Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych
Najczęściej komentowane
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 19 komentarze Trekking Trekking

Trochę ku refleksji, trochę ku przestrodze chciałbym się z Wami podzielić relacją z "wycieczki" jaką odbyliśmy 13 marca na Babią Górę. 

Oryginalnie zaplanowaliśmy szybkie wejście, zejście, piwko w schronisku na Markowych i powrót do domu - mieszkamy jakieś 120km od Zawoi, więc szykowała się fajna jednodniówka.
Do Zawoi Markowej dojechaliśmy około godziny 9:40, poubieraliśmy się jak należy i ruszyliśmy na szlak. Było umiarkowanie zimno, widoczność rzędu kilkuset metrów, słońce nieśmiało próbowało przebić się przez chmury. Maszerowało nam się dobrze i w 90 minut dotarliśmy do Markowych Szczawin, gdzie zatrzymaliśmy się w nowym schronisku na coś ciepłego do zjedzenia i coś słodkiego do wypicia przed podejściem na szczyt. Nie zabawiliśmy długo i ruszyliśmy po około 30 minutach dalej na szlak. Do Brony doszliśmy w 25 minut i grzbietami zaczęliśmy dreptać w kierunku szczytu. Szło się dobrze, śniegu nie było na szlaku zbyt wiele. Widoczność była już ograniczona do kilkudziesięciu metrów, ale marsz od tyczki do tyczki nie sprawiał problemów. W końcu dotarliśmy do kopuły na szczycie i zaczęliśmy pod nią podchodzić. Wszystko nadal było w porządku i pod kontrolą.

Po wejściu na szczyt doszło do momentalnego załamania pogody. Wiatr przyspieszył do prędkości ponad 100km na godzinę (jak ocenił później jeden z goprowców), temperatura odczuwalna spadła w okolice -30 stopni, widoczność nie przekraczała 3-5 metrów. Postanowiliśmy natychmiast wracać, lecz niestety - nie udało nam się znaleźć szlaku. W sumie podjęliśmy trzy próby zejścia, trzykrotnie wracaliśmy na szczyt gdyż jedynie tam była możliwość jakiejkolwiek osłony przed wiatrem (kamienny murek). Najbardziej wyziębioną koleżankę owinęliśmy folią NRC i wezwaliśmy na pomoc GOPR. Było około godziny 15, ale widzieliśmy że nie mamy najmniejszych szans zejścia. Dysponowaliśmy wprawdzie GPSem turystycznym i dokładną mapą, lecz w tych warunkach nawet on nam nie pomógł. 

foto (c) Adrian Wozniak - adrianwozniak.com

GOPR dotarł do nas już po 40 minutach - mieliśmy szczęście, że inne grupy też wzywały pomocy i kiedy my dzwoniliśmy oni już byli na szlaku. Wiola dostała od jednego z nich kurtkę, po chwili zapadła decyzja że schodzimy na Krowiarki.  

Zejście trwało 9 godzin. Po drodze nawet panowie z GOPR gubili szlak bo wiatr powywracał tyczki. Im to by nie zrobiło różnicy, mieli narty i poruszali się w terenie swobodnie, natomiast idąc z nami zmuszeni byli narty zdjąć i prowadzić nas "na GPSa" z nadzieją że w końcu na szlak wrócimy. Oznaczało to konieczność przedzierania się przez śnieg pokrywający kosówkę, którego w międzyczasie napadało tyle, że nieraz zapadaliśmy się po pas i wyżej. Po którejś kolejnej takiej przeprawie zapadła decyzja o wezwaniu posiłków, wyruszyło w naszą stronę kolejnych dwóch ratowników, a dodatkowe grupy wyjechały z Suchej Beskidzkiej i Cieszyna. Czekaliśmy w okolicach Sokolicy aż dodatkowe grupy dojdą do nas kilka godzin, usiłując osłonić się przed wiatrem jakimiś karłowatymi świerczkami. W końcu dotarła pomoc i udało nam się (ponownie w głębokim śniegu) jakoś dostać do granicy lasu.

Dalej było już lepiej - nie było wiatru i było znacząco mniej śniegu. Problemem był jedynie lód znajdujący się pod nim. Zaliczyłem kilkanaście upadków, lecz w sumie było mi już wszystko jedno, byle szybciej zejść na dół. W końcu po 23 dotarliśmy na Krowiarki. Myślę, że mogę z całą pewnością stwierdzić, że GOPR uratował nam tam życie - wątpię, że byśmy na szczycie w tych warunkach dotrwali do rana,a próba zejścia byłaby skazana na porażkę.

Wnioski? Kilka mi się nasunęło. Przede wszystkim trzeba mieć dobry sprzęt decydując się na zimowe wyjście na Babią. Dzięki temu, że byłem porządnie ubrany dość dobrze znosiłem niską temperaturę - dobre buty i grube skarpety, warstwa bielizny termoaktywnej, grube i nieprzewiewne spodnie, gruby polar oraz nieprzewiewna kurtka z membraną to podstawa! Zawsze trzeba mieć ze sobą naładowany telefon (idąc samemu najlepiej dwa, drugi trzymać jak najbliżej ciała, żeby był w cieple) z wpisanymi numerami GOPR. Trzeba brać rzeczy zapasowe - z całą pewnością rękawice. Z dodatków - czołówka, folia NRC, zapas czekolady, termos z herbatą, niby standard ale często o tym się nie myśli przy planowanych krótszych wyjściach. Nam to bardzo pomogło, przede wszystkim psychicznie - mieliśmy świadomość dobrego przygotowania, z czego wynikało przekonanie, że wszystko skończy się dobrze. Dobra kondycja fizyczna jest także niezmiernie ważna - taki marsz poza szlakiem w głębokim, kopnym śniegu jaki nam się trafił podczas schodzenia dał mi zdrowo w kość, pomimo tego że jestem dość wytrzymały i dbam o formę. 

No i najważniejsze - nie bać się i nie wstydzić dzwonić po GOPR. Jeżeli sytuacja jest trudna spróbować znaleźć miejsce w którym łatwo będzie ratownikom nas odnaleźć i po prostu poprosić o pomoc. Ratownicy którzy nas sprowadzali byli wspaniałymi ludźmi, którzy ani przez chwilę nie dali nam do zrozumienia, że mają do nas jakieś pretensje, nawet pomimo tego że dwie minuty przed naszym zgłoszeniem przyszła w odwiedziny do nich Anna Czerwińska akurat przebywająca na Markowych Szczawinach. Wręcz przeciwnie - stwierdzili, że ich zdaniem jesteśmy odpowiedzialnymi turystami, ponieważ większość ich akcji rozpoczyna się w okolicach godziny 22, po telefonie od kogoś kto przez kilka godzin miotał się i sam próbował znaleźć zejście i zazwyczaj nie jest w stanie powiedzieć gdzie jest. Cała akcja była przeprowadzona profesjonalnie, jestem pod ogromnym wrażeniem tego co widziałem. Nie dość, że uratowali nam życie to sprowadzili nas na dół w jednym kawałku.

Ponieśliśmy w zasadzie najniższy możliwy wymiar kary - kolega odmroził sobie dwa palce, koleżanka rozwaliła nogę o drzewko schowane pod śniegiem, ja mam zapalenie krtani, spojówek i stłuczone ramię po upadku. Tyle co nic, ale dość żeby mieć świadomość, że mogło być o wiele gorzej. Matka Niepogód pokazała nam jak mali i nieznaczący jesteśmy wobec natury.

Rozpisałem się strasznie, gratuluję jeżeli ktoś dotarł do końca i nie zasnął :-) Pisząc tego posta chciałem tym, którzy jeszcze czegoś takiego nie przeżyli dać pewien materiał do przemyśleń i analizy zanim sami zdecydują się pójść zimą na Babią, do czego oczywiście mimo wszystko gorąco namawiam.

A tak wyglądałem jak dotarli do nas goprowcy :-)

foto (c) Adrian Wozniak - adrianwozniak.com

Wszystki zdjęcia są autorstwa towarzysza wędrówki, Adriana

TagiTagi: było beskidy babia gopr 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 15 komentarze Trekking Trekking

 

KIERAT 2010
Dane podstawowe:
Termin 14-16 maj 2010
100km nieprzerwanego marszobiegu po : Beskid Wyspowy i Gorce.
Limit ukończenia trasy 30h z sumą przewyższeń 3500m
Liczba punktów kwalifikacyjnych na UTMB (Ultra-Trail du Mont-Blanc®): 3,
Liczba punktów do PMnO: max 100.

Biegaj z nami wariatami

Pierwsza myśl o wystartowaniu w tych zawodach pojawiła się tylko, jak dowiedziałem się o takiej imprezie, a był to styczeń-luty. Planowany start miał być w przyszłym roku. Kontuzje, które dopadły mnie pod koniec zimy, zmusiły do zmiany planów. Zamiast maratonu w Dębnie, a następnie w Krakowie, padło na KIERAT. Decyzje o udziale podjąłem na 3 tygodnie przed zawodami, wpisowe wpłynęło rzutem na taśmę.

Hasło KIERAT w naszym klubie nie znalazło zwolenników, nie znalazłem nikogo w naszym mieście chętnego do udziału w tych zawodach, w związku z tym nawiązałem kontakt z ludźmi. z forum biegaj z nami : wątek ultra i góry Wątek ten śledzę od dawna, jak tylko podjąłem decyzję o starcie,podłączyłem się do konwersacji. Umówiliśmy się na 2h. przed startem na parkingu, gdzie był start i meta.

Na KIERAT wyruszam wcześnie rano,kilka minut po 8-ej z przesiadką w Krakowie na busa. W Krakowie kierat-owcy opanowali busa, Kierowca był chyba mocno zdziwiony :

- gdzie oni się pąkują w taka pogodę?,

prawie 20 osób każdy z dużym plecakiem i z uśmiechem na twarzy :

-proszę bilet do Limanowej.

W drodze na zawody każdy zdaje sobie sprawę, że czeka nas ciężka przeprawa, padający deszcz nie przestaje padać, Mało tego w tym terenie pada od tygodnia.
W busie poznaje Krzyśka z Katowic (debiutant) jak się później okazuje dotrzymuje nam kroku gdzieś do 1-2 punktu kontrolnego, gdzie ślad po nim zanika aż do pkt. 4 gdzie wita nas wesoło?!

Skąd się tam wziął, jak i co się z nim działo później do dziś zostaje zagadką.

Po dotarciu do bazy maratonu odbieram pakiet startowy i instaluje się w szkole, tam czynie ostatnie przygotowania. Poznaję kolejnego kierat-owca, również debiutanta, przyjechał ze Szczecina, nockę spędził w pociągu. Do umówionego spotkania ekipy biegaj z nami została godzina, udaję się do pobliskiej restauracji w celu zjedzenia sytego obiadku. Cel realizuje i to strzałem w dziesiątkę, zamawiam regionalne jadło: placek ziemniaczany z gulaszem i surówką po limanowsku, dostaje ogromny półmisek, a jedzenie tak pyszne, że do dziś się oblizuję. Polecam,

16.00 forum-owicze biegaj z nami szukają się po parkingu, w końcu się odnajdujemy. Od tego momentu tworzymy nieformalna grupę biegaj z nami.

18.00 start. Nasza ekipa niemal na samym końcu, dopinguje nas Tusik na swoim rumaku rowerze z trąbka i biało czerwoną czapką, robi taki hałas, że tą trąbkę słyszę jeszcze na pierwszym punkcie kontrolnym oddalonym o 4km.
Nasza grupa liczy ok. 12 osób, uściślamy nowe znajomości, krótkie pogawędki. jak się da to biegniemy, dziewczyny inicjują przyśpiewkę BIEGAJ Z NAMI WARIATAMI jest wesoło. Po chwili zaczyna się podejście grupa się rozrywa, na 1 pkt. jest takie zamieszanie, że część grupy znika, w grupie której zostałem jest 8 osób w tym jedna kobieta . Jest chłodno i duża mgła, po chwili ruszamy do pkt. 2.

W drodze na 2 pkt. zapada zmrok, docieramy tam już w zupełnej ciemności,. Podbijamy karty, chwila odpoczynku i ruszamy do punktu nr 3, tak jak wszyscy odpalamy czołówki, widok który wtedy ujrzałem zapamiętam do końca życia, ponad setka osób idących w kolumnie w zupełnej ciemności z zapalonymi czołówkami na głowie robi piorunujące wrażenie, cos niesamowitego, oglądając taką kolumnę która przemieszcza się gdzieś po polach, lesie zastanawiałem się przez chwile gdzie ja jestem
. Szybka praca umysłu dała odpowiedź KIERAT!.
Niemal od samego początku coś kapie z nieba, na podejściach podchodzimy, tam gdzie się da to zbiegamy, Mało kto biegnie, tym samym nasza 8-ka zostaje sama gdzieś w terenie. W drodze na trójkę gubimy się po raz pierwszy i w tym momencie tak naprawdę zaczyna się KIERAT. Pierwsze błędy, pierwsze powitanie z mapą, pierwsze decyzje, konsultacje i uśmiech w stronę kompasu. Nie tylko my szukamy drogi, takich jak my jest wielu. Na trójkę obieramy dłuższą ale bezpieczniejszą drogę, zamiast błądzić po polach i lasach przemieszczamy się główną droga, tym samym dorzucając kilometry do dystansu. Z oddali widzimy grupy grupki przemieszczające się po lesie, ich ruchy poznajemy po zapalonych czołówkach, są widoczni jak świetliki, widok super. Po naszej lewej stronie przepiękna panorama Nowego Sącza w blasku lamp i świateł. Po drodze zatrzymuje się samochód z piskiem opon, w środku miejscowi młodzi gniewni, chyba są mocno zdziwieni tym co się dzieje w okolicy, bo pytają się:

-co to za akcja?

Ktoś od nas rzuca hasło pacyfikacja, wysiedlenie itp., humor nam dopisuje. Też bym się zdziwił gdyby w mojej okolicy nagle 500 osób z czołówkami kręciło się po okolicy, jak to śpiewa Andrzej Grabowski w piosence Himilsbacha jest dobrze.

Droga na trójkę okazuje się niezwykle trudna, podmokły teren, błoto, rowy z woda, mokre pola, mocno utrudniają marsz. Ludzie zaczynają gubić buty. Każdy zastanawia się co to będzie dalej. Jedna osoba z naszej grupy tak staje niefortunnie, że załatwia sobie kostkę, dalszy udział stoi pod znakiem zapytania. Również nasza jedyna kobieta w drużynie narzeka na trudy maratonu.
Docieramy do trojki, punkt umieszczony na wzniesieniu głęboko w lesie, tam kolega ze spuchniętą kostką oraz koleżanką podejmują decyzje, że dadzą rade dojść do pkt. 4 i tam się wycofają. Wielki szacunek za wytrwałość.

Na punkcie 4 żegnamy kolegę i koleżankę (przepraszam nie mam pamięci do imion). Jest to pierwszy punkt, gdzie można uzupełnić wodę, co bardzo szybko i starannie czynimy. Mała przekąska i idziemy dalej do pkt. nr 5.
Niemal na każdym punkcie jest ognisko przy którym można się ogrzać, po drodze przechodząc przez miejscowości napotykamy śpiących kierat-owców w rożnych miejscach: na przystankach, na ławkach, na schodach, najbardziej utkwił mi w pamięci kierat-owiec śpiący na ławce z włączona czołówką, ktoś od nas chciał ją wyłączyć, ale zrezygnował bo pewnie by go obudził.

Kolejno zaliczamy punkty, momentami klucząc po okolicznych łąkach, polach i lasach. Noc mija tak szybko, że nawet nie wiem kiedy zaczyna świtać. Pierwszy śpiew ptaków zanotowaliśmy 3:24 ( to taka informacja dla ornitologów ;
).

Suma podejść w tej edycji wynosiła 3500m. Trasa wyglądała tak, że podchodziliśmy po czym schodziliśmy, by znów podchodzić. Do najtrudniejszych należały dwa podejścia, pierwsze między punktem 4 a 5 gdzie trzeba było pokonać 9 km pod górę o przewyższeniu 450m, oraz wspinaczka na góre Gorc (1228 m n.p.m.) również 9 km mocno pod górę o przewyższeniu 650m.Byl to niewątpliwie najtrudniejszy szczyt w maratonie, ale nie najtrudniejszy moment.

Najtrudniejszym momentem, gdzie wszystko mogło się zdarzyć, gdzie ludzie mieli śmierć w oczach, był ostatni punkt kontrolny o numerze 13.

Z 12 wyszliśmy o 19:25 już wtedy zaczął padać deszcz, z każdym krokiem był coraz mocniejszy, Nikt nie spodziewał się, że sprawa może przybrać taki obrót jaki przybrała. KIERAT pokazał nam swoje oblicze. Po ok. 2 km po wyjściu z pkt. 12 deszcz zaczął przybierać na sile, do tego zaczął wiać mocny zimny wiatr, nagle ,gdy znaleźliśmy się na odsłoniętym terenie na wzniesieniu, pojawiła się ściana deszczu z bardzo mocnym porywistym przeszywającym do szpiku kości strasznym zimnem. Tak padało i wiało, że nie widziałem gdzie idę, do tego zupełny zmrok.
Myślałem, że to chwilowe, że parę minut i przestanie, a tu nic, tak jak my napieraliśmy przez cały kierat 100km tak teraz natura napierała na nas. Na szczęście nasza 6 osoba grupa nie była wtedy sama ,oprócz nas było jeszcze ok. 20 osób które zmagały się z tymi samymi przeciwnościami losu co my. Jedyną nadzieją wszystkich w tym momencie był punkt nr 13 gdzie będzie można się ogrzać lub zmienić ubranie, ukryć się przed pogoda, po prostu uciec przed tym cholernym zimnem. W zasięgu wzroku nie było żadnych zabudowań.

Mimo fatalnej pogody napieramy dalej, wznosimy się coraz wyżej ponad poziom morza, według mapy jesteśmy blisko punktu ale..... naprzeciwko kolejni błądzący kierat-owcy, mówią ze przeszli wszystko dookoła i nie ma.

Jak to nie ma ?

Zaczyna się panika, wiatr i deszcz nieprzerwanie pada, chłopak który doskonale nas nawigował, krzyczy:

-wchodzimy w las, tutaj musi cos być!

Cała ekipa ponad 20 osobowa wbiega w las, pełnym wody, błota i wychodzącymi z koryta potokami, jeśli była tam ścieżka, jeśli był tam szlak to był tylko na mapie, w rzeczywistości w tym momencie wszystko zaczęło zamieniać się w błotniste podłoże i rwące potoki. Błądzimy w tym lesie, punktu nie widać, jest coraz gorzej, przerażenie i panikę daje się odczuć, po chwili trafiamy na punkt nr 13, a tam nikogo nie ma : dwa badyle, jakaś plandeka zarzucona i wypalone ognisko, zero szans na schronienie się przed zimnem. Co robić? Organizator mówił że w przypadku, jeśli jesteśmy pewni punktu, a nie będzie go w miejscu w którym stwierdzimy, że powinien być, należy zadzwonić, wiec dzwonimy, w tym samym momencie ktoś gwizda z oddali,
jest!!! ,
to ludzie z punktu nr 13 , schowali się przed załamaniem pogody w oddali wśród drzew w namiotach. Każdy podbija kartę, ale co dalej do mety jeszcze 9 km, a my ledwo żyjemy.
Zaczyna się walka o życie, cel nr jeden uciec przed hipotermia (w pierwszym stadium uczucie przeszywającego zimna, drgawki, przerażenie, potem zmiana zabarwienia skóry na blado-siny, w końcu zaburzenia pracy serca mogące, w razie nieudzielenia natychmiastowej pomocy, doprowadzić nawet do śmierci. Całkowicie przemoczone ubranie przy temperaturze otoczenia plus 4 stopnie to wbrew pozorom znacznie większe zagrożenie dla organizmu, niż 20 stopni mrozu, ale w suchej i ciepłej odzieży info z forum napieraj.pl ).

Zaczynamy zbiegać w dół szlakiem zielonym?! Teren podmokły, wręcz bagnisty, stopa zapada się tak głęboko, ze można zgubić buty. Nikt już nie patrzy po czym biegnie, każdy chce jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu

Ścieżki, szlaki zamieniają sie w potoki, wiatr i deszcz nie dają nam spokoju, chyba zaczyna nas odcinać od świata. Po chwili wybiegamy z lasu jesteśmy na dole, ale jeszcze daleko do mety, gubimy szlak, trafiamy na asfaltowa drogę . Zaczynam odczuwać objawy zimna, szczęka zaczyna skakać samoczynnie, czuje okropne zimno, zachowałem zimna krew, okryłem się folia NRC, gdy stoimy podskakuję, gdy ruszamy biegnę. Takich  jak ja widzę parę osób z folia NRC, generalnie wszyscy truchtają. Widzimy jadące dwa samochody, blokujemy drogę, zatrzymujemy samochód nr 1 prowadzącym przez kobietę, pytamy o drogę do Limanowej, nie ufamy jej, puszczamy ją, a zatrzymujemy samochód nr 2 , ten również nie jest w stanie określić nam drogi, dziękujemy i przepuszczamy go. Trafiamy do jakiejś chaty, pytamy o drogę, pani wskazuje nam szlak. Na komendę tędy ruszamy, jak szalone krowy, nie widzę nikogo kto by szedł, wszyscy truchtają, załamanie pogody nie daje za wygrana, musimy trzymać się dzielnie i utrzymywać temperaturę ciała. Po kolejnym mokrym błotnistym i ciężkim szlaku docieramy do głównej drogi, do mety jakieś 5-6 km. Nasza grupa biegaj z nami i nawigator wraz z dziewczyną postanawiamy biec do samej mety, reszta zostaje w tyle. Musiałem komicznie wyglądać biegnąc okryty tą folia, bo mijający kierowcy dziwnie się patrzyli heh.

Była to walka nie tylko o znalezienie punktu 13-go ,ale również walka o życie. Całą tą grupę do 13-ki prowadził chłopak z dziewczyną (pseudonim mruk ), gdyby nie on nie wiem, czy znaleźlibyśmy ten punkt tym samym niewiadomą pozostaje, czy byśmy ukończyli Kierat. Wielki szacunek i jeszcze większy podziw dla dziewczyny.

Na metę wpadamy wszyscy razem, przed nami chłopak z dziewczyna i nasza wspaniała 6 osobowa wesoła grupka. Czas 28h i 50 kilka minut.
Radość radość i jeszcze raz radość , z ukończenia jak i z tego, że jesteśmy bezpieczni, wspólne gratulacje, ciepły posiłek, prysznic i upragnione spanie.

Gdyby na spokojnie usiąść to można by drugie tyle napisać choćby o : pysznym słynnym żurku na pkt. nr 12, przeprawie przez rzekę (pokonałem ja boso), kierat-owcu , który zatruł się czymś , leżał i zwijał się z bólu ( wielkie dzięki za pomoc w nawigacji oraz szacunek, że podniosłeś się i dałeś rade bez jedzenia!!), o kobiecie w ciąży, która również wystartowała!!! Błędach, które popełnialiśmy w nawigacji dorzucając do tej setki dobre 15-20km........

Bardzo miło było poznać Damka, kobiety i resztę ekipy ( imion nie pamiętam, jak wspominałem mam słabą pamięć do imion ), szkoda że na 1 pkt. było takie zamieszanie.

Wielkie dzięki i pozdrowienia dla wszystkich kierat-owców których spotkaliśmy na trasie.
Wielkie słowa uznania dla organizatora tej imprezy, Szóstka z plusem, fantastycznie przygotowana organizacja, bardzo mili i pomocni wolontariusze ( pozdrawiam dziewczynę z pkt. nr 8
).Trasa przepiękna z adrenaliną, rewelacja.
Wielkie dzięki chłopaki za wspólna przygodę w składzie: Adam, Bennet, Rysiek, Andrzej, Trebi. wlodec jeśli imiona przekręciłem to przepraszam, szczególne dzięki Bennetowi i Andrzejowi za nawigację.
myślę ze za rok............................

Mimo tego załamania pogodowego, myślę że pogoda i tak była łaskawa dla nas, biorąc pod uwagę ze przed Kieratem podobno padało od tygodnia, a na samej imprezie deszcz był uciążliwy na 4h przed końcem imprezy.

Wystartowalo 503 osoby, ukonczylo 231!

Zwycięzcy mieli czas 14:51, nasz czas to 28:57 i 207 miejsce

ps. wszyscy byliśmy debiutantami
ps.1 w drodze powrotnej z Limanowej miałem przesiadkę w Krakowie, ponad godzinę czekania na PKS spędziłem na prelekcji o wężach , bardzo ciekawych rzeczy sie dowiedziałem :-)

Pozdrawiam
wlodec

 

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 9 komentarze Trekking Trekking

Sobotnia Mała Fatra oraz niedzielne Sulovskie Skały :-)  

 

Lampa bezlitosna.

 

SOBOTA

Wielki Rozsutec

 

 

NIEDZIELA

Gotycka Brama

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Rowery górskie Rowery górskie

VIII Rajd Rowerowy "W jeden dzień dookoła Tatr" - Rajd Kurierów Tatrzańskich

Trasa: długość 210 km; start - Kościelisko, Kiry (wylot Doliny Kościeliskiej) - Zakopane - Jaszczurówka - Zazadnia - Łysa Polana - Ždiar - Tatranská Lomnica - St. Smokowiec - Podbanské - Pribilina - L. Mikulász - Przełęcz Huty - Zuberec - Oravice - Suchá Hora - Witów - Kościelisko, Kiry

 Długo nie zastanawiałem się nad rajdem. To była szybka decyzja. Trudność, która przysporzyła mi dużo myślenia, była kwestia logistyczna, jak dostarczyć bicykla do Zakopanego. Z pomocą przyszedł Mad_Mistrel, który również, podjął odważną decyzję i  postanowił wziąć udział. Wszelkie planowania dostarczenia bicykla  na miejsce wykopałem przez okno. (był nawet pomysł wpakować rower do luku bagażowego PKS-u Smile).

 Pomysł Mada i jego ojca udał się. Polegał on na wyjęciu tylnich siedzeń z  Felicji i wpakowaniu rowerków. Trochu myślenia było, ale poszło szybko i sprawnie ;-). Pakowanie odbyło się w czwartkowy wieczór.

 W piątkowy poranek, byłem już w trasie PeKaeSkiem do Zakopanego. Mad z ojcem dotrą w sobotni poranek, wyjeżdżając z CzeFki o 3 w nocy.

Droga polską linią autobusową po polskich drogach na trasie Częstochowa -Kraków-Zakopane,  jest męcząca. Roboty drogowe tuż przed Krakowem i rozkopane całe Zakopane , powodują, że trasa wydłuża się z 5h na 6.5h.

 Gdy widzę góry to nosi Mnie, zamiast odpoczywać przed trudnym rajdem, to oczy i nogi niosą Mnie na tatrzańskie szlaki. W głowie Kasprowy, na szczęście opanowałem pomysł i wybrałem lżejszą trasę na Giewoncik. Krupówkowych turystów na szlaku trochę było, ale nie było nawałnicy. Na szczycie ok. 20osób, przepustowość na łańcuchach bez kolejek. Długo zastanawiałem się jak można w  białych tenisówkach, klapkach, czy bez wody chodzić po Tatrach. Nie wiem może trenują do jakichś specjalnych zawodów , o których nic nie wiem.:-). Np. Krupówkowy Bieg  w Klapkach o Suchym Pysku na Giewont.Laughing

Wieczorem melduję się u Narcyza - organizatora rajdu, który zapewnia mi nocleg. Bardzo sympatyczny wesoły człowiek oraz jego rodzina, również giga sympatyczna, tworzą klimat, że człowiek czuje się jak w domu. Dom Narcyza na czas rajdu , jak to on sam powiedział jest domem publicznym.Wink. Wszyscy stanowimy jedną dużą rodzinę.

Z zawodników tylko Ja nocuję u Narcyza, reszta rozsiana gdzieś po okolicy. Wieczorem odczuwam tatrzańskie szlaki, nóżki bolą. Myślę. Co to będzie jutro, czy dam radę?. Miałem iść na herbatkę do gospodarza............. nawet nie wiem kiedy usypiam przy analizowaniu map.

Pobudka  5:50 Mad melduje, że będą za 10 minut w Kirach z rowerkami. Szybka musztra i jestem przy wylocie /wlocie Doliny Kościeliskiej. Szykujemy rowerki i udajemy się do bazy Narcyza, gdzie jest biuro zawodów. Wraz z upływem wskazówek zegara, zjeżdżają się zawodnicy. W sumie jest nas 25 osób w tym jedna kobieta. Rajd ma rangę międzynarodową za sprawą  zawodnika, który przybył z Republiki Czeskiej.

Kilku minutowa odprawa i udajemy się na start - Kościelisko, wylot Doliny Kościeliskiej (restauracja Harnaś); start godz. 8.00

3...2...1....start, krzyknął sympatyczny czeski mężczyzna (kibic), peleton rusza, za nami wóz techniczny. Przez Zakopane staramy się przejechać  zwartą grupą, aby nie utrudniać ruchu drogowego. Tempo jest tak szybkie, że ledwo nadążam. Co tu się dziwić jak tam sami wyjadacze na kolarzówkach, w porównaniu z moim góralem (koła szerokie 26 calowe) nie mam szans na ‘'ściganie się z nimi". 

 Nie jestem samotny w ogonie peletonu, wraz ze Mną dzielnie kręci Mad_Mistrel. W drodze na Łysą Polanę , która wiedzie przez: Jaszczurówkę (ok. 1 km podjazd), Cyrhlę › Brzeziny › Zazadnia › (ok. 5 km podjazd,) Wierch Poroniec, peleton nam odjeżdża. Po drodze jest kilka defektów, mijamy się z kolarzami naprawiającymi swe bicykle. W związku z tym nadal towarzyszy nam uczucie, że jedziemy w peletonie.

 Na którymś podjeździe dochodzimy Olka z Bańskiej Bystrzycy (czy jakoś tak). Olek 61 lat , 5 lat po zawale, bardzo sympatyczny, ubrany w narodowy strój z napisem Podhale. Myślałem, ze pojadą drużynowo, bo oprócz niego w takim samym stroju było jeszcze dwóch, ale gdzie tam zostawili Olka z tyłu Smile. Twardziel z niego, 8 sierpnia bierze udział w pielgrzymce  rowerowej  Zakopane- Hel. 1000km w 10 dni.  Na zjazdach gubimy go, ale dochodzi nas na górkach. Wspólnie pokonujemy ok. 70km. Trasa wiedzie nas przez: Łysa Polana - przejście graniczne› Tatranska Jaworina› Podspady› Żdiar, ostry zjazd ok. 5 km› Tatranska Kotlina › Tatranska Lomnica › ok. 10 km podjazd Stary Smokowiec ›. Mijamy kolejno  te miejscowości podziwiając okolice i piękne widoki. Stary Smokowec jest szczególnie urokliwy. Mad mówi, że jak będzie stary i miał pieniądze, to kupi sobie tutaj domek. Dajemy ostre zmiany. Olek dzielnie się trzyma, aż do ok. 20 km podjazdu na Strbskie Pleso. Odjeżdżamy mu, narzuciłem tempo  prawie 13km/h. Mad cały czas z tyłu na kole.

 Tuż przed szczytem mijamy kolarza z naszego peletonu, na podjazdach jest cienki, ale nadrabia na zjazdach. Będziemy się z nim mijać podczas rajdu jeszcze kilkakrotnie. Sympatyczny chłopak z czapką z daszkiem Smile. Po minięciu Strbskie Pleso, główną drogą w dół, kierunek Liptowski Mikulasz przez  › Pribylina › Vavriszowa › Liptowski Hradok . Dluuuuuuugi zjazd, licznik waha się między 40km/h, a 60 km/h. Momentami nawet ponad 60km/h. Tego dnia biję swój rekord prędkości  65.4 km/h.

Radość ogromna!. Podczas tego zjazdu powstaje pomysł wskoczenia do potoku „na golasa". Podejmowaliśmy kilka prób, znalezienia odpowiedniego miejsca, niestety zawsze ktoś się kręcił. Na następną edycję rajdu postanawiamy zabrać strój kąpielowy. W Liptowskim Hradoku podziwiamy  zamek, potok i pomnik. Pięknie tam jest. Po naszej prawicy cały czas towarzyszą nam Tatry.

W drodze  na  Liptowski Mikulasz, podziwiamy autostradę oraz piękne nowe bloki. Kolorystycznie wygląda to super, bo każdy blok ma inny kolor. Jeszcze nikt w nich nie mieszka, mówię  do Mada : no to Ja mogę tutaj dostać mieszkanieWink. Kilka km dalej stoi wóz techniczny, a  w nim same smakołyki: woda, batoniki, isostar.... Uzupełniamy braki.

Przy wozie technicznym dwóch kolarzy- znajomi Olka, te same barwy. Będziemy się mijać z nimi jeszcze kilkakrotnie na trasie. Nie jest wcale z nami tak źle, biorąc pod uwagę, że zatrzymujemy się w ciekawszych miejscach i do tego dochodzimy jeszcze kolarzy. Kinga kierowca wozu technicznego opowiada nam o kolarzu, który zgubił się już dziś 3 razy i jest .........w czołówceWink. Ostrzega nas również przed niedźwiedziami na przełęczy Huty. W Liptowskim Mikulaszu, kolejna próba zmoczenia tyłka . Nie udana. Pozostaje nam widok na jezioro. W tatralandii impreza, dj i wstęp za free. Znowu żałujemy, że nie mamy kąpielówek.

Po krótkim odpoczynku ruszamy przez Liptowskie Matiaszowce na przełęcz Huty> podjazd ok. 10 km. (nachylenie do 12%). Jest to najtrudniejszy etap trasy. Na tym podjeździe naprawdę można wypluć płuca. Ja czuję się jak ryba w wodzie, uwielbiam takie podjazdy, w takiej pięknej tatrzańskiej scenerii, sama rozkosz. Ogarnia Mnie uczucie wielkiego tour-u,  Tour de France, tym bardziej że przypomina słynny podjazd na  L'Alpe d'Huez- Podjazd z 21 zakrętami prowadzący z Le Bourg-d'Oisans do L'Alpe, jest jednym z najsłynniejszych na Tour de France, Długość podjazdu wynosi 13,8 km. Średnie nachylenie 7,9 % prowadzi na metę ustanowioną na wysokości 1850 m n.p.m. Nasz podjazd wynosi ok.10km i nachylenie do 12%!!!. Oczywiście nie ma 21 zakrętów, ale jest ich sporo i też ma charakter serpentyny. Następnym razem policzę ile jest zakrętów.Laughing

Narzucam tempo, Mad_Mistrel siedzi mi na kole, po drodze mijamy dwóch kolarzy z naszego rajdu, prowadzących rowery!!. Chłopaki nie mieli siły podjechać!!! Wspinamy się ok. 8-9km/h, sukcesywnie podnoszę tempo, nawet nie wiem kiedy Mad zostaje z tyłu, za kolejnym zakrętem oglądam się za siebie Nie ma go. Naciskam na pedał, licznik waha się w okolicach 10km/h. Mijam następnego kolarza z rajdu, który podjeżdża 4km/h! Wygląda jak pijany na rowerze, rzuca go na prawo i na lewo, ale nie poddał się, nie prowadzi rowerka tak jak poprzednicy, cały czas wspina się na szczyt. Mijam go, czuję się kapitalnie, przed oczyma mam obrazki z Tour de France (dla Mnie impreza sportowa nr1 na świecie),gdy kolarze wspinają się w słynnych Alpach.

Przypominają mi się wspaniałe pojedynki Armstronga z Urlichem. Co jakiś czas przejeżdżają samochody, mały ruch pozwala wykorzystać cała szosę do wspinania. Na  szczycie trochu ludu, pożerają Mnie wzrokiemJ.Za szczytem ostry zjazd na Zuberec. Zjeżdżam z prędkością 50km/h. Po kilku km zatrzymuję się i czekam na Mada. To nie wyścig tylko rajd, na miejscu Mi nie zależy. Cel to ukończyć i zobaczyć jak najwięcej. Wygląda na to, że forma jest bo za sobą w tym momencie mam 5 zawodników, wszyscy koła 28 cali i cienkie, a Ja na swoim góralku. Po kilku minutach dojeżdża Mad. Dalej zjazdem ostro w dół na Zuberec. W Zubercu zatrzymujemy się w restauracji na smakołyki. Naleśniki z bitą śmietaną i dżemem oraz frytki.

Trasa następnie prowadzi na Oravice ok. 10 km podjazdu, następnie Vitanova i na przejście graniczne Sucha Hora - Chochołów. Po drodze m.in. jeszcze jedna 12% podjazd, ale krótki. Zostaje prosta droga na Kościelisko Kiry. Droga ta dłuży nam się niesamowicie, humor nam dopisuje (dopisywał nam całą drogę), pojawiają się nawet inicjacje piosenek m.in. o ...........Narcyzie Wink.

Meta znajduje się u Narcyza w domu, dojeżdżamy, na mecie impreza już na dobre w garażu (biuro zawodów),widząc nas dostajemy gromkie brava , zastanawiamy się ,czy jesteśmy ostatni, ale okazuję się, że dwóch jest jeszcze w trasie, zostaną zdjęci i przywiezieni autem. W związku z tym oficjalnie zostajemy okrzyknięci ostatni na mecie. Nasz czas to 12h16min., dostajemy dyplomy, koszulki z nazwą wyścigu i.............................. PUCHAR!!!!!!!!!!! Puchar za „ostatni na mecie". Zdziwienie, radość i zmęczenie tak wymieszało się, że nawet nie wiem jakie mamy miny.

dyplom puchar

W garażu party: projektor z ekranem, na którym wyświetlany był przebieg rajdu (relacja jak na tourze heh ), mnóstwo smakołyków do wyboru do koloru, piFko, a na koniec ognisko z kiełbaskami na które już nie zostaliśmy.

Fantastyczna przygoda, z pięknymi widokami i scenerią nie do opisania. Moje serce jest tak blisko Słowacji, po rajdzie jest jeszcze bliżej. Narcyz wraz z rodziną tworzą super klimat. Dzięki Mad za towarzystwo na trasie, było super. Dzięki również za transport. Następny rajd już za rok ;-).

Gdyby nie informacja na naszym portalu o takim rajdzie , nie wiedziałbym, że taki istnieje. Drogie koleżanki, koledzy wrzucajcie info o wydarzeniach, nawet tych mega mało kameralnych!!!bo WARTO!!

 

wlodec

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Trekking Trekking

Tym razem zrobiłem wraz ze znajomymi jednodniówkę na Luczańskiej Fatrze.


Relacja z galerią poniżej   (kliknij obrazek - jak zwykle)

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Rowery górskie Rowery górskie

Sobotę urozmaiciłem sobie rowerowym wypadem na Jurkę, czyli Jurę. Muszę nadmienić, że jeszcze w piątek do późnych godzin wieczornych rozważałem propozycję  Klubu Turystyki  Aktywnej z Blachowni, który organizował wycieczkę na górę św. Anny. Do wykręcenia było prawie 200km.

Sobotnie kręcenie traktowałem jako podkład przed zbliżającym się rajdem rowerowym dookoła Tatr (3 lipca,210km). Poprzeczkę postawiłem sobie, by wykręcić co najmniej 120km. Wyszło 170km!

Planowy wyjazd z CzeFki  ustalony był na godz. 6 rano. Jednak przesunął się na godz.8, gdyż przymknęło się oko  na dłużej niż planowałem. Wiedząc, iż nikt nie dołączy do mojej spontanicznej wycieczki, nie przejmowałem się zbytnio opóźnieniem  dwu godzinnym.

Kierunek Olsztyn, skąd zaczynam jazdę czerwonym rowerowym szklakiem Orlich Gniazd. Trasa idzie lasami oraz drogami  asfaltowymi prowadząc mnie przez takie miejscowości jak: Przymiłowice-Kotysów, Rędziny, Zrębice, Krasawę I I II, Szczypie. Suliszowice.  Na którymś etapie w jednej  z miejscowości , gdzieś pomiędzy  Rędzinami, a Suliszowicami, foto-radar robi mi zdjęcie!!!Jestem lekko w szoku, pierwsza myśl, słońce odbiło się od lustra?!, ale lustro nie błyska takim fleszem, poza tym słońce nie miało takiej mocy na tą chwilę, była godz. ok. 9.30 i trochę chmur na niebie, momentami zasłaniając promienie słoneczne. Na 99% to był foto-radar. Jest tam taka górka, że można naprawdę wykręcić 50km/h. Tego dnia kilkakrotnie biłem rekord prędkości. Pierwszy raz w życiu radar zrobił mi takie zdjęcie ;-). Będą mieli ubaw, widząc kolarza w koszulce Astany, przekraczającego prędkość w terenie zabudowanym.:-).

W Suliszowicach szlak odbija mocno w las, kierując się na Ostrężnik. Jest trochę do podjechania, ale nóżki i rowerek doskonale współpracują ze sobą. W Ostrężniku odbijam na pieszy szlak czerwony wiodący przez Trzebniów, Moczydło do Niegowej, gdzie szlak pieszy łączy się ze szlakiem rowerowym.

W dorsze  z Niegowej do Mirowa i Bobolic osiągam rekordową prędkość dla mnie. Przyjmując aerodynamiczną pozycję zjazdową osiągam 55,6 km/h. Absolutny rekord.

 Podziwiam piękne zamki w Mirowie i Bobolicach. W Bobolicach remont zamku prawie na ukończeniu, oficjalne otwarcie we wrześniu. Poza tym Mirów jest znanym miejscem ze względu na skałki, gdzie zawsze można spotkać wspinaczy.

Z Bobolic kieruję się na Podlesice przez Zdów. W Podlesiach jakaś impreza, fajnie  kręci się więc nawet nie zatrzymuję się zobaczyć co się dzieje. Docieram do Morska pod kolejny zamek na Jurze.

W Morsku odpoczywa jakaś pielgrzymka, również przysiadam na kilka minut łyknąć napoju izotonicznego i przegryźć trochę węglowodanów. Po odpoczynku ruszam na Podzamcze przez Skarżyce i  Żerkowice. Wjeżdżam na zawierciańskie ziemie, gdzie kręci się wspaniale, ze względu na ukształtowanie terenu, licznik nie schodzi poniżej 40km/h.

W Podzamczu robię dłuższa przerwę ( ok.20 min.)., zastanawiam się co dalej, brnąć na Kraków i dzwonić do przyjaciół o nocleg, czy objechać coś w pobliżu. Pada na Pilice. Słyszałem, że są tam ładne tereny. Po przerwie podczas której analizowałem mapy oraz podziwiałem zapaleńców skałkowych odbijam na pieszy szlak czerwony, który prowadzi wprost na Pilicę.

Szlak prowadzi przez lasy, następnie odbija na asfaltową drogę, chwilę prowadzi przez drogę o kącie nachylenia 9%. Mijam Kocikową i wjeżdżam do Pilicy, która robi na mnie duże wrażenie. Po prawej stronie wita mnie zalew Pilica, po lewej stronie nowiutkie obiekty rekreacyjno sportowe z pełnowymiarowym boiskiem i bieżnią, na którym zaczynał się właśnie mecz piłki nożnej, Piliczanka Pilica ,czy jakoś tak ;-). Po minięciu obiektów sportowych wjazd do  centrum Pilicy, duży przestrzenny piękny rynek, obok stary odmalowany kościółek. Warto również zobaczyć dworek, zespół pałacowo parkowy ( 1325-27, przebudowany w 1612r.- niestety ruina L, oraz klasztor Matki Bożej Śnieżnej (1739-46r.)

Z Pilicy wracam już nie szlakiem tylko trasą na Podzamcze i do Ogrodzeńca. W Podzamczu „łapię gumę", na której dojeżdżam, aż do Zawiercia (ok.10km). Między Podzamczem, a Zawierciem mijam trzy stacje benzynowe, na pierwszej na pytanie, czy jest kompresor pan mówi, że nie w tej chwili, na drugiej nie ma kompresora, a na trzeciej obsługa mówi, że już dziś za późno ( nie łapię o co biega ). Uważajcie jak złapiecie gumę w tej okolicy ;-).

Dopiero na czwartej stacji już w Zawierciu, jest kompresor i dokonuję szybkiej wymiany dętki. Pompkę oczywiście miałem w plecaku, ale po pierwsze  guma nie była tak uciążliwa aby natychmiast dokonać wymiany, a po drugie pompka jest kiepskiej jakości i wolę unikać jej ;-).

W Zawierciu zbieram jeszcze resztę sił i kręcę do Myszkowa. W Myszkowie ze względu na pożną porę i wyczerpanie pakuję się z rowerem do pociągu. W sumie na rowerze spędziłem 13h wykręcając  170km. Następny cel na Jurze to przejechać ją od Częstochowy do Krakowa.

Jura jest piękna, przyciąga swą urodą oraz tajemniczością, bo jak wytłumaczyć jadąc szlakiem suchym jak pieprz ,  nagle pojawiają się kałuże, błoto ......przecież nie padało, dokoła na próżno szukać rzeki , stawu, czy zalewu. Można tam wrócić się do przeszłości, przejeżdżając przez małe miejscowości, wsie, sięgnąć pamięcią do dzieciństwa. Takie obrazy jak „babuszki" stojące przy płocie, dziadki wysiadające na drewnianej skonstruowanej własnoręcznie ławce przed swoim domem, miejscowi smakosze piwa pod sklepem lub przystanku autobusowym, szczekające  kundle wbiegające pod koła, wiejskie zapachy, cisza,  pola, lasy, skałki, ruiny zamków to wszystko sprawia, że kocham te jurajskie klimaty.

wlodec

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Wspinanie Wspinanie

Cześć

 

Jeszcze tylko dzisiaj w Warszawie w kinie IMAX odbędzie się ostatnie wyświetlenie filmu The Alps. Jest to jedna z 5 prezentacji tego filmu w Polsce niestety. Film posiada dobre recenzje, na wielkim IMAXowym ekranie będą prezentowane piękne plenery Alp szwajcarskich, wraz z wspinaczką północną ścianą Eigeru. 

 

Dziś to znaczy 27 maj 2010 roku :-).

 The Alps

 

więcej na stronie

 

Niestety mi nie udało się wybrać na to, za późno się dowiedziałam, :-/ 

 

TagiTagi: alps 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

1 i 2 maja udało się przedeptać solidny kawałek tego pięknego pasma.


Start: Donovaly

czerwonym szlakiem przez:

Zvolen, Motycska Hola, Sturec, Bepiste, Krizna

dalej granią

Frckov, Ostredok, Suchy Vrch, Salas pod Suchym Vrchem

i drugi dzień

Chyżky, Borisov, Ploska, Mincol, Rakytov, Tanecnica, Skalna Dolina

finisz - Liptowska Osada

 

Relacja i zdjęcia jak zwykle  - Kliknij w obrazek :-D

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Wspinanie Wspinanie

Każdy wspinacz jak i pewnie cześć nie wspinaczy wie że istnieje skala wspinaczkowa, która przedstawia za pomocą cyfr wycenę danej drogi wspinaczkowej. Jest skala krakowska zwana także skalą Kurtyki. Zakres jej to od I do VI z tym że do rzymskiej cyfry Vi dodaje się arabskie cyfry od 1 do maks 7. Choć teraz przy ciągłym podnoszeniu poprzeczki przez Sharme i Ondrę (ostatnio pierwszy zrobił 9b a drugi 9a ) sam już nie wiem czy nie do ósemki. Wszystkie przewodniki skałkowe po jurze posługują się ta skalą. W Tatrach posługujemy się skalą tatrzańska praktycznie tożsamą z skalą UIAA wycena dróg zawiera się w przedziale od I do XI. Są również skale, brytyjskie, mikstowe, lodowe, boulderowe, skala amerykańska i francuska, która jest powszechnie używana w Europie. Prócz tego masa innych skal, w zalezności od kontynentu lub kraju.

Więcej na ten temat można zobaczyć tutaj oraz tutaj dla chętnych wzbogacenia wiedzy i porównania jak one wyglądają.

Jednakże ostatnim czasem w Polsce „powstała" nowa skala, która odnosi się tylko do dwóch skałek, a do tego nie odnosi się do trudności dróg, a do warunków na nich panujących. Cóż one zawiniły. Lub co takiego w sobie posiadają że mają swoja skalę? Otóż skałki to Wzgórze 505 i Fiala. Idealne skałki na pierwsze wiosenne wspinanie. Posiadają południową wystawkę i łajno krowskie w kluczowych miejscach na drogach wspinaczkowych.


Taak tak krowskie łajno, ( przynajmniej tak mi się wydaje bo dokładnie nie sprawdzałem czy jest od krowy ). Otóż pewna osoba, dokładnie nie znana z przyczyn nie przychylnych wspinaczom smaruje ringi zjazdowe jak i kluczowe klamy i chwyty gównem.
Można się nieźle załatwić gdy się nie jest przygotowany na takie niespodzianki. Dlatego pewien „ktoś" na forum wspinanie.pl zaproponował taka oto skalę.

 

1. Gówno, zwykle stare i zaschnięte, zalega na nielicznych formacjach - generalnie bezpieczne warunki do wspinu, nawet bez patyczka.

2. Stare gówno zalega na sporej połaci najczęściej uczęszczanych ścian, ale jest dość łatwe do usunięcia za pomocą patyczka.

3. Gówno - zarówno stare zaschnięte, jak i młode lepkie - pokrywa większą część najczęściej uczęszczanych dróg, wspinanie wymaga dużych umiejętności poruszania się w zagównionym terenie.

4. Gówno pokrywa niemal wszystkie chwyty i stany zjazdowe. Wspinanie w tych warunkach jest praktycznie niemożliwe.

5. Alarm gówniany - podejście pod ściany zagrożone gównem. W świeże, rzadkie kupsko w dużej ilości można wdepnąć już na parkingu. Należy stanowczo powstrzymać się od wspinu.

 

        Ring



Może się to wydawać śmieszne ale problem jest już znany od kilku lat, temat był wielokrotnie poruszany miedzy innymi na forum wspinanie.pl i nic. Jestem ciekaw czy w tym roku znów będę wspinał się tam z patyczkiem w celu czyszczenia chwytów i ringów.

 

Wiem że zawsze można jechać gdzie indziej na wspinanie, ale to wzgórze bardzo mi odpowiada, i poza tym jest stosunkowo łatwą skałka z dużą ilością dróg o łatwej wycenie, do VI -.

Już za tydzień o ile będzie pogoda w weekend zdam relację z sytuacji w tym roku. J

P.s. Ja natknąłem się tam na stopień drugi. Smile

 

TagiTagi: kupa gówno skala 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Wspinanie Wspinanie

ale ma być lepiej -tzn. mrozy i mało opadów więc może przyszły weekend...

niestety plan Tatry nie wypalił. Choć warunki były niezłe to jednak zdrowie nie dopisało i trzeba będzie z inauguracją sezonu zimowego jeszcze trochę poczekać niestety.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

W ostatni weekend wybraliśmy sie na Wielki Chocz na Słowację.

Bardzo polecam tę górę. Wysokosć 1608 metrów, i dzieki swojej wysokości rozciaga się z Chocza widok na

Babią Górę

Skrzyczne

Klimczok

Pilsko

Tatry Zachodnie

Niżne Tatry

Mała Fatrę

Wielką Fatrę

Wielki Klak

i oczywisiście góry Choczańskie

 

oczywiście nie wspominając o jeziorze Orawskim i Liptowskiej Marze. Z jednym razem można machnąć zachód słońca nad Fatrą i wschód nad Tatrami. Szlak jest bardzo słabo uczęszczany co widać na zdjęciu poniżej.

 

 

Ładny i widokowy szlak z Vyznego Kubina prowadzi przez polany na szczyt. 

W Vyznym Kubinie znajduje się również Tupa Skała, miejsce wspinaczkowe, czynne od lipca, w związku z ochroną ptaków, które gniazdują tutaj wiosną.

 

 

W Orawskim Podzamoku można zwiedzić najpiękniejszy zamek Słowacji. A w okolicznych jeziorach wykąpać sie w goracy dzień.

 

POLECAM

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Dziś sprawdziłam prognozę pogody na następne 16 dni i zapowiada się o dziwo pogoda jeszcze gorsza. :-( Nic tylko siedziec w domu nad książką, lub w pubie nad piwem. 

 

Albo można zwalczyć deszcz jej własną bronią, czyli wodą i iść na basen. :-) Ja tak uczynię w weekend.

 

Trzecia wersja to internet i surfowanie w nim. Dla znudzonych deszczem, dwa filmy poniżej. Pierwszy nakręcony przez BBC z pięknymi widokami i niebieskim niebem, a drugi to już krótki skecz. Idealny na tą pogodę. 

 

        

 

        

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Od kilku dni wszyscy wszedzie zapowiadali deszczowy wekend i ochłodzenie. I mówili.

Wekend będzie brzydki, znów w wekend bedzie padać a w tygodniu jest ładnie etc.

Toteż nawet nie zeknąłem na ICM i w sobotę 27 marca wybrałem się na moje poddasze celem, remontu i adaptacji jego części na nowy pokój, prace zostały przewidziane na cały dzień.


I CAŁY DZIEN ŚWIECIŁO SŁOŃCE !!!!

Szlag by czlowieka trafił, bo jak widzę z okna mojego pokoju śnieg w górach zaczyna sie dopiero od poziomu gdzieś około 900 m.n.p.m. Więc można się juz było gdzies wybrać na wiosenny trekking. A tak w piękny słoneczny dzień siedziałem na poddaszu bez okien.


WNIOSEK: nie słuchaj, radia, telewizji, ani tego co mówia Twoi nie górscy znajomi, którzy nie wiedzą co to jest ICM.

I ZAWSZE ZAWSZE PATRZ NA PROFESJONALNA POGODĘ A NIE NA POGODE W TV.

 

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Wczorajszy dzień miał być fajnym relaksem tzn. pobudka o 5:00 i o 9:00 wchodzimy na szlak na Babią Górę,wracamy ok 17:00 i mamy czas dla siebie,niestety życie miało dla nas inną wersje.

Planowo rozpoczeliśmy wyprawę Zawoja Markowe-Szczawiny,zielonym szlakiem do schroniska na Markowych  (1180m n.p.m.),trasa pokonana książkowo 1:30, mimo dużej ilości świeżego śniegu. W nowym schronisku zjedliśmy fasolkę po bretońsku,zagrzaliśmy się i wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w drogę na Babią Górę.

Gdy dochodziliśmy do szczytu pogoda się znacznie pogorszyła,widoczność była zerowa, wiał lodowaty wiatr z prędkością grubo ponad 100km/h z każdej strony, na twarzy odczucie jakby setki żyletek cieły skórę.

ja i Michał

Na szczycie Babiej Góry spędziliśmy zaledwie kilka minut żeby zrobić sobie fotki i nabrać sił na dalszą walkę z wiatrem. Podjęliśmy 3 próby zejścia ale za każdym razem kończyło się porażką, sił ubywało, a pogoda się trastycznie pogarszała,dlatego postanowiliśmy bez zastanowienia wykonać telefon ostateczny-GOPR!

Grupa babiogórskiego gopru dotarła do nas po ok.40min. chociaż w warunkach jakie mieliśmy trwało to całą wieczność!

Naoglądałam się za dużo filmów,wyobrażałam sobie,że po telefonie nagle zjawi się nad nami czerwony helikopter,na linie zjedzie ratownik,przypnie nas pojedyńczo do siebie,wciągnie na pokład i po kilku minutach będziemy grzać odmrożone dupki w siedzibie gopru ale to tylko na filmach, no i pogoda była tragiczna.

Byliśmy poubierani jak na plan wycieczki odpowiednio,dobre buty,bielizna termoaktywna,polar i ciepła kurtka no i czapy i rękawice, termos z herbatą,czekolada ale z uwagi że byłam babeczką dostałam od jednego z goprowców-pana Szafy jego kurtawę która była taka cieplutka,że w tych warunkach była jak zbawienie, mój Miś oddał mi swoje rękawiczki bo moje dwie pary już zamarzły na maxa.

ja zmarznięta na kość po godz.15:00

Miś

Po tym jak gopr napoił nas ciepłą herbatką i czekoladą zaczeliśmy schodzić w stronę Krowiarek, a więc w inną stronę niż mieliśmy auto ale to nie było ważne, bo wkońcu chodziło o nasze zdrowie. Schodziliśmy od tyczki do tyczki,mieliśmy zgarnąć po drodze 3 inne osoby które poległy i w międzyczasie też wezwały ratowników,trasa się niesamowice przeciągała,robiło się ciemno, sił było coraz mniej ale ze świadomością,że idziemy z ludźmi którzy wiedzą gdzie idą humory nam dopisywały.Pogoda była dramatyczna i już nawet goprowcy zgubili szlak.Zaufali gpsowi i poszliśmy bardzo ciężką trasą,śniegu po same cycki,zapadaliśmy się,nogi grzęzły między choinkami co dodatkowo osłabiało nasze wymarznięte ciała.W pewnym momencie panowie podjęli drastyczną decyzję wracamy kawałek i do góry pod stromą górę, a za nami było już tylko urwisko.Wtedy złapał mnie dół spowodowany wyziębieniem,zmęczeniem i brakiem nadzieii,że wyjdziemy z tego prędko.Na szczycie okazało się że wyszliśmy idealnie na szlak,cała grupa zareagowała nadzwyczaj entuzjastycznie,ale niestety widoczna była tylko 1 tyczka i co dalej!?!

Panowie z gopru przez ok.3h starali się znaleźć dalszy szlak, niestety bez efektu.My grupą 6 osób staliśmy za jakimiś choinkami które minimalnie chroniły nas od silnego wiatru.Padł pomysł rozpalenia ogniska ale nie dało rady.Staliśmy gadając o głupotach i milczeliśmy.W tym momencie kłębiły się różne myśli w głowie dotyczące sytuacji, życia,priorytetów,marzeń, wszystkiego.

W takiej sytuacji człowiek docenia maleńkie rzeczy których w codziennym życiu nie dostrzega.Nigdy tak się nie bałam o mojego Miśka jak wtedy,był dużo cieniej ubrany niż ja,twarz miał fioletową,pokrytą lodem,zmarznięty na kość, bez rękawiczek bo oddał mi swoje które już w tym momencie były zamarznięte, a mimo tego ciągle mnie wspierał i nie pozwolił mi się poddać.

W końcu goprowcy postanowili wezwać wsparcie, na pomoc wyruszyło 2 ratowników z Zawoji i po kilku z Suchej Beskidzkiej,Szczyrku i Cieszyna, akcja na całego. Czas oczekiwania na tych ludzi ciągnął się strasznie, mnie zaczynały brać zakwasy,dopadało zimno i zmęczenie,oczy się same zamykały.Gdy po dłuugim czasie zobaczyliśmy światła idące w naszym kierunku było to jak światło w tunelu w kieruku którego trzeba się kierować,znowu przyszła nadzieja, że już za chwilę będziemy w ciepłym autku i dotrzemy szczęśliwie do domku.Ratownicy uraczyli nas różnego rodzaju herbatkami,dużą ilością czekolady co dało niezłego kopa organizmowi.W tej chwili mieliśmy jakies 45min do zakończenia tej całej akcji.Nowe grupy ratownicze dołączały do nas na trasie,wyposażone w  gorące herbatki,słodycze,zapasowe ubrania i kupę optymistycznego podejścia do nas.Zejście przebiegło szybko i sprawnie,nie było łatwo,trasa oblodzona pokryta grubą warstwą śniegu ale "biegliśmy" jak szaleni z myślą, że na dole będzie już cudownie,bez tego wrednego wiatru.Na dole byliśmy ok 23:30,można powiedzieć,że zejście było bajedzne mimo rozwalonego kolana i zmęczenia ;)

Podsumowując byliśmy 26h w ruchu, z czego ok 15h w samym śniegu, ma się tą kondyche hehe <żarcik>

Na dole czekali już na nas pozostali goprowcy z nowymi zapasami twixów,delicji,kawy,herbaty ;) Tutaj już tylko spisali nasze dane ,my grzecznie podziękowaliśmy za ogromny wisiłek włożony  w akcję,oddaliśmy nieswoje rzeczy i razem z parą która razem z nami ocalała wróciliśmy do samochodu.

Wzywając gopr obawialiśmy się ich reakcji na nas, tzn myśleliśmy,że dostaniemy wykład na temat odpowiedzialności i ochrzan ;) Ochotnicy gopru okazali się niesamowitymi ludźmi, z pełnym poświęceniem wykonywali swoje obowiązki,wspierali nas i nie pozwalali myśleć, że może coś pójść źle.Poza tym pochwalili nas za to, że od razu wezwaliśmy ich, a nie czekaliśmy na ostateczność, bo ponoć ludzie reagują nieodpowiedzialnie i wzywają ratowników późnym wieczorem, będąc poza szlakiem, kiedy możliwości szybkiego odnalezienia drastycznie się zmniejszają.

W tym momencie chciałam podziękować bardzo mojemu mężowi "Miśku mimo tego,że fizycznie było Ci 100razy zimniej cały czas mnie wspierałeś i dbałeś o moją kondycje psychiczna.Wielkie dzięki kochanie!"

Dzięki też Michałowi który z nami szedł, że troszczył się o to żeby było mi ciepło  ;)

Wielkie dzięki wszystkim sekcjom gopru, które uczestniczyły w akcji ratunkowej na Babiej Górze w dniu 13.03.2010r

Na domiar złego,po drodze do domu czekała nas jeszcze jedna "akcja",na chodniku zauważyliśmy kolesia który cieniutko ubrany leżał na śniegu,więc zatrzymaliśmy się wzywając pogotowie,na szczęście po ocenie lekarza okazało się, że facet żyje.

Dzień okazał się bardzo ciężki,ale bogaty w nowe doświadczenia,nauczyliśmy się każdy czegoś o sobie i drugiej osobie, a Babia Góra hm jak to Diablak pokazała swoje pazurki.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

Udało nam się zrealizować długooczekiwane Tatry.

 

Poniżej w obrazku link z relacją i fotkami :-)

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Wspinanie Wspinanie

Czekałem na to całą zimę. Marznąc na kolejnym lodospadzie przez głowę, zwłaszcza pod koniec sezonu zimowego, przelatywały urywane,  lekko niesmiałe myśli i obrazy. Pojechać w ciepłe skały, dotknąć wapienia, wspiąć się po raz pierwszy.

Jako, że warunki pogodowe w Polsce nie napawały optymizmem (co nie jest jakimś zresztą szczególnym wyjątkiem od reguły), postanowiliśmy, że tym razem sezon letni zainaugurujemy we Włoszech. Wybór padł na Finale Ligure - piękny, nadmorski rejonik na północno zachodnim krańcu Włoch położony w Alpach Liguryjskich. Rejon okazał się być wyjątkowo malowniczy i wyjątkowo przyjazny wspinaczom. Ilość skał i dróg przyprawiała o zawrót głowy. Charakter wspinania zmieniał się w zalezności od rejonu. Niektóre z nich to wywieszone, długie  drogi po klamkach wymagające niezłej wytrzymałości. Inne to techniczne płytki w szarym, wyjątkowo ostrym, kaleczącym skórę wapieniu. Trzy rzeczy jednak były wspólne wszystkim rodzajom wspinu- niesamowite tarcie skały, potrzeba znacznie lepszej wytrzymałki niż na Jurze, oraz piękno samej skały i poszczególnych formacji.

Udało nam się zahaczyć o trzy rejoniki: Monte Cucco, Rocca di Petri i Rian Cornei. Z tych trzech zdecydowanie najczęściej wracaliśmy pod Monte Cucco, sektor Fenia i Amfiteatro. Skała ta dochodzi do 100 metrów wysokości i obok wielu dróg jednowyciągowych zdarzają sie też i drogi dłuższe, kilkuwyciągowe. Sektor Amfiteatro to długie przewieszone wspinanie w pięknym pomarańczowym wapieniu, w wiekszości po dobrych chwytach, na drogach z przedziału 5c-7c, ze zdecydowaną przewagą dróg od 6a-7a.

Liguria okazała sie być wyjątkowo uroczą i przyjazną krainą, gdzie zamiast lecacego z nieba śniegu z deszczem (tak było w tym czasie w Polsce- czego dowiedzielismy się później od znajomych), kwitną żółte cytryny, dojrzewają na drzewach pomarańcze i mandarynki, na co trzecim wzgórzu wznosi się piękny stary zameczek, a za każdym niemal rogiem kryją się ciekawe zabytki, morze jest na prawdę turkusowe, a ludzie sie uśmiechają (taki mały ewenement:)...  a po wspinaniu można usiąść na tarasie lub nad morzem z butelką dobrego włoskiego, czerwonego wina, albo przy mocnym espresso i tak po prostu cieszyć się życiem ...

Zdecydowanie jest tam po co wracać...:)


Poniżej kilka fotek z wyjazdu:

 

Fot. Wspinanie w Finale, sektor Caprazoppa.

 

Fot. Uroki restu w Ligurii.

 

Fot. Wspinanie na Monte Cucco.

 

Fot. Monte Cucco w całej okazałości.

 

Fot. Liguryjska wspinaczka.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

Wczoraj portal Wspinanie poinformował nas o takim wydarzeniu. Patrz niżej.

Dzisiaj Radni Miasta Krakowa przewagą trzech głosów odrzucili projekt ustanowienia na terenie Zakrzówka zespołu przyrodniczo-krajobrazowego.

Zakrzówek z lotu ptaka (fot. Krzysztof Karolczyk/AG/Wyborcza)


Inicjatorami ustanowienia na Zakrzówku zespołu przyrodniczo-krajobrazowego byłi właściciele działek przyległych do tych terenów oraz Stowarzyszenie "Zielony Zakrzówek". Celem było powstrzymanie inwestycji firmy Gerium, obecnego właściciela dużej części terenów na Zakrzówku, w tym terenów, na których znajdują się skały.

Co taka decyzja Rady oznacza dla wspinaczy? Dotychczasowe ustalenia dają nadzieję, że wspinanie na Zakrzówku będzie nadal dozwolone. W planach Gerium jest utworzenie na intresujących nas terenach miejskiego parku. Miałby on powstać w ciągu dwóch lat. Zobaczymy, czy Gerium wywiąże się ze zobowiązań...

Czyżby okolica widziana przez nas na zdjęciu bezpowrotnie uległa zmianie? Cóż moim skromnym zdaniem, zdecydowanie tak się stanie, i zielona część Krakowa zmieni się na asfaltowo-betonowy plac. I tylko resztki tej enklawy ostaną się w swojej postaci. Lecz i tam pewnie wprowadzi sie sciezki, ławeczki, etc. I ta część Krakowa zmieni się w mocno zmodernizowany park.


Smutne to bo przecież Zakrzówek mógłby miec całkiem inną przyszłość, i być zielonym zapleczem tej częśći Krakowa. Ale taka zielona część nie przynosi zysków.

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

Adrszpaskie Skały... po naszemu to miejsce niezwykłe, które odkryłem dla siebie w 1989 roku.

Pod koniec lat 80'tych i na początku lat 90'tych, Czesi niezbyt dobrze się do Polaków odnosili. Trochę się nas bali. Myślę że patrzyli się na nas, jak na hordy dzikusów, które chciały zalac ich malutki kraj, wykupując wszystko do cna w sklepach, wypijając ich piwo i uwodząc czeskie kobiety :). Zresztą akurat to ostatnie w pewnym sensie przychodziło nam łatwo :))) .... biorąc pod uwagę tradycyjnego połykacza piwa, z czeskiego miasteczka ( typ: płetwal czeski w niebieskich ogrodniczkach, 2 tygodniowym zarostem i sporym brzuszkiem) i naturalnie wrodzoną ciekawośc Czeszek :)

Oczywiście to tylko pewien profil tubylca, który zresztą się z czasem zmienił, tak jak i zmieniło się po 20 latach postrzeganie Polaków przez Czechów.

Wtedy po raz pierwszy zawitałem do Adrszpachu. Bywało się w różnych górach, większych i mniejszych. Jednak Adrszpach i Teplice zawsze w sercu trwac będą niewzruszenie, niczym Kochankowie (Milenci), ich najsłynniejsza formacja skalna.

Miałem to szczęście, że trafiłem przypadkowo na ciekawego człowieka, dzięki któremu u źródeł mogłem zapoznac się z tą częścią Gór Stołowych (po polsku) a Hejszowiną (po czesku). Pierwszy raz zawitałem tam dzięki swemu późniejszemu przyjacielowi Josefowi Rotterowi z Teplic. Kiedyś znany czeski biegacz narciarski, potem nauczyciel w szkole w Teplicach.

Góry Stołowe z polskiej strony tworzą swoiste, wypiętrzające się platformy skalne z kulminacją na Szczelińcu Wlk. (919 m n.p.m.)

Od młokosa ilekroc stałem na jednej z platform przed schroniskiem na Szczelińcu, zawsze pobudzały moją wyobraźnię góry po drugiej stronie granicy. Bliskie Broumowskie Ściany były wręcz na wyciągnięcie ręki ... jednak blisko nie zawsze oznacza łatwo. Dla mnie były to góry obwarowane czeską nieufnością. Granica była mocno patrolowana a historie o wyłapywanych polskich turystach, którzy nieopatrznie zapuścili się na czeską stronę, były stałym elementem piwnych opowieści w schronisku w Pasterce, czy Barze pod Kasztanem w Karłowie.

...Wracając jednak do Josefa... po naszym spotkaniu, na drugi dzień zabrał mnie do Adrszpachu. Pierwsza rzecz jaka mnie uderzyła, to jednak nie piękno skalnych formacji wyrastających wprost z ziemi, tuż obok małej stacyjki kolejowej, gdzie co jakiś czas zatrzymywały się "motory" ... a widok kilkudziesięciu niemieckich autokarów i tłumu niemieckich emerytów.

- Kurczę - pomyślałem sobie - o co biega? Bez sensu wydawało mi się przeciskanie pomiędzy tymi tłumami. Absolutnie nie odczułem jakiejś większej sympatii do tego miejsca. Nawet cudowne skalne formacje, nie były w stanie się obronic przed głośnym szwargoleniem.

Na szczęście szybko uciekliśmy od tłumów i zaszyliśmy się w miejsca dla turystów biletowych niedostępne. Josef był przewodnikiem, oraz zasłużonym instruktorem skałkowym, dzięki temu mogliśmy się zapuszczac w skały głębiej. Mimo znacznej różnicy wieku, rozumieliśmy się bez słów. Bez trudu zresztą radziliśmy sobie z porozumiewaniem się. To akurat było przywilejem pogranicza, że człowiek język czeski rozumiał. Telewizja czeska była na równi odbierana z programami polskimi a księżniczka Arabella w czeskiej wersji, do dziś mnie prześladuje ;-)

Za pierwszym razem tylko je liznąłem. Drugi raz umówiliśmy się, że tym razem pójdziemy w Skały na tydzień. Spaliśmy w chatce położonej wśród skał, przeznaczonej dla skałkowców. Dzieliliśmy prycze razem z kilkoma osobami które się tam wspinały. W skałach, mimo że to ścisły rezerwat przyrody, można się wspinac. Trzeba wykupic tzw. pernamentkę dla wspinaczy i raj się otwiera. A raj to kilkaset dróg w skałach o różnej skali trudności. Cudowne skalne ściany z piaskowca w których można odnaleźc wszystkie trudności, jakie można tylko sobie wymarzyc. Ściany niezwykłe od kilku metrów, do stu metrowych pionowych gładzi.

Przez te wszystkie dni poznałem skały od podszewki. Przeszliśmy cudownie dziką trasę od Adrszpachu do Teplic, przez skalny labirynt. Byliśmy w Jiraszkowych skałach a ten etap zakończyłem wspinaczką na Dzban ze Standą, jak się później okazało moim nowym kumplem z Pragi a późniejszym towarzyszem w czeskich wyprawach.

W skały wracałem jeszcze wielokrotnie sam lub ze znajomymi. Powoli stały się one wtedy ważnym miejscem na moich życiowych ścieżkach. Dzięki pracy przewodnickiej stały się także przez kilka lat, moim miejscem pracy i domem na kilka miesięcy w roku. Jako przewodnik górski nie raz prowadziłem w nie hordy dzieciaków i młodzieży. Czasami prowadziłem mniejsze ekipy aby powspinac się w skałach. Wtedy najczęściej zabierałem ludzi w okolice Zamku Skaly, by tam w absolutnej ciszy, móc się nimi rozkoszowac. Uwielbiałem wyjśc nad ranem z Zamku (mieszkałem tam u znajomej Czeszki) i dac dosłownie nura w skalny labirynt. Godzinami wtedy się przeciskałem przez szczeliny. Wychodziłem do góry bez zabezpieczenia, czy schodziłem szczelinami w dół na zapieraczkę. Znajomi zaczęli mówic że jestem polskim Rumcajsem :))). Niesamowity okres w moim życiu.

Jednak najbardziej uwielbiałem powracac tam zimą, kiedy cisza wwiercała się w uszy. Kiedy nie słychac było ptasich trelów a jedynymi śladami bytności były tropy zwierząt. Nieraz po pas w śniegu, stawałem się ludzkim buldożerem, bezczelnie naruszającym idealnośc śnieżnych połaci. Ale kto raz tego doświadczył w górach, ten na zawsze będzie już zarażony tą przypadłością.

Potem niestety miałem kilkuletnią przerwę. W międzyczasie z moich ukochanych gór przeprowadziłem się do Wrocławia. Zmieniłem pracę. Wypady w góry musiałem zacząc planowac, co było dla mnie dziwnym doświadczeniem. Wypady w Adrszpach, czy Teplice stały się rzadsze.

Jednak kiedy tylko nadarza się okazja, czasami udaje mi się zajrzec na stare śmieci. Tak było i tym razem. Nagła decyzja, zmiana trasy. Jeden dzień, na szczęście sprzęt w aucie na wszelki wypadek zawsze pod ręką i znów stanąłem u wrót Adrszpachu. Cisza, czapy śniegu i zero ludzi. Najpierw trasa zwykła, chciałem zobaczyc wodospad, który w zimę zamieniał się w piękny lodospad... a potem w trasę zimą zamkniętą... może inaczej ... wejście na nią jest na własną odpowiedzialnośc. O czym informują tablice w trzech językach.... A dalej.... dalej to już istne szaleństwo...

cdn

TagiTagi: adršpašské skály 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

No nie zdzierżę! Muszę się wygadać, albo się rozpuknę!

Właśnie przeczytałam komentarze pod starą informacją o kolejnej ofierze lawiny w Tatrach. Sprawa dotyczy minionych sezonów, ale obudziła we mnie bardzo żywe emocje, a widzę, że i tu na forum się o nich wspomina, więc może warto napisać?

Otóż komentujący raczyli dość jednoznacznie skrytykować TOPRowców za niewłaściwą ocenę zagrożenia lawinowego, co miało być bezpośrednią przyczyną tragicznego wypadku. Kilku "ekspertów" jasno stwierdziło, że sami będąc w Tatrach widzieli, że zagrożenie było w rzeczywistości większe/mniejsze, niż podawały komunikaty! I co? Wstyd, panowie TOPRowcy! Toż nawet przeciętny turysta potrafi na pierwszy rzut oka ocenić jak się sytuacja ma, a Wy co? Lata nauki, praktyki i doświadczenia, a nadal popełniacie podstawowe błędy! "Eksperci" dalej dowodzili, że gdyby właściwie ogłaszano "3", a nie "2" to do wielu wypadków by nie doszło. To może od razu ogłosić "4" na cały sezon? Bo przecież wszyscy wiedzą, że turyści karnie stosują się do wszystkich zaleceń władz wszelakich i z pewnością nawet pod Krokiew by się w takim wypadku nie pchali! A świstak siedzi...

Szanowni "eksperci", ja wiem, że każda śmierć jest tragedią, a każdy wypadek nieszczęściem, ale jak niepodległości będę bronić przekonania, że w góry każdy wyrusza na własną odpowiedzialność! (No, chyba, że chłopak/dziewczyna zmuszają... Ale to wtedy ich odpowiedzialność. Hehe) To nie znaczy, że należy góry demonizować, albo zamykać dla ruchu turystycznego. Ale obwiniać TOPR za wypadki??? Że niby co? Mają każdego za rączkę przytrzymać i przekonywać, żeby może jednak przemyślał decyzję o wyjściu w góry? A jak nie zmieni zdania? Dać w łeb i zwieźć do Zakopca?

Jak się ktoś wybiera w góry zimą, to powinien się zainteresować specyfiką zimowej turystyki górskiej - dla własnego dobra. Jeśli zdecyduje się podjąć ryzyko (jak by nie patrzeć, komunikat lawinowy dotyczy stopnia ZAGROŻENIA, nie stopnia bezpieczeństwa), to musi się liczyć z wypadkiem. Jego decyzja - jego odpowiedzialność. Owszem, sama ryzyko podejmowałam - to jest wpisane w górskie wędrówki i nie ma co zgrywać świętości. Ale też do głowy by mi nie przyszło w razie wypadku mieć pretensji do kogokolwiek innego, niż ja sama.

Ale ostatecznie, ja jeszcze tak mało o górach wiem...

 

 

 

TagiTagi: tatry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Wspinanie Wspinanie

Dziś mija trzydziesta rocznica zdobycia Mount Everest zimą przez Lodowych Wojowników - Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego a na Planecie Gór ani słowa na ten temat. Trochę wstyd, prawda? :(

 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Wspinanie Wspinanie

  Jadąc na festiwal w Szczyrku, miałem trochę z góry negatywne nastawienie do tego wydarzenia. Pewnie dlatego ze jak co roku bywam na KFG w Krakowie. A do tego jako jedna z głównych gwiazd miała być Martyna Wojciechowska. Jakaś blondyna z BigBrothera i wogóle z telewizji, no dobra wiem wiem zdobyła Mont Everest, i co z tego?

  No ale jadę, bedzie kilku znajomych i co najważniejsze będą najnowsze filmy z Banff Festiwal, te które beda dopiero na KFG w grudniu 2010. To mnie głównie ciągneło. Faktycznie filmy z Banff były super, o wiele lepsze iż te z KFG w 2009. Przedewszystkim były rowery górskie, wspinanie, freeride, i inne "sporty", natomiast w grudniu w Krakkowie królował freeride, ja natomiast lubię zróznicowanie.

 

                fot. Grzegorz Jendrzej

  Potem nastąpiła MARTYNA o jezu i  jej "Korona Ziemi" nawet nie wiedziałem że ją zdobyła. I tutaj się bardzo co do niej pomyliłem bo miała naprawdę fajny pokaz, głównie poprzez to że był dobrze złożony, były zdjęcia, krótkie urywki filmów, odwołania do historii odkryć, i Martyna pokazała drugie swoje oblicze. Co to znaczy? hmm mianowicie, jej pokaz był bardzo osobisty, można było się dowiedziec wiele z jej życia osobistego, jak doszła do tego że dobyła koronę ziemi, jak pogodziła bycie matką z zdobywaniem gór, oraz z pracą zawodową i innymi hobby. Długo by pisać w kazdym razie mało było o górach, a dużo o drodze do nich oraz róznego rodzaju dygresji które związane były z głównym tematem pokazu "Korona Ziemi".

                fot. Grzegorz Jendrzej

   W każdym razie jak dla mnie był to jeden z fajniejszych pokazów jakie widzialem, lepszy chyba niż wszystkie pokazy na ostatnim KFG. Główną przyczną było to że Martyna cały czas wszystko komentowała. Osobisty komentarz nadaje pokazowi pewnego rodzaju wyjatkowość i widz czuje sie jakby historia opowiadana była tylko dla niego. I faktycznie tylko takie pokazy zawsze przynajmniej mi najbardziej się podobaja i zapadaja w pamęci. Na Krzysztofie Wielickim już nie zostałem , jego pokazy widziałem juz wielokrotnie, jak pierwsze w zyciu pokazy górskie, które nigdy nie zapomnę, i które zrobiły na mnie duże wrażenie.

  Ogólna ocena festiwalu bardzo pozytywna, impreza bardzo kameralna, mniej ludzi niż w Krakowie, i więcej znajomych, ale to już dlatego że sam mieszkam w Bielsku Białej i znam dużo ludzi z tego miasta, z widzenia i nie tylko z widzenia. Ludzi z KW BB, BKA, Speleoklubu BB i GOPRu.

  Do zobaczenia za rok.

 

TagiTagi: wondół festiwal 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 4 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

Przelajowa Osemka - Blachownia - 8km


Blachownia, Blachownia hmm, to nie tam gdzie 2 lata temu byla traba powietrzna? Tak, dokladnie  to wlasnie tam.

Juz po raz X Blachownia  powitala biegaczy. Blachownia to male miasteczko niedaleko Czestochowy okryte dookola lasami, a sercem miasta jest jezioro. Pogoda byla w kratke tzn, chmury, slonce, chmury,slonce, a tuz po starcie ''urwanie chmury''. Na mecie i dekoracji, troche slonko poswiecilo, pozniej znow troche przylalo i tak w kolko.... Trasa bardzo malownicza, start na stadionie, nastepnie, uliczkami parkowymi wzdluz jeziora, lasami, uliczkami miasta, lasem, gdzie przeszla  traba powietrzna tzn. kiedys tam byl las, teraz to wyglada jak las widmo i straszy badylami. Ogolnie, bardzo fajna impreza z setkami biegaczy i Nordic Walking-owcow, gdyz impreza towarzyszaca byly zawody w Nordic Walking.

Blachownia 2010

Pierwsze zawody  w barwach Planety ukonczylem na  53 miejscu na 387 biegaczy.

M.P.M czyli Maly Pieninsky Maraton wypadl mi z planu ze wzgledu na prace.

wyniki z Blachowni na stronie:

 

http://www.maratonypolskie.pl/wyniki/2010/blachow0op.pdf

 

 Juz za tydzien stawiam sie na zawody w Zakopanem, najwazniejsze moje zawody w sezonie z powodu.......a z jakiego powodu to  dowiecie sie  next time. Smile. Zapraszam na trase :-)

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 4 komentarze Trekking Trekking

Poniżej zamieszczam link z ostatniego wypadu na Małą Fatrę. Tym razem padło na jej południową część i zacny szczyt Klak.

Było gorąco...

 

Klak

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 4 komentarze Trekking Trekking

Dziś wybrałem się z kumplem na główną grań Małej Fatry Krywańskiej od zachodniej strony czyli od Strecna do Małego Krywania.


Pogoda była świetna, warunki na początku ok a później rózne ;-)

 

Jak jest ktoś zainteresowany to proszę kliknąć w obrazek.

 

Widok z Suchego

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 4 komentarze Trekking Trekking

 

Zgodnie z planami wybrałem się na samotną jednodniówkę. Tym razem założyłem sobie spacer Meszna - Klimczok - Błatnia i z powrotem. Szlak prosty jak drut, podejście na Klimczok znam na pamięć, wyliczyłem sobie że spacerek będzie szybki i przyjemny.

Ruszyłem wcześnie rano z nadzieją na jakieś ładne zdjęcia wschodzącego słońca. Niestety wyjechałem za szybko i musiałem obejść się smakiem, załapałem się jedynie na końcówkę. Ogólnie warunki do fotografowania były takie sobie - krajobraz zasnuty prawie cały czas mgłą, a sam szlak jest mało widowiskowy. Zdjęć zatem jak na lekarstwo, z biedą wybrałem to co tu wrzuciłem. 

Auto zostawiłem pod kościołem w Mesznej i ruszyłem żółtym szlakiem w kierunku Chaty Na Groniu. Od chaty podszedłem pod ostro nachyloną polankę i zatrzymałem się na punkcie widokowym, gdzie cyknąłem parę fotek.

Widok z ponad chaty na groniu

Widok z ponad chaty na groniu 2

Do tego momentu było całkiem fajnie. Nad polanką szlak prowadził ładnie wydeptaną i rozjeżdżoną scieżką, pełen komfort i wygoda. Niestety nie na długo. Po chwili ścieżka skręciła do stojącej nieopodal chaty, a prowadzący na wprost szlak okazał się być nieprzetarty. Na początku było nieźle, jednak po chwili zacząłem zapadać się po kolana. Jako że moja waga robocza z plecakiem i w ciuchach wynosi ponad 100kg zapadanie się wychodziło mi koncertowo Wink  

Szlak piął się ostro w górę, potem był krótki odcinek "po płasku", następnie znowu do góry. Dotarłem wreszcie do ni to polanki, ni to łysiny przeciętej w poprzek drogą którą latem transportuje się drewno. Pierwsze parę kroków pokazało, że łatwo nie będzie - śniegu było "powyżej nabiału", a do tego był ciężki i dosyć mokry. Odcinek od lasu do drogi, który normalnie zajmuje minutkę czy dwie szedłem ponad 20 minut Po dotarciu do drogi zatrzymałem się na fotki.

Nieco wyzej...

Było dosyć buro i ciemno, słońce chowało się za chmurami, których zresztą niebo było pełne.

...

I nagle, nie wiem jakim cudem, chmury się ruszyły. Dosłownie w pięć minut niebo się oczyściło i zaczęło wyglądać tak:

niebo

Ruszyłem dalej, już w zdecydowanie lepszym nastroju - słońce doładowało mi akumulatory i zrobiło się ogólnie przyjemnie Po drodze zrobiłem jeszcze jeden postój na zdjęcia, już po dojściu na grzbiet prowadzący do Magury a potem dalej na Siodło pod Klimczokiem i sam Klimczok.

...

...

Szlak od tego momentu był ładnie przetarty... przez zająca czy coś innego, podobnego Cool  

...

Dotarłem w końcu do schroniska, które ominąłem i ruszyłem na znajdujący się w odległości 500 metrów od niego szczyt. Ostatnie podejście jest króciutkie, chociaż mocno ostre i w pięć minut później stałem na szczycie. Tradycyjnie już poniżej zdjęcie najwyższego punktu Klimczoka Cool  

...

Pobyłem na szczycie parę minut i zszedłem wreszcie do schroniska. Mój zestaw żelazny tym razem uległ zmodyfikowaniu i nie zawierał fasolki po bretońsku... bo jadłem ją na śniadanie ;-) Zażyczyłem sobie piwo, kawę i jadło drwala - czyli dwa placki ziemniaczane przełożone gulaszem, kapnięte śmietaną i podane z suróweczkami. Godne polecenia :-)

...

Przy wejściu do schroniska wisi termometr - w momencie kiedy słońce było na nim oparte dłuższy czas pokazał... 21 stopni in plus. Taka to była dziwaczka, ta pogoda :-) 

Postanowiłem sobie odpuścić Błatnią, bo marsz na Klimczok zajął mi zdecydowanie więcej czasu niż zakładałem. Ruszyłem zatem w drogę powrotną tą samą trasą, zszedłem do auta i przed 16 byłem w domu.

Podsumowując. Klimczok pokazał mi ząbki i szczerze przyznam, że jest to dla mnie pewna nauczka. Nie spodziewałem się że dobrze znana mi góra, którą odwiedzam kilka razy w roku, sprawi mi jakiekolwiek problemy - a wchodziłem na nią tym razem ponad dwa razy dłużej niż zwykle. Co więcej, postanowiłem kupić sobie rakiety, a utwierdził mnie w tej decyzji Mordi jeden temat dalej Wyjazd zapisuję na konto udanych.

 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 3 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

II Maraton Karkonoski . 1 Mistrzostwa Polski w długodystansowym biegu górskim

Na zawody wybrałem sie z Ewą i jej sympatyczną rodzinką z Myszkowa. Godzinę wyjazdu ustaliliśmy na 9 rano.  W Myszkowie melduje się o 9.12. Początkowo miałem być o 8.47 ale PKP mocno zakręciło z pociągami. Polska idzie do przodu?  kolej zdecydowanie stoi w miejscu!.

Droga do Szklarskiej Poręby mija bardzo sympatycznie, głownie z Ewą dyskutujemy o bieganiu i GÓRACH Smile. Po ok.5h podróży wjeżdżamy do centrum  Szklarskiej, gdzie panuje chaos samochodowy. Szybko ogarniamy sytuację i parkujemy tuż przy wyciągu Szrenica. Pod wyciągiem pierwsze gromadki biegaczy. Biuro zawodów na górze na Szrenicy. Pakujemy się na wyciąg i na górę. W drodze na górę, mocno spada temperatura, zaczyna nam być zimno, pomimo ciepłego odziania. Jak na biegaczy przystało dalej prowadzimy konwersacje o bieganiu, zapominamy,że jest zimno. Na szczycie mgła, widoczność 10-max 15 m. Szukając biura zawodów trafiamy do schroniska na Hali Szrenickiej, zamiast do schroniska Szrenica. Smile

W biurze bez kolejek, odbieramy pakiety startowe w którym, znajdują się pas biodrowy firmy Enervit oraz koszulka techniczna _design rewelacyjny. Ewa musi się spieszyć, nocleg ma na dole, a ostatni zjazd wyciągiem o 16.00. Ja zostaje na górze, gdyż nocleg mam na Szrenicy. Zamawiam spaghetti, następnie instaluje się w pokoju. Później zamawiam jeszcze pierogi z jagodami, pyszne.

Fiolka i jego ekipy z Poznania, z którymi dzielę pokój jeszcze nie ma. Po wcześniejszej rozmowie telefonicznej, informują mnie że na ostatni wjazd (16.00)na górę nie zdążą. Będą musieli wchodzić szlakiem. Pogoda nie rozpieszcza leje z nieba non stop i brak widoczności. Mają solidną rozgrzewkę. Docierają przed 20.00, wpada Fiolek, Michał, Waldek i Olek z .....gitara Smile

Pobudka o 7 rano, rzut okiem za okno, pogoda? poza tym że nie pada to bez zmian. Nie na długo. Około 8 znowu zaczyna padać, mało tego  nadciąga burza. Godzinę przed startem pojawiają się pierwsze informacje, ze start będzie wspólny ( miał być w grupach 50-cio osobowych w 2 minutowych odstępach) oraz że bieg będzie skrócony, tuz przed Śnieżką bez biegu na szczyt, w sumie 36 km. Humoru nam nie brak, w pokoju jest wesoło, otwieramy okno, pod oknem Bennet (stary znajomy z Kieratu)  robimy zdjęcia, słuchamy zabawnego  spikera oraz śpiewamy do muzyki  puszczanej z głośników. Pokój mamy na parterze z widokiem na wyjście -wejście do schroniska, więc ludzie stojący pod oknem widząc nas wybuchają salwą śmiechu. Rozgrzewkę robimy w pokoju, w schronisku jest taki młyn i zaduch, ze lepiej nie wychodzić.

Start miał być o 9.30, zostaje przesunięty na 9.45, burza już prawie tuż nad nami, wśród biegaczy konsternacja. Wszyscy gromadzą się tuż przy wyjściu.  Pada hasło: start za 5 minut, wtedy wychodzimy na zewnątrz. Leje jak z cebra , rozglądam się, szukam Ewy ale w tym zamieszaniu nie jestem w stanie jej namierzyć. Trudno spotkamy się na trasie lub na mecie. 3 minuty do startu, stoję już  ‘'w blokach na starcie''. Zaczynamy odliczanie 10...9...8...7...6...5...4...3...2..1..0  START !.

Już na 1 km na dzień dobry mokro w butach,  chcąc ominąć większą kałużę, wbiegam w mniejsza, która w rzeczywistości okazuje się głębszą od tej większej. Buty zanurzone ponad kostkę. To sygnał że będzie ciężej niż myślałem. Burza zaczyna szaleć na całego, grzmi, pioruny ‘'5 cm nad głowami'', jak piorun błysnął mi po lewej stronie, zacząłem zastanawiać się co to będzie?!. Kilka km dalej, na zbiegu po śliskich kamieniach, spotykam biegacza ze złamanym palcem. Pierwsza ofiara maratonu.

Kamienie na zbiegu naprawdę są niebezpieczne, chodzenie po nich już jest groźne a co dopiero biegnąc. Co chwila przede mną lub za mną słyszę charakterystyczny zjazd buta z kamienia. Nie jeden miał upadek. Mnie również nie omija. Upadam na zakręcie, na szczęście upadek był kontrolowany, musiałem lecieć w zwolnionym tempie, bo biegacz za mną zdążył krzyknąć UWAŻAJ!.

Podnoszę się i napieram dalej, ktoś krzyczy z tylu, zaraz będzie asfalt, w międzyczasie widzę Michała biegnącego przede mną jak znika mi z horyzontu zaliczając ‘'glebę'' próbując ominąć kałużę wpada w rów z woda. Bieganie po takich kamienistych szlakach w taka pogodę wymaga nie lada sztuki. Mniej więcej na 8 km, zaczynają mijać nas zawodnicy z przeciwka! Szok! Jacy oni muszą być szybcy, że już wracają, sobie myślimy coś jest nie tak,  nieznany mi biegacz szybko obliczył ,że to niemożliwe aby już wracali, mowie mu pewnie trasę skrócili. Organizatorzy podejmowali decyzje na bieżąco. Z decyzja o skróceniu trasy czekali do ostatniej chwili, po konsultacji z GOPR-em i  Karkonoskim Parkiem Narodowym trasa została skrócona.

Start Szrenica, później Śnieżne Kotły i nawrót na Odrodzeniu, co daje 23 km. Mało brakowało, aby zawodnicy byli zawróceni już ze Śnieżnych Kotłów. Dobiegam do nawrotu, chwytam za izotonik i ‘'rura' do przodu. Wiem, że zajmuje dobra pozycje, wręcz powiedziałbym bardzo dobrą,  stawiam sobie  za cel utrzymanie jej. Droga powrotna jest zdecydowanie  trudniejsza, mozolna wspinaczka na asfalcie, a później ‘te'' kamienie, podbiegi i zbiegi, jest naprawdę ciężko. Dochodzę kilku  biegaczy wyprzedamy się wzajemnie. Deszczu już tyle ze kałuże zamieniły się w bajorka i mega kałuże, wysokość wody sięga do łydek a momentami ponad nie. Woda ponad łydki mocno hamuje rozpędzonego biegacza, taki ABS. Właśnie chcąc ominąć taka wielka kałużę, napieram prawa strona i ......znikam- wpadam dokładnie w ten sam rów z wodą co Michał, tylko w przeciwna stronę, ląduje cały w wodzie. Podwinęła mi się prawa noga, prostuje ja, na szczęście cala, od zimnej wody od razu w łydce łapie mnie skurcz, z którym mam problem do samej mety, co trochu blokuje moja prędkość. Następną już słynna ‘'przeszkoda'' to wąskie przejście - z prawej i z lewej strony kosodrzewina na wysokości pasa, a po środku bajorko z woda ponad łydki, chcąc nie chcąc trzeba przebiegnąć.  

Szczególnie bardzo dobre wrażenie robi na mnie dziewczyna, którą wyprzedzam na zbiegach, na podbiegach jest tuz za mną, a na prostej jest tak szybka ze znika mi  z pola wiedzenia we mgle. Do mety zostaje kilka km, nogi mam mocno wyziębione przez te kałuże, temp. momentami ok. 10 C. Wiem ze już nie daleko, jakiś przydrożny fotograf robi mi zdjęcie, po  chwili widzę ostatni podbieg na Szrenicę, jak finisz to finisz, 2 metry przed meta wyprzedzam biegaczkę i zatrzymuje się w ramionach kobiety wręczającej  medale Wink

W schronisku czekają złe news-y na biegaczy. Na dole , na jednym z parkingów  nie daleko wyciągu , woda podmyła kamienie-mur, które osunęły się na samochody. Spotkałem jednego z pechowych biegaczy, podłamany  mówi: samochód nie nadaje się już do niczego, idę na pociąg............ :-(. Do tego chodzą informacje o nie przejezdnych drogach.

Już prawie wszyscy dobiegli ,z Michałem jesteśmy mocno zaniepokojeni nieobecnością Fiolka i Waldka, co się mogło stać?, przecież byli kilka minut za nami na nawrocie. Pod uwagę bierzemy 3 wersje- brrr upadek, postój na piwo w schronisku lub pełny maraton na Śnieżkę.

Jak się okazało, chłopaki na nawrocie postanowili pobiec na Śnieżkę, czyli zrobić pełny maraton. Twardziele. Wrócili po ponad 5 godzinach. Malo tego zostali sklasyfikowani i dostali medal

Podczas czekania na nich stoimy w mega kolejce po naleśnik z jagodami, gdzie spotykam starych znajomych z Kieratu J. Jeden z nich miał znowu pecha, skręcona kostka i to ta sama co na Kieracie eh.  Ogólnie to sporo ludzi poobijało się na tym biegu. Po naleśniku idziemy na dekoracje.

Po dekoracji kontaktuje się z Ewa, której nie mogłem znaleźć w tym zamieszaniu. Ewa czeka na mnie już na dole przy wyciągu.

W drodze powrotnej znowu głównie jeden temat BIEGANIE Smile

Ewa zajęła 124 miejsce  z czasem 2:29:37 Ja  56 miejsce z czasem 2:13:13 co uważam za swój wielki sukces

 

.....Piękno Karkonoszy w biegu....... Było super!!!!

 

 

                                                                                                                                                   

 

 

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 3 komentarze Wspinanie Wspinanie

 

 

Być moze znacie tą stronkę, ale dla tych, którzy nie znają polecam zapoznanie się z dobobkiem czeskiego studia BERNARTWOOD (www.bernartwood.cz). Zainteresowani filmem górskim i wspinaczkowym znajdą tam świetne produkcje - rezyserem oraz twórcą studia jest Peter Pavlicek.

 

Peter  zajmuje sie ostatnio bardzo ciekawa i unikalnaą produkcją - filmem o jednym z najlepszych,o ile nie najlepszym wspinaczu skalnym swiata - czeskim, złotym dziecku - Adamie Ondrze. Cała produkcja dostępna będzie na jesieni tego roku. Ostatnio pojawiła sie zapowiedz tego filmu:

 

 

 


Peter jest takze autorem świetnego filmu dokumentującego zimowo-klasyczne przejście najtrudniejszej tatrzańskiej drogi na Wielkiej Złotej Kazalnicy w Dolinie Kiezmarskiej o nazwie MATRIX RELOADED i wycenie M9 przez znany zespół Baca oraz Dusan "Stoupa" Janak. Kto miał okazję byc w Kiezmarskiej zapewne odnajdzie w tym filmie  dla siebie kilka "smaczków". Swoją drogą wielkie gratulację dla autorów przejścia. Dusana miałem okazje własnie w Kiezmarskiej poznac- bardzo ciekawy i skromny człowiek, a przy tym światowej klasy wspinacz. Takie drogi jak klasyczne przejście Frama na Marmoladzie, czy tez Jet Streama na Jastrzębiej Turni w Dolinie Kiezmarskiej mówią same za siebie (o ile się nie mylę to Jet Stream jest obecnie najtrudniejszą klasyczną wspinaczką na własnej asekuracji w całych Tatrach!).

 

Bardzo lubię ten film równiez dlatego ze akcja rozgrywa się w mojej ulubionej Dolinie Tatrzańskiej -monumentalnej Dolinie Kiezmarskiej, gdzie wprost sprzed okien Chaty pri Zelenom Plesie rozciąga się widok na ogrom północnej ściany Małego Kiezmarskiego Szczytu, która za kazdym razem, kiedy tam jestem fascynuje mnie jeszcze bardziej. Miłego oglądania:

 



Więcej znajdziecie na:

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 3 komentarze Trekking Trekking

 

   Wyjazd rzutem na taśmę wypalił, prognozy byly sprawdzane co godzine czy cos sie nie zmieni i ostatecznie w piatek z kolega docieramy do Popradzkiego Plesa cali przemoczeni (to tak apropo prognozy, ktora sie spradzila). W planie Wysoka na drugi dzien. Okazuje sie Zbyszek nie wzial raków (!), a po wczorajszej podrózy nie chcialo sie za bardzo wstawac. Wiec na Wage docieramy po 11, brodzac w snieznej brei, ktora byla nad wyraz uciazliwa, dodatkowo niesamowity skwar. Witaja nas jeszcze piekne widoki. Z miejsca decydujemy sie na pocieszenie wejsc na Rysy a Wysoka zostaje na srodek lata. Podąza obok nas maly piesek Speedo, ktory zdobywa Rysy od wejscia do doliny wraz ze swoimi wlascicielami. Po drodze z Wagi zwiedzil chyba wszystkie, nieliczne nawisy Smile Szkoda, ze tak pozno tu jestesmy bo nadeszly chmury i czesciowo popsuly widowisko. Natomiast Piwo w chacie smakuje poprostu wybornie (!) po ekspresowym zjezdzie z przeleczy. Pozniej zaliczam niekontrolowany zjazd kolo Kotlinki pod Zabim Koniem, ktory juz do przyjemnosci nie nalezal.

Grań Baszt

   Na drugi dzien w planie Szatan Szatanim Zlebem. Wczoraj podziwialem ow wielki stozek u wylotu zlebu i wydawal mi sie zaje...i taki rzeczywiscie byl. Dymac do gory w jeszcze wiekszym skwarze, zero wiatru, katorga. Co nas tam wlasciwie ciagnie do gory ??? W samym zlebie snieg nieciekawy, ale juz nie taka breja jak pod Rysami. Najpierw kijki potem prawa, lewa. Czasem wbijam noge po dwa razy czasem po raz. Idziemy mniej wiecej centralnie, po bokach miejscami spore szczeliny przy scianie. To, ze najlepiej tu wchodzic wczesnym latem wg Cywy, to nie wiem co o tym myslec. Na mysli mial pewnie kruszyzne, ktora i tak dala sie we znaki. W tym maraźmie nagle slysze: Kamień! Wyrwany jakby z letargu sie odwracam w dol i dziwnie patrze jakbym nie wiedzial o co chodzi i widze jak Zbyszek z dolu pokazuje palcem do góry. Szybki odwrot i o kurna, toczy sie prosto na mnie podskakujac, moze i kamien ale przynajmniej wielkosci wiadra. Snieg sie pieknie rozbryzguje, ale po cichu. Mowie wam, w ogole go nie bylo slychac. Cicha smierc. Pewnie zly go stracil z lewej sciany. Szesciem wpadl w rynne na srodku zlebu zrobiona chyba przez inne obrywy i stoczyl sie na stozek robiac niezlego rumoru. Od tej pory juz nie bede sie gapil w "podloge" i przyspieszam aby znalezc sie jak najszybciej na przeleczy. Okienko na tyle widoczne ze da sie po sniegu przepelznac razem z plecakiem pod glazem. Opis drogi wyjsciowej i topo mam w glowie ale pewne bylo raczej, ze i tak pojdziemy poprostu tam gdzie sie da na szczyt.

East side.

I rzeczywiscie odbijamy w lewo lekko trawersujac, potem lekko do góry, a potem to juz centralnie prosto wzwyz wychodzac prosto na wierzcholek. Taka fajna lekka wspinaczka. Raz tylko bylem zmuszony obejsc jakis fragment. U gory pogoda git i o to chodzilo! Dla mnie super, chyba paradoksalnie, wygladalo Szczyrbskie Pleso, Tatry Zachodnie i monumentalny Krywan, w odroznieniu od widoku na wschod.

 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 3 komentarze Trekking Trekking

Poniżej w obrazku link z relacją i fotkami z naszej wycieczki na Turbacz.

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 3 komentarze Trekking Trekking

Poszukując informacji o Nepalu (jeszcze tylko 36 dni do wyjazdu!!!) trafiłam na pewnym forum na dość intensywną wymianę zdań na temat: czy wyjazd na trekking do Nepalu można nazwać wyprawą do Nepalu? Otóż strona A twierdziła, że trekking to absolutnie nie wyprawa (powiało chłodnym pobłażaniem), a strona B obstawała, że dla niej jak najbardziej jest.

A że w temacie organizowania trekkingu jestem aktualnie na bieżąco, jestem skłonna zgodzić się ze stroną B - dla mnie to jak najbardziej wyprawa! Nie mówię, że wyprawa w Himalaje, bo się o nie zaledwie otrę (w przeciwieństwie do Kingi B. i Piotra P. którym niech Anka łaskawą będzie!), ale WYPRAWA pełą gębą! Po raz pierwszy jadę tak daleko będąc jednocześnie uczestnikiem (jednym z dwóch) i organizatorem (także jednym z dwóch) wyjazdu i za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już-już zaczynam mieć wszystko pod względną kontrolą (pełnej nie oczekuję :-D szkoda nerwów, no i szkoda się pozbawiać dreszczyku niepewności...) okazuje się, że to dopiero czubeczek ośmiotysięcznika. Tyle do ogarnięcia! Tyle do załatwienia! Dobrze, strona A była już w Nepalu kilkakrotnie - może dla strony A taki wyjazd to bułeczka z masełkiem, a Kathmandu zna jak miłośnik Tatr Zakopane - ja jednak jadę na ten daleki i obcy mi na razie kontynent po raz pierwszy i mam zamiar nadać temu wyjazdowi właściwą dla mnie rangę :-))) choćby z racji zaangażowanych w to emocji i wysiłku - dla mnie to wyprawa i kropka!

Niech mnie bogowie bronią żebym miała umniejszać wysiłek himalaistów! Ale też nie rozumiem, dlaczegóż miałbym świadomie odbierać sobie radochę i dumę (a tak - dumę!) z tego ważnego dla mnie wyjazdu?

Podobny problem miewam jak mnie ktoś pyta czy się wspinam :-) no bo niby tak jakby się wspinam, ale że rzadko, głównie na wędkę i (o zgrozo!!!) na ściance, to w oczach "prawdziwego łojanta" powinnam się właściwie pod ziemię zakopać i dać baldem przywalić. No, ale w takim razie od kiedy zacznę się wspinać - od VI? VI+? VI.3??? A przecież są i tacy, którzy nigdy w życiu nie próbowali wspinaczki - w porównaniu z nimi chyba mimo wszystko mogę powiedzieć, że się wspinam? A jednak, czasem mam wrażenie, że ktoś taki jak ja (wymęczone V ;-D) to jest nawet gorszy od tych, co to wcale...

Nie jestem taterniczką/alpiniską/himalaistką, nie jestem też wspinaczem (ale zdarza mi się wspinać - subtelna różnica) - za to chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego mam się wstydzić tego, że po prostu chodzę po górach i od czasu do czasu powiszę sobie na linie :-)

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 3 komentarze Trekking Trekking

8 sierpnia 2006  

 

Obudziłam się nad ranem, bardzo mokrym ranem. Prawdę mówiąc była to wielka ściana deszczu nie rokująca praktycznie żadnych nadziei na wyjście w góry. Tymczasem przewodnik o dziwo postanowił inaczej: idziemy. Na dzień ten mieliśmy zaplanowany wjazd kolejką na masyw Bucegi, przejście piesze na najwyższy szczyt Vf. Omul (2505 m n.p.m.), dojście do schroniska i zejście malowniczą doliną.

 

Staliśmy w oczekiwaniu na otwarcie kolejki kilkadziesiąt minut, a mój wzrok nerwowo wędrował po niebie w poszukiwaniu najmniejszego choćby skrawka błękitu. Dziwnym trafem ów błękit znalazłam jakieś 5 metrów przede mną, wpatrzony we mnie, w dodatku obdarzony nieziemskim uśmiechem. 

 

Ale zostawmy ten błękit, a wejdźmy do gondolki, która właśnie ruszyła wznosząc się ponad chmury. Po wyjściu z górnej stacji kolejki zobaczyłam charakterystyczny niestety, jak później się okazało, widok. Płaskowyż pokryty był śmieniami, głównie plastikowymi, wyglądało to jakby ktoś dosłownie rozbił w drobny mak pobliski śmietnik. Cóż, Rumuni raczej nie są proekologiczni, niestety.

 

Droga do schroniska przebiegała w zasadzie bez znacznych przewyższeń, w zupełnej mgle i deszczu. Szczyt, dla niektórych najwyższy ze zdobytych do tej pory, minęliśmy bez zbytnich zachwytów, ot górka jak każda inna, tyle że widoczność żadna. W schronisku sensacją stał się przylegający do niego kibelek, a raczej wykrojona dziura w deskach podłogowych. Dziwne uczucie - świadomość, że pod tymi kilkoma metrami kwadratowymi jest wielkie szambo, a deski nie najmłodsze...

 

Po kilku kolejnych minutach doszliśmy na skraj płaskowyżu do szlaku zejściowego. Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby przynajmniej posłuchać, jakie to widoki nas właśnie ominęły, gdy naraz mgła podniosła się, a ja ujrzałam niesamowity widok: soczyście zieloną dolinę, na zboczach pasące się owce, a w dole długą ścieżkę... Jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie dane mi było do tej pory oglądać, niesamowita i olśniewająca...

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

Dzień czwarty, wtorek, 17.08.2010

 

 

Wtorek rano - niepokojący odgłos deszczu uderzającego w powłokę namiotu sugeruje, że wędrówka może być nieco mniej przyjemna. Rzut oka na zewnątrz - ciemno, pochmurno i lekki deszczyk, do tego mgła. Nie jest za dobrze, ale kiedyś musiało to nadejść - w końcu w Norwegii częściej pada niż nie-pada.

Zwinięcie namiotu powolne, nie ma nadmiernego pośpiechu. Rozważania dnia poprzedniego - czy iść na grań Besseggen zobaczyć (ponoć) najsłynniejszy widok na dwa jeziora rozdzielone wąską, wysoką grzędą rozwiązały się właściwie same - widoczność jest na tyle słaba, że nie ma to żadnego sensu. Owsianka stawia nas na nogi; w międzyczasie przestaje padać. Ścieżka, tak jak dzień wcześniej, prowadzi początkowo brzegiem jeziora Russvatnet - o ile jednak wieczorem była w miarę sucha, z przecinającymi ją potokami, to teraz jest jednym wielkim potokiem, przecinanym czasami fragmentem suchego. Mija nas "znajoma" już polska ekipa, jak zwykle biegnąca gdzieś z wzrokiem wbitym w dal...

 

To teraz parę słów o wspomnianej grupie - jak pisałem, już z zewnątrz widać, jak kiepsko zorganizowanej - ku przestrodze ;-) I pomijam już fakt, że byli to jedyni turyści na szlaku, którzy nawet słowem się nie odzywali mijając innych. No, większość z nich.

Zawsze mi wpajano, że gdy w górach idzie grupa, potencjalnie najsłabsi, najmniej doświadczeni członkowie dyktują tempo, idąc przodem, a reszta dostosowuje się; lub też grupa dzieli się na mniejsze grupy, każda z przynajmniej jedną doświadczoną osobą w składzie - jeśli zróżnicowanie członków jest duże na tyle, że mogą sobie wyznaczać np. inne cele. Tutaj inaczej - najsilniejsi "biegli" niemalże przodem, nie zwracając uwagi na nic, następnie w różnych odstępach poruszały się dwójki - trójki, a czasem i pojedyncze osoby, natomiast najsłabsi (i najgorzej wyposażeni) wlekli się gdzieś w ogonie, często pojedynczo. Przy czym nie było nikogo "spinającego" grupę na końcu, więc gdyby ktoś z ogona "poległ" - byłby zdany na siebie (i na szczęście, innych turustów, bo szlak ten akurat był w miarę uczęszczany). Dość powiedzieć, że po półdniowej gonitwie różnica między czołem grupy a ogonem oscylowała na oko około godzniny (!) Groza.

 

Szlak tymczasem minął wodospad, przecinając rwący potok po kładce bez poręczy; deski na środku "spięte" były przez położenie na nich kamienia. Dalej lekko w górę, na obserwowaną już przez nas dzień wcześniej grzędę. I tu - całe szczęście, że nie wchodziliśmy wieczorem - kompletny brak miejsc na namiot. Grzęda okazuje się być zawieszoną dolinką U-kształtną, dopiero prowadzącą pod właściwy grzbiet; jest za to bardzo podmokła, właściwie bagna. W butach oczywiście - już chlupie, chmury nie odpuszczają, choć nie ma już mgły. Na koniec podejście po kamieniach na przełęcz (chmury i widoczność spada do 20-30 metrów); nasza "znajoma" grupa zdecydowała się tu skompletować.

Jako, że odpuściliśmy Besseggen, schodzimy szlakiem do Memurubu. Łatwa ścieżka, miejscami trochę śliska szybko sprowadza nas na dół, w okolice schroniska. Przed nami jezioro Gjende - długie, dość wąskie i podobne jak Russvatnet, metalicznie błękitne. Jemy obiad, studiując mapę i tu dochodzi do kolejnej korekty planu. Szlak wiodący grzbietami do naszego kolejnego przystanku, schroniska Gjendebu jest niezalecany w czasie deszczu i zdecydowanie niezalecany z dużym plecakiem. Ponieważ jest i mokro i mamy plecaki, tym razem dajemy sobie spokój (można wysłać bagaż promem i samemu iść, ale widoczność jest jaka jest i nie ma za bardzo motywacji). Droga faktycznie wygląda ambitnie, szczególnie jej końcówka i zejście z grani nad jezioro. Decydujemy się na prom, co zaoszczędzi nam nieco czasu i pozwoli na wejście wyżej za schroniskiem Gjendebu.

Prom płynie 30 minut, koszt na osobę to 100 NOK (50 PLN). Po drodze przyglądamy się naszej niedoszłej ścieżce i obserwujemy walczących z górą turystów (bez plecaków a przeprawę i tak mają ciężką) - ostro schodzące żlebki piargowe i miejscami gładkie, mokre skały - zdecydowanie jest na czym pojechać.

Samo schronisko niewielkie, w porównaniu do Memurubu. Nie zatrzymując się, ruszamy w dolinę, w kierunku na Olavsbu i Skogadalsboen. Początkowo idziemy przez lasek - karłowate, poskręcane brzozy i wierzby - potem przez tundrowe krzewinki, cały czas lekko pod górę, ale bardzo łagodnym szlakiem. 2 godziny później szlaki rozdzielają się, odbijamy na Skogadalsboen - przechodzimy przez przełęcz i trafiamy na miejsce noclegowe nad niewielkim jeziorkiem. Pogoda w międzczasie poprawiła się i zanosi się na rozpogodzenie - wiatr przegonił większość chmur i jest całkiem ciepło na tyle, że powtarzamy operację z myciem w jeziorze. Pozostaje, jak zwykle wpełznąć do namiotu i iść spać...

 

...nie tak szybko. Już w śpiworze orientujemy się, że podeszliśmy nieco zbyt optymistycznie do miejsca na biwak. Jesteśmy tuż za przełęczą i gdy wieczorem zaczyna wiać, wieje naprawdę mocno. Całe szczęście, że mamy fartuchy śnieżne (lepiej być przesprzętowionym, niż mieć braki...), które nieco hamują zapędy wiatru, ale i tak zimne powietrze wdziera się każdą szczeliną. Nie wspominając o hałasie. Na szczęście namiot trzyma mocno i w końcu, udaje się zasnąć.

 


Podsumowanie dnia:

Pogoda: rano mgliście i mokro, później pochmurno, na przełęczy mgła; później rozpogodzenia, wieczorem wietrznie; temperatura od ok 5'C do 10'C w ciągu całego dnia.

Dystans: 17-18 km (nie licząc promu)

Wysokość min.: Jezioro Russvatnet, 1008 m n.p.m.

Wysokośc max.: Obóz 4, około 1450 m n.p.m.

Czas przejścia: od 10:00 do 20:00, w tym przerwy (oczekiwanie na prom - 1 h)

Trudność: Niewielka do średniej na grzędzie przed Memurubu (piargi); miejscami bardzo ślisko i bardzo (!) mokro.

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

Dzień trzeci, poniedziałek, 16.08.2010

 

 

Kto powiedział, że poniedziałkowy poranek nie może być przyjemny? Zwłaszcza gdy na kompletnym odludziu, na 1700 m n.p.m. otwierasz namiot i masz "z łóżka" widok na lodowce zalane porannym słońcem. Po chmurach, które krążyły nieco poprzedniego wieczoru pozostało wspomnienie i dzień zapowiadał się świetnie.

Tylko trochę zimno. Cóż, wysokość robi swoje, a godzina jeszcze młoda. Szybkie pakowanie, owsianka - jak zwykle i w drogę. Dzisiaj początek marszu w dół - to gorzej niż pod górę dla nierozgrzanych mięśni - bardzo łatwo o kontuzję zwłaszcza, że teren kamienisty. Po chwili wracamy na szlak i w drodze na dół napotykamy pierwszych tego poranka chętnych do wejścia na Glittertind - nie kryją zdziwienia, że my "już" schodzimy :) Faktycznie, z dołu bardzo ciężko dostrzec jakiekolwiek miejsca, gdzie możnaby wcisnąć namiot.

Mniej więcej po godzinie schodzenia docieramy do schroniska Glitterheim. To jedno z - okresowo - samoobsługowych schronisk w Norwegii - ponoć cennik wisi na ścianie, a należność za używanie wyszczególnionych dóbr cywilizacji reguluje się w porozumieniu ze słoiczkiem - ot, skandynawskie podejście (bardzo zresztą słuszne, ale u nas niestety chyba nie do zastosowania). Latem w sezonie - schronisko jest z obsługą. Nie korzystaliśmy, plan dnia napięty i trzeba deptać dalej.

Dolina w której leży schronisko jest bardzo szeroka, a jej środniem płynie rzeka; teren miejscami bardzo podmokły - śliska glina wymusza ostrożność. Nad rzeką dość chwiejny, ale pewny wiszący mostek. Dalej szlak wiedzie w górę, na kamienisty (a jakże) grzbiet oddzielający dolinę od jeziora Russvatnet. Ścieżka wspina się powoli po kamieniach; w międzyczasie zaczęła zmieniać się pogoda - coraz więcej chmur, zaczyna dość mocno wiać, ale na szczęście nie pada. Znowu robi się chłodno - na podejściu zauważamy kilka sporych głazów dających schronienie i tam postanawiamy zjeść obiad. W sumie jest dość wcześnie, idziemy dopiero 4 godziny, ale raz - nie wiemy co nas czeka za grzbietem i dwa - po niedzielnym wysiłku jeszcze nie do końca wróciły nam wszystkie siły. W międzyczasie mija nas fatalnie (!) zorganizowana grupa z Polski (ale o tym więcej i później).

Na samym grzbiecie okazuje się, że przed nami rozpościera się coś na kształt płaskowyżu porośniętego miejscami trawą i mchami. Droga bardzo przyjemna, taka ścieżka przez halę, tylko bardziej kamienista. Pogoda nawet się stabilizuje i wygląda na to, że nie będzie padać. Wkrótce w dole pojawia się jezioro Russvatnet.

Ścieżka schodzi teraz w dół, do wyciętej ostro w zboczu szczeliny, której dnem płynie potok. Mostek - wiszący - zapewnia dodatkowe atrakcje :) przechodząc nad bystrzem nie gorszym od Wodogrzmotów Mickiewicza oraz... pewnym brakującym elementem.

Dalsza droga to czysty relaks. Nogi czasami się odzywają po wczorajszym, więc nie martwi nas to zbytnio - miło tak pochodzić sobie po łące i popodziwiać widoki zwłaszcza, że pogoda się poprawiła i wyszło słońce a do tego wokół pełno jest zieleni. Nad jeziorem - owce; kolor jeziora przyprawia o ból głowy - jasnobłękitny, metaliczny turkus (jak farba olejna) - efekt szarej glinki płynącej z lodowca. Szlak schodzi na sam brzeg i co raz to pojawiają się plaże nasuwające chęć kąpieli. Przechodzimy jeszcze około 2 km, ale dzień powoli chyli się ku końcowi i szukamy już powoli miejsca na obóz. Co prawda plan zakładał wejście na grzędę oddzielającą Russvatnet od Gjende, ale nie trzymamy się go zbyt sztywno - mamy w planie "dzień awaryjny", więc czasu nie brakuje. Jak się potem okazało - całe szczęście, że się na górę nie pchaliśmy...

W butach już chlupie - całe zbocze doliny to niemal jeden wielki potok sączący się do jeziora - żadna impregnacja tego nie wytrzyma. Gdzieniegdzie spod ziemi wybijaja nieduże plamy ropy naftowej (cóż, mają...). Namiot rozbijamy na niewielkim garbie nad jeziorem, na miękkim posłaniu z brzóz (karłowatych oczywiście) i pędzimy do jeziora. Woda jest cieplejsza niż w potoku płynącym z lodowca, ale poza tym to cud, że w formie ciekłej - kłapanie zębami wymyka się spod kontroli na początku, ale już po chwili można się przyzwyczaić i nieco popluskać. Za to po wyjściu w ogóle nie chce być zimno - choć wiatr dmucha a słońce już za górami. Pozostaje zjeść coś ciepłego i odpaść na kilka godzin...


Podsumowanie dnia:

Pogoda: z początku i pod wieczór słonecznie, w ciągu dnia pochmurno i bardzo wietrznie; temperatura do około 15'C popołudniu; rano ok 5'C

Dystans: 17-18 km

Wysokość min.: Jezioro Russvatnet, 1175 m n.p.m.

Wysokośc max.: Obóz 2, około 1700 m n.p.m.

Czas przejścia: od 9:00 do 20:00, w tym przerwy

Trudność: Niewielka; miejscami bardzo ślisko i bardzo (!) mokro.

 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

Wyprawa do Norwegii zakończona. Notatki z podróży jakieś tam są, ale pisane na gorąco (a czasem na drżąco-zimno) w namiocie - trzeba to wszystko przed "zapostowaniem" nieco uporządkować i pouzupełniać, co może parę chwil zająć. Tymczasem wrzucam kilka zdjęć - miłego oglądania ! :)

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

Witam

Film o nas w górach, dokładnie na Giewoncie w Tatrach!!! - normalnie jak w ulu lub mrowisku :-)

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

 

 

Ostatnio wybraliśmy sie z Kasią na Sivy Vrch w Tatry zachodnie na Słowacje. Pomimo że szczyt ma tylko ponad 1800 metrow to jednak trasa jest dość wyczerpująca, a różnica wzniesień to 850 metrów.

 

 

Pod Sivym Vrchem

 

Samochód zostawiliśmy przy drodze głównej i ruszylismy na trasę. Trasa dostępna tutaj w pliku na google earth. Ciekawy szlak z widokiem na Wielki Chocz i Małą Fatrę, biegnący wzduż skalnej grani, obfituje nawet w elementy łańcuchowe. Ale stosunkowo dość łatwe. 

 

Sivy

 

Jedyny mankament całej trasy to brak szlaku powrotnego do miejsca pozostawienia samochodu. A zdecydowanie nie chcieliśmy wracać tym samym szlakiem. Dlatego obralismy szlak najpierw na szczyt, a potem dalej w kierunku na Brestową, i przed Brestową skręcilismy na żółty szlak schodzacy w dół do Zuberca. Po wyjściu z lasu poszliśmy (zamiast na dól do wioski ) na skróty polami pod górami w kierunku naszego samochodu, trochę polem, troche drogami polnymi by wkoncu lesną drogą wrócić prawie pod sam samochód i oszczedzając sporo czasu.

 

Ogólnie bardzo polecam ten szczyt bo jest naprawdę wart wyjścia, choć polecam zrobienie calej trasy z wioski Liptovske Beharowce aż po Sivy Vrch. Jest to trasa na dwa dni, lub na porzadny jeden dzien od rana do wieczora, trasa piękna widokowo, bez ludzi. Taka tatrzańska alternatywa.

 

Sivy w tle

 

Jedyny minus to to ze nie jest to petla i potem jakoś musimy wrócić do miejsca startu.

TagiTagi: sivy vrch 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

...i tak to upał panujący nam niezbyt miłościwie w ostatnich dniach pokrzyżował plany górskie. W planach był weekendowy wypadzik w Tatry celem rozruszania biurowo zasiedzianych kończyn przed sierpniową wyprawą, ale w konfrontacji z pogodą poległ w przedbiegach :/

 

Pocieszam się tym, że już za niecały miesiąc będziemy w Norwegii i będziemy kręcić się po śniegu (jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało patrząc za okno :) )

 

No i nadal nie kupiłem membranek :P

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

V VISEGRAD MARATON

O tej imprezie dowiedziałem sie biegając po Nowym Sączu w Nowy Rok. Spotkałem wówczas miejscowego biegacza Tomasza. Jak tylko powiedział, ze impreza górska i w dodatku ze Słowacji do Polski, od razu zaświeciły mi się oczy. Nie mogłem odpuścic wydarzenia gdzie bédá dwie moje kochanki: góry i Słowacja ;-).

 

Trasa wiedzie przez : Vyšné Ružbachy, Niżne  Rużbachy , Hniezdne, Stara Lubownia, Kremna, Hraniczne,  Mniszek nad Popradem, Piwniczna Zdrój, Młodów, Rytro.

 

Profil trasy: górzysty, start na wysokości 540 m n.p.m., najwyższy punkt 743 m n.p.m., najniższy punkt 345 m n.p.m., meta 420 m n.p.m.

Do Rytra wyruszam wcześnie rano w sobotę. Podróż długa i męcząca. Przesiadki w Krakowie, Nowym Sączu i czekanie na busa organizatora w Rytrze robią swoje. Organizator zapewnił transport z Rytra na Ruzbachy. Na Słowację dobijam po 10 godzinach od wyjazdu z Częstochowy. Wraz z innymi zawodnikami odbieram pakiet startowy oraz dostaje przydział do hotelu San Andre wraz z zawodnikiem stojącym przede mną. Okazuje się nim sympatyczny Grzegorz z okolic Krakowa. Meldujemy się w recepcji, chwile gaworzymy z miejscowa płcią piękną i udajemy się do pokoju. Niestety bez dziewczyn ;-).  Na 18:30 udajemy się na pasta party, które wszyscy chwalą. Pyszny makaronik z  sosem i dodatkami- palce lizać, do tego piFko jeśli ktoś sobie życzył. Po pasta party z Grzegorzem wpadamy na genialny pomysł i udajemy sié na  kupele, czyli basen geotermalny. Woda +34 stopnie, rewelacja, po całym dniu ciało zaczyna czuć  wspaniałą ulgę, która ma dać kopa na maratonie ;-). Zaliczam tylko basem.  Okazuje się ze Grzegorz to prawdziwy pasjonat takich miejsc. Oprócz basenu zalicza chyba wszystkie sauny ( były 4 rodzaje) jacuzzi i nie wiem co jeszcze bo do hotelu wrócił dosyć późno ;-).Przed maratonem, taki ‘'maraton basenowy'' twardziel  z niego.

Po basenie zaglądam jeszcze na pasta party, gdzie spotykam klubowego kolegę Waldka. Zabiegani Częstochowa w dwuosobowym składzie. Dyskutujemy nt. trasy. Waldek przerażony górkami, ja wręcz przeciwnie, uśmiech na twarzy ;-). Jedynie na temat maratonu za wiele nie mogę powiedzieć, bo to mój debiut. Po skończonej dyskusji hotel. 

 

Niedzielny poranek wita nas świeżym deszczem. Do startu 3h, jest nadzieja, ze przestanie padać. Odpalam neta w telefonie.  Nadzieja pryska! wiadomości mówią ze pld-wsch. Słowacja tonie , deszcze i powodzie. Pada i będzie padać. 

 

Na start honorowy 8:30 niemal wszyscy zawodnicy zjawiają sie w workach na śmieci. Z Waldkiem mamy ubaw po pachy. Nazywam ich ‘'biegające śmieci''. Oczywiście my również w tych workach ;-). Większość worków jest błękitna, ale pojawiają się i inne np. żółte, białe, czarne, jeden z nich z napisem 120L .  Do startu głównego o 9:00 mamy 1500m wspólnego truchtu spod biura zawodów. ‘'Biegające śmieci w natarciu''.

Deszcz padał przez cały maraton. O 9:00 ruszamy w deszczu i kończymy w deszczu. Jak przystało na klubowych zawodników zaczynamy bieg razem ( wlodec,waldi). Biegniemy nie za szybko nie za wolno, na 10km mamy 54min z sekundami. Mijamy słowackie miejscowości : Vyšné Ružbachy, Niżne  Rużbachy , Hniezdne, Stara Lubownia delektując się widokami.

 

W Starej Lubownie po obiegnięciu rynku (wspaniały doping zarówno słowackich jak i polskich kibiców) zaczyna się pierwszy najtrudniejszy  punkt trasy. Trzeba wspiąć się na gore VABEC. Podbieg  12 % -wy zaczyna się na 14 km i kończy na 19 km. W tym miejscu zostawiam Waldka, jak to on mówi:  góry to twoja domena, dawaj do przodu. Ruszam, krotko mówiąc naciskam pedał gazu, mijając zawodników jednego za drugim. Wspinam się z wielka przyjemnością, idę niczym parowóz ;-). Cały czas zachowuje rezerwę pod butem. Góra Vabec zdobyta. Zaczyna się długi zbieg, mijam miejscowości  Kremna, Hranice, Mnisek.

Jest 28 km, do granicy z Polska ‘'rzut beretem''. Wszystko idzie zgodnie z planem, organizm nie daje żadnych znaków zmęczenia. Jem i pije wodę na każdym punkcie odżywiania, które rozmieszczone są co 5 km.  Trasa oznakowana co 1 km, tylko zerkam kątem oka, na którym jestem km. Mówi się ze na maratonie ‘'ściana'' pojawia się po 30km. Jako debiutant biegnę w nieznane. Wyczekuje jej, ale ze stoickim spokojem. Po głowie krążą myśli, gdzie jesteś?, kiedy się pojawisz ? jestem przygotowany mowie do niej. Nie pojawia się. Gdy byłem na 34 km stwierdziłem, ze dziś jej nie będzie. Znowu naciskam na buta i idę do przodu wyprzedzam kolejnych zawodników. Jak się później okaże od 34 km wyprzedzony byłem raz  przez pana, którego minąłem na 36km.

Warto o nim wspomnieć, bo był naprawdę sympatyczny i powiedział mi bardzo mile słowa odnośnie mojego debiutu. Otóż po wymianie kilku zdań i informacji ze to mój debiut,  rzekł :

 

- tez sobie wybrałeś ( chwila ciszy i dodał) tez  chciałbym mieć taki debiut .....i to z takim rozsądnym podejściem .......wręcz nie spotykane w tak młodym wieku ;-).

 

Bardzo dziękuje temu panu za te słowa,  były to najcenniejsze słowa , kwintesencją spełnienia mojego marzenia jakim było przebiec maraton. Niestety nie zwróciłem uwagi na koszulkę w jakiej biegł, wiec nie wiem skąd był. Mam nadzieje, ze jeszcze go spotkam.

 

....tak to był 36km, nieco wcześniej minąłem Piwniczną- Zdrój, następnie Modow, do mety zostają  4 km.  Zbliżam się do Rytra i do drugiego najtrudniejszego punktu trasy - ostatnie 2 km jest ostro pod gore, kat nachylenia na pewno większy niż na Vabec, czyli ponad 12%. Czuje się niczym kolarz na Tour de France. Myślę sobie tutaj dużo będzie sie działo i dzieje się. Idę ostro w górę mijam kolejnych zawodników. Widząc  41km  chce podbiec do tabliczki i ja ucałować, ale za wcześnie, jeszcze 1km do mety wszystko może się zdarzyć. W tym momencie mija mnie wspomniany miły pan i krzyczy :

 

-dawaj!!! Złamiesz 3:50

 

Przyspieszam,  10 m przede mną jakiś zawodnik wymiotuje, podbiegam i klepie go po plecach dodaje otuchy:

 

- dawaj bracie jeszcze kawałek

 

Widzę metę , jeszcze 150m i spełni się moje marzenie. Dostaje skrzydeł, finiszuje,  metr przed meta wyprzedzam jeszcze zawodnika. Jeeeeeeeessssstttt!!!  Marzenie spełniło się, jestem wniebowzięty!! zostalem Maratonczykiem !!!!

 

Timer pokazuje 3:50:04

 

Waldi tak obawiał się górek ,a wybiegał 4:04:31! ( przed startem mówił 5godzin)

 

Trzeba napisać wielkie słowa uznania dla organizatora, przygotowanie oprawa, oznakowanie trasy, zakwaterowanie, pasta party ,wszyscy zgodnie podkreślili ze na medal, ze Inni powinni przyjeżdżać na Visegrad Maraton i uczyć się organizacji.

Wolontariusze dziękujemy!!! My w deszczu biegliśmy a oni cały czas stali w jednym miejscu, jedni uzbrojeni w płaszcze przeciwdeszczowe a inni nie. Stali i mokli tak jak my!!!!!!

 

Kibice! Wspaniały doping na całej trasie. Mnóstwo kibiców i po słowackiej i po polskiej stronie.  Na ulicach, w oknach i samochodach. Cala kolumna pojazdów, która przemieszczała się po całej trasie i dopingowała wszystkich. Dużo flag  biało czerwonych. Organizatorzy również  przemieszczali się busem i dopingowali wszystkich. Nawet krzyczeli i Częstochowa Częstochowa, Zabiegani Zabiegani.

 

Zawodnicy. Co jakiś czas w początkowej fazie maratonu ktoś krzyczał wlodec wlodec, jak się później okazało , biegło kilku kieratowcow z którymi pokonałem 100km w górach. Fajnie tak jak  biegnie się z ludźmi których zna się. Do mojej biegającej rodziny dołączył Grzegorz z pokoju-okolice Krakowa i Jerzy-Poznan. Milo było was poznać, jesteście super.

 

Po maratonie spełniliśmy swój obowiązek i udaliśmy się do lokalu wyborczego. Taka zabawna sytuacja była, bo moje zaświadczenie do glosowania było cale mokre, biegłem z nim gdyż chciałem oddać glos podczas maratonu ale nie zauważyłem lokalu wyborczego. Następna zabawna sytuacja była w drodze do Krakowa ( Grzesiu nas podwiózł), po ok. 40 min rozmowy w samochodzie z

zawodnikiem z Warszawy okazało się ,ze na Kieracie szliśmy razem do 4pkt...ach ten Kierat ;-).

  

nikdy neprestavaj verit brasko,Môj sen bol splnený  AHOJ 

zdravim

wlodec

 

PS. Waldi dzieki za tempo do 14km!!!

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

Z wczoraj na dzisiaj zrobiliśmy z kumplem mały tour po Beskidach.

Dla zainteresowanych link z relacją i galerią w obrazku poniżej.

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Wspinanie Wspinanie

Jak donosi morpho.pl,  nie mieli szczęścia chłopaki ze ściany "Korona" w Krakowie. Powódź nie oszczędziła niestety ich kultowej pakerni. Ścianka wspinaczkowa Korony utonęła pod wodą.

Najgorsze jest to, że nie tak dawno cała ściana została mocno odremontowana i  praca poszła na marne. Pozostaje im tylko życzyc szybkiego pozbierania się po tej hekatombie.

 

Więcej znajdziecie tutaj:

 

http://morpho.pl/4/100518a.php

 

Zdjęcia z akcji ratowania ścianki:

 

http://picasaweb.google.pl/banghra/FloodedKorona#

 

A tak to wygladąło przed zalaniem:

 

 

I jeszcze kilka filmików z bulderów koroniarskiej ekipy:

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

 

W ostatnim czasie dużo mówi się o tatrzańskich niedźwiedziach i o tym, że stanowią one zagrożenie dla ludzi w TPNie i TANAPie. Słowacy nawet chcą do niedźwiedzi strzelać aby pozbyć się co bardziej agresywnych gagatków. Ile tak na prawdę o nich wiemy i w jaki sposób należy się zachowywać gdy już misia spotkamy? Czy to one są zagrożeniem dla nas, czy może jest zupełnie na odwrót?

 

Film: Pomóż chronić polskie niedźwiedzie -wwf.pl


Znalazłem ciekawą "Instrukcję obsługi misia" :), która przypomina podstawowe zasady - o których zawsze należy pamiętać- oto ona (do pobrania w pdf):

 

"Instrukcja obsługi misia - Oto niedźwiedź"

 

Więcej informacji mozna znaleźć na stronie:

 

Na koniec życzę wszystkim oglądania misiów jedynie z bezpiecznej odległości...:)

Pozdrawiam

Michał



 

 

TagiTagi: niedźwiedzie 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Skitury Skitury

Pomimo że dla niektórych zima jeszcze trwa, choć warun w Tatrach juz dość marny, to dla mnie się już skończyła. Dlatego zapodaje dawkę filmów na wspomnienie bialego szalenstwa.

 

Oczywiście zostają Alpy na kwietniowe skitury, ale ja już delektuje sie wiosną. :-) Miłego oglądania!!!

 

Chamonix skituring

 

 

 

i freeride :-)

 

 

 

 

 

 

I do następnego sezonu, oby więcej było śniegu na południu Polski niż na połnocy jak to było tej zimy.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

W niedzielę 17 kwietnia wybralem się na wpyad w Tatry, trasa wiodła w dużej części asfaltem :-/ w dolinie chochołowskiej. No coż trudno, ten odcinek drogi ciąży mi nie tak bardzo jak droga do Morskiego Oka, ale za każdym razem bardziej. Za to szlak czerwony na Trzydniowianski Wierch wynagrodził asfaltowy epizod.

Śniegu w Tatrach jeszcze dużo, lecz na stokach południowo zachodnich już prześwieca już podłoże, jeszcze tydzien dwa i śnieg ostanie się tylko w górnych partiach. O ile nie napada świeżego w najblizsze dni.

 

                       Panorama z Trzydniowianskiego Wierchu

 

 

 

Zejście z szczytu do doliny jarząbczej wyglądało bardzo "ciekawie" poniżej zdjecie Trzydniowianskiego i wychodzących na niego turystów od strony doliny jarząbczej.

 

 

 

 

Widok w kierunku Kończystego Wierchu

 

 

 

 

Na koniec wypadu doszliśmy do polanych chochołowskiej, gdzie już powital nas zgiełk i wrzawa ludzi w ilościach prawie jak na Krupówkach, jak i fioletowe łany krokusów.

 

 

 

Polecam obejrzeć. (Oczywiście krokusy, nie ludzi), sądze ze ostana się do najblizszego weekendu.

 

  

TagiTagi: tatry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

 

Mustang (tyb. żyzna równina) - dziki, wietrzny i surowy kraj u podnóża Himalajów. Ostatnie prawdziwe Shangri-La, „Tybet poza granicami Tybetu" - ostoja kultury buddyjskiej, której nie zniszczyli swoją okupacją Chińczycy. Niegdyś niepodległe królestwo Lo, obecnie stanowi część Nepalu. Nawet w czasach niepodległości był językowo, etnicznie i kulturowo silnie powiązany z Tybetem. Z tego względu, do marca 1992 roku był całkowicie niedostępny dla obcokrajowców. Teraz ich obecność w Mustangu jest silnie regulowana i ograniczona do 1000 osób rocznie.

Dzięki dogodnemu położeniu w dolinie Kali Gandaki, przez Mustang prowadził niegdyś szlak handlowy z północy przez Himalaje do Indii (sól, herbata, wełna jaków). Do dziś mieszkańcy tych terenów, lud Lobas, zajmują się głównie handlem oraz hodowlą zwierząt.

 

Porywiste wiatry tańczące w dolinie Kali Gandaki sieką bezlitośnie każdego, kto zapuści się na te tereny. A jednak warto. Jak gdyby niewystarczającym argumentem na podjęcie wyzwania były okalające dolinę majestatyczne wypiętrzenia Himalajów, zlepieńcowe urwiska Mustangu kuszą tajemnicą. Wykute w nich jaskinie kryją prawdziwe skarby kultury buddyjskiej. Większość z nich służyła kiedyś mieszkańcom tej krainy za domy, wiadomo jednak, że kilka z nich przeznaczono na miejsca święte - świątynie, miejsca medytacji, czy siedziby joginów. W 2007, lokalny pasterz poprowadził międzynarodową ekipę archeologów do jaskini, w której odkryto ogromne naskalne malowidło pochodzące z XII-XIV wieku, a przedstawiające sceny z życia Buddy. O tym i towarzyszących mu innych odkryciach, można się dowiedzieć więcej z filmu, do którego link załączam poniżej.

 

http://www.wisevid.com/play?v=8tbvt55uvAfc

 

Film jest po angielsku, ale nawet jeśli to dla kogoś stanowi problem - naprawdę warto się przemęczyć.

 

A ja odliczam dni do wylotu Cool i już żałuję, że nasza trasa kończy się w Jomsom... Cóż, trzeba będzie kiedyś do Nepalu wrócić i udać się dalej na północ Laughing

TagiTagi: nepal trekking 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Wspinanie Wspinanie

Dzisiaj mijają równo dwa lata od tragicznej śmierci Piotra Amsterdamskiego. Nie znałem Go osobiście, ale jego śmierć zapadła mi jakoś w pamięć. Był uznanym fizykiem, tłumaczem literatury zarówno popularnej, jak i naukowej oraz wspinaczem. Wspinać zaczął się dosyć późno, w wieku 45 lat, ale robił to z ogromną pasją i osiągał na tym polu pewne sukcesy - brał udział w wytyczeniu kilku nowych dróg wspinaczkowych. Zginął 12 lutego 2008 w Tatrach podczas wspinaczki na Mięguszowicki Szczyt Wielki. Więcej o Nim można przeczytać w artykule na stronach Gazety Wyborczej.

Mała ciekawostka - pan Piotr przetłumaczył na język polski m.in. "Krótką historię czasu" Stephena Hawkinga, ale kiedy po narodzinach dziecka pojawiły się problemy finansowe tłumaczył... Harlequiny!

TagiTagi: ludzie 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

16 kwietnia - Dzień pierwszy
Nim zacznę opisywać swą przygodę w górach, rzeknę słów kilka gwoli nakreślenia;) Otóż, moje wiercenie się w miejscu przed samym wyjazdem osiągnęło punkt kulminacyjny. Toteż postanowiłem przyspieszyć swój "teleporting", zmniejszając tym samym ryzyko dostania kręćka. Krótki telefon w góry, akceptacja i już pędzę z ciężkim jak diabli plecakiem z czwartego na dół, zastanawiając się po drodze, co ja tam do jasnej cholery wpakowałem, że tyle waży?? Ale teraz to już nie miało najmniejszego znaczenia. Za chwilę miałem trzasnąć drzwiami, przekręcić kluczyk, pokręcić troszkę zadkiem ku lepszemu - czytaj optymalnemu - ustawieniu się względem osi jezdni i w drogę Machnąłem na pożegnanie, buźka i ruszyłem przed siebie. Do samego Zakopanego jeździłem nie jedną już trasą. W zeszłym roku, wraz z córeczką jechaliśmy przez Wadowice, Oświęcim. Spodobała mi się, w sumie nie było tak źle, trochę utrudnień w ruchu, ale nie więcej niż gdzie indziej. Toteż i tym razem obrałem kurs na w/w miejscowości. Wyjechałem około godziny 10:40. W Katowicach byłem sprawnie, w okolicach południa. Później zaczęło się kićkać trochę, lecz jakoś się przebijałem. Utknąłem natomiast w Wadowicach, gdzie miałem, "niepowtarzalną" okazję zwiedzać to przepiękne poniekąd miasto, lecz z poziomu fotela kierowcy. Z początku było fajnie, miałem czas pooglądać kilka wspaniałych okazów architektury, lecz jak doszło do "zwiedzania" taboru kolejowego zaraz za Wadowicami, tak skończyłem to "podziwianie" jakieś 7 km za Oświęcimiem. Nawiasem mówiąc nie wiedziałem, że nasz rodzimy tabor ma taką różnorodność;/ Na miejsce "zbiórki" moich szanownych zwłok dotarłem koniec końców po sześciu godzinach tułaczki. Przy czym, jak łatwo się domyśleć, moje szanowne "odbicie" fotela miało dość i krzyczało!! Dotarwszy do celu, po krótkim przywitaniu ruszyłem na górę się rozbebłać i odnaleźć w pokoju. Rozpakowawszy się z grubsza bujnąłem się do miasta w celu złapania aklimatyzacji Pod Reglami. Poszwendałem się jakiś czas i po powrocie postanowiłem zaglądnąć do moich ukochanych gospodarzy. Tam posiedzieliśmy nad herbatką góralską, która podziałała na mnie "rozbrajająco". Podziękowawszy późnym już wieczorkiem ruszyłem zdobywać swoje "K2", czyli wspinać się na trzecie piętro w willi. To była dłuuuga droga usiana wieloma zakosami jak i atakującymi mnie z nienacka lodówkami i innymi sprzętami gospodarstwa domowego;D Kładąc się spać obmyślałem jak by tu się zwlec wcześnie rano;/
17 kwietnia - Dzień drugi
Ponieważ dzień wcześniej spakowałem swój plecak, pozostało mi tylko wrzucić cosik na ruszt, zrobić herbatkę w termos i w drogę. Obudziłem się bardzo wcześnie o dziwo! Wstałem już o 4 z małym haczykiem. Ogarnąłem się, zabrałem plecak i ruszyłem do autka. Na cel obrałem Tatry Zachodnie, a konkretniej to śniadanie nad Smreczyńskim, małe przepakowanko w Ornaku i Rakoń do Grzesia. Plan był ambitny, lecz nie do niezrealizowania. Zaparkowałem w Kirach, plecak na bary i .... przygody czas zacząć Dla przypomnienia na grań Tatr Zachodnich ostatnio wchodziłem jakieś 8 lat temu. Latem. Szlak wydawał się całkowicie pusty. Pracowali tylko drwale, zwożący pował i wiatrołom. Wchodząc od razu poczułem ten swoiski zapach, pomieszanie robionej bryndzy, oscypków, owiec i ich "śladów", zapach kwiatów ( krokusów się znaczy ) oraz potoku. Te wszystkie zapachy razem tworzą klimat dolin tatrzańskich. To chyba najbardziej oddaje "smak" niższych partii . Minąłem odejście do Jaskini Mroźnej, idąc dalej brnąłem po trosze w błocie, po trosze w pozostałościach po zwożonych smrekach. Wszędzie rozchodził się zapach żywicy, orzeźwiający chłód od potoku, który zaznaczał swą obecność coraz to głośniejszymi kaskadami po skalistym korycie. Po krótkiej chwili szlak zmienił swe oblicze, stając się z błotnistej mazi, ubitym lodowym jęzorem, nad którym moje nogi bezskutecznie próbowały łapać przyczepność. Nie mniej jednak parłem wciąż na przód. Na raki jeszcze nie czas - pomyślałem sobie. Po jakiś 40 minutach znalazłem się na rozwidleniu szlaków. W lewo odchodził do Przełęczy Tomanowa, lekko po skosie na Staw Smreczyński gdzie zmierzałem, by zaopiekować się moim żąłądeczkiem;), na wprost zaś do Schroniska Ornak. Zrzuciłem plecak, wypakowałem raki i dalszą drogę postanowiłem usprawnić sobie chrzęstem:D Dotarłem na miejsce biwaku po około 30 minutach ostrej rywalizacji moich nóg, które dziwnym trafem ciągle mi się gdzieś zapadały w śnieg. Niby tylko do łydek, do kostki, czasem po kolana, ale kosztowało to mnóstwo wysiłku. Dotarwszy na miejsce zacząłem wyżerkę Z pełnym brzuszkiem pozwoliłem sobie na odrobinę romantyzmu i zacząłem podziwiać widoki. Grań Starorobociańskiego do P.Tomanowa była cała w śniegu. Latem cała grań odbija się w tafli, tworząc odbicie, które lekko faluje. Dziś miałem sam lód. Nie mniej jednak robiło to wrażenie! To jest naprawdę magiczne miejsce! Bez jakichkolwiek banałów, lecz takie wymarzone miejsce na randkę. Po tych kontemplacjach i z nutką na ustach ruszyłem w drogę powrotną do rozwidlenia szlaków. W Ornaku jeszcze tylko rzuciłem okiem na mapkę i ruszyłem na przód. Obrałem za swój pierwszy cel Przełęcz Iwaniacką. Droga szlakiem całkiem sympatyczna. Mały potok, przejście po kamieniach i ostro w górę. Śnieg się skończył, więc zatrzymałem się by zdjąć raki. Chwilkę postałem, ponieważ gdzieś w oddali zasuwał dzięcioł ze swą melodią. Dotarłem po chwili do ujścia żlebu, którym prowadzi szlak. Niestety jak się okazało po parunastu metrach, niedawno zeszla tędy lawina, więc włażenie tędy: po pierwsze trąciło ryzykiem, że być może to jeszcze nie ostatnia, po drugie, diabelnie ciężko się chodzi po lawinisku. Co i rusz brnąłem po pachy w śniegu. Postanowiłem ułatwić sobie drogę pod górę i zacząłem z lekka dzikować na północ od żlebu. Jak się później okazało, moja decyzja był słuszna. Pował w odległości nawet 15 metrów od szlaku, często uniemożliwiał podejścia. A omijanie zajmowało okropnie dużo czasu i wymagało ogromnego wysiłku. Przy drzewach, leje od budzących się do życia konarów miały głębokość około metra, co przy nachyleniu stoku metr dalej pokrywa sięgała już 1,5 do 2 m czystego śniegu, a pod nim często leżał pował. Taki dzikowanie zajęło mi okolo 2 godzin nim dotarłem do Iwaniackiej. A to przecież miały być dopiero drzwi do dalszych "komnat" szczęścia. Przystanąłem wypluty, wyduźdany jak mops. Omijanie i dzikowanie alternatywnej drogi zajmowało mnóstwo czasu i pochłaniało ogromne zapasy mojej energii. Tak więc postanowiłem, że jak na pierwszy dzień to i tak już nieźle. Porobiłem kilka foci i oddałem się delektowaniu okolicy. Stoki jakie przede mną się wyłaniały znad górnej granicy lasu były urzekające. Białe kopuły szczytowe rosły przed mymi oczyma pod takim kątem, że czasem miałem wrażenie , że się pochylają. Dało się zauważyć jak w 2/3 wysokości stoku, pękają pokrywy śnieżne, granica między nimi była na tyle widoczna, że dało się zobaczyć cień, który rzucała na poniższą, obsuniętą. Tu na przełęczy wiatr szusował niczym nie hamowany. Dopiłem herbatę i postanowiłem, że zacznę schodzić. Schodząc już robiłem jeszcze fotki, a to się tu zatrzymałem, a to tu... I tak oto pierwszy raz stanąłem, patrzę...a gdzie są moje ślady?? Zrazu zero paniki, tylko no, przecież grzebałem się tędy, więc nie ma mowy, bym się zaglamał .. A jednak. Parę chwil na rozglądanie i wypatrywanie miejsc charakterystycznych, które zapamiętałem w drodze wejścia. Coś wyoczyłem, ale znajdowało się ono jakieś 20 m na północ od mojej obecnej lokalizacji. Cóż, pomyślałem sobie. Pewnie dałem ciała i najzwyczajniej w świecie zlazłem. Prę więc na górę potykając się o pnie pod śniegiem. Dopchawszy się w z góry uplanowane i upatrzone miejsce stwierdziłem ze zgrozą, że tu nie ma żadnych śladów. Parę minut pokręciłem się w niedowierzaniu i zacząłem trzeźwo myśleć. Łeb do góry i po szczytach, gdzie ja mogę być. Cóż, tu nic mądrego nie wymyśliłem, więc postanowiłem iść na pewniaka. Tam gdzie żleb, tam wyjście, pomyślałem sobie i ruszyłem w dół. I tu się zaczęła zabawa. Wchodząc stopa zazwyczaj atakuje częścią śródstopia, bądź też palców teren. Przy zejściach zaś jest odwrotnie. To pięta przejmuje największy ciężar, z dwóch powodów. Pozwala "ugruntować" miejsce, na które stąpasz jak i stabilizuje postawienie. Przy chyba piątym stąpnięciu poczułem jak zlatuję i w sekund parę byłem uwięziony po pachy w śniegu. Jak później się okazało ponad 30 min zajęło mi wygrzebanie się z tej jopy!! Nogi miałem jak z galarety.. hahaha.. Tym razem schodziłem już uważniej, badając grunt kijkami. Niestety po nastu krokach znów wylądowałem w śniegu, tym razem jednak z nogą między pniami, który obtarł mi się o piszczel. Od razu pierwsza myśl, skoro mam raki to leżącemu już drzewu pod zwałem śniegu i tak już nie robi różnicy, a ja jakoś wyleźć stąd muszę. Tym razem gramolenie poszło mi znacznie lepiej. Resztę drogi poświęciłem głównie utrzymywaniu się na powierzchni śniegu..Po jeszcze kilku takich wpadkach, na mniejszą skalę do dna żlebu i ... odnalazłem ślady "żywych i na ogół rozumnych istot". Postanowiłem do nich przystać i ruszyłem ich śladem. Odnalazłwszy "utracony " wątek poczułem się znacznie pewniej. Co prawda strachliwy nie jestem, lecz bycie samemu na szlaku, z perpektywą dzikowania po kolana choćby, w śniegu do samego wieczora optymizmem mnie nie napawała. Dotarłem wreszcie już bez większych przygód, poza wpadnięciem jeszcze do takiego płynącego małego potoczku, po kostki dosłownie. W Ornaku, zajadłem się batonami, byle tylko odbudować jeszcze troszkę energii i od razu ruszyłem w dół, kierując się już do wyjścia ze szlaku. Po ponad 1,5 godzinnym schodzeniu dotarłem do auta, gdzie zwaliłem się jak "sosienka".Wtedy to zacząłem robić bilans strat, zysków. Wrażeń oraz próbowałem sklasyfikować uczucia, jakie mną targały podczas tego niecodziennego zdarzenia. Cała przygoda zajęła mi prawie 8 godzin. Do domu dotarłem zmachany, ale szczęśliwy jak małe dziecko, które dostało ulubioną zabawkę. Wgramoliłem się jeszcze na pokoje, ogarnąłem się, wtranżoliłem sutą i słuszną kolację, obmyślając co jutro będę czuł.



18 kwietnia - Dzień trzeci
Z uwagi na fakt, że dzień wcześniej padłem jak neptek, wstałem ... dla odmiany przed 5 rano. W zimnym pokoju, spod kołderki nie chciało mi się nawet palca od nogi wystawiać. No ale co tam, twardym trza być, nie?! Więc opracowawszy sobie technikę szybkiego dostania się do łazienki zerwałem się i za chwilę byłem pod cieplusim prysznicem. Rozkoszowałem się chwilkę;Dciepełkiem, które mnie ogarniało. Szybciutko wstawiłem wodę na kawę, śniadanko, herbata w termos i prawie gotowy. Po śniadanku poczułem, że cosik mi dokucza kolano. Klnąc pod nosem poszukałem swej opaski, z którą się nie rozstaję i założywszy postanowiłem, że nie odpuszczę. Może trzeba tylko rozchodzić...?! I faktycznie, ruszając już w dół ból się zmniejszał, więc pomyślałem - jest dobrze. O 6 parłem już na szlak z dziwnie roześmianym pychem. Sam nie wiem skąd ta głupawka, ale nie przeszkadzała mi w żadnym razie. W dobrym nastroju szedłem dość szybko. Tu mały przerywnik. Gdy podjechałem na parking, w celu pozostawienia mojej pandziochy, wychodząc z autka "zaatakował" mnie pan "wcześniej urodzony". Rąsia, cześć i od razu do rzeczy. Pyta mnie gdzie idę, na Zawrat pewnie, co? Ja oczywiście z zaskoczenia wzięty, zrazu zapominam języka w gębie. W związku z tym z lekko rozwartą gębą i zapewne głupawym wyrazem twarzy wsłuchuję się w wiadomości z Wysokich. Ten słowotok; wspaniale się go słuchało nawiasem mówiąc, trwało to prawie 5 minut, po czym włączyłem się wreszcie do dialogu. Ależ facet ma autorytet i wiedzę!!! Ten język, charyzma!!Po całej rozmowie trwającej prawie 20 minut! pożegnaliśmy się jak na ludzi gór przystało - tylu zejść ilu wejść i życząc sobie super dnia pożegnaliśmy się serdecznie. Nigdy w życiu się nie spotkaliśmy! Musiałem mu pewnie przypominać jednego z kursantów...Przez cały ten czas starałem się sobie przypomnieć skąd ja tą buźkę znam. Bo osobiście nigdy nie miałem przyjemności. Po powrocie okazało się, że tenże człowiek mieszka dwa domy ode mnie , na Olczy! Tak to zacząłem kolejny dzień od przygody ze spotkaniem z taką Osobistością. Poprawiwszy plecak, szpeje ruszyłem bardzo szybko, podbudowany i rozochocony "profesjonalizmem" jaki "łyknąłem".Tego dnia obrałem sobie za punkt honoru Kasprowy Wierch, no i może; jak mi sił starczy a języka nie przytwierdzę rakiem gdzieś na stoku, kawałek Czerwonych Wierchów. Około południa byłem już na szczycie. Zmachany, ale jakże szczęśliwy. Narciarzy było sporo, lecz umiarkowanie. Większa część ludzi opalała się na odsłoniętej części stoku. Ja zarzuciwszy herbatkę i batony, wyjąłem kurtałkę, bo dość wiało.A że wątłej postury jestem, to dziękowałem , że mój plecak trochę jednak mnie jeszcze przytrzyma. Nie mniej rzucało mną odcinkami jak pies flakiem. Ale co tam. Postałem, puknąłem kilka foteczek i zasępiłem się. Pomyślałem sobie ... Jak to miło by było podróżować po tej grani bez końca. Łza zakręciła mi się ... taki sentymentalny jestem i miętkie serduszko mam ... Łatwo się coś ostatnimi czasy wzruszam....To niby kawał skały, pokryty śniegiem, lodem. A jednak wzbudza takie emocje. Sam fakt dotarcia tu jest już dla mnie dużym wyczynem. Szczególnie, że dokonanym zimą. A ja tu "sam". No wiem, że nie do końca, lecz w takich sytuacjach nachodzą różne myśli. Piękno okolicy, niecodzienne widoki, które do tej pory były raczej przeze mnie oglądane na filmach, teraz stały się moim udziałem. Częścią mnie samego. To coś jak taki mały trybik, który dojdzie na zębie zębatki do górnego martwego punktu i musi opaść, lecz jest to już stopień dalej. Od kilku lat, nie licząc wakacji z córeczką, jeżdżę w góry sam. To z jednej strony pozwala mi przeżywać moje góry bez "zobowiązań" emocjonalnych, lecz prowadzi do ... gadania do siebie.. hahaha... co powszechnie jest uznawane za starcze zapędy. haha.. No ale wracając do tematu. Stojąc na grani i tak rozmyślając zagadało do mnie dwóch jegomości. Kijki, raki, 40-tki plecaki, lina, czekan. Pomyślałem zawodowcy. Lecz czemu akurat ja?! przykułem ich uwagę. Krótkie pozdro i spytali co robię. Miałem na końcu języka walnąć, że "kątempluje", ale się powstrzymałem, lecz na samą myśl o tym słowie uśmiech wrócił mi na opaloną już ciut gębę. Mówię, że jeszcze nie wiem. Miałem zamiar przejść trochę granią do Kopy i kawałek dalej w kierunku Czerwonych, ale się waham. Rozważam mały spacer po grani w kierunku Świnki;D Ta Świnica ciągnie mnie jak diabli!! A oni właśnie szli w tamtym kierunku, jak się okazało. Zaprosili mnie bym się do nich przyłączył. Wahałem się co odpowiedzieć, bo przecież moje przygody w górach zimową porą nie są naznaczone "profesjonalnym łojeniem". Podziękowałem im bardzo, coś w stylu, że łapię aklimatyzację i wybrałem się tylko na mały spacerek, ale jak coś to ich dogonię. Powiedzieli, że idą północną śnianą jak coś i do Czubów, zejdą Kościelcem do Murowańca. Spytali jeszcze na odchodnym, czy mnie Świnka nie ciągnie?? Ale już nic nie odpowiedziałem, bo wiatr zagłuszał moje słowa i zatykał straszliwie. Gdy już się oddalili, znów mi się sposępniało. Czy mnie nie ciągnie. Jasne, że tak, i to jeszcze jak cholera! Ale mam świadomość swych niedoskonałości, jak również wcześniejszych kontuzji, które wykluczają mnie z tego grona szczęśliwców:( Przynajmniej narazie. No ale jak to mówią nigdy nie mów nigdy. Robię co mogę,by urzeczywistniać swe marzenia!! To przecież nie musi być akurat Świnka, może inny , mniejszy, wcale nie mniej ciekawy strukturalnie szczyt, prawda?! Tak czy inaczej, postanowiłem jednakoż przelecieć się po grani właśnie w tamtym kierunku. Założyłem raki, przygotowałem czekan, wpiąłem karabinki do asekuracji, spiąłem plecak i ruszyłem. Szedłem zrazu wolno, było dość sporo lodu, po wczorajszym Halnym. Grań miejscami robiła się wąska na tyle, że ekspozycja po bokach robiła wrażenie!! Wtedy wręcz słyszałem muzykę z filmu K2, jakieś 200 metrów do kopuły... Przeszedłem przełęcz i parłem na Liliowe. Zrobiło się troszkę stromo, więc zacząłem trawersować zbocze w celu uniknięcia ewentualnego zjazdu. Wszystko szło jak po maśle. Jakieś 30 metrów od topu zaczęły się skałki pod lodem. Przystanąłem, poprawiłem się i przyjąłem pozycję "atakującą". To ni mniej ni więcej wyglądało jak rozdeptany pająk próbujący łapać się na szkle polanym oliwą. Nóżki po kilku metrach zaczęły mi drżeć. Bynajmniej nie ze strachu, lecz raczej z wysiłku. Zaczęły się momenty, w których trzymałem się tylko dwoma zębami atakującymi raków w lodzie. Parę kroków, raki wbijane po kilka razy w celu dobrego "uchwytu" i znów to samo. To tygrysy lubią najbardziej!!! Po chwili będąc pewny swego wbicia lewym rakiem, prawym przeszukiwałem miejsce do następnego wbicia. Wtedy chrup, sru i pierdu do dołu. Zdążyłem złapać czekan i zacząłem awaryjnie hamować. Za chwilę już, może z pięć metrów zjechałem i stanąłem. Ale czułem, że mnie cosik kłuje w lewe podudzie. Ja tu patrzę, a mój prawy rak siedzi sobie w moich lewych gaciach. Szybciutko go usunąłem z nadzieją, że nie wszedł zbyt głęboko. Ponieważ cały czas jeszcze byłem w pozycji na "ziabę na asfalcie", zakotwiczyłem się czekanem i przystąpiłem do oględzin mojej nóżki. Okazało się, że 1 cm niżej i nic by się nie stało - miałem opaskę. A tak 3 centymetrowa "wżera" i kilka rysich pazurów. Nic na szczęście po za tym się nie stało. A, no i gacie pod kolanem udarte. Ale pal licho gacie, grunt, że noga cała, pomyślałem sobie. Wyjąłem apteczkę i skrzętnie lawirując paluszkami próbowałem się dostać między gacie, kalesonki do mojej gagusi. Zdezynfekowałem, lecz na opatrunek postanowiłem poczekać do Kasprówki. Ściąganie gatek na tej wysokości grozi wymrożeniem jegomościa i wiąże się z wieloma innymi przygodami, raczej niespecjalnie przyjemnymi. Poruszałem nogą, jest ok. Nic nie boli, ale czuć małe obtarcie. Pomyślałem sobie, najwyżej z powrotem będzie dwa razy szybciej, więc w 20 minut będę w Kasprowym. Tak więc cała przygoda skończyła się lekkim uszkodzeniem podwozia i rozdartymi gaciami.Krótki rekonesans oczyma dookoła, pogoda zmienia się z uwagi na bardzo silne podmuchy z minuty na minutę. Ale nie zapowiada się by miało tłuc gradem. Kask na łeb i szybka decyzja i idę dalej. Zwiększyłem więc czujność i zapierałem dalej. W między czasie zatrzymywałem się jeszcze kilka razy sprawdzając, co tam słychać poniżej. Ale moja przyzwoicie chodząca kończyna zachowywała się jak kózka. Na ostatni etap postanowiłem wybrać zachodnią ścianę Świnicy. Porobiłem kilka fotek. Tu już wiało mocno. Spotęgowało to wzrost adrenaliny. Miałem strasznie nieodpartą ochotę przeć dalej. Lecz rozum nakazywał wycof. Postałem więc jeszcze, napawając się moim "małym, lecz jakże wielkim zwycięstwem". Żałowałem, że nie mogę tego z kimś podzielić. W takim momencie, cały trud, męka podejścia, ciepło doliny jest w tym jednym ułamku sekundy - zdobycia celu - czymś nadzwyczajnym!! To takie piękne, wzruszające, wręcz rozczulające uczucie. Pełne skrajnych emocji! Mimo zmęczenia masz ochotę iść dalej. Adrenalina buzuje w Tobie przeszywając organizm mnóstwem informacji, wrażeń, odczuć, od euforii po smutek, otuchy po obawy. To taki moment w którym chaos króluje i jest jedynym wypełnieniem w Twych myślach. Tego się nie planuje, to wychodzi jakoś samo z siebie! Gdy tylko zacząłem się rozglądać, cały nastrój zaczął powolutku stygnąć, choć nie do końca. Lecz czas było pomyśleć już o wycofie. W końcu Ona tu będzie i nigdzie mi nie ucieknie. Z tą myślą zrobiłem piękne pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem w dół.... 
Opisując swoje przygody siedzę sobie już w łóżeczku, popijając ciepłą herbatkę. Przez okna podziwiam całą grań Polskich Tatr. Z perspektywy łóżka, cały mistycyzm gór wygląda zupełnie inaczej. Wszak, tylko ten kto wchodził, wie ile trzeba czasem włożyć trudu, by wejść, osiągnąć jakiś tam cel, no i przede wszystkim zejść. Mistycyzm i piękno dopełnia szczęścia, jednocześnie dopiero wówczas mamy poczucie całowitego spełnienia. Czymże byłby sam duchowy klimat, gdyby nie był okupiony właśnie zmęczeniem, czasem potłuczeniem. Ale to wszystko jest nierozerwalnie przypięte do gór. Szczęście i radość jest dla mnie tym większa, iż dziś "pokonałem siebie". Zacytuję : (...) Chcę, potrafię, jestem skałą, stać jak posąg,to za mało. Wolę ruszyć poza świat (...) Pokonam dziś siebie, pokonam siebie, udowodnię, że można lepiej!(...) Hej, mówię sobie 'Siłę masz i nie przegraj, wygraj, grasz, ale w pokonanie siebie!'(...). To może banalne, lecz właśnie w tej kolejności, konfiguracji, moje szczęście z dnia dzisiejszego łatwiej mi opisać. Góry zimą, które ostatnio najbardziej ukochałem, ciągną i wołają do mnie coraz częściej. Nie umiem sobie niestety jeszcze odpowiedzieć, dlaczego. Wierzę jednak, że kiedyś się o tym przekonam. Napisałaś mi, że fajnie byłoby móc poczuć zapach tamtych miejsc. Jak też tu Ci go przesłać. Jak to mawiali:dumał, dumał,a carem nie budiejsz. Niestety nic mądrego nie wydumałem. Lecz postanowiłem, że spróbuję to jakoś ująć słowami. Każda partia, począwszy od dolinek do góry ma swój niepowtarzalny "urok i smak". Tym razem skupię się na próbie oddania górnej części. Nad granicą schronisk, zimową porą jest raczej baardzo cichuteńsko. Ja trafiłem na totalną "ciszę" wietrzną na wejściu do Kasprówki. Słonko prażyło,a śnieg odbijał od dołu przypiekając wszystkie wystające członki ciała - u mnie to jest nos;D Słyszałem stukot czekano-młotków gdzieś w skale. Pewnie gdzieś się wspinali taternicy. Krystalicznie czyste powietrze. Ostre, zimne wdzierające się w płuca, które po wysiłku próbują łapać jak największe chausty. Chrzęst śniegu pod butami, Twój oddech miarowy, lecz pragnący życiodajnego tlenu. Temperatura niby niska, lecz idąc w ciszy, pod parasolem słonecznym masz wrażenie, że jesteś na patelni głównym daniem. Chłód i ciepło, radość i wkurzenie. Na grani wiatr, że chce przewrócić, skóra na twarzy w momencie sztywnieje. Balaklawa na dziób i dalej, no ale znów trzeba się zatrzymać. Same skrajności, ciągłe zmiany, lecz to nic innego jak właśnie odbicie lustrzane ludzkiego podejścia. Psychiki. Celowo opisałem to zgoła odmiennie od tego co ostatnio i w takiej formie. Chcę przez to powiedzieć, że takie właśnie są górne partie, nieprzewidywalne, mimo "przygotowania". Piękne, lecz zarazem groźne i czychające na mały błąd. Tu są zgoła zupełnie inne warunki podejścia. Góry zimą mają inne zgoła oblicze. Tu decydującą rolę w kwestii Twego być lub nie odgrywa doświadczenie. Ja dopiero nabywam, lecz cele, które obieram pozwalają na szybki i bezpieczny wycof. Odpowiedzialności i wspaniałych widoków, uniesień duchowych;D HEJ!!

TagiTagi: trekking tatry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Wspinanie Wspinanie

To chyba świetny moment, aby zacząć prowadzić jakiś dziennik slackline'owy, choćby miał to być internetowy blog. Jest zima i to całkiem sroga jak każdy kto ma okazję przebywać w kraju widzi. Pierwsza zima od kiedy chodzę po slacku. Tak zwany "martwy sezon". Nie to jest najgorsze, bo to nie pogoda sprawia, że cały sprzęt leży pod szafą i nawet na niego nie spoglądam, a przynajmniej staram się.

 

Ale zacznę od początku i postaram się mocno streścić. Jeżeli ktokolwiek w Polsce zajmuje się slackiem trochę bardziej na poważnie, to z pewnością słyszał o Janie Gałku. Tak się złożyło, że zupełnie przypadkowo zacząłem z tym wariatem trenować na ścianie wspinaczkowej we Wrocławiu i tak po całej zimie ładowania, na wiosne Janek wrzucił mie taśme. I zaczęło się. Przed zajęciami do parku, zamiast na wykład to do parku, po zajęciach do parku. Dzięki temu, że nad moim rozwojem czuwał zarówno Janek, jak i inny świetny slackliner Damian Czermak, nietrudno było o szybkie postępy. Dodatkowo chłopaki zabrali mnie na festiwal slackline'owy "Petzl Slack Trip 2009" w czeskim Ostrovie. I tam właściwie klamka zapadła. Chciałem chodzić po coraz dłuższych i trudniejszych taśmach. W maju, niespełna trzy miesiące po moim pierwszym kroku na slack'u nastappił moment przełomowy. Przeszedłem swojego pierwszego highline'a - "6th Avenue" - 15 metrową linię łączącą Duży i Mały Sokolik w Górach Sokolich. Od tamtej chwili slackline przestał być dla mnie hobby, a stał się stylem życia wręcz uzależnieniem. Podczas lata nie opuściłem żadnego festiwalu, ani w Czechach, ani w Niemczech. Nie dotarłem jedynie do Lublina z powodu skręconej kostki ( notabene podczas innego festiwalu - na "Bisiku" w Czechach ). Poznałem niesamowitych, oddanych temu sportowi ludzi. I kiedy byłem już zupełnie zadowolony z mojego pierwszego sezonu i nawet spokojnie oczekiwałem zimy, bum. Oferta nie do odrzucenia. Janek, Damian i Ja zamiast rozpocząć kolejny rok studiów wzięliśmy dziekanki i sponsorowani przez Grolsch'a wyruszyliśmy na 3 miesięczny trip po USA. Nie ma większego sensu bym tu o nim pisał, cały dziennik wyprawy i zdjęcia można znaleźć na www.slackspirit.pl. Niestety nie skończyło się aż tak różowo, bo na miesiąc przed planowanym powrotem zwichnąłem sobie bark. Dziwny wypadek podczas bouldering w Joshua Tree - bark wypadł praktycznie sam, przy dość dziwnym ruchu na wypych, kiedy wychodziłem na top boulderu "Out of Touch". Jedna z bardziej przerażających sytuacji w moim wspinaczkowym życiu, kiedy leżałem klatką piersiową na szczycie głazu, a tyłek i nogi zwisały mi jeszcze za krawędzią. No i oczywiście z barkiem koło szyi, a nie na swoim miejscu nie da się skończyć problemu, więc po kilkunastu sekundach czekał mnie krótki, 4 metrowy lot w dół. Na szczęście pad był tam, gdzie miał być i nawet udało nam się znaleźć w przeciągu 10 minut wspinacza - lekarza, który ów bark nastawił. Tyle, że trzeba się było pakować do domu.

 

Nie ma jednak tragedii. Osiągnąłem o wiele więcej niż mogłem sobie wyobrażać. Kto by pomyślał, że w 8 miesięcy po spotkaniu z tym sportem będę miał okazję stanąć na legendarnym Lost Arrow Spire i pracować nad najtrudniejszymi highline'ami na świecie z całą czołówką światową, której popisy jeszcze niedawno z wybałuszonymi oczyma oglądałem na youtube.


Tak czy inaczej, zaraz trzeba się zbierać na rehabilitację i mieć nadzieję, iż wróce do sportu szybciej niż później i następny wpis, będzie już po zejściu z taśmy.

TagiTagi: slackline highline 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 2 komentarze Trekking Trekking

W ramach rozruszania kości, na przekór ostrzeżeniom dyżurnego synoptyka, który przekonywał, że jakiekolwiek wychylenie nosa za okno, w tych jakże przezimnych, przemroźnych dniach, zakończy się niechybnym odmrożeniem członków wszelakich, poszliśmy sobie dziś z Emilką na Krawców Wierch. W miarę oddalania się od Bielska, zostawialiśmy za sobą smog, temperatury sięgające - 15° C i zimowe odrętwienie. W miarę zaś zbliżania się do Złatnej, temperatury stawały się bardziej ludzkie (- 4° C), a słońce mile raziło w oczy. Potem był przyjemny spacerek, brak ludzi na szlaku, lśniące w słońcu góry i skrzące się płatki szreni na śniegu. W końcu totalnie klimatyczna, mała, opustoszała bacówka. Oczywiście smog pozostał daleko pod nogami, a nad nami jedynie czysty błękit nieba i słońce. Świat jakby zupełnie przeciwstawny temu, co na dole.  Niektórzy uważają, że odpowiedź  na pytanie - po co chodzimy w góry jest bardzo trudna ... a przecież tak naprawdę, jest tak banalnie prosta....

Ps. Niezależnie od tego czego chciałby dyżurny synoptyk, po przyjściu do domu, żadnych ubytków  w członkach wszelakich, nie stwierdziłem:-)

 

TagiTagi: krawców wierch bacówka 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

Jak wspomniałem w poprzednim poście, wyprawa do Norwegii zakończyła się pełnym (prawie) sukcesem, notatki pozbierane, uzupełnione, wrażenia nieco okrzepły i można zabrać się do pisania.

 

Na początek kilka suchych faktów:

 

Czas: 13.08 - 22.08.2010

Miejsce: Norwegia, park narodowy Jotunheimen

Trasa: z Lom (Oppland) do Øvre Årdal (Sogn og Fjordane)

Noclegi: namiot

Wyżywienie: własne - liofilizaty Travellunch, batoniki, chałwa, płatki owsiane, mleko w proszku, czekolada, palnik+gaz, woda z potoku

Skład wyprawy: 2 osoby, czyli ja i moje lepsze ja czyli E. :)

 

 

Dzień zero, piątek, 13.08.2010

 


Wyprawa zaczęła się najbardziej pechowego dnia w kalendarzu, w piątek 13-go. Nie, żeby nas to odstraszało w jakiś sposób, ale kilka żartów się pojawiło zwłaszcza, że oboje jesteśmy niesamowitymi wręcz "fanami" latania. Wbrew przesądom jednak, tego dnia wychodziło nam wszystko i nawet nie zaginął bagaż ;) Boeing 737 Norwegian-a dowiózł nas do Oslo przed czasem i mieliśmy naprawdę sporo czasu do odjazdu autokaru do Lom.

 

Samolot: WAW 17:25 - OSL 19:20, Norwegian.no

Autokar: OSL 23:00 - Lom 04:20, NOR-WAY Nordfjordekspressen

 

Na lotnisku Gardermoen, korzystając z paru chwil wolnego, postanowiliśmy zaopatrzyć się w gaz do kuchenki. W tym celu należało udać się na pobliską stację benzynową, której szyld widać było z hali przylotów. Kto pyta, nie błądzi, zatem o możliwość dojścia na nią, postanowiliśmy zapytać miłą panią w informacji - i tu zgrzyt: otóż pani nie wiedziała. Za to zaproponowała nam możliwość dojechania tam autobusem (sic!). Uruchomiliśmy Plan B i po prostu poszliśmy w kierunku stacji - oczywiście dało się dojść (ech) a zapowiadana "główna i wielka autostrada" odgradzająca lotnisko od stacji okazała się uliczką z rondem i kulturalnymi przejściami po pasach.

Koniec końców, gaz kupiliśmy - co prawda palnik mamy Primusa, a gaz był Kempera i nie mieliśmy pewności, że to wszystko będzie działać, ale punkt zaczepienia się znalazł. Dodatkowo zaopatrzyliśmy się w wodę (jedyne 20 NOK/butelkę - czyli po 10 PLN za 1,5 l) i wróciliśmy na lotnisko celem konsumpcji hot-dogów (37 NOK / 18 PLN za sztukę) i dalszego oczekiwania na autokar.

Nocna podróż autokarem dla kogoś, kto w podróży nie sypia - no cóż... Dość powiedzieć, że w Lom nie wyglądałem najlepiej, E. była chyba w nieco lepszej kondycji. Na dobry początek dnia postanowiliśmy przetestować kuchenkę z gazem - działała (hurra, będzie herbata!), tudzież przyswoić nieco czekoladowo-batonikowych węglowodanów. Innych opcji nie było, bo o 4:30 nie tylko w Norwegii wszystko jest zamknięte na głucho choć tam wrażenie zamknięcia wszystkiego jest jakby silniejsze.

 

 

Dzień pierwszy, sobota, 14.08.2010

 

 

Lom - miasteczko niewielkie i o tej porze dnia (nocy?) abstrakcyjnie wręcz ciche. Do zwiedzenia kościółek słupowy, pojawiający się niemal w każdym folderze o Norwegii; z bliska - nic szczególnego. Wang w Karpaczu robi zdecydowanie i kilkukrotnie lepsze wrażenie (choć Norwegowie nie uznają go za kościół słupowy, gdyż jest... poza Skandynawią). Z braku czegokolwiek do roboty i po utwierdzeniu się w tym, że kuchenka działa bez zarzutu, ruszyliśmy na podbój gór. Wg. mapy - do początku szlaku mieliśmy 7 km, w rzeczywistości...

Początek szosy to nieustanne poprawianie plecaków. Senność + zastane nieco mięśnie nie ułatwiały dobrania odpowiednich ustawień, ale już po pierwszym kilometrze wszystko było OK. Minął drugi kilometr, trzeci....ósmy...dziesiąty (?) a szlaku ani widu ani słychu. Spojrzenie na GPS (tak tak, mieliśmy nie używać) wykazało, że jeszcze trochę, ale kierunek jest dobry. W końcu, w okolicach słupka głoszącego "17,5 km" wyrósł drogowskaz do upragnionego Jotunheimen i schroniska Spiterstulen, które choć nie było naszym celem, pozwoliło mniej więcej oszacować odległość. Niepokoiła za to liczba "18" widniejąca obok.

Tym razem droga zmieniła się z asfaltówki w szutrową, ale utwardzaną i bardzo wąską, za to prowadzącą stale pod górę. Pierwsze 2-3 km niezbyt ciekawe, domki, fragmenty lasu, znów domki...

Za to w okolicach 5-go kilometra zdecydowanie już dało się odczuć, że jesteśmy w górach. Po prawej stronie otworzyła się szeroka U-kształtna dolina, w której to z kolei wytworzyła się V-kształtna jej najgłębsza część - bardzo ciekawa budowa, nie przychodzi mi do głowy odpowiednik w Polsce. Droga prowadzi skrajem tarasów będących "dnem" U-kształtnego piętra, a w dole, w niemalże wąwozie, płynie potok. Po obu stronach drogi rośnie mniej lub bardziej gęsty las poprzecinany polanami, gdzieniegdzie pasą się krowy. Wreszcie też zidentyfikowaliśmy na mapie miejsce w którym się znajdowaliśmy - informacja "Lom 7km" na skraju mapy nie pokazywała też faktycznej odległości od Lom, a od... szosy do Lom. O dodatkowych 17-tu km do miasteczka ani słowa :P

24 km to dobry dystans, aby zgłodnieć. Makaron z wołowiną brzmiał kusząco, choć pozostawała niepewność, czy liofilizowane jedzenie spełni swoją rolę (oraz czy jest "zjadliwe"). Na szczęście obawy okazały się płonne i jedzenie nie dość, że pożywne, okazało się całkiem smaczne. W dużo lepszych nastrojach (choć już dość konkretnie obolali) mogliśmy ruszyć dalej. Ale, że już parę kilometrów z obciążeniem (ok 22-24 kg na osobę) w nogach mieliśmy, brak snu przypominał o sobie, tempo dość szybko siadło i skupiliśmy się na widokach. A te coraz lepsze - wprawdzie dalej las, ale coraz więcej grzbietów górskich wystawało znad zielonych zboczy doliny i coraz wyraźniej dało się odczuć, że tam na górze czeka dzika przyroda - choć w dolinie zieleń aż kapała, a słońce przygrzewało całkiem konkretnie. Droga prowadzi dnem doliny aż do Spiterstulen, ale to nie był nasz cel - szukaliśmy odejścia na nieznakowany szlak na Glittertind - drugi co do wysokości szczyt Norwegii (a na pewno mniej odwiedzany od pierwszego - Galdhoppingenu). Coraz częściej też nawiedzały nas myśli o rozbiciu obozu.

 

W Norwegii wolno nocować przez 1 noc w dowolnym miejscu pod warunkiem, że trzymamy się minimum 150 m od zabudowań oraz nie wchodzimy komuś na pole. Ta sama reguła obowiązuje w parkach narodowych, choć w Jotunheimen schroniska po prostu powyznaczały strefy "płatnego obozowania" w określonym promieniu nieprzekraczającym 1 km (tyle maksymalnie mogą). Spiterstulen wyznaczyło właśnie 1 km i bardzo tego pilnują, dodatkowo nie zgadzają się na camping w promieniu 100 m od drogi prowadzącej do schroniska (ponoć to ich droga).

 

Szlak na Glittertind odchodzi od głownej drogi około 2,5 - 3 km przed schroniskiem. Tutaj opuszcza się "bite" drogi i przez najbliższe kilka dni można być szczęśliwym widząc jakąkolwiek ścieżkę :) Tu też, tak naprawdę, rozpoczyna się wyprawa...

Odeszliśmy na oko na 200 m od drogi i w cichym zakątku nad potokiem niedaleko szlaku rozbiliśmy namiot. Czekało nas przepakowanie plecaków z wersji "podróżnej" na "wędrowniczą" i kolacja - w tej roki zupa ziemniaczana (liofilizat) ze świeżym akcentem (rosnące nieopodal maślaki). Dzień zakończył się zalegnięciem do snu już około 18-tej, na więcej nie starczyło sił.

 


NB: to, że w parku narodowym są szlaki nie oznacza, że jest obowiązek korzystania z nich. Można poruszać się dowolnie (w tym pływać w jeziorach, jeśli ktoś jest fanem) i nocować gdzie się chce (z zastrzeżeniami wspomnianymi powyżej). Wolno również korzystać na własne potrzeby z owoców, roślin, grzybów i wody (ale nie np. zbierać i wynosić ze sobą na zapas); jedynie na połów ryb wymagana jest licencja. Nie wolno za to śmiecić (oczywistość) oraz korzystać z silników spalinowych. Latem (15.04-15.09) nie wolno też rozpalać ognisk poniżej linii roślinności (wolno w skałach).

 

Podsumowanie dnia:

 

Pogoda: słonecznie, bez wiatru, temperatura około 20'C

Dystans: 32 km

Wysokość min.: Lom, 640 m n.p.m.

Wysokośc max.: Obóz 1, około 1000 m n.p.m.

Czas przejścia: od 5:30 do 16:30, w tym przerwy

Trudność: żadna - najpierw asfalt, potem bita droga jezdna, końcówka ścieżką w lesie

 

 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

   Od połowy lipca czekam na trochę bardziej stabilną pogode. W tamtym czasie sie już spakowałem i do tej pory sprzęt leży u mnie na kanapie gotowy żeby wrzucić do plecaka. W głowie burza mózgów gdzie by to nie można się wybrać w tych wspaniałych Tatrach, ale co tydzień zawód spowodowany prognozami, które zwykle się jednak sprawdzały co wiem z  bezpośrednich relacji zawiedzionych znajomych z Hali czy Dolinki za Mnichem. Czy dzisiejszy wyjazd dojdzie w końcu do skutku? Oby. Zadowolony będe nawet z 2 dni przystępnej pogody na 4 dniowym wyjeździe.

TagiTagi: pogoda 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

Weekend w Beskidach Czesko-Słowackich

 

Fotki z relacją poniżej - w fotce...

 

Pod Wielkim Jawornikiem

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

Zaczynając bloga...

Od czasu do czasu będąc w górach....

I od czasu do czasu mając chwilę aby coś skrobnąć....

I od czasu do czasu mając wenę pisarską....

 

Postaram się tu wrzucić coś o górach - w zamierzeniu - relacje z większych i mniejszych wypraw, refleksje na temat gór ale i nie tylko, czasami wątek "historyczny", bardzo subiektywne opisy tras, a czasem jakąś kompletną niespodziankę.

 

Tymczasem szukam spodni membranowych :D

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

Planowałem coś innego ale i tak świetnie się bawiliśmy.

 

A gdzie?

 

W Beskidzie Śląskim przecinając go od południa po północ mikro-"etapami" :-)

 

Dla zainteresowanych - relacja i foty w obrazku

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Wspinanie Wspinanie

Przegladając vimeo natrafiłem na kilka ciekawych filmików, mniej lub bardziej ściśle zwiazanych z górami, wspinaczką itd. Filmy na vimeo to zupełnie inna jakość niż te na youtube -fajnie że jest już mozliwość ich wrzucania na Planecie.

Chciałbym się podzielić tymi znaleziskami. Niestety tylko jeden z fimów jest po polsku. Angielskie są w miarę zrozumiałe, a włoski można obejrzeć choćby dla wspaniałych zdjęć - to historia Gervasuttiego - tego od filara Gervasuttiego na Mount Blanc. Życzę miłego oglądania :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

White Winter Hymnal from Grandchildren on Vimeo.

 

 

 

 

Giusto Gervasutti il solitario signore delle pareti from Planetmountain.com on Vimeo.

 

 

Back to the Roots: M.D.M.C.P. a new 5.13 in Indian Creek from Cedar Wright on Vimeo.

 

 

Arkansas in a day! from Cedar Wright on Vimeo.

 

 

 

 

 

 

Sprawa Humoru (7x 9a) from butcher on Vimeo.

 

 

 

 

 

 

Red Bull X-Alps 2007 from Planetmountain.com on Vimeo.


Miłych wrażeń:)

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

W ramach przygotowań do kwietniowego wyjazdu na trekking do Nepalu (hip hip hurrra), zaczęłam zbierać informacje o szczepieniach. Bez większego zdziwienia stwierdziłam, że potrzebne są WZW B i tężec - to akurat przydaje się nawet podczas weekendowego wyjazdu pod namiot, tudzież wizyty u kosmetyczki (podobno).

Niektóre strony podają jednak, że szczepienia przeciwko wściekliźnie i meningokokom a i c są "zalecane, w zależności od charakteru pobytu". Szkoda, że nikt nie precyzuje o jakie pobyty chodzi! Kontakt z Ambasadą Polski w Indiach zaowocował sugestią, żeby "podjąć wszelkie środki ostrożności" i dodatkowo "skonsultować się z lokalną stacją sanitarno-epidemiologiczną", bo Ambasada nie jest w stanie udzielić wyczerpujących informacji na temat zagrożenia... A pani Halinka z lokalnej stacji w kuj-pom, która do końca nie wie, gdzie właściwie jest Nepal, ma udzielić????? Z całym szacunkiem dla wszystkich pań Halinek (tym bardziej, że mojej lokalnej PSSE pani od szczepień jest przemiła - pozdrawiam serdecznie) - to chyba nie do końca ich zadanie śledzić na bieżąco zagrożenie chorobami w różnych zakątkach świata? Owszem, dla Ambasady to może też nie działalność podstawowa, ale chyba są w kontaktcie z lokalnymi ośrodkami zdrowia, żeby ewentualnie ostrzegać obywateli?

No, ale nie ma co marudzić - trzeba działać. Telefon do Ambasady Indii w Polsce milczy jak zaklęty. Mail zaginął w czeluściach sieci. Z kolei na Żelazną w W-wie (chyba najbardziej kompetetna jednostka sanitarno-epidemiologiczna) dodzwonić się nie sposób - zajęte 24/7. A może w Gdyni się uda - oni w końcu maryniarzy w różne dziwne miejsca ślą?

Jeśli chodzi o wściekliznę, to na zdrowy chłopski rozum, w hycla się bawić nie zamierzam, ale będę się przecież szlajać po jakichś wioskach i wioseczkach, więc czort wie co tam za zwierzyna będzie biegać! Meningokoki są dla mnie póki co wielką metafizyczną zagadką - zakażenie głównie drogą kropelkową, dokładnie jak przy przeziębieniu. Prawdopodobieństwo zakażenia się tym w Polsce jest takie jak i w Nepalu. Różnica taka, że tu pewnie łatwiej o leczenie...

Ech, nie miała baba kłopotu...

Jak się nie dodzwonię do Gdyni, poproszę o poradę Dr.House'a na FB Cool

 

Ps. Już się cieszę na rozmowę z lekarzem pierwszego kontaktu w przychodni rejonowej na temat recepty na środki antymalaryczne...

 

 

 

TagiTagi: trekking nepal 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

W najbliższych dniach w Empiku pojawi się książka tragicznie zmarłego alpinisty Piotra Morawskiego "Zostają Góry. Opowiadania Felietony, Wspomnienia". Cały dochód ze sprzedaży zostanie przekazany rodzinie autora. Poniżej opis ze strony Empika:

Książka przygotowana z myślą zarówno o tych, którzy dobrze znają wspinaczkowy, literacki i fotograficzny dorobek wybitnego himalaisty Piotra Morawskiego (1976-2009), jak i odbiorców nie mających wcześniej okazji bliższego zapoznania się z dokonaniami tego wyjątkowego człowieka. Zebrane w niej zostały autorskie relacje z najważniejszych jego wypraw w góry najwyższe (m.in. na ośmiotysięczniki: Shisha Pangmę, Annapurnę czy K2) oraz publikowane na łamach magazynu GÓRY, niezwykle osobiste felietony. Teksty Piotra urzekają egzotyką tematyki, świeżością spojrzenia oraz stylistyczną wirtuozerią, dzięki czemu stanowią doskonałą lekturę nie tylko dla miłośników gór i alpinizmu. Dodatkowym walorem publikacji są zamieszczone w niej fotografie dokumentujące wspinaczkową pasję autora i przybliżające nam jego sposób postrzegania gór, człowieka, otoczenia. Cennym uzupełnieniem są wspomnienia o Piotrze, przygotowane przez jego żonę Olgę, przyjaciół i partnerów ze wspinaczkowych wypraw.

Więcej informacji TUTAJ

Postanowiłem sobie kupić tą książkę. Nawet nie dlatego, że dochód jest przekazywany rodzinie, ale po prostu zapowiada się bardzo ciekawie. Ma być dostępna od 26 lutego, więc czekam niecierpliwie.

TagiTagi: ludzie inne 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Speleologia Speleologia

W dniu wczorajszym tj. 16.02.2010 r. ekipa Planety Gór gościła w Klubie Taternictwa Jaskiniowego Speleoklub Bielsko - Biała. Idea portalu oraz jego możliwości techniczne zostały przedstawione przybyłym członkom bielskiego Speleoklubu. Zostaliśmy przyjęci bardzo serdecznie i z zaciekawieniem. Padło wiele pytań dotyczących portalu, oraz wiele ciekawych propozycji ze strony członków Speleoklubu. Niektóre z nich zostały przez nas natychmiast wdrożone jak np. dodanie do "Uprawnień profilowych" możliwości wyboru uprawnienia: "Taternik jaskiniowy".

Prezentacja odbyła się w bardzo miłej atmosferze, portal spodobał się i można przypuszczać, że grupa Speleoklub Bielsko- Biała, która od jakiegoś czasu istnieje na portalu, będzie nam rosła w siłę.

Bardzo dziękujemy Panu Jerzemu Ganszerowi za zaproszenie, oraz wszystkim Członkom Speleoklubu za ciepłe przyjęcie!

 

Krótką zajawkę i kilka fotek z prezentacji w Speleoklubie B-B, znajdziecie tutaj

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

Kolejny rok minął i powoli trzeba się rozliczyć z fiskusem (czytaj - policzyć na ile nas już złupił, osiwieć, rzucić urwaną nacią, załamać ręce, wypełnić deklarację i powtórzyć uprzednio wspomniane czynności). Jak zapewne wszyscy wiedzą ustawodawca dał nam możliwość wskazania organizacji pożytku publicznego dla której zostanie przekazany jeden procent naszego podatku. 

NIE REZYGNUJMY Z TEJ MOŻLIWOŚCI!

Nie ma co się oszukiwać, finanse publiczne w Polsce są nieraz marnotrawione. Nasze podatki idą na różne rzeczy częściej związane z polityką i interesami grup rzadzących niż na to, co potrzebne i ważne. Skoro już możemy w niewielkim stopniu zdecydować co się stanie z naszymi podatkami proponuję...

ZOSTAWMY JEDEN PROCENT W GÓRACH :-)

Znalazłem na razie dwie interesujące propozycje:

Fundacja Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki - fundacja prowadzi kilka ciekawych projektów na które można przekazywać podatek
Ewelina Wójcik - jest ratowniczką Grupy Krynickiej GOPR, uległa wypadkowi podczas ćwiczeń i grozi jej wózek inwalidzki do końca życia, zbiera pieniądze na operację.

Jeżeli ktoś zna inne OPP związane z górami dla których można przekazywać 1% podatku - proszę o info.

TagiTagi: inne 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 1 komentarze Trekking Trekking

Czasami w zyciu tak jest, że plany weekendowe nie wypalają - miał być Beskid Żywiecki z Małżonką, ale nie będzie bo nie ma z kim zostawić szkraba. Jako substytut postanowiłem wyskoczyć samotnie na jakiś spacerek w Beskidach, padło na Klimczok i (o ile Panu Turyście (tm) się będzie chciało) Błatnią.
Skłamałbym pisząc, że cierpię jakoś mocno z tego powodu. Klimczok od dawna jest moją ulubioną górą w Beskidzie Śląskim. Jasne, widoki takie sobie, szlak (chodzę zawsze z Nadmesznej obok Chaty na groniu) przeciętny, ale i tak sentyment żywię do niego ogromny. Pewnie dlatego, że to moja pierwsza samodzielnie zdobyta góra :-)
Jak zwykle nie mogę się doczekać. A tak było wczesną jesienią:

Klimczok wczesną jesienią

 

 

TagiTagi: klimczok beskidy plany 
Copyright by planetagor.pl