiem, czy i bez interferonu dałabym radę bo upał zwykle mnie osłabia. No, interek na pewno nie pomaga Przykry moment, kiedy zabierają mi rzeczy z plecaka i rozdzielają między najsilniejszych członków grupy. Niby żaden wstyd, każdy ma prawo czasem być słabszym, każdy ma prawo nie mieć siły. Przed wyjazdem zgłaszałam Pingwinowi, że jestem „uczestnikiem podwyższonego ryzyka". Niby wszystko ok., ale nie ok. Nie jest fajnie być najsłabszym, przynajmniej ja nie umiem. Tak nie lubię sprawiać kłopotu... Jak zabrali większość zawartości plecaka jest już lżej, ale nadal droga po prostu nie sprawia mi przyjemności. Gdzieś tam doceniam uroki miejsca - spokojna okolica, widoki - mijane wioski podhalańskie ze swoimi urokliwymi kapliczkami i ciekawą architekturą - no ale cóż wolałabym być w jakimś innym, chłodniejszym miejscu. Wiem jednak że wcześniejszy powrót do Warszawy nie byłby dla mnie żadnym rozwiązaniem - przecież tam jeszcze bardziej duszno, a otwieranie okna to narażanie się na hałas z ulicy, który tak mnie rozdrażnia i przed którym tak uciekałam. Przydałoby mi się posiedzieć na działce nad jeziorem jakimś - tylko nie znam nikogo, kto by mógł mnie przygarnąć.

Orawa

Upalno-burzyste Podhale - pełne urlokliwych zakątków.

Sidzina, 8 lipiec
Nad górami znów zbierają się burze - właściwie z każdej strony a przecież wczesne popołudnie. Całe szczęście, że będąc w „grupie kościelnej" poszłam krótszą trasą bo burz się boję... duchota nieziemska, po prostu płynę. Buty sklejone taśmą, rozwaliły się zupełnie, stopy piekielnie bolą od tego asfaltu... idziemy do skansenu zapoznać się z miejscową kulturą. Druga grupa przedziera się w tym momencie przez krzale - my byliśmy u spowiedzi, oni odprawili pokutę - śmieją się.

Warszawa, lipiec
Po powrocie do Warszawy odkrywam ze zdumieniem, że ogólna irytacja na świat uległa lekkiej poprawie. Śpię nadal źle, wstawanie do pracy nadal mnie bardzo męczy. Ale jestem ciut spokojniejsza i nie drażni mnie każdy tramwaj przejeżdżający pod oknem (mieszkam przy ruchliwej ulicy). Czyli mamy jakiś postęp.

Skrzyczne, 29 lipca
21 tydzień leczenia. Gorąco, ale na szczęście nie aż tak jak na Orawie. Mimo wszystko z powodu złych wspomnień i ogólnego lenistwa decyzuje się dziś na wersję minimum - wejście na Skrzyczne od strony Szczyrku i resztę dnia na lenia z książką. Początek szlaku był spokojny, ale teraz kiedy połączył się z innymi szlakami ludzi jest naprawdę sporo - oczywiście to w większości wczasowicze, w tusytycznych butach i z plecakiem jestem tam co najmniej dziwna. Zdobyciu szczytu towarzyszy zatem mniej emocji niż zwykle - z resztą nie ma tu jakiegoś punktu kulminacyjnego. Ładnie widać głównie Kotlinę Żywiecką i Beskid Mały, całkiem nieźle prezentuje się Babia. Tatry zobaczę dopiero następnego dnia rano. Na szczycie niezły cyrk - gwarne schronisko bo kupa ludzi przyjeżdża kolejką, jakieś boisko do siatkówki, jakaś ścianka. W środku gra jakiś rmf lub zetka. Totalnie bez atmosfery, którą kojarzy się z górami, ale też i nie spodziewałam się, że tak będzie. Wiem, że w okolicy schroniska nie poodpoczywam sobie ale na szczęście nie muszę wędrować dużo dalej

Skrzycze

Schronisko na szczycie Skrzycznego (1257 m.n.p.m. - czwart szczyt w Koronie) umożliwia nocleg już na grzbiecie - wędówka w stronę Baraniej Góry będzie więc lekka i przyjemna. W nocy padało więc rano witają mnie piękne widoki na Babią i Tatry...

Małe Skrzyczne, 30 lipca

W nocu padało, ale teraz się przejaśniło. Piękny, lekko zachmurzony poranek. Na szlaku sama, oddycham wolnością, czystym powietrzem. Wiem, że upały i burze wiec raczej wyszłam wcześnie - i miałam rację bo od 14 już grzmiało i padało. Podoba mi się tu. Testuje nowe buty - na razie ocierają pięty i lekko za twarde.

Barania Góra

Na szczycie Baraniej Góry - dzięki atakom kornika na okoliczne drzewa widoki na trasie przepiękne

Lidecko, 11 sierpnia
Czechy, w których jestem pierwszy raz w życiu, nie przywitały miło. Nie dość że pada to jest naprawdę zimno- kilkanaście stopni. Niedobrze, bo to namiotówka. Czekaliśmy w pobliskiej kanjpie na poprawę pogody, ale chyba nic z tego. Na szczęście to deszcz, nie ulewa. Wchodzimy na pobliskie Czarcie Skały - legenda głosi, że postawił je jakiś diabeł żeby zdobyć miejscową piękność. Ładne kawałki skały - widoczki na okolicę. Przypomina mi się ścianka - tak bardzo bym chciała się powspinać - to po bólach pewnie jakoś by szło. Ale nie miałabym odwagi nikogo asekurować przy tym osłabieniu. Co prawda zimno -ale chociaż ludzie sympatyczni. Majkę znam ze studiów, przypadkowo byłyśmy na tym samym majowym wyjeździe w maju. Jacka znam z jesiennych Bieszczad. Dzika, Pawła i Magdę dopiero poznaje. Wszytsko super tylko gdyby było choć trochę cieplej...

Czarcie Skały

Nasza przemarźnięta i moknąca grupka w Czarcich Skałach. Dopierpo na zdjęciach widzę jakie wszystko na mnie zrobiło się duuże.

Czechy

Totem na jednej z polanek, gdzie robiliśmy obiad. Mokre drewno nie chciało dać upragnionego ciepła.

Mały Jawornik, 13 sierpnia
Wychodzę z namiotu po ciężkiej nocy. Kolejny lek przestaje działać. I klasutrofobia, nocne wyjścia z namiotu, lęki, niepokoje - a przecież bywałam pod namiotami wcześniej. Po solidnej dawce leku którą zafundowałam sobie żeby wreszcie zasnąć makymalnie ścięta. A tu trzeba iść. Przysypiam na każdym postoju. Myślę o powrocie.

Wielki Jawornik

 

Wielki Jawornik, 1071 m.n.p.m., najwyższczy szctyt Jawroników. Krzyże - symbol Słowacji.

Główny grzbiet Jaworników, 14 sierpnia
Mimo, że Dzidek codziennie pokazywał trasę i góry, które mijamy nie pamiętam już dokładnie większości miejsc z czecho-słowackich Jaworników. Może z resztą nie za każdym razem o tę dokładną pamięć chodzi? Tamten dzień był nie tylko ładny ale i CIEPŁY, wreszcie można było spędzić na postojach tyle czasu ile by się chciało „leniuchować, świat całować... i oczywiście JEŚĆ". Na szczycie, który właśnie zdobyliśmy stoi niewielka wieża widokowa - wszystkie okoliczne pasma czy to Beskid Śląsko-Morowaski, czy to Fatry czy odległe polskie pasma - całkiem nieźle widać. I wszechobecne rzeźby - tu mamy takie jakby aniołki/ślimaki. Mimo, że nie rozumiemy „co artysta chciał przez to powiedzieć" całkiem fajnie, oryginalnie tu wyglądają. Chciałoby się zostać, ale namawiają, żeby jednak iść, jeszcze trochę GOTów dziś przed nami...

Rysy, 20 sierpnia
Nie w koronie, ani nawet zdobyty nie od polskiej strony - ale w końcu Rysy to jakoś najwyższy szczyt więc jakoś pasuje mi do koncepcjiLaughing Kilka dni urlopu jakie mi zostały spędzam w Tatrach słowackich- omijam największe przepaści i eksponpowane szlaki bo teoretycznie przy anemii i lekach nasennych mogę mieć zawroty głowy więc lepiej nie ryzykować. Ciągnęło mnie na Ukrainę, ciągnęło na bardziej ambinte wycieczki - ale wiem, że ambicja może źle się skończyć a opieka medyczna dostępna być musi... no i ten namiot - trasa Dzidka akurat tak się ułożyła, że mogłam zastrzyk przechować w Zakopcu w lodówce tak jak nakazoano i iść, zwykle jednak namiotówek nie układa się pod harmonogram brania interferonu:) Więc padło na Tatry słowackie...
Jestem na szczycie sama od jakiegoś pół godziny. Pogoda wspaniała, widoczność super i widoki piękne i rooooooozległe. Cudo:) No i zupełnie sama na takim szczycie -od Popradzkiego ludzie zwykle nie wychodzą tak wcześnie, ci z Moka niedługo dojdą. Ci z Chatki już poszli. Tłumy mijam z zejściu, teraz rozkoszuję się samotnością i pięknym miejscem. Kiedyś ten szczyt był szczytem moich marzeń, taka byłam dumna z jego osiągnięcia. Dziś - jest jednym z wielu pięknych szczytów jakie zdobyłam - i dumna jestem nie z samego szczytu, lecz z faktu, że mimo tych wszystkich przeciwności chcę doświadczać tyle pięknego ile tylko będzie mi dane...

Lodowa Przełęcz

Lodowa Przełęcz, najwyższe miejsce w jakie dotarłam z plecakiem podcza leczenia.

Czupel,22 września
Grzbietem Pasma Magurki Wilkowickiej spaceruje się bardzo przyjemnie. Cisza spokój - gdzieniegdzie widoczki na Jezioro Międzybrodzkiej - z drugiej na Beskid Śląski z charakterystycznym Skrzycznem. Pogoda jakby powoli zaczęła się poprawiać, bo deszczowy poranek niczego dobrego wróżył. Niewila kumulacja w grzbiecie - i tak - to tu. Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego. Jest tabliczka do pamiątkowych fotek, jest jakiś kopczyk. Ludzi zero więc muszę troszkę powalczyć z autofocusem. Zza drzew widoczki. Niedługo schronisko. Nie zmęczyłam się, ale przecież nie zawsze o to chodzi. Z resztą, najnowszy lek nasenny bardzo nasila pointerferonowe bóle pozatsrzykowe, a ciśnienie miłałam maskarycznie niskie 85/54. Naprawdę byłam zmęczona, naprawdę miałam dość. Jednak cieszę się, że pojechałam. W górach tkwi spokój.

Czupel

Na szczycie Czupla (933 mn.p.m. - piąty szczyt w koronie) - zza drzew widoki na okoliczne masywy


Kiedy zbliżam się do schroniska na Magurce Wilkowickiej mijam coraz więcej ludzi - i grupki i rodziny - pewnie w większości przyjechali na weekendowy spacer po górach, szczęściarze :) Pogoda robi się coraz lepsza - nieco posępny krajobraz staje się jaśniejszy, przyjaźniejszy. Nie przeszłam dziś dużo, ale czuję, że powoli zaczynam mieć dość. Jak dobrze, że niedługo schronisko...
Finalnie nocowałam wóczas nie na Magruce lecz w Chatce na Rogaczu.

Hrobacza Łąka, 23 września
Jesteśmy na miejscu - poznaję po dużym białym krzyżu - nie jestem fanką takiego manifestowania religijności, ale cóż nie mój wybór. Pamiątkowe zdjęcia - moje i Przemka, niemal autochtona, który za pośrednictwem Planety Gór postanowił mi potowarzyszyć :) Zaglądamy do schroniska-domu rekolekcyjnego. Mam ochotę na kawę. Potem podziwianie widoków - pięknie prezentuje się stąd Babia i Tatry, Sporo ludzi - w piękny niedzielny dzień wielu ludzi postanowiło sobie zrobić piknik. Dobrze mi tu.

Przełęcz Przegibek

Gdzieś między Przełęczą Przegibek a Przełęczą u Panienki - urokliwa wędrowka po zakątkach Beskidu Małego

Babia Góra

Masyw Czupla z Jeziora Międzybrodzkiego.

Wołosate, 26 września
Błogosławiąc ludzi, którzy wzięli mnie na stopa - ruszam w kierunku Tarnicy. Piękny słoneczny dzień. Mam w planach przejście przepięknej trasy przez Halicz i Rozsypaniec, ale nie wiem, czy kondycyjnie wyrobię być na dole przed szóstką - podobno ostatnia godzina żeby złapać busa. Niby na lekko, niby z moją formą Bogu dzięki nie jest źle - ale w nocy praktycznie nie spałam. Najnowszy lek nasenny działał na mnie około 3 tygodni, a autobus nie sprzyja raczej wysypianiu się Motywują się jednak do szybszego marszu, obiecuję, że nie będę robić za dużo zdjęć, nie zatrzymuję się także żeby zaprzyjaźnić się z pasącymi się niemal na szlaku hucułami.
*
Na Tarnicy jestem sporo poniżej czasu mapowego Dobrze znany krzyż na tle błękitnego nieba, dobrze znany widok. W końcu Bieszczady to moje góry pierwsze. Szkoda tylko, że urywający głowę wiatr nie pozwala zostać dłużej. Szybkie zejście na Przełęcz pod Tarnicą, tu szukam czegoś osłoniętego od wiatru, coś by się zjadło Czas mam dobry więc ryzykuję jedną z najpiękniejszych tras - przez Halicz, Rozsypaniec i Przełęcz Bukowską. Przede mną masyw Krzemienia - i „połoniny traw, niebieskie przestrzenie".

Tarnica

Na Tarnicy (1346 m.n.p.m. - szósty szczyt w Koronie), charakterystyczny krzyż - przejrzyste powietrze, tłumy ludzi

*
Mocno wieje - na tyle mocno, że często nie da się dostawić kijka, a czasem potrafi nieco przestawić. Z jednej strony cieszy mnie piękne miejsce w którym jestem - z drugiej - zaczynam mnie wkurzać ten wiatr. Takie rozdwojenie charakterystyczne dla tego leczenia - z jednej strony pięknie, bo przecież jest pięknie i przejrzystość powietrza niesamowita i ta jesień w Bieszczadach i och i ach ... ale z drugiej strony to permanentne podenerwowanie, to uczucie że mam wszystkiego dość i nic tylko usiąść i rozpłakać się z tej złości i bezradności. Podejście, na szczęście niezbyt strome. Mijam parkę, która podwiozła mnie na stopa do Wołosatego (busiarze z Ustrzyk nie chcieli brać trzech osób), wdzięczna jestem i im i innym, którzy dzielą się wolnym miejscem w samochodzie Zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, dochodzę na Halicz, (1333 m.n.p.m.), chowam się za jakąś skałką - termos gorącej herbaty, coś przegryzam. Małżeństwo w średnim wieku dzieli się ze mną czekoladą, która oczywiście w tych warunkach jest czymś boskim.

Bukowe Berdo

Grzbiet Bukowego Berda, dzień po wędrówcę na Tranicę, Halicz i Rozyspaniec. Silny wiatr nadal "przestawiał" uczestników rajdu, mimo że większość z nich miała ciężkie plecaki.

W drodze do Jaworca, 28 września
Wczoraj po wycieczce na Bukowe i Szeroki Wierch zastrzyk numer 30. Dziś połonina Wetlińska i zejście czarnym szlakiem w kierunku Bacówki na Jaworcu. Susza, ciężko było znaleźć jar gdzie płynęłyby jeszcze resztki wody - jakimś cudem znaleźliśmy, choć głęboko w krzalu. Obiad na ognisku gotuje się długo, z resztą i my się szybko nie zbieramy. Przedzieramy się przez krzaki, nie lubię tej skibowej mody chodzenia po kłującym i bez ścieżki - po ciemku nie lubię jej jeszcze bardziej. Szczególnie, że parę miesiący teu zgubiłam czołówkę i jeszcze ni kupiłam nowej. Ilość rzeczy, którą podczas lecznia zgubiłam jest przerażająca, chociaż i bez interferonu moje rzeczy mają tendencję do samouciestwiania. Na szczęście życie ratuje mi Michał, miał zapasową, ręczną ale też super Nie boję się chodzić po ciemku, ale jednak po ciemku bez ścieżki trochę ciężko Wreszcie strumo. Myjemy menażki, chociaż mycie w ciemnościach nie daje gwarancji czystości. Egoistycznie nie dzielę się resztkami ciepłej herbaty. Jest wieczór, wzmaga gorączka. Wiem, że mam święte prawo do egoizmu, ale wcale nie czuję się z tym dobrze, zwłaszcza, że na wyjazdach SKPB dzielimy się większością naszych rzeczy. Niedługo za strumolem kraale się kończą. Wędrówka drogą, przy księżycu, w górach - tak mi zdecydowanie lepiej. Jakieś rozmowy, albo i cisza i wsłuchiwanie się w echo czyiś rozmów.

Jaworzec, 29 września
Ciężka noc. Leki, które mam przestają działać. Kręcę się niespokojna. Kolejna dawka leku przynosi sen. Nie chcę wstać, nie chcę iść, gdyby nie z grupą to pewnie bym została w schronisku.

Terka

Zmęczenie po bezsennej nocy

Warszawa, październik
Zaczęło się od niewinnego bólu gardła, potem przyszły gigantyczne osłabienie, gorączki, utrata apetytu, zapalenie ucha. Często walką było pójście do kuchni po herbatę. Teraz wiem, że moja silna wola i detreminacja mają znaczenie, ale leki mogą być silniejsze. I moje chodzenie po górach jest łaską.Z punktu górskiego październik zmarnowany - a przed śniegiem chciałam iść na te trudniejsze szczyty korony.

Sulowa Cyrla, 10 listopada
Piękny jesienny dzień, mocne słońce, kolory - tylko w gdzieś ta za drzewami majaczy potężny, zaśnieżony już masyw Babiej. Docieramy do polanki Sulowa Cyrla skąd mamy piękny widok na Morosny Groń i dalej pasmo Policy. Na szlaku od Zawoi Policzne jesteśmy samu i tak właściwie jest całą drogę. I tak jest dobrze. Herbatka, drobna przekąska - i troszkę czasu tracimy na poszukiwanie szlaku który w tej okolicach jest nieco zakręcony i nieco nielogiczny jak dla mnie przynajmniej. O ile rano był względnie spokój teraz czujemy że zaczyna wiać i to dość mocno. Obawiamy się tego, co może być na górze. Parę godzin później będziemy już wiedzieli jak słuszne są nasze obawy...

Markowe Szczawiny, 11 listopada
Wieje niemiłosiernie - nawet pod przytulnym dachem schroniska to czuć. Wiemy, że będzie ciężko. Ale widzimy jakiś ludzi, którzy schodzą, więc chyba się da. W taką pogodę ciepłe śniadanie jest ważne więc czekaliśmy specjalnie do 8 na otwarcie bufetu żeby wszamać jajecznicę. Przy wejściu do schorniska norweska prognoza i komunikat GOPRu- temperatura, zachmurzenie mniej więcej się zgadza, ale wiatr... słaby (WTF?). A na górze podobno ciężko ustać... czy na silny zmieniają wtedy kiedy urywa dach ze schroniska? Czy kiedy wybija pierwszą szybę? - zastanawiamy się z innymi turytsami

Na przełęczy Brona cienka kilkucentrymetrowa wartstwa śniegolodu błyszczy się w słońcu. Wieje bardzo mocno, ale jeszcze spokojnie stoimi, łudzimy się, że wczoraj kiedy szliśmy na Małą Babią w tym miejscu wiało słabiej. Wiemy, że dalej nie będzie łatwo, ale chcemy próbować. Ja bardzo chcę bo ta korona... Widoczność podobnie jak wczoraj - cudowna - widać nawet Bielsko-Białą czy odległą Łysą Górę w Beskidzie Śląsko-Morawskim, którą pamiętam z wędrówek po Jawornikach. Masyw Babiej przedstawia się imponująco...
Podejście z przełęczy na Babią Górę to niby tylko godzinka... jednak czasem taka odległość jest nie do przejścia. Takiego wiatru nie doświadczyłam nigdy wcześniej, mówili że wiało ponad 100 km/h. Coraz trudniej iść, właściwie idziemy tylko dlatego, że ten szczyt niedaleko, że tak trudno się wycofać. Pod szczytem chowamy się za jakieś skałki od zawierznej da się iść. Jednak ostatniego odcinka zwyczajnie nie da się pokonać. Wiatr przewraca. Decyzja ciężka, ale nie da się inaczej. Tylko pamiątkowe zdjęcia i odwrót. W iście himalajskim stylu - bo przecież zawracamy może sto piędziesiąt metrów od wierzchołka. A potem znów w himalajskim stylu trzeba jak najszybiecj uciec w dół - jak najszybiciej w dół byle się nie wychłodzić, byle uciec od tego wiatru.

Babia Góra

Masyw Babiej Góry (1725 m.n.p.m. - byłby siódmy szczyt w Koronie) Potężny, wystawiony na wiejące zewsząd wiatry. Czeka na "rewanż" wiosną.

Kiedy wiatr zaczął wiać w plecy właściciwie nie jestem w stanie utrzymać się na nogach a i Michałowi nie idzie wiele lepiej. Boże nie mam siły a wiem, że muszę w dół jak najszybciej, że tu nie odpocznę. W dół za wszelką cenę, jak nie na pełnych nogach to i na czworakach... Na granicy dzwonienia po GOPR, choć zanim by dotarli pewnie bym się wychłodziła moncno -więc choć chce się odpocząć trzeba w dół - byle do kosówki potem będzie już lepiej... Jak często w życiu tak jest, że mimo braku sił trzeba walczyć z niesprzyjającym losem - bo okoliczności, które zabierają nam siły nie da się „pozbyć" innaczej niż przez walkę... Ciepła herbata dosłownie stawia na nogi...

To było głupie. Wiedziałam, że jestem chora bardziej narażona na niekorzystne warunki, bardziej osłabiona, żeby z nimi walczyć. Wycofałam się co najmniej kilkadziesiąt minut za późno. Nie należy iść na szczyt za wszelką cenę. Nawet jak niedaleko, nawet jak korona ograniczona w czasie, nawet jak „inni jakoś weszli". Góry były łaskawe pozwoliły wziąźć cenną lekcję bez większych szkód.

Na Babią wrócę wiosną. Pod warunkiem, że nie będzie aż tak strasznie wiało.

Kondradowa, 6 grudnia
40 tydzień leczenia. Przepiękne, niemal baśniowe szczyty otaczające schronisko na Hali Konratowej. Zmęczona, bardzo zmęczona - uciekłam z Warszawy „opocząć nareszcie odpocząć choć nigdzie nie dobiegłam" Popijam gorącą czekoladę. Zakwarterowana na Kalatówkach, poza sezonem tanio - no i raz na jakiś czas mogę przecież pobyć w ludzkich warunkach :) Nastawiam się na łagodne wędrówki, czytanie pod kocykiem, hebratki, regurlane posiłki (na tyle na ile pozwoli mi oblolały żołądek). I spokój. Żadnego intrnetu, choć u Karoliny łatwo go dostanę, smsy ograniczone do minimum. „Czyli czuje się Pani bardziej podle niż zwykle" - jedna z trafniejszy diagnoz lekarza prowadzącego.
Kondratowa o tej porze zamknięta, tylko bufet z ciepłymi napojami. Turystów jeszcze niewielu, przed sezonem przecież. Razem ze mną na werandzie schroniska kot - i dwie panie, które rozmawiają o programach Magdy Gessler i innych telewizyjnych głupotach .. mogłyby już sobie pójść. Rozdrażniona, choć mniej niż w zwykłych miejskich warunkach.
Potem jeszcze spacer nieco wyżej szlakiem ku Przełęczy pod Kopą - widoki śliczne, ciekawie stąd prezentuje się Giewont. I tylko widać nadciągające chmury, zapowiadające opady. Idę na Kalatówki, zjeść coś i poczytać sobie. O!

Polana Olczyska, 7 grudnia
Dziś moje urodziny - wolę nie pamiętać które. A przede wszystkim wolę nie myśleć o wszystkich życzeniach, które nie przyjdą - bo naturalną koleją rzeczy w czasie tego koszmarnego leczenia ubyło mi wiele osób, które były bliskie, i którym ufałam. Nie mówię, - że zabrakło wsparcia - czasem zabrakło nawet jednego dobrego słowa, jednego telefonu - jakbym całkowicie przestała istnieć. Wy, którzy to czytacie - proszę nie uciekajcie, kiedy Waszym bliskim dzieje się coś złego. Może i tak jest że „właściwie" zareagować, ale milczenie to też rekacja - najgorsza z możliwych.
Zewsząd otacza mnie biel. I błogi spokój. Cienka - kilkunastocentrymetrowa warstwa śniegu, przedeptany szlak - opady nie są duże, a w lesie dobrze trzymają się nawet ślad sprzed kilku dni. Nareszcie spokojnie... trochę mroźne, jaks się idzie ok., ale postoju dłuższego niż kilka minut raczej się nie . Na zdobytm kila chwil wcześniej Nosalu czy Polanie Olczyskiej nie byłam nigdy wcześniej - latem trzeba biegać po skałach i graniach . A dziś - biały kolor, kolor ciszy.

Kilkadziesiąt minut później docieram na szczyt Kopieńca. Widoki już popsute, nadciągają ciemne chmurzyska, za niedługo będzie sypać. Szkoda, bo musi być stąd niezła panoramka Tatr Wysokich. Za szczytem szlak zawiany, ale potem bez problemów go znajduję. Nie wiem, kto w tm odludnym miejscu i w tym odludnym czasie przedeptał mi szlak ale chwała mu za to :)


Kasprowy Wierch, 8 grudnia

Zimny i mrożny wiatr sprawia, że nie mam ochoty długo zabawiać na grani - szybko znikam Beskidw przytulnym budynku obserwatorium. Jakie to dziwne miejsce w tym pięknym, zimowym górskim krajobazie - cepry i ich rozmowy nie pasują do mistyki świata, który właśnie zostawiam za drzwiami. Decyduje się na zjad kolejką - może i niehonorowo, ale też trzeba czasem zadbać o komfort. W mrożny dzień przejrzystośc powietrza niesamowita. Widać m.in. znaczną część Beskidu. Dumna, bo tyle ostatnio przeszłam na swoich coraz chudzych nóżkach, dumna bo już dość dobrze rozpoznaję poszczególne pasma.

Warszawa, grudzień
Tatrzańska biel i ten spokój, ten niezłykły spokój, z dala od wszystkiego - poprawiają codzienne funkcjonowanie. Tak naprawdę dopiero teraz dochodzę do siebie po październiku Zaraz po porwocie comiesięczne badania krwi. Hemoglobina 10,7 - najlepsza w całej historii leczenia

Mogielica, 5 stycznia
Na Polanie Strumogi tuż pod szczytem tracimy ostatnie widoki. A szkoda, bo z tego co pamiętam sprzed prawie dwóch lat całkiem tu ładnie. Niby nie jest to ani silny wiatr, ani duży opad śniegu, ani zimno - a jednak nie idzie się jakoś super przyjemnie. Niby tylko dwadzieścia - trzydzieści centymetrów śnieżnej pokrywy a jednak robi to różnicę przy podejściu i przecieraniu szlaku. Krótki postój, jeszcze tylko lasek, troszkę bardziej stromo, potem w lewo i już widzimy szczyt Mogielicy (1171 m.n.p.m. - ośmy szczyt) z charakterystyczna wieżą widokową. Wiemy, że nic nie zobaczymy, więc więżę sobie z Wojtkiem darujemy. Pamiętkowe fotografie na szczycie, oglądamy całkiem niezłą propozycje szlaków rozchodzących się stąd we wszystkich kierunkach. Jest i kalpiczka i krzyż i fragment drogi krzyżowej - nieodłączne elementy górskiego krajobrazu. Jesteśmy sami. Ładnie tu, ale wiatr i chłod jednak nie zachęcają do rozsiadywania się. Więc w dół. W stronę obiadu Smile

Mogielica

Na zalesionym szczycie Mogielicy

Mochnaczka

Nieprzetartym szlakiem z Krynicy do Mochnaczki - naszej bazy wypadowej na Lackową.

Lackowa, 27 stycznia
Słynna zachodnia ściana Lackowej pokonana. Było stromo jak pisali, ale te odcinki na szczęście dość krótkie... Teraz szukamy samego szczytu, wiem, że ma być tabliczka i polska i słowacka. Trochę się niecierpliwie, bo do naszej „godziny alarmowej" -13 zostało dwadzieścia parę minut a wypłaszczenie zdaje się nie mieć końca. Las, piękny, biały, ośnieżony, jak w bajce -nie spotkałyśmy dziś żywej duszy (dopiero w zejściu dwaj słowaccy narciarze). Weszłyśmy cudem - szlaki beznadziejnie oznakowane i gdyby nie podążanie za śladem skutera a później rakiet byłoby ciężko się połapać. I cudem, że szlak wyjeżdżony i twardy bo inaczej Kasia bez rakiet by nie weszła... Pięknie, tylko jednak czuć tutaj chłód i mroźny wiatr. Rano było ponoć minus 19, teraz jest dużo cieplej na szczęście. W końcu szczyt. A jednak się udało No i skończyłam Koronę - mówią. I szybko się reflektuje - nie, jeszcze musimy zejść na dół. I zdążyć złapać stopa przed zmrokiem...

Lackowa

Szczyt Lackowej (997 m.n.p.m. - dziewiąty i ostatni szczyt Korony) nie jest może efektywny... Ale za to podejście dostarcza emocji. Zimą to dość trudna i wymagająca trasa.

Ropinaka, luty
W środę połknęłam ostatnią tabletkę, w czwartek rano badania, ważenie (niecałe 42 kg, spadek masy o prawie 20%) popołudniem wyjazd do Ropianki, chateńki w Beskidzie Niskim. Tym razem mało łojenia, za to dużo śpiewania. Całe dnie i noce, na przemian z pysznymi posiłkami (obowiązuje zasada, że nie należy głodny siadać do obiadu). Śpiewamy, gramy, śmiejemy się. W chatce nie ma prądu, zasięgu, bieżącej wody - czyli jest dobrze:) Większośc ludzi nam bardzo słabo, niektórych wcale - ale to jakby wcale nie przeszkadza, w takim gronie wspólny język tak jakoś sam się znajduje...

Będę odchodził i wrócę niebawem
Do tej chateńki pełnej ziół i malin
gdzie serdeczności zachłanny uczeń
Kochałem tych co mnie kochali

Warszawa, luty

Chciałabym wierzyć, że od tego dnia może być tylko lepiej, cóż kolejne tygodnie pokazały, że detox też musi chwilę trwać. Teraz wielomiesięczne czekanie na wyniki -bezradność wobec spraw, na które już nie mam wpływu. I kolejne górskie marzenia, kolejne górskie cele...

Tags: beskidy interferon korona beskidów tatry jaworniki 


Description
Paulina Anna Wojciechowska
Posts: 10
Comments: 10
Małe, rude na wysokościach
Activities
Tags
4 kaukaz (4)
3 gruzja (3)
2 tuszetia (2)
1 beskidy (1)
1 lein (1)
1 racek (1)
1 ala-ker (1)
1 arshan (1)
1 ałtyn (1)
1 ala-archa (1)
1 ak-sai (1)
1 point (1)
1 view (1)
1 peak (1)
1 pik (1)
1 lenina (1)
1 ladakh (1)
1 ucziciel (1)
1 biszkek (1)
1 karakol (1)
Copyright by planetagor.pl