Articles
W marcu 2007 roku Aleksandr Degtarev z ekipą udali się do jaskini Napra w abchaskiej części Kaukazu. Spotkała ich tam przygoda, której dramatyczny i plastyczny opis uznałem za warty udostępnienia na Planecie Gór (za zgodą autora). Poniższy tekst jest tłumaczeniem opowiadania Aleksandra Degtareva.
Andrzej Szaga
***
Aleksandr Degtarev
JAMA - Dziś nie zginiemy.
Odkopywanie wejścia do jaskini Napra przypomina papierową grę w statki. Cały stok śnieżny jest pokryty wykopanymi dziurami i stosami odrzuconego śniegu. Pudło. Jeszcze jeden wykop. Znowu pudło. I tak cały dzień. Dziur jest już 17, o głębokości od 30 cm do 2 metrów. A jaskini jak nie ma, tak nie ma. "Wejście 5m od wierzchołka, na dnie leja o średnicy 7m" - tak brzmi opis. Kopiemy raz przy razie i ciągle trafiamy w trawiaste zbocze. Jeszcze raz patrzę na starą fotografię wylotu jaskini z jakiegoś opisu. Na zdjęciu lato. Na głazach zawalonych stertą worków, siedzą nieznani ludzie z minionych lat. Obok wejścia, na skale, napis farbą olejną: "J. Napra im. J. Zubeni". Sądząc po fotografii, stoki leja są dość strome, pokryte skalnymi występami. A u nas nic, tylko trawa.
Zostało już tylko jedno miejsce między wykopami, w którym mógłby się zmieścić lej o średnicy 7 m. Nie mam już żadnych pomysłów. Jeśli i tu jej nie będzie, to już nie wiem co robić. Wstyd będzie z niczym wracać do Moskwy. Wytyczam nowy wykop prostopadle, w kształcie mogiły, i znowu kopię. Gdzieś z boku Chemik i Stan bez nadziei dziobią stok. Już nie wierzą w swoje dłubanie i kopią by cośkolwiek robić. Szczyt góry jest goły od śniegu. Wichury są tu takie, że zwiewają wszystko. Łysy płaski pagórek z wydeptaną trawą i stertą naszych bambetli. Nieco niżej, śnieg jest już głęboki na metr, półtora, a dziesięć metrów od szczytu powyżej wzrostu.
Dziś rano ze sprzętem wyskoczyliśmy ze śmigłowca - i od razu do kopania. Dzień. Słonecznie, zewsząd iskrzące się białe grzbiety. Daleko na południu - zarysy dróg, rzek, miast i morze po horyzont. Śnieg oślepia oczy. Rozdałem wszystkim ciemne okulary. Kawałki materiału na nosie, czapki z daszkiem. Wykopem schodzę w dół już ponad dwa metry i coś wewnątrz mnie mówi pewnym tonem: to ona. Bez wątpienia. Wołam Stana. Zsuwa się w jamę i pogłębia wykop, a ja kopię szerokie schodki. Wreszcie, na głębokości 3,9 metra, łopata Stana wpada w pustkę. Pod nami wytopiona komora o wymiarach 3 na 3 metry, a w jednym z kątów 7-metrowa studnia. Dwa spity i zielone litery napisu na skale. Jest mokro, zewsząd kapie woda, a ze środka dmie ciepłe powietrze. Oto ona, jaskinia. Nie będzie blamażu.
Teraz trzeba zorganizować miejsce pod namiot. Szczyt odpada, wiatr zwieje nas w dwie sekundy. Niżej na zboczu, 20 metrów od jaskini, wykopujemy jamę głębokości nieco większej niż namiot. Śnieg jest twardy, zleżały, dobrze się go tnie piłą do śniegu. Chłopaki wycinają śnieżne bloki i budują z nich dodatkową barykadę, mur. Teraz wiatr, jaki by nie był, będzie wiał nad nami. Powstała idealna platforma trzy na pięć metrów. Taszczymy część rzeczy w jamę. Namiot, niebieską beczkę z rzeczami, część transportów z jedzeniem, szpej. Szybki obiad i wszyscy ruszamy do jaskini, założyć poręczówki do najbliższego miejsca biwakowego. Jeden nocleg na powierzchni i jutro znikamy całkiem pod ziemią.
***
O 6 wieczorem, o zmierzchu, wychodzimy z jaskini. Chłodny wiatr miecie śniegiem po szreni. Niebo gęsto zaciągnięte chmurami. "Patrzcie, nocą rozhula się burza" - przestrogę Tatiany puszczamy mimo uszu. Co my, śnieżycy w górach nie widzieliśmy? Wtykam dwie łopaty przy skrajach wejściowej sztolni, i jedną obok wejścia do namiotu. Jeśli nawali śniegu, przyjdzie wyłazić z namiotu, żeby go oczyścić. Ale raczej nie będzie trzeba. Już marzec, idzie ku wiośnie. Co prawda Snietkow mówił, że to najgorszy miesiąc w abchaskich górach, ale nie za bardzo mu uwierzyłem.
Dwie godziny schodzi się na przygotowanie kolacji. Kładziemy się spać. Gasimy latarki. Dziwna sprawa. Na zewnątrz ciemność, a przez poły namiotu prześwituje światło. Śnieg lekko szura po kopule. Wyraźnie widzę granicę, do której namiot jest juz zasypany. Połowa wysokości. Widać, że jednak trzeba będzie wstawać ze dwa, trzy razy w nocy. Już jasne, że nie pośpimy spokojnie. Leżymy, nikt nie śpi. Krąg jaśniejszej plamy na kopule namiotu zwęża się. Plama całkiem znikła. Ciężko oddychać. Zasypało nas po czubek kopuły. Siadam i włączam czołówkę. Nikt nie pyta, co się stało, dla wszystkich jest oczywiste, że trzeba odśnieżyć. Tak się chce spać. Ale trzeba iść. Nakładam czapkę, sweter, jest i kurtka służąca za poduszkę. Rękawice. Wszystkie buty mamy w namiocie. Oprócz butów Stana. Podnoszę kaptur. Teraz tylko odpiąć wejście sypialni, wejście tropiku i szybko wyskoczyć na zewnątrz. Odpinam jedno, odpinam drugie.
Przede mną gęsta biała ściana śniegu. Tykam w nią palcem. Jak beton. Palec z trudem wchodzi w śnieg. Wszystkim nieswojo od tego widoku. Oby nie przyszło ciąć dachu namiotu nożem. Będzie bardzo, bardzo, źle. Walę w śnieg obiema rękami. Trochę się poddaje. Sypie się na podłogę. Ktoś zgrzebuje śpiwory w odległy kąt.
Wbijam rękę ukośnie pod górę, pod suwakiem i przebijam się w pustkę. Stożek luźnego śniegu sypie się do namiotu. Jestem na granicy paniki. Od przeczucia nieszczęścia zaczynam tracić głowę. Wsuwam głowę w czarną dziurę nad wejściem i lezę na zewnątrz. Pierwszy wdech od razu zalepia cała krtań i płuca śniegiem. Krztuszę się, o mało się nie duszę. Wierzgam nogami żeby wydostać głowę na zewnątrz. Ktoś podpiera mi od dołu stopy. Gramolę się na zewnątrz. Rozglądam się.
Jakby ciężka, lodowa ręka, od tyłu ścisnęła mnie za ramię. Nie odwracając się wiem, kto to. Patrzę przed siebie i jasno pojmuję: to ona, nasza śmierć. Ta prosta myśl nie potrzebuje dowodów. Po prostu wiem, że tak jest. Jutro nie będzie mnie pośród żywych.
Znajduję się na dnie głębokiego śnieżnego leja, w który ze wszystkich stron sypią się strumienie śniegu. Tkwię w nim po pierś. Gdzieś pode mną czuję sprężynujący skraj namiotu. Nie mogę zrobić kroku. Tonę w śniegu jak w wodzie. Naszej jamy praktycznie nie ma. Cała zasypana. Ze śniegu sterczy tylko barykada ze śnieżnych bloków. Łopata jest gdzieś głęboko pod śniegiem, chociaż zostawiłem ją metr od namiotu. Panikuję. Wsuwam ręce w zaspę, błądzę rękami. Jest, łopata. Ruszam nią na boki i z trudem wyszarpuję. Teraz muszę wydostać się na powierzchnię, inaczej nie będę mógł kopać. Wicher łopocze ubraniem. Kładę łopatę w śnieg i opierając się o nią, usiłuję powstać. Udeptuję pod sobą śnieg. Stopniowo wydostaję i prostuję się. Podnoszę głowę... Chlaśnięcie w twarz, poryw wiatru - w sekundę cała twarz oblepiona śniegiem. Zdejmuję okulary. Igły śnieżynek sieką po oczach. Czuję jak wykłuwają mi rogówkę. Chowam twarz pod kaptur. Bezużyteczne okulary skrzętnie chowam w kieszeń spodni. Zastawiam się plecami do wiatru i kucam pod osłoną barykady. Jeszcze raz próbuję powstać. Nie da rady. Od razu się duszę. Prędkość wiatru jak nic powyżej 30m/s. Kucam i zaczynam kopać.
Muszę wejść w rytm, inaczej szybko się zmęczę. Kilkadziesiąt łopat śniegu leci w ciemność. Szybko się orientuję, że nie warto odrzucać śniegu w bok czy do przodu. Wystarczy podrzucić go do góry. Na kilka sekund podnoszę wzrok ku niebu i w świetle czołówki widzę, jak śnieg wzlatuje nad łopatę i w mgnieniu oka znika, zniesiony porywami wiatru. Strasznie. Przynajmniej z odrzucaniem śniegu nie będzie problemu. Kopię szybciej. Jedna łopata na trzy sekundy. Szybciej nie można. Trzymać dłońmi, pracować plecami. Łapię rytm. Skrajem świadomości zauważam, że nie jest mi zimno. Tania kurtka syntetyczna świetnie chroni od wiatru. Znaczy, kilka godzin wytrzymamy. Wokół mnie powstaje niewielka platforma. A ze zboczy leja, nieprzerwanie, jak piasek w klepsydrze, ściekają strumienie śniegu. Jeżeli kopię szybko, mój rozkop powoli się powiększa, jak tylko się zatrzymam, w oczach ulega zasypaniu. Spod śniegu pojawił się czubek namiotu. Jest na poziomie moich kolan.
- No i jak tam? - głuchy głos spod kopuły.
- Bardzo źle.
- Zmienić cię? Już godzinę kopiesz.
- Póki co, siedźcie.
Jest dla mnie jasne, że na powrót do namiotu i wyjście drugiego zejdzie się dużo czasu. Będę kopać, póki nie poczuję zmęczenia. Jesteśmy w samym centrum cyklonu. Ile to może potrwać? Możemy wytrzymać jeszcze 10-12 godzin. Może 15. Potem siły się wyczerpią, a my zginiemy. Jeżeli burza potrwa dobę, będziemy zgubieni. Ewakuacja? Bzdura. To absolutnie niemożliwe. Poza osłoną jamy człowiek wytrzyma klika minut. Można się poruszać najwyżej na czworakach. No i gdzie iść? Do strefy lasu 3 kilometry. Widoczność zerowa. Kompasu nie mamy. A na zejściu obrywy i kanion. Zwalać się bez sprzętu po świeżo opadłym śniegu? Wybijemy się z sił sto metrów od namiotu. Do jaskini? Otwór dawno zasypało. A kopać od nowa? Nawet nie wiem, jak tam dojść. 20 metrów? A nawet jeśli dojdę. I tak wykop będzie się zasypywać szybciej niż my będziemy kopać. Całą wytopioną komorę wejściową z pewnością zabiło śniegiem. Po prostu, nie ma dokąd kopać. Nie będzie jak zjechać w studnię wejściową. Kaski pod śniegiem. Sprzęt zasypany. Prowiant, namioty - nie wiadomo gdzie.
Kopię i kopię. Sto łopat. Dwieście. Trzysta. Pięćset. Przestaję liczyć, to bezsensowne. Lewa połać namiotu prawie oczyszczona. Z tej strony całkiem nieźle. Ale po prawej fatalnie. Nad namiotem nawiało zaspę z nawisem na cztery metry wysoką. Łopata wyciągnięta na całą długość ręki nie dostaje do jej skraju. Jeśli nawis runie, to namiot wraz ze wszystkimi mieszkańcami zostanie zmiażdżony. Oto nasza zguba - nawis.
W jamie prędkość wiatru jest niewielka. Śnieg niesiony wiatrem po zboczu góry bez przeszkód od razu osiada we wszystkich zagłębieniach. Znaczy się, co, wykopaliśmy sobie mogiłę? Jak to? Co zrobiliśmy nie tak? Przecież wszyscy zawsze kopią jamę pod namiot. A jeśli postawilibyśmy namiot nie w jamie, a wprost na śniegu? Przecież wtedy wiatr by go porwał, albo uniósł. Czyli, jesteśmy niewinni? Po prostu taki nasz los? Zaspa powoli pełznie naprzód. Oczyszczam jej nawis, a z góry, z krawędzi leją się w dół coraz to nowe potoki sypkiego śniegu. A może rozebrać barykadę? Wtedy wiatr będzie hulał niżej, to i zaspa się obniży? Rzucam łopatę i na czworakach pełznę ku śnieżnej barykadzie. Zrzucam dwa górne rzędy śnieżnych bloków. Światłem latarki szperam po zboczu poniżej. Tylko kłęby lecącego śniegu. Wszystko tonie w śnieżnym buranie. Wpełzam z powrotem do jamy. Pracuję dwie minuty. Nie. Oddychanie stało się niemożliwe. Wiatr mnie dobije. Trzeba odbudować mur. Znowu pełznę na czworakach i zbieram rozrzucone bloki.
- Jesteś tam już dwie godziny. Dawaj, zmieniamy się.
Wpełzam do namiotu. Chemik, Stan i Tatiana patrzą na mnie: no jak tam? Po twarzach widzę, że nie do końca rozumieją, co się dzieje. Mówią spokojnie, bez szczególnego niepokoju. Oni wiedzą tylko, że wylazłem z namiotu i dwie godziny coś tam kopałem. Nie wiedzą jednego: nasze położenie jest beznadziejne. No i dobrze. Wystarczy, że ja o tym wiem. Niech jeszcze pobędą w nieświadomości. Stan bierze moją kurtkę i buty. Jego buty, są gdzieś tam, pod warstwami śniegu. Po pięciu minutach jest gotowy i nurkuje w otwór pod sklepieniem. Przez kilka minut go nie słychać. Czemu nie kopie? Po wszystkim, kilka dni później, przyznał się, czemu nie kopał. Kiedy wydostał się na górę, wpadł w stupor. Kilka minut tkwił w pełnej świadomości tego, że wszystkie nasze wysiłki są beznadziejne. Potem zaczął kopać, żeby podjąć jakąkolwiek walkę.
Tymczasem w namiocie też rozpoczyna się walka o ocalenie. Wszyscy wiedzą, że poza namiotem, możemy funkcjonować określony czas. Że namiot - to nasz okręt. Będziemy żywi, póki utrzymamy go na powierzchni. Ale okręt już tonie. Prawą ściankę przywaliło, zdusiło śniegiem. Jeden maszt wygięło i docisnęło do ziemi. Opieram się o nią plecami, zapieram nogami. Ciężar śniegu ciśnie na mnie, odepchnięcie go jest niemożliwe. W namiocie staje się zimno. Wejścia nie da się zamknąć. Napierają na nie masy śniegu, a przez otwór sypie się puch. Lepię z niego śnieżki i wyrzucam przez otwór na zewnątrz. A śnieg wciąż się zsypuje. Przestrzeń namiotu zmniejszyła się o połowę. Siedzimy we trójkę, zaparci plecami w ściany. Przestrzeń powoli, powoli, ścieśnia się. Za kilka godzin namiot zawali się, a my wyjdziemy na zewnątrz i będziemy w czwórkę stać w jamie, póki jej całkiem nie zasypie. Później pójdziemy w dół zbocza i uwięźniemy w śniegach. Pierwsza zamarznie Tatiana. Najszybciej wyczerpie siły. Potem Stan, jest bez butów. Ja z Chemikiem zginiemy na końcu. Może pomylimy kierunek, a może zbłądzimy w kocioł, z którego nie da się wyjść. Usiądziemy na śniegu i będziemy czekać na śmierć.
Minęło półtorej godziny, albo więcej. Czas na zmianę dla Stana. Pójdziemy we dwóch z Chemikiem. Trzeba spróbować pójść po drugą łopatę zostawioną koło jaskini. Będziemy kopać dwoma. Stan wchodzi do namiotu. Zdejmuję z niego kurtkę i buty, nakładam i wychodzę na zewnątrz. Nic się nie zmieniło. Przez cztery godziny pracy nie udało się powiększyć jamy. Znowu kopię w szybkim tempie. Wychodzi Chemik. Parę minut oswaja się. Jego zadanie, to dojść 20 metrów do jaskini, spróbować znaleźć łopatę i wrócić. Będę cały czas świecił w jego kierunku, żeby nie zabłądził.
Chemik kładzie się na brzegu jamy, podpieram mu stopy od dołu. Już jest na górze i na czworakach zaczyna pełznąć naprzód. Wicher energicznie szarpie jego ubraniem. Musi iść wprost pod wiatr. Zgina się w pasie i oparty rękami o śnieg, rusza do góry po stoku. Z jego kierunku widzę tylko białą plamę światła latarki. Wiatr chłoszcze mnie po twarzy. Wilgoć zawarta w powietrzu, osiada szronem na przedmiotach. Z brwi i włosów zdzieram spore sople. Łopata wetknięta w śnieg pokrywa się lodową skorupą, od której trzonek staje się gruby i ciężki. W dali widzę światło Chemika. Błądzi to tu to tam. Znaczy się, szuka łopaty. Mija kilka minut. Jasna plama zbliża się i przez barykadę do jamy zwala się Chemik. Z drugą łopatą. Teraz wytrzymamy dłużej.
- Napra otwarta.
Nie wierzę swoim uszom. Ta wiadomość wydaje się nierealna.
- Jesteś pewien?
- Tak. Tam gdzie był wykop, pozostał mały otwór, można wsunąć głowę. Wieje z niego ciepłym powietrzem.
Lodowa ręka ściskająca ramię, rozwarła palce. Oto ratunek. Ciepłe podmuchy z jaskini nie pozwoliły zasypać otworu w całości. Bez względu na to jak będzie źle, dziś nie zginiemy.
- Biegiem przygotowujemy ewakuację, - szybko zdaję sobie sprawę, jakie działania trzeba podjąć, - odkopać buty Stana, sprzęt i wszystko co się da. Koniecznie choć jeden worek z jedzeniem i gazem. Pierwszy biwak w jaskini jest na minus 270. Liny wiszą do minus 120. Czyli po poręczówce nie dojdziemy. Trzeba będzie urządzić biwak na -50. No to jeszcze worek ze sprzętem biwakowym.
- Hej, wy w dole, Napra otwarta. Zbierajcie rzeczy, śpiwory, ubierajcie się i czekajcie na komendę wyjścia.
W odpowiedzi pod kopułą zaczyna się krzątanina. Trzeba szukać butów Stana. Kopiemy na dwie łopaty, obok namiotu. Nastrój znacznie lepszy. Pracujemy szybko i z zapałem. W szalonym tempie rozkopujemy śnieg. Już nie trzeba oszczędzać sił. Kopię transzeję w przód. Gdzieś półtora metra od namiotu stała beczka. A na niej mój kask. Oto i są. Wydzieram beczkę ze śniegu. Chemik kopie przy drugim rogu namiotu. Gdzieś tu powinny być buty. Po jakimś czasie znajduje jeden but. Drugiego nie ma. Jest gdzieś pod gigantyczną zaspą. Nad nim cztery metry śniegu, o ile nie pięć. Chemik ryje pod zaspą pieczarę. Jest już długa na półtora metra. Kładzie się w wykop i wygarnia śnieg rękami. Z góry leją się na niego strumienie śniegu. Póki on odkopuje buta, ja odkopuję jego. Zagarniam śnieg wprost z jego pleców. Znowu go zasypuje. Żeby tylko zaspa się nie zawaliła. Tak mija dwadzieścia minut. Przy okazji wykopujemy dwa worki transportowe. Wyciągamy je z wykopu. Zarzucamy na barykadę. No, jest i drugi but.
- Wszyscy wychodzić. Rzeczy z namiotu dajcie w pusty trans.
Wrzucam pusty worek transportowy do namiotu. Inaczej wiatr powyrywałby rzeczy z rąk. Na próbę idę w kierunku jaskini. Biorę zwiniętą karimatę pod pachę i wyłażę na barykadę. W sekundę wyrwało mi ją z rąk. Bez śladu znika w powietrzu. Biorę trans i wlokę go w kierunku jaskini. Głównie na czworakach, opierając się na worku. Jest i dziura. Tam gdzie była wyryta sztolnia metr na dwa, widać otwór o średnicy 40cm. Zaglądam w niego - zakrzywiony kanał schodzi w dół. Ciasno, ale można przeleźć. Stan i Tatiana już wyleźli i pakują rzeczy. Unoszę głowę. Czarne niebo przechodzi w fioletowy atrament. Czyżby niedługo świt? Słońce wschodzi około siódmej. Ile godzin minęło? W przybliżeniu osiem-dziewięć.
Taszczymy ciężkie rzeczy do jaskini. Spuszczamy Tatianę w dół. Odbiera rzeczy. Rzucam jej po pochyłym chodniku transy. Spadają w dół. Beczka z trudem przełazi przez otwór. Trzeba podkopać łopatą. Ostatni raz wracam do namiotu. Wszystko co mogliśmy, zabraliśmy.
Poranek coraz jaśniejszy, stoję w śnieżycy, jak w białym mleku. Jest już całkiem jasno. Ale widoczność po staremu. Człowiek trzy metry obok jest widoczny w postaci rozmytego, ciemnego konturu. Namiot otwarty. Prawidłowo. Jeśli zapełni się nawianym śniegiem, to może maszty się nie połamią. Wtykam w barykadę łopatę, żeby później odnaleźć to miejsce. Idę ku jaskini. Chemik stoi obok wejścia, czuwał, żebym się nie zgubił. Wszystko. Ostatni nurkuję w otwór. Jedną łopatę biorę ze sobą - na pewno przyjdzie odkopywać się od środka.
Siedzimy w wytopionej komorze nad studnią. Nikt nic nie robi. Stupor. Ze śnieżnych ścianek kapie woda. Z jaskini duje silny przeciąg. Jesteśmy cali mokrzy, po kilku minutach zaczynają sie drgawki. Trzeba szybko nakładać szpej, czeka nas jeszcze kilka godzin pracy. Przeciągnąć worki na -50 i tam przygotować biwak. Potem jeść, dużo pić, suszyć rzeczy. A nie spaliśmy juz dobę.

***
Przespaliśmy 18 godzin. Kiedy wyszliśmy na powierzchnię, w miejscu obozu znajdowało się równe, śnieżne pole. Dzień był pochmurny, wiaterek gnał szron po zboczu. Ale cyklon odszedł. Ze śniegu sterczała tylko rękojeść od łopaty, którą wetknąłem w barykadę. Następne dwa dni odkopywaliśmy rzeczy. Z pamięci odtwarzaliśmy gdzie, co leży, kopaliśmy jamę i kijkiem narciarskim sondowaliśmy śnieg. Góra namiotu ukazała się na głębokości 2 metrów. Uszkodzony, z połamanymi masztami i porwanym tropikiem. Odzyskaliśmy go, wyrywszy jamę głębokości 3,5 metra. Niektórych drobnych rzeczy nie udało się odzyskać. Po tej pamiętnej nocnej pracy, lewa ręka odmówiła mi posłuszeństwa i nie zginały się palce. Zjeżdżałem po linach przy pomocy jednej ręki. Dopiero po pięciu dniach odzyskałem w niej pełnię władzy.
----------------
Napisano rok po zdarzeniach, w lutym 2008 r., Aleksandr Degtarev.
Tłumaczenie: Andrzej Szaga
Linki:
Strona w języku rosyjskim poświęcona opisywanej wyprawie:
Profil Aleksandra Degtareva:
https://www.marshruty.ru/Persons/Person.aspx?PersonID=0c4b8d12-238f-4a47-9537-3566332a8f31
Informacje o jaskini Napra:
https://www.marshruty.ru/Places/Place.aspx?PlaceID=ed89fa55-c444-44b0-ba9d-ba2d1190930d
http://incave.org/speleorajony/bzybskij-xrebet-abxaziya/toposemka-peshhery-napra/
http://incave.org/speleorajony/bzybskij-xrebet-abxaziya/peshhera-napra-imeni-yu-zubeni/
Inne artykuły autora przekładu:
http://www.planetagor.pl/articles/entry/Z-Azji-do-Europy-przez-g-ry-i-rzeki-Uralu-P-nocnego
http://kajak.org.pl/szlaki/zagranica/umba/
http://www.planetagor.pl/articles/entry/Szwedzka-korona-Kebnekaise
http://www.planetagor.pl/articles/entry/Tajemnica-tragedii-na-prze-czy-Diat-owa-cz-II-rekonstrukcja