Articles
TREKKING. Każdy góromaniak swoją przygodę z górami wyższymi zaczyna zazwyczaj od tych mniejszych. De facto nasze pierwsze kroki w górach pomogli nam stawiać rodzice, czy też ktoś z najbliższego nam otoczenia, kto już wtedy uczulał nas na wiele zagwozdek, jakie mogły nas spotkać w górach. Wiele razy mówiono nam, żeby obserwować pogodę, uważać gdzie stawiamy nogę, pilnować koloru szlaku, dobierać trasy tak, aby noc ciemna nas nie zastała w górach, ubierać czapkę, gdy słońce pali niemiłosiernie, czy dobrać do wyprawy odpowiedni ekwipunek. Większość z nas przyzna, że właśnie to zakodowaliśmy najbardziej z tych pierwszych wycieczek. Nie jakieś widoki, nazwy szczytów, roślin czy płazów i gadów wszelkiej maści, ale właśnie praktyczne wskazówki, które na pewno większość z Was stosuje do dzisiaj i miejmy nadzieję przekazuje dalszym pokoleniom :) Chwała za to, że mieliśmy takich nauczycieli! Warto zawsze to podkreślać, gdyż dziś w dobie internetu nigdzie nie znajdziecie tak cennych i namacalnych informacji, jakie uzyskaliście wtedy od swoich prekursorów górskich wojaży. Może te cenne wskazówki ze wspólnych wędrówek uratowały nie jednego z Was z opresji?

W drodze na Durbaszkę - Beskid Sądecki
zdj. Michał Zawierucha
Prawdą jest, że czasy obecne różnią się od tych sprzed kilkudziesięciu lat, a prekursorem do rozpoczęcia górskiej pasji nie zawsze jest ktoś, kto mądrych rad udziela namacalnie. Zdarza się to często gęsto... Winny jest jedynie internet, a w nim stek bzdur i podkreślanie lansu w markowych ciuchach i znanego wszystkim tekstu: „Co, ja nie wejdę? To potrzymaj piwo!” - co z rozsądkiem w górach nie ma nic wspólnego. Dzisiaj na szlakach jak sami widzicie odbywa się marny cyrk z udziałem ludzi, którzy może nawet nieświadomi na co się porywają, wybierają się na te górskie beskidzkie i tatrzańskie wędrówki często bez minimalnego przygotowania, w nieodpowiednim obuwiu, z paromiesięcznymi bobasami w nosidłach skazując je na kilkugodzinne katusze w skwarze 30+, w pozycji nieodpowiedniej przez tak długi czas dla ich kruchego kręgosłupa. A bo blisko, a bo Krzysiek był z Kaśką i mówił, że damy radę, a bo to trasa dla dzieci, a bo tam schroniska po drodze, a bo.... etc. Jakie później z tych „a bo” wychodzą dramaty, każdy z nas wie. Ważne jest więc kto nas na te górskie szlaki wprowadza albo jaki mamy do tego podkład, czy chociażby cień świadomości, gdzie się wybieramy i na co się porywamy.

Kotlina Żywiecka widziana z okolic Prusowa - Beskid Żywiecki
Naprawdę nie jest to w żadnym wypadku jakaś ujma na honorze, że ktoś na chwilę obecną praktykuje tylko to nizinne górowanie i jego Everestem jest zdobycie Babiej lub Baraniej Góry, ale za to marzy o zdobywaniu szczytów w Tatrach, Alpach czy Himalajach. Wręcz przeciwnie. Bardzo dobrze! Uprawiając trekking po niższych górach wyrabiamy w sobie wiele pozytywnych nawyków, które w przyszłości mogą być przydatne w wyższych partiach gór. I tak na przykład jedna niedzielna wycieczka mająca dystans 12 km, następnym razem może już mieć14 kilometrów o większym nieco przewyższeniu i tak dalej, i tak dalej. Dzięki stopniowemu podnoszeniu pułapu dystansowego wyrabiamy sobie kondycję, wiemy ile jesteśmy w stanie przejść i ile czasu nam to zajmuje. Jest to bardzo przydatne przy planowaniu dłuższych wycieczek na których np. nie bierzemy pod uwagę noclegu albo takiego brak po drodze, wiemy w jaki prowiant należy się zaopatrzyć, bo na ostatniej wycieczce np. brakło nam wody czy jedzenia, zatem tym razem weźmiemy coś więcej i dzięki temu nie obudzimy się z przysłowiową ręką w nocniku.
To samo tyczy się biwaków - pierwszy raz na przykład zmarzniemy, bo nie dobraliśmy odpowiednich rzeczy do panującej temperatury, więc kolejnym razem zamiast lżejszej koszulki weźmiemy cieplejszą z długim rękawem, albo zabierzemy grubszy śpiwór czy dodatkowy sweter do plecaka. Ostatnio zaplanowaliśy trasę w lecie na 35 km w nowych butach, żeby je „rozchodzić”, ale zamiast tego nabawiliśmy się w środku trasy odcisków i musieliśmy skrócić wycieczkę. A co, jeśli nie ma możliwości skrócenia takiej trasy i trzeba przejść ją do końca w tych obciskających butach? A no to, że następnym razem będziemy mądrzejsi i w nowych butach nie będziemy planować wycieczki na 35 km, a np. na 5 - 10 km, żeby nie zrobić sobie ponownie takiej krzywdy.

Przełęcz Rozdziele - Beskid Sądecki
I za to pokochałam Beskidy, które uczą nas, jak przygotowywać się na realizowanie tych marzeń z wyższej górskiej półki. Niby małe rzeczy i bardzo oczywiste, ale jak pokazuje życie nie dla wszystkich. Tak jak w wymienionych wyżej przykładach z mojego życia wziętych, przyszło mi zdobywać beskidzkie bezdroża górskie krok po kroku zaczynając od pobliskiej Rysianki, na którą wejście zajęło mi wtedy wieczność i wylało ze mnie siódme poty, poprzez Babią Górę zdobywaną w mroźnym wietrze, na co nie byłam kompletnie przygotowana, przejście Małego Szlaku Beskidzkiego, który był dla mnie szkołą przetrwania i lekcją pokory za niezdarne zaplanowanie ekwipunku i źle dobranego plecaka na taki dystans, po przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego i póki co na Tatrach kończąc. To w Beskidach płakałam z bólu z powodu obtartych stóp, spalonych ramion, zdartych piszczeli, nieprzespanych z powodu zimna nocy - po totalne wycioranie się dystansem trasy, gdzie nie zmierzyłam sił na zamiary. Wtedy kondycję wyrabiałam sobie z weekendu na weekend. Zazwyczaj były to jednodniowe beskidzkie tripy liczące początkowo od 12 km, a kończąc na 40 km. Później dochodziły wydarzenia górskie długodystansowe na 50 i 60 km, które równie dobrze dawały lekcję pokory, jak moje przejście Małego Szlaku Beskidzkiego. Stopniowo zwiększałam również ciężar plecaka. Jesienią i zimą również nie rezygnowałam z tułaczek górskich. Dzięki nim wiedziałam, jak się stosownie ubrać na zimowe warunki i co dodatkowo zabrać do plecaka. A ponadto jaki dystans jestem w stanie pokonać w śniegu po kolana i ile czasu mi to zajmie. Wyćwiczenie takich niby drobnych przyzwyczajeń okazało się dobrą szkołą przed rozpoczęciem mojej przygody z Tatrami.

Podejście na Kopę Kondracką - w tle Giewont
fot. Maciej Stefko
Tam oczywiście również zaczynałam od małych wypraw, gdyż Tatry to nie Beskidy, co nie od dzisiaj wiadomo: są większe przewyższenia, o schroniska trudniej, a szlaki są o wiele dłuższe i mordercze i czasem nie jesteśmy w stanie ich nijak skrócić, a w razie wypadku pomoc nie musi do nas dotrzeć ekspresowo pomimo tego, że TOPR dysponuje śmigłowcem. Tutaj już należy się przygotowywać bardziej solidnie i dokładniej zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym.

Łopata - w tle Wołowiec -Tatry Zachodnie
fot. Maciej Stefko
Swoje pierwsze kroki rozpoczynałam od zdobywania Tatr Zachodnich. Najpierw był Jarząbczy, potem pętla z Jakubiną w tle, innym razem Kasprowy z Kopą Kondracką czy Giewont z Ciemniakiem. Wszystko robiłam w granicach rozsądku - krótkie dystanse, zazwyczaj pętle, monitoring pogody i godziny, o której powinniśmy już być na ostatnim na trasie szczycie, a o której musimy już rozpocząć schodzenie. Wyjazd z domu oczywiście bardzo wcześnie w środku nocy, wyjście w góry max. 3 - 4 rano, gdyż jesienią i zimą robi się wcześniej ciemno, a pod uwagę trzeba jeszcze brać warunki na szlakach: lód, śnieg i przewyższenia. Latem i wiosną wyjścia w góry również odbywały się między 3 - 4 rano ze względu na uniknięcie popołudniowych burz i tłumów na szlakach.
I przede wszystkim najważniejsze w górach: wiedzieć, kiedy rezygnować z dalszej wędrówki. To naprawdę żaden wstyd, jeśli powiecie, że dalej nie idziecie, bo nie dacie rady, czy nie idziecie, bo przepaść jest za duża i się boicie, czy nie pokoi Was pogoda, która ewidentnie się zmieni za kilkadziesiąt minut. Ten wybór czasem może uratować Wam życie, więc kierujcie się zawsze rozsądkiem przy wyborach, a nie parciem na setkę lajków pod zdjęciem na FB, bo dałem radę wejść na wierzchołek w ekstremalnych warunkach...

Podejście pod Starorobociański Wierch
fot. Marcin Wiejata
Pierwsze zimowe kroki w Tatrach Zachodnich na stromych zboczach Starorobociańskiego, wierzcie lub nie, ale przyprawiały mnie o drżenie nóg i zaciskanie zębów ze strachu. Teraz jak to czytam, to nie wierzę, że mogłam się tam bać czegokolwiek! Stopniowe zwiększanie trudności na trasach pozwoliło mi się obyć z ekspozycjami, chociaż ich całkowity brak poczułam dopiero po kursie skałkowym, który naprawdę pozwala się wyzbyć niektórych lęków :) Wiadomo, że skałki to nie Tatry, ale działalność w nich pozwala nam się nieco obyć ze skałą i z wysokością, więc jeśli Was ciągnie w wyższe masywy górotworów, polecam się na takowy kurs zapisać. Otworzy to przed Wami kolejny rozdział eksploracji gór. Kiedyś oglądanie Gerlacha czy Łomnicy przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. Pamiętam, jak jadąc samochodem, patrzyłam na te kolosy i w głowie miałam myśl... jak cudownie byłoby wszystko to zdobyć... Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, że stanę tam na jednym z tych szczytów, to nie uwierzyłabym.

Gerlach
fot. Grzegorz Cieślik
Z własnego doświadczenia opowiem Wam o mojej osobistej lekcji pokory, kiedy wybraliśmy się na Giewont, jeden z najbardziej popularnych szczytów tatrzańskich. Moi towarzysze chcieli na niego wyjść za wszelką cenę jeszcze tego samego dnia, w którym zdobywaliśmy Kasprowy Wierch i Kopę Kondracką (połowa października, trasa 17 km, z przewyższeniami 1,41 km),
pomimo późnej pory (ok. godziny 17) i ewidentnie załamującej się pogody. Namawiałam, żeby odpuścić i wyjść nań w inny dzień przy lepszej pogodzie, bo dzisiaj i tak nie będziemy mieć widoków, więc po co dokładać sobie kilometrów, jeśli i tak czeka nas jeszcze sporo drogi do auta i po co męczyć nogi, skoro i tak już jesteśmy solidnie zmęczeni. Z oporem się zgodzili, ale przekonałam ich, że nie ma sensu się rozdzielać, jeszcze teraz, gdy dzień chyli się ku końcowi i zbierają się ciężkie deszczowe chmury. Zejście do Hali Kondratowej zajęło nam o wiele więcej czasu, niż pierwotnie zakładaliśmy, a to ze względu na mocno oblodzony szlak. Rezygnacja się opłaciła, bo raz, że nie wróciliśmy do auta koło północy przez ten szklany szlak (nie mieliśmy jeszcze wtedy raków), a dwa- na kolejnej wyprawie widok z Giewontu był powalający :) Koledzy
byli wdzięczni, że ich wtedy namówiłam do odwrotu, więc jak widzicie czasem warto zrezygnować, góry nie uciekną, one zawsze tam będą stać i czekać.

Giewont
Inną historią, która przydarzyła się naszej trójce, była nauka chodzenia w rakach :) Tak... i wcale nie uważam tego za śmieszne, ponieważ poruszanie się w rakach nie jest takie łatwe :) Ambitnie wybraliśmy się w Tatry zimą, aby zdobyć Szpiglas od Piątki - miało to być nasze pierwsze poważne zimowe wejście. Tak, ale sobie koledzy wybrali, nie ma co! Odbijając na zielony szlak do Doliny Roztoki przy pierwszych metrach stwierdziliśmy, że to czas na założenie owych raków. Trójka zielonych jakoś z założeniem i wiązaniem sobie poradziła. Pierwsze kroki dla mnie były prześmieszne :) Kilka razy się wywaliłam rozwalając sobie spodnie i hacząc rakiem o drugiego buta robiąc kilka rys. Nasze pierwsze doświadczenie z rakami skończyło się przy Czarnym Stawie Polskim. Nieznajomość terenu w warunkach letnich sprawiła, że czas w jakim byliśmy w Piątce zaważył na odwrocie - oczywiście ponownie po mojej namowie.Dopiero latem, kiedy w końcu zdobyłam Szpiglasowy Wierch schodząc do Doliny Pięciu Stawów Polskich zobaczyłam,
na co się wtedy porywaliśmy. Nie dość, że teren lawiniasty, to jeszcze szlak długi jak nie wiem.
Kolejny raz dobrze się stało, że rozsądek wziął górę. Tak zakończyło się nasze pierwsze zimowe wyjście w Tatry z nauką chodzenia w rakach :)

Ornak widoczny z podejścia na Bystrą
Były też i inne „porażki”, które również należy nauczyć się akceptować i przyjmować jako cenne lekcje od życia. „Porażka” to może za duże słowo, bo dla mnie wycofanie się z dalszego atakowania drogi jest po prostu zdrowym rozsądkiem. Moją pierwszą rezygnacją tego typu było wejście na Ganek. Wtedy pomimo asekuracji na linie strach zwyciężył. Widocznie nie byłam na to wystarczająco gotowa. Wycof do dzisiaj pamiętam jako srogie rozgoryczenie i zwątpienie we własne siły i możliwości, bo wtedy też padły słowa mojego partnera życiowego i tego od liny, że „...jeżeli tu nie potrafię wejść, to drogi na inne szczyty zamkną się przede mną, bo nie będę w stanie się przełamać nad ekspozycją, która tam jest kilka razy większa”. Zmobilizował mnie tymi słowami i nie pozwoliłam, aby strach mnie pokonał, żeby zamknął mi drzwi do osiągania moich marzeń. Kiedy stanęłam w końcu na szczycie Ganku po kilku miesiącach od tamtego dnia, wiedziałam, że ten lęk siedział tylko mocno w mojej głowie, bo grań okazała się nie taka trudna, jak ją sobie wyobrażałam.

Na grani Ganku
fot. Grzegorz Cieślik
Te i inne historie, które już zdążyły mnie wiele nauczyć możecie prześledzić na blogu. Z wyprawy na wyprawę doświadczenie moje stawało się bardziej bogate, chociaż nadal daleko mu do doskonałości i perfekcji, ale czy takową w górach się osiąga pomimo lat doświadczeń? Blokady są w naszych głowach, więc namawiam do stopniowego ich przełamywania. Ostatnio jeden z kolegów pisząc do mnie zapytał, co by musiał zrobić, żeby chodzić po tych wyższych szczytach... chyba w tym tekście padła odpowiedź na to pytanie.
Każdą wyprawę traktujmy jako naukę, z każdej wyciągajmy wnioski, nie rezygnujcie z marzeń mimo niepowodzeń, przełamujcie strach na wszelkie sposoby. Dzięki temu nasze góry same będą odkrywać przed nami nasze możliwości, a my dzięki cennym lekcjom, jakie z nich wynosimy, zawsze będziemy wracać szczęśliwie. Czego sobie i Wam życzę.
Dorota Hazuka
Redaktorka portalu Planetagor.pl
Autorka bloga Somewhere Over The Mountains
Copyright by Dorota Hazuka & Planetagor.pl, 2018.