Articles
[...]W barze Tri Siestry piwo stary mielnik smakowało nadzwyczajnie, a na rozpalonym grillu rumieniły się szaszłyki z baraniny. Soczyste, pieczone krótko i przyrządzone tak, by nie śmierdziały wełnianym swetrem.
© Tekst Robert Jurczak
Bania, to nie balia kąpielowa. Sułtan zarządził, aby specjalnie dla nas przysposobić opalane drewnem pomieszczenie, gdzie moglibyśmy zregenerować siły po całodniowej wspinaczce. Gdy przeszliśmy do chłodnego przedsionka zobaczyliśmy dwa pomieszczenia. Pierwsze, to niewielki basen o wymiarach 3 na 3 m z zimną, przeszywającą dreszczami wodą z górskiego strumienia. Drugie to fińska sauna. Po każdej 15-minutowej sesji wpadaliśmy do basenu na zaledwie kilkanaście sekund. Szok termiczny regenerował ciało i odradzał umysł.
Poranek wstał nieco wcześniej niż zazwyczaj. Podekscytowany ostatnim wyjściem w góry, zbudziłem się tuż po godzinie piątej rano. Maciej, z którym byłem w pokoju, przewrócił się na drugi bok nie myśląc zapewne nawet o trasie, którą podążać mieliśmy na szczyt. Kiedy wyszedłem na krótki spacer, przed pensjonatem, na wprost wejścia stał osioł. Zerknął na mnie leniwie, przeciągnął się i pozostał na miejscu długo jeszcze bez ruchu. Na dziedziniec, położony przy targowisku, zajeżdżały samochody. Kilka osób rozmawiało w grupie; tuż obok zatrzymał się wojskowy Ził. Wewnątrz w szoferce czterech żołnierzy. Niewiele myśląc wyjąłem aparat i w jednej chwili oddałem strzał w ich kierunku. Siedzący z prawej błyskawicznie zasłonił twarz, naciągając czapkę na głowę. Kierowca jakby rażony gromem wyskoczył w moim kierunku. Łamanym angielskim rzucił wściekle dilit, dilit! Gdy doskoczył do mnie, ten pierwszy wychylił się z szoferki i wymachując długą bronią toczył z ust niecenzuralne słowa. Odwróciłem aparat wyświetlając ostatnie zdjęcie. Haraszo, odparł gdy po zdjęciu nie było już śladu, po czym wsiadł do auta i odjechał wojskowym demobilem niknąc za zakrętem.
1-majowe szczytowanie
Stacja Mir (3500 m.n.p.m.), dokąd dotarliśmy kolejką linową ze Starego Krugozora (3000 m.n.p.m.), przywitała nas szpalerem sowietskich i rosyjskich flag. Pogoda wyjątkowa; piękne widoki wyrastają z każdej strony gdziekolwiek nie spojrzymy. A narty? Narty skitourowe niosą nas dzisiaj lekko; bez trudu pokonujemy co bardziej strome podejścia. W zaledwie dwie i pół godziny docieramy do kontenerów w Priucie (4200 m.n.p.m.). Tam noc mija nam spokojnie; czujemy też, że jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani. Punktualnie o 3:45 nad ranem, jak na zawołanie, zapalają się jednocześnie wszystkie czołówki.
Po dłuższym marszu dosięgamy górnych partii Skał Pastuchowa (4750 m.n.p.m.). Podejście jest męczące; stawiamy kilkadziesiąt kroków, w porywach sto i zatrzymujemy się na wyrównanie oddechu. Staramy się iść blisko siebie, w miarę możliwości w zwartej grupie. Osoby, które wyszły z obozu przed nami, a które długo utrzymywały duży dystans, opadają z sił. Jedna z nich idzie na lekko, bez plecaka. W ręku trzyma jedynie pochodnię, którą jak później się okaże, będzie chciała zapalić na szczycie. Trasa nie jest oznakowana, ale odciśnięte raki wskazują nam szlak.
Pogoda jest stabilna, widoczność doskonała. Po czterech godzinach docieramy do trawersu, stamtąd już niedaleko do Siodła (5400 m.n.p.m.) . Dochodzi godzina 9:30. Pokonaliśmy ponad połowę trasy. Właśnie w tej chwili czuję się coraz gorzej i szczerze mówiąc po raz pierwszy, podczas tej wyprawy, dopada mnie silny ból głowy. Czuję się naprawdę źle, robi mi się niedobrze, chce mi się wymiotować. Krok w krok idę z nadzieją, że pokonam te chwilowe słabości.
Po kwadransie docieramy do przełęczy. Symptomy choroby wysokogórskiej nie ustępują; kilka łyków herbaty ze środkami przeciwbólowymi powinny uśmierzyć ból. Gdy zastanawiam się nad rezygnacją z ataku szczytowego dochodzą do mnie słowa:
- a może poszlibyśmy na lekko?
Czyżby pozostali też walczyli ze zmęczeniem i zawrotami głowy - pomyślałem.
Zdążyłem jeszcze schować do wewnętrznej kieszeni aparat fotograficzny. Kamera z twardym dyskiem odmówiła posłuszeństwa już teraz. Stanęliśmy przed stromym i wymagającym podejściem. Szesnaście kroków i szesnaście oddechów dawało szanse na wolne bo wolne, ale jednak przemieszczanie się. Kilkakrotnie zdarzyło mi się podczas tych krótkich postojów, że opierając głowę o kijek trekingowy przez ułamek sekundy, a może nawet sekundę - przysypiałem. Podobnie jak to bywa czasami w trakcie prowadzenia samochodu nad ranem. Nie może być mowy o potknięciu, bądź zsunięciu się w głęboki śnieg, gdyby stopa została postawiona w innym, niż w wyznaczonym trawersem miejscu. To tutaj właśnie Wanda Rutkiewicz potknęła się, a uderzając o głaz podczas upadku, złamała nogę. Ewakuacja trwałaby długo, a rehabilitacja wieki. Ale jak zmusić organizm, który walczy z bólem głowy i symptomami choroby wysokościowej do jeszcze większej koncentracji? Gdy minęliśmy trawers, pojawił się kolejny, dość trudny odcinek. Pokonując go dotarliśmy na plateau - tam nareszcie mogliśmy odetchnąć. Łyk gorącej herbaty, kostka czekolady i ruszamy przed siebie. Po pół godzinie docieramy na przewyższenie, skąd roztacza się widok na odległy zaledwie o kilkanaście minut marszu zachodni wierzchołek Elbrusa - dzisiejszy cel (5642 m.n.p.m). Docieramy o 12:15 czasu lokalnego. Aparaty, które zabraliśmy z plecaków, pozostawionych na przełęczy, wędrują z rąk do rąk. W ruch poszła kamera Ryśka. Gdy spoglądamy w dal, dostrzegamy napływające chmury. Górne partie Skał Pastuchowa i stoki Garabaszi niebawem spowije mgła.
Na plateau dociera, spotkany już dzisiaj, mężczyzna z pochodnią w ręku. Nie mam sił wrócić z nim na szczyt. Dla niego to ważna sprawa. Odpalić pochodnię, zrobić zdjęcie, uczcić święto.
Szczęśliwi, choć zmęczeni, jeszcze tego samego dnia udaliśmy się na pożegnalną kolację do Sułtana. A kiedy butelki starego mielnika stuknęły o ławę, rozpoczęliśmy celebrowanie zdobycia szczytu. Razem, wśród górskich przyjaciół, którym dane było w dniu 1 maja stanąć na Elbrusie -najwyższym szczycie Kaukazu.
PS. Alpinista powraca do swoich gór, ponieważ pamięta, jak wiele zdążył zapomnieć. P. Boardman, 1975 r.