Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Najczęściej komentowane
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 26 komentarze Trekking Trekking

26.08.2012r.

 

Tatry Bielskie, mało „graniaste" - mało ambitnie przedstawiały się w mojej wyobraźni. Na drugą wspólną wyprawę w tym sezonie proponuję Otrhance - zaklepane z Barańca inaugurującego tegoroczny sezon słowacki. Pogoda jednak niepewna, dojazd 100 km z hakiem - Helena proponuje Płaczliwą Skałę. Tylko Bielskie, ale blisko. W razie niepogody nie będzie żal wrócić. No i z mało ambitnych Bielskich wariant „poza szlak" czyni trasę atrakcyjną.

Udało się dojechać bezmandatowo, co wcale takie oczywiste nie jest.

Poranna pogoda w porządku. Nic nie wskazuje na burzowość zapowiadaną w prognozach. Zaczynamy ze Zdziaru. Szlak na zielono na jednym z budynków przy parkingu. Na łące traser zimowy z wyblakłym znakiem. Dobrze, że Helena zna drogę bo sama nie wpadłabym na to, którędy szlak dalej prowadzi. Z drogi się schodzi w miejscu bliżej nieokreślonym, nieoznakowanym i niewydeptanym czyli ja nie zeszłabym na pewno.

W lesie znaki zmieniają się na czerwone, co nas zadziwia bo czerwonego szlaku w tej okolicy, na tę stronę nie ma na mapie. Zielone, skośne (od ścieżki dydaktycznej), a szlakowe czerwone! Przy którymś z kolei zauważyłam, że to dawniej zielony przemalowany na czerwono. Znakarze niezbyt precyzyjnie wykonali robotę.  Mapa ExpessMapu wydana w 2009 roku jeszcze dodatkowo określa ten szlak jako jednokierunkowy, co też jest już nieaktualną informacją.

Początkowo luzik Doliną do Regli, potem ostre podchodzenie do Szerokiej Doliny i na Szeroką Przełęcz.

Podejście na próg Doliny Szerokiej

Słońce po plecach nieźle grzeje, pot się leje, ale jest pięknie. Widzimy ścieżkę trawersującą zbocze, którą mamy iść. Płaczliwa Skała prezentuje się wspaniale i coraz bliżej.

Ludzi nie ma. Tylko 1 człowiek nam się trafił na dojściu i chwilę na Przełęczy.

Na Szerokiej Przełęczy_1826m n.p.m.

 Dla mnie dopiero teraz zaczyna się ciekawe.

Szczyty nad Kieżmarską Doliną przyciągają chmury, ale to tylko dodaje uroku krajobrazowi.

Z Szerokiej P. widok na otoczenie Kieżmarskiej Doliny

 Gorzej, że chmura zahaczyła też o Płaczliwą, ale to z kolei chwilowe jest zdarzenie, więc... do przodu!

Gość sobie poszedł w lewo, my w prawo. Ścieżka sama prowadzi.

Błękit na niebie zachęcający. Trzeba przerzucić się przez to żeberko.

Trawersujemy zbocze Płaczliwej Skały_2142m n.p.m.

Za żeberkiem ścieżka w trybie pilnym rozmyła się w trawach i skałach. Teraz już tylko w górę, więc „idziemy ławą". Wystromiło się okrutnie, ale przed nami tylko 1 szczyt więc problemu nie ma.

Tylko mgły zaczynają podchodzić również z tyłu, od strony Doliny Szerokiej. Chmura na szczycie nadal stoi.

Coś jakby osaczają nas te mgły wokół. Na wszelki wypadek nakazuję sobie zapamiętać w jakim momencie zaczęłyśmy bezścieżkowe podchodzenie, bo trzeba będzie na ścieżkę wrócić. Zapamiętujemy osuwisko w żlebie, dwie linie skał powyżej - nie ma sprawy. Podeszłyśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów i ... mgły nas zamknęły.

Koniec wycieczki.

Przeczekujemy. Przecież jak szybko przyszły, tak szybko odejdą. No, ale z tym odchodzeniem wcale nie jest tak szybko.

Już nie widzimy żadnych punktów orientacyjnych w terenie.

Już nie wiemy gdzie na ścieżkę skręcać.

W ogóle siebie ledwo widzimy.

Do tego słońce zgasło zupełnie. Warstwa  mgły jest taka gruba, że zrobiła się szarówka.

Helena ma jeszcze głowę robić zdjęcia. Ja mam już tylko cykora. Nic tylko siąść i płakać.

Mgły już nas zamknęły:(

Jeżeli pójdziemy w górę, a sytuacja się nie zmieni - w życiu romana nie trafimy. Póki jeszcze jako tako pamiętamy jak szłyśmy - zawracamy.

Jakoś nam się udało do ścieżki dojść. Przez jakieś żeberko (czy aby to!?) na powrót przerzucić, ale ścieżka nagle rozwidla się. Nie było zadnego rozwidlenia ścieżki! Wybieramy prawą. Znajduję znak żółtego szlaku!

Helena! Nie tędy  droga. Znaków nie było.

Doszłyśmy na wysoką skałę i dalej prosto nie można. W prawo, w lewo - lepiej nie ryzykować. Zawracamy do rozwidlenia.

Teraz wybieramy lewą odnogę.

Przechodzimy pod ową ogromną skałą.

Ja jej nie widziałam. Kierunek ścieżki mnie nie pasuje, ale ja nawet przy 100% widoczności kierunki mam pomylone. Gorzej, że Hela też tej skały nie widziała, a skała nad nami jak niezłe urwisko!

Nie szłyśmy tędy.

Ja: Zawracać!

Helena: podejdźmy jeszcze trochę, może coś zorientujemy.

W tej mgle niczego się nie zorientuje.

 

Większych od nas taka pogoda zatrzymywała. Kukuczka na Cho Oyu, czy Dhaulagiri gdy schodzili przy zerowej widoczności (bo pogoda i noc) zdecydował „kibel" na ośmiu tysiącach, choć rano okazało się, że zatrzymali się 100 czy 200 m przed namiotami.

Proponuję zawrócić do rozwidlenia, póki jeszcze wiemy gdzie ono jest, oznaczyć jakoś to miejsce i dopiero próbować, a jakby co wrócimy do naszego znaku i będziemy czekać na boskie zmiłowanie.

Tak też zrobiłyśmy.

Na rozwidleniu ścieżki „ubieram" jeden kamień w moją czerwoną opaskę na głowę i ryzyk fizyk - idziemy na powrót lewą odnogą.

Za rzeczoną już skałą ścieżka nie do poznania. Helena dobrze mówi, że szłyśmy zachwycając się szerokim otoczeniem, nie zwracając uwagi co mamy pod nogami i dlatego teraz wszystko czyni nam ogromne zdziwienie.

Jeszcze ze 200 metrów i jest znak charakterystyczny. Ponumerowane kamienie. Ja obserwowałam je od liczby 1035 do osiemset parę i teraz są ponownie. Jesteśmy uratowane, to dobra droga.

Na długo przed - słyszymy liczne, ludzkie głosy na Przełęczy. Nawet się nie zatrzymujemy, bo to jakaś wycieczka w stylu PTTK. Do Kopskiej Przełęczy idziemy w towarzystwie i koszmarnej mgle.

We mgle do Kopskego Sedla

Nad Białym Plesem Kieżmarskie, Jagnięcy w chmurach, Jatki na błękitnym tle. Zupełnie inna bajka.

Zupełnie inna bajka:)

Zielonym do Chaty Plesnivec. Poniżej schroniska super lajtowe zejście, ale żeby nie było nudno idziemy na skraju terytorium burzy więc jeszcze zmokłyśmy, za to grzmoty skutecznie zadziałały na nas motywująco do przyśpieszenia tempa marszu. W Tatranskiej Kotlinie prawie godzina czekania na autobus. Trochę pada i jest zimno. Samochód mamy 10km bliżej domu. Doczekałyśmy się jednak.

Tak rączo wsiadałyśmy do niego, że zostały na przystanku kijki Heleny. To jednak żaden problem nie był. Wróciłyśmy po nie samochodem (jeszcze były) i jużSmile

Nie wszystko się udało, ale doświadczenie i emocje - rarytas.

Takie niby mało „graniaste" Tatry Bielskie - nic bardziej mylnego.

Na odchodnym w Bukowinie zatrzymałyśmy się żeby zrobić takie zdjęcie.

Tatry z Bukowiny Tatrzańskiej

Wspaniały widok.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 23 komentarze Trekking Trekking

             Kiedy 20 lipca 2013 w południe, Alek wskazał mi w panoramie z Kazbeka Elbrus i Uszbę, opowiedział o swoim wejściu na Elbrus - popatrzyłam na nie tęsknym wzrokiem i westchnęłam tylko ciężko bez wiary, że to możliwe.

            Kiedy w kwietniu br. skontaktowałam się przypadkiem z koleżanką poznaną na ubiegłorocznej wyprawie i okazało się, że są w trakcie kończenia formalności związanych z wyjazdem do Rosji, z zasadniczym celem Elbrus – weszłam w temat bez zastanawiania się (m.in. nad kosztami).

Szybko dokupiłam bilet na ten sam lot LOT-em, (drożej o 60% niż oni) wizę za pośrednictwem biura podróży zleciłam do załatwienia, waluty w międzyczasie, z grubsza przegląd wyposażenia, które będzie niezbędne i wszystko mam.

            Trochę poczytałam, nawiązałam kontakt z ekipą kończącą Elbrus 6 lipca i z dreszczykiem emocji - wszak to Rosja – ruszyłam.

06.07.2014 niedziela

Na Okęciu mam sporo czasu na myślenie. Pierwsza niepewność. Nie ma ich i nie ma. Powinni już być. Nie odbierają telefonów.

Zafoliowałam samodzielnie plecak (2 rolki folii plastikowej kuchennej po 3 zł, zamiast usługi lotniskowej za 50), nadałam bagaż, odprawiłam się, doczekałam się na samolot z Moskwy, którym przyleciał Bartek z Michałem.

Miłe spotkanie. Dostaję od chłopaków mapę na Elbrus. Cenne, najświeższe informacje o sytuacji na górze. Pamiątkowe zdjęcie na wypadek gdybym szczytu nie zdobyła, będę mieć zdjęcie ze zdobywcami.

 

Z Bartkiem i Michałem na lotnisku

Oni zaczęli atak szczytowy już o 23-ciej!!! To mnie zaskakuje. Z wyczytanych relacji zazwyczaj druga w nocy jest godziną startową. Ludzi na górze sporo, temperatury niskie. Mieli problemy z pogranicza odmrożeń. Też stanowią one dla mnie poważną obawę przy moim niskim ciśnieniu krwi. Tam gdzie inni się już pocą mnie jeszcze jest chłodno. Pogodę mieli znośną, ale nie temperatury są najgroźniejsze tylko tylko temperatury w połączeniu z wiatrem. Prognozy na nasz termin średnie. Szału nie ma. Podejście długie, wymagające. To wiem, ale… Lucyna jedzie z kontuzją kolana. To może być problem. Nosi stabilizator na nodze. Zakłada się, że wszędzie gdzie można będzie wjeżdżać. Dla mnie to nie jest optymalna opcja, ale innej nie mam. Co gorsza nie wyklucza się, że może w ogóle nie wejść. Zastanawiam się czy w razie takiego obrotu sprawy, będą warunki bym mogła zrobić to samodzielnie??? Oto jest pytanie…i utwierdzam się w przekonaniu, że to niemożliwe bym będąc u stóp góry nie podjęła próby… Zobaczymy.

07.07.2014 poniedziałek

            Lot – standard economy class - do Tbilisi.

Na lotnisku czeka na nas umówiony samochód, w Tbilisi przekazuje nas następnemu do Kazbegi. Tu nareszcie Kazbek z dołu się odsłania, ale wciąż nie jest to obraz z widokówek. W ub. roku nie było mi dane z tego miejsca go zobaczyć.

Kierowca z Kazbegi do do Влкaдыкaвкaзу jest tej klasy, że dostał przezwisko Shumacher. Ostra jazda bez trzymanki.

Stąd płacimy 2000 rubli plus 100$ i przekraczamy rosyjską granicę.

 

 

 

  wyeżdżamy na terytorium Rosji

 

 

We Władykaukazie wsiadamy do marszrutki do Н a л ь ч и к a. Z Nalcika następną do Т е р с к о л a i już. W hotelu Эльбруся  w wyniku niedopatrzenia obsługi zamiast zarezerwowanych turystycznych pokoi dostajemy w ich cenie apartament all inclusive – 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, weranda, TV, komputer z dostępem do internetu. Można się ogarnąć, skontaktować z domem,  sprawdzać prognozy. Nie są dramatyczne, ale dobre też nie są. Przyjechaliśmy z deszczem i na pocieszenie mamy tęczę.

 

08.07.2014 wtorek

Nazajutrz formalności w ichniejszym biurze gornospasatielna czyli zgłaszamy swoją akcję na Elbrusie. Po powrocie musimy zgłosić zejście. Wszystkie formalne, rosyjskojęzyczne sprawy załatwia Lucyna. Jest w tym najlepsza i nieoceniona. Cała logistyka na tej wyprawie typu telefony, rezerwacje, papiery, targowanie cen i trzymanie kasy to jej zasługa. Nikt nie zrobiłby tego lepiej. Fakt, że w dniu przylotu dostaliśmy się już do stóp góry jest majstersztykiem logistycznym.

 

załatwić formalności

 

Marszrutką do Aзaу. Propozycja by przejść ten odcinek (ze 3 km ) nie znajduje aplauzu, a już się nie mogę doczekać chodzenia. Z Azau kolejką – 500 rubli/os. Robię to niechętnie chociaż wiedziałam, że tak ma być, ale na samodzielne podejście w tym zupełnie obcym terenie i obcej rzeczywistości nie mam odwagi. Kto wie co mnie tam czeka... Za dużo niewiadomych. Lepiej trzymać się razem. Kolejka ma przesiadkę na stacji Кругозор. Dojeżdżamy do do Stacji Мир.

 

jesteśmy na stacji Mir

 

Myślałam, że to koniec jazdy, ale stąd są krzesełka do Gara-Bashi czyli krótko mówiąc do Beczek. Na moje szczęście (sorry ekipo) ogłoszono godzinną przerwę w dostawie prądu i musimy iść. Nareeeeszcie.

Ruszamy śladem ratraków. Podejście krótkie. Mnie zajęło 20 minut, ale pokazało już na wstępie jak bardzo moje tempo chodzenia odstaje od reszty. Tatrzańskie i nie tylko treningi ukazują swoją skuteczność. (jeszcze w piątek poprzedzający wylot byłam na Vysokiej, jeszcze w sobotę ekipa szła na Osobitą i odpuszczałam tę trasę z żalem, ale w końcu trzeba było się spakować).

Wreszcie w realu po raz pierwszy obrazek, nad którym długo ślęczałam projektując logo na koszulki naszej ekspedycji.

 

pierwsze spojrzenie na Elbrus

 

 

Pogoda w międzyczasie siada. Zaczyna padać mokry śnieg. Jesteśmy na wysokości 3700m prawie.

 

Beczki

 

Chmury się obniżyły, widoczność spada. Trochę wieje, mgła, chmury. Słońce zupełnie zniknęło. To nie wróży dobrze.

Ruszamy do poziomu Приют 11. My będziemy w Prijut Marija.

 

Priut Marija Nasz hotel na kilka dni

 

Warunki noclegowe dokładnie jak w Stacji Meteo pod Kazbekiem tylko obiekt mniejszy. 500rubli/os.

Reklamują się na wysokości 4200m, ale gps-y wskazywały niezmiennie 4070-4080m.

Tego dnia już nie było co robić. Pogoda nie poprawiła się właściwie. Miał być prąd – nie ma - awaria generatora.

Miała być woda – JEST – topiona ze śniegu.

Uśmiałam się serdecznie z różnicy w rozumieniu pojęcia „jest woda”. Przewalające się chmury, zaburzenie rytmu dobowego o 2 godziny, dwa dni podróży za nami. W tej sytuacji poszliśmy wcześniej spać.

09.07.2014 środa

Nazajutrz zaplanowane wyjście aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa. W duchu myślę sobie, że to stracony dzień, ale czas pokazał, że chyba jednak się myliłam. Zresztą i tak pogoda na atak szczytowy nie zapowiadała się dobrze. Może dopiero piątek/sobota.

Wyszliśmy rano. Szybko rozdzieliliśmy się, tzn. ja do przodu. Do Skał Pastuchowa doszłam, ale moje wyobrażenie o skałach i miejscu tak nazwanym było zupełnie inne. Ledwo parę kamieni ze śniegu wystawało.

 

Przy Skałach Pastuchowa

 

Doszłam do wysokości 4764m.

 

Doszłam do wysokości 4764m

 

 

Moją ekipę miałam przez jakiś czas z tyłu w zasięgu wzroku. Potem zniknęli mi za załamaniem terenu. Potem przyszły chmury i to już był zupełny koniec kontaktu. W gęstej mgle zawrócili z 4300 metrów.

 

Spotkaliśmy się na powrót w Priucie. I co dalej?

 

Była z nami 12-osobowa grupa Rosjan z przewodnikiem. Dochodzą wieści, że jutro pogoda ma być! To jest szansa. Oni zdecydowanie jadą ratrakiem. 14 osób po 2000 rubli, niezły biznes. Ja nie chcę. Jest dużo ludzi w różnych barakach, w namiotach. Na pewno będą szli. Na pewno nie będę sama.

Dwóch Rosjan Losza i Sasza atakują pieszo. To jest dla mnie szansa. Zabieram się z nimi.

 

10.07.2014 czwartek

Wstajemy o pierwszej.

O drugiej wychodzimy. Nikita zrobił nam wyjściową fotkę, ale nie mam jej niestety. Szkoda. Ze wszystkich Priutów i namiotów wychodzą ludzie. Mnóstwo światełek się kręci. Jest mroźna, gwieździsta noc. Będzie pogoda. Jeszcze przed świtem mijają nas 3 ratraki. Dojeżdżają do wysokości 5100m.

Ze dwie godziny idziemy razem. Pierwszy zaczyna odstawać Sasza. Przy Skałach Pastuchowa odpoczynek chwilowy, łyk herbaty. Zaczyna wschodzić słońce w Kabardo - Bałkarii.

wschód słońca w Kabardo-Bałkarii

 

 

Wiem, że zadanie na dziś to nie przelewki.

Na wysokości 5100 jestem przed chłopakami. To miejsce, w którym zawracają ratraki. Czekam na nich, ale oni muszą zdecydowanie dłużej odpoczywać. Na postoju szybko robi się zimno. Jest już widno. Ja idę. Idzie łącznie naprawdę dużo ludzi. Szczęściem są rozciągnięci w terenie i nie ma deptania sobie po piętach.

Długaśny trawers wschodniego Elbrusa.

 

 Łagodnie wspinamy się do góry by dojść do słynnego siodła między wierzchołkami. Pogoda piękna. Tempo mam dobre. Przekroczyłam już 5200m. Chwilami odczuwam tak przemożną potrzebę snu, że wydaje mi się iż zasypiam na ułamki sekund. Nie wiem czy to możliwe, ale tak jest. Za załamaniem zbocza widzę już przełęcz, ale weszłam w cień. Teraz idzie się właściwie płasko, a nawet odrobinę obniża. Zimno mi. Byle do słońca. Słońce jest na przełęczy.

 

część trawersu wschodniego wierzchołka, sidło i podejście na wierzchpłek zachodni

 

Tu spotykam moją ekipę. Oni już odpoczęli i ruszają w górę. Ja muszę się przespać. Dosłownie. Zrzucam plecak, zwijam się w kulkę i śpię na plecaku. Ile spałam – nie wiem. Patrzyłam na zegarek, ale nie pamiętam. Za jakiś czas zrywam się rześka i wyspana! Moi są ze dwadzieścia metrów nade mną! Ile spałam??? Pozostaje pytaniem bez odpowiedzi…

Zostawiam plecak na przełęczy. Ryzykowny pomysł, ale pogoda jest doskonała. Nic się nie wydarzy. Zabieram tylko paszport, portfel i butelkę wody do kieszeni. Z doświadczenia na Koprowej Przełęczy wiem,  że woda musi być.

Podejście robi się strome na poważnie. Mijam swoich, mijam kolejnych ludzi. Idą związani liną. Trochę mnie korkują. Udaje mi się ich ominąć, wyprzedzić. Zatrzymuję się na pierwszych (i jedynych) skałach bo dają poczucie stabilności. Słońce operuje mocno. Mój strach przed lawinami łagodzi tylko obecność wielu osób na tym podejściu. Irracjonalne pocieszenie, ale mnie wystarcza. Dochodzą ci związani. Polacy z Torunia i tak od słowa do słowa:

- A, to pani spała tam na przełęczy! – czyli jednak chwilę spałam naprawdę.

Od tego miejsca zawieszona stara poręczówka. Nie korzystam z niej. Właściwie nikt z niej nie korzysta, ale przy braku widoczności pewnie jest przydatna. Jak to z odpoczynkami bywa – oni zostają ja ruszam dalej. Już blisko.

Nareszcie grań, nareszcie wierzchołek. Uffff… Nic bardziej mylnego. Do wierzchołka jeszcze kawał drogi granią.

 

jeszcze kilkaset metrów granią

 

Rozleniwiające słońce nadal świeci, ale pojawił się wiatr i temperatura odczuwalna gwałtownie obniżyła się. Już lekko bo płasko więc zasuwam w przyspieszonym tempie. Na wierzchołku grupa kilkunastu osób. Robią odwrót jak ja dochodzę. Zostało tylko trójka Rosjan. Dobrze, bo nie mam problemu ze zdjęciem szczytowym.

Jest godzina 10.40

Jestem na szczycie i rozpiera mnie niesamowita radocha.

Patrzyłam na zegarek, ale zapomniałam. Czas wejścia odczytałam później ze zdjęcia.

Miałam na szczycie zrobić zdjęcie wskazania gps-a, ale zapomniałam o tym zupełnie. To zdjęcie dzięki uprzejmości kolegi mam.

 

bez komentarza

 

Wysokość jednak robiła swoje. To objawy niedotlenienia. Nie spowolniło mnie jakoś szczególnie, ale jednak „pod czachą” coś się działo. Nie zapamiętałam żadnego czasu kontrolowanego na zegarku.

A co by było gdybym nie zaliczała wczoraj aklimatyzacyjnego wyjścia do Skał Pastuchowa? Lepiej nawet nie myśleć. Moja ekipa ze swoim planem miała rację. To był potrzebny dzień. Cierpliwość w czekaniu na działanie w górach nie jest moją cnotą, a jest potrzebna niestety.

 

ostatni pieciotysięcznik przed pięćdziesiątką :)

 

 

na szczycie

 

Kilka fotek i z powodu wściekłego zimna z powrotem.

Widoki jak marzenie.

 

widok ze szczytu

 

Majetatycznie prezentuje się dwuwierzchołkowa Uszba z Elbrusa.

 

majetatyczna Uszba z Elbrusa

 

Dookoła morze gór.

 

widoki ze szczytu

 

Na słonecznym trawersie mijam wciąż podchodzących moich kumpli od „pieszkom” Losza i Sasza. Też zostawili plecaki na przełęczy. Nie mają wody. Oddaję im resztę, która mi została i rozstajemy się.

Zachowuję szczególną ostrożność na stromiźnie do przełęczy. Potem będzie już swobodniej.  Nawet się nie zatrzymuję. Zabieram plecak i dalej. Ci co schodzili przede mną zostali chyba na przełęczy bo ciągle jestem sama. Chwilami dostrzegam przed sobą ze trzy osoby w oddali. Są warunki by skorzystać z metody (sorry) dupozjazdów, ale… żałuję moich goretexów. (doświadczenie po zjeździe z Rysów – spodnie do krawca)

W miejscu zawracania ratraków zdejmę zewnętrzne spodnie i zjadę. Pogoda jednak spłatała mi psikusa. W tym miejscu tak okrutnie teraz wieje, że na samą myśl o zdejmowaniu raków, stuptutów, spodni odechciewa mi się zjazdów. Ściągam tylko puchówkę i w dół.

I tak do samego Priuta. Już mi było gorąco, już mi się chwilami nie chciało, ale spanie łamało mnie tak bardzo, że nie traciłam czasu na rozbieranie się. Byle się położyć.

13.15 jestem w Prucie. Pić i spać. Padłam jak kamień. Jak na tej przełęczy.

W międzyczasie wrócili Rosjanie, spakowali się, wyprowadzili. Nie słyszałam nawet jednego szmeru. To nie znaczy, że nie robili gwaru. Spałam jak kamień do 17-tej.

Budzę się, a tu niespodzianka – moich jeszcze nie ma.

- Gdzie są?

Administrator (szumna nazwa) naszego Priuta Marija mówi, że jeszcze nie wrócili.

Zaniepokoiłam się, bo to niemożliwe żeby tak długo.

Na szczęście w tym momencie weszli.

Okazało się, że problemy z niedotlenieniem mieli jednak poważne.

Powtórka z picia, opowieści, wrażenia i spać, spać, spać.

 

11.07.2014 piątek

Dziś powrót do Azau. Od rana biegam po okolicznych priutach, fotografuję wszystkie ciekawostki.

Priut11,

 

Приют oдиннaдцти

 

inne obozowiska/kwatery mieszkalne,

przy sąsiednim priucie

 

symboliczny cmentarz – coś na kształt tego na Ostervie i oczywiście obelisk dla obrońców Centralnego Kaukazu z II wojny, nasz miejscowy kibelek,

 

elbruśny kibelek

 

Ponadto sesja fotograficzna w koszulkach. Jesteśmy rozradowani, po trosze zaskoczeni, że już po wszystkim.

 Zakładało się, że akcja górska potrwa dłużej, głównie z powodu oczekiwania na sprzyjającą pogodę, a tu poszło nam z biegu.

 

nasz powód do radości

 

 

Ja nawet słyszeć nie chcę o zjeżdżaniu kolejką. Za pięć dwunasta opuszczam wysokość 4080m. Pożegnalne zdjęcie z administratorem Priuta Marija.

 

z administratorem naszego Priuta Marija

 

Do Beczek zbiega się lekko. Rozmawiam z jakimś funkcyjnym. Opowiada mi o tym miejscu, pozwala zajrzeć do jednej, porobić zdjęcia. Podziwiam panoramę.

 

przepyszne  widoki

 

Przyciągająca wzrok śnieżno lodowa czapa na Donguz-Orunbaszi.

 

czapa śnieżno lodowa na Donguz-Orunbaszi

 

Później dowiedzieliśmy się, ż ma ok. 100m grubości

Wokół dużo złomu, wielki hangar z buldożerami, skuterów śnieżnych i ratraków naliczyłam 20. Do stacji Mir ratrakowym śladem.

 stacja Mir z góry

 

Tu też pomnik „ku chwale”.

Miejscowy robotnik wyprowadza mnie za właściwy winkiel, pokazuje początek drogi zejściowej, potem skręcisz w lewo.

No to ruszam. Szybko tracę za zakrętem zabudowania stacji Mir. Jeszcze nie widzę w dole Krugozora. Robi mi się jakby troszkę „niewyraźnie” bo krajobraz powulkaniczny – niezwiązany żwir, pył, szaro-rude skały, zero roślinności i żywego ducha wokół.  

Gdzie ja się tu pcham?

Ścieżka miejscami oberwana przez wodę, chwilami jest, chwilami zanika budząc moje wątpliwości czy dobrze idę, ale właściwie nie miałam innej możliwości. Żlebiastą, dosyć wąską formacją terenu tylko w dół, bo w potok z lodowca z prawej trudno się pchać, z lewej też nie ma gdzie „tak na oko”. Byle tylko nie okazało się, że wyszłam na przykład na jakieś urwisko bez wyjścia.

W którymś momencie dostrzegam trąbkę powietrzną formującą się po lewej. Strach mnie obleciał na poważnie, że mnie tu zaraz wkręci, ale wystarczyło mi tupetu by ją jeszcze sfotografowaćSmile A trąbka po chwili się rozwiała.

 

trąba powietrzna

 

Na Krugozorze chwila odpoczynku. Z nieczynnych zabudowań infrastruktury narciarskiej obserwuję serpentynową drogę w dół i już się na nią cieszę bez obaw. Rozległą dolinę mam jak na dłoni i widzę Azau.  Podchodzi tylko jeden ludzik z plecakiem.

Widoki cały czas wspaniałe. Biel lodowców, szarość skał i soczysta zieleń doliny w jednym kadrze.

 

W Azau zasłużony odpoczynek. Przerwa na kawę. Na chachapuri, które marzyło mi się i od którego miałam zacząć pobyt na wschodzie nadal nie mam szans bo to nie Gruzja, a w Tbilisi byliśmy przed świtem, a w Kazbegi i tak było za wcześnie na otwarcie barów. Decyduję się na miejscowy niesłodki naleśnik z niesłodkim serem pod nazwą хичины. Zdążyłam kąsek sfotografować. Norma w Rosji – łyżeczkę podają w szklance!

 

zamiast chachapuri

 

Jeszcze zakup pamiątek i leniwym tempem doliną rwącej rzeki Б a к с a н (Baksan) do Эльбрусии (Elbrusii) w Azau. Po drodze „ku chwale” tym razem nie obelisk, ale armata.

 

12.07.2014 sobota

Poszliśmy na Ч э г э т_3460 m. (Czeget). To już погрaнзонa (strefa przygraniczna). Trzeba mieć пропуск (przepustkę) na pobyt w tej strefie. My nie mamy, ale ryzykujemy na wariata. Ostrzeżenie stosowne jest, chociaż leży sponiewierane troszkę, natomiast dzielny pogranicznik nie pozwala zapomnieć, że łamiemy rosyjskie prawo.

 

ostrzeżenie

 Został ogłoszony zakaz porozumiewania się w języku innym niż rosyjski, nierzucanie się w oczy i udało nam się. Ja z moją manią fotografowania nie odmówiłam sobie „strzelić gościa” z ukrycia.

 

trudno go lekceważyć

 

Następny, w drodze do Władykaukazu „strzelony” z ukrycia omal nie wygarnął mnie z marszrutki. Przez chwilę oczyma wyobraźni widziałam się już w ruskiej tiurmie. Znów mi się udało, ale mogłam nas wszystkich wpędzić w kłopoty, a zdjęcie i tak nie wyszło.

Czeget ma 7 żandarmów/wierzchołków/szczycików dowiadujemy się od miejscowych. Nam wystarcza tylko jeden. Lajtowy dzień więc cieszymy się w dwójnasób. Gorąco. Nie nabawiłam się odmrożeń na Elbrusie, z Czegetu wyniosłam poparzenia słoneczneFrown.

 

z Czegetu

 

Byliśmy świadkami dwóch obrywów seraków ze zboczy Donguz-Orunbaszi. Z naszej odległości wydawały się niewielkie, ale huk jak z odrzutowca nie pozwolił ich przegapić.

 

jedna z dwóch lawin sunących na naszych oczach

 

 Wspaniały Donguz-Orunbaszi w tle.

 

z Donguz-Orunbaszi, photo by Janusz

 

13. 07.2014 niedziela

Opuszczamy Terskol marszrutą do Nalcika, a stąd do Gołubyje Oziera – przyjemna turbaza w lesie nad jeziorami. Pogoda zmieniła się na deszcz.

Nazajutrz spotyka nas miła uprzejmość i gościnność ze strony dwóch poznanych Czeczeńców. Zawieźli nas na górne jeziora, zafundowali poczęstunek i nawet słyszeć nie chcieli o płatności z naszej strony.

 

14.07.2014 poniedziałek

Ponieważ nie mamy papieru, który nazywa się owir, a powinien go posiadać każdy obcokrajowiec, który na terytorium Rosji przebywa ponad 6 dni wyjeżdżamy do Gruzji.

Marszrutka do Nalcika, przesiadka do Władykaukazu, samochodem osobowym do Kazbegi. Tym razem samochód jest na rosyjskich numerach rejestracyjnych, kierowca przypadkiem z podwójnym obywatelstwem i znajomościami na zatłoczonej granicy rosyjsko-gruzińskiej. To znacznie skraca czas jej przekroczenia. 

 

Wtorek i środa trekujemy sobie po okolicy.

Nareszcie widzę Kazbek jak z pocztówki, który to widok nie był mi dany w ubiegłym roku.

Kazbek widziany z Kazbegi

 

Klasztor Gergeti z okna

 

Klasztor Gergeti

 

W czwartek rano 17-tego zrywam się mojej grupie, która spędza tu jeszcze cały dzień i jadę do Tbilisi. Mam tyły w zakupach.

Spotykamy się w nocy na lotnisku.

 

       Pomniejszych wrażeń i przygód moc. Rosyjska codzienność inna zdecydowanie. Ślady kołchoźniczej organizacji pracy wciąż widoczne. Póki byliśmy na terenie Rosji nie czułam się komfortowo. Jakaś presja, że ciągle czegoś nie wolno, że trzeba mieć pozwolenie, że można się narazić wisiała nade mną. Odetchnęłam z ulgą jak wróciliśmy do Gruzji.

Z jeszcze większą jak wylądowaliśmy w Warszawie. Akurat newsy o zestrzeleniu samolotu nad Ukrainą były na topie. Było groźnie w powietrzu??? Ostatnie zdjęcia z podróży wyjątkowe – widmo Brockenu.

 

w obłokach

 

Widmo Brockenu

 

 

Widmo Brockenu

 

Udana wyprawa. Koleżanka jest niesamowita. Z kontuzjowaną nogą, z bolącym kolanem weszła na 5642, a potem dzielnie jeszcze na 3640 i 2000. Trzeba mieć fest zapał do tej roboty.

 

Legendy o morderczym wysiłku przy zdobywaniu szczytu okazały się przesadzone, ale brać trzeba pod uwagę, że mówię o wejściu w doskonałych warunkach atmosterycznych, będąc w dobrej kondycji i mając doświadczenie, że do wysokości 5000 metrów jakiejś zasadniczej reakcji organizmu nie odczuwam. W innych okolicznościach wcale tak być nie musi. Wystarczy, że jeden z w/w czynników nie zadziała.

 

PS. Kilka wspomnień w obrazkach dodam później:)

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 20 komentarze Trekking Trekking

"Cel jest to marzenie z datą wykonania" - Napoleon Hill

 
Nowy Rok zaczęłam górsko, już 1 stycznia, od spaceru na Magurkę. To był sprawdzian dla mojego kolanka, czy już może zacząć normalnie funkcjonować, czy jeszcze nieSmile. Na wszelki wypadek przed i po wycieczce posmarowałam je maścią przeciwzapalną. No i nie bolało. Wymyśliłam sobie też taką afirmację (stosuję je już od dłuższego czasu i łącznie z praktyką wdzięczności działają świetnieSmile), że moje kolano jest zdrowe, choroba mija, ból zostaje w roku 2013, a nowy rok zaczynam ze zdrowym kolanem i osiągam wszystkie cele górskie i wspinaczkowe, jakie sobie tylko postawię.
 
Jednym z nich są Tatry, zdobywane trekkingowo i wspinaczkowo. Chcę się więcej wspinać, nie koniecznie na wyższym poziomie, to mogą być łatwe rzeczy, bo sądzę, że one dostarczą mi najwięcej satysfakcji. Bezpieczeństwo i "mierzyć siły na zamiary" to moje motta w górach i póki co dobrze na ich stosowaniu wychodzę Smile. 6 stycznia rozpoczęłam rok tatrzański od wycieczki do Schroniska przy Zielonym Stawie. Jeden mały kroczek w wielkim celu pt. "Więcej Tatr" zrealizowany. Myślę, że ten rok rozpoczął się bardzo dobrze Smile.
 
 Pozostałe moje marzenia-postanowienia to m.in.:
 
  • ciągłe doskonalenie się we wspinaczce, jeśli będę mogła, to wrócę na ściankę (wiem, że mam talent i że muszę go szlifować)
  • Tatry tak często, jak się da (głównie wspinaczkowo), Jastrzębia Turnia, Kieżmarski trekkingowo, Kończysta, Wysoka - cztery ostatnie szczyty latem
  • nauka/rozpoczęcie wspinania się w lodzie (mamy w planach wyjazd do Kieżmarskiej w tym celu - i już nie mogę się doczekać)
  • ponadto: dokończyć koronę Beskidów (odznaki w waszych trekNOTESach działają na mnie wyjątkowo motywującoSmile) - czyli jeszcze tylko 5 szczytów
  • zdobyć Policę, Halę Krupową i kilka innych miejsc w Beskidach, w których nie byłam jak dotąd
  • może, może jak będzie czas i ochota, przy okazji wyjazdów na wspinanie, rozpocząć projekt pod nazwą "Korona Gór Słowacji"
  • znaleźć fajną grupę zawsze chętnych na góry osób z okolic Bielska (inspirujących, życzliwych, otwartych i najważniejsze - pozytywnie nastawionych do życia!Smile)
  • zdobyć łatwy alpejski czterotysięcznik
  • pochodzić po górach zimą, tak po prostu, cieszyć się skrzącymi w słońcu śnieznymi górami i śniegiem skrzypiącym pod butami Smile
 
Cel pośrednio związany z górami to skuteczna rehabilitacja kolana - zaczynam w czwartek Smile. Zobaczymy, co powie rehabilitant odnośnie moich przyszłych górskich wycieczek, ale jestem dobrej myśli Smile.
 
A jeśli z jakichś powodów nie osiągnę któregoś z celów - to moja samoocena nie poleci drastycznie w dół, świat się nie zawali, a ja zawsze mogę znaleźć coś na zastępstwo. W zeszłym roku kontuzja pokrzyżowała mi górskie plany, ale nie załamałam się, skupiłam na czym innym, odpuściłam na trochę i teraz znowu mogę cieszyć się górami Smile.
 
Zatem: "Cokolwiek potrafisz lub myślisz, że potrafisz, rozpocznij to. Odwaga ma w sobie geniusz, potęgę i magię" - Johann Wolfgang von Goethe.
 
 
Breithorn, źródło - Wikipedia
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 18 komentarze Trekking Trekking

Trochę ku refleksji, trochę ku przestrodze chciałbym się z Wami podzielić relacją z "wycieczki" jaką odbyliśmy 13 marca na Babią Górę. 

Oryginalnie zaplanowaliśmy szybkie wejście, zejście, piwko w schronisku na Markowych i powrót do domu - mieszkamy jakieś 120km od Zawoi, więc szykowała się fajna jednodniówka.
Do Zawoi Markowej dojechaliśmy około godziny 9:40, poubieraliśmy się jak należy i ruszyliśmy na szlak. Było umiarkowanie zimno, widoczność rzędu kilkuset metrów, słońce nieśmiało próbowało przebić się przez chmury. Maszerowało nam się dobrze i w 90 minut dotarliśmy do Markowych Szczawin, gdzie zatrzymaliśmy się w nowym schronisku na coś ciepłego do zjedzenia i coś słodkiego do wypicia przed podejściem na szczyt. Nie zabawiliśmy długo i ruszyliśmy po około 30 minutach dalej na szlak. Do Brony doszliśmy w 25 minut i grzbietami zaczęliśmy dreptać w kierunku szczytu. Szło się dobrze, śniegu nie było na szlaku zbyt wiele. Widoczność była już ograniczona do kilkudziesięciu metrów, ale marsz od tyczki do tyczki nie sprawiał problemów. W końcu dotarliśmy do kopuły na szczycie i zaczęliśmy pod nią podchodzić. Wszystko nadal było w porządku i pod kontrolą.

Po wejściu na szczyt doszło do momentalnego załamania pogody. Wiatr przyspieszył do prędkości ponad 100km na godzinę (jak ocenił później jeden z goprowców), temperatura odczuwalna spadła w okolice -30 stopni, widoczność nie przekraczała 3-5 metrów. Postanowiliśmy natychmiast wracać, lecz niestety - nie udało nam się znaleźć szlaku. W sumie podjęliśmy trzy próby zejścia, trzykrotnie wracaliśmy na szczyt gdyż jedynie tam była możliwość jakiejkolwiek osłony przed wiatrem (kamienny murek). Najbardziej wyziębioną koleżankę owinęliśmy folią NRC i wezwaliśmy na pomoc GOPR. Było około godziny 15, ale widzieliśmy że nie mamy najmniejszych szans zejścia. Dysponowaliśmy wprawdzie GPSem turystycznym i dokładną mapą, lecz w tych warunkach nawet on nam nie pomógł. 

foto (c) Adrian Wozniak - adrianwozniak.com

GOPR dotarł do nas już po 40 minutach - mieliśmy szczęście, że inne grupy też wzywały pomocy i kiedy my dzwoniliśmy oni już byli na szlaku. Wiola dostała od jednego z nich kurtkę, po chwili zapadła decyzja że schodzimy na Krowiarki.  

Zejście trwało 9 godzin. Po drodze nawet panowie z GOPR gubili szlak bo wiatr powywracał tyczki. Im to by nie zrobiło różnicy, mieli narty i poruszali się w terenie swobodnie, natomiast idąc z nami zmuszeni byli narty zdjąć i prowadzić nas "na GPSa" z nadzieją że w końcu na szlak wrócimy. Oznaczało to konieczność przedzierania się przez śnieg pokrywający kosówkę, którego w międzyczasie napadało tyle, że nieraz zapadaliśmy się po pas i wyżej. Po którejś kolejnej takiej przeprawie zapadła decyzja o wezwaniu posiłków, wyruszyło w naszą stronę kolejnych dwóch ratowników, a dodatkowe grupy wyjechały z Suchej Beskidzkiej i Cieszyna. Czekaliśmy w okolicach Sokolicy aż dodatkowe grupy dojdą do nas kilka godzin, usiłując osłonić się przed wiatrem jakimiś karłowatymi świerczkami. W końcu dotarła pomoc i udało nam się (ponownie w głębokim śniegu) jakoś dostać do granicy lasu.

Dalej było już lepiej - nie było wiatru i było znacząco mniej śniegu. Problemem był jedynie lód znajdujący się pod nim. Zaliczyłem kilkanaście upadków, lecz w sumie było mi już wszystko jedno, byle szybciej zejść na dół. W końcu po 23 dotarliśmy na Krowiarki. Myślę, że mogę z całą pewnością stwierdzić, że GOPR uratował nam tam życie - wątpię, że byśmy na szczycie w tych warunkach dotrwali do rana,a próba zejścia byłaby skazana na porażkę.

Wnioski? Kilka mi się nasunęło. Przede wszystkim trzeba mieć dobry sprzęt decydując się na zimowe wyjście na Babią. Dzięki temu, że byłem porządnie ubrany dość dobrze znosiłem niską temperaturę - dobre buty i grube skarpety, warstwa bielizny termoaktywnej, grube i nieprzewiewne spodnie, gruby polar oraz nieprzewiewna kurtka z membraną to podstawa! Zawsze trzeba mieć ze sobą naładowany telefon (idąc samemu najlepiej dwa, drugi trzymać jak najbliżej ciała, żeby był w cieple) z wpisanymi numerami GOPR. Trzeba brać rzeczy zapasowe - z całą pewnością rękawice. Z dodatków - czołówka, folia NRC, zapas czekolady, termos z herbatą, niby standard ale często o tym się nie myśli przy planowanych krótszych wyjściach. Nam to bardzo pomogło, przede wszystkim psychicznie - mieliśmy świadomość dobrego przygotowania, z czego wynikało przekonanie, że wszystko skończy się dobrze. Dobra kondycja fizyczna jest także niezmiernie ważna - taki marsz poza szlakiem w głębokim, kopnym śniegu jaki nam się trafił podczas schodzenia dał mi zdrowo w kość, pomimo tego że jestem dość wytrzymały i dbam o formę. 

No i najważniejsze - nie bać się i nie wstydzić dzwonić po GOPR. Jeżeli sytuacja jest trudna spróbować znaleźć miejsce w którym łatwo będzie ratownikom nas odnaleźć i po prostu poprosić o pomoc. Ratownicy którzy nas sprowadzali byli wspaniałymi ludźmi, którzy ani przez chwilę nie dali nam do zrozumienia, że mają do nas jakieś pretensje, nawet pomimo tego że dwie minuty przed naszym zgłoszeniem przyszła w odwiedziny do nich Anna Czerwińska akurat przebywająca na Markowych Szczawinach. Wręcz przeciwnie - stwierdzili, że ich zdaniem jesteśmy odpowiedzialnymi turystami, ponieważ większość ich akcji rozpoczyna się w okolicach godziny 22, po telefonie od kogoś kto przez kilka godzin miotał się i sam próbował znaleźć zejście i zazwyczaj nie jest w stanie powiedzieć gdzie jest. Cała akcja była przeprowadzona profesjonalnie, jestem pod ogromnym wrażeniem tego co widziałem. Nie dość, że uratowali nam życie to sprowadzili nas na dół w jednym kawałku.

Ponieśliśmy w zasadzie najniższy możliwy wymiar kary - kolega odmroził sobie dwa palce, koleżanka rozwaliła nogę o drzewko schowane pod śniegiem, ja mam zapalenie krtani, spojówek i stłuczone ramię po upadku. Tyle co nic, ale dość żeby mieć świadomość, że mogło być o wiele gorzej. Matka Niepogód pokazała nam jak mali i nieznaczący jesteśmy wobec natury.

Rozpisałem się strasznie, gratuluję jeżeli ktoś dotarł do końca i nie zasnął :-) Pisząc tego posta chciałem tym, którzy jeszcze czegoś takiego nie przeżyli dać pewien materiał do przemyśleń i analizy zanim sami zdecydują się pójść zimą na Babią, do czego oczywiście mimo wszystko gorąco namawiam.

A tak wyglądałem jak dotarli do nas goprowcy :-)

foto (c) Adrian Wozniak - adrianwozniak.com

Wszystki zdjęcia są autorstwa towarzysza wędrówki, Adriana

TagiTagi: było beskidy babia gopr 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 16 komentarze Trekking Trekking

29.05 - 2.06. 2013

Wszystkie elementy logistycznej układanki spasowały - wyjazd doszedł do skutku. Pikuj_1408m n.p.m. w Bieszczadach najwyższy - piękny i zdobyty!

Przedwyjazdowe detale i trudności - już nieistotne. Wycieczka, która stanowi pewne spełnienie. Było kilka okazji wcześniej i z powodu drobnych właściwie spraw, rezygnowałam. Głupia byłam, inaczej tego określić się nie da.
Kto nie był nie wie co traci (ja też nie wiedziałam). Mój zachwyt sięga nieba.

Prognozy pogody były wątpliwe, ale dobrze, że nie odpuściliśmy.
W czwartek po 18-tej melduję się na noclegu w Gorlicach. Taki sobie. Trafiłam z wyborem jak kulą w płot. Pokój nieciekawy i z wątpliwym aromatem w środku, więc wyszłam szybko na spacer po Gorlicach. Przemaszerowałam miasto wzdłuż i w szerz. Błędem było nie zabranie aparatu.
Z przyjemnością nabiłam kilka kilometrów przez 2,5 godziny. Ładne miasto.

Piątek rano 7.00 ruszamy. Jeszcze przez chwilę wątpliwość na które przejście graniczne się skierować? Ostatecznie decyzja - jedziemy przez Krościenko.
Na przejściu kilkanaście samochodów. Trwa to niespełna godzinę czyli jak na legendy o czasie przekraczania tej granicy - błyskawicznie. Dokonało się moje pierwsze przekroczenie wschodniej granicy kraju. Muszę koniecznie uwiecznić ten historyczny moment i jest pierwsze zdjęcie.

Na przejściu granicznym w Krościenku

Pierwszy obiekt sakralny na trasie

 

 

 

 

 

 

Pierwsza wieś i pierwszy obiekt sakralny jak

perełka. Nawet na Sławku robi wrażenie bo

zatrzymujemy się i robię ładne zdjęcie.

Przyszłość pokaże, że nieliczne ładne, bo

potem już tylko „w locie".

 

 

 

 

 

 

Droga na Ukrainie - dziurawa jak ser

 

Pierwszy kilometr i... chciałoby się powiedzieć zaczynają się

schody, ale to nie schody - to dziury w drodze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dziury w moście

 

 

 

Dziury w moście.

Na określenie jakości trasy słów brak. Dość powiedzieć, że

grzeszymy narzekając na jakość dróg w Polsce.

U nas czasem się trafia dziura, dwie, dziesięć. Czasem dziurawy

odcinek kilometr, kilka kilometrów!

Tam 130km - same dziury. Po prostu dramat.

Sławek dokonuje ekwilibrystycznych

manewrów za kierownicą.

Aryton Senna wysiadaTongue out.

 

Apogeum dziurawości drogi w centrum Starego Sambora.

Robi się z tego ruch prawostronny,

 

 

Prawą, lewą, w poprzek drogi, byle nie po dziurach

ruch lewostronny, czasem w poprzek, poboczami na wielu

odcinkach, bo zajeżdżone, gruntowe pobocze gładsze niż to co

zostało z asfaltu. Miejscowi też tak jeżdżą.

Ostatecznie 130km w 5 godzin, z zawrotną szybkością 26km/h.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dosyć. Przy tych dziurawych drogach takie perły

Błękitny Kościół
Biały Kościół

 

 

 

 

 

 

 

 

Panorama na Pikuj z trasy

Panorama na Pikuj z trasy. Jeszcze daleko, ale już wiadomo, że będzie pięknie.

 

Dojechaliśmy do Husnego, zakwaterowaliśmy się w agroturystyce (nowa inwestycja) „Bojkowska Chata". Jak na górską poniewierkę, śpimy w warunkach typu „wersal".

http://www.karpaty.info/ua/uk/lv/tr/verkhnye.husne/hotels/boykivska.khata/

We wsi biednie i jakoś bardzo staropolsko się wydaje. Zabudowa głównie drewniana.

 Lecznica weterynaryjna i sklep spożywczy i wszystkosprzedający

 

Lecznica wetwrynaryjna w Husnem

Sklep spożywczy wszystkosprzedający

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Asfaltu tu jeszcze nie kładziono więc droga ok. Bita droga bez dziur. TWe wsi dwa obiekty sakralne. Kościół? Cerkiew? Nie wiem. Pewnie jedno i drugie.

 

Nad naszą kwaterą schronisko turystyczne i jest do niego skierowanie z drogi!

Do schroniska
Schronisko w Husnem

 

 

Oczywiście zaszliśmy tam. Oczywiście spotkaliśmy naszych z Rzeszowa. Oczywiście nie mogło się obejść bez turystycznej imprezki jak się patrzy. Kiełbaski też byłyWink.

Zanosiło się na nocne Polaków rozmowy, ale o 23ciej opuściliśmy miłe towarzystwo. Wszak jutro czeka nas górska wyprawa, a dziś Sławek cały dzień za kierownicą walczył.

 

Nasze miejsce noclegowe

 

 

 

 

 

 

 

 

Sobota - wychodzimy 8.20 To nasza kwatera.

Gospodarz wyprowadza nas kawałek na właściwą drogę.

Potem już tylko prosto. Duża leśna droga do zrywki drewna. Nie można się zgubić.
Pogoda na razie niezła. Chmury haczą tylko o Pikuj bo jest najwyższy. Reszta grani na prawo czyli tam gdzie mamy iść w słońcu, błękitne niebo, ale z chmurami. Dosyć mocno wieje. Idziemy z nadzieją, że chmury rozwieje.

Powyżej lasu ścieżka (tylko jedna), ale widoczność się pogarsza niestety.

 

Na szczycie Pikuja_1408 m n.p.m.Na szczycie mleko. Wczoraj była taka piękna pogoda. Dziś jest źle.

Zrobiło się zimno. Załamka. Nie może się okazać, że przejechałam taki szmat drogi po to by w 2 godziny wejść na szczyt i zejść. Sławek też zawiedziony. Chciał koniecznie Tarnicę z pikuja zobaczyć. Nie wierzy w poprawę, ale ja mam nadzieję, że jak zejdziemy niżej, a cała grań z prawej jest niższa o co najmniej 100 metrów, jednak będzie lepiej. Niestety nie poprawia się sytuacja bo ciągle idziemy po płaskim. Sławek jest gotów zawracać. Rany boskie, jest dopiero 11.30 !!!
Rzucam na szalę ryzykowne hasło: idziemy na wprost do 12.00. Jak się nie zmieni to zawracamy. Teraz targowanie:
- Do 11.50
- Nie do 12.00
- Do 11.55
- Niech będzie. Kapituluję. Mam jeszcze 25 minut szansy.

Niebo się do mnie uśmiechnęło. Nareszcie jest zejście, obniżamy się trochę i dostrzegamy błękit. Daleko tej pogodzie do ideału, ale to wystarcza by nie rezygnowaćLaughing.

 

Pierwsze widoki na grani

Pierwsze widoki na grań. Zapowiada się cudnie. Już z dołu się tak zapowiadało.

Chmury niebezpiecznie nisko, ale wieje. Jest nadzieja. Rozczulający „...wąskiej ścieżki ślad..." Jak widzę te kilometry połonin przed sobą dostaję skrzydeł u ramion. Co tu dużo mówić. Wystarczy popatrzyć na namiastkę rzeczywistości, której zdjęcia nie oddają.

 

 

 

 

 

 

Na graniNa grani 2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na ten widok jednak ogarnia mnie niemal wzruszenie? Podniosły nastrój? Motylki...? Czuję się jak w świątyni.

Kilometry połonin

Idziemy w pewnej odległości od siebie co mi bardzo odpowiada. Nie godzi się profanować takich wrażeń rozmową. Byłam przekonana, że nie ma piękniejszych gór niż polskie Bieszczady, polskie połoniny. Myliłam się. Z polskimi zakątkami łączą mnie sentymenty, ale tu skala urody otoczenia bije je na potęgę.

Wspaniale się czuję. Dla mnie połoniny to kwintesencja wędrówki. Jak w niebie.
Wywołałam wilka z lasu - niebo do nas przyszło.
Wiatr zdecydowanie osłabł. Chmur już nie zwiewa. W końcu nas dopadły.
Idziemy wytrwale.
Może jeszcze dmuchnie.
Nie dmuchnęło.
Ściemniło się.
Widoczność zero.
Może jeszcze przeczekać z pół godzinki w miejscu? Może jeśli będziemy trzymać się grani to nic się nie stanie. Tylko, że póki widzieliśmy zabudowania w dolinie, to można byłoby nawet na krechę, ale jak nic nie widać to nic nie można.
Nic z tego. Lunęło deszczem.
W tej sytuacji Sławek ogłosił odwrót i z bólem serca trzeba było dać na wsteczny.

Krzyż, ale nie ten

Problem polegał na tym, że mieliśmy określony (opisany) punkt w terenie. Koło krzyża, należało skręcić w prawo by zejść do Libuhory.

Krzyż już był, a skrętu w prawo nie było. Żadnej ścieżki. Albo nie widzieliśmy jej w tej mgle, albo... to nie ten krzyż. Później dotarliśmy do informacji, że na grani są 2 krzyże. Jest jeszcze jeden. Biały! Do niego należało dojść. Ten który minęliśmy był nieistotny.
Na ścieżce było kilka znaków czerwonych. Ktoś prowizorkę malował. Na mapie nie ma szlaku, nie wiemy dokąd on prowadzi. W tej mgle... Bezpieczniej było zawrócić.
Z zasady nie lubię zawracania, ale tu bezradna jestem.

Deszcz się nasilał i słabł, chwilami ustawał.

Niżej, chmury zostawiliśmy za sobą, ale na grani dalej źle było. Schodzimy.
Nie jestem zła. Jest mi smutno. Nawet się porządnie nie zmęczyłam, a tu taki niefart.

Sławek mnie pociesza, że przyjedziemy tu jeszcze raz. Miło z jego strony, ale...

W lesie jest godzina 16-ta. Nie chce mi się wracać. Nie chcę siedzieć w pokoju.

- Będzie ławka w lesie, tam się zatrzymamy deklaruje mój kompan. Jest ławka, stajemy. Lunęło od nowa, idziemy.

JA NIE IDĘ!!!


Zostaję w lesie.

 

Teraz już mogę bo do domu blisko. Tylko godzinka łagodnego zejścia i jesteśmy na jedynej drodze. Mogę siedzieć nawet w deszczu, byle ta wycieczka się nie skończyła.

Doubieram pelerynę, wcinam kanapkę z deszczem.

Ślimak

Dostrzegam detale, które mogłam ominąć bez zatrzymywania sięSmile.

 

Jeszcze trafia mi się OKAZJA - kamaz z pniami drzew na pace - a wcale

nie szukałam STOPA. Dziękuję za propozycję i idę sama. Niepotrzebny

mi tu kamaz, ale to nasz gospodarz, więc mu wybaczam.

Przestało padać.

Zanim wyszłam na łąkę przydomową, pojawiło się zachodzące słońce, błękit na niebie. Lepiej późno niż wcale, ale dlaczego tak późno?

Na pocieszenie, na tej łące też sobie posiedzę. Kurtka, peleryna, czapka suszą się na trawie.

Zwlekam z powrotem do tego stopnia, że już zaniepokojony Sławek mnie namierza przez telefon. Pora kończyć wycieczkę. Wieczór blisko.
W domu gospodarze zapraszają na barszcz ukraiński i kielichaTongue out Tak się wita swoich turystówTongue out

Nazajutrz mam wyprzedzenie ze wstawaniem i zanim Sławek się pozbierał ja z kaweczką przez mosteczek, za potoczek, na łączkę, na połoniny popatrzyć raz jeszcze z bliska. Piękny dzień.

Droga powrotna - taka sobie. Dziur nie było czyli nudno. Wybieramy trasę 100 km dłuższą, na przejście graniczne ze Słowacją w Użgorodzie.

Pikuj towarzyszył nam potem przez pół drogi. Zdjęcie z samochodu.

Pikuj z trasy powrotnej

Na granicy w Użgorodzie
Na granicy 3 godziny. Kontrola celna. Nic nie przemycamy, ale

musiałam wygrzebać z plecaka część rzeczy. Przy brudnym i mokrym

ręczniku pani zwątpiła i dała mi spokój. Do tego awaria komputerów. Stoimy jako pierwsi do odprawy, a tu awariaYell.

(na marginesie: mam tak paskudne zdjęcie w nowym paszporcie, że jedna celniczka nie chciała dać wiary, że to ja)

Żegnamy Ukrainę.

Na przejściu polskim w Barwinku jesteśmy o 18tej, w Gorlicach o 19tej.

Sławek do domu, ja na stopa.

Mogę wołać transport domowy, ale to niehonorne rozwiązanie i długo by trwało. Wszak to 160km.
Jakoś to będzie.

 

 

Pół godziny i do Nowego Sącza okazja jest. Dwójka młodych ludzi, którzy wybrali się na niezamierzone zakupy. Ponieważ im wszystko jedno w której galerii je zrobią, przyjmują moją sugestię by na Węgierskiej, a ta jest na odpowiedniej dla mnie wylotówceSmile I już. Minuta osiem i jestem w Nowym Sączu.

Metodą sprawdzoną wielokroć czyli krótkimi skokami do przodu.

Z Nowego do Starego Sącza autobus podmiejski, bo akurat podjechał.

Ze Starego do Kadczy, bo kierowca uprzejmie mnie przerzucił za Dunajec, choć sam jechał tylko do Gołkowic.

Potem do Zabrzeża.

Do Krościenka.

Do Krośnicy.

Tu już wątpię w moje powodzenie transportowe, dzwonię po męża by mnie z drogi zdrapał. Nieprzyjemnie jest. Ciemno i pada.
Ale... 10 minut i jadę do Nowego Targu. Oddzwaniam dom-taxiWink by tam na mnie czekało i już. Wjeżdżamy na rondo w Nowym Targu, Polskie Radio podaje komunikat: dochodzi 22-ga, powodzie w Czechach.
Byłam w domu.
Opowieści bez końca. Odpaliliśmy ukraińskiego, pamiątkowego szampana (tak o nim myślałam), który okazał się cienkim winem musującym. Wino cienkie, nie cienkie, nieważne. Z Ukrainy było. Mnie smakowało i zaszumiało w głowie jak wiatr na połoninachSmile.
Wyjazdowe detale i trudności już nieistotne. Przetarliśmy sobie drogę na wschód. Wrócimy tam jeszcze.
Wrócimy na pewno!!!
Dzięki Sławek.

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 15 komentarze Trekking Trekking
20:14:08DSCN2938.JPG
 
 
Miały być Bałkany lub Rumunia a było Zugspitze (2962m.n.p.m.), Wodospady Krimml, Neuschwanstein– zamek, i niespodzianka w postaci lawety. Na śniadanie parę zdjęć.
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2938.JPG
 
                                                                     widok z campingu
 
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2572.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2590.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2659.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2685.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2703.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2753.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2891.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2988.JPG
1376230703547.jpg
Uczestnicy ja Kinga Bożena.6 sierpnia Kinga przyjeżdża do Gorlic i przed 13 wyjazd w stronę Nowego Targu skąd biorę Bożenę. Potem jazda w stronę Krakowa i autostradą A4. W planach było żeby jechać na Mszanę (na autostradę A1)ale po wyjeździe z bramek płatnych skręciłem za wcześnie i efekt był taki ze jechałem drogą na Bielsko. W Tychach zatankowałem na Bliska Lpg efekt taki ze powinno wejść mi ok. 28 l weszło 34 i powiedziałem żeby zakończyć tankowanie, a na to pani która tankowała mówi ze dlatego więcej wchodzi bo jest gorąco. OOOOO co za cyrk jeżeli już tak to powinno wejść mniej ale dobra. (co to za gaz zgroza , potem podczas reszty tankowań to ,,wchodziła,, mi właściwa ilość lpg). Potem dojazd do Pszczyny i jazda wzdłuż granicy z Czechami (Jastrzębie Zdrój) tak żeby dojechać do A1 i wjechać w Czechach na D1 a potem A5 czyli całe Czechy przejechać autostradą(pseudo autostradą). W końcu około 17 dojeżdżam do granicy potem jazda do najbliższej stacji Schel (Przed Ostrava) i tam kupuje winietę 10 dni 310 k.Ten odcinek autostrady jest bezpłatny. Na stacji dziewczyna przy kasie rozmawia dobrze po polsku. Autostrada D1 i D5 to tylko z nazwy autostrada bo jazda nią a zwłaszcza prawym pasem to tragedia. Na dłuższych odcinkach to wygląda to tak jak by były położone płyty drogowe i pokryte asfaltem. Jadąc przy prędkości 100 lub więcej to bardzo dobrze ,,czuć,, te nierówności w aucie. Ja jechałem cały czas lewym pasem i tylko jak doganiało mnie auto to zjeżdżałem na prawy pas ale wtedy to musiałem zwalniać bo wydawało się ze auto się rozleci. Poza tym to co chwila ograniczenia do 80,100,110 km tak ze jadąc przepisowo to nie pojedzie się szybko. Koło Brna mijałem niebieskiego (jasny) wolswagena nieoznakowanego chyba passat. Za Brnem postanawiamy zjechać na kemping i zanocować. Zjeżdżamy do Ostrovacice (trzeba przejechać pod autostradą) są tam przynajmniej dwa kampingi i noclegi w prywatnych domach. Jedziemy na sam koniec miejscowości i po lewej stronie jest kamping. Warunki bardzo dobre tylko ze jest jeden minus ale to za chwile. Dziewczyny rozbijają namiot na polu namiotowym ja oglądam domek ale smród jest w nim gigantyczny( stęchlizna). Postanawiam pojechać na wioskę i coś poszukać. W jednym i drugim domu nikt nie otwiera w trzecim otwierają i chłopak mówi ze niema miejsca jego mama ze jest w końcu mówią ze muszą się naradzić. Po minucie czekania nie ma mnie już jak przyjadę tam następnym razem to się zapytam. Po drodze mijam Motel zajeżdżam warunki super ale cena35 euro trochę mi nie odpowiada. w sumie to ta miejscowości to nie jest jakoś specjalnie znana nie jest w pobliżu jakiejś atrakcji turystycznej i takie ceny. Jak bym miał zostać na dłużej to bym został ale na jedną noc to nie. W końcu postanawiam jadę na kemping i rozkładam namiot. Jest 21. pogoda bardzo ładna więc rozkładam namiot tak bardziej na sztukę nie bardzo przykładam się do odciągów i śledzi. O 22 idę spać i jest minus tego pola. W prostej odległości ok.200m jest autostrada. Mimo ekranów dźwiękoszczelnych to są takie nierówności na tej drodze ze jak przejedzie Tir to jest taki huk jak by namiot był rozstawiony na pasie zieleni na autostradzie. Ledwo zasypiam a tu pobudka znowu. wychodzę z namiotu a tu niespodzianka z dwóch stron burza zaczyna deszcz kropić wiać wiatr który targa moim namiotem na wszystkie strony. Chwile stoję przed namiotem i postanawiam iść do auta . W aucie cisza ale w związku z tym ze bagaże na tylnym siedzeniu to nie mogę rozłożyć fotela a poza tym jak piorun strzeli to w aucie robi się jasno jak w dzień. Po dwóch godz. burza ustępuje i wracam na resztę nocy do namiotu. Tak sobie myślę dobrze ze pobłądziłem bo jak by nie to to bym pojechał dalej czyli bliżej Pragi i pewnie byłbym w samym centrum zawieruchy. Ceny z kempingu namiot 50k czyli 9 zł Osoba 80 k - 14 zł Auto 50 k- 9 zł Prąd 80k- 14 zł . To coś co śmierdziało to 290 k.
Po prawo kuchnia a za prysznice i toaleta po lewej to coś śmierdzące i za recepcja. samo pole jest ok. toalety czyste ale -----------------(minus) to huk z autostrady
 
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2472.JPG
Widze  ze  jak  bezpośrednio kopiuje  opis i zdjęcia   z  innego  forum (na  którym  pisze  tą  relacje  ) to  obcina zdjęcia  jak  by  ktoś chciał zobaczyć   zdjęcia w całości  to  niech  napisze  to podam  mu  adres.
Rano o 6 była pobudka i o 8 wyjazd. Jazda- to tak się czułem jak bym jechał koleją.Praga ,Pilzen i w końcu dojeżdżamy do granicy o to teraz będzie jazda ile fabryka da na Monachium wszak tam nie ma ograniczeń. nic mylnego. Jadąc autostradą to są na dłuższych odcinkach ograniczenia do 80 mimo ze żadne roboty nie są wykonywane i asfalt prosty jak stół, bez dziur. Wlokę się tym ślamazarnym tempie tylko co jakiś czas jest odwołane ograniczenie ale za chwile znowu jest. Przed Monachium trzeba auto nakarmić lpg więc zjeżdżam na stacje , podjeżdżam pod dystrybutor, Zakręcam adapter podpinam pistolet i naciskam przycisk i nic. Myślę sobie pewnie za lekko skręcone( w końcu to moje pierwsze tankowanie samemu) Dokręcam bardziej i dalej nic. Postanawiam odkręcić i problem . Samego pistoletu nie odkręcę od adapteru tylko udaje mi się pistolet wraz z adapterem odkręcić zresztą nie bez trudu. Biorę kombinerki i ściskając adapter próbuje kręcić pistoletem ale nie jestem w stanie utrzymać adaptera (za mały rozstaw kombinerek). IDE do kasy przy której sprzedaje Azjatka proszę o pomoc ale ona rozkłada ręce tak jak byśmy byli tylko we dwoje na tym świecie. Wracam do auta próbuje jeszcze raz odkręcić, zagaduje do kierowców którzy przyjeżdżają na stacje, ale ze każdy jest nowa furą to wiadomo nikt nie ma klucza francuskiego. Mam dwa wyjścia albo zostawić adapter w pistolecie i resztę jazdy jeździć na benzynie albo coś zrobić i odkręcić adapter. Wybieram to drugie. Idę do Azjatki jestem już wkur... na maksa ze na stacji nie mają klucz żeby pożyczyć lub kupić , nie ma też nikogo z obsługi żeby pomógł. Mój wygląd chyba wszystko wytłumaczył bo od razu idzie na zaplecze i woła pomoc.Ja wo gule nie znam j. niemieckiego więc rozmowa będzie się odbywać na migi. Spodziewałem się mężczyzny a tu wychodzi następna kobieta jak się potem okazało sprzedaje pieczywo i ciastka na stacji.
Idzie zemną ogląda o co kaman idzie na zaplecze i przynosi koszyk po pomidorach w którym jest wszystko tylko nie klucz i pomidory. Ale ze jest obrotną kobietą wychodzi przed stacje i podchodzi do mocno zdezelowanego auta którym właśnie klient podjechał pod dystrybutor, chwila napięcia i jest jest jest upragniony klucz. odkręcam adapter w tym czasie z drugiej strony podjeżdża polak pod lpg. pod jego nadzorem jeszcze raz próbuje zatankować i efekt ten sam. podjeżdżam z drugiej strony i da się. okazuje się ze po drugiej stronie jest zepsuty pistolet , akurat musiałem na niego trafić. Po zatankowaniu oddaje klucz płace i Dziękuję za pomoc. W ten sposób wyglądało moje pierwsze tankowanie lpg. Następnym razem to wezmę ze sobą klucz żeby był w razie w. Monachium miałem w planie objechać obwodnicą ale ze nie ustawiłem nawi to pojechałem przez miasto a tam korki i godz. stracona. W końcu wyjazd na A95 i już niedaleko do Ga-Pa. Na tej autostradzie znowu powtórka ograniczenie do 80 a nic się nie dzieje. W końcu Ga-Pa. Dziewczyny nocują na kempingu ja w planie miałem prywatną kwaterę więc zaczynam szukać w jednej nikt nie otwiera w drugiej otwierają turyści i informują ze właścicielki niema w trzeciej to samo. Dobra jadę na kamping i śpię pod namiotem. wziąłem go awaryjnie i się przyda. 18.20 jest w końcu recepcja. Kemping znajduje się na wylocie w stronę Austrii po prawej stronie. Po lewej stronie trzy markety i salon Porsche i audi. Załatwienie formalności meldunkowych znalezienie odpowiedniego miejsca i namiot stoi. Na tym kempingu to oprócz namiotów jest też miejsce na kam pery. Na polu oprócz toalet , pryszniców jest kuchnia gdzie można umyć naczynia pralka i miejsce do suszenia prania i stanowisko dla kamperow (nabranie wody opruznianie toalety itp.) i prąd za dopłatą. Za loduwke to służy przepływający potok. Najlepsze miejsce pod namiot to znalazłem na początku pola tuż przy wjeździe więc nie liczę na przespane noce bo będzie huk jeżdżących aut i chodzących ludzi ale za to jest trochę trawy i co najważniejsze jest na małej góreczce więc w razie deszczu to jestem bezpieczny. Na kempingu Spotykamy dwóch polaków ze śląska od których dużo dowiadujemy się na temat szlaku na Zugspitze byli tam wczoraj a jutro idą na Alpspitze.
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2817.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2822.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2823.JPG
widok z pola kampingowego
DSCN2824.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2939.JPG
DSCN2940.JPG
DSCN2941.JPG
DSCN2942.JPG
P1070386.JPG
Plan na jutro to Zugspitze więc drogę do parkingu i potem do schroniska pokonamy razem. pogoda ma być do południa a potem deszcze. wo gule to prognozy do niedzieli to nie są dobre coś nawet o śniegu jest mowa. Druga noc mało co przespana pobudka po 3 bo wyjazd po 5. z kempingu na parking jest ok. 2.5 km. przed 6 tą wychodzimy z parkingu najpierw idziemy chodnikiem . Pogoda angielska mgła nisko, zachmurzenie całkowite itd itp. Dziewczyny postanawiają ze nie zależnie od pogody idą na szczyt ja ze jak nie będzie widoczności to do lodowca i powrót a całą trasę zrobię jak będzie pogoda.
 
P1070410.JPG
 
 
Niektóre zdjęcia są robione w innym dniu jak relacja więc proszę nie sugerować się datą na zdjęciu. z parkingu idziemy chodnikiem w gure miejscowości i ok. 10 min dochodzimy do początku szlaku
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2735.JPG
początek szlaku
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2736.JPG
parking widziany od wejścia na szlak
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2739.JPG
cennik
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2738.JPG
tablica informacyjna
współrzędne parkingu
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 970 x 768)P1070411.JPG
niestety  chociaż  prubuje  normalnie  wkleić zdjęcie  do  tej  relacji to  ląduje  ono  na  początku  relacji  zamiast  na  końcu.
Zdjęcia robione w wąwozie nie są najwyższej jakości ale to ze względu na mgłę , jeszcze nie wymyślili aparatu przeciw mgielnego.
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2481.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2483.JPG
przy tej tablicy należy skręcić w lewo
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2486.JPG
widok na punk poboru opłat
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2488.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2490.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2491.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2492.JPG
kasa 4e wstęp (są tez płatne toalety)
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2493.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2494.JPG
po drugiej stronie
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2495.JPG
z parkingu niecała godzina. Sama dolina piekielna jest podobna do słowackiego raju tylko ze ładniejsza
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2496.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2497.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2498.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2499.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2500.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2502.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2506.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2508.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2510.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2511.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2512.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2513.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2514.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2517.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2521.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2525.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2526.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2528.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2530.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)

Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2532.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2533.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2534.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2537.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2538.JPG
DSCN2531.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2539.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2541.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2542.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2543.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2547.JPG
po drugiej stronie szlak tylko gdzie on prowadzi?
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2549.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 768 x 1024)DSCN2553.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2554.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2555.JPG
mgła przed schroniskiem
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2556.JPG
z punktu poboru opłat do schroniska szli my ok. 1.30 min. tu znajomi ze śląska idą w innym kierunku a my w innym
ze schroniska ruszyłem w beznadziejnym humorze bo mgła nic nie widać i się nie zapowiadało ze coś się zmieni
Załączniki:
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2557.JPG
barany pasące się na kamieniach
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2558.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2561.JPG
pierwsze zabezpieczenia
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2563.JPG
drabina końca nie widać
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2565.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2566.JPG
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2568.JPG
to najbardziej mi się podobało mógłbym chodzić po tym cały dzień
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2570.JPG
taka głęboka przepaść ze nie widać dna
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2574.JPG
cud cud słońce będzie pogoda będzie szczyt
Powiększ (rzeczywiste wymiary: 1024 x 768)DSCN2578.JPG
w związku  z  tym  ze  jest  tu  duzo  zdjęć i  strona  otwiera  się  długo a  bedzie  jeszcze  więcej  to  zrobie  nowy  wątek  tej  relacji.
 
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
DSCN2938.JPG
New layer...
TagiTagi: alpy 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 15 komentarze Trekking Trekking

 

KIERAT 2010
Dane podstawowe:
Termin 14-16 maj 2010
100km nieprzerwanego marszobiegu po : Beskid Wyspowy i Gorce.
Limit ukończenia trasy 30h z sumą przewyższeń 3500m
Liczba punktów kwalifikacyjnych na UTMB (Ultra-Trail du Mont-Blanc®): 3,
Liczba punktów do PMnO: max 100.

Biegaj z nami wariatami

Pierwsza myśl o wystartowaniu w tych zawodach pojawiła się tylko, jak dowiedziałem się o takiej imprezie, a był to styczeń-luty. Planowany start miał być w przyszłym roku. Kontuzje, które dopadły mnie pod koniec zimy, zmusiły do zmiany planów. Zamiast maratonu w Dębnie, a następnie w Krakowie, padło na KIERAT. Decyzje o udziale podjąłem na 3 tygodnie przed zawodami, wpisowe wpłynęło rzutem na taśmę.

Hasło KIERAT w naszym klubie nie znalazło zwolenników, nie znalazłem nikogo w naszym mieście chętnego do udziału w tych zawodach, w związku z tym nawiązałem kontakt z ludźmi. z forum biegaj z nami : wątek ultra i góry Wątek ten śledzę od dawna, jak tylko podjąłem decyzję o starcie,podłączyłem się do konwersacji. Umówiliśmy się na 2h. przed startem na parkingu, gdzie był start i meta.

Na KIERAT wyruszam wcześnie rano,kilka minut po 8-ej z przesiadką w Krakowie na busa. W Krakowie kierat-owcy opanowali busa, Kierowca był chyba mocno zdziwiony :

- gdzie oni się pąkują w taka pogodę?,

prawie 20 osób każdy z dużym plecakiem i z uśmiechem na twarzy :

-proszę bilet do Limanowej.

W drodze na zawody każdy zdaje sobie sprawę, że czeka nas ciężka przeprawa, padający deszcz nie przestaje padać, Mało tego w tym terenie pada od tygodnia.
W busie poznaje Krzyśka z Katowic (debiutant) jak się później okazuje dotrzymuje nam kroku gdzieś do 1-2 punktu kontrolnego, gdzie ślad po nim zanika aż do pkt. 4 gdzie wita nas wesoło?!

Skąd się tam wziął, jak i co się z nim działo później do dziś zostaje zagadką.

Po dotarciu do bazy maratonu odbieram pakiet startowy i instaluje się w szkole, tam czynie ostatnie przygotowania. Poznaję kolejnego kierat-owca, również debiutanta, przyjechał ze Szczecina, nockę spędził w pociągu. Do umówionego spotkania ekipy biegaj z nami została godzina, udaję się do pobliskiej restauracji w celu zjedzenia sytego obiadku. Cel realizuje i to strzałem w dziesiątkę, zamawiam regionalne jadło: placek ziemniaczany z gulaszem i surówką po limanowsku, dostaje ogromny półmisek, a jedzenie tak pyszne, że do dziś się oblizuję. Polecam,

16.00 forum-owicze biegaj z nami szukają się po parkingu, w końcu się odnajdujemy. Od tego momentu tworzymy nieformalna grupę biegaj z nami.

18.00 start. Nasza ekipa niemal na samym końcu, dopinguje nas Tusik na swoim rumaku rowerze z trąbka i biało czerwoną czapką, robi taki hałas, że tą trąbkę słyszę jeszcze na pierwszym punkcie kontrolnym oddalonym o 4km.
Nasza grupa liczy ok. 12 osób, uściślamy nowe znajomości, krótkie pogawędki. jak się da to biegniemy, dziewczyny inicjują przyśpiewkę BIEGAJ Z NAMI WARIATAMI jest wesoło. Po chwili zaczyna się podejście grupa się rozrywa, na 1 pkt. jest takie zamieszanie, że część grupy znika, w grupie której zostałem jest 8 osób w tym jedna kobieta . Jest chłodno i duża mgła, po chwili ruszamy do pkt. 2.

W drodze na 2 pkt. zapada zmrok, docieramy tam już w zupełnej ciemności,. Podbijamy karty, chwila odpoczynku i ruszamy do punktu nr 3, tak jak wszyscy odpalamy czołówki, widok który wtedy ujrzałem zapamiętam do końca życia, ponad setka osób idących w kolumnie w zupełnej ciemności z zapalonymi czołówkami na głowie robi piorunujące wrażenie, cos niesamowitego, oglądając taką kolumnę która przemieszcza się gdzieś po polach, lesie zastanawiałem się przez chwile gdzie ja jestem
. Szybka praca umysłu dała odpowiedź KIERAT!.
Niemal od samego początku coś kapie z nieba, na podejściach podchodzimy, tam gdzie się da to zbiegamy, Mało kto biegnie, tym samym nasza 8-ka zostaje sama gdzieś w terenie. W drodze na trójkę gubimy się po raz pierwszy i w tym momencie tak naprawdę zaczyna się KIERAT. Pierwsze błędy, pierwsze powitanie z mapą, pierwsze decyzje, konsultacje i uśmiech w stronę kompasu. Nie tylko my szukamy drogi, takich jak my jest wielu. Na trójkę obieramy dłuższą ale bezpieczniejszą drogę, zamiast błądzić po polach i lasach przemieszczamy się główną droga, tym samym dorzucając kilometry do dystansu. Z oddali widzimy grupy grupki przemieszczające się po lesie, ich ruchy poznajemy po zapalonych czołówkach, są widoczni jak świetliki, widok super. Po naszej lewej stronie przepiękna panorama Nowego Sącza w blasku lamp i świateł. Po drodze zatrzymuje się samochód z piskiem opon, w środku miejscowi młodzi gniewni, chyba są mocno zdziwieni tym co się dzieje w okolicy, bo pytają się:

-co to za akcja?

Ktoś od nas rzuca hasło pacyfikacja, wysiedlenie itp., humor nam dopisuje. Też bym się zdziwił gdyby w mojej okolicy nagle 500 osób z czołówkami kręciło się po okolicy, jak to śpiewa Andrzej Grabowski w piosence Himilsbacha jest dobrze.

Droga na trójkę okazuje się niezwykle trudna, podmokły teren, błoto, rowy z woda, mokre pola, mocno utrudniają marsz. Ludzie zaczynają gubić buty. Każdy zastanawia się co to będzie dalej. Jedna osoba z naszej grupy tak staje niefortunnie, że załatwia sobie kostkę, dalszy udział stoi pod znakiem zapytania. Również nasza jedyna kobieta w drużynie narzeka na trudy maratonu.
Docieramy do trojki, punkt umieszczony na wzniesieniu głęboko w lesie, tam kolega ze spuchniętą kostką oraz koleżanką podejmują decyzje, że dadzą rade dojść do pkt. 4 i tam się wycofają. Wielki szacunek za wytrwałość.

Na punkcie 4 żegnamy kolegę i koleżankę (przepraszam nie mam pamięci do imion). Jest to pierwszy punkt, gdzie można uzupełnić wodę, co bardzo szybko i starannie czynimy. Mała przekąska i idziemy dalej do pkt. nr 5.
Niemal na każdym punkcie jest ognisko przy którym można się ogrzać, po drodze przechodząc przez miejscowości napotykamy śpiących kierat-owców w rożnych miejscach: na przystankach, na ławkach, na schodach, najbardziej utkwił mi w pamięci kierat-owiec śpiący na ławce z włączona czołówką, ktoś od nas chciał ją wyłączyć, ale zrezygnował bo pewnie by go obudził.

Kolejno zaliczamy punkty, momentami klucząc po okolicznych łąkach, polach i lasach. Noc mija tak szybko, że nawet nie wiem kiedy zaczyna świtać. Pierwszy śpiew ptaków zanotowaliśmy 3:24 ( to taka informacja dla ornitologów ;
).

Suma podejść w tej edycji wynosiła 3500m. Trasa wyglądała tak, że podchodziliśmy po czym schodziliśmy, by znów podchodzić. Do najtrudniejszych należały dwa podejścia, pierwsze między punktem 4 a 5 gdzie trzeba było pokonać 9 km pod górę o przewyższeniu 450m, oraz wspinaczka na góre Gorc (1228 m n.p.m.) również 9 km mocno pod górę o przewyższeniu 650m.Byl to niewątpliwie najtrudniejszy szczyt w maratonie, ale nie najtrudniejszy moment.

Najtrudniejszym momentem, gdzie wszystko mogło się zdarzyć, gdzie ludzie mieli śmierć w oczach, był ostatni punkt kontrolny o numerze 13.

Z 12 wyszliśmy o 19:25 już wtedy zaczął padać deszcz, z każdym krokiem był coraz mocniejszy, Nikt nie spodziewał się, że sprawa może przybrać taki obrót jaki przybrała. KIERAT pokazał nam swoje oblicze. Po ok. 2 km po wyjściu z pkt. 12 deszcz zaczął przybierać na sile, do tego zaczął wiać mocny zimny wiatr, nagle ,gdy znaleźliśmy się na odsłoniętym terenie na wzniesieniu, pojawiła się ściana deszczu z bardzo mocnym porywistym przeszywającym do szpiku kości strasznym zimnem. Tak padało i wiało, że nie widziałem gdzie idę, do tego zupełny zmrok.
Myślałem, że to chwilowe, że parę minut i przestanie, a tu nic, tak jak my napieraliśmy przez cały kierat 100km tak teraz natura napierała na nas. Na szczęście nasza 6 osoba grupa nie była wtedy sama ,oprócz nas było jeszcze ok. 20 osób które zmagały się z tymi samymi przeciwnościami losu co my. Jedyną nadzieją wszystkich w tym momencie był punkt nr 13 gdzie będzie można się ogrzać lub zmienić ubranie, ukryć się przed pogoda, po prostu uciec przed tym cholernym zimnem. W zasięgu wzroku nie było żadnych zabudowań.

Mimo fatalnej pogody napieramy dalej, wznosimy się coraz wyżej ponad poziom morza, według mapy jesteśmy blisko punktu ale..... naprzeciwko kolejni błądzący kierat-owcy, mówią ze przeszli wszystko dookoła i nie ma.

Jak to nie ma ?

Zaczyna się panika, wiatr i deszcz nieprzerwanie pada, chłopak który doskonale nas nawigował, krzyczy:

-wchodzimy w las, tutaj musi cos być!

Cała ekipa ponad 20 osobowa wbiega w las, pełnym wody, błota i wychodzącymi z koryta potokami, jeśli była tam ścieżka, jeśli był tam szlak to był tylko na mapie, w rzeczywistości w tym momencie wszystko zaczęło zamieniać się w błotniste podłoże i rwące potoki. Błądzimy w tym lesie, punktu nie widać, jest coraz gorzej, przerażenie i panikę daje się odczuć, po chwili trafiamy na punkt nr 13, a tam nikogo nie ma : dwa badyle, jakaś plandeka zarzucona i wypalone ognisko, zero szans na schronienie się przed zimnem. Co robić? Organizator mówił że w przypadku, jeśli jesteśmy pewni punktu, a nie będzie go w miejscu w którym stwierdzimy, że powinien być, należy zadzwonić, wiec dzwonimy, w tym samym momencie ktoś gwizda z oddali,
jest!!! ,
to ludzie z punktu nr 13 , schowali się przed załamaniem pogody w oddali wśród drzew w namiotach. Każdy podbija kartę, ale co dalej do mety jeszcze 9 km, a my ledwo żyjemy.
Zaczyna się walka o życie, cel nr jeden uciec przed hipotermia (w pierwszym stadium uczucie przeszywającego zimna, drgawki, przerażenie, potem zmiana zabarwienia skóry na blado-siny, w końcu zaburzenia pracy serca mogące, w razie nieudzielenia natychmiastowej pomocy, doprowadzić nawet do śmierci. Całkowicie przemoczone ubranie przy temperaturze otoczenia plus 4 stopnie to wbrew pozorom znacznie większe zagrożenie dla organizmu, niż 20 stopni mrozu, ale w suchej i ciepłej odzieży info z forum napieraj.pl ).

Zaczynamy zbiegać w dół szlakiem zielonym?! Teren podmokły, wręcz bagnisty, stopa zapada się tak głęboko, ze można zgubić buty. Nikt już nie patrzy po czym biegnie, każdy chce jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu

Ścieżki, szlaki zamieniają sie w potoki, wiatr i deszcz nie dają nam spokoju, chyba zaczyna nas odcinać od świata. Po chwili wybiegamy z lasu jesteśmy na dole, ale jeszcze daleko do mety, gubimy szlak, trafiamy na asfaltowa drogę . Zaczynam odczuwać objawy zimna, szczęka zaczyna skakać samoczynnie, czuje okropne zimno, zachowałem zimna krew, okryłem się folia NRC, gdy stoimy podskakuję, gdy ruszamy biegnę. Takich  jak ja widzę parę osób z folia NRC, generalnie wszyscy truchtają. Widzimy jadące dwa samochody, blokujemy drogę, zatrzymujemy samochód nr 1 prowadzącym przez kobietę, pytamy o drogę do Limanowej, nie ufamy jej, puszczamy ją, a zatrzymujemy samochód nr 2 , ten również nie jest w stanie określić nam drogi, dziękujemy i przepuszczamy go. Trafiamy do jakiejś chaty, pytamy o drogę, pani wskazuje nam szlak. Na komendę tędy ruszamy, jak szalone krowy, nie widzę nikogo kto by szedł, wszyscy truchtają, załamanie pogody nie daje za wygrana, musimy trzymać się dzielnie i utrzymywać temperaturę ciała. Po kolejnym mokrym błotnistym i ciężkim szlaku docieramy do głównej drogi, do mety jakieś 5-6 km. Nasza grupa biegaj z nami i nawigator wraz z dziewczyną postanawiamy biec do samej mety, reszta zostaje w tyle. Musiałem komicznie wyglądać biegnąc okryty tą folia, bo mijający kierowcy dziwnie się patrzyli heh.

Była to walka nie tylko o znalezienie punktu 13-go ,ale również walka o życie. Całą tą grupę do 13-ki prowadził chłopak z dziewczyną (pseudonim mruk ), gdyby nie on nie wiem, czy znaleźlibyśmy ten punkt tym samym niewiadomą pozostaje, czy byśmy ukończyli Kierat. Wielki szacunek i jeszcze większy podziw dla dziewczyny.

Na metę wpadamy wszyscy razem, przed nami chłopak z dziewczyna i nasza wspaniała 6 osobowa wesoła grupka. Czas 28h i 50 kilka minut.
Radość radość i jeszcze raz radość , z ukończenia jak i z tego, że jesteśmy bezpieczni, wspólne gratulacje, ciepły posiłek, prysznic i upragnione spanie.

Gdyby na spokojnie usiąść to można by drugie tyle napisać choćby o : pysznym słynnym żurku na pkt. nr 12, przeprawie przez rzekę (pokonałem ja boso), kierat-owcu , który zatruł się czymś , leżał i zwijał się z bólu ( wielkie dzięki za pomoc w nawigacji oraz szacunek, że podniosłeś się i dałeś rade bez jedzenia!!), o kobiecie w ciąży, która również wystartowała!!! Błędach, które popełnialiśmy w nawigacji dorzucając do tej setki dobre 15-20km........

Bardzo miło było poznać Damka, kobiety i resztę ekipy ( imion nie pamiętam, jak wspominałem mam słabą pamięć do imion ), szkoda że na 1 pkt. było takie zamieszanie.

Wielkie dzięki i pozdrowienia dla wszystkich kierat-owców których spotkaliśmy na trasie.
Wielkie słowa uznania dla organizatora tej imprezy, Szóstka z plusem, fantastycznie przygotowana organizacja, bardzo mili i pomocni wolontariusze ( pozdrawiam dziewczynę z pkt. nr 8
).Trasa przepiękna z adrenaliną, rewelacja.
Wielkie dzięki chłopaki za wspólna przygodę w składzie: Adam, Bennet, Rysiek, Andrzej, Trebi. wlodec jeśli imiona przekręciłem to przepraszam, szczególne dzięki Bennetowi i Andrzejowi za nawigację.
myślę ze za rok............................

Mimo tego załamania pogodowego, myślę że pogoda i tak była łaskawa dla nas, biorąc pod uwagę ze przed Kieratem podobno padało od tygodnia, a na samej imprezie deszcz był uciążliwy na 4h przed końcem imprezy.

Wystartowalo 503 osoby, ukonczylo 231!

Zwycięzcy mieli czas 14:51, nasz czas to 28:57 i 207 miejsce

ps. wszyscy byliśmy debiutantami
ps.1 w drodze powrotnej z Limanowej miałem przesiadkę w Krakowie, ponad godzinę czekania na PKS spędziłem na prelekcji o wężach , bardzo ciekawych rzeczy sie dowiedziałem :-)

Pozdrawiam
wlodec

 

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 12 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

Witam Was, szykuję się do celu nr 1 w tym roku dla mnie, by zdobyć fundusz zgłosiłem wyprawę do konkursu, jeśli będziecie tak mili i zagłosujecie na mój projekt to z góry dziękuję, link poniżej

 

www.miejodwage.pl/zgloszenia.php?!=woda&id=110

 

Dziękuję. Pozdrawiam

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 12 komentarze Trekking Trekking

2013_07_17 środa

16.25 czas przekroczenia bramki na lotnisku Okęcie i zaczęło się. Przez Monachium, Lufthansą, w Tbilisi wylądowaliśmy ok. 4tej, uwzględniając przesunięcie czasu do przodu o 2 godziny.

Jest 2013_07_18 czwartek
Transport zgodnie z opisami czerpanymi z forum - taxi do stolicy, utarczka z taksówkarzem, który podnosi w trakcie jazdy cenę o 50%, zaopatrzenie się w kartusze z gazem w Hostelu Opera prowadzonym przez Polaków. Ich kierowca za 5 lari odwozi nas na Dworzec Didube i miejsce postoju marszrutek.
Tu wymieniamy po 300$ na GEL po kursie 1$=1,65GEL (jest piąta rano, kantor całodobowy) i czekamy na marszrutkę do Kazbegi. Początkowo pustki z powodu wczesnej godziny i jest możliwość obejrzenia dworca centralnego w stolicy. Robi szokujące wrażenie. Nie, żebym nie widziała nic bardziej przykrego, ale to przecież stolica!
Brudno, mnóstwo śmieci, brak stanowisk odjazdowych, informacji, zero ławek do siedzenia
i plac dworcowy jest jednocześnie placem targowym. Obok nędznych bud kioskowych jeszcze nędzniejsze stragany kryte foliami, wiązane sznurkami, wspierane patykami, teraz puste robią przytłaczające wrażenie.

W Tbilisi o świcie, na dworcu Didube

W Tbilisi o świcie, na dworcu DidubeW Tbilisi o świcie, na dworcu Didube


Z upływem czasu dworzec zapełnia sprzedawcami, towarem, busami, taksówkami. Robi się kolorowo, tłoczno i wrzaskliwie.
Za kilka dni w południe - zupełnie inny świat.

Propozycji jazdy jest wiele. Prym w targowaniu i dyskusji nt. możliwości i ceny wiedzie Lucyna, perfekcyjnie porozumiewająca się po rosyjsku, więc my tylko słuchamy i czekamy. Lucyna, Janusz i syn to ekipa z Bydgoszczy, którą poznaliśmy w samolocie Monachium -Tbilisi, też na Kazbek. Ostatecznie nic nie stargowała, nic nie przyspieszyła i odjechaliśmy regularną marszrutką o ósmej dopiero, ale podziwu godną wytrwałość prezentowała w tej kwestii. Przed odjazdem zdążyliśmy zakupić śniadanko w postaci chachapuri prosto z pieca. Placek pieczony ze słonym serem. Mnie smakował. Jadłam go potem przy każdej okazji.

Droga do Kazbegi interesująca, ale oczy się zamykają po nieprzespanej nocy (nie pierwszej zresztą) i osobiście widzę tylko co nieco.
W centrum Kazbegi dopadają nas miejscowi oferenci. Każdy zawiezie gdzie chcesz, każdy zanocuje. Najskuteczniejszy był Wasilij.

Mamy u niego nocleg na potem. Dziś przyjmie część rzeczy na przechowanie w garażu. Przez niego mamy też gościa z koniem, a my dziś na nocleg pod klasztor Tsminda Sameba nad Gergeti.
Koń, po rosyjsku лошад (łoszad dla nieobeznanych z cyrylicą) ewoluował w naszych rozmowach i chwilowo został łosiem, by potem skrótnąć do qń. Już przed wyjazdem zaplanowaliśmy, że do lodowca nasze wory poniesie koń. Umawiamy się na 150GEL/7 rano jutro/pod Klasztorem.
Po zdeponowaniu nadmiaru bagażu, (w moim przypadku bardzo skromnego nadmiaru, najwyżej ze 2 kg), ruszamy pod klasztor Gergeti. Pogoda, która cały dzień była niewyraźna nareszcie zdecydowała się na deszcz. Chłopaki od początku lecą jakby ich kto gonił. Dalece mnie wyprzedzają, ale ja robię zdjęcia bo wszystko jest ciekawe. Zwykły bar przy drodze, ale gruziński, więc trzeba „cyknąć". Wiem dokąd mam dojść więc nie ma obawy.
Cały świat pisze zwykle Rent a car, a tu proszę Rent a horse. Niezłe ZOO w tej Gruzji.

Rent a car/Rent a horse

Wielbłąd wcale nie w ZOO, użytkowy

prosiaczki:)

Komentator spraw dziwnych

Jest droga dojazdowa do klasztoru dla samochodów, pełna serpentyn, ale idziemy skrótami. Przecież nie jestem samochód, żeby kilometry nabijać. Skróty na krechę piekielnie strome, po deszczu śliskie. Zaliczam poślizg - bliskie spotkanie z glebą i zjazd metr w dół. Ubłociłam się, no ale skoro już się ubłociłam to tym bardziej pójdę skrótem. W tym samym miejscu, taki sam poślizg, a na plecach 20kg. Bardzo się ubłociłam...
Zakładam pelerynę, przeczekuję troszkę ulewę pod drzewami, wdrapuję się na koniec tego skrótu i... skręcam potulnie na serpentynową drogę samochodową, nabijam niechciane kilometry.
W okolicznościach w tym momencie absolutnie nieprzewidywalnych, za 3 dni miałam przyjemność pokonania drogi Kazbegi - Tsminda Sameba taksówką! o północy! i przy pięknie prezentującej się z dołu iluminacji klasztoru. Nadzwyczajny gratis mi się trafił.
Tymczasem jestem na szczycie wzniesienia. Pada, mgła, klasztoru nie widać, obok kilku namiotów liczne stado bydła.
Chłopaki szybko pomagają rozbić mój namiot. Wrzucam plecak, sama wskakuję i już. Nareszcie sucho. Dochodzi piętnasta gruzińskiego czasu. Luz do rana, a ponieważ leje - zasypiamy.
Przed wieczorem udało mi się klasztor zwiedzić. Pan sprzedający pamiątki uprzedza przed wejściem, że wewnątrz fotografować nie można.
Zakupiłam pierwszą pamiątkę z podróży (magnesik) i mały album z tą świątynią, a ponieważ jestem sama bo deszcz wygonił wszystkich - ów pan pozwala mi na zdjęcia wewnątrz.

Wnętrze klasztoru Tsminda Sameba

 

 

Zastanawiam się co go przekonało - nieobecność innych ludzi czy zakupy?!

19_07_2013 czwratek
W nocy leje, nad ranem leje, o siódmej leje. Jesteśmy spakowani. Czekamy na konia w namiotach. Przyszedł przed ósmą. Namioty zwijamy w ulewie. Czym kto ma próbujemy zabezpieczać plecaki, ale...

będziemy wędrować w deszczu

Wędrujemy w deszczu


Teraz dopiero pojawia się u mnie przekonanie, że to nie śmieszny trekking czy Orla Perć tylko poważne wyzwanie.
Dlaczego godzimy się na taki deszcz?
Na sobotę wszystkie prognozy w kraju pokazywały okno pogodowe na wszystkich wysokościach. Żeby być na starcie w odpowiednim momencie, musimy iść. I idziemy cierpliwie. Mgła nie otacza nas ściśle, ale widoków nie ma żadnych.
Przekraczamy przełęcz, a następnie przeprawa przez huczącą rzekę spływającą z lodowca.
Długotrwałe opady podniosły poziom wody i jest nie tylko trudno, ale i niebezpiecznie. Ciężko się przeprawić. Nawet wielkie kamienie ledwo wystają z wody, a na pomysł ułożenia jako takiej przeprawy nikt jeszcze nie wpadł. Najpierw koń, za nim koniuszy, potem Alek. Stoję na pierwszym brzegu i... muszę zaryzykować. Już nie zwracamy uwagi na buty, że woda zaleje, byle tylko nie zmyło z kamienia. Kijek zaklinował mi się kipieli. Stoję w środku rwącego niebezpiecznie nurtu. Nie potrafię kija uwolnić spomiędzy kamieni. Wreszcie jeden segment zostaje w rzece. Nasz koniuszy wyciąga do mnie rękę, jego asekuruje Alek, ja robię ze strachem wielki skok i udało się. Marek przeprawił się zgrabniej.

Koń się przeprawia

Powrotna przeprawa przez rzekę


Na drugim brzegu kilka namiotów, w tym ekipa Lucyny.
Podeszli wczoraj wyżej niż my, ale teraz dopiero zaczynają się zwijać bo przeczekiwali fale deszczu. Mijamy schodzących Słowaków. Nie zdobyli szczytu. Brakło im 200 metrów. Inni czekali 3 dni i nie podjęli próby ataku z powodu opadów. Czy nam się uda? Rodzą się wątpliwości.
Musi się udać. Jutro ma być słońce.
Dotarliśmy do czoła lodowca. Widzimy pomarańczowy punkcik stacji meteo. Koniec konia, tzn. koń zawraca. Pora wziąć ciężar na klatę - raki na nogi, plecak na plecy i przestało być lekko.

Czoło Lodowca

Szczeliny, których bardzo się obawiałam wąskie, niepozorne, widoczne. Nie robią specjalnego wrażenia. Przekracza się je zwykłym krokiem i nie piętrzy się przed nami żadna bariera seraków.

W połowie lodowca w minorowych nastrojach rozmawiamy o jutrze i prognozie. Alek decyduje: jak o 2 w nocy będzie ok - idziemy. Jak będzie lało - czekamy na poprawę pogody i przesuwamy atak na następny dzień.
Powiedzieć, że buty przemoczone to mało. W butach chlupoce woda. Czuję, że mi się przelewa między palcami. Jest mi zimno. Nie sposób naciągnąć rękawiczki na mokre dłonie. Nie ma ich w co wytrzeć. Wszystko mokre.
Mam tak dosyć deszczu i wilgoci, że myślę w duchu nic nie mówiąc głośno: żeby tak o drugiej lało, żeby tak lało...wtedy nie pójdziemy. Kryzys morale.

Ostatnie podejście gruntowe, bez raków. Dziwny, niezwiązany grunto-żwirek osuwa się spod nóg. Nikt nawet nie zająknął się o rozbijaniu namiotów. Śpimy w budynku. Wilgoć wszędzie, ale nie leje, a tam gdzie kapie podstawione miski, wiaderka itp.

W pokoju „biurowym" rozpalono kozę i suszą się dziesiątki butów, skarpet, kurtek, plecaki.
Nie wszystko jest blisko pieca więc nie wszystko wyschnie. Moja kurtka na pewno nie, ale mam puchówkę. To mnie ratuje.
Kuchnia/jadalnia jest miejscem, w którym spędzamy resztę dnia. Tam toczy się życie towarzyskie meteo. Jest kilkadziesiąt osób najróżniejszych nacji. Poznajemy ekipę z Gorlic: Damian, Mariusz i Bartek. Też planują jutro szczyt więc łączymy siły i pójdziemy razem.
Jesteśmy na 3700m n.p.m.

Przed wieczorem dociera ekipa Lucyny.
Wokół słyszę narzekania na skutki wysokości. Kogoś boli głowa, kogoś muli, ktoś czuje się niewyraźnie. Ja na razie nic. Zero reakcji na wysokość. Przed zmrokiem ktoś zauważa: tak tu siedzicie, a zobaczcie co na dworze się dzieje!
Wszyscy tłumnie na zewnątrz wylegliśmy. Przestało padać, chmury rozstąpiły się trochę. Poprawa pogody już się rozpoczęła. Wszyscy się cieszą, fotografują i wraca nadzieja, że jednak będzie dobrze i pójdziemy. Przecież jakoś to będzie!!!
Typujemy w otoczeniu, która to skała Prometeusza. Wszyscy mądrzy, a nikt tego na pewno nie wie. Każdy jakąś tam sobie upatrzył. Było w czym wybierać. Gdyby do KAŻDEJ skały, którą KAŻDY wybrał przykuć jednego boga, połowa lokatorów Olimpu cierpiałaby męki.

Nasz ekipa przed stacją meteo

Połączymy siły z ekipą z Gorlic

Jeszcze ostanie przygotowania. Ze względu na kłopoty z niedoborem tlenu, Marek rezygnuje z wyjścia. Idziemy tylko we dwoje. W tej sytuacji lina 60m to nadmiar do dźwigania. Alek tnie linę na 25 metrów.

O 22giej idziemy spać.

Budzik w telefonie na drugą, a niech stracę: 2.05

2013_07_20 sobota
Pierwsza czynność po przebudzeniu to rzut okiem za okno. Pogoda doskonała. Lekki mróz. W nocy słyszeliśmy osuwającą się , kamienną lawinę gdzieś niedaleko. Niebudujące zjawisko:(
Gotowanie, śniadanie, ubieramy uprzęże, robimy zdjęcia przed startem i... poszło.

Ekipa szczytowa na starcie
Za nami jeszcze dwójka obcokrajowców. Nie wychodzą Niemcy, a wyglądali na wyrypiarzy i liczyliśmy, że jakby torowanie - to my za nimi.
Ruszamy wg wskazań gps, nie mamy mapy. Po kilkunastu minutach pierwszy śnieg, zalodzenia - ubieramy raki. Alek narzuca tempo. Idzie się dobrze. Trochę zboczyliśmy ze śladu gps. Piargi usypane z drobnicy są ścięte mrozem i po rozmrożeniu na pewno niebezpiecznie „wyjeżdżają" spod stóp. Już wiadomo dlaczego tędy się nie chodzi. Nie możemy tedy wracać.
Dosyć szybko rozciągamy się w terenie. Do ściany sygnalizowanej w opisach jako osypującej kamienie towarzyszy nam dzielnie Damian. Potem on zostaje, czeka na swoich, a my do przodu. Rozdzieliliśmy się w tym momencie już na stałe.

Za nami wschodzi słońce. Chmury stoją poniżej szczytów. Jeżeli podniosą się do góry to będzie katastrofalne mleko. Na razie jest ok.

Nad Kaukazem wschodzi słońce


Na początku platou osiągamy wysokość 4200m. Alek zaczyna odczuwać skutki wysokości. Puszcza mnie przodem. Idziemy wprost na przełęcz więc mogę prowadzić. Podłoże super. Nie zapadamy się. Przy pierwszej szczelinie mocno przysypanej śniegiem, ale widocznej zaczynam tracić rezon. Wzmaga się wiatr. Lepiej tu poczekać na Alka niż na przełęczy. Może już pora na związanie się liną?

Alek na platou

Odłożyliśmy to jednak jeszcze na pół godziny. Dokoła skrzące, gładkie pola śnieżne i stoki, nie naruszone żadnym tropem. My znaczymy pierwszy. Już czuje się pierwsze zmęczenie, ale przed nami widoczna granica cienia. Byle wyjść na słońce. Tam odpoczniemy bo jest zimno pomimo wysiłku.

Związujemy się na wysokości 4300 i zaczyna się podejście na poważnie. Wg śladu gps - na wprost. Ciężko tak iść. Zrobiło się stromo. Trawersujemy zakosami. Od czasu do czasu dziura jak szczelina na stoku. Trzeba omijać w stosownej odległości. Mądre urządzenie mierzy wysokość, ale zdaje się, że nie nabieramy jej wystarczająco. Idziemy na 30 kroków, potem na 20, potem na 15. Musimy odpoczywać.
Z tyłu sznur następnych walczących o szczyt.
Nie skręcają na podejście za nami, idą dalej przez platou, my trawersujemy w tym samym kierunku, ale znacznie wyżej. Widocznie jeszcze bardziej na lewo jest lepsze podejście, ale mamy już za dużo wysokości. Na wypukłej formacji terenu nie widzimy zbyt rozległego otoczenia. Tylko w górze szczyt, nad którym wiatr podnosi śnieżne chorągiewki.
Nie jest już koszmarnie daleko, damy radę. Trawersy nam wydłużają znacząco drogę, ale i stromizna rośnie. Słońce przygrzewa, jesteśmy na nasłonecznionej stronie stoku. Śnieg na razie trwały, ale zbyt świeży by był mocno związany (tak sobie dywaguję). Jeszcze trochę i wyjedziemy na dół z całą ścianą.
Na 4700 rzucam propozycję - czekany w dłoń i idźmy na krechę, najkrótszą drogą. Alek się zgadza. Zdecydowanie dobra decyzja. Teraz już nabieramy wysokości szybciej w rytmie 7czekanów, przerwa. Chciałabym szybciej (bo te lawiny!), ale Alek nie da się oszukać. 7 i musimy stanąć. Nie wiem skąd to się bierze - wysokość na mnie nie działa. Nie odczuwam żadnych skutków niedotlenienia.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów wysokości - niespodzianka. Pojawił się twardy lód. Nie da rady tylko rakiem. Muszę stopnie czekanem wykuwać. Pierwszych kilka dosyć niezgrabnie, niemiarowo na wysokość, potem ok. Na moje szczęście nie było dużo tego lodu, bo tu się zmachałam. Końcówkę przed granią już wystarczyło rakiem dziobnąć porządnie.

prowadzę na linie

aż przysiadłam z wrażenia

Alek w akcji

Już blisko, tylko kilka metrów i jestem na górze. Grań jak ostrze noża i....
- O, k...! Alek, to nie ten szczyt!!! (sorry za brak parlamentaryzmu, ale tak mi się wyrwało spod serca).
Widzę przełęcz znacznie niżej na lewo i początek sznureczka ludzików skręcających z niej jeszcze bardziej na lewo. Jesteśmy na wysokości sporo ponad 4900 metrów.
Aż siedliśmy z wrażenia.
Tyle wysiłku na nic.

nasz trawers z
Początkowo granią nie można więc metr poniżej trawersujemy w dół do przełęczy. Tu chwila oddechu. Nareszcie czuję pewny grunt pod nogami. Przed nami osławione 50 metrów stromizny nie robi na nas wrażenia bo my właśnie dopiero co 400 metrów takiej stromizny zrobiliśmy. Rozwiązujemy się z liny. Teraz ląduje ona w moim plecaku. Zmieniamy czekany na kije i wchodzimy sobie na luzie na KAZBEKSmile.
Jestem na szczycie dokładnie 12.00 Czwórka Rosjan, którzy weszli kilkanaście minut przed nami (przyszli z rosyjskiej strony) już zabiera się do odejścia. Gratulujemy sobie. Kilka minut po mnie dochodzi Alek.

Alek  już jest

Nie ma granicy naszej radości. Udało się! Daliśmy radę. Góra pozwoliła się zdobyć.

Kazbek_5047m n.p.m. zdobyty

Nareszcie możemy nasycić oczy wspaniałymi widokami. Chmury cały dzień utrzymujące się poniżej naszej wysokości zasłaniają teren, ale nie szpecą krajobrazu. Czynią go atrakcyjnym w inaczej.

Chmury są poniżej

Widzimy Elbrus

Widzimy Elbrus. Myślę sobie: skoro tu jestem to i tam być nie jest niemożliwym. (to perspektywa na zaś)
Nie można zbyt długo pozostawać na szczycie. Wieje silny, mroźny wiatr. Dochodzą następni - ludziki, których obserwowaliśmy za nami.
Zabieramy się do odejścia.
Zejście to jeden wielki trawers w kopnym śniegu. Najchętniej zjechało by się na pupie jak to z Rysów było, ale śnieg za miękki nie pozwala. Alek nawet próbuje, ale nic z tego. Im niżej tym zbocze mniej twarde. Ścieżka śladów tych, którzy podchodzili platou zasypana lawiną. Więc jednak coś wyjechało.
Spadać stąd jak najszybciej.
Na poziomie płaskiego pola śnieżnego robi się gorąco. Poniżej przełęczy rozbija się liczny biwak Litwinów.
Zmrożony śnieg rano był suchy, teraz buty szybko nabierają wilgoci. Człapiemy cierpliwie. Zapadamy się co drugi krok. Jesteśmy zmęczeni, niewyspani i adrenalina już spadła. Uffff... byle do meteo. Szerokim łukiem omijamy niebezpieczną ścianę. Teraz kamienie osypują się nieustannie. Prócz drobnicy spadającej pojedynczo i lawinkami, lecą "telewizory". Niektóre przekraczają ślad ścieżki. Nie mamy kasków, ale choćbyśmy mieli - kontakt z pociskiem takiego kalibru skończyłby się tragicznie. Ich odgłosy wzmagają naszą czujność.
Jeszcze czarny krzyż, potem biały krzyż, meteo już widać i nareszcie koniec.

Jesteśmy „w domu".
Zrobiliśmy tak dużo, że pozwalamy sobie na drugi nocleg w meteo. Nic nas nie goni, mamy czas. Dalsza część pobytu w Gruzji nie była szczegółowo ustalona więc wolno nam wszystko, żaden plan się nie wali.
Zbieramy gratulacje, odpowiadamy na mnóstwo pytań. Ekipa Lucyny startuje jutro. Prognoza pogody nadal jest sprzyjająca więc mają taką samą szansę.

21_07_2013 niedziela
Około pierwszej w nocy ruch na korytarzu obudził mnie. Lucyna z ekipą przygotowują się do ataku szczytowego.

Opuszczamy meteo przed południem. Pogoda piękna. Na pożegnanie Kazbek pokazał się nam zza chmur.

Chmury odsłoniły nam Kazbek na odchodnym

Odchodzimy ze stacji meteo

Na lodowcu mijamy karawanę dostawczą do schroniska.

Karawana przez lodowiec
Spotykam przypadkiem idącego z przeciwka Roberta znajomego z Planety i innej wyprawy. Trzeba do Gruzji lecieć by się przypadkiem spotkać bo 500km w kraju to za dalekoWink.
Na powrót przeprawiamy się przez rzekę.

Powrotna przeprawa przez rzekę

Powrotna przeprawa przez rzekę

Te panienki też przez rzekę zamierzają się przeprawićSurprised. Szpilki na Giewoncie, tu sandałki.

klapki na Kazbek???

Pytają w którym miejscu!!!
Mijamy dużo ludzi idących do meteo, z czego 90% to nasi. Znów mamy blisko świątynię Gergeti.

Ze świątynią nad Gergeti

Zaszliśmy po drodze do baru zjeść i sukces uczcić.

Pora na toasty

pyszne jedzonko-orginalne kinkali

Pierogi kinkali bdb. Znalazłam w tym barze zgubioną przez dziecko zabawkę, plastikowego konika. Koń to dobry omen naszej wyprawy - zabrałam go ze sobą. Mam pamiatkę.

Dobry omen naszej wyprawy:)

W barze nasi motocykliści! Dochodzi poznana na trasie druga ekipa z Bydgoszczy (nie mylić z Lucyną). Dochodzi ekipa gorlicka. Impreza się rozkręca. Chacha się pije, chacha się tańczy.

Chacha się pije, chacha sie tańczy
Dość powiedzieć, że do Wasilija na nocleg docieramy na 23-cią.
Kwaterunek nie zaczął się od kąpieli i spania, ale to temat na odrębną opowieść.

22_07_2013 poniedziałek
Taksówką wracamy do Tbilisi. Po drodze ciekawostka - miejscowe krowy południową sjestę spędzają na mostach.

Krowy na mostach to norma

Podziwiamy piękne skały z naciekami mineralnymi,

 

podziwiamy z punktu panoramicznego wspaniałą okolicę, zwiedzamy twierdzę Ananuri.
W Tbilisi wynajmujemy w Hostelu Liberty (polecam bardzo) prowadzonym przez Polaków samochód terenowy (ciasny ale własny). Przepakowanie totalne. Marek - właściciel pozwala nam masę rzeczy zostawić w depozycie. Tu zanocujemy po powrocie. Cena 20 lari za noc, ale stanęło na 15. Kąpiel i w szóstkę ruszmy do Dawid Garega.
Wśród pustkowi, w krajobrazie podobnym stepowemu zatrzymujemy się na kawę, w kawiarni Oasis.

Kawiarnia Oasis

Właścicielem jest Polak!

Biwak mamy pod murem oporowym już w Dawid Garega, które to sioło liczy ze trzy zabudowania. Dlaczego pod tym murem? Bo nieliczni miejscowi twierdzą, że jest bardzo dużo żmij w trawach. Lepiej nie ryzykować.
Dzień kończy się imprezką na murku.

Imprezka na murku

23_07_2013 wtorek


Zwijamy biwak,

nasz biwak w Dawid Garega

Zwiedzamy wciąż zamieszkany klasztor Dawid Garega wykuty w skale

klasztor wykuty w skale

Ja wdrapuję się na grań nad nim i podziwiam niekończący się płaskowyż po azerbejdżańskiej stronie

Niekończący się płaskowyż

Niekończący się płaskowyż

Niekończący się płaskowyż

Zwiedzamy winiarnię z tradycjami, smakujemy różności. Najlepsze jest wino kindzmarauli i koniak. Oczywiście robimy zakupy.
Dosyć późno ruszamy w drogę do Omalo. 70 km, 6 godzin jazdy.

Miejscowi w sklepie o tym uprzedzają i wyrażają odrobinę niepokoju, że już późno jest. Jakoś mi nie wchodzi do głowy jak można 70km jechać 6 godzin, ale niebawem przekonałam się.

Cały czas Mariusz prowadzi, a jedziemy drogą trawersującą zbocza wspinając się na przełęcz 2900 metrów.
W życiu nie miałam jeszcze taaakiej jazdy. Dla mnie chwilami szok. Z jednej strony non stop przepaść. Czasem przekraczamy wodospad, który drogę przecina. Czasem z przewieszonej skały do samochodu woda wpada przez szyberdach. Asfalt był na początku kilka kilometrów, potem co nieco utwardzona droga gruntowo kamienista.Po zewnętrznej, na małych tyczkach znaczniki kilometrów. Po 30-tym już męczące odliczanie. Droga zaczyna się dłużyć bo od słupka do słuka nie jedzie się minutę niestety.

ale jazda

Na drodze do Omalo

Nie dojechaliśmy. Zapadła noc, zaczął padać deszcz. Zatrzymaliśmy się na nocleg w pierwszym możliwym miejscu, które nie było przepaścią, poniżej przełęczy. Śpimy gratis w dosyć cuchnącym pomieszczeniu, prawdopodobnie z myszami. Brrrr, ale dalej jechać jest zbyt ryzykownie.

24-tego było Omalo. Teraz zbliżyliśmy się do granicy z Dagestanem. Zjazd powrotny, biwak w okolicy Pshvali nad rzeką. Następnego dnia zwiedzamy Mchetę, zwracamy samochód, rozstajemy się z ekipą z Gorlic. Damian, Mariusz i Bartek - dzięki, było super. Szczególne uznanie dla Mariusza-kierowcy, jest w tym świetny.

My natomiast robimy sobie spacer pod hasłem Tbilisi by night.

Spacer (prawie biegiem bo Alek nadaje tempo), kolacja na starym mieście, spacer, winko, spacer, spacer, spacer. Mądre urządzenie pokazało 13,6km.
26-tego jeszcze kamienista plaża w Batumi, miast herbacianych pól, i kąpiel, i zachód słońca nad Morzem Czarnym,

nocleg na plaży pod chmurką. RE-WE-LA-CJA!!!

27-ego wracamy do stolicy. Suszenie, mycie, pakowanie i każdy robi co mu się podoba. Zostawiam Marka i Alka bo z pewnością nie spodoba im się co chcę robić i idę do miasta. Wszystkie sklepy mojeWink.

Wieczorek pożegnalny, stosowny do okolicznościWink z Markiem - właścicielem hotelu Liberty. Opowiadaniom i wspominkom nie ma końca. Rozliczamy się. Płacimy po 20 lari uczciwie, żeby nie robić wiochy bo dobra wola właścicieli przekracza wręcz ludzkie pojęcie. Kilka dni góra naszych betów zalegała im hol lub pokój. Hostelowy samochód odstawia nas na lotnisko. Znów spotykamy Lucynę z Rodzinką. Jeszcze sklep wolnocłowy zdążyłyśmy zaliczyćEmbarassed

W Monachium miłe spotkanie towarzyskie, Warszawa, Bielsko i w domu.

Każdy dzień tej wyprawy jest wart odrębnej opowieści, ale wyszedłby za długi tasiemiec.

Świetna wyprawa, było wspaniale.

 


INFORMACJE PRAKTYCZNE
Taxi: lotnisko - Tbilisi 35 - 40 -50 lari
Kartusz z z gazem w Operze, 450 ml/15 euro
Marszrutka Tbilisi - Kazbegi: 15 lari
Koń do czoła lodowca: 150, do meteo 200 lari
Nocleg w meteo 25 lari
Namiot: 10 lari
Nocleg w Hotelu Liberty 15 - 30 lari
Taxi Kazbegi - Tbilisi: 80-100 lari
Marszrutka Tbilisi - Batumi 20 lari
Nocleg na plaży: - gratis
Bilet na pociąg: Batumi - Tbilisi: 23 lari
Wypożyczenie samochodu: 55$/doba
Chaczapuri: 5 - 8 lari, zależy od wielkości
Pierogi kinkali: 1szt. /1 lari
½ litra czaczy: 5 lari
Butelka kindzmarauli: 15 lari
Piwo - nie wiem
Z kupowaniem jedzenia nie ma problemów żadnych.
Z pozyskiwaniem środków transportu też.
W Liberty dostęp do Internetu, w meteo też jak się poprosi szefa.

 

POLECAM: http://www.liberty-hostel.com/

https://www.facebook.com/liberty.hostel?ref=ts&fref=ts

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 12 komentarze Trekking Trekking

"Bóg stworzył ziemię, spojrzał i stwierdził "jaka ty piękna, wspaniale mi wyszłaś".
Następnie stworzył sarnę, spojrzał i powiedział "Sarno, jak ty mi pięknie wyszłaś, cud!".
Następnie stworzył kamień "cóż za piękny kamień, niesamowicie cię stworzyłem".
Jako uwieńczenie dzieła stwórczego, z żebra stworzył niewiastę, kobietę! Spojrzał i westchnął:

"Ale ty to już będziesz musiała się malować"" :)

 

Uwaga! Ten wpis nie ma na celu obrazić nikogo, w szczególności tej bardziej piękną część naszego społeczeństwa, to tylko moje bardzo luźne przemyślenia. Fakt, że bywam szowinistą nie wpływa na moje treści tutaj :)

Chciałbym tutaj przedstawić parę dowodów, na to, że góry mają coś wspólnego z kobietami!

 

Po pierwsze: kobieta zmienną jest, oj tak...

Szedłem niedawno Orlą Percią, piękna pogoda! Ładnie mi spaliło ryjek, niebo koloru... niebieskiego! Lampa piękna! Godz 11.30 Zamarła przełęcz, obraz rysował się tak: 
Nad 5ką j.w. nad resztą Tatr: Biało... Chmury, jak wata cukrowa... Skąd one się tam wzięły? 
Od 12.30 Widoczność wynosiła maksymalnie 10 metrów, straciłem wszelkie widoki. Postanowiłem skrócić wycieczkę, schodząc żlebem Kulczyńskiego. A gdy byłem koło zmarzłego stawu... znów lampa, czyściutkie niebo! No cholera jasna... 
Tak drogie panie, tutaj pierwsze podobieństwo. Ale za to (pomimo tego?) was kochamy :)

 

Po drugie: Ile trzeba mieć cierpliwości w górach i przy kobietach!


Mordercza, wielogodzinna wyprawa, momenty wynudzenia, zmęczenia fizycznego i psychicznego. Modlisz się momentami o koniec, oraz zastanawiasz się co tutaj robisz. Masz już dość i czekasz na powrót do domu! To nie opis monotonnego wyjścia szosą nad morskie oko, ani przemyślenia osoby zdobywającej zimą szczyty Karakorum. To opis morderczego wyjścia z damą do galerii handlowej... Na co to! Kiedyś z nudów odkryłem, że w iPhonie 3gs można dojść w kalendarzu do ujemnych lat :D To jakiś zalążek rytału, takie pogrzebanie w ciuchach, których połowy się nie kupi, rytuał mniej zrozumiały, niż nasz wieczornego picia chłodnego piwka :) 
A co do tego mają góry? Kto szedł szosą z MOka ten wie... Kto szedł czarnym z Murowańca do Brzezin ten wie... Zdarzają się momenty, gdy zarówno jak przy kobiecie tak i przy górach trzeba mieć przy sobie dodatkowy worek cierpliwości.

 

Po trzecie: piękno obydwu arcydzieł stwórcy!

John Eldredge w swojej książce "Dzikie serce, tęsknoty męskiej duszy" (kto nie czytał, polecam!) Pisze, że mężczyzna został stworzony przez Boga poza pięknym ogrodem Eden. Dlatego raz, od zawsze szuka pewnej "dzikości". Ja dodam jeszcze, że mając w pamięci to pierwotne piękno, zawsze będziemy chcieli go szukać. Dlatego mamy góry i kobiety. Owszem, zdarzają się Jole Rutowicz i Góry Świętokrzyskie, ale tutaj ich nie uwzględniam. Popatrzcie, co się dzieje z "mężczyznami", którzy nie szukają piękna... Kilka takich osób siedzi nawet w sejmie...

 

Po czwarte: Chęć zdobywania!


Tutaj od razu zaznaczam delikatną różnicę! Zdobywca 100 ważnych szczytó świata będzie miał mój szacunek. Zdobywca 100 różnych kobiet to nie facet, tylko chodzący k*tas. A teraz podobieństwo: Zdobycie tej jedynej, jest jak wejście na K2 zimą. Trudne, ale za to jaki prestige i satysfakcja :)

 

Inne podobieństwa:


Podobieństwa wspinaczkowe (jebadełko? Polecam komiks na climb.pl "projekcik" :D)*, najbardziej w górach i najbardziej przy kobietach można okazać się męskim i... Gdyby zabrakło, któregoś na świecie, to ten świat z całym szacunkiem do Boga, byłby bez
sensu :)

 

*jedyny szowinistyczny tekst w tym wpisie!

Mam nadzieję, że teraz jest lepiej napisane :)

 

TagiTagi: kobiety góry refleksje 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 12 komentarze Trekking Trekking
blog tylko dla znajomych
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 12 komentarze Trekking Trekking

Idąc wczoraj (17.072012r) z Murowańca na Kasprowy Wierch zacząłem myśleć. Nie jest to raczej dobre w moim przypadku, w szczególności w Tatrach. Często mnie nachodziły myśli "Eee.. łatwy szlak, nic strasznego" np. schodząc z Kościelca. Często w takich momentach Bóg chyba stara się odpowiedzieć na moje myśli. Nasyła wtedy piękną burzę. Na początku słyszę śmiech (dłuuugi grzmot), następnie łzy ze śmiechu (deszcz), a potem zamiast klnąć na wszędobylskie owady klnę na przymusowy prysznic...

No dobra, ale po co to piszę? Otóż wczoraj (patrzy wyżej) miałem ciekawą sytuację. Idąc tym szlakiem myślałem o tym, że człowiek może przemyśleć wiele rzeczy dot. swojego zachowania, egoizmu czy różnych braków. Myślałem o tym całe 2 minuty, potem stwierdziłem, że aż takim ch*jem nie jestem więc zacząłem dalej klnąć na nowe buty, które wytarły mi całe pięty, plus myślałem nie wiem po co o pracy TOPRowca.

No dalej idąc, doszedłem na Kasprowy, spotkałem super dziewczynę! I kupiłem DVD o TOPR (Na każde wezwanie naczelnika), gdzieś się przeszedłem i lekko skontuzjowałem. Po powrocie na Kasprowy miło spędziłem 3 godz na rozmowach z tą dziewczyną i zacząłem schodzić z Kasprowego... Idąc dzielnie, pomimo lekkiego kłucia, tutaj znowu egoizm "ja? wspinacz? Taternik? Z dobrą kondycją i jednym z lepszych sprzętów? Ból.. pff..." i tak szedłem....

... Powiem, że TOPR ma fajne auta :D Z Myślenickich zjechałem Land Roverem, bo każdy krok powodował śmierć części mnie, wyklnięcie całego świata i odpływ z powodu bólu... Po co filmy jak można obejrzeć akcję z wewnątrz? Z kolanem nic nie jest, zwykłe przeciążenie. Lekarz w szpitalu zmienił moje zdanie o NFZ (dalej uważam to za burdel, ale z wyjątkami).

Wniosek i na cholibkę to piszę? A no raz: pokora, pokora i pokora, zawsze! dwa: lepiej poprosić chłopaków niż się katować jak ja dużą część zejścia. trzy: tylko tam mogę pomyśleć porządnie (o ile idę sam). Cztery: poznanie pięknej kobiety nie wiadomo jak w Tatrach to... no inexplicable :D 5: zawsze brać plastry na pięty i odciski, nowe buty lubią zrobić mielonkę ze stóp.

Mam nadzieję, że to nadaje się do czytania, pierwszy wpis :)

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 11 komentarze Trekking Trekking

 2011_07_29 Wysoka Kopa_1126m n.p.m. - Góry Izerskie

Jeszcze Wysoka Kopa - najbardziej na zachód wysunięty szczyt KGP. Jeśli warunki będą sprzyjać - być może dojdę do Świeradowa.

Od rana słoneczny dzień, w południe gorąco, wręcz parno. Po wybrnięciu ze Szklarskiej Poręby, minięciu ostatnich zabudowań wreszcie wchodzę na ścieżkę, która jest szlakiem turystycznym. (to co w mieście trudno szlakiem nazwać, choć znaki wyprowadzają z centrum)

Na wstępie do lasu tablica informująca, że jestem na  Dużej Sztaudyngerowskiej Trasie Turystycznej. Zacytowano jego fraszkę:

„Motylu ja bym ciebie szczęścia uczyć mógł,

Tobie pył potrzebny kwiatów, mnie starczy pył dróg"

Pasuje mi jak ulał. Podoba mi się moja sudecka poniewierka i podbudowana trafną fraszką  zasuwam do góry.

Trochę dużo ludzi, co mnie odrobinę zadziwia, ale sądząc po strojach i wyposażeniu klapkowo-torebkowym daleko nie idą. Po godzinie mniej więcej okazuje się w czym rzecz - towarzystwo liczne zmierza na Wysoki Kamień_1058m n.p.m. Schronisko/bar jest celem.

Tu postanawiam zasięgnąć języka odnośnie wejścia na szczyt, bo trzeba zejść ze szlaku kilkaset metrów. W lesie to dla mnie wcale nie jest bajka. Jak nie zginąć poza szlakiem, jak ja na szlaku się gubię.

Zadziałał czepek, przynależny mi z urodzeniaJ bo moje pytanie słyszy gość, który zmierza na Wysoką Kopę właśnie!!! Problem z głowy - mam kompetentne towarzystwo.

Paweł z Krystianem też robią KGP i Paweł już tam był w ub. roku, a teraz syn potrzebuje wejść. Pierwsi po półtora tygodnia ludzie w moim temacie. Czekamy trochę na Krystiana bo zawrócił do Szklarskiej z powodu zapomnienia książeczki GOT (dobrze, że nie sformalizowałam mojej Korony, nie ma czego zapominać). Towarzyszący mi Panowie też są w trasie, też kończą w niedzielę. Na Skalniku w Rudawach byli wczoraj, na Skopiec w Kaczawskich idą jutro. Rozminęliśmy się o dni kilka na sudeckiej trasie, ale wymieniamy się doświadczeniami.

Od nich wiem, że szczyt Skalnika nie jest trwale oznakowany, ale zostawili wielką strzałę na ścieżce, więc trafię jeśli jej nikt nie popsuł.

Ja z kolei podpowiadam jak znaleźć szczyt Skopca, który też oznakowany nie jest. W oczekiwaniu na zapominalskiego podziwiamy piękne widoki. Szrenica i przekaźnik TV Śnieżne Kotły prezentują się na horyzoncie.

Widok z Wysokiego Kamienia na Szrenicę i przekaźnik TV Śnieżne Kotły

 

Tędy na Wysoka Kopę_1126m n.p.m.

 

Mijamy nieczynną kopalnię kwarcu pod Zwaliskiem i na Wysokiej Kopie jesteśmy o 14tej. Ze szlaku schodzi się koło wiaty w miejscu, które może i było oznakowane, ale stoi tylko tyczka, na której nie ma żadnej tabliczki. Paweł pamięta, że w ub. roku napis na wiacie był lichy i w tym roku idzie przygotowany z flamastrem - poprawia napis.

 

Wg mapy schodzi się na drogę równorzędną do tej, którą się opuszcza, ale nic bardziej mylnego. W zdewastowanym lesie ślady wielu ścieżek wydeptanych przez zbieraczy jagód na rozległej płaszczyźnie wierzchołkowej. Katastrofa lasów izerskich to nie przesada. Gdybym samodzielnie szukała drogi, w którą trzeba skręcić - tu nie skręciłabym na pewno. 

 Trochę krążymy zanim znaleźliśmy punkt 0. Żeby chociaż słupek był wysoki jak na Wysoką Kopę przystało, a tu kopczyk pół metra i tabliczka.

 

Wysoka Kopa_1126m n.p.m. - Góry Izerskie

 Zawracamy do szlaku. Popas przy wiacie. Zachęcam Panów, że może by tak do Świeradowa ruszyli, ale pomysł jest rozbieżny z ich marszrutą. Oni schodzą na Wysoki Kamień, ja ruszam dalej czerwonym.

Piękny szlak przez Góry Izerskie

 

 

 Dochodzi 15ta. Jeszcze ponad 4 godziny, a pogoda niepewna. Piękna, szeroka droga prowadzi przez kolejne łagodne wzniesienia i niestary las. Idzie się super, tylko ciemne chmury doganiają mnie za plecami...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Młaka jak lustro na Rozdrożu pod Kopą - Młaki

 

 

 

Na szlaku pustki. Minęły mnie w przeciwka ze cztery osoby i rowerzysta i doszłam do Rozdroża pod Kopą. Świerki przeglądają się w lustrze młaki.

W ciągu paru minut następuje kumulacja zachmurzenia i... dało niebo wody. Jestem na rozdrożu więc najkrótszą drogą do szosy. Odpuszczam Świeradów. Żal mi tej zachęcająco prezentującej się trasy, ale i tak deszcz odbiera jej część uroku. Nie bez znaczenia jest prawdopodobieństwo wcześniejszego ściemnienia. Lepiej nie. Przyjadę tu za rok i zacznę od Świeradowa!

Zdążyłam na 18tą, na ostatni autobus do Karpacza.

 

 

2011_07_30 Skalnik_945m n.p.m. - Rudawy Janowickie

  za Kowarami - chmury za nisko:(

 Ostatnia wycieczka z punktu wypadowego Karpacz. Prognozy zapowiadały niż i pogoda się sprawdza. Rano, na dole jeszcze jako tako, ale górą dobrze nie jest. Zaczynam w Kowarach, przez Wojkowice ścieżką rowerową, obok dwóch leśniczówek dochodzę do zielonego szlaku.

 Bardzo niski pułap chmur nie wróży widoków, ale trudno. Mijam Małą Ostrą i Konie Apokalipsy.

 

 

 

 

 

Brak widoczności w Rudawach Janowickich

 

 

Zaliczam z punkt widokowy, z którego widzę prawie nic, za to wdrapał się tam za mną grzybiarz z wiadrem, w którym nie było grzybów. Pierwszy i ostatni człowiek na trasie.

Brak widoczności więc  zabieram się za poszukiwanie wierzchołka.

 

 

 

 

 

Skierowanie na szczyt Skalnika

 

 

Niebieskim szlakiem kilka minut i trafiam na strzałkę zostawioną 2 dni temu przez chłopaków. Dobrze, że jest.

 

 

 

 

 

 

 

Skalnik_945m n.p.m. - Rudawy Janowickie

 

Za chwilę mam wierzchołek, „oznakowany" rewelacyjnie. Zastanawia mnie dotychczas jakim sposobem ta cegłówka pręta się trzyma?

   Powrót - im niżej tym ładniejsza pogoda, ale już nie rozczulam się nad trasą. Schodzę czerwono żółtym i czerwonym szlakiem na Przełęcz Pod Średnicą. Wychodzę na powrót w Wojkowie, autobus do Karpacza, pakowanie biegiem, bo o 13tej autobus do Wrocławia.

Żegnam Sudety przy nieszczególnej pogodzie. Z żalem opuszczam to miejsce, bo odtąd okrężną drogą, ale jednak zmierzam już w stronę domu, a to z kolei oznacza, że kończy się mój luz- total.

 

 

 

Po długich konsultacjach z cierpliwym kierowcą dokąd mam dojechać, żeby ostatecznie skończyć w Sobótce staje na tym, że najlepiej jednak do Wrocławia. Stamtąd połączenie do Sobótki będzie najlepsze.

Trzy i pół godziny jazdy. Z drogi dzwonię do Schroniska pod Wieżycą. Z noclegiem nie ma problemu - to ja proszę pokój 1osobowy.

Jadę w stronę gorszej pogody, ale prócz Ślęży w perspektywie mam 2 spotkania ze znajomymi, więc widzę wielkie plusy. Do Wrocławia dojechałam w deszczu. Z Wrocławia do Sobótki w ulewie. W deszczu docieram do schroniska. W miasteczku było zero ludzi, a w lesie tym bardziej. Idę żółtym szlakiem.

Zapobieram klucz do pokoju, idę się „ogarnąć" i dopiero wracam się zameldować i zjeść coś na gorąco. Menu pożal się Boże, tylko żurek w chlebie wydaje się normalny i zjadliwy. Po słodyczach na trasach preferuję kwaśne zupy. Nie wiem czy żurek był taki dobry, czy ja byłam taka głodna, ale czynił wrażenie nieba w gębie.

W schronisku chyba nikt poza mną nie nocuje! W barze nie ma nikogo. Wystrój wnętrza -  bez sensu. Pani barmanka, recepcjonistka, sprzątaczka (3w1) podała mi kawę, „przeleciała" ścierą po podłodze i rozmawiamy chwilę, aż wchodzą następni, zmoczeni turyści.

 

w Schronisku Pod Wieżycą

W pierwszym momencie niezupełnie kojarzę aż okazuje się, że to znajomi Paweł i Krystian z Wysokiej Kopy! Co za spotkanie! Nie umawialiśmy się, a tu proszę - taki fart.

Właśnie zeszli ze Ślęży - znów się rozminęliśmy.  Wymieniamy się informacjami do jakiego stopnia przydały się wcześniejsze, wzajemne instruktaże. Przydały się! - obu stronom.

Ja już przy kawie, Panom polecam żurekWink

Oni jeszcze rozbijają namiot i przenosimy się do mojego pokoju. Prawie - nocne Polaków rozmowy. Okazuje się, że świat jest mały i w przeszłości już musieliśmy się mijać gdzieś z bliska (przynajmniej z Pawłem), zanim każde z nas trafiło tam, gdzie stacjonuje obecnie. Jest czas na wymianę doświadczeń, wrażeń, planów górskich, turystycznych. Fajne spotkanie.

Nazajutrz - ja na Ślężę, oni w stronę Warszawy. Żegnamy się dziś- do zobaczenia na szlaku - bo zanim oni rano wstaną ja już na pewno ruszę w górę.

 

 

2011_07_31 Ślęża_718m n.p.m. - Masyw Ślęży

 Wieża widokowa strzeże widoków:(

Obudziłam się wcześnie. Leje jak z cebra. W pokoju za 75zł okropna wilgoć. Za mniej niż 1/3 ceny w schronisku w Kłodzku miałam wersal, naprzeciwko tej nory, że nie wspomnę o Łomniczance w porównywalnej cenie. Za oknem mam wysoką, zalesioną skarpę. Ciemno. Nie ma się na co oglądać, pogoda się nie poprawi. Wychodzę w deszcz. Jest 6.15.

Pierwsza na trasie Wieża Widokowa oferuje coś, ale nie mnie.

Ścieżką, którą podchodzę do góry woda miejscami rwie jak górski potok mimo to fajnie jest i na luzie bo zakładam, że żadna dziczyzna mi z krzaków nie wyskoczy, bo za mały rejon leśny. Poza tym niech sobie leje i błotnieje i tak mam możliwość kąpieli po powrocie do pokoju zanim do ludzi wyjdę.

8.30 Odbieram wiadomość, że deklaratywne towarzystwo nie wybiera się na wycieczkę. To mnie nie dziwi bo normalni ludzie w deszczowy niedzielny poranek po prostu śpią, a nie włóczą się po zabłoconych górach. Zresztą i tak za późno - jestem już na szczycie. 

 

W Domu Turysty PTTK pocałowałam klamkę, bo czynny dopiero od godziny 9. Widać niewiele. Zardzewiałe znaki szlakowe, kościół we mgle, cokół z krzyżem. Przeczytłam tablice ścieżki dydaktycznej, siadam na schodach, wysyłam parę sms-ów,

 

Katastrofalny brak widocznosci ze Ślęży

 

Wreszcie zgrzyta klucza w zamku drzwi. Wchodzę, omiatam wzrokiem, robię kilka zdjęć i wychodzę. Nic tu po mnie.

Teraz niebieskim szlakiem na dół tak, żeby nie na Przełęcz Tąpadła tylko do schroniska pod Wieżycą. Nie wyjmuję mapy bo leje. Skręcam grzecznie jak znaki każą i spadam na dół.

Trafia się przypadkiem - bo jej nie przewidywałam - żelazna wieża widokowa. Tej kłódki nie strzegą można wejść.

Pora na panoramy, które obiecywałam sobie pod Śnieżnymi Kotłami. Niestety...to nawet nie mgła - wierzchołek jest w chmurze.

 

 

 

Wyladowalam na Przełęczy Tąpadła

Niżej jest lepiej. Deszcz stopniowo ustaje, chmury zostały w górze,  widoczność lepsza. O 10.30 dochodzę do jakichś zabudowań i znajduję się...

na przełęczy Tąpałda, czyli dokładnie po drugiej stronie Ślęży niż chciałam się znaleźć. Zamiast zrobić promień na Ślężę i po promieniu wrócić zrobiłam jej średnicę, a teraz jeszcze muszę dorobić półokrąg wokół góry czarnym szlakiem.

Bar na Przełęczy już czynny. Nie pozostaje mi nic innego jak pocieszyć się gorącą kawą. Przy okazji analizuję mapę, z której jasno wynika, że niebieski szlak przebiega przez szczyt w dwie strony i powinnam skręcić nań w prawo, a nie w lewo. Teraz mam jeszcze prawie 2 godziny drogi co mi za bardzo nie przeszkadza, ale bezpośredni autobus do domu o 13tej z Wrocławia pojedzie beze mnie. Trudno, mam metę w mieście, nie ma sprawy.

W trybie zupełnie luzackim siedzę sobie przy kawie, poczytałam trochę historycznych, miejscowych informacji i zabieram się na czarny szlak. Ruszam, ale...ten szlak też wiedzie w dwie strony. Po kilkudziesięciu metrach zawracam do szosy sprawdzić czy aby na pewno tym razem dobrze skręciłam. „Czarna obwodnica" Ślęży w druga stronę jest o godzinę dłuższa. Lepiej nie.

Na szosie trafił się stop. Stanął bez względu na moją pelerynę czyniącą ze mnie mało atrakcyjnego autostopaowicza. Nawiedzony kierowca nawijający o żyłach wodnych, energiach, kabałach, siłach tajemnych, kosmosie - no okultysta. Stary wartburg wlecze się z prędkością 40 na godzinę. Niedaleko przecież, ale i tak zdążył mi nawinąć sporo makaronu na uszy.

Odetchnęłam jak wysiadłam - o dziwo - w miejscu takim, że do mojego schroniska szeroka asfaltowa droga prowadzi, a nie tak jak wczoraj w deszczu przedzierałam się szlakiem przez krzaki.

Bez pośpiechu zwinęłam się i na 16tą byłam we Wrocławiu. Moja wrocławska meta spalona, autobus dopiero 20.50 - pięć godzin do strawienia. Gdyby nie plecak to byłby luz, więc plecak do przechowalni (na szczęście Wrocław jeszcze ją ma). Skorzystałam z dobrodziejstwa neta na dworcu i poszłam na Rynek. Porządny obiad, kawa w ogródku, wysłuchałam plenerowego koncertu z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, popatrzyłam na elementy rekonstrukcji historycznej, połazikowałam i tyle. Żałowałam, że nie wyjęłam aparatu z plecaka, nie mogłam robić zdjęć, a zmienił się bardzo, na lepsze ten wrocławski Rynek od czasu mojej ostatniej bytności lat temu... kilka. Reszta - rozkopane miasto.

O północy byłam w Krakowie. Osobisty transport już czekał i przed trzecią byłam w domuJ Koniec sudeckiej wyprawy. Nareszcie w swoim łóżku z satysfakcją, że moja Korona liczy sobie 26 szczytów, z tego na dwudziestu trzech postawiłam stopę w bieżącym roku. Został mi Czupel i Biskupia Kopa, ale to już pestka.

Moja ściąga „koronna", którą zabrałam na wyprawę dziś wygląda tak.

Moja

Dziewczynom i Chłopakom z Planety dziękuję za wsparcie duchowe na mojej długiej trasie.

Za trzymane kciuki,

za sms-y,

za rozmowy.

Jerzykowi szczególnie za domaganie się transmisji z trasy (Halo! Halo! Tu wóz!),

Bogdanowi za cierpliwe odpisywanie na każdego maila,

a Rodzince, że dali sobie dzielnie radę 2 tygodnie bez mamy:) Grunt to RodzinkaSmile.

 

 Po tej wielkiej wyprawie jeszcze parę razy byłam w Tatrach. Zrobiłam Orlą Perć na max, (wpis TYLKO DLA ORŁÓW), potem Tomanowa Dolina i Czerwone Wierchy, potem Rohacze, końcem sierpnia weszłam na Gerlach,  początkiem września 3dniowo Roztoka, Rohatka i Rysy. Wyprawa warta wpisu, ale nie ma go jeszcze. Potem były znów m.in. Rohacze - 2 dni na grani czyli nocleg w krzakach, potem jeszcze Sivy Vrch początkiem zimy Pogoda marna może nie iść, a KGP jakoś umykała. W Tatrach zima już pokazała pierwszy pazur. Zostały tylko 2 szczyty i nie dawały mi spokoju. W październiku mobilizowałam czas, siły, środki i kombinowałam jak je zrobić w 1 weekend. Czwartego listopada skoczyłam do Głuchołazów (320km) aby Biskupią Kopę zdobyć.

 

2011_11_05 Biskupia Kopa_889m n.p.m. - Góry Opawskie

Biskupia Kopa_1126m n.p.m. - Góry Opawskie

 

Z Jarnołtówka. Późnojesienny krajobraz w lesie. Wyszłam dosyć wcześnie.

Pogoda jak przystało na złotą polską jesień. Od Grzebienia szlak biegnie granicą państwa. Kawa w ładnym Schronisku pod Biskupią Kopą_765m. Jeszcze 130 metrów w górę i mam szczyt. Jest parę osób i nieczynna, murowana wieża widokowa, jak na Wielkiej Sowie.

Nie mam szczęścia do wież widokowych. 

 

 

 

 

Niemoralna propozycja dla zwierzyny:( 

 

Dalej czerwonym przez Przełęcz Pod Kopą, Srebrną Górę, Przełęcz Srebrną, Szyndzielową Kopę.

Schodząc jeszcze taki obrazek widziałam w miejscu, o którym w pierwszej chwili pomyślałam, że to strefa dokarmiania zwierzyny.

Pryzma buraków w odległości 20 metrów od ambony myśliwskiej. Niemoralna propozycja.

Wabik skuteczny, bo śmignął mi za plecami ogromny jeleń, przyprawiając o szybkie bicie serca i skutecznie przyśpieszenie marszu. Jeleń wystraszył się bardziej bo uciekał szybciejWink.

 

Wychodzę na tyły ośrodka wypoczynkowego Złoty Potok między Moszczanką, a Pokrzywną.

 

 

 

Teraz parę km asfaltem do Jarnołtówka. Stopa nie było.

200km powrotnego kursu do Żywca i jutro Czupel. Ostatni rzut oka na Biskupią Kopę już po wyjeździe z Głuchołazów. Odrobinę smutno mi się robi, bo... kończy mi się Korona.

 Przede mną trasa przez Racibórz, Rybnik, Żory - jedno wielkie nieustające rondo. Znów złapią mnie ciemności, co jest o tyle niekorzystne, że nie widzę z daleka drogowskazów kierunkowych. W tamtą stronę najpierw do Bielska wjechałam przez Straconkę zamiast przez Żywiec, a z Bielska zjechało mi się na Skoczów zamiast Pszczynę, ale to szczegół mało istotnyJ. Noclegu nie mam, ale w Głuchołazach też nie miałam, a się trafiłJ Znakiem tych czasów chyba jest dostępność bazy noclegowej w zasadzie wszędzie - nie ma problemu, jakoś to będzie.

 

2011_11_06 Czupel_933m n.p.m. - Beskid Mały ostatnia perła do mojej Korony

 

Czupel_933m n.p.m. - Beskid Mały

 

Zdobyty w niedzielę przy pięknej pogodzie i w licznym towarzystwie niedzielnych spacerowiczów na Magurce.

Czapki z głów panowie - korona na głowę.

Zeszłam do Łodygowic i jeszcze z godzinę asfaltem do samochodu i jużJ

 

KORONA GÓR POLSKI ZDOBYTA!!!

(Fanfary)

Prawie koniec.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawie, bo jeszcze jest epilog 

 

 

 

 

 

EPILOG

 

Jak już wróciłam z Czupla W KORONIE NA GŁOWIE, 26 z 28 szczytów zrobiłam w 2011 roku. Gdybym jeszcze weszła na Tarnicę i Łysicę byłaby KGP w 1 rok. Teraz patrzę na mój sukces pod kątem sportowego wyniku. KGP w 1 rok to byłoby piękne osiągniecie.  Niby tylko 2 górki, ale rozrzut spory i nie po drodze. 250km na Łysicę i 300 do Ustrzyk. 

Szybka mobilizacja czasu, sił i środków i... gdybym nie mogła wykonywać tej pracy, którą wykonuję - mogłabym alternatywnie zostać kierowcąSmile.

 

2011_11_19 Tarnica_1346m n.p.m. - Bieszczady

Napisałam o tej wyprawie w części „...tam gdzie nie ma szosy...". Znów pojechałam sama bo wszyscy zabiegani.

Cudna wyprawa piątek-niedzielaJ

 

2011_11_26 Łysica_612m n.p.m. - Góry Świętokrzyskie

 

Łysica_612m n.p.m. - Góry Świętokrzyskie

 

 

Łysica - górka najniższa, sercu najbliższa, zdobyta przeze mnie wielokrotnie.

Teraz depnęłam ją po raz kolejny, z ogromną satysfakcją, że dopełnia mojej Korony Gór Polski w 1 rok.

Kielce, studenckie czasy, starzy znajomi, 2 spotkania po latach - jednym słowem - znów weekend super.

 

 

 

 

 

 

 

Gdy składaliśmy sobie życzenia na Planecie, na Nowy 2011 Rok, planowaliśmy - co w tym roku zrobimy? Pewnikiem był dla mnie tylko Gerlach. Reszta to improwizacja. Czas pokazał, że plany krótsze i dalsze sypały się jak domki z kart, ale życie nie lubi próżni - potrafi zaskakiwać - KGP zrobiła się z trybie „zamiast". Chcieć to móc.

Po co? Niech ten cytat - z trasy na Biskupią Kopę - służy za odpowiedź!

Mądry cytat na podsumowanie

cdn. nie będzie. KONIEC

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 11 komentarze Trekking Trekking
blog tylko dla znajomych
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 11 komentarze Trekking Trekking

 

1-2. 10. 2011r.

Niedokończone trasy trzeba skończyć. Na Rohacze wybrałam się 21 sierpnia, przy fantastycznej pogodzie, z noclegu w Chochołowskiej, ale nie dane było mi przejść zaplanowanej trasy. Osoba towarzysząca zwątpiła na Jamnickiej Przełęczy. Weszłam więc tylko na Ostry i z powrotemL

Potem nadmiar czasu trawiłyśmy wylegując się na Rakoniu i na Grzesiu.

Tym razem poszło dobrze. Nikt nie wymiękł - trasa zrobiona, dusza ucieszona, satysfakcja gwarantowana.

Zbiórka pod schroniskiem w Chochołowskiej. Hela czeka tam na nas od wczoraj wieczór. Nie śpieszymy się bo plan jest dwudniowy, a w sobotę mamy dojść do Banikovej Przełęczy. Ruszamy około 10tej.

Pogoda równie fantastyczna jak w sierpniu. Nawet lepiej, bo mniej upalnie.

Na Wołowiec wchodzimy zielonym szlakiem.Na zielonym szlaku na Wołowiec

Spotykamy kilka osób, ale dużo robi się dopiero na przełęczy i na szczycie. Można Wołowiec trawersować niżej z pominięciem wierzchołka, ale nie chcemy odpuścić taaaaaakich widoków. Widoki z Wołowca

Na szczycie popasamy, cieszymy oko. Prócz Rohaczy i Trzech Kop trudno zidentyfikować resztę szczytów słowackich (znów zapomniałam Panoramy). Zastanawiamy się czy widać Salatyn czy go nie widać? Co to jest - to co widać? ale nic to - dojdziemy - przekonamy się. Obchodzimy Rohacką Dolinę „od czoła" i wrażenie takie jak z Doliny Roztoki, gdy idzie się żółtym na Krzyżne. Z każdym krokiem coraz rozleglejsza się zdaje.Rohacka Dolina

W dole Tatliakova Chata, szlaki ze Smutnej i Banikowej Przełęczy, podejście na Zabrat - można spenetrować nieźle tę dolinę. Trzeba to zrobić! Następnym razem. Dziś nie przewiduje się zejścia w żadną dolinę. Na Ostrym trochę spowolnienia z nadmiaru turystów średnio radzących sobie z łańcuchami. Dziś Tatry Wysokie mamy cały czas za plecami, ale z obydwu Rohaczy majestatyczny Baraniec jak na dłoni. I jak blisko.

  Baraniec z Rohaczy

Na mapie wygląda tak niepozornie, samotny szczyt w dużej odległości od reszty, a tu proszę - jest na co wchodzić. Już chciało by się iść, ale... Teraz skupiamy się na tym co pod nogami, a sporo tego. Z Ostrego schodzi się ostro:) Rohacka Przełęcz i cierpliwie wspinamy się na Płaczliwy.  Nareszcie można zajrzeć do Rohackich Stawów, co jest niemożliwe z polskiej strony. Miła pogawędka na szczycie ze spotkanymi Polakami i widoki, zdjęcia, widoki, zdjęcia. Trzeba jednak dalej. Jakoś późnawo się zrobiło - dochodzi 15ta. Do Banikovej jeszcze daleko, a to jest cel na dziś. Zawsze mam takie wrażenie, że jak idę to czas „idzie" ze mną normalnie, jak się zatrzymam to czas pędzi w tempie przyśpieszonym i ani się człowiek obejrzy, już pół godziny, godzina na postoju.

Schodzimy do Smutnej Przełęczy. Słońce ogrzewa ją pięknie i już chyli się ku zachodowi. Rozkładamy się na zawietrznej i tak bardzo nie chce nam się ruszyć, że postanawiamy spauzować na dziś. Ostatecznie - cel ustalamy sobie sami. Jak nie zrobimy Trzech Kop dziś, to zrobimy jutro. Trzy Kopy i Hruba z Wołowca

Dużo jest takich co korzystają ze słońca i ciepełka w tym miejscu. Rozważamy różne warianty postępowania. Mamy w zasięgu 2 schroniska w Rohackiej i Ziarskiej Dolinie, ale nie mieliśmy opuszczać grani w dniu dzisiejszym. I ten punkt planu zostaje nienaruszony. Słońce schowało się za Kopami. Natychmiast zrobiło się chłodno. Ludziska znikają. Jedni w prawo, drudzy w lewo, do schroniska, do parkingu - każdy swoje robi. My czekamy i filujemy gdzie by to zakotwiczyć. Minęliśmy piękne miejsce, ale przecież nie będziemy wracać. Wypatrzyłam stosowny (z daleka) punkt przy szlaku do Ziarskiej. Hela i Marek wyrażają wątpliwości, ale twierdzę, że dobre miejsce. Schodzimy kilkadziesiąt metrów niżej i faktycznie okazuje się być ok, w kosówce, trochę płaskiego. No to nocleg mamy. Namiocik się mieści. Biwak

 Kawa z kolacją w bajkowym otoczeniu. Feeria kolorów na zachodzie, pogodny wieczór, księżyc, gwieździste niebo. Wieczorem Obserwujemy lecące samoloty, spadają gwiazdy. Myśl szybko marzenie tyko głośno nie mówJ   Wspaniały dzień za nami, noc zapowiada się atrakcyjnie i wschód słońca. Mam cykora z powodu potencjalnej możliwości miśka, ale nie zdradzam się z tym. Jakoś to będzie, nie jestem sama.

Mnie pierwszą chłód do namiotu zgonił. Poza tym klakulowałam, ze jak usnę zanim towarzystwo uśnie to już mi przejdą strachy. Marek śpi na zewnątrz, bo ma stosowne opakowanie na śpiwór.

W nocy jestem na 100% pewna, że coś koło namiotu chodziło (Hela też słyszała), ale wolałam nie przekonywać się co to było.

Pobudka przed wschodem daremna, bo mgła i chmury więc jeszcze przymknęliśmy oko i w końcu zaspaliśmy trochę. Likwidacja biwaku żeby ślad wszelki po sobie usunąć i wróciliśmy na Smutną Przełęcz na godzinę 8. Więcej było takich co noc pod gwiazdami spędziliJ.

Następny dzień pełen wrażeń. W końcu nasz szlak to słowacka Orla Perć. Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banikov - łańcuchy za łańcuchami. Jak na Orlej Perci

Tych Kop to chyba wiecej jest niż 3J Grań Banikova szczególnie atrakcyjna - długa,  pozioma. Przepaścisto i z prawej i z lewej. Jest po południowej stronie ścieżka trawersująca poniżej grani, ale jak już tu jestem nie mogę sobie odmówić przyjemności i chodzić na łatwiznę. Hela z Markiem zostali sporo za mną. Przede mną nie ma „spowalniaczy" - świetnie się idzie. Trochę solowej adrenaliny. Nie jest nadzwyczajnie trudno, ale sam fakt, że skała pod stopą i nie ma jej już ani z boku, ani z przodu, ani za plecami jest ekscytujący. Dobrze, że jest sucho. Na mokrych skałach - rozważałabym trawers na poważnie. Na Banikovie odpoczynek i dalej - Pachola, Spalena, Mały Salatyn, Salatyn, Brestova i zejście do Zverovki.

Z Brestovej telefon po samochód na 18tą i już. Problem komunikacyjny rozwiązany zgodnie z planem.

W 2 dni zrobiliśmy kaaaawał grani Tatr Zachodnich, 10 szczytów dwutysięcznych, kilka tras do przejścia zaplanowanych na zaś, noc pod gwiazdami na wysokości 1900. Obeszliśmy naokoło Dolinę Rohacką. Na Wołowiec i Rohacze napatrzyliśmy się z każdego wierzchołka.Wołowiec i Rohacze z Kop

Już wiadomo, co z Wołowca widaćJ Super było. Wszyscy zdrowi, cali i zadowoleni. Pogoda świetna. Jedynym niespełnieniem naszym pozostała kawa na Salatynie. Obiecywaliśmy sobie, że skoro wyjątkowo mamy sprzęt, to raz w życiu nie będziemy czekać na kawę na dole tylko wypijemy ją na ostatnim szczycie. Niestety okazało się, że tym razem nie mamy już wody na kawęL Znowu trzeba było czekać.  Żegnaliśmy grań takimi widokami. Żegnaliśmy grań i takie widoki

Jak można nie wrócić w takie miejsce?

WRÓCĘ:) Na pewno!!!

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 11 komentarze Wspinanie Wspinanie

Czy ktoś jeszcze pamieta taki film jak Czekajac na Joe? Orginalny tytuł brzmiał Touching the Void czyli dotknięcie pustki. Bardzo dobry film o wspinaniu, przyjaźni, życiu. Piekne widoki, wspaniala historia, prawdziwi bohaterzy, prawdziwi, bo historia opisana w filmie naprawdę się wydarzyła.

Kto widział ten wie o czym pisze, kto nie widział niech zobaczy, bo nie wie co go omineło.

 


Trailer poniżej.

 

 

W ostatni weekend byłem na filmie 127 Godzin, film także na faktach autentycznych, już nie o wspinaczce, ale dalej kręcący się w kręgach "górskich" tym razem tematem przewodnim jest kanioning w stanie Utah, w parku narodowym Canyonlands, tutaj także zobaczymy piękne ujęcia, i widoki choć odmienne od tych w Czekajac na Joe. Film inaczej skonstruowany, mówiący o trochę innym problemie, niż w Touching the Void.

 

Sam po oglądnięciu filmu odrazu bym sie wybrał w to piękne miejsce, teraz przynajmniej wiem gdzie są robione takie zdjęcia.

 

canyon

 

Myślę że jeśli kiedykolwiek się wybiorę do USA to Canyonland będzie głównym miejscem docelowym.

 

Ale nie odbiegajac od tematu trailer filmu 127 godzin na zachętę poniżej by wybrać sie do kina.

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 10 komentarze Trekking Trekking

Ale było fajnie... Wreszcie znowu w górach :). Wiem, że to mała górka i krótki spacer, ale dla mnie to wyczyn. Jesienią lekarz stwierdził u mnie chondromalację rzepki i kolano skoczka, przez kilka tygodni brałam leki przeciwzapalne i starałam się oszczędzać, odciążać nogę. Dłuższy spacer i to nawet po płaskim terenie powodował ból. Ortopeda mówił, że o górach i wspinaniu mogę zapomnieć na zawsze - poczułam się wtedy, jakby ktoś amputował mi serce, bo góry to mój dom i całe moje życie. Nie wyobrażam sobie rezygnacji z nich. Od pewnego czasu moje zainteresowania koncentrują się wokół pozytywnego myślenia i jego wpływu na zdrowie. Udało mi się samodzielnie wyleczyć z kilku drobnych przypadłości, więc pomyślałam, że z kolanem też sobie poradzę :). Zaczęłam myśleć, że chorobę i ból zostawiam w 2013 roku, a w nowym roku chodzę po górach lekko, radośnie i bez bólu. Zwizualizowałam też te przypadłości jako worek śmieci, który następnie w wyobraźni spaliłam na popiół :).

 

 

Dziś "rano" obudziliśmy się ok. 13-stej ;). Na Magurkę ruszyliśmy z Przegibka przed 15-stą. Wybraliśmy tę górkę, bo podejście praktycznie nie jest strome. Miałam wewnętrzną pewność, że kolano się już nie odezwie, ale też nie miałam odwagi kusić losu i wychodzić gdzieś wyżej i dalej. No i cóż... nie odezwało się, to znaczy kilka razy zakłuło podczas podchodzenia, ale szłam tak, by w ogóle go nie obciążać. Przy pierwszym zakręcie przeżyliśmy szok - szlak jest przygotowany pod drogę, ubłocony, rozjechany, minęliśmy też jakieś maszyny, koparki i tym podobne. A taki był przyjemny kiedyś... Zeszliśmy ze szlaku i skręciliśmy na leśną drogę, którą prosto do góry podeszliśmy na szczycik o nazwie Sokołówka. Byliśmy na nim dopiero pierwszy raz, wcześniej nigdy nie zauważyłam tej ścieżki. Mimo że bez szlaku, to droga jest zadbana i po śladach widać, że sporo ludzi nią chodzi, a do tego niestety jeżdżą nią na crossach. Przed szczytem po prawej stronie na drzewie zobaczyliśmy wisielca :(, oczywiście nie prawdziwego, tylko z drzewa, głowę miał z pieńka, a ciało z konarów. Wyglądało to dość przerażająco i myślę, że nie chciałabym się na tej dróżce znaleźć w nocy ;). Za szczytem ścieżka zbiegła się ze szlakami ze Straconki i Międzybrodzia, więc do schroniska dotarliśmy już szlakowo.

 

Na Magurce byłam pierwszy raz od lipca 2012 - czyli od mojej ostatniej Wyrypy Beskidzkiej. Widoki były ładne, choć już po zachodzie słońca. W schronisku wypiliśmy kawkę, a potem zeszliśmy na dół z czołówkami. Kiedyś bałam się chodzić po górach, po lesie w nocy. Ale teraz myślę, że skoro nie bałam się spać w Tatrach w kolebie, gdzie w każdej chwili mógł się przypałętać misio ani chodzić po nocy na Wyrypach, to nie ma sensu panikować na takiej małej góreczce, prawie w mieście, gdzie codziennie przechodzą dziesiątki osób :).

 

Cieszę się, że nowy rok zaczął się górsko i bezboleśnie :). Myślę, że będzie on fantastyczny, wypełniony górami, wspinaniem i spełnianiem marzeń, nie tylko tych górskich :).

 

Ekipa: ja, Marcin, Krzysiek.

 

A szło się tak: http://www.planetagor.pl/places/application/TrialPage.php?ID=4331

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 10 komentarze Wspinanie Wspinanie

Środa.

 
Postanawiamy: jedziemy w Tatry. W planach jest Mnich i coś jeszcze. A właściwie to nie ma planów. Jest spontan, jak zwykle, tak jak lubię. Marcin zaklepuje urlop. Ja nie muszę :).
 
Czwartek.
 
Pakowanie. Jak zwykle plus parę rzeczy więcej: szpej, moja uprząż i butki. Pierwszy raz jadąc w Tatry biorę te rzeczy.
 
Piątek.
 
Wstajemy o 6. No... raczej o 6.30 Wink, w końcu koło 8.00 wyjeżdżamy. Do Zako dojeżdżamy około 10-tej. Telefon na Tabor: już nieczynny. Sms do brata: sprawdź proszę numery telefonów do Moka, Murowańca, Betlejemki. Dzwonimy... wszędzie zajęte, ani jednego wolnego miejsca. Trudno, poradzimy sobie. Zostawiamy auto na sprawdzonym parkingu i ruszamy. Po kilkunastu metrach czuję, jak kręgosłup na odcinku między łopatkami boli tak, że mam wrażenie, iż zaraz trzaśnie. Marcin sprawdza dopasowanie plecaka i mocno luzuje wszystkie paski. Uffff... co za ulga, dopiero teraz plecak opiera się mocno na biodrach. W domu go ważyłam - razem ze śpiworem i jedzeniem ma ok. 15 kg. Ostatnio taki ciężar dźwigałam 11 lat temu w Bieszczadach. Idę i wreszcie prawie nie czuję tej wagi.
 
Wybraliśmy drogę przez Boczań, jest bardziej lajtowa, zrównoważona pod względem podejść niż szlak przez Dolinę Jaworzynki. Ludzi nie ma zbyt wielu, na szczęście. To dopiero piątek, największe tłumy będą w niedzielę, gdy będziemy wracać.
 
Po dojściu na Halę jeszcze raz sprawdzamy możliwości noclegowe, może coś się zwolniło - nadal jednak miejsc brak. W Murku nie ma nawet po co pytać, w Betlejemce są kursy, nie ma nawet gleby. Postanawiamy wyjść na Karb i rozejrzeć się po okolicy, może podejść pod drogę, zrobić ją lub tylko sobie poooglądać. Na przełęcz przyszliśmy koło 16-stej, nie było sensu wracać na Halę. Zaczynamy się więc rozglądać za jakimś miejscem na nocleg bezpośrednio pod Kościelcem. Znajdujemy dwie koleby, ale wokół kosówki i czarne, dojrzałe jagody, jest zatem ryzyko, że napatoczy się misiek, więc idziemy poszukać czegoś wyżej. Tu znowu zdaję się na brata - ma dostęp do neta, sprawdza nam orientacyjne położenie koleb poniżej Karbu (dzięki Kuba Wink). Znajdujemy w końcu super przytulną miejscóweczkę 100 m pod przełęczą, niedaleko szlaku. Osłonięta od wiatru z dwóch stron (trzecią "ścianę" zrobiliśmy z grubej NRC-ty przywiązanej do kijków), zmieściła nas dwoje i nasze plecaki. Mały murek z kamieni wskazywał na to, że ktoś już to miejsce wykorzystywał jako "namiocik". Jedzonko zostawiliśmy pod kupką kamieni ok. 100 metrów od naszego lokum. Gdyby jakiś większy zwierz zaczął nam się do niego dobierać, to po pierwsze usłyszelibyśmy odgłos rozrzucanych kamieni, a po drugie - mielibyśmy szansę na ucieczkę. Dlatego buty i czołówki mieliśmy pod ręką.
 
Przytuleni, otoczeni ciszą, oglądamy zachód słońca nad Kasprowym.
 
Pierwszy raz w kolebie - nie mogę zasnąć, serce mi się tłucze, choć się nie boję. W myślach powtarzam afirmację "Śpimy spokojnie i bezpiecznie w kolebie aż do cudownego poranka, jutro bezpiecznie wspinamy się a potem dostajemy bez problemu nocleg w Betlejemce" Smile. I tak właśnie było Smile - myśl to potęga. W końcu zasypiam, jednakowoż budzę się kilka razy w nocy, leżę, nasłuchuję, znowu śpię... Mój śpiwór z Yeti (komfort w -5) świetnie zdaje egzamin - śpimy pod nim we dwoje, jest nam bardzo ciepło, choć nad ranem prawdopodobnie był przymrozek, o czym świadczy szron na trawie.
 
Sobota
 
8.00 rano - są 2 stopnie powyżej zera. Po wyjściu ze śpiwora natychmiast wkładam puchówkę. Szukam jakiegoś ustronnego miejsca, niestety na szlaku na Przełęcz Świnicką i podejściu pod ścianę Kościelca widzę ludzi. Liczyłam, że spanie wyżej zwiększy naszą przewagę czasową nad innymi i będziemy pod drogą pierwsi. No niestety trochę się spóźniliśmy, pod Kościelec podchodzi coraz więcej osób, ci w większych grupkach to chyba kursanci... Musimy się trochę streścić. Jemy śniadanie popijając kawkę - widok znad "stołu" wspaniały Smile. Zostawiamy bety w kolebie i śmigamy pod ścianę. Tymczasem kolano tak bardzo daje mi się we znaki, że poważnie zastanawiam się, czy nie zrezygnować ze wspinania. Mimo to pragnienie bierze górę nad obawami i decyduję się podejść wyżej. Marcin zna mnie dobrze, dlatego proponuje najpierw podejście pod drogę, następnie zrobienie jednego wyciągu ("A potem zobaczymy, jak cię będzie bolało, to zjedziemy"). Zgadzam się na to i po chwili zaczynamy. Najpierw dostaję instruktaż na temat wydawanych komend, jest ich więcej niż podczas zwykłego wspinania w skałach, ale na szczęście ogarniam i zapamiętuję je. Marcin rusza w górę, asekuruję go normalnie, podczas przechodzenia przez trudności mówi mi, jak je pokonać a później znika za przewinięciem, załomem czy czymś w tym stylu. Nie odzywa się, ale czuję, że właśnie zakłada stanowisko. Po chwili ruszam ja. Droga jest łatwiejsza niż myślałam, a tarcie to po prostu bajka Smile. Słońce przyświeca dość intensywnie, likwiduję przeloty i za niedługo jestem przy Marcinie. Gratuluje mi pierwszego w życiu wyciągu i rusza w górę.
 
Niestety droga, którą wybraliśmy - Załupa H - jest bardzo krucha, na stanowiskach pełno drobnych kamyczków, które co chwilę spadają. Staram się uważać jak tylko mogę, ale w pewnej chwili spod liny wylatuje spory kamień. Krzyczę w dół, że leci, na szczęście pod drogą nikogo nie ma.
 
Na następnym stanowisku zaczynam czuć się dziwnie, lekko, niemal nieważko. Znajduję się na płytce, wokół jest już dość powietrznie, patrzę w dół i widzę stawy i ludziki. Nie boję się, ale towarzyszy mi niepewność. Jeśli to jest ta adrenalina, o której słyszałam, to może być, chociaż szału nie ma Undecided.
 
W końcu wydrapuję się na górę. Marcin gratuluje mi zostania "taterniczką" ;), słyszę też, że mam być ostrożna, bo wszędzie pełno kamieni (wcześniej ktoś na nas je zrzucał, oczywiście nieświadomie, ale zarobiłam jednym małym w twarz, trochę przykre uczucie, zwłaszcza że go nie widziałam ani nikt nie krzyknął "Uwaga! Kamieeeeń!"). Jestem bardzo, bardzo ostrożna i nagle czuję, jak opadam z sił, dosłownie jakby ktoś rzucił mi na ramiona coś niezwykle ciężkiego. Uginam się, ledwo idę - podchodzimy pod przełęcz. Marcin asekuruje mnie z ciała, a ja po prostu idę na czworakach. Na Kościelcową Przełęcz jest z końca drogi prawie tak daleko jak spod podstawy ściany do ostatniego stanu. Kiedy wreszcie docieramy na Przełęcz po prostu siadam i nie czuję nic poza zmęczeniem i głodem. Zjadamy resztki batonów, siedzimy i podziwiamy widoki. Nie czuję się szczęśliwa, zero euforii, endorfin, nic. Tylko fizjologia, burczy mi w brzuchu i myślę o schronisku i schabowym. W pewnym momencie z grani schodzi nasz znajomy - instruktor, idzie z kursantami. Krótka wymiana zdań, jeden telefon i... mamy nocleg w Betlejemce, dokładnie tak jak sobie wymyśliłam Smile.
 
Ścieżka na dół jest syfiasta, piarżysta, stroma. Idę ostrożnie, raz po raz zatrzymujemy się i Marcinek objaśnia mi, gdzie biegnie jaka droga, kiedy ją robił, jak było, jaka trudność. Jestem zachwycona, wreszcie endorfinki zaskoczyły i poczułam przypływ energii Smile. Czuję w sobie wielką moc i chcę się wspinać i wspinać, i wspinać Laughing.
 
Na dole bierzemy bety z koleby, przepakowujemy się, żegnamy wzrokiem "naszą" drogę i biegniemy na dół, żeby zjeść coś wreszcie, wziąć prysznic i uczcić moje pierwsze tatrzańskie wspinanie Smile.
 
A Betlejemka to... zupełnie inna bajka. Sami wspinacze, instruktorzy, kursanci i inni, atmosfera trochę jak na taborze i trochę jak na kempingu w Szamoniowie - brak skałkowych lanserów, chorej rywalizacji, jest życzliwie, miło, ludzie się do siebie uśmiechają, żartują, czuję się tam jak u siebie. Chciałabym mieć kiedyś taki dom w górach, drewniany, z tarasem z widokiem na Tatry i drzwiami zawsze otwartymi dla przyjaciół Smile.
 
Śpimy na glebie na stryszku. Wchodzi się przez hardcorową drabinkę, dziwnie schowaną pod wyłazem, a potem podciąga się na linie z supełkami Laughing. Pod pierwszym materacem jest chwyt - drewniana kostka, znacząco ułatwiająca podciągnięcie się Smile.
 
Kolacja jest wypasiona - makaron + sos serowy + kiełbaska Smile. Muszę zapomnieć o schabowym, jest za późno, poza tym ledwo powłóczę nogami. Jemy, biorę prysznic, podciągam się na linie, oporządzam nasze spanko, wysyłam sms-y o sukcesie do przyjaciół, rodziny i górskich znajomych, biorę dwa łyki piwa - w założeniu powinnam się spić jak prosiak ku uczczeniu osobistego sukcesu tudzież realizacji kolejnego marzenia, ale po tych dwóch łykach urywa mi się film.
 
Niedziela
 
Budzę się rano - ciemno. Na stryszku brak okna. Połowy osób już nie ma, wstali koło 6-stej i poszli się wspinać. My dziś mamy iść na Środkowe Żeberko Granatów. Czuję się maksymalnie rozmemłana, wymiętolona i połamana. Marcin mówi, że to zupełnie normalne i po wspinaniu każdy się tak czuje, trzeba się wykazać sprężem, ogarnąć się i iść łoić. No to się sprężam powoli, jakoś mi nie idzie ogarnianie się, śniadanko zjadamy kaloryczne - chleb z nutellą, siedzimy sobie przed chatką, ucinamy pogaduszki z miłym towarzystwem. Jest pięknie, słonecznie, lajtowo... Czuję, że dzień będzie udany Smile. Zbieramy się w końcu i jeszcze przed Murkiem czuję, że kolano "boli" - choć to zbyt mało ekspresywnie powiedziane. Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym zaliczam zgon. Nie mam siły wstać, leżę, słońce mi fest dogrzewa, czuję że mam kolanko, zaczyna mnie boleć głowa... Rezygnuję ze wspinania i to jest bardzo dobre posunięcie. Znowu odzywa się fizjologia, skręca mnie z głodu. Chyba wydałam sporo energii, bo przez następne kilka dni byłam non stop głodna. Zjadam w schronisku pierogi, cena - 16 pln, ale powiem szczerze, że były pyszne Smile.
 
Podczas zejścia do Murka spotykamy indywiduum: dziewuszka w morelowej plisowanej spódniczne, tenisówkach w tym samym kolorze, torebeczką na ramieniu, zblazowana, znudzona, wymalowana jak laleczka, dziwne że w tym upale makijaż jej się trzymał na twarzy, prawie jak przyklejonySurprised. Jacyś kolesie robią jej zdjęcia. Pewnie wyjechała na Kasprowy i nieświadoma tego, gdzie jest i co robi zlazła jak owieczka za swoim facetem na Halę... Nie chciało mi się wyciągać komórki, żeby zrobić jej fotę, a szkoda.
 
Wracamy do Kuźnic w ogromnym, strasznym tłumie. Za mną hordy turystów i "turystów", tych z plecakami i tych z siatkami, puszkami piwa w ręce, w klapeczkach, balerinkach i trekach. Większość się gdzieś spieszy, na ścieżce na Przełęcz między Kopami rozpycha, przepycha, popycha. Jest okropnie. Nigdy jak długo chodzę po Tatrach nie widziałam w tym miejscu takiego dzikiego tłumu.
 
Na dole chcę tylko jeść i spać.
 
Podsumowując.
 
Cudowny, słoneczny weekend w Tatrach. Realizacja górskich marzeń. Pierwsze wspinanie w Tatrach z Marcinem - wreszcie czuję się jego prawdziwą górską partnerką, nie tylko życiową Smile (dziękuję Kochanie Kiss, nauczyłeś mnie Tatr prawdziwych). Tak długo na to czekałam, tyle lat marzeń, snu o "czymś więcej", a to dopiero początek przygody życia Smile.
 
Spanie w kolebie, spektakl spadających gwiazd, wszechogarniająca cisza w przerwach między naszymi oddechami, bliskość natury, sen w objęciach Matki Ziemi - tam jestem prawdziwa, bez masek. Gorąca skała pod moimi dłońmi, prosta droga w górę, życie w zgodzie z naturalnym rytmem. Wysiłek, pot, ból, głód, pragnienie - czysta fizjologia. Endorfiny, adrenalina - to wszystko jest, ale nie na pierwszym miejscu. Istotą jest ruch i skupienie. Nie ma nic poza mną, partnerem i drogą. To niemal mistyczne doznanie, medytacja poprzez działanie.
 
Wspinanie w Tatrach to dla mnie metafora mojego życia - rozwój poprzez trud, zaangażowanie, ciągłe pięcie się do góry. Walka ze swoimi przekonaniami, przekraczanie strefy komfortu w każdej chwili, pozbywanie się lęku. Uświadamiam sobie, że każda obawa, każde ograniczenie ma swoją przyczynę w myśleniu, wystarczy je zmienić, by przestać się bać Smile. Uczę się racjonalizacji uczuć i emocji, obserwuję je w sobie, jak pojawiają się, przepływają i znikają. Akceptuję je, ale się im nie poddaję. Idę wciąż do góry.
 
Wspinanie w założeniu miało być dla mnie spełnieniem marzenia, osiągnięciem celu, do którego od kilku lat dążyłam, a stało się po prostu odkrywaniem siebie.
 
Chcę więcej, czuję, że turystyka to za mało, potrzebuję dotyku skały, uczcucia lekkości, zawieszenia między niebem a ziemią, zmierzenia się ze swoim lękiem, rzucenia samej sobie kolejnego wyzwania.
 
Wędrujemy na Halę
 
W poszukiwaniu koleby pod Kościelcem
 
Wychodzimy na Karb i obserwujemy słońce znikające nad Kasprowym
 
Poranny widok na Świnicę
 
W tej oto kolebie spaliśmy :)
 
Nasz termometr wskazywał dwa stopnie powyżej zera
 
...jednak w nocy na pewno był przymrozek :)
 
Słońce powoli wyłania się znad Kościelca...
 
Rzut oka w stronę naszej drogi i czas się zbierać :)
 
Nad nami Kościelce i nasza droga, niestety jakaś taka wypłaszczona...
 
Za nami masyw Świnicy...
 
...a dalej Kasprowy
 
Idziemy, bo czasu szkoda :)
 
Na drugim wyciągu
 
Coraz wyżej, aż spełnię swoje marzenie do końca :)
 
Z najwspanialszym mężczyzną na świecie :). Na przedostatnim wyciągu.
 
Na górze, po skończeniu drogi :) Piękny widok w niesamowicie ostrym słońcu.
 
Ostatni etap wspinaczki na Kościelec :)
 
Tak wygląda szczęśliwa, spełniona taterniczka :)
 
Powoli schodzimy na dół.
 
Zrobiłam to :)
 
Chillout nad Czarnym Stawem Gąsienicowym
 
Miłość mojego życia na tle Betlejemki i Hali Gąsienicowej :)
 
Tabuny ludzi na Przełęczy
 
Jeszcze tylko Skupniów Upłaz, Boczań, Zako i witaj piękna Lipowo znów ;)
 
 

 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 10 komentarze Trekking Trekking

 

2012.08.10

 Cały lipiec pogoda super, a ja...powiedzmy - zajęcia w delegacji. Niecierpliwię się, aż podeszwy swędzą, żeby w góry iść.

 

Po długim okresie sprzyjającej pogody kiedy to wyjść nie mogłam, pogoda się pogarsza, a ja właśnie teraz iść mogę.

Na piątek prognoza dwie krople z chmury pokazuje, ale zwlekać nie ma co, bo w sobotę już krople są cztery. Marek mówi, że jestem szalona i wychodzenie przy takiej prognozie to masochizm, ale on jest uzależniony od słońcaCool

Piątek zaczął się bez deszczu. Pierwszy autobus z Zakopanego 6.15 odpuszczam. Nie ma co na najwcześniejszy się zrywać, więc 7.15

8.30 wysiadam w Białej Wodzie i Kieżmarska Dolina moja.

Po słowackiej stronie przez chwilę nawet jaśniej się zrobiło, ale to trwało krótko. Po pół godzinie zczęło mżyć.

Zaklinam deszcz: nie będzie padało, nie będzie padało, ale czarownica ze mnie żadna bo lunęło jak z cebra w połowie drogi. Gdy wyszłam z lasu chmury zamykają widoczność.

Po zakręcie potoku poznaję, że już niedaleko do schroniska. Jeszcze pada, ale chmury trochę się podnoszą.

W Kieżmarskiej Dolinie. Czary nie zadziałały:(

W schronisku tłok. Wszyscy czekają na poprawę pogody. Śniadanko, kawa i ... co robić? Przestało padać!

Pojawił się pierwszy dylemat: w górę czy wracać? Tą samą drogą niechętnie. Choćby przez Svistovkę - to tam już byłam.

Potrzebuję na Jagnięcy. Obserwuję towarzystwo liczne. Wszyscy pod drogowskazem się zatrzymują, uważnie czytają, rozglądają się po niebie, które wiele nie wróży na dziś i wchodzą na szlak do Białego Plesa, albo na Svistovkę się odwracają, albo doliną w dół. W górę nikt. Dywaguję: tacy mądrzy i doświadczeni czy stonka?

Na licznym towarzystwie mi nie zależy, niemniej jakby tak w tych warunkach choć 1 człowiek się zdecydował byłoby raźniej. Niestety.

Szczyty w chmurach. Na pewno nic nie zobaczę, ale jak tu wracać z niczym? Liczę na to, że pogoda będzie miała pozytywny kaprys.

Może chmury się przesuną.

 Wierzchołek Jastrzębiej Turni rysuje się we mgle, ale podejście na próg Doliny Jagnięcej jest ok, więc wejdę chociaż na próg Doliny. Chociaż tyle zobaczę, co za progiem.

Do grani jeszcze daleko.

Z podejścia odwracam się wielokrotnie czy czasem ktoś jednak na żółty szlak nie wchodzi, ale nic z tego. Mam to co w górach najcenniejsze - cisza i zero ludzi na tatrzańskim, atrakcyjnym szlaku w pełni sezonu. Pachnie mokra ziemia, pachnie kosówka, miejscami strużka wody sączy się między kamieniami na ścieżce.  Pierwsze przegięcie terenu, trochę się wypłaszcza, ale to jeszcze nie próg doliny. Kontakt wzrokowy z cywilizacją już straciłam. Teraz jestem naprawdę zupełnie sama.

Jastrzębia Turnia rośnie w oczach.

Obserwuję ścieżkę i... po ulewie gładko zmyta, jednak jakieś ślady są.

Ktoś przede mną idzie. To dobra wiadomość.

Dziwne jakieś te ślady „niebutowe"!

To nie człowiek.

Jak nie człowiek TO CO???

Mnie do głowy w takiej sytuacji może przyjść tylko niedźwiedź!

Bystry rzut oka po okolicy. Niewiele widać. Już nie z powodu chmur tylko ukształtowania terenu.

Na próg Doliny zostało mi raptem ze sto metrów, ale jak to niedźwiedź!!!

Zawracać!!!

Nie zawrócę.

Zawracać!!!

Nie zawrócę. Niemożliwe żeby niedźwiedź tak wysoko w takiej ruchliwej okolicy łaził.

Ale jak to niedźwiedź?

Już fałszywy alarm zrobiłam sobie w Bieszczadach. Tym razem bez paniki. Robię zdjęcie odciśniętego tropu. Łapa odciśnięta razem z palcami jak nic.

Napawający strachem trop niedźwiedzia

Na próg doliny. Dalej nie pójdę, (bo niedźwiedź), ale chociaż na próg.

Doszłam, Czerwony Stawek sfotografowałam, niewiele więcej zobaczyłam i zawróciłam. Przypomniała mi się wyczytana na stronie TPN-u bodajże mądra rada - w razie misia robić hałas: np. głośna rozmowa albo jeśli solo - np. gwizdać, śpiewać piosenkę.

Po raz pierwszy w górach włączam muzykę. Sama jestem zszokowana tym co robię bardziej niż niedźwiedziem. I set fire to the rain z telefonu na maxa (z wyrzutem sumienia że robię hałas) i zmykam z powrotem.

W połowie zejścia głosy z przeciwka. Trafiły się dwa „żywe duchy" na mojej drodze. Nie podzieliłam się z nimi swoim niedźwiedzim cykorem tylko zawróciłam ponownie!!! We troje zawsze można liczyć na to, że misiek nie potraktuje mnie jak danie główne, tylko przystawkę.

Chmury podniosły się jeszcze wyżej, Jagnięcy zdobyliśmy. Towarzyszyło nam ogromne stado kozic z młodymi. Dwie kozice na szczycie właziły mi na plecy niemalże, aż musiałam je płoszyć bo zbliżały się na niemile małą odległość. Lepiej z takimi rogami się nie skontaktować.  Peter i Ana miłe towarzystwo. Peter robił mnóstwo zdjęć z tym kamzikiem, ale niestety nie przysłał choć obiecał.

Niebo na chwilę odchyliło zasłonę z chmur. Widzieliśmy Dolinę Białych Stawów, grań Koperszadów, Kołowy Staw w Kołowej Dolinie - bo w dole.

Białe i Trójkatne Pleso z Jagnięcego

 Górą chmury. Nie udało się więc obczaić ścieżki na Kołowy, a taki miałam cel drugi, no ale cała wycieczka jak łyk wody spragnionemu po upalnym dniu. Tak długo na nią czekałam. Zachwycająca. Tego było mi trzeba.

I zdążyłam w Białej Wodzie na autobus do kraju o 18.28 Przedostatni.

Zapowiadało się byle jak, a tu proszę-wycieczka jak należy. Deszcz był, ale się zmył, niedźwiedź prawie był, więc były emocje, wątpliwości jak zwykle, tam gdzie trzeba ludzi nietypowo zero - tylko chmury, góry i jaLaughing.

Z Kieżmarskiej Doliny

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 10 komentarze Trekking Trekking

 2011_07_20 Kłodzka Góra_765m n.p.m. - Góry Bardzkie

 

Po pierwszym wielkim dniu, wielkiej przygody budzę się o normalnej godzinie. Pamiętam, że miałam nie wstawać, ale taka piękna pogoda za oknem, że byłoby to  największą niestosownością. Mam odnotowany autobus do Bystrzycy Kłodzkiej. Pod nr 3 na mojej liście jest Jagodna w Górach Bystrzyckich. Krótki szlak. Można ten szczyt robić w wersji 2,4,6 godzin lub jeszcze więcej. Jak kto chce.

Zanim się jednak pozbierałam, autobus odjechał. Jestem na dworcu o przed jedenastą. Jest gorąco i stanie w miejscu mnie irytuje. Na następny trzeba czekać godzinę. 

Alternatywnie mogę iść na Kłodzką Górę jest.

Można podjechać autobusem do niebieskiego szlaku na Przełęcz Łaszczowa, albo z drugiej strony na Kłodzką Przełęcz, albo żółtym szlakiem, który wyprowadza z samego centrum miasta. Potem z którejś z w/w przełęczy zjechać.

Żółta opcja jest najprostsza. Nie wymaga autobusu więc idę. Męczący pierwszy kilometr w dusznym mieście. Potem w prawo. Skonsultowałam z przygodnym rowerzystą dalszy przebieg szlaku. Z oznakowania nie wynika jasno, w którą stronę iść. Jak szlak zboczy z ulicy wchodzi się w zarośla, pokrzywy, błotnista ścieżka. Zaskoczona jestem niemile. Na dodatek w którymś momencie fetor szamba. Błeeee.

To podmiejska, spacerowa górka. Miejscowi z pewnością nie wchodzą na nią tą ścieżką, przynajmniej w tej części. Przykry odcinek na szczęście szybko się kończy. Szlak wyprowadza mnie na wspaniaaaałą asfaltówkę. Super górska!!! wycieczka.

Część drogi na Kłodzką Górę_765m

 Krótka droga do jakiegoś masztu z antenami. Póki nie weszłam w las widoki są ok. i cały czas dobiegają jeszcze odgłosy samochodów z ruchliwej drogi 46.  Na razie jest dobrze, ale pogoda dziś nie wytrzyma.

Widok sprzed lasu na szlaku na Kłodzką Górę

Oznakowanie szlaku w porządku. Idzie się bez problemów, luzik. Zaskakuje mnie telefon z pracy. Że też człowiekowi nie dadzą spokoju. Zlecenie na sierpień.

Wierzchołek parę metrów od szlakowej ścieżki w gęstym młodniku. Ktoś siermiężnym sposobem przy ścieżce oznakował go na drzewie i dzięki temu skręciłam w młodnik, który już przerósł słupek wierzchołkowy.

Kłodzka Góra_765m zdobyta:)

Zdobyłam Kłodzka Górę. Jeszcze nie rozpędziłam się dziś, a tu już wierzchołek. Sesja foto dla plecaka i idę dalej bo zaczyna kropić deszcz.

Na skrzyżowaniu z niebieskim szlakiem chwila postoju, kanapka. Teraz wybór w prawo na Kłodzką czy w lewo na Łaszczową Przełęcz? Decyduję się na Kłodzką. 15 minut krócej i przez nią biegnie droga z większym potencjałem na okazję. Deszcz rozpadał się na dobre.

Na dół krótko, prędziutko i już droga. Deszczyk się zatrzymał. Tuż po nim okazja. 10-15 minut i jestem w mieście. Z Panią za kierownicą rozmawiamy o KGP.

- Pani tak sama chodzi? - słyszę pytanie.

Koniec wycieczki. Mogę odpoczywać po wczorajszej wyrypie. Jest godzina 15.30

Rozśmiesza mnie fakt, że niewiele szłam, niewiele widziałam, zdobyłam kolejny szczyt KGP, zaliczyłam kolejne pasmo polskich gór, a trwało to niespełna 5 godzin.

Przedłużam pobyt w schronisku o 1 dobę. Już zorientowałam się, że to Kłodzko jest świetnym punktem wypadowym na kolejny szczyt.

Można sumiennie zaplanować jutro. Nie zaśpię na Jagodną.

 

2011_07_21 Jagodna_977m n.p.m. - Góry Bystrzyckie

Na Jagodną autobus do Bystrzycy Kłodzkiej -Młoty 7.10 Trasa piesza z 5 godzin do Długopola + dojazdy. Pobudka o stosownej porze, ale leje jak z cebra. Nie ma po co wstawać.

O 8-ej są chmury, ale już nie pada. Najlepszy dojazd do zielonego szlaku z Młotów już przepadł. Informacja na dworcu w Kłodzku nie obiecuje niczego z Bystrzycy, ale przecież JAKOŚ TO BĘDZIE.

W międzyczasie znów pada.

Do Młotów nie ma szans. Może coś na Przełęcz Spalona. Dyżurny ruchu w Bystrzycy pyta:

- Ilu was jest? - bo mogą uruchomić kurs extra.  

- Jest nas 1 osoba. - extra kursu nie będzie.

Tylko STOP może mnie uratować i ratuje. Na Przełęczy Spalona jestem o 11.15 Stąd szlak krótszy o godzinę. W tym deszczu skrót to konieczność. Nie tylko pada, ale leje jak cebra. Nawet na zdjęciu deszcz „wyszedł".

Schronisko na Przełęczy Spalona_788m

Do schroniska wstępuję z nadzieją, że tam ktoś przeczekuje deszcz i też pójdzie zdobywać Koronę.

Płona nadzieja.

Schronisko puste.

Zaczekam trochę, może deszcz ustanie? Nie ustał.

Weszło dwoje młodych ludzi. Przemoczeni dokładnie. Przyszli czerwonym i idą bankomatu w Bystrzycy. Miło się gawędzi.

Korzystam z okazji żeby porozmawiać, bo dziś znów nie będzie z kim pogadać.

Nie mam szans na towarzystwo. Nie zanosi się też na poprawę pogody. Odjechać nie ma czym. Przecież nie będę zawracać. Deszcz deszczem, a na Jagodną wejść trzeba.

Zostawiam młodzież i komu w drogę, temu peleryna na plecy.

- Pani tak sama pójdzie? ...

Początek szlaku rozorany totalnie robotami drogowymi pod nartostrady.

Rozorany poczatek szlaku na Jagodną

Znów chwila konsternacji. Jeśli nartostrada pokrywa się ze szlakiem to jest znacznie szersza. To z kolei oznacza, że wycięto drzewa ze znakami. Ale na szczęście nie. Może i wycięto, zadbano jednak o malowanie następnych. Łatwy, prosty i jeden z najlepiej oznakowanych szlaków jakimi się poruszałam. 

Na niebieskim szlaku na Jagodną

Deszcz słabł, słabł aż zmienił się w kapuśniaczek. Pierwsza górka Sasin_886 m, druga górka Sasanka_965 m. Jeszcze 12 metrów w górę i 2 cm na mapie. 

Z mapy wynika, że wschodnie zbocze jest mocno strome. Nie idę we mgle, ale widoczności na okolicę nie mam.

Z pewnością byłyby piękne panoramy, ale cóż...

Sytuacja ma jednak inny pozytywny wymiar. Może ze względu na lajtową trasę, brak rozległych widoków, niegęsty las? Może absolutna cisza? Może brak ludzi albo wszystkie te elementy razem wzięte - jest w tym miejscu niewiarygodnie pozytywna aura. Jestem spokojna, wyciszona, wyluzowana. Fizyczna przyjemność z łazikowania. 

Kwintesencja wolności.

Jestem, a świata jakoby nie było.

Wspaniałe deja vu. Już kiedyś... gdzieś...  czułam taki nastrój. Gdzie to było?  

..."będziemy szli nieprzerwanie, w ulewie, skwarze, huraganie... bez gromkich fanfar i okrzyków"... nucę sobie Imperatyw SDM-u.

Na całej, kilkukilometrowej trasie tylko 189m podejścia. Po prostu spacerek. Przedłużam ten miły czas idąc w tempie człap - człap.

Dla butów próba wody. Wyszłam z błota. Teraz mam elegancką drogę leśną. W koleinach stoi woda. Czasem głębsza. Idę wzdłuż jednej poziomicy więc nawet nie płynie.  Lepiej nie iść koleiną. Środek drogi trawiasty. Każdy krok zdejmuje z traw fontanny wody. Z góry woda, z dołu woda, ale to nie ma wpływu na fakt, że dochodzę do wierzchołka.

Dochodzę do wierzchołka Jagodnej_765m

No właśnie. Na wierzchołku ambona myśliwska. Pryska czarowna chwila, włącza mi się alarm. Jest ambona jest zwierzyna. Natura naturą, pięknie jest, ale jak mi tu dziczyzna z krzaków wyskoczy to już pięknie nie będzie. Miśków tu nie ma, ale spotkanie z dzikiem czy jeleniem nie jest najskrytszym z moich marzeń.

Wierzchołek oznakowany w trójnasób. Przedobrzona sprawa.

JAGODNA_765m n.p.m.

Fajne miejsce na odpoczynek. Są ławeczki i stolik stosowny do miejsca, ale wszędzie mokro. Nie siadam. Nie jestem nawet zmęczona. Spokojnie schodzę do Przełęczy Nad Porębą. Niesamowity dzień.

Schodzę niebieskim do Przełęczy Nad Porębą_690m

Tu skrzyżowanie szlaków i dróg. Czas na powrót do realiów. Na stopa w pelerynie nie mam szans. Nikt takiego garbatego Quasimodo nie zabierze do samochodu. Machnęłam na 2 samochody, ale daremny wysiłek. Na następne nawet się nie odwracam.  Zawijam asfaltową serpentyną do Poręby. Przy pierwszych zabudowaniach, jeszcze w lesie postraszył mnie miejscowy, przydomowy kundel bez uwięzi. Do Długopola i bardziej ruchliwej drogi 5 km. Na optymizm komunikacyjny nie ma miejsca. Coraz więcej zabudowań - dochodzę do wsi. Wychodzę na prostą i oczom nie wierzę - nadjeżdża autobus z przeciwka i zawraca! No to w nogi, żeby go dopaść. Ktoś wysiadł. Macham rękami, kijami żeby go zatrzymał. TAAAKI FART. Znów mi się udało.

W Bystrzycy leje.

Spotykam na dworcu tę dwójkę, która była w schronisku na Spalonej. Odbieram gratulacje za przejście trasy. Oni do Międzylesia ja do Kłodzka na ostatni nocleg. Pora je opuścić. Przemieszczam się w górę Kotliny Kłodzkiej do Karłowa.

Stamtąd Góry Stołowe i Orlickie. Można by na Szczeliniec i z Kłodzka, ale obiecuję sobie 3 dni w Górach Stołowych. Błędne Skały, Pasterka, Skalne Wrota ze studenckimi wspomnieniami. To też będzie przyjemność. A ponieważ dalej mam azymut na Wałbrzych - jadę we właściwym kierunku.

 

2011_07_22 piątek - opuszczam Kłodzko.

Mam 8.40 autobus do Karłowa, ale leje jak z cebra. Pojadę o 11.20

Nysa Kłodzka podnosi swój stan. Słyszę na dworcu zatroskane głosy ludzi mówiących o podtopieniach. Nie wszyscy mają lekko.

Plecak spakowany racjonalniej niż w czasie przyjazdu. Jakoś wszystko się mieści bez problemu. Chyba dlatego, że więcej mam na sobie.

Po południu w Karłowie nadal leje. Odpuszczam wyjście, ogłaszam sobie dzień luzu. Melduję się na 3 dni, rozpakowuję się i ... stwierdzam, że nie ma zasięgu w telefonie.

We wsi gęsto informacje o zmianie przebiegu trasy ze względu na remont szlaku.

Wychodzę na rekonesans zobaczyć co się dzieje, jak na niego wejść w takiej sytuacji?

Tymczasowe oznakowanie jest, nie będzie problemów. Chmury nisko. Szczelińca nie widać. Jest późne popołudnie, wszystkie budy pozamykane i żywego ducha we wsi. Nie podoba mi się.

Drobne zakupy. Ekspedientka w sklepie mówi, że brak zasięgu to norma w tym miejscu, a ludzie wrócą jak deszcz ustanie.

No nieeeee.  Może nie być pogody, może nie być ludzi, ale nie może nie być kontaktu ze światem. Rezygnuję z trzech dni. Dziś prześpię, ale jutro zmykam stąd.

 

2011_07_23 Szczeliniec Wielki_919m n.p.m. - Góry Stołowe

                        Orlica_1084m n.p.m. - Góry Orlickie

Wstaję wcześnie rano. Zimny poranek po deszczu, ale pogodny. Ubieram się ciepło. W połowie podejścia na Szczeliniec spotykam dwójkę emerytów i dalej idziemy razem.

- Pani tak sama chodzi? - koronne pytanie.

Piękna trasa. Bezwidokowa na podejściu, ale formacje skalne na zboczu rekompensują brak panoramy. Jest wystarczająco wczesna pora aby nie było ludzi. Parę osób przy schronisku. Przyjemny, ciekawy spacer ścieżką wierzchołkową.

Z koleżanką na Szczelińcu Wielkim_919m n.pm.

 

Schronisko w międzyczasie zapełniło się. Przed schroniskiem kwitnie handel.

Widoki piękne. Byłam już tu i ówdzie i zaczynam kojarzyć na co patrzę. Pogoda niepewna. Dużo chmur. Może się obrócić w każdą stronę.

Widok ze Szczelińca Wielkiego

Na zejściu mnóstwo ludzi podchodzących (Pani w sklepie miała rację). Nie chciałabym teraz przeciskać się przez szczeliny na szczycie. Rozstaję się z Zosią i Heniem. Dalej nam nie po drodze.

Do hotelu, dopakować plecak transportowy i na STOP-a do Dusznik. Muszę na Orlicę wejść, chociażby szlakiem w najkrótszej wersji.

Jak opuszczę Kotlinę Kłodzką już tu nie wrócę.

Muszę. I tak wczorajszy dzień odpuściłam.

Okazja w 5 minut jest, ale do Kudowy Zdroju. Niech będzie. Z większego dworca więcej możliwości. W Kudowie chyba nie ma dworca autobusowego.

 Dojechałam do Kudowy Zdroju

Ja w każdym razie odjeżdżam po niedługim czekaniu z jakiegoś przystanku przy ulicy. Do Dworca PKS w Dusznikach. Po co mi dworzec? Po przechowalnię bagażu. Ale w Dusznikach nie ma dworca, nie ma przechowalni. Południe, gorąco. Jest mi źle. I ten nieszczęsny plecak. Nic tylko załamka.

....

Pozostanie moją tajemnicą co zrobiłam z plecakiem, ale na Orlicę weszłam bez niego zaczynając od Przełęczy Polskie Wrota. Kierowca, który mnie podrzucał najpierw zadał pytanie:

- Pani tak sama chodzi? Odważna Pani jest. Przy wysiadaniu ostrzega:

-Tylko niech pani uważa, ale jest pani dobrze ubrana: buty, spodnie.

Zdziwiona pytam o co chodzi?

-Rozmawiałem dziś ze znajomym grzybiarzem. Mówi, że żmij w tym roku gęsto.

Po tak „pokrzepiającej" informacji nic tylko wsiadać z powrotem i zmykać stąd, ale nie będę robić obciachu.

Idę cały czas przez las.

Poczatek leśnej drogi na Orlicę_1204m n.p.m.

Widoków nie ma. Choćby były - wpatruję się tylko w ziemię. Szukam żmij wzrokiem.

Jak się szuka to się znajdzie.

Coś za mną szurnęło w trawo-krzakach.

Nie wiem co to było, ale dusza na ramię, nogi do galopu. Żeby choć piła w lesie grała - dziś nic. Co pod Zieleńcem mieli wyciąć już wycięli. Pusto, a tu żmije na mnie czyhająFrown

Doszłam do granicy państwa, doszłam do zmiany kierunku szlaku. Poza szlakiem wyszperałam wierzchołek w krzakach. Dojście do niego wcale oczywiste nie jest. Nawet 2 Czeszki tam były i dziś plecak zdjęcia nie ma.

Na ORLICY_1084m n.p.m.

Potem jeszcze 2 ludzi się znalazło. Schodziliśmy razem. Żmije już mi nie były straszne. Zapomniałam na ten raz o żmijach, ale do końca pobytu nie ubrałam już ani razu krótkich spodni. Po co ja trzy pary dźwigałam?

Zwiedziłam jeszcze pieszo Zieleniec, dotarłam do Dusznik, zapobrałam plecak i aby do Wałbrzycha dojechać wróciłam... autobusem  do Kłodzka.

Z Kłodzka PKS do Świdnicy, ze Świdnicy bus do Wałbrzycha, z Wałbrzycha „nyska" do Jedliny Zdroju. W każdym środku lokomocji zasięgam języka jak dalej jechać i poszło sprawnie.

W Jedlinie nocleg miał być tuż przy rondzie, ale Pani zwinęła ten biznes i odesłała mnie na ulicę Akacjową.

Tam Pani biznes noclegowy jeszcze prowadzi, ale nie ma miejsc. Była jednak tak miła, że zadzwoniła do znajomych Pań i po drugim telefonie odesłała mnie na ulicę Piastowską.

Jest spanie.

Szósty dzień mojej samotnej przygody dobiegł końca. Długi dzień. Pełen dylematów, przesiadek, wrażeń, żmij, ale mam 2 szczyty do Korony. Jeszcze telefon do domu i spać.

W kwestii komunikacji publicznej - dworzec PKS Kłodzku zasługuje na piątkę. Długi rozkład jazdy. Mnóstwo lokalnych połączeń, dalekobieżne w różnych kierunkach. Mogłam to przewidzieć, ale nie przewidziałam. (2 dni targałam się niepotrzebnie z wielkim plecakiem).

W Wałbrzychu szok z powodu warunków komunikacyjnych. O ile w Dusznikach dworca PKS mogło nie być, to jego brak w byłym mieście wojewódzkim mnie zaskoczył totalnie. Kierowca wyjaśnił mi, że stary dworzec sprzedany i niedziałający po drugiej stronie drogi jest. Wysiadłam na poboczu. Wiata przystankowa i słupek. Rozkładów jazdy ze siedem. Każdy od innego przewoźnika. Kartki naklejone na „żywca" na ścianie wiaty i na rzeczonym słupku, oskubane. Co nieco wyczytałam, o resztę dopytałam oczekujących tudzież kierowców i znalazłam się w Jedlinie Zdroju.

Punkt wypadowy w Góry Sowie, Kamienne, Wałbrzyskie. Wyszłam już poza mapę Sudety Wschodnie. Teraz będę się obracać w Środkowych.

cdn. 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 10 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

Zakopiański Weekend  Biegowy z ‘'Sokołem''

 

3-5 czerwca 2011

 

Trzy biegi w trzy dni

 

Miałem nosa, bo  w tym terminie nie wiedząc jeszcze o zawodach, zaplanowany miałem solidny trening w Tatrach. Wiadomość od ‘'Kucharza'', że Sokół organizuje Festiwal akurat w tym terminie bardzo mocno mnie ucieszyła. Nie mogło być inaczej, planowany trening odbędzie się na zawodach i to m.in. na biegu Marduły, który uważam , jak już kiedyś wspomniałem za imprezę biegową nr 1 w Polsce. 

Swoją drogą ‘'Kucharz'' rozkręca się na górskich szlakach z biegu na bieg, co mnie bardzo cieszy, bo już nie pojawiam się sam na górskich imprezach, jak to miało miejsce w zeszłym roku.

 

Właściwie to skompletowaliśmy mocny skład na wyjazd, bo towarzyszył nam  Kazik z RMD Montrail Team oraz Janusz -  Sokół Zakopane.

 

Piątek  3 czerwca

 

Weekendowy Festiwal zaczęliśmy  od Testu Coopera na stadionie tartanowym Centralnego  Ośrodka Sportu w Zakopanem. Dla niedoinformowanych Test Coopera to 12-minutowa próba wysiłkowa, uczestnicy starają się pokonać w tym czasie jak najdłuższy dystans na bieżni. Serie były puszczane co 20 minut w 15 osobowych grupach.

 

Mój wynik to 3150m.

 

Ps. Gdyby ktoś miał zamiar pobiegać w okolicach stadionu w Zako to polecam ścieżkę treningową na terenie ośrodka. Zaliczyłem ją przed testem Smile, rewelacyjna.

 

jj j

 

Sobota  4 czerwca

 

Nie było dane nam długo pospać. O 8 rano należało stawić się na linii startu w Palenicy Białczańskiej, gdzie przeprowadzony został II Bieg im. hr. Władysława Zamoyskiego, który to podobno...

 

cytat.. ‘' Nie było w Zakopanem ani jednej sprawy, ani inwestycji, w której by hrabia Władysław Zamoyski nie brał udziału i której by szczodrze nie poparł...''.

 

Trasa 10km prowadziła drogą sfaltową z Palenicy Białczańskiej  980m n.p.m. przez Wodogrzmoty Mickiewicza 1100m n.p.m. do schroniska Morskiego Oka 1410m n.p.m, potocznie zwane MOKO. Suma przewyższeń 430m. 

 

Pogoda była piękna, rywalizacja również. Mocna obsada biegu. Wystartowało 85 zawodników w tym jeden nie ukończył.

 

Mój czas to 48,23s co dało 21 miejsce.

jj

j

j

 

 

Niedziela 5 czerwca

 

W nogach już dwa dni biegania, a przed nami ‘'danie główne''. Morderczy silnie obsadzony  IV Wysokogórski Bieg im. druha Franciszka Marduły. Najtrudniejszy bieg anglosaski w Polsce, ale i najpiękniejszy widokowo.

Do pokonania 22km tatrzańskimi szlakami. /+1700m - 1400m/

Przebieg trasy:

Zakopane ( kino Sokół ) w stronę skoczni, następnie na rondo J.P II, dalej drogą asfaltową do tamy - Nosal  - Kuźnice - Myślenickie Turnie - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa - Kuźnice - Kalatówki

 

Na linii startu stawiło się 127 zawodników, nie ukończyło 5 osób.

Mój wynik to 40 miejsce z czasem 2:45:6s

j

 

Podsumowanie

 

Było wszystko, rewelacyjna atmosfera, pogoda mimo przechodzących burz w górach, humor z aferą czajnikową w tle i poszukiwaniami dyrektora sanepidu, regeneracja, wyniki, nagrody, przyjacielskie uściski, nowe znajomości, klimat i perfekcyjnie z wielkim sercem zorganizowana impreza. Kochasz biegać, kochasz góry musisz tam być.

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 9 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

GSB Główny Szlak Beskidzki na Biegowo

 

Noc z 11/12 września siedzę wciśnięty w przedni fotel pasażera jakiegoś 25 letniego BMW kabriolet. Dobre pół nocy już leje, zadaję sobie pytanie, co jeśli za kilka dni będzie tak wyglądał szlak. Pytanie zostaje bez odpowiedzi.  Pomiędzy zmęczeniem, natłokiem zawirowanych wydarzeń z ostatniego miesiąca, setek przebytych kilometrów w drodze, często w nocy, muszę znaleźć pomysł  i siłę na szybkie spakowanie plecaka i wyruszyć  niemal w całodzienną podróż w Bieszczady. Miejsce, do którego muszę dotrzeć to Wołosate. Malutka miejscowość wepchnięta niemal pod samą granicę z Ukrainą, gdzie dzikość przyrody wypiera cywilizację.

 

Zanim wyruszę w drogę, jeszcze króciutkie spotkanie z Rubin, która została mianowana sekretarzem prasowym całego przedsięwzięcia.  Był już zmierzch, gdy niewysoka sylwetka pojawiła się na parkingu w umówionym miejscu. Tak to Rubin, w ręku kartonik, a w nim chyba prawie wszystko, aby przeżyć w dżungli. Mój plecak dysponuje niestety ograniczonymi możliwościami, dlatego też ograniczyłem się do magicznego magnezu sztuk 4, elektrolity sztuk- brak danych, wziąłem ile było Smile. Malutkiego mydełka i żelu.

 

Po za tym w skład mojego plecaka wchodziło:

 

Folia NRC, maść rozgrzewająca, kremy i skromna apteczka.

Trzy koszulki, 3 par skarpet, dwie pary bokserek, spodenki krótkie i spodnie długie

Kurtka przeciwdeszczowa, czapka, czapeczka z daszkiem, rękawiczki, dwa bidony, Power bank, kabelek od zegarka, 5 marcepanów o wadze 100g każdy

 

Po zatankowaniu bidonów bagaż zrobił się, jak dla mnie ciężki. Należy tu zaznaczyć, że z plecakiem nie biegam od dawna, a preferuje pas biegowy pewnej marki. Nie lubię naprawdę biegać z plecakiem. Nie robiłem kompletnie żadnych treningów z plecakiem przed tym wyzwaniem. Gdy dosiadłem zapakowany plecak przytłoczył mnie jego ciężar. Pierwszy dzień był naprawdę ciężki, a ująć z plecaka nie było co, bo wszystko potrzebne.

 

Dzień wcześniej obdzwoniłem całe Wołosate, na numery jakie tylko znalazłem w necie. Wszystko zajęte. Pogodziłem się z myślą, że z Ustrzyk Górnych będę musiał dorabiać z samego rana 6km do początku szlaku. W drodze do Ustrzyk, wpadłem na pomysł, aby pojechać do końca PKS-em czyli do Wołosate i osobiście poszukać raz jeszcze noclegu. Pomysł udał się, już w pierwszym podejściu łapię nocleg na dziś. Mając spory zapas dnia postanawiam wrócić do Ustrzyk Górnych, zjeść coś oraz zaopatrzyć się w produkty na kolację i śniadanie. Po zaliczeniu punktów dnia do Wołosatego udaję się z buta z reklamówką pełną smakowitych owoców. Siata ciężka, a te 6km dłuży się i dłuży. Reszta dnia mija tak szybko, że po obfitej kolacji leżę już i myślami wbijam w szlak się przy słowiańskiej muzyce.

 

Wołosate 14 września -  Pobudka 4.30

 

Lekkie śniadanie i ruszam na początek szlaku, gdzie uwieczniam tą historyczną chwilę.

Biegiem ruszyłem, zaraz za tabliczką koniec Wołosate zaczyna się dzicz. Odgłosy z pobliskich łąk lasów, zatrzymują mnie. Stoję i nasłuchuję, co to jest? Moje największe obawy to niedźwiedzie. Słabo znam Bieszczady, nie wiem czego spodziewać się.  Po kilku minutach przezwyciężam strach, mimo że odgłosy, ryki itp. są coraz bliżej, są tak wyraziste, jakby były dosłownie 100m ode mnie. 

 

Pozostaje biec i rozglądać się dokoła siebie. Jest jeszcze ciemno, pół szaro robi się w drodze na granicę z Ukrainą. Ryki hałasy nie milkną. I nie umilkną, aż przez najbliższe dwie godziny. Tak samotny i bezbronny nie czułem się jeszcze nigdy w górach. Natura w całej okazałości. Przekrój dźwięków od A do Z.  Dokoła dzikie góry, z dzikimi stworzeniami, które nastawione są na przetrwanie. Ja również nastawiłem się na przetrwanie, biegiem, czerwonym szlakiem, przez Połoniny do najbliższej miejscowości Ustrzyk Górnych. Jak najdalej od tych odgłosów, które nie są przyjemne, a na pewno nie są przyjacielskie. To królestwo zwierząt i to one ustalają tutaj reguły. Czmycham stąd mimo piękna jakie widzę i słyszę, dreszczyk emocji dodaje jeszcze ślad na szlaku łapy i pazurów niedźwiedzia.

 

Zastanawiam się kiedy spotkam pierwszego człowieka. Jest! są! nie jeden, a troje naraz, widzę że mają sprzęt fotograficzny, są na Tarnicy, musieli też włożyć poranny trud, by o tej porze znaleźć się tutaj. W drodze do Ustrzyk G. mijam jeszcze jedną również trzyosobowa grupę samców i na samym zbiegu już parę idącą w górę.

 

Pierwszy etap zaliczony, teraz króciutkim przecięciem asfaltem kieruję się na Połoninę Caryńską, a następnie na Wetlińską.

Ostre podejście, doskonale pamiętam je z biegu Rzeźnika, gdy to z Bennetem przemieszczaliśmy się tutaj ładnych parę lat temu. Tylko, że wtedy zbiegaliśmy nim. Tego dnia było naprawdę gorąco, temp dochodziła do 30 stopni  C. Na górze grzało jak diabli. Wyobraziłem sobie jakie trudy miał Maciek Więcek, gdzie temperatury czerwcowe to dopiero dają popalić. Ja tego dnia sam miałem ochotę chłodzić się w rzece, a co dopiero w czerwcu przy rozgrzanej ziemi nocą i dniem.  Wszędzie tam gdzie jest możliwość uzupełniam płyny. Był postój w Ustrzykach G. w schronisku Chatka Puchatka…..

 

Połoninami nie łatwo biec, tłum ludzi tego dnia, piękna pogoda, niedziela zaowocował w rzeszę turystów. Budowa podłoża również sprawia trudności z układaniem stopy w biegu. Tego dnia mam najwięcej wywrotek, niektóre były naprawdę groźne, ale kończące się szczęśliwie na ostatnią chwilę. Nawet raz gałąź dostała z główki Smile.

 

Największe zwątpienie miałem pierwszego dnia w Cisnej na 61km. Było to jedyne zwątpienie i tak jak szybko przyszło tak szybko odeszło. Planowałem tego dnia zrobić więcej niż 76,5km. Dzień przyniósł inne rozwiązanie, na Przełęczy Żebrak decyduję się na zakończenie dzisiejszego etapu i odbić od szlaku 2km na nocleg do bazy studenckiej Rabe. Dlaczego tak? Postanowiłem nie przemieszczać się po zmroku ze względu bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że liczyłem że o tej porze roku będę miał światło dnia aż do godziny 20. Przeliczyłem się już kwadrans po 19 robiło się szaro, a kilka minut później zupełnie ciemno. Ograniczyło to moje przemieszczanie się w ciągu dnia, bo liczyłem na 15 godzin dziennie światła, a okazało się że będę dysponował  13 godzinami, gdyż Pan Bóg żarówkę podkręcał tuż przed 6 rano, a po 19 już zakręcał. Uświadomiłem to sobie pierwszego dnia, że dzienny kilometraż będzie mniejszy niż początkowo zakładałem. Cóż, rady na to nie było żadnej. Morale nie spadło, przyjąłem poprawki jakie dzień dawał i napierałem dalej.

 

Ktoś może zadać pytanie dlaczego nie zdecydowałem się wcześniej zaatakować szlak. Otóż, początkowo myślałem o maju/czerwiec, tak zakładał plan, ale życie zawodowe nie pozwoliło mi na jego realizacje, drugim  terminem był właśnie wrzesień, który uważałem, że w tym miesiącu jest najstabilniejsza pogoda i najłatwiej ją przewidzieć.

 

W bazie noclegowej Rabe zastaję trzy urocze dziewczyny. Bardzo sympatyczne. Sama chatka powala swym wyposażeniem i wyglądem. W środku materace koce, piecyk z drewnem, woda, jest wszystko to co potrzeba. Do mycia pobliski z strumyk.  W środku bardzo przytulnie i ciepło. Usypiam bardzo szybko.

 

Pierwszy dzień  76,5km plus 2km extra na nocleg. Czas 13h09min. D+3965, D-3879.

 

15 września Przełęcz Żebrak

 

Poranna pobudka nieco później niż planowałem, tak dobrze tam się spało i tak cieplutko było.

Odrabiam 2km pod górę z chatki na Przełęcz Żebrak. Odcinek do Komańczy wydaje się był łagodny.  Jeszcze dobrze nie obudziłem się, a przed oczami mam kilka ogromnych włochatych punktów, które również gapią się na mnie. Nagle gwałtowny ruch i trzęsienie Ziemi. Całe stado Żubrów w odległości 50 metrów przecięło mi szlak. Stoję jak w murowany, jeszcze nigdy w życiu na żywo nie widziałem Żubra, a tu taka miła niespodzianka, całe stado około 14 sztuk. To nie koniec żubrowego dnia, pół godziny później spotykam następne stado już nieco obok szlaku. Tak zaczął się mój drugi dzień napierania Smile.

 

W baku tylko pół bidonu wody, a do Komańczy 20km.  Mówię sobie w Duszatynie  zatankuję. Niestety byłem tak wcześnie, że chatka z napojami była jeszcze zamknięta. Robi się coraz cieplej, jadę kropelka po kropelce, aż zaczyna brakować J.  Jeszcze tylko skok przez jedną błotnistą, mokrą górkę i będę napojony.

 

Zaplanowałem sobie tego poranka śniadanie w schronisku w Komańczy. Niestety obszedłem się smakiem, gdyż kuchnia tego dnia akurat była nieczynna i miała remont. Dobrze, że zatrzymałem się wcześniej w sklepie. Właściwie zatrzymywałem się niemal w każdym sklepie, gdzie zaopatrywałem się w płyny jak i w owoce.  Moje główne menu to banany, pomidory, jabłka, ogórki, pomarańcze, czasami śliwki, raczyłem się tym co oferował sprzedawca, wybór owoców niestety bardzo słaby, szczególnie w małych miejscowościach.

Po minięciu schroniska w Komańczy, spotykam dwóch sympatycznych energicznych panów. Plecaki wypchane po brzegi, idą cały szlak, na mój widok jeden od razu strzela z armaty – ULTRA.

 

-Tak jest Panie, ultra.

 

-W jaki czas celujesz?.

 

Mówię, że miało być sześć dni, ale plan zweryfikował się na siedem i tego będę się trzymał.

 

Uprzedzają mnie, że przed Bartnem jest szlak kiepsko oznaczony i że jest jeszcze kilka miejsc w Beskidzie Niskim, gdzie należy uważać. Zostawiając Komańczę opuszczam Bieszczady i pakuje w 150km odcinek Beskidu Niskiego. Odcinek, którego obawiam się najbardziej  na całej trasie.

 

Dzisiejszy odcinek nie należy wydawałoby się do wymagających. Szlak póki co jest oznaczony dobrze, ale jakoś tak mozolnie dziś idzie. Znów patelnia, łysy grzeje od 11, a przede mną  Tokarnia 778m. Co?! niewysoka niska górka, ha!, owszem ale jakie podejście!. Na rozgrzanej łące wyciska ze mnie wszystkie krople. Co wypiję to po sekundzie już spływa po mnie. Otuchy dodaje mi pełzający wąż, który przeciął mi ścieżkę jak samolot tanich linii lotniczych.

 

Dziewczyny z chatki mówiły, że w Niskim są ciężkie podejścia. Oto miałem pierwszy przykład. Toczyłem się na Tokarnie, nagrodą są piękne widoki. Znajduję się też na odcinku, gdzie punktów z wodą jak na lekarstwo.  Pomiędzy Komańczą,  a Rymanowem Zdrój sklepów brak. Dobre 40 km posuchy.

 

Jak mówiłem grzało tego dnia dość mocno. Robił się powoli problem z paliwem. Wierzyłem, że w Puławach Górnych lub Dolnych na coś trafię. Nie trafiłem, a z nadziei wybił mnie miejscowy osadnik Puław, że najbliższy sklep w Rymanowie Zdrój. …………………….  ale jest Bar Leśny w Rudawce.

 

Od tej chwili to był mój cel. Trzeba odbić od szlaku około 1500m. Jest bar czynny, pragnienie zaspokojone. Powrót 1500m i szlakiem do Rymanowa Zdrój, w którym nawet się nie zatrzymuję, a miasteczko bardzo urocze, spodobało się mi, ale dziś czasu brak na chwilową przerwę, napieram do Iwonicza Zdrój, by zdążyć przed zmrokiem i znaleźć nocleg.

 

Do Iwonicza docieram jeszcze za dnia, atakuję pierwszy lepszy lokal z napisem pokoje. Miejsc brak, ale jest bar, więc zamawiam solidną porcję surówek i frytek. Następnie po około półgodzinnym szukaniu noclegu, w końcu udaję się. Cieszę się, że po dwóch dniach napierania wreszcie wezmę gorący prysznic.

 

Nic z tego, dziś rura pękła i prysznica nie będzie, właśnie ekipa naprawia usterkę. No cóż, dostaję miskę i  trochę gorącej wody od gospodarza, wystarczy, lepsze to niż nic.

 

Dzień drugi 60,5km, Czas 10h56min, D+ 1859, D- 2281.

 

16 września Iwonicz Zdrój

 

Czas wyjścia 5:40. Na ulicach Iwonicza ciemno jeszcze, piekarze rozwożą pieczywo, a mieszkańcy udaję  się do pracy. Czasami czuję ich wzrok. Znikam za kilkoma zakrętami.

 

Pamiętam jak kila miesięcy wcześniej Pan Lucjan, mówił nie tyle o oznaczeniu szlaku w Niskim, a główną uwagę zwracał, ze jest on mokry. Ten dzień potwierdził to. Ilość błota jaką można byłoby przerzucić z Beskidu Niskiego, można byłoby zbudować drugą Warszawę.

Dziś kolejne podejście, które zapamiętam na zawsze Cergowa 716m.  Z Cergowej lecę do Chyrowej na małe co nie co. Jest sklep dobrze zaopatrzony. 

 

Jak na Beskid Niski myślę sobie szlak jest oznaczony dobrze.  Wszystko do czasu. W drodze na Bacówkę w Bartnem , po zbiegu, gdzie zaczynają się mokradła tracę szlak. Zagłębiam się w zagajnik i próbuję odnaleźć właściwą drogę.  Po małym kręceniu odnajduję właściwą ścieżkę i docieram do Bacówki.

 

W Bacówce gospodarz oznajmi mi, że ktoś dzwonił w mojej sprawie i uprzedził o moim przybyciu. Trochę jestem zdziwiony no bo i po co i dlaczego?!.  Po zapoznaniu się z moją dietą wegańską, dostaję propozycję upieczenia frytek. Brzuszek burczy, na co dzień nie jem i unikam takich dań, mimo że nie jest mięsne to nie należy do zdrowych, ale bieg ultra wymaga ‘’małych’’ poświęceń. Nie grymaszę tylko cieszę się jak dziecko. Do tego dostaję świeżutką mizerię z pomidora, ogórka zwykłego i małosolnego. Na deser propozycja jabłek od gospodarza tyle ile udźwignę. Udźwignę jedno, więc dźwigam jedno.  Straciłem dużo czasu na pobyt tutaj chyba prawie całą godzinkę, ale za to syty.

 

Robi się późnawo już na nocleg do Regietowa nie dam rady dotrzeć. Wychodzi na to, że zanocuję w miejscowości Ług  (Zdynia). Na mapie widziałem, że jest tam jakiś ośrodek szkoleniowy oferujący noclegi. Docieram tuż przed samym zamknięciem sklepu. Napoje i owoce to kupowane przeze mnie produkty w takich punktach.Nie było inaczej  i tym razem. Nocleg okazuje się być przy samym sklepiku.

Z noclegiem nie ma problemu, mało tego, dostali telefon od Rubin, że kuchnia ma przygotować wegańską strawę. Dziękuję, kuchnia wywiązała się z zadania na 6+. Pani kucharka powiedziała, żebym sobie nie myślał, że tutaj nie wiedzą co to jest weganizm. J. Wcale tak nie myślałem, ale zdziwiłem się, że coś przyszykowali dla mnie. Smile.

 

Dzień trzeci 71,5km Czas 13h28min D+ 2798, D- 2704.

 

17 Września Ług.

 

Wydostać się z mglistej doliny w Beskidzie Niskim nie jest łatwo, ostrożnie uważnie poruszam się w półmroku od znaczka do znaczka. Powoli, ale do przodu. Im wyżej tym przejrzystość  wyraźniejsza i coraz widniej. Na dzień dobry kolejne podejście, którego nie zapomnę Kozie Żebro. Przy akompaniamencie różnych odgłosów z lasu zdobywam Kozie Żebro.  Za Ropkami a w drodze na Banice szlak tak zamotał, że pukałem do chałupy, która stanęła mi na drodze. Przemiła pani wyjaśnia, żę owszem szlak tędy szedł, ale kiedyś, teraz omija jej prywatną działkę, trzeba iść wzdłuż jej granicy. Strat żadnych, ale czas i zamota, nie lubię tego.

 

Zbliżam się do Krynicy Zdrój, a to oznacza po pierwsze opuszczenie Beskidu Niskiego 150 km mokrych, błotnistych dzikich ścieżek. Pająki przez dwa dni po mnie chodziły i odczepić się nie chciały. Jeszcze dzień później wyrzucałem je z koszulki, którą miałem w plecaku. Po drugie czas na obiad! Smile.

 

Przelatując przez miasto, napotkałem tani jak barszcz bar szybkiej obsługi. Od ręki ( a o to chodziło) dostałem ziemniaki, surówkę i herbatę. Dziś 17 września, tą datę w Polsce szczególnie pamięta się.  Obiadek konsumowałem przy gawędziarskim historyku, którego można było usłyszeć z radia jakie nadawało w lokalu. Jako, że interesuję się tymi tematami, przykro było opuszczać lokal, no ale służba na szlaku Smile.

 

Był pomysł, aby to co nie potrzebne wysłać pocztą do domu. No ale co jak wszystko potrzebne, ciążył mi ten plecak, i jedyne co mógłbym wysłać to urządzenie Power bank, który dość ważył.  Zdecydowałem, że nic nie będę wysyłał, to co zabrałem wydawało się być konieczne i niech tak zostanie do końca trasy.  Po opuszczeniu miasta czekało na mnie podejście na Jaworzynę Krynicką, następnie Runek, Hala Łabowska, miejsca znane z trasy 7 Dolin.

 

Dziś koniecznie chciałem dostać się dalej niż Rytro. Doskonale wiem, że z Rytra w którą stronę, by się nie poszło jest mocno w górę. Rytro leży raptem na 338 m n.p.m. Za cel obrałem sobie chatkę pod Niemcową. Na mapie miałem zaznaczone, że czynna sezonowo. Rubin upewniła się, czy sezon jeszcze trwa. Powoli zmierzch zapadał. Mocnym, szybkim i zwartym krokiem napierałem pod górę.  Mocny chłodny wiatr nie dodawał otuchy, ale za to napędzał mnie, by jeszcze przyspieszyć. Na Niemcowej melduję się niemal z zapadniętym zmrokiem. Odpalam czołówkę, las gęsty i ciemny w drodze do chatki. W końcu jest, uradowany, że zaraz się ogrzeję i będzie gdzie spać.

 

Jest co zjeść, co wypić i z kim pogadać. Sama chatka to najbardziej klimatyczne miejsce na całej trasie, a nocne i poranne widoki powalają z nóg.

 

Dzień czwarty  72km, czas 13h09min D+ 2748, D- 3187

 

18 września Chatka pod Niemcową

 

Wszyscy jeszcze spali, gdy opuszczałem ciepłe przytulne i piękne miejsce. Kierunek Radziejowa. Tuż po wyjściu na szlak, nagle jak pierun przemknął gość na rowerze.

 

Qrcze?!, o tej porze?, na tej wysokości? (Niemcowa 1001m), co jest grane?, przecież nie piłem gruzińskiego trunku jakim raczono się w chatce. Nie dam za wygraną i dawaj za gościem. Z górek miał przewagę, ale pod górę dochodziłem go i wyprzedzałem. Zagadnąłem, 

 

-do roboty?

 

-Nie, na borówki, końcówka już, ale jeszcze są. A Wy gdzie, na Przechybę,

 

-tak na Przechybę i dalej,

 

-acha.

 

Nie wiem ile to było, ale dobre 2-3km ścigaliśmy się i mogę powiedzieć był remis Smile. W końcu odbił na swoje borówki, a ja z nadzieją na śniadanie w  schronisku na Przehybie podążałem przed siebie. W schronisku pocałowałem klamkę, bar jeszcze nieczynny, za wcześnie. Następny przystanek Krościenko nad Dunajcem. Tam coś ciepłego na pewno zjem, myślę sobie.

 

Tego dnia wiało przeokropnie, bardzo chłodny, czasami mroźny wiatr. W biegu przeszywał spocone ciało, aż do gęsiej skórki. Widoczność za to kapitalna, widok Tatr ucieszył bardzo.

 

W Krościenku i tym razem nic ciepłego nie zjadłem, jestem tak wcześnie, że otwarte są tylko sklepy,  ale namierzyłem kramik z warzywami  i owocami. Czysta rozkosz. Siata zakupów, konsumpcja na ulicach Krościenka i tym samym opuszczam Beskid Sądecki, mój ulubiony, bardzo go lubię, podoba się mi i już.

 

Przede mną Gorce i Lubań Wielki 1211m, a Krościenko leży na 420m. Była to długa wspinaczka, Lubań jest naprawdę wielki. Co jakiś czas mijam oznaczenia trasy, z tego co zorientowałem się to Maraton Gorce. Po drodze do schroniska na Turbaczu, jeszcze czeka mnie Kiczora.

W schronisku na Turbaczu, ruch duży, zabawny był pewien chłopak, który pytał obsługę , czy w pobliżu , dokładnie to, czy w okolicy jest jakiś bankomat. Smile.

 

Z Turbacza czekał mnie długi ponad 15 km zbieganie do Rabki Zdrój.  W Rabce duża zawierucha z noclegiem, przez to zawirowanie gubię mapę w centrum. Po namierzeniu noclegu, w którym pomogła Rubin, wróciłem się szukać mapy. Było już ciemno i mały ruch, mapę odnalazłem Smile.

 

Dzień piąty 72km, czas 13h09, D+ 2748, D- 3187.

 

19 września Rabka Zdrój

 

Wyjść z Rabki czerwonym szlakiem o tak wczesnej porze jest nie lada sztuką. Szlak prowadzi  dobrze do momentu jak pojawiają się pola i przestrzeń. Miał być łatwy odcinek, by przeciąć Zakopiankę i dalej do Skawy. Na czerwonym szlaku nie ma łatwych odcinków, każdy daję popalić pod innym kątem. Czas stracony na odnalezienie szlaku i dorobienie dystansu mocno denerwuje. Sam szlak z Zakopianki do Skawy, jest jeszcze dzikszy niż ścieżki w Beskidzie Niskim. Ten odcinek to już tylko sympatycy czerwonego szlaku chyba pokonują, bo walorów krajoznawczychnie ma żadnych. Udaję się dostać do Skawy, następnie czeka mnie klepanie trochę asfaltu, aż do Jordanowa i kawałek zanim.

 

Za Jordanowem zaczyna towarzyszyć mi pies. Nic nie mówi, tylko biegnie przede mną uchachany z jęzorem do trawy. Towarzyszył długi odcinek, do momentu jak trzeba było przekroczyć lodowatą rzekę. Mostku nie było, a szlak przecinał rzeczkę. Piesek nie zdecydował się na zimną kąpiel, nie chciałem go przenosić, bo do końca nie byłem pewny, czy to bezdomny piesek. Przypomniała się mi też krowa, która w Beskidzie Niskim, również towarzyszyła mi , z dobre 300metrów. Smile

 

Dziś na szlaku dużo pod górę, w tym najwyższy punkt czerwonego szlaku Babia Góra (1725m). Na początek  z Bystrej (448m), podjazd na Okrąglicę (1247m) i na Policę (1369m). W schronisku na Starych Wierchach ładuję dwa ogórki kiszone. Pani zdziwiona, że najedzony hehe. Nie chcę tracić czasu na przygotowywanie posiłków.

 

Dzisiejszy dzień i jutrzejszy jest decydujący, by zmieścić się w siedmiu dniach. Gołym okiem widać, że idzie zmiana pogody, której obawiałem się najbardziej.

 

Przy silnym, zimnym wietrze po kolei osiągam szczyty. Ten wiatr był niczym w porównaniu z tym jak wiało na Babiej. Był tak mocny i tak zimny, że przeszywał mnie aż do kości, a z oczu czasami wyciskał ze mnie łzy. Na szczycie Babiej zatrzymałem się tylko na sekundę. Napisałem sms do Rubin: Halo Baza, Halo Baza, jestem na szczycie, powtarzam jestem na szczycie.  Sms ten to nawiązanie do słynnego cytatu z rozmowy, jaką Krzysztof Wielicki przeprowadził z Andrzejem Zawadą ze szczytu Mount Everestu. Zimą.

 

Szybko stamtąd zawinąłem się do Markowych Szczawin. Szybki posiłek i długa ciężka droga do schroniska na Hali Miziowej. Na Przełęczy Glinne byłem już tak wypompowany, że podejście, cholernie strome na Halę Miziową dało mi popalić najbardziej ze wszystkich podejść jakie do tej pory na tym szlaku pokonałem.  Zapadł już zmrok, a ja jeszcze nie byłem na miejscu. Po drodze mijam jeszcze grupę chyba czteroosobową, która widzę, również ma już dość i też kierują się do schroniska. Tempo mają słabe, więc odpuszczam i napieram nadal sam. Oj mocno mną poszarpało. Ta końcówka, ale był to dzień rekordowy pod względem kilometrażu na mojej wyprawie do tej pory.

 

Dzień szósty 78km, czas 14h06min, D+ 3750, D- 2944

 

20 września Hala Miziowa - Decydujące starcie

 

To był rytuał jak do biegu na zawodach. Założyłem sobie jeden postój, nie robiąc żadnych przerw. To miał być bieg po zwycięstwo. Ostatni dzień, jak pogoda pozwoli. Wiedziałem, że tego dnia pogoda zmieni się, że może padać, a nawet zagrzmieć. Na zmianę pogody zapowiadało się już od dwóch dni.

 

We wczorajszej rozmowie telefonicznej z Rubin, potwierdziło się to co widziałem w górach. Budząc się w nocy z bólu mięsni, które rzucały prawie każdej nocy na prawo i lewo, widziałem jeszcze gwiaździste niebo. Nad ranem już takie nie było, co ujrzałem to mgła i chmury. Plan polegał, by tak się sprytnie przemieszczać, aby nie trafić na nawałnicę w nieciekawym miejscu. Sprytny plan? Napieranie non stop. Mało tego chciałem koniecznie dotrzeć do Ustronia przed zmrokiem.

 

Ognia! Rano znów krzaki i lasy poruszone odgłosami z oddali, a czasami na wyciągnięcie ręki. Planowałem gorącą herbatę w schronisku na Rysiance. Nic z tego, sprzątanie kuchni, trzeba czekać 15 minut.

 

-Pani kochana ja nie mam dziś 15 minut.

 

Napieram dalej. Może na stacji Słowianka złapię jakąś bułę. Też nic z tego gospodarze jeszcze śpią. Do Węgierskiej Górki tak rozpędzam się, że niemal łapię jelenia za tylne nogi. Smile. Szlak również tutaj płata figla, jest nowa droga i oznaczenia niekoniecznie są czytelne. Jeszcze przy takiej pogodzie, gdzie chmury wiszą 5 centymetrów nad szlakiem, a z nieba kapie co nieco za uszy.

 

Pogoda nie zapowiada się ciekawie na ten dzień. Mówię sobie jeszcze tylko dzisiaj, proszę, dziś są moje urodziny, niech jeszcze dziś wytrzyma, ten ostatni dzień.

 

W Węgierskiej Górce, króciutki postój na prowiant i wodę i dalej w górę na Baranią Górę. Mgła, mroźna mżawka i czasami bardzo wietrznie. Turystów sporo, jest sobota i liczyłem, że spotkam ich w dość dużej ilości. Skoro tyle osób to myślę sobie, może nie ma prognozy burzowej, a jak nie ma prognozy burzowej to już nic mnie dziś nie powstrzyma, aby dotrzeć do mety. Smile

Barania spowiła się we mgle, widoczności żadnej z tej wieżyczki turyści nie mają. Mknę między polsko czeskimi turystami  do schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Nigdy nie byłem na Baraniej Górze, zawsze jakoś tak mijałem ten szlak, cieszę się, że tym razem mogę go zobaczyć i zaliczyć. W schronisku to co wydają najszybciej, frytki i surówka, której normalnie nie serwują do frytek, ale Pani zrobiła wyjątek.

 

Dalej mokrym, niełatwym szlakiem na Kubalonkę, a stamtąd już na Kiczory, czyli prawie w domu. Na odcinku Kiczory-Czantoria trenowałem wiele razy, znam te zakręty. Smile

 

Z Kiczor to idę już jak burza, zaliczając po kolei Stożek Wielki, Soszów Wielki, Czantorię. W międzyczasie pogoda robi się ładna, chmur ubywa i pojawia się Słońce. Dostaje też sms od Rubin, że tak mknę, że przerażam ich Smile.

 

Z Czantorii robię sobie lekki trekking, nie chcę, by na końcowym odcinku co się mi przytrafiło, tempo spowalniam, mam spory zapas przed zmrokiem, mogę sobie pozwolić.  Jest Ustroń Polana, jeszcze tylko  podejście do schroniska na Równicy i w dół w dół 4km do mety. Hurra.

Mijając schronisko już czuję relax, odprężenie, czuję metę. Radość narasta. W Ustroniu czeka Tomek, przyjechał specjalnie po mnie z Częstochowy, by zabrać, brudnego, wyczerpanego Beskidzkiego Wilka do domu.

 

Jest Ustroń, jest meta!!!

 

 

Dzień siódmy 81km, czas 13h10min D+ 2839, D- 2839

 

Przez siedem dni moim domem były góry.

 

Wyruszyłem 14 września o godz.5:08 z Wołosatego, dotarłem 20 września o godz.19.15 do Ustronia. Czas łączny 158 godzin i 7 minut. Zapis trasy zegarek Ambit S. wymierzył 513 km. Przewyższenie D+ 19476, D- 21769. Udostępniłem zapis na moim profilu sportowym Lukas Wlodec Pawlowski.

 

 

https://www.facebook.com/pages/Lukas-Wlodec-Pawlowski/222794447912861

 

Relacja na żywo miała miejsce tutaj:

 

https://www.facebook.com/events/828126290540867/?notif_t=plan_user_joined

 

 

Dziękuję wszystkim za wiarę, wparcie, dobre słowa, smsy, oraz tym którzy zaangażowali się w projekt, czyli sekretarzowi prasowemu Rubin, ukłony niskie, oraz Tomkowi za specjalny przyjazd po mnie, ukłony po raz drugi. Dziękuję, to była wspaniała przygoda.

 

Dziękuję również Akademii Marmot za wparcie sprzętowe. Sprzęt służył dzielnie i ma się dobrze!.

Pozdrawiam cała brać ULTRA i cała resztę.

Beskidzki Wilk Wlodec Smile

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 9 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

1

zdjécie : BMashine

 

..'' Ludzie niekiedy szydzą z tych trenujących codziennie, twierdząc, ze niektórzy sa gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie zycie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, ze chce żyć dłużej, ale dlatego żeby przeżyć Zycie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle. Moim zdaniem bieganie bardzo w tym pomaga. Zmuszenie się do największego wysiłku , do jakiego jesteśmy w stanie się zmusić przy wszystkich naszych ograniczeniach - oto istota biegania i metafora życia, a dla mnie również pisania. Sadze, ze wielu biegaczy się ze mną zgodzi.''...

 

Długim cytatem z książki  ‘' O czym mowie, kiedy mowie o bieganiu''-  Haruki  Murakami wchodzę z relacją z Kieratu. Książkę tá, przeczytałem w drodze do Limanowej na IX edycję Kieratu. Bardzo ucieszyłem się, gdy to przeczytałem, bo to pokrywa się z moim myśleniem , jeśli chodzi o bieganie i Zycie.

 

Od Kieratu u mnie się wszystko zaczęło. Trzy lata temu mając na koncie 9 miesięcy biegania, zaliczona dychę w Krakowie i półmaraton w Żywcu, zdecydowałem się na udział w nieznanym wówczas dla mnie temacie.  Można rzec że dziewięć miesięcy biegania to czas, aby cos się urodziło. Narodził się w moim życiu KIERAT. Dwie poprzednie edycje to srogie lekcje. W tegorocznej edycji wiedziałem, ze zdobyte doświadczenie fizyczne sprosta trudom imprezy. Niewiadomą pozostawała nawigacja, którą właściwie oprócz Kieratu nie trenuje. Można biegać szybko, ale bez nawigacji będziesz w tym samym miejscu co ludzie którzy idá tylko pieszo, a dobrze nawigują.

 

Każdy start w Kieracie to niewiadoma, nigdy nie wiesz co Cié spotka i jak potoczą się losy na trasie. Można wiele zyskać, ale i stracić. Budowniczy trasy dba o to, aby nie było nudno.

 

,, Na majówké''

 

Na linii startu spotykam Darka, druha którego poznałem rok temu na drugim punkcie, z którym to napieraliśmy niemal do samego końca razem. Postanawiamy w tej edycji zmierzyć się razem z trasa.

 

Rok temu to Darek dyktował tempo. Byłem pewien że w tym roku wspólnymi siłami pognamy do przodu. Okazało się, że tym razem dyktowanie tempa należy do mnie.  Dla Darka to pierwsza impreza ultra i góry w tym roku Dla mnie to czwarta impreza w ciągu niemal miesiąca, w tym druga ultra w górach. Wybiegany i naładowany energią pozytywnie patrzę na mapę. Martwią mnie trzy punkty 8,9,10 do których załączona jest dodatkowa szczegółowa mapka. Nigdy wcześniej na Kieracie tego nie widziałem. Będzie ciężko.

 

Widząc mnie, tzn. mój skromny ubiór i skromne wyposażenie Darek jest ... na pewno zdziwiony i bliżej nieokreślone myśli jakie jemu w tym momencie przeszły przez głowę, kwituje słowami : ‘' Co Ty tak, jak na majówké''.

 

W tym roku moje bieganie przechodzi metamorfozę o 180 stopni. Zmieniam niemal wszystko. Na biegi szykuje się z marszu, minimalistycznie zabierając tylko to co potrzebne. Skromne wyposażenie, Izo własnej roboty batonik i do przodu. Jak to Rysiek mówi :  ,, Alleluja i do przodu''.

 

Na 1 punkt obieramy w pewnym momencie własną ścieżkę, pnąc się w góré przez chaszcze skracamy dystans do punktu. Po chwili z każdej strony pojawiają się napieracze głodni podbicia karty na punkcie 1.

 

Z jedynki na dwójkę, proponuję przez babcyne. Tniemy na azymut przez pola łąki, zarośla i potoki. Nawet jakieś rowy po drodze zaliczamy. Piękny był również sad, przez który przeszliśmy sobie niczym właściciele.

 

Przekraczając most nad rzeka Łososina, znów z rożnych stron pojawia się napieracze. Droga na dwójkę pod góré na cmentarz upływa w większym rozrzedzonym gronie .

 

Z dwójki na trójkę każdy ma swój wariant, ja proponuję dołem, skakać  z drogi na drogę, przecinając w ten sposób nie duże wzniesienia. Darek proponuje bezpieczniejszą opcję, jak większość, górą po szlaku. Wydaje się mi że jego opcja jest zła, ze względu na przewyższenia. Namawiam go na swój wariant. Udaje się. W pędzie przeoczyliśmy jedna dróżkę i w ten sposób lądujemy nieco dalej tzn. niżej niż zakładaliśmy. Dorzucamy w ten sposób 2-3km, ale mamy bezpieczną drogę i ominęliśmy góry i większe przewyższenia. Zaoszczędzone siły przydadzą się na kolejne punkty. Na trójce mieliśmy być o 22, tak zakładał nasz plan. Niestety lądujemy  tam o 22.20, gdzie znajduje się również punkt z wodá. Wlewamy co potrzeba i napieramy na czwórkę, do której docieramy po asfalcie.

 

Oj dość miałem tego asfaltu.   Z czwórki na piątkę dalej gnamy asfaltem aż do przecinki. Dołącza do nas starszy pan w trampkach. Siwa broda, okulary, w lewej ręce folia strunowa od organizatora w której trzyma mapę, latarkę, butelkę wody, kanapkę, a w prawej ręce kijek. Wygląda jak mistrz niczym z filmów kung - fu . Malo rozmowny. Ale energia napieracza jak młodego, trzymał się nas dzielnie. Mało tego, jak później się okaże, razem przebędziemy spory dystans aż do mety.

 

Dobiegając do przecinki tniemy na azymut do Ruin domu. Punk okazał się nieźle ukryty i znalezienie go poprzedziło konkretne chaszczowanie w dużej grupie. Było to chaszczowanie przez duże CH. W pewnym momencie wspólnie szukało go chyba ze 20 osób albo i więcej.  Teraz wiem gdzie i jaki błąd popełniliśmy. Tracimy na szukaniu sporo czasu, pierwsza większa wtopa tego wieczora.

 

Do tej pory szło ładnie i zimny prysznic w postaci piątki. Nachaszczowal się człowiek.  W nogach ponad 40km już , Darek po odliczeniu 44km mówi : czuje już ten dystans.  Ja właściwie nic nie czułem oprócz ochoty wyrwania do przodu. Oj paliły mi się podeszwy. Ale razem to razem.

 

Z piątki uderzamy na półmetek do Kasiny Wielkiej. Bardzo fajny przelot torami - Karpacka Linia Transwersalna z 1884 roku. Dobre parę kaemów bijemy torami wyprzedzając zawodników. Co rusz słyszymy : ale chłopaki lecicie, jak pospieszny, Uwaga TGV nadciąga . Dodam ze biegnąc po ciemku po spróchniałych deskach i kamieniach jest duże ryzyko kontuzji. Biegło się cudnie do stacji Kasina Wielka. Jak wyczytałem  później będąc już w domu, tego dnia gdy napieraliśmy tam BBC i TVP zaczęła kręcić tam serial ‘'Szpiedzy w Warszawie'' okres II wojny światowej - premiera na Jesień 2012.

 

Na szóstce wodopój i zupka z proszku w szkole i półmetek trasy. Baterie naładowane i ruszamy na siódemkę, prosta droga na skrzyżowanie szlaków. Tam tez zostało zrobione to zdjęcie. Jakoś tak świtać zaczęło po drodze.

 

j

zdjécie : Krzysztof Wiktorowski

 

Brnąc po przecinkach na punkt nr 8. Spotykamy po drodze większą grupę w której znajduje się również starszy Pan, napotkany wcześniej. Z grupą tá dochodzimy do punktu ósmego i tak już nie rozstaniemy się aż do mety. Ekipa z Leszna nawiguje na poszczególne punkty. Kontroluję mapę, ale momentami ich przecinki zaskakują mnie.

 

Najbardziej ukryty punkt nr 9 Cyrkowa Skała ukryta w gęstwinie leśnej, poszła im bardzo szybko. Sá mocno zorganizowani co jest dużym plusem.

8,9,10 punkt to sztuka nawigacji, dla ułatwienia organizator dodał specjalną mapkę z tymi punktami czego wcześniej na Kieracie nie widziałem. Był to znak ze nie będzie łatwo je namierzyć.

 

‘'Na ogórka''

 

Podłączeni do pociągu zaliczamy kolejne punkty.  W drodze na 11 punkt chaszczujác pod góré nagle objawia się zapach ogórka. Zapach jest tak intensywny ze zaczynam  zastanawiać się czy ze mną wszystko ok.?!.

 

Pół godziny wcześniej zaliczyliśmy sklep. Nasza ekipa wpadając po prowiant niemal nie rzuciła się na smakołyki stojąc w kolejce. Było nas jakoś 11 osób.  Nie wytrzymując już pragnienia łapiemy po puszce napoju i wlewamy w przełyk, oczywiście informując o tym panią ze sklepu. Pierwszy raz zapłaciłem przy kasie za pustá puszkę Smile

 

W sklepie zaczepiam starszego Pana, który napiera z nami od samego początku mam wrażenie że znam go. Stojąc w kolejce dostaje olśnienia.  Twardziel Świętokrzyski, tak tak to właśnie tam z nim rozmawiałem w drodze na start. Opowiada mi jak pomylił trasę i pobiegł szklakiem do końca robiąc w ten sposób 105km. Jak się później okaże zaliczył tez Transjuré.

 

Pyta się mnie co tu zjeść, czy czekolada będzie odpowiednia. Łapiemy po czekoladzie i wypadamy na zewnątrz.

 

Wychodząc ze sklepu rzuca się w oczy beczka z ogórkami małosolnymi, ślinka leci, ale stwierdzam że nie ma czasu i nie wracam się po nie.

 

Wspinając się tak, mówié do Darka : czujesz? Ogórki!. Po chwili Darek odpowiada: czujé ! Pachnie ogórkami.

 

Uff, jestem w realu, Darek tez to czuje. Roślinność przez która przedzieraliśmy się wydawała taki zapach. Bardzo ciekawe hmm..... . A może obaj byliśmy poza realem hmm  ciekawe....

 

Po zaliczeniu 11 punktu ostry wspin, bardzo ostry, w stronę wyniosłego szczytu Mogielica 1171m.

 

W jakimś miejscu pomagam młodej dziewczynie podając jej rękę, aby wspiąć się po stromym urwisku. Było tak stromo że trzeba było,  jak kot na czterech łapach. Dziewczyna dzięki mnie miała łatwiej.

 

Podąża z nami przez chwile, ale przystaje i mówi: mam dosyć tych gór już. Ciekaw jestem jak dalej sobie poradziła.

 

12 punkt to trasa narciarstwa biegowego, tutaj zostawiamy parę osób, których tempo jest wolniejsze od grupy mającej aspiracje na bieg. Od tego momentu biegniemy już do samej mety zaliczając punkt nr 13 po drodze.

 

W drodze na trzynastkę dołącza do nas Stanlej, mocno wkurzony. Stracił dużo na punktach 8.9,10, tracąc przy tym dobra pozycje. Tak to już jest na Kieracie można mocno zyskać, albo stracić na poszczególnych punktach.

 

Razem udajemy się w stronę mety, na końcowych kaemach Stanlej wraz ze starszym Panem przyśpieszają i odłączają się od nas.

 

Spotkamy ich na mecie.

 

Po 19 godzinach i 45 minutach dobijamy do mety, przybijając sobie piąteczki. GPS Darka pokazuje, że mamy zabiegane 110km, czyli teoretycznie jakieś 2 godziny w topy.

 

Starszym Panem okazuje się Pan Krzysztof rocznik 1949r. który ostatecznie wraz ze Stanlejem wpadają na metę z nami, bo zakręcili się i pobiegli na rynek zamiast do bazy zawodów.

 

Wspaniała impreza, chce tam wracać. Podsumowując  kończę swoim cytatem ...

 

 

...,, Odkryć to co nieodkryte okrywające nasz umysł''....  wlodec 29.05.2012

 

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 9 komentarze Trekking Trekking

Znak początek/koniec GSB w Wołosatem28.04 - 4.05.2012

 

Wyprawa w Bieszczady atrakcyjna, acz obłożona dwoma dniami jazdy w tę i z powrotem. Można próbować nocnych dojazdów, ale nie bardzo jest czym i dzień po nocnej jeździe też rześki być nie może. Jedziemy z założeniem, że do wieczora jakoś do Ustrzyk dotrzemy. Dalekobieżny autobus do Nowego Sącza, w 10 minut przesiadka do Ustrzyk Dolnych. Trzeba nam do Górnych, ale nic nie ma. Jakoś to będzie. W najgorszym przypadku śpimy tam gdzie nas kryzys komunikacyjny dotknie, bo mamy sprzęt biwakowy i jesteśmy na razie niezależne od prądu.

Na przystanku w Ustrzykach Dolnych próbuję „przygadać” się do busika, który przyjechał po syna z naszego autobusu, ale nie ma miejsc siedzących. Może zabrać tylko 1 osobę i oba plecaki. My jesteśmy nierozłączne, musimy podziękować. Jest dworzec, ale nic z niego nie pojedzie (sic!).

 

Wychodzimy na wylotową drogę 896 w stronę Ustrzyk Górnych. Profilaktycznie zaopatrujemy się w zapas pieczywa na jutro, bo a nuż okaże się, że w Górnych będzie pusto jak w listopadzie. To była obawa bardzo na wyrost. Kupione bułeczki przywiązujemy w reklamówce na wierzchu plecaka bo gdyby je do środka wcisnąć – przestaną być bułeczkami. Jest stop. Kierowca ze śląską rejestracją jadący na urlop w Bieszczadach zatrzymuje się. Ze zrozumieniem podchodzi do naszego problemu komunikacyjnego. On tylko do Czarnej, ale proponuje, że nas podrzuci gdzie trzeba (30km), jeśli tylko po drodze pozwolimy mu zgłosić się w swoim hotelu. O płaceniu oczywiście nie ma mowy.

O 19.30 jesteśmy zameldowane na campingu. Pogoda doskonała. Kilkanaście namiotów już stoi. Nasz też szybciutko do nich dołącza - luz. Przyjemny, ciepły przedwiczorek po męczącym, gorącym dniu w autobusie i zielona, chłodna w dotyku trawa pod stopami. Uwielbiam ten moment - bosą stopą po zielonej trawie podeptać, przed namiotem usiąść, kaweczkę delektować, słuchać odgłosów kończącego się dnia. Słońce chyli się coraz niżej, maluje na złoto wszystko co jeszcze oświetla, wydłużają się cienie, a człowiek ma poczucie dobrego, mijającego dnia. Jeszcze nie mam wędrówki za sobą, ale jej perspektywa na jutro jest pokrzepiająca.

Ostatni, przed zmrokiem złapany widoczek z przed kempingu.

zachód maluje góry


Plan na najbliższych dni kilka przewiduje konsekwentne trzymanie się czerwonego szlaku. Zaczynam Główny Szlak Beskidzki i zamierzam go w tym roku skończyć. Początek w Wołosatem. Dojść tam trzeba 5km niebieskim, ale okazuje się, że na weekend majowy zaktywizowali się prywatni przewoźnicy i za 5 zeta, w niedzielę rano podjeżdżamy busem. W budce biletowej przytomnie pytam o znak początek/koniec GSB z czerwoną kropką czerwonego szlaku. Pamiętam, że jesienią go nie widziałam.

 

 

 

Pan z kudłatą brodą i fryzurą mnie odsyła do tyłu, do tablicy BdPN. Wróciłam, „przeszperałam” wzrokiem przydrożne krzaki, zapytałam w sklepie „ostatnim na szlaku”, na parkingu „ostatnim na szlaku”, przed sklepem miejscowego bywalca… i nic. Nikt nie wie o czym mówię czyli nie widzieli znaku. Nie znalazłam.

Zamieszczone tu zdjęcie ściągnęłam z netu, za pozwoleniem nieznajomego Łukasza, z jego strony. W sierpniu ubiegłego roku oni ten znak fotografowali.

Niepocieszona wracam po bilety. Zapisuję mój początek trasy w jakimś kajecie „na brudno”. Gość z budki zbiera ponoć wpisy o takich jak ja beskidnikach z GSB, ale dziś nie ma ze sobą szacownej księgi.

Zachodzimy na stary cmentarz. Trudno jakoś minąć to miejsce bez odrobiny uwagi chociaż i jesteśmy na trasie. Godzina dziewiąta, a już gorąco. Zapowiada się upał, ale co tam.

Szeroki Wierch i Tarnica


 

 

Czuję, że wkraczamy w bezludzie, w ciszę, w piękne panoramy. Szum wiatru, traw falujących szelest na połoninach... Wiem, że przed nami piękna trasa. Towarzyszy nam od lewej Szeroki Wierch i Tarnica.

 

Znam trasę, ale Ola jest pierwszy raz w Bieszczadach i… „zupełnie mama nie rozumiem Twojego zachwytu”. No masz!

 

 

 

 

380 m różnicy wysokości do Przełęczy Bukowskiej_1107m n.p.m. rozciąga się na długim, łagodnym podejściu. Pokonujemy je spacerkiem leśną, coraz węższą drogą.

Poznajemy ekipę z Bielska, z którą kilka razy będziemy się spotykać na szlaku. Lasy jeszcze w dużej mierze bezlistne.

Na Przełęczy pierwsze albo raczej ostatnie w tym roku łaty śniegu.

Przebiśniegi kwitnące




Przebiśniegi kwitną!

Wiosna walczy z zimą, ale zielonej trawy na połoninach jeszcze nie będzie.




z Halicza


 

Wchodzimy na Rozsypaniec.

Trochę zawiedziona jestem, że szumu traw nie usłyszę, ale rozszerzająca się panorama jest jak należy. Ponoć przy doskonałej widoczności Gorgany widać. Dziś widoczność ok, ale niewystarczająca.


Przez Halicz na Przełęcz Goprowców.

 

 

Na Tarnicy_1346m n.p.m.


Od Halicza mamy sporo ludzi w towarzystwie -przesadziłam z tym bezludziem. Na Przełęczy Siodło tłum wycieczkowy, na Tarnicy takoż, ale wiatr mocno dający się we znaki przerzedza towarzystwo stosunkowo szybko.


Mam zdjęcie, którego nie miał mi kto zrobić przy „koronnym” wejściu w listopadzie i widoki.

Pauzujemy odrobinę niżej niż na szczycie i ciut wyżej niż na przełęczy. Spotykamy ponownie bielską ekipę. Załapujemy się na szarlotkę!!! – (albo wspaniała żona, albo mama kochana za nią musi się skrywać), wymieniamy się mailami do wymiany zdjęć i oni na Bukowe Berdo, my przez Szeroki Wierch.

Teraz już tylko z górki.


 

...taki domek:)


Przed 18-tą jesteśmy w domu.

Mamy później czas na spacer po centrum.

2 sklepy, 3 budki z pamiątkami, knajpa, rondo i koniec.

Przy okazji wpadają mi w ręce mapy Gorgany-Świdowiec i Bieszczady Wschodnie. Może się kiedyś przydadzą. Lepiej mieć niż nie miećWink

22,4 km GSB mam i powód do zadowoleniaSmile

Byłby większy gdyby towarzyszące mi kolana nie marudziły, że bolą. Zmieniamy wobec tego plan na jutro. Z mojej trasy Caryńska-Smerek zostaje tylko Caryńska, no ale – jesteśmy tu dla przyjemności.

Z odrobiną zaskoczenia rejestrujemy silną opaleniznę. Wiatr bałamucił nas na grani, a słońce robiło swoje.

 

Nazajutrz Caryńska.

Obudziłam się o 6 tej. Całe pole śpi w najlepsze. Nasza trasa to jak pół trasy – nie ma po co studentów budzić i narażać się na kwękanie, więc tylko wymyk z namiotu i mam godzinę o rosie tylko dla siebie. To jest TA godzina. Dla mnie bajka.

Jeszcze w śpiworze bo żal wyjść z ciepełka - kawa na trawie (kuchnia w zasięgu ręki). Kto mieszka w betonach, wysoko nad ziemią i po trawie nie stąpa na co dzień docenia taki zielony komfort. Po śniadaniu de lux gotowanym (dziś mleko się nie przypaliło) ruszamy o 9tej. Podjeżdżamy busem do Berehów i wracamy szlakiem do Ustrzyk.

Rawki Mała_1272m i Wielka_1304m n.p.m. i Bacówka pod Małą





Cały dzień słońce pali niemiłosiernie. Ludzi mnóstwo, ale dla tych widoków warto. Z każdym krokiem po wyjściu z lasu coraz szersze. Kolejne pasma pojawiają się jak zaproszenie do wejścia.

Rawki wyróżniają się wyraźnie w krajobrazie śniegiem zachowanym na północnych stokach.

 

wąskiej ścieżki ślad na Połoninie Caryńskiej

 

 

Ślad ścieżki na połoninie.

Taką drogą, najlepiej w nieznane mogłabym… iść, ciągle iść, w stronę słońca... aż po horyzontu kres.

No może tylko żeby nie było tak ludno.

Dziś podziwiamy Tarnicę, Szeroki Wierch i Bukowe Berdo z daleka.

 

ulga dla stóp po całym dniu

 

 

 

 

Pierwsza napotkana woda skusiła do zanurzenia stóp. Tego nie sposób było sobie odmówić. Szkoda tylko, że potoku nie było wcześniej. Jesteśmy na samym dole, we wsi.

I już – w namiocie o 15tej. Zwijamy biwak i przemieszczamy się dziś do Wetliny na pole namiotowe przy schronisku PTTK.

 

 

 

 

Tu więcej namiotów i głośniejsze towarzystwo. Nie podoba mi się, ale to tylko 1 noc. Wytrzymamy.

Rano zaczynamy z Berehów trasę Wetlińska-Smerek wieś.

 

 

 

Kolejny dzień z prażącym słońcem. Długie nogawki i rękawy bo opalenizna zbliża się do poziomu oparzeń. Ręce i nogi jako tako, ale o smarowaniu filtrem karku zapomniałam jakoś niestety. Dzień był męczący. Ludzi ilość chyba nieskończona. Nie pasuje mi to do mojego obrazu Bieszczad. Tłumy w Tatrach to ja rozumiem, ale tu…? Zatęskniłam za listopadowym wypadem, kiedy był mróz i przez 2 dni spotkałam kilkoro ludzików.

 

 

Połonina Caryńska z WetlińskiejNa podejściu spotykamy miłe towarzystwo i aż do Przełęczy Orłowicza idziemy razem. Dziś podziwiamy Caryńską z daleka.

W Chatce Puchatka mały popas. Agituję nowopoznanego, dziesięcioletniego młodzieńca do pójścia dalej bo widzę, że mama chce iść bardzo, ale mały traci motywację. Argumentuję, że zamiast wracać tym samym szlakiem zejdą następnym, ale zaraz pierwszym jaki tylko będzie. Dał się przekonać. Troszkę tym sposobem wpuściłam dziecko w maliny, ale Patryk przeszedł całą Wetlińską i zasłużył na tytuł wytrawnego bieszczadnika, bo poradził sobie dzielnie, a towarzystwo nie rozdzieliło się na podgrupy.

Na Przełęczy Orłowicza wzmożona frekwencja. Majowy weekend się rozkręca. Jestem pewna, że od jutra jak wejdę na leśny szlak to się zmieni, ale Ola jutro już odjeżdża i te przez 3 dni, które spędza ze mną chcę jej pokazać Połoniny właśnie – wszak to kwintesencja Bieszczad. Przechodzimy Smerek. We wsi jesteśmy po 17tej. Łapiemy stopa do Wetliny, zwijamy biwak i przerzucamy się do Cisnej. Stopem.

Tym razem rodzinka z łódzką rejestracją. Młodzi ludzie z czteroletnim maluchem. Z takim niewiele można, ale znam ten ból, kiedy małość dziecka ograniczała aktywność górską. Głód gór, który znamy. Ola wspomina jak ją mama targała po Tatrach w tym wieku.

 

W Cisnej udało się nawiązać kontakt na dojazd do Leska nazajutrz rano i połączenie do Krakowa. San-bus expres frontem do klienta.

Bolące kolana odjadą, nie będzie ograniczeń co do długości trasy. Jutro ze Smereka do Cisnej. To miał być rest day, po trasie Caryńska-Smerek poprzedniego dnia, ale wyszło jak wyszło.

 

W środę o 8-mej ruszam ze Smereka.

Krzyż w miejscu cmentarza

 

Pierwsza rzecz we wsi godna uwagi to stary cmentarz. Właściwie tylko miejsce gdzie kiedyś był. Ani jednego nagrobka. Tablica informująca o nim i pamiątkowy krzyż postawiony dopiero w 2008 roku. Wiatr historii zmiata skutecznie pamięć o ludziach. 

Zgodnie z przewidywaniem idę sama.

Po godzinie dochodzę trójkę wędrowców i dalej maszerujemy wspólnie. Fajne towarzystwo. Na wierzchołku Fereczatej_1102m spory kopczyk kamieni ułożony. Żartujemy, że to ten metr przewagi jaką ma ona nad Okrąglikiem_1101m n.p.m. Zasadnicze podejście dzisiejszego dnia za nami więc robimy popas.

 

 

 

 

 

widok z Jasła... namiot ogromny z błękitu

Potem wychodzimy na Jasło_1153m n.p.m. z widokami, a że jest na co patrzyć i czasu mamy dostatek znów postój albo raczej posiad. Namiot ogromny z błękitu…

Dalej Szczawnik_1098m, Małe Jasło_1102m, Worwosoka_1024m, Rożki_943m i na sześćdziesiątym piątym kilometrze GSB od Wołosatego licząc, w Cisnej jestem o 15tej. To trochę strata czasu, ale ogarniam się po trasie i żeby go nie tracić robię mały rekonesans do Bacówki pod Honem. Przebiegła mi przez głowę myśl, że mogłabym się tu przenieść z biwakiem, ale ostatecznie to tylko pół godziny drogi od miejsca w którym jestem – trochę bez sensu. Porzucam ten pomysł. Przygotowuję się do jutrzejszej trasy. Tym razem 32 km do Komańczy, 10 godzin. Zacznę wcześnie. To może nie być lajt i pogoda ma się zmienić. Lepiej żeby nie.

 

W czwartek pobudka przed piątą. Nareszcie wstaję jak człowiek i bardzo mnie cieszy, że mam po co. Różne ludzie mają kółka zainteresowań, a ja mam poranną kawę jeszcze w śpiworze. Taki rytuał.

Opuszczam pole 5.55 Pusto we wsi i cicho.

mgły o poranku z Bacówki pod HonemDochodzę do Bacówki i nareszcie mam na szlaku chłód wczesnego poranka. Obfita rosa srebrzy wszystko wokół, mgły snują się doliną. Chce się żyć.

Mijam śpiące schronisko i krótko, ale ostro podchodzę na Hon_820m n.p.m. Pierwsza dziś górka. W bliżej nieuzasadniony sposób uklepało mi się w głowie, że Przełęcz Żebrak to połowa trasy, a wcześniej jak zdobędę Jaworne to potem już mi nie grozi niezrobienie planu. Trzeba zdobyć Jaworne. 10 km i 3.45 godziny. Dzisiejszego dnia nie zakłóca mi obecność żadnego towarzystwa. To co Bożenki lubią najbardziej - iść, dumać, nie gadać - kontemplować urodę świata.

pierwszy sygnał o niedźwiedziachTrasa leśna, słońce już tak nie doskwiera. Zaliczam płynnie Osinę_963m, Berest_942m, Sasów_1010m. Ktoś jednak chodzi tym szlakiem. Na Sasowie kartka weryfikacyjna Studenckiego Klubu Górskiego. Zespół NIEDŹWIEDŹ.

Że też taką prowokacyjną nazwę sobie obrali. To mi przypomina, że powinnam wzmóc czujność!!! Wszak niedźwiedzie nie śpią. Może za następnym krzakiem... Jerzyk nie omieszkał mi podesłać stosownego linka o niedźwiedziu w Bieszczadach, ale to było w Lutowiskach. Idę w przeciwnym kierunku więc spoko, nie mniej jednak ziarno niepokoju zakiełkowało.

Na Wołosaniu_1071m mam dobry czas więc odpoczynek i śniadanko. W drodze na Jaworne znienacka dostrzegam na ścieżce kupę!!! Czyja? Niedźwiedzia!!!!!

Przemknęła mi przez głowę myśl by ją sfotografować, ale nogi pomknęły natychmiast do przodu i nie zdążyłam nic prócz pomyślenia zrobić. Daję ostro z buta, bo z górki jest do skrzyżowania z czarnym szlakiem. Tu zaczynam się śmiać sama z siebie, bo po pierwsze nie wiem jak wyglądają odchody niedźwiedzia i może to wcale nie niedźwiedź był, a po drugie nawet jak niedźwiedź to przecież nie idzie szlakiem do Komańczy, nie ma obawy. Faktem jest, że na Jawornem byłam o 10tej, piciu i dalej. Na Przełęczy Żebrak o 10.55 i ta mnie zaskoczyła. Jakoś za prędko do niej dotarłam. Tu spotykam pierwszych dwóch chłopaków, którzy z Bacówki pod Honem wyszli godzinę wcześniej niż ja tam byłam. Mam czas o godzinę lepszy od nich. Po niedźwiedziej kupie, - którą oni też widzieli i ze znawstwem oceniają, że wczorajsza - zabieram się dalej z nimi. Lepiej nie ryzykować. Wspólnie trzymamy się z pół godziny, ale idą znacznie wolniej. Poza tym widzę, że gość na podejściu powstrzymuje sapanie. Chyba nie czują się komfortowo w moim towarzystwie. Zatrzymujemy się na chwilę. Picie, kanapka i ruszam wcześniej. Cześć chłopaki – to ja lecę. Już mi niedźwiedzie strachy przeszły. Teraz mam ludzi za sobą.

szczyt Chryszczatej_998m n.p.m.

 

 

 

Szczyt Chryszczatej_997m znów mnie zaskakuje, że już jest. Tu popasam sobie pół godzinki. Jak utrzymam dotychczasowe tempo bez sensu zalecę do tej Komańczy w pół dnia. Daję sobie na wstrzymanie tempa. 

 

Z dwóch cmentarzy wojennych, które powinnam minąć dostrzegam tylko jeden za Chryszcztą. Zmierzam do Jezior Duszatyńskich.

Zrobiło się gorąco.

 

 

 

Duszatyńskie Jezioro

 

 

 

Jakby tak stopę w wodzie zanurzyć byłoby super. Nie da się jednak stopy zanurzyć od tej strony jeziora, a z drugiej strony mnóstwo ludzi. Tak to ja nie chcę.

Jestem w Rezerwacie Zwiezło. Jeziora malownicze, tylko ze 3 km od Duszatyna. Od tej pory mam już liczne towarzystwo spacerowiczów.

 

i znów namiot ogromny z błękitu

 

Wychodzę z lasu w ciasnej dolinie Osławy. Nie ma wiatru. Natychmiast skwar daje znać o sobie. Terenowych widoków nie ma, ale niebo rekompensuje ten brak. Pogoda raczej wytrzyma zaczynają się jednak gromadzić się chmury. Pięknie jest…”namiot ogromny z błękitu, wsparty na drzewach jak maszty”- stara harcerska piosenka kołacze mi się w myśli od kilku dni.

Na szutrowej drodze do Prełuków nieznośny pył. Przejeżdżające samochody wznoszą całe tumany i osiada na mnie niemiło. Fatalny odcinek.

 

znaki leżą pokotemNie ma znaków. Mam iść drogą, ale jakiś znak dla utwierdzenia w przekonaniu, że dobrze idę by się przydał. Wyrąb po zalesionej stronie drogi nie wróży dobrze oznakowaniu. Po ujrzeniu takiej tablicy w pozycji leżącej wiem, że nie ma na co liczyć. 

Na poboczu stoi jakaś pani przy samochodzie z miejscową rejestracją. Zagadnęłam ją i skierowała mnie do mostu starej kolejki wąskotorowej w dole nad Osławą. Zeszłam, zdjęcia i wracam na drogę. Gdyby nie ona, minęłabym atrakcyjny punkt tuż przy trasie, bo nic o nim nie informuje. Za parę minut ta kobieta jedzie samochodem i zatrzymuje się z propozycją, że mnie podrzuci.

Dziękuję jej bardzo, ale ja muszę iść – wszak idę GSB. Z podrzucaniem się nie liczy. Cierpliwie przemierzam Prełuki. Bacznie obserwuję prawą stronę drogi, bo szlak na prawo w las ma skręcić, a ja mam dosyć kurzu i upału. Słupek m. in. z czerwonym znakiem także w pozycji leżącej. Baczna uwaga mnie uratowała - skręciłam gdzie trzeba i z ulgą weszłam w las na wschodnio-północnym zboczu z głębokim cieniem. 

Teraz już spokojnie człap, człap.

Przed wejściem do Komańczy jeszcze jeden pomnik pamięci – tym razem Cyganów z Komańczy. Jedna wojna, druga wojna, Świerczewski i akcja Wisła wyjątkowo tragicznie naznaczyły te tereny. Aż niestosowność jakąś dostrzegam w moim dobrym nastroju, w takim miejscu ze smutną historią.

16.30 jestem przy kościele w Komańczy, na dziewięćdziesiątym szóstym kilometrze Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przeszłam dzisiejszy etap w czasie zgodnym z mapą. Równocześnie z wyjściem na drogę pierwsze grube krople deszczu. Teraz może już nawet padać. Padało tylko 5 minut, ale daje mi do przemyślenia co z dniem jutrzejszym. Skończyła mi się mapa Bieszczadów. Jutro - albo dalej bo mam czas i następną mapę albo do domu, bo pogoda w końcu przestanie sprzyjać, a i przed powrotem do pracy pasowałoby odpocząć po tym urlopie. Zobaczymy.

Do Cisnej wróciłam stopem bez problemu. Nazajutrz wczesny ranek niedoskonały pogodowo, ale ze słońcem - to bez pośpiechu kaweczka. Namiot i tak musi z rosy obeschnąć. Poza tym obserwuję, w którą stronę przechyli się niepewna pogoda. Przechyliła się w stronę deszczu. Ostatecznie zwinęłam się na mokro w tempie błyskawicznym z konieczności. Tym razem bez dobrodziejstwa stopa wróciłam przed wieczorem do domu, komunikacją publiczną, sprawdzoną metodą - krótkimi skokami do przodu. Z Cisnej kolejne przesiadki „drzwi w drzwi” niemalże - do Sanoka, do Krosna, do Jasła, do Nowego Sącza, do Nowego Targu i prawie już Smile

Dzień był bezdeszczowy na trasie podróży. Jak w Bieszczadach było – nie wiem.

Bez względu na dyskomfort tu i ówdzie: za gorąco, za tłoczno, za szybko, za pylisto, za niedźwiedzio – to był wspaniały wypad. Najważniejsze: pokazałam Oli Bieszczady – najpiękniejszą część GSB, mam 1/5 szlaku, 7 dni bez codzienności pracowo-domowej. Żadnych spraw pilnych, ważnych, terminowych itp. Jak tu się nie zachwycać gdy… namiot ogromny z błękitu...

Posłowie

Sprawdziłam w necie. Kupa za Wołosaniem była końska. Mój cykor przed miśkiem był zupełnie zbędny.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 9 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

Przy okazji wyjazdu do Zuberca - pięknej wioseczki położonej tuż u stóp masywu słowackich Tatr Zachodnich, postanowiłem zrealizować małe tatrzańsko- górsko- biegowe marzenie: pobiegać po Tatrach Zachodnich. Wszystko w ramach przygotowań do sezonu biegów górskich 2011' , a takze, a może przede wszystkim do realizacji większego Marzenia - przebiegnięcia głównej polskiej grani Tatr Zachodnich. Żeby jednak to marzenie zrealizować trzeba uzyskać tzw. "lekkość w nóżkach", czyli oględnie mówiąc, nienajgorsza kondycję:) W ramach szlifowania tejże, a także w ramach rozpoznania frontu pokusiłem się o 15 km kółeczko prowadzące ze Zverovki przez Tatalikową Chatę, Przełęcz Zabrat, Rakoń na Wołowiec. Następnie już zbieg z Wołowca spowrotem w stronę przełęczy Zebrat, a potem żółtym szlakiem do Zverovki.

 

Po lekkiej rozgrzewce do Tatalikowej i skonsumowaniu cuuudowie pysznej kawy mogło już byc tylko lepiej :) I ku lekkiemu zaskoczeniu, było. Dolina opustoszała, ludzi po deszczu wywiało, schronisko zamknięto (byłem tam dość późno bo około 14.00) i zostałem zupełnie sam na sam z górami. Uczucie rzadkie w Tatrach. I unikalnie wspaniałe. Podbiegi, choć ciężkie okazały się być jednak łaskawe, a widoki wynagrodziły wysiłek po stokroć. Fantastyczna cisza i widok łaciatych Tatr z grani był balsamem dla umęczonej miejsko- komercyjnym gwarem duszy. Tak duchowo "podleczony" podążałem granią w strone Wołowca, gdzie podbieg dał w kość dość mocno, ale udało się. Na szczycie zrobiłem sobie dłuższą sjestę tj. "pogospodarzyłem" (jak to nazwał podchodzący na szczyt ponad 70-letni spotkany Turysta, który stwierdził, że "to dobrze że na Wołowcu ktoś gospodarzy"... :) Przy okazji zrobiłem baaardzo dużo zdjęć,  trochę się wzmocniłem, a nastepnie pobiegłem spowrotem w stronę Przełeczy Zabrat. Dodatkowo w drodze powrotnej wyszło słońce i zrobiło sie naprawdę cudownie. Całość, nie licząc krótkich odpoczynków na szczytach (dłuższego na Wołowcu) i przełęczy, zajęła mi około 3 godzin. Podbiegi udało sie pobiec w całości, a więc egzamin zaliczony. Można myśleć o Grani.


Po dobiegnięciu do Zverovki skierowałem swe kroki do znajomych w Zubercu, którzy juz od jakiegoś czasu, skończywszy wspinanie rozkrecali imprezę na rozpoczęcie sezonu wspinaczkowego naszego Bielskiego Klubu Alpinistycznego. Imprezka się udała, a nastepnego dnia udało mi się jeszcze  powspinać na Vapence, ale to juz zupełnie inna historia...:) Słowem: weekend się udał, a egzamin został zaliczony. No i przede wszystkim.... było pięknie!

Poniżej  profil traski i kilka zdjęć:

 

00

 

0

 

 

1

 

2

 

3

 

4

 

5

 

6

 

7

 

8

 

9

 

10

 

11

 

12

 

13

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

Stovka Jarním Šluknovskem
 115 km, 4400+

 

Krupka – Komáří vížka – Zadní Telnice – Tisá – Děčínský Sněžník – Děčín, Maxičky - Děčín, Dolní Žleb - Gr.Zschirnstein – Bad Schandau – Lilienstein – Bastei - Hohnstein – Köhlmuhle - Lichtenhain – Mikulášovice 



Błoto jak w Beskidzie Niskim, śliskie kamienie jak w Karkonoszach i stopień techniczny trudności jak przystało na Szwajcarkę, tym razem Saską Szwajcarię na wysokim poziomie.

 

Krupka to miejscowość w północnych Czechach położona w Rudawach  - Krušné hory z wyciągiem na pobliski szczyt Komáří hůrka 809 m n.p.m. I to właśnie tutaj zaczęliśmy zmagania z stupiętnastokilometrową trasą od razu zaczynając od ostrego podbiegu pod wyciągiem na szczyt, gdzie znajdował się pierwszy punkt kontrolny.

 


Pogoda jest taka jakiej najbardziej nie chciałem – rzekłem do Huberta. Siąpi deszczem i wilgotno. Powtórka z dwóch ostatnich ultra maratonów – Szlakiem Orlich Gniazd i Prazskiej Stovki – myślę sobie. Mimo, że lubię deszcz to chciałem od takiej pogody nieco odetchnąć na zawodach. Ale jest tak, że my nie wybieramy pogody, tylko zawody i pogodę bierzemy w ciemno.

 

,,Nie chcem, ale muszem’’ – biegnę.

 

Pierwszy podjazd od razu rozpala ciało. Nie zamykam się w samotności, współpracuję z Czechami. Oznaczenia trasy nie widzimy, wiemy że pod wyciągiem na samą górę. Na pierwszych kilometrach taki test ciała uświadamia skalę trudności biegu.

 

Ze szczytu gaz po pochyłej, ale do momentu bliskiego spotkania z ciapą. Toną buty, a my jeździmy co rusz na prawo i lewo. Z doświadczenia wiem, że najgorzej jest zamoczyć buty pierwszy raz, a potem to już leci. Tak rozpędzeni z nieznajomym mnie Czechem wypadamy poza trasę o 1,5km. W sumie więc dorzucamy w pierwszym etapie biegu 3km extra.



 

Znów wyprzedzam te same osoby co przed chwilą , w tym ‘’gościa’’ w jeansach! Nie wiem jak dalej mu szło, ale pierwsze kilometry zasuwał szybko. Nadrabiamy to co straciliśmy. Na punkcie w gospodzie po tym jak odmówiłem zupy dla zawodników, musiałem ujawnić się, że jestem Vegan. Próbowali wcisnąć mi jakieś ciasteczka, ale po moich kilku pytaniach zrezygnowali i sami przyznali, że mogą mieć masło, czy coś tam innego. Mam tycinky tzn. batony raw i myśl, że na kolejnych punktach będą banany.

 

Z gospody wypadam sam, trzeźwy bo piwa i ogólnie alko też nie piję. Napieram na jeden z bardziej znanych i charakterystycznych punktów regionu – stołowa góra - Děčínský Sněžník 723 m n.p.m.. Mgłę dosłownie czuję gaciach. Jest tak gęsta, że oświetlając swoje buty ledwo je widzę. Gubię  gdzieś tutaj rękawiczkę i pozostaje w jednej. Klimat nieziemski, samotność i cisza wśród skał. Takie sceny powtórzą się jeszcze kilkukrotnie podczas tej podróży.

 


 

Szurając butami po mokrym podłożu doganiam dwóch zawodników, którzy nie wiedzą, którędy dalej. Szybko orientuję się w terenie i nawołuje, aby podążali za mną. Od tego momentu będziemy się mijać, siedzieć sobie na ogonie, a ostatecznie razem wbiegniemy na metę.

Opady deszczu na szczęście nie są uciążliwe, największe chyba miały 2mm. Następny punkt programu to już po niemieckiej stronie Gr. Zschirnstein. Na ogonie dwóch znajomych, przede mną mgła, że niemal po omacku napieram do przodu wiedząc, że za chwilę będzie platforma widokowa - Gr.Zschirnstein 561 m n.p.m. Najwyższa góra Saksonii. Stąpając tak to jak rosyjska ruletka, żle staniesz lub o jeden krok za daleko i można zwiedzać inne tereny niż, te które przygotował nam organizator.

 

 


 

Ze szczytu gonię do Bad Schandau nad Elbą. Miasteczko kurort pięknie położone. Jest klepanie asfaltu, ale w dzisiejszych czasach to już ciężko zrobić setkę nie wchodząc z butami w takie podłoże. Tutaj Olaf przeprowadza kontrolę chipową. Co bardzo sobie cenię na zawodach to herbata na punktach. Nie kojarzę, aby na jakimś punkcie jej nie było. Niestety bananów nie mogę namierzyć na żadnym z punktów. Jest za to marchewka?! To chyba z okazji Wielkiej Nocy. Pietruszkę już kiedyś testowałem, więc i pora na marchewkę przyszła. Jeśli nie macie ze sobą sporo celulozy to odradzam  na zawodach. Jest też zielony ogórek, pomidory i na jakimś punkcie jabłko. Oczywiście jest też cała masa różnych innych artykułów spożywczych, naprawdę dużo, włącznie z piwem, winem i chyba zdaje się Egon miał też coś mocniejszego, bo na tajnej kontroli wyskoczył z pierożkami domowej roboty i arsenałem trunków.


 

Z Bad Schandau to wspinaczka na Lilienstein. Taka górka 415m n.p.m. ale aby wspiąć się na nią trzeba zmęczyć ciało i wdrapać się po schodach i drabinkach. Właśnie byłem w połowie drogi na szczyt, gdy minął mnie czwarty zawodnik, który pędził już w dół. Rzuciłem się w wir gonitwy za nim, ale on musiał rzucić się w wir ucieczki spotykając mnie, bo ani go widu ani słychu.  Przede mną zatem danie główne tej stówki – Bastei. Jednym z głównych powodów dla którego przyjechałem na tą imprezę  to właśnie Bastei. Most skalny wybudowany w 1851 r. Tyle, że mgła go spowiła i miałem inny klimat niż na pocztówkach. Zaraz za mostem spotykam pierwszych turystów, niektórzy na mój widok reagują cichym chichotem i coś szepcąc między sobą. Pewnie nie tylko ja z naszej wycieczki miałem takie sytuacje. Szlak dalej prowadził nas na kolejne ciekawe miejsce z widokiem i ponownymi schodami, tym razem w dół. Tyle schodów co na tych zawodach, nawet jakby zliczyć wszystkie moje ultra razem wzięte, to nigdy w życiu nie pokonałam.

 


 

Wypadając z tych schodów przed nami roztaczał się Hohnstein, gdzie znajdował się punkt kontrolny, z którym wszyscy, a na pewno większość miała problem ze znalezieniem go. Mnie to zajęło od 30 do 40 minut. Nawigacja pokazywała w lewo, szlak szedł w prawo, a rozpiska trasy na wprost. Wszystko poszłoby gładko, gdybym nie odbił z zielonego szlaku tuż przed skałą w lewo do miasta. Nadłożyłem trochę, ale punkt zdobyty. Mniej szczęścia mieli dwaj wspomniani Czesi, którzy od Bad Schandau siedzieli mi na ogonie. Myślałem, że zgubiłem ich, aż tu nagle jakieś 10km dalej niż Hohnstein, biegną w moją stronę szlakiem, na którym w ogóle powinno ich nie być. Tną jak brzytwa, dopiero jak mnie zobaczyli zaczęli wyhamowywać i poczuli chyba ulgę. Oni też weszli w miasto i popędzili nie tym szlakiem co trzeba dokładając troszkę. Los splótł nasze drogi i od tego momentu razem dreptaliśmy aż do mety.

 


 

Z tego wszystkiego nawet nie wiem kiedy rozpogodziło się. Zrobiła się przyjemna górska pogoda. Doczekałem się też banana. Dostałem od jednego z moich towarzyszy po fachu. Niemal na deser trasy biegniemy cudownymi dzikimi ścieżkami wzdłuż potoku przecinając co rusz go mostkami. Piękny śpiew ptaków przestał być słyszalny dla nas przez następne może i nawet 10 km  na poczet szumu wody przelewającej się w górskim korycie rzeki. Po tym wspaniałym fragmencie został nam ostatni kopiec do przeorania za którym miał znajdować się ostatni punkt kontrolny. No właśnie miał. W miejscu w którym powinien być - Zlodejska Cesta – nie ma go. Myślimy sobie, że jak sama nazwa wskazuje, na tym szlaku nic długo nie postoi. Po 500 metrach postanawiamy jednak wrócić i jeszcze raz obejrzeć miejsce, może przeoczyliśmy. Ale nie, nie ma nic, w sumie 1 km dorzucony – śmiejemy się, że na weekend.

 


 

Na metę w Mikulášovicach wbiegamy po 18h i 04 minutach tym samym całą trójką zajmując piąte miejsce. Na najdłuższym dystansie wystartowało 63 osoby, ukończyło 54 osób. W sobotę ruszyły krótsze trasy 50, 30,21 km. W niedzielę następne i w lany poniedziałek ostatnia 14km. Wyobrażacie sobie takie Dni Wielkanocne w Polsce? Bo ja nie i cieszę się, że mamy takich super sąsiadów.

Zdjęcia dostępne dzięki uprzejmości Zdeněk Černý

Ps. Impreza zrobiona raptem kilkuosobowym składem i minimalnymi kosztami.

Zdravim

Łukasz Pawłowski - wlodec

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Trekking Trekking

Albo solo albo wcale – taki miałam wybór. Miało być towarzystwo, ale komuś coś wypadło, ktoś inny obawia się czy to bezpiecznie na Ukrainę obecnie.

Póki jeszcze czas urlopu zdecydowałam się na solo w niedzielę wieczór. Zakupiłam bilety do Krakowa, następny do Przemyśla, przez Medykę przejdę pieszo, a dalej jakoś to będzie. Cel podstawowy Howerla i Borżawa.

Środa 1.30 jestem w Krakowie. Przemyśl podjeżdża, ale Wrocław- Lwów już stoi.

no to w drogę 

 

Puszczam Przemyśl, wsiadam do Lwowa i o 5 rano jestem na przejściu granicznym Krakowiec. Kolejka 10 autokarów, nasz jedenasty. Optymistycznie licząc pół godziny na każdy – mamy 5 godzin stania na granicy. No i tyle staliśmy.

Koło południa jestem we Lwowie. Autobus do Iwanofrankowaska za kwadrans i jestem tam o 16tej. Autobus do Worochty już stoi, ale za szybko to wszystko się dzieje. Jak tak będę pędzić po drodze nic nie zobaczę. Następny o 17.25, o 18-tej, 18.25, 19-ta. Puszczam ten, który stoi, kupuję bilet na 17.25, idę na kawę, obiad i małe zwiedzanko.

O 17.25 niespodzianka – autobus nie pojedzie z powodu awarii, o 18-tej też nie pojechał, dopiero o 18.25 i jeszcze trzeba bilet przebookować. 300% normy jeśli idzie o stopień wypełnienia wnętrza pojazdu i o 21-szej jestem w Worochcie.

 

Gdzie spać?

Turbaza Ukraina – brak miejsc.

Już się ściemniło zupełnie.

Przydrożne dwa punkty, do których mnie odesłano – brak miejsc. Już kombinuję o rozbijaniu namiotu na terenie turbazy,  ale trafiam na dwie spacerowiczki z dziećmi, które po wykonaniu kilku telefonów odprowadzają mnie do centrum, do Turbazy Howerla. Pokój (2 łóżka) z łazienką = 100UAH. Luksus za drobne.

Po upalnym, długaśnym i męczącym dniu korzystam z przyjemnością.

 

Czwartek rano, kursowym autobusem do przystanku Worochta Ardeluza, skrzyżowanie z drogą do Zroślaka. Skądinąd wiadomo, że z Worochty na ogół ludzie taksówką lub innym wynajmem do Zroślaka jeżdżą, ale w pojedynkę to nawet w hrywnach tanio nie będzie. Poza tym jest widno i dzień długi. Nawet jak mi przyjdzie piechotą drałować uznam to za rodzaj atrakcji w podróży. To tylko 10km, a może jakoś to będzie.

 

Na rzeczonym skrzyżowaniu wysiada kilka osób z plecakami, dwoje w klapkach i ja. Na Howerlę zmierzają te klapki, ale nie wiedzą jak i gdzie? Mam gps w ręku. Pasażer oczekujący na przystanku przykleja ich do mnie – ona znajet - i idziemy. Po 5 minutach ja łapię toyotę na STOP-a, oni nie wiem co dalej.

Dojeżdżamy do szlabanu – Worochta Zavoielia.

szlaban na drodze do Zaroślaka

 

Kierowca musi zarejestrować przejazd samochodu. Płacimy po 20 UAH/os. za wstęp na teren Parku i jedziemy dalej. Asfalt się skończył. Toyota raczej z limuzyn niż terenówek. Parę razy haczyła o kamień podwoziem, że tylko zgrzyt żelaza, ale szczęśliwie dojechaliśmy. Zbliża się południe. Co w tej sytuacji robić? Siedzieć – za wcześnie. Iść coś konkretnego – za późno.

Będzie rekonesans na szczyt lub Jezioro Niesamowite i rozejrzeć się po otoczeniu.

Zaroślak to wielka Sport-Baza, a nie turbaza. Oficjalnie miejsc nie ma. Trwa obóz treningowy. Zabezpieczam sobie spanie na szczycie wieży obok, na terenie obiektu za 50 UAH.

w tej wieży będzie spanie

 

 

Rozglądam po kilku budkach z pamiątkami i spożywczą drobnicą, zostawiam w depozycie uprzejmej pani portierce nadmiary z plecaka i idę na szczyt.

Szlaki niebieski i zielony. Ruch na obu duży.

 

Powyżej Małej Howerli zanosi się na burzę. Przed szczytem zaczyna padać i grzmi. Rodzą się moje wątpliwości, ale nikt, dosłownie nikt nie rezygnuje. Na szczycie burza w najlepsze. Przy betonowej kolumnie zbita grupa zorganizowana, ze 20 dzieciaków. Nikt nawet nie myśli o sprowadzaniu ich niżej.

 

Jestem zszokowana. Przeczy to wszelkim regułom zachowania podczas burzy jakie z Tatr wyniosłam.

 

 

 

No i ponieważ oni się nie boją, ja też się nie boję i ze 40 min przeczekuję burzę.

 

burza na szczycie Howerli

 

Aż trudno uwierzyć, że to już Howrla.

 

Howerla_2061m n.p.m. 

Widoki jak to po burzy.

po burzy

 

po burzy

Zejść zamierzam zielonym szlakiem dla odmiany. Skręcam w kierunku przeciwnym do tego, z którego wchodziłam. Błąd. To był szlak żółto czerwony. Zeszłam już ze 100m niżej, muszę się cofnąć na szczyt. Teraz dokładnie sprawdzam gdzie idę – wchodzę w zielony. On też do Zroślaka, ale… są znaki niebieskie kierujące do sportbazy, a zielone nie kierują. Zaczynam wątpić i w końcu trawersuję na powrót na niebieski szlak.

Z biegu zaliczyłam sobie cel główny wyprawy. Co jutro? Jezioro Niesamowite.

Jak przejrzałam uważnie mapę – szlak na J. Niesamowite (7km) omija kawał grani, trzy wierzchołki. Przyjechałam tu dla połonin, tego mi szkoda.

Daruję sobie wobec tego Jego Niesamowitość, pójdę jutro przez Howerlę. Postanowione.

Tymczasem po powrocie spanie w wieży zamieniono mi na pokój z łazienką za 120UAH i bardzo mi to było na rękę.

 

schemat trasy

Rano – jak pomyślałam tak zrobiłam, z tą różnicą, że na plechach 23kg. Mam 5 litrów wody, bo nie będzie jej na grani, a ma wystarczyć na 2 gorące dni.

Dziś na Howerli zdjęcia i widoki piękne.

w drodze na Howerlę

 

Z pozoru bliski niemal majestatyczny Petros.

Petros z Howerli

 

Na horyzoncie Pop Iwan rozpoznawalny ruinami obserwatorium meteo. Tam idę.

Pop Iwan na horyzoncie

 

No i moja fotka szczytowa jak nalezySmile

 

Howerla_2061m n.p.m.

Dziś na szczycie prócz ludzi stado owiec jest.

Spotykam staruszka tak koło siedemdziesiątki. Zamieniamy parę słów. Moja babuszka była z Polszy – mówi, z Krakowa. Takich ludzi z odległymi, ale polskimi korzeniami spotkałam jeszcze potem kilkoro.

Grań Czarnohory wspaniała. Idę dokładnie wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Zostały niemal wszystkie słupki graniczne w terenie. Reguła jest taka: słupek ma numer główny i numer podpunkt. Na wierzchołku kolejnego wzniesienia lub na dnie przełęczy jest nr bez podpunktu. Po tych słupkach rozpoznaję kolejne wierzchołki bo nie ma innych oznaczeń.

grań Czarnohory

Kolejno wchodzę na Breskuł_1911m, Pożyżewską_1822, Dancyż_1855m, Turkuł_1933m. Stąd Jezioro Niesamowite ze 100m w dół. Kilkanaście namiotów, płoną ogniska, ludzie biwakują na luzie. Spoko można tam spać.  Nie schodzę nad jezioro, ale decyzję o pójściu granią uznaję ze wszech miar za słuszną.

Jezioro Niesamowite

 

Widoki jak z bajki.

Połoniny niemal bez końca i wokół. Chmury się zbierają. Łaskawie przysłaniają trochę prażące słońce. Zbierze się burza, ale do 14-tej mam czas. Jakby co – przeczekam ją na grani. Na Ukrainie tak się robi.

Mijam nienazwany szczyt 1910m, odbijam troszkę z czerwonego szlaku trzymając się granicy i wchodzę na Rebrę_2001m. Po zejściu z tego wierzchołka na przełęczy jest znak kierujący na GutinTomnatyk_2016m. W dole widzę zagospodarowane namiotami Jezioro Brebeneskuł.

Jest już 16-ta. To ja sobie na luzie (plecak w trawy na pobocze) Gutin Tymnatyk robię i na nocleg schodzę nad rzeczone jezioro.

 Jezioro Brebeneskuł

 

Chmury krążyły, krążyły ale w końcu nie zdecydowały się na deszcz. Udało mi się, burzy nie było.

Biwak – rewelacja! Zbiornik główny służy do kąpieli i pływania (ja nie korzystam). Woda do picia płynie 3 metry od mojego namiotu. Po co ja tyle dźwigałam cały dzień??? Żyć nie umierać. I tyle cudów z całego dnia pod powiekami. Skromne gotowanko (miejscowi gotują na ogniskach, ja mam gaz), myciu, zachód słońca nad Tomnatykiem i spanko jak u Pana Boga za piecem. Pop Iwan będzie jutro i tam też będzie gdzie spać jakby co.

 

Nazajutrz Brebenskuł_2035m. Szlak trawersuje go wyraźnie, ale skręcam na szczyt.

Trzeci dzień maszeruję wzdłuż starej granicy polsko-czechosłowackiej. Ludzi wokół jak okiem sięgnąć nie ma. Postanowiłam na chwilę przyłączyć Brebeneskuł do Macierzy :)

 

 Brebeneskuł_2035m n.p.m.

 

Potem  Munczel_1998m, Dżembronia_1877m, szczyt_1851 i Pop Iwan_2028m z ruinami obserwatorium.

Pop Iwan na horyzoncie

 

Z zewnątrz stan budynku solidny (ostatnio pokryto go nowym dachem), ale wnętrze w opłakanym stanie.

ruiny obserwatorium na Pop Iwanie

Długo rozmawiam z chłopakiem, który tam stacjonuje. Opowiada i o remoncie i o współpracy z Uniwersytetem Warszawskim w tym zakresie. Wymienia rok 2016, 2018 jako kolejne etapy finansowania i odtworzenia materii budynku. Z ogromną wiarą o tym mówi. Życzę mu by się spełniły te wszystkie plany, ale w duchu myślę sobie, że w naszym kraju… różnie to bywa z takimi obietnicami, projektami.

Jakoś same wątpliwości mi chodzą po głowie. Mam nadzieję, że Ci co z naszej strony zajmują się tą sprawą dotrzymają słowa i wywiążą się z podjętych zobowiązań. Chłopak objaśnia mi szczegółowo rozległą panoramę. Widzę Stoha, Pop Iwan Marmaroski, przebieg granicy ukraińsko rumuńskiej.

Na Popie Iwanie_2028m n.p.m.

Na Popie Iwanie_2028m n.p.m.

 

Na Popie Iwanie kawa własnym sumptem oczywiście. Zapraszam trójkę młodych ludzi z Kijowa. Poznaliśmy się wieczorem na biwaku. Dalej idziemy chwilę wspólnie żółtym szlakiem na Uchaty Kamień_1864m.

Z przełęczy Sedlo widać w dole kolejne jezioro z namiotami. Przy nim są ponoć ruiny starego, polskiego schroniska turystycznego, ale ich nie identyfikuję z daleka.

 

Moi nowi znajomi z Uchatego Kamienia schodzą na Połoninę Smotrycz. Ja chcę jeszcze wejść na szczyt Smotrycz_1898m więc tu się rozstajemy.

 

Oni w dół, ja w prawo granią, niebieskim. Na Smotryczu chwila przerwy. To ostatni wysoki punkt dzisiejszego dnia. Napatrzyć się jeszcze, napatrzyć.

 

Zejście strome, ścieżka wąziutka, ale spoko. Tu ludzi już nie ma. Szlak niebieski oznakowany bdb. Na Połoninę Smotrycz schodzę o godzinie 17-tej. Spotykam znów Julię, Romka i Wasię. Zapraszają mnie na wspólny biwak, ale ja już zdecydowałam wrócić dziś jakoś do Worochty, by jutro móc zacząć kolejną trasę.

 

Do Dżembronii zeszłam ok. 19.30

 

Autobusu już nie będzie. Stoi kilkanaście samochodów, ale to mogą być Ci co biwakują nad jeziorami. Wydostać się stąd będzie ciężko, ale jakoś to będzie.

 

Na razie uzupełniam płyny na drogę i ruszam z buta. Nie do końca zdawałam sobie sprawę na jaką trasę się porywam. Po półgodzinie zatrzymuję autobus z wycieczką. Do Ilczi. Zawsze to bliżej. Ze 20 km jedziemy doliną rzek najpierw Dżembronii, a potem Czarnego Czeremoszu.

Na drodze nie ma asfaltu, ale to droga.

W Ilczi jestem o 21.

Autobusu niet, stopa niet, taksi niet, hotel niet albo za 3 km i nie wiadomo czy mnie przyjmie.

 

Jestem sama, ściemniło się, ktoś mi się przygląda, mnie się to nie podoba.

Nie mogę tu tak stać.

Nic już się nie wydarzy, a w każdym razie nic dobrego. Idę na stację CPN. Jak tam niczego nie wymyślę to pozostaje mi nocleg w krzakach.

 

Na stacji kilka samochodów podjechało ale do Worochty nikt nie jedzie. To 30 km.

Wreszcie trafia się Andriej. Dogadaliśmy się co do Polszy i Zakopanego. On też nie może jechać bo jakieś interesy jeszcze ma do załatwienia, ale dzwoni dla mnie po taksówkę. Przynajmniej wie gdzie zadzwonić.

Taksi jest z Kołomyi, woła za kurs 300 UAH i… nie pojedzie.

- To ja Ci dam te 300 hrywien tylko mnie powiezi.

Andriej drapie się po głowie bo ma te swoje załatwienia, ale cena/oferta jest jak dla niego szokująco wysoka.

Tak wysoka, że go przekonuje i jedziemy.

Udało się! Tak mi się wydaje.

Ostra jazda bez trzymanki to był kurs i wcale nie ze względu na prędkość. Szybko się nie da bo to dziury z odrobiną asfaltu.

Wciąż jeszcze chyba przeżywa - taki intratny mu się trafił – i gada, i gada, i gada.

U nas takie drogi, ale jego żiguli rocznik ’72 da radę. Stareńki, pali 12/100 ale oryginał. Na małolitrażki on się nie decyduje. Ciemno, a on długich świateł nie włącza bo żiguli by nie wytrzymał chyba.

 

Mówię, że u nas nie wyjechałby na drogę tym samochodem bo po trzech kilometrach policja by go zgarnęła.

U nas wsio korupcja i separatysty (!). Z Donbasu prijechali (!). Milicja korupcja, wsio możesz.

Mnie ciarki po plecach przeszły na takie dictum.


Dziwi się, że sama jestem. Nie on pierwszy. Intuicja mi jednak podpowiada, że tym razem to nie jest imponujący atut. Kłamię jak z nutEmbarassed, że sama to tylko dzisiaj, ale jadę do Worochty bo jutro tam przyjeżdżają moi przyjaciele i dalej idziemy razem. Może już tam są, jesli udało im się złapać polączenie.

 

Po drodze Andriej załatwia swoje interesy. Czeka na niego przy drodze – wypisz wymaluj separatysta – czarny, zarośnięty, broda do pasa. Dla mnie szok.

Andriej płaci, dostaje plastikową torebkę strunową z nieokreśloną zawartością. Sprawdza towar na węch, na dotyk, kręci głową. Nie chcę wiedzieć ani widzieć co to, ale zakładam, że nic dobrego i nie powinnam w tym brać udziału.

Potem jeszcze przystanek u Swiety przy hotelu.

On wychodzi, ja zostaję w nieoświetlonym samochodzie na poboczu.

- Padażdi minutku.

Strach siedzieć w takim aucie, więc chcę wysiąść. Nie ma klamki. Jakoś udaje mi się w drzwiach wymacać jej ułamek, wysiadam. Czekam obok. Jak coś w niego wjedzie to przynajmniej beze mnie.

Wraca ze Swietą. Teraz ona dostaje towar. Andriej takich torebek ma więcej. Niestety hotel pełny i nie da się zrezygnować z jazdy więc jedziemy.

- Tu nie ma po drodze żadnych miejscowości pytam? – bo wciąż tylko las.

- Niet. Tolko lis i zwieri. A Ty znajesz pociemu taksi nie chce jechać?

- No pociemu? - pytam.

- Bo jakby coś z maszynu, albo ktoś w lesie zatrzymał to nóż do gardła i po sprawie.

Nawet nie mogę zrezygnować z tej jazdy, no bo co zrobię? W lesie wysiądę? Mam już dosyć tych gadek, wesoło nie jest. Gościu próbuje być zabawny, ale mu to nie wychodzi. Nie tylko mnie nie bawi, ale straszy.

Jeszcze po drodze benzynu. Zatrzymuje się na poboczu w ciemnym lesie.

- Gdie ty benzynu tu najdiosz?

- Mam w bagażniku.

Faktycznie dolewa benzyny. Chyba benzyny. Podniósł maskę samochodu, która otwiera się w archaiczną stronę. Smród paliwa, ale czy aby dolać paliwa trzeba podnosić maskę silnika?

Kompletnie mi się to nie podoba. No, ale jedziemy dalej.

Próbuję zmieniać temat na siemiu, -  ale rozwiedziony, nie ma o czym gadać.

Próbuję zmieniać temat na rabotu, ale to był chybiony pomysł, zaś korupcja i ciemne interesy wyłażą.

Na szczęście dojechaliśmy do Worochty. Zapłaciłam, wysiadłam z ulgą w centrum pod drzwiami turbazy Howerla. Wcale nie mam pewności, że będzie miejsce, ale byle już wysiąść. Jest 22.45.

 

Miejsce było. W pustym pokoju 4-os. bez łazienki 50 UAH.

Jutro jadę do Kwasów. Pójdę na Bliznicę. Pociąg mam 10.30

To był piękny dzień z nadzwyczajną atrakcją komunikacyjną na koniec. Znowu mi się udało niemniej jednak to była ryzykowna sytuacja.

3 dni w Czarnohorze minęły.

 

Niedziela

Najpierw dojazd Worochta-Kwasy.

odjeżdżam z Worochtydworzec w Kwasach

Na szlaku jestem 12.30

ruszam na Bliźnicę_1872m  n.p.m.

Daleko nie dojdę bo niesamowity upał, ale wiem gdzie po drodze jest dobre miejsce do biwakowania w lesie. Albo jakby dalej się udało to pod Bliznicą Jezioro Ivor. Jak jest jezioro, na pewno będą tam biwakować ludzie.

To był najcięższy dzień w całej wyprawie. Gorąco spowalniało.

Idę czerwonym, dobrze oznakowanym szlakiem.

Po wyjściu z lasu, w "osiedlu" bacówek drogowskaz na Bliznicę 2km/55min.

 

Zajęło mi to 2 godziny! Tego jeszcze nie było. Temperatura nie wiem ile, ale przegrzanie osiąga apogeum gdy pot się leje strumieniami, a mnie łapią dreszcze jak w gorączce.

Udar jak nic.

Koniec wysiłku, siadam w lesie, aż słońce się trochę przechyli na horyzoncie. Mam wodę. Mogę spać na połoninie bez obawy.

ze 30 bacówek w  jednym miejscu zgrupowanych

Niebo sprzyjało mi jednak. W ciągu godziny pojawiły się chmury. Te trochę łagodziły upał i dawały cień od czasu do czasu. Mogę iść. Jest 15.40

Już na spoko, z założeniem, że tylko do Jeziora Ivor zachwycam się marszem. Ludzików kilkoro w dużych odległościach, za to całkiem blisko minęły mnie 2 samochody(!!!)

Czasu mam dostatek by podziwiać, a jest co. Ja czuję się jak w niebie.

Dziesiątki kilometrów połonin. Wokół góry i góry i góry. I całe moje życie w górach…

 

 

 na połoninach

 

na połoninach

 

na połoninach

Kusiło mnie zostać do zachodu na Wielkiej Bliźnicy,

na połoninach

 

ale zejście super strome i muszę obniżyć się 250m na odcinku krótszym niż kilometr. Lepiej za widoku. Schodzę.

Jezioro to za dużo powiedziane. 2 stawy. Próbuję z góry dostrzec strugę wpływającą do stawu – nie ma. Wypływającą  - nie ma. Tzn, nie bierze się stąd wody pitnej, tym bardziej, że goście z czterech rozbitych namiotów po prostu pływają sobie.

Jezioro Ivor i Drahobrat w dole

 Dopytuję o ujęcie wody. Jest źródełko o bardzo niskiej wydajności jeszcze trochę niżej.

Rozbijam namiot, zapobieram wody ze źródła i mam biwak doskonały. Temperatura wzorowa. Wiatru prawie zero. Pozostałe namioty w obniżeniu stawów. Ja rozbiłam się na krawędzi progu oddzielającego je od doliny z Drahobratem. Pięknie i cicho. Najspokojniejsze miejsce na Ziemi i ja będę tu spać. Rewelacja.

biwak nad Jeziorem Ivor

 

Rano zejdę do Darahobratu, zostawię depozyt w którymś z hotelowych obiektów i na lekko, Stoh, dwa Żandarmy i zejdę przez Jezioro Ivor do Drahobratu. Dalej – zobaczymy.

Nie nastawiam budzika. Bezstresowo będę spać ile chcę.

I spałam.

Rano – taki piękny dzień, że nie można go stracić na Drahobrat. Nie pójdę tam.

Wracam na grań tą samą drogą, którą wczoraj zeszłam. Kolejność odwrotna do planowanej.

na połoninach

 

Najpierw Żandarmy, potem Stoh i ponieważ wody mam 4.5 litra dalej dokąd się da. Mogę nawet spać na Tempej, bo do UstCziornej trudno będzie dojść. Do Tempej tylko mam 23km.

widok z Żandarma

 

Ze Stoha trawersuję Kraciunską, wchodzę na Połoninę Apszyniec. Z lewej Jezioro Dogjaska. Przez Gieriszjaskę wchodzę na Połoninę Świdowiec.

na grani

Teraz z prawej mam Jezioro Apszinec.

zejście do Jeziora Apszyniec

 

Kolejno Trojaska_1762m, Ungarjaska_1707m, trawersuję Małą Kurtjaskę_1591m, zaliczam Wielką Kurtjaskę_1621m i nareszcie Tempa_1634m. Widoki po drodze zapierające dech w piersiach (żeby nie było że to z wysiłku), a wysiłek był przedni. Ruszyłam znów z plecakiem 23kg. No może 22 i słońce daje czadu cały dzień.

na połoninie Apszyniec

 

na połoninach

 

na połoninach

Wreszcie jest Tempa.

Wg mapowych czasów powinnam tu być o 18-tej, a jest 17.30 Zasłużona przerwa i delektowanie się otoczeniem. Plecak zelżał o 3 litry wody.

Tempa

Mała przegryzka, duże picie, wody mam 1 litr i do Ust Cziornej 14km.

Wybór jest taki: zostaję o tym litrze wody tu na szczycie, a rano będę się martwić jak pokonać owe 14km „o suchym pysku” albo… jeszcze są 3,5 godziny światła dziennego i z szybkością 4km/h (mało prawdopodobne bo to nie płaski marsz) dojdę do wsi.

 

Na razie oddycham. O 18-tej bęc, bęc, bęc – zbieram szybciutko manatki i idę dalej. Przestało być upalnie, ale wciąż gorąco, a ja narzucam sobie tempo. Najgorsze jest to, że po pierwsze: nie mam śladu w gps-ie bo nie pomyślałam o takim wariancie wydarzeń jak dzisiejszy.

Po drugie: kończy mi się na Stogu mapa w gps-ie i dalej pójdę już tylko na papierową mapę. To w moim wykonaniu ryzykowna wersja działania, ale szlak narysowany niemal po prostej więc nie powinno być problemów. Byle tylko było oznakowanie szlaku (dotychczas bez zarzutu) i byle jak najmniej zostało przez las, bo w świetle czołówki świat się zawęża do zasięgu światła tylko. Wypatrywanie znaków będzie trudne. Już nie wspomnę o jarzących,  zwierzęcych ślepiach, które wtedy można zobaczyć. Na razie moja grań zejściowa.

zejście przez Stogi do Ust Cziornej

Napieram.

Stogi – szlak trawersuje, ale ja oczywiście pcham się na szczyt. Tu popas w borówkach.

Pomysł był średni bo potem szukanie ścieżki szlakowej trochę mi zajęło, nie wspomnę o niepewnościach, które mnie ogarniały i stracie czasu.

Jest szlak. Las piękny, buczynowy. Droga po zejściu ze Stogów świetna. Dobrze czytelna ścieżka użytkowana często przez konie co znać po odchodach. Szlak hippiczny pokrywa się ze szlakiem pieszym. Gdzie brakło znaków białoczerwonych, są różowe znaki szlaku końskiego. I poszło.

Na dole w lesie już zmrok, ale ostatecznie udało się nie zapalić czołówki.

zachód słońca ze stoku nad Ust Cziorną

Jeszcze pierwsza i ostatnia struga do przekroczenia. Kładka to 3 deski, z czego tylko jedna poziomo, parę kroków i pac. Zaliczyłam upadek już w ciemności.

Suche podłoże lasu zmieniło się w mokrą trawę i błoto. To mnie zaskoczyło. Na szczęście poleciałam do tyłu na plecak. Nawet siniaka z tego nie było, ale… złamałam kijek. Ponadto jestem wykończona. Padam na twarz niemalże i już niczego nie pragnę tylko zrzucić plecak. Bolą mnie niemiłosiernie ramiona. 23 kilo już nie ma, ale 18 wciąż zostało.

Przechodzę przez teren jakiegoś tartaku. Pierwszy budynek, który mijam to bar!!! Hurrrra!!!

To specjalnie dla spragnionego. Niebo sprzyja wytrwałymSmile Woda mineralna, dwie cole, kawa i nocleg proszę.

Pensjonat pani co prawda prowadzi, ale miejsc nie ma. Zadzwoniła tu i tam i za chwilę mam nocleg. Zaraz po panią przyjadą.

Jest Dima. Stróż z miniętego tartaku, on mnie zawiezie. Kolejny, którego niezmiernie dziwi, że sama (!) jestem. Jeszcze w międzyczasie dostaję propozycję spania u niego w pakamerze Frown.

- Nie, dziękuję. - aż tak spać mi się nie chce Yell.

Pokój bez łazienki 100UAH.

Coś mi mówi, że tak sobie cenę krzyknął słysząc obcą mowę, a miejscowi którzy u niego nocowali płacili połowę z tego, bo po kwadransie, gdy relaksuję się na schodkach przy wejściu do domu, podszedł, zapytał czy nie jestem głodna i zaprosił a kolację. Sam mi ją podał w pomieszczeniu mix - kuchnia/sypialnia/salon z tv. Co to było, nie wiem i ni mam siły, żeby się tego dowiadywać. Miało konsystencję jajecznicy, było z jajakmi, kluskami i papryką. Taka "ciapka" z chlebem, ale pyszna.

Jeszcze ręcznik ponad standardowo poprosiłam i zasłużone spanie.

Mądre to czy głupie – trudno powiedzieć. Samotne podróże mają swoje blaski – robisz co chcesz, kiedy chcesz, ile chcesz. Mają też swoje cienie – jedziesz z Bóg wie jakim separatystą czy innym szemranym interesem, dźwigasz cały biwak bez podziału i zwiewasz biegusiem przed ciemnością w lesie i świecącymi ślepiami.

Czy to była udana impreza? – oczywiście!

Czy warto było? – oczywiście!

Czy pojadę tak raz jeszcze? – bez namysłu!

 

Epilog

Po tym dniu mam kurcze lewego ramienia wynikające z przeciążenia. Nawet po kromkę chleba na kolacji trudno ręką sięgnąć. Gps pokazał 37km z kawałkiem i 1500m przewyższenia. Koniec marszów.

Poza tym ten nieszczęsny kijek. Bez niego z takim plecakiem nie da rady. Bardzo mi żal, bo nie goni mnie ani czas, ani pieniądze, ale trudno.

 

Połonina Borżawa musi poczekać.

Wrócę w przyszłym roku. Krótko mówiąc – pora wracać. Ta podróż trwała tylko 7 dni, a ja 5 spędziłam na grani. Apetyt zaspokojony. Rano będę spać do południa. Właściciel pokoju pozwala na to, ale… jednocześnie informuje, że autobusy dokąd bądź są tylko rano. Przed siódmą.

Nie mam wyboru. Doświadczenie uczy, że stopa na ukraińskich peryferiach może nie być.

Wtorek.

Niesprawność ramienia już minęła. Ręka działa na pełnych obrotach. Chwila zawahania, ale...  Koniec. Wracam do domu.

6.50 jestem na przystanku. O 8.30-ej w Tiaczewie, tu śniadanie. Bilet na 9.50 do Lwowa.

do domu

Siedem godzin tłuczenia się po pseudodrogach. We Lwowie w ostatniej chwili pytam kierowcy czy jedzie na awtostancję. Jedzie, ale na którą? – pyta. No, mnie trzeba na tę, na którą przyjechałam z Krakowa.

To tu.

No to ja też wysiadam.

Plecak – żałość mnie ogarnia na jego widok po 7 godzinach w nieszczelnym bagażniku na pylastych drogach. Trudno go wziąć w rękę bez odrazy. Odrobinę otrzepuję z grubsza i na dworzec.

Kijów – Wrocław stoi na stanowisku. Czy ma wolne miejsce? – Niech Pani wsiada. Ładuję plecak, ale jeszcze chociaż kanapkę i picie kupię. Znowu biegusiem.

do domu

O 19-ej jesteśmy na przejściu granicznym Krakowiec. Po 22-giej opuszczamy przejście.

1.30 jest środa.

Jestem w domu :)

do domu

 

Najlepiej przygotowany plan, nie dałby mi chyba takiej skuteczności transportowej na całkowitym luzie. W każdnym miejscu, w którym się zjawiłam autobus już na mnie czekał. Taki fartCool.

Super impreza SmileLaughingCool

 

 INFORMACJE PRAKTYCZNE

- bilet Kraków - Lwów (ukraiński przewoźnik, autobus z poduszkami dla śpiących) 60 zł.

- bilet Lwów - Kraków (ukraiński przewoźnik, autobus bez poduszek za to z klimatyzacją) 450 UAH

- autobus Lwów - Iwanofrankowsk 79 UAH

- autobus Iwanofrankowsk - Worochta 42,5 UAH

- bilet kolejowy Worochta-Kwasy 9 UAH

- przejazd marszrutką: Ust Cziorna - Tiaczew 60 UAH

- autobus Tiaczew - Lwów 140 UAH

- taxi (ha ha) Ilczi - Worochta 300 UAH

 

- nocleg Turbaza Howerla w Worochcie: 100 lub 51 UAH

- nocleg w Zaroślaku: 50 (w wieży) lub 120 UAH w pokoju lub gratis w namiocie

- w pokoju na dworcu kolejowym w Worochcie 50 UAH

- toaleta dwrcowa (w Tiaczewie pożal się boże) 2-3 hrywny

 

W/w ceny przeliczałm w skrócie na zł dzieląc przez 5. Przed wyjazdem hrywny kupowałam po 0,25-0,17zł

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Trekking Trekking

  KGP -  nie wpadłabym na taki pomysł, ale ktoś go wymyślił i uznałam projekt za ciekawą logiczną całość. Gwarantuje zajęcie w górach na dłuższy czas. To jest to!

Gdyby tak zacząć nad nim pracować, możliwy do zrealizowania. Poczytałam na temat, pomyślałam co z tego już zrobiłam. Wyszło, że Góry Stołowe, Świętokrzyskie, Tatry, Bieszczady już mam, ale zwątpiłam czy aby na pewno byłam na Szczelińcu będąc w G. Stołowych. Na wszelki wypadek skreślam je, bo pamiętam Błędne Skały, ale czy Szczeliniec? Stanęło na tym, że zaliczam sobie Łysicę, Tarnicę i Rysy z dawnych czasów. Reszta do zrobienia.

To co w pobliżu można oblecieć weekendami, to co daleko - kiedyś się złoży żeby wyjechać i wejść.

Na słowackie Tatry trzeba czekać do połowy czerwca, więc będzie co robić wiosnąJ

2011_04_03 Turbacz 1314m n.p.m. - Gorce

 

Zaczynam od Turbacza w czas kwitnących krokusów. Jest niedziela 3 kwietnia. Jeszcze leży tu i ówdzie trochę śniegu, jeszcze ogromne błota na drogach, ale łąki usłane krokusami, ciepło. Dodatkowe atrakcje w drodze na Turbacz

Czuje się powrót lepszych czasów razem z wiosną. Piękna wycieczka, przy pięknej pogodzie, z Helą - dlatego bezstresowo, że pójdę poza szlak. Hela w kwestii kierunków jest skuteczna jak gpsJ. Kilka razy skręciła jak należy - wbrew mojemu przekonaniu, że trzeba inaczej - i dobrze na tym wyszłyśmy. Szczyt zdobyty niewielkim wysiłkiem.

 Na Turbaczu. Pierwszy w tym roku czszyt KGP zdobyty:)

Widoki z trasy zachęcające. Nawet Tatry chwilami przez mgły prześwitywały.

Tatry za mgłą

W sobotę na Starorobociańskim jeszcze warunki ekstra zimowe były i zrezygnowałyśmy z wejścia na Błyszcz i Bystrą z obawy przed lawinami, a tu proszę - zupełnie inna bajka.

Przed schroniskiem na Turbaczu mnóstwo ludzi. Wiosna zachęciła wielu do wyjścia z domu. Schronisko Stare Wierchy też oblężone, ale teren większy i nie jest to specjalnie męczące. Samo schronisko trochę mnie zawiodło. Za dużo blachy i reklam. Ze Starych Wierchów idziemy przez Obidową do Nowego Targu. 

2011_04_10 Wysoka 1050m n.p.m. - Pieniny

 10 kwietnia idę na Wysoką. Z Jaworek przez Wąwóz Homole, zejście przez Durbaszkę do Szczawnicy.  Tym razem Hela nie mogła iść. Dzień pogodny, ale mało słoneczny i chłodniej niż tydzień temu. Na szlaku niezbyt wielu ludzi. Może dlatego, że wcześnie wyszłam?

 

 Na Wysokiej. Drugi w tym roku szczyt KGP zdobyty:)

Powietrze niezupełnie przejrzyste, ale widoki piękne. Trzy Korony blisko. Spośród wiosennych kwiatów króluje żywiec gruczołowaty. Widać Tatry.Tatry z Wysokiej

Żółty szlak na zejściu gdzieś mi się zapodział na łące (Heli brak). Ten niefart znoszę na spokojnie bo wieś w dole jest w zasięgu wzroku więc wiadomo - tylko w dół. Ale dostrzegłam w lesie 1 turystę. Podpięłam się do towarzystwa. Pan wędrujący zwykle poza szlakami, więc tym razem mi się udało. Zapoznał mnie przy okazji ze śladami - o zgrozo - działalności dzików. Cieszę się, że nie idę sama tym bezdrożem. Wyszliśmy pod Szczawnicą. Do samochodu w Jaworkach z 5 km, ale szybko udało mi się złapać stopa. Wycieczka niedługa, zaliczona do udanych.

2011_04_16 Radziejowa 1262 m n.p.m. - Beskid Sądecki

Na sobotę16 kwietnia zdarzyła się okazja na planetarne, nowe towarzystwo w Beskidzie Sądeckim i Niskim. Dla mnie to gratka - bo z różnych źródeł wiadomo, że szlaki poza Tatrami oznakowane różnie, z akcentem na słabiej. Na dole wiosna, wyżej zima. Za ciekawostkę uznaję fakt, że z wiosennej aury na pewnej wysokości wchodzi się w zimowy krajobraz. Dwie pory roku na jednej trasie poza Tatrami.

 Na Wielkim Rogaczu

Jerzyk okazał się sympatycznym gościem na trasie. Nowy kolega - fotograf. Na wszelki wypadek ma zakaz fotografowania koleżanki swoim aparatem więc moich zdjęć mam niewiele, bo mój aparacik staje się przedmiotem ironicznych uwag. Niech mu będzie, mnie to nie rusza. Mój waży parę deko, jego parę kg:) Pogoda sprzyja. W południe zaczyna kapać na głowy śnieg topniejący w koronach świerków. Na szczycie chwila postoju. Na wieży widokowej ziąb i mokro, więc szybciutko na dół. Radziejowa zdobyta.Trzeci szczyt KGP w tym roku zdobyty:)

 Szliśmy trasę Rytro - Rytro. W górę czerwonym przez Kordowiec - Wielki Rogacz - schronisko na Przehybie i powrót niebieskim. Wg mapy ok. 28 km, 1310m przewyższeń, 9 godzin. Nieźle. Było się czym zmęczyć. Strat w ludziach nie było, tylko moja para rękawiczek została na Przehybie. Do Rytra zeszliśmy już w ciemnościach.

 

2011_04_17 Lackowa 997 m n.p.m. - Beskid Niski

Jednym tchem po Radziejowej idę na Lackową w niedzielę 17-tego, bo jest blisko. Wstępnie umówione towarzystwo zaczyna mi się „sypać". To niedobrze. Umawiam się około 10-tej w centrum Muszyny, ale wspólne wyjście stoi pod znakiem zapytania. Nocleg pod Krynicą, jeszcze przed sezonem, 25zł. Zaskoczona jestem, że tak tanio bo standard wysoki.

Wieczorem ogarniają mnie wątpliwości: czy dobrze zrobiłam z tym umówieniem się?

Primo: Kolega jutro może nie pójść. Secundo: niepotrzebnie opóźnię godzinę wyjścia na szlak, a trasa parę godzin. Tercjo: do domu trzeba wrócić 120km.

O świcie wysyłam sms-a, że idę sama i wiem, że nie spowoduje to wielkiego żalu u odbiorcy. Jerzyk miał alternatywny plan B - objazdowa sesja foto po cerkwiach.

Ze Szczawnika trzeba dojechać na start, na zielony szlak w Mrokowcach. Sprawdzam drogę na mapie. Do Tylicza i drogą 75 raczej w lewo. Nie na Muszynkę.

W poplątanym centrum Tylicza skręcam jak się patrzy. Po paru minutach mam znak MuszynkaL. Nie tu powinnam być. Zawracam do Tylicza. Teraz już nie skręcam nigdzie, jadę prosto. Nawinęła się piesza Pani przy drodze i pytam:

- Gdzie na zielony szlak wejście jest?

- Tuż bliziutko. Za mostkiem, ale Pani tak sama na Lackową?

No sama - to pytanie usłyszałam w tym roku jeszcze wiele razy.

Za mostkiem jest szlak, droga w prawo trochę więcej niż polna. Woda nią płynie z góry, ale są ślady kół czyli można tam wjechać. To wjeżdżam. Ujechałam z 500 metrów. Zrobiło się wąsko, grząsko i las wyrósł na drodze. Jakaś buda nieczynna robiąca za bar w sezonie, ale to nie sezon. Koniec jazdy. To nie był mądry pomysł z tym wjeżdżaniem. Z lewej skarpa w górę, z prawej teren opada w dół, ale wygląda jak nie skoszona łąka. Jakoś zawrócę.  Zdołałam tylko przodem z drogi zjechać. Nie jest błotniasto, ale zaryło mnie w głębokiej, mokrej trawie. Ani w przód, ani w tył, a samochód siada. Błoto spod kół zaczyna na dach ładować. (nauka od taty - nie gazować). Koniec wycieczki. Wyrzucam sobie: trzeba było czekać na Jerzyka! trzeba było nie wjeżdżać w marną drogę! trzeba było cofać nie zawracać!!! Wysiadam, oceniam sytuację i rozpacz mnie ogarnia bo nie ma w ogóle przestrzeni między glebą, a podwoziem. Zawiesiłam się na krawędzi drogi?! Do wsi kawałek jest, ale choćby blisko - kto w niedzielny poranek zechce ryć się błocie na bezdrożu, żeby udzielić pomocy pani bez wyobraźni? O tej porze ludzie albo odsypiają, albo do kościółka się szykują. Telefon do domu - bez sensu. Pomoc drogowa - gdzie? Skąd? Najbliższy znajomy nr mam na Śląsku. Telefon do Jerzyka! To nie pomoc drogowa, ale przecież coś wymyśli no i jest tylko z 15 km stąd.

Dzwonię. Dla niego to też nie atrakcja, ale coś spróbuje wymyślić. Uff... Będzie dobrze. Już nie jestem sama z problemem. Mam trochę czasu żeby się uspokoić i czekam. Staram się patrzyć na sprawę mniej emocjonalnie, ale... Jak mnie tu ktokolwiek stąd wyciągnie, wypchnie? Oczyma wyobraźni widzę urwany zderzak, pogięte blachy. Jak ja do domu wrócę? To nie może być!

Powoli zaczynam dostrzegać coś więcej niż katastrofalną pozycję samochodu. Jakiś gruz, zniszczone drewniane palety, plastikowe wiadro, śmieci. 

Podłożyć coś pod koła (nauka od doświadczonego kierowcy). Deskę z palety. Znalazłam taką bez gwoździa. Pierwsza próba bez sensu bo to pod koło trzeba nie pod zderzak. Na czysto się nie uda. Jakoś ja podepchnęłam, druga próba i do przodu-do tyłu „wyrwało mnie"J. Hurrrrra. Jestem uratowana. Ręce i nogi mi się trzęsą, ale zjeżdżam na dół, parkuję na poboczu, sprawdzam czy nie blokuję drogi, bo a nuż jakaś pani zechce podjechać wyżejJ

Odwołuję Jerzyka, który podjął już czynności logistyczne stosowne dla akcji ratunkowej i mogę rozpocząć wycieczkę. Z ulgą nareszcie wyruszam.

Piękna pogoda, rześki poranek, trasa nietrudna, oznakowana. Ostre podejście dopiero przed szczytem. Nastrajam się pozytywnie. Lasu okazało sie na poczatku niewiele. Zaczyna się rozległa łąka. Nie lubię łąki na trasie bo nie ma na czym znaków malować. Kwitną pierwiosnki i przebiśniegi. Wiosna!!! 

Właśnie zgubiłam szlak, ale jeszcze o tym nie wiem

Maszeruję dumna z siebie, że poradziłam sobie w tak trudnej sytuacji. Czegóż chcieć więcej? Ale... idę sama. Pilnować szlaku - daję sobie ostrzeżenie. No właśnie. Już od dłuższego czasu nie widziałam znaku. Idę cały czas prosto. Znaku skrętu nie było. Ale to łąka jest. Pewnie będzie na drzewach po jej drugiej stronie.

Droga zanika. Po drugiej stronie łąki ambona myśliwska. To teren dla dzikiej zwierzyny nie dla mnie. Już mi się otocznie tak bardzo nie podoba, ale muszę do drzew po znak szlakowy.Nieszczęsna ambona

Doszłam do ambony - niestety nie ma znaku. Zawracać!!! Już nie mam ochoty na zdjęcia i przestałam się zachwycać. Pamiętam gdzie widziałam ostatni znak.

Istotnie dochodzi w tym punkcie droga pod kątem prostym. Nie zwróciłam na nią uwagi. Poszłam prosto. Na znaku nie ma zmiany kierunku. Ewidentny błąd oznakowania szlaku. Skoro prosto było źle idę w lewo. Są znaki, jest dobrze, ale z półtora km nadrobiłam za friko.

Następny las, następna łąka. Dochodzę do ruin jakichś fundamentów. Humor mi siada, bo ruiny to smutne miejsce. Zwykle wiąże się to z jakimś niepowodzeniem, a z historii tych terenów wiadomo, że i z nieszczęściem, tragedią.

- Zrobię zdjęcie.

- Nie mam aparatu w kieszeni.

- Gdzie jest aparat? Powinien być w kieszeni.

Sprawdzam w plecaku, ale nie zdejmowałam plecaka.

- Zgubiłam aparat.

- Gdzie?

Ostatnie zdjęcie robiłam jeszcze w stanie zachwytu przed amboną. Na łące, która była błędem. Mało, że zeszłam z trasy to jeszcze teraz muszę ten błąd powtórzyć. Nikt nie idzie. Żywej duszy nie ma w promieniu paru kilometrów. Jeżeli mi wypadł to leży gdzieś na drodze. Nikt go nie podniósł.

- Machnąć ręką na aparat?

- Nie. Zdjęcia z wczoraj i innych wiele.

- Zawracać!!! O ironio - teraz już świetnie znam drogę:( Jestem zła na siebie za gapiostwo i roztrzepanie.

-Może niedaleko mi upadł? Może przy skrzyżowaniu?

- Niestety.

Wchodzę na wielką, błędną łąkę.

- Może przy tych pierwiosnkach?

- Nie. Przy ambonie. Na samym końcu łąki. Jak tam doszłam pierwszy raz zachciało mi się ambonę „zwiedzić" bo nigdy nie byłam w myśliwskiej ambonie. Nawiasem mówiąc nic ciekawego. Tylko śmieci i brudno. Pewnie wtedy mi wypadł.

Podsumowuję sytuację: rano pojechałam najpierw gdzie nie trzeba.

Potem zaryłam się w łące i narobiłam rabanu.

Potem zgubiłam szlak.

Potem zgubiłam aparat.

Jest dopiero 10-ta, a już ze 4 km nadrobiłam extra. Tyle niepowodzeń.

Trzeba było czekać na Jerzyka! To nie jest dobry dzień. Mam już dość wycieczki, Lackowej, całej Korony.

Do domu!!! Nie po dzikich terenach się włóczyć. Ten szlak nie wygląda na nazbyt uczęszczany bo nie jest szczególnie widokowy. Pewnie nie będzie nadzwyczajnie oznakowany dalej też. Co jeszcze po drodze mi się trafi?  Wejdę w las i zgubię się na amen. Granica państwa, teren niezyt gęsto zaludniony.  Na skrzyżowaniu dróg chwila zawahania. Szkoda mi jak już tu jestem, ale... wiem, że jeśli jest jeszcze przede mną wątpliwe miejsce, w którym można się zgubić - to ja zgubię się na pewno. Zdrowy rozsadek wziął górę. Schodzę do samochodu. W jakim nastroju nie musze dodawać. Nie jestem zła, jestem wściekła na siebie, ale trudno.

Jak skończył się pierwszy las i doszłam do budy/niby baru, przy którym poranne ślady mojego braku przewidywania, z przeciwka nadszedł 1 człowiek. Starszy Pan, kuracjusz z Krynicy, na Lackową sobie spaceruje już po raz drugi. Korzysta z niedzielnego luzu w sanatorium. Pan Stefan mnie uratował.

Zawracam!!! To już czwarty raz dzisiaj:(

 Dalej idziemy już razem. Jestem bezpieczna. Zeszliśmy w którymś miejscu w lesie ze szlaku, ale zejść we dwoje to nie to samo co solo.

Pan Stanisław, który mi

Trasa mało widokowa. Prawie cały czas przez las. Bardzo strome podejście ze 150 m w górę na końcowym odcinku przed szczytem. Spotkaliśmy Pawła i Zbyszka. Na sczycie nastepne 2 osoby. Nastrój zdecydowanie poszybował w górę. Można pożartować. Na Lackowej bar otworzyli:)

Każdy kolejno po termos sięga i powstał żart: na Lackowej bar otworzyli:) Zbyszek dostał przydomek Waleczny:) Razem zdobyliśmy szczyt i szliśmy do końca trasy.Lackowa. Czwraty szczyt KGP w ytm roku zdobyty:)

 Poranne stresy zaczynają przyjmować postać dodoatkowych atrakcji na wycieczce. Teraz okoliczności zdecydowanie działają in plus. Spotkana dwójka z gps-em - problemów być nie mogło. Kolega Jerzyk na dole został, objeżdżając swoją cerkiewną trasę, do Cerkwi św. Michała Archanioła w Bielicznej się kierował. To oznaczało, że można było spokojnie iść do przodu, bez zawracania [sic] tą samą drogą. Dodać muszę, że z naszego spotkania Pan Stanisław również odniósł korzyść, bo gdziekolwiek byśmy nie wyszli, trzeba tylko dostać się do samochodu i mogę go „podrzucić" do Krynicy. Nie musi deptać tego samego szlaku na dół. On też kompletuje KGP, ale ma już prawie 20 szczytów.

Cerkiew św. Michała Archanioła w Bielicznej

Jerzyk do cerkwi nie dotarł, ale my dotarliśmy do Izb. Znajomi z trasy odjechali.  Na nas czekał koleżeński samochód. Jeszcze po mój do Mrokowców.

Po spotkaniu kolega stwierdził:

- Jakoś tak pan Stefan czyściejszy od Ciebie.

- Bo Pan Stefan nie rył w błocieL

Potem z fasonem obiad w Krynicy.

- Tylko nie do Continentalu - zastrzegam -  bo mnie nie wpuszcząJ. Zasłużony posiłek na "sucho" bo my za kierownice, ale może innym razem będzie można sptkanie uczcić atrakcyjniej:) Pożgnaliśmy się, może do nastepnego i każdy w swoją stronę.

 Nie odmówiłam sobie spaceru krynickim deptakiem, odwiedzenia pijalni, zahaczenia o księgarnię. Dokupiłam 2 kolejne mapy do Korony - jednak nie będę z niej rezygnować:) Jakoś to będzie. I dopiero do domu.

Tak skończyła się wycieczka na czwarty w tym roku szczyt, w drodze do KGP. Jeszcze 21.  Trekking po kolejnych pasmach Gór Polski atrakcyjny. Jak późniejsze doświadczenia pokazały podróże, dojazdy, transport - emocjami i wrażeniami przebijały niejedną górską trasę. Jeszcze wiele razy musiałam sobie zadawać mnóstwo pytań i sama sobie na nie odpowiadać, ale o tem - potemJ

cdn.

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Trekking Trekking

 11.08.2011r. czwartek

Co przejść w Tatrach gdy przeszło się już wszystko?

To samo tylko inaczejSmile np. Orla Perć w całości - czemu nie?! Z Kuźnic do Polany Palenicy. Zliczam na mapie czasy. 16 godzin ze Świnicą, 15 bez Świnicy. Za dużo! Twórcy trasy nie wliczali Świnicy do Orlej Perci, ale teraz różnie się ją traktuje. Można skrócić o 2 godziny zejścia z Piątki do Palenicy i wtedy mieścimy się w czasie wędrówki słońca. Na 11-tego sierpnia dla Krakowa (dla Zakopanego nie znalazłam) wschód słońca o godz. 5.22, zachód 20.09 Dzień trwa 14 godz. 47min. Stanąć na szlaku o wschodzie słońca i o zachodzie w schronisku. Akuratna zbieżność. Pogoda ma być ok, czyli już wiadomo co zrobię jutro.

Pobudka o 4 rano i podążać ze Słońcem. Prosty plan.

Plan, planem, ale jak nie dam rady? Jest 5 szlaków zejściowych po drodze: z Koziego Wierchu do Piątki, Żleb Kulczyńskiego, z Koziej Przełęczy w obie strony i 2 z Granatów.

Pobudka o 4.15 Przejrzystość powietrza super. Po wyjściu widzę 3 Korony!

5.45 jestem na starcie w Kuźnicach. Idę przez Boczań. Na Przełęczy miedzy Kopami przekonuję się, że musiał być niezły przymrozek w nocy, bo ławeczki oszronione.

Był przymrozek w nocy, ławki na Przełęczy między Kopami oszronione

Pogoda fantastyczna. Babia Góra jak oddzielona od Ziemi snującymi się dołem pasmami mgły nad Dunajcem, aż od Zalewu Czorsztyńskiego.

Z Przełęczy do Murowańca zachwycające jak zwykle Kościelce i Orla Perć. Ostre granie kontrastują z niebem. To moja droga na dziś. Za wcześnie żeby spodziewać się wielu osób, ale i tak kilka spotykam. Wszyscy skręcają do schroniska na śniadanie jak mówią. Ja idę prosto na czarny szlak. O tej porze bar jeszcze nieczynny przecież. Jest 7.15. Nad Zielonym Stawem kwitnące tojady. Tojad mocny nad Zielonym Stawem Gąsienicowym

Zielony Staw dokładnie zielony. Przeglądają się skały w lustrze wody. Łyk kawy na rozwidleniu szlaku na Karb i dalej. Z podejścia wszystkie Stawy w Gąsienicowej jak kawałki nieba na ziemi. Stawy Gąsienicowe jak kawałki nieba na Ziemi

Przed dziewiątą jestem na Świnickiej Przełęczy. Jest kilkanaście osób. Dochodzą z Kasprowego. Kolejka już wjechała parę razy do tego czasu. Panorama fantastyczna po prostu. Pięknie komponują się szczyty z pasmami chmur. 

Na Świnickiej Przełęczy

Rozmawiam z kilkoma osobami. Wymieniamy się planami na dziś. Ci co wiedzą o czym mówię z uznaniem odnoszą się do mojej trasy. Wszyscy życzą sobie wzajemnie powodzenia na szlaku. Niewielu będzie mi towarzyszyć za Zawratem. Przed pierwszymi łańcuchami,  na Świnicy spotykam czterech gości wyglądających na takich po niezłym balu. Jeden pijany!!! Pali, klnie i zarzeka się, że zawraca - na szczęście. Jak on tu dotarł??? Stoją w punkcie gdzie utrudniają trochę przejście bo miejscami zamarznięta woda na kamieniach. Jakoś przechodzę obok. Przede mną mały spowalniacz. Wystraszona wyraźnie mama i tata nieudolnie próbujący asekurować syna. Dziecko ma z 10 lat, a tatuś trzyma go za rękę. Zwracam mu uwagę: niech dziecko dwoma rękami trzyma się łańcucha, ale nieskutecznie. Strach na to patrzyć. Mijam ich w pierwszym możliwym miejscu.

9.40 jestem na Świnicy. Dziś luzów nie będzie. Mój ambitny plan może się zwalić na zakorkowanych łańcuchach. Jest na co patrzyć, ale w tych warunkach tylko zdjęcia panoram naokoło i idę. Ze Świnicy 2301m n.p.m.

Nic tu po mnie bo następni dochodzą. To nie są sprzyjające warunki do kontemplacji urody świata. 10.30 na Zawracie. Miejsca więcej - można pozwolić sobie na śniadanie. Smak zwykłej kanapki rośnie wprost proporcjonalnie do wysokości, na której się ją konsumuje, a tu jest 2159m n.p.m. PychaSmile

Dzień już jest piękny, a najlepsze cały czas przede mną. Na Kozi Wierch idzie już mniej osób. Od Zawratu stale ktoś mi towarzyszy - co akurat jest wielkim plusem, ale nie ma nadmiaru ludzi. Idzie się sprawnie. Na żaden zator nie trafiłam. Na Kozim ostatnia liczna grupa zdobywców. Potem po kilka osób zgrupowanych na każdym Granacie. Utrzymuję dobry czas. Nie mogę przyspieszyć przejścia więc oszczędzam postoje i obiecuję sobie kosmiczny popas na Krzyżnem. Kalkuluję: jeśli dojdę na 15tą na Skrajny Granat to idę dalej na Buczynowe Turnie, jeśli nie - schodzę żółtym do Murowańca tym bardziej, że w miarę upływu godzin pojawiają się chmury. Zasnuwają chwilami doliny, zakrywają Wysokie Tatry, stale się przemieszczają. Gromadzą się chmury po południu

Już nie jest tak optymistycznie jak o poranku. Jak zachmurzenie skumuluje się zanadto albo co gorsza zacznie padać (chociaż prognozy obiecywały, że nie będzie) dzień zrobi się krótszy, łańcuchy mokre, skały śliskie. Będzie niedobrze. Dokładnie o 15tej doszłam na Skrajny. Zasłużony odpoczynek. Widzę na moim szlaku z przodu kilkanaście osób, ale jak ruszyłam o 15.30 to już ich nie było w zasięgu wzroku. Mieli z godzinę wyprzedzenia. Teraz zanosiło się na to, że pójdę sama, bo rozsądni ludzie o takiej godzinie mykają na dół. Ostatni raz szłam ten odcinek solo w przeciwnym kierunku w ub. roku, o wcześniejszej porze dnia, ale przy niepewnej pogodzie. Czułam się maleńka jak ziarenko piasku na tle potężnych skał i nad przepaściami. Niech kto mówi co chce, ale pogodne niebo i światło dodaje człowiekowi pewności siebie.

Tym razem miałam fart bo dwoje młodych ludzi też idzie jeszcze na Krzyżne. Opuszczamy wierzchołek jako ostatni z grupy, która go okupowała i idziemy razem. Chmury/mgły krążą wokół, przelewają się przez granie, ale zagarniają nas dopiero na Krzyżnem. Jesteśmy tam o 17.30 Jestem niepocieszona. Obiecywałam sobie w tym miejscu postój ile dusza zapragnie, ale w tej sytuacji nie ma po co tu stawać. Robimy sobie ostatnie zdjęcie we mgle i oni żółtym do Murowańca, ja do Pięciu Stawów. Teraz już tylko z górki. Krótko po zejściu z Krzyżnego chmura zostaje najpierw w tyle, potem jaśnieje, potem podnosi się wysoko do góry. Wróciło błękitne niebo. Przed zachodem wróciło błękitne niebo

Pogoda zdecydowanie się poprawia przed zachodem. To nagroda za cały pracowity dzień. Mogę popasać do woli. Widoki fantastyczne. Poświęcam im dużo czasu. Uczta dla oczu, ulga dla stóp i kęs dla żołądka. Na trawersie już tylko człap, człap. Mam czas do zachoduJ Jakby trzeba było robić zejście do Palenicy - to spoko.

W Dolinie jestem na 19.30. Słońce już za granią, ale Miedziane pięknie jeszcze oświetlone. Słońce schowało się za granią

Nad Wielkim Stawem czekam na zachód. Umawiam się sama ze sobą, że jak zgaśnie na Miedzianym to znaczy, że zaszło. Zgasło o 20tej. Idę pukać do drzwi schroniska o dach nad głową prosić. Pozdrawiam po drodze „dzień dobry" kilka osób siedzących na schodkach Goprówki.

- Pani do schroniska? Tam tłok, z nami lepiej

I tak załapałam się na materac w Goprówce. Kilka osób. Luzik.

Poszłam do schroniska na herbatę i doceniłam swój komfortowo luźny nocleg i spać. To był pracowity, ale piękny i udany dzień. Jutro rano - do domu.

KUŹNICE - HALA GĄSIENICOWA - ŚWINICKA PRZEŁĘCZ - ŚWINICA - ZAWRAT - KOZI WIERCH - GRNATY: ZADNI - POŚREDNI - SKRAJNY - BUCZYNOWE TURNIE - KRZYŻNE - DOLINA 5 STAWÓW razem ze SłońcemLaughing

 12.08.2011r. piątek

Dopiero rano dotarło do mnie jakiego wysiłku dokonałam wczoraj. Obudziłam się jak potłuczona. Orla Perć to nie trekking. Chwilę trwało zanim rozeszło się po kościach. Czuję, że moje kolano aż trzeszczy. Znikam po cichutku z izby bo reszta jeszcze śpi, kładę 2 dychy na stole w kuchni i nad Staw!!! Jest po szóstej. Słońce wychyla się zza Miedzianego.Słońce wychyla się zza Miedzianego

Powrót Doliną Roztoki uznaję za zbyt konwencjonalny. Jak mi tak dobrze idzie - dlaczego nie wracać przez Gąsienicową Dolinę? Większość  w takiej sytuacji idzie niebieskim na Zawrat, to ja dla odmiany żółtym do Pustej Dolinki (Pusta Dolinka i Chuda Przełączka to dwie „mizerne" nazwy w Tatrach, które wciąż mi się mieszają!) i przez Kozią Przełęcz, Kozią Dolinkę, Zmarzły Staw. Szlak stąd niezadługi, ale trudny i ciekawszy.

 Na Kozią Przełęcz szlak trudny, ale ciekawszy

Piękna pogoda. Zupełnie nieśpiesznie. Śniadanie na progu Pustej Dolinki. Pięć Stawów skąpane w słońcu, rześkie powietrze poranka, 2000m n.p.m. i wczorajsza kanapka. Gdyby jeszcze gorąca kawa - to żyć nie umierać.  Dziwi mnie, że jeszcze nie ma ludzi - tylu ich tłoczyło się w schronisku. A przecież już 7.30! Z drugiej strony stąd każda trasa jest o 2 godziny krótsza niż z dołu. Z podziwem obserwuję dwa zespoły wspinaczy atakujących Zamarłą Turnię. To jest dopiero wyzwanie i umiejętności! Szacun dla tych co potrafią. Orla Perć z łańcuchami to pestka naprzeciwko takiej drogi. Odbijają się od ścian ich okrzyki. To zwielokrotnia wrażenie surowości miejsca i potęgi ściany. Nie śpieszy mi się. Odbijam sobie postoje za wczoraj:) Doczekałam się tym sposobem za plecami licznych wędrowców na Zawrat, na Szpiglasowy nikogo nie widzę. Za mną do Pustej wszedł jeszcze tylko 1 człowiek. Wspinamy się chwilę razem. On skręca na czerwony szlak i Kozi Wierch, ja lecę żółtym. Po przekroczeniu wąskiego siodełka Przełęczy zmiana klimatu. Słońce przygasa, chmur więcej, chwilami mgła w Dolinie. Po stronie Gąsienicowej zbierają sie chmury

Na razie nie jest źle, ale może padać. Tu mi to już jednak nie będzie przeszkadzać. Ubieram kurtkę. Obiecuję sobie gorącą kawę w Murowańcu. Nad Czarnym Stawem rozpoznaje mnie para, którą spotkałam wczoraj gdzieś na szlaku. Pytają czy się udało? Gratulują. Oni dziś tylko na Zawrat i z powrotem. Obok tego Stawu nie da się przelecieć bez zatrzymania. Ja do swojego kącika znikam:) Na rozdrożu szlaku na Karb tłum. Tam na pewno nie stanę. Na Kościelec liczny sznureczek wspinaczy. Z przyjemnością obserwuję otoczenie z daleka od towarzystwa. Nie zliczę, który to już raz patrzę na te widoki, ale na pewno nie ostatni. Nie można napatrzyć się na zapas, jak nie można na zapas się wyspać. Tu trzeba po prostu wrócić.

W Murowańcu katastrofalny tłok. Do kasy kolejka, do kuchni kolejka, do toalety kolejka. Nie mam nic przeciwko tylu wycieczkowiczom, tylko ja tu się nie zatrzymam. Każdy robi to co lubi, ale... kawy nie będzie.

Poniżej Przełęczy między Kopami deszcz. Wracam przez Boczań. W lesie już leje i tak do samych Kuźnic. Kawa w pierwszym barze. Nareszcie!!! Do autobusu mam 2 godziny, więc mogę sobie pozwolić. Rozmawiam z Panią, która zjechała kolejką z Kasprowego. Po 13tej na Kasprowym padał śnieg!

Jeszcze tylko bus, Zakopane i do domu.

DOLINA 5 STAWÓW - PUSTA DOLINKA - KOZIA PRZEŁĘCZ - KOZIA DOLINKA - DOLINA GĄSIENICOWA - BOCZAŃ - KUŹNICE

Takie miałam wspaniałe 2 dni w Tatrach.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Trekking Trekking
blog tylko dla znajomych
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 8 komentarze Rowery górskie Rowery górskie

VIII Rajd Rowerowy "W jeden dzień dookoła Tatr" - Rajd Kurierów Tatrzańskich

Trasa: długość 210 km; start - Kościelisko, Kiry (wylot Doliny Kościeliskiej) - Zakopane - Jaszczurówka - Zazadnia - Łysa Polana - Ždiar - Tatranská Lomnica - St. Smokowiec - Podbanské - Pribilina - L. Mikulász - Przełęcz Huty - Zuberec - Oravice - Suchá Hora - Witów - Kościelisko, Kiry

 Długo nie zastanawiałem się nad rajdem. To była szybka decyzja. Trudność, która przysporzyła mi dużo myślenia, była kwestia logistyczna, jak dostarczyć bicykla do Zakopanego. Z pomocą przyszedł Mad_Mistrel, który również, podjął odważną decyzję i  postanowił wziąć udział. Wszelkie planowania dostarczenia bicykla  na miejsce wykopałem przez okno. (był nawet pomysł wpakować rower do luku bagażowego PKS-u Smile).

 Pomysł Mada i jego ojca udał się. Polegał on na wyjęciu tylnich siedzeń z  Felicji i wpakowaniu rowerków. Trochu myślenia było, ale poszło szybko i sprawnie ;-). Pakowanie odbyło się w czwartkowy wieczór.

 W piątkowy poranek, byłem już w trasie PeKaeSkiem do Zakopanego. Mad z ojcem dotrą w sobotni poranek, wyjeżdżając z CzeFki o 3 w nocy.

Droga polską linią autobusową po polskich drogach na trasie Częstochowa -Kraków-Zakopane,  jest męcząca. Roboty drogowe tuż przed Krakowem i rozkopane całe Zakopane , powodują, że trasa wydłuża się z 5h na 6.5h.

 Gdy widzę góry to nosi Mnie, zamiast odpoczywać przed trudnym rajdem, to oczy i nogi niosą Mnie na tatrzańskie szlaki. W głowie Kasprowy, na szczęście opanowałem pomysł i wybrałem lżejszą trasę na Giewoncik. Krupówkowych turystów na szlaku trochę było, ale nie było nawałnicy. Na szczycie ok. 20osób, przepustowość na łańcuchach bez kolejek. Długo zastanawiałem się jak można w  białych tenisówkach, klapkach, czy bez wody chodzić po Tatrach. Nie wiem może trenują do jakichś specjalnych zawodów , o których nic nie wiem.:-). Np. Krupówkowy Bieg  w Klapkach o Suchym Pysku na Giewont.Laughing

Wieczorem melduję się u Narcyza - organizatora rajdu, który zapewnia mi nocleg. Bardzo sympatyczny wesoły człowiek oraz jego rodzina, również giga sympatyczna, tworzą klimat, że człowiek czuje się jak w domu. Dom Narcyza na czas rajdu , jak to on sam powiedział jest domem publicznym.Wink. Wszyscy stanowimy jedną dużą rodzinę.

Z zawodników tylko Ja nocuję u Narcyza, reszta rozsiana gdzieś po okolicy. Wieczorem odczuwam tatrzańskie szlaki, nóżki bolą. Myślę. Co to będzie jutro, czy dam radę?. Miałem iść na herbatkę do gospodarza............. nawet nie wiem kiedy usypiam przy analizowaniu map.

Pobudka  5:50 Mad melduje, że będą za 10 minut w Kirach z rowerkami. Szybka musztra i jestem przy wylocie /wlocie Doliny Kościeliskiej. Szykujemy rowerki i udajemy się do bazy Narcyza, gdzie jest biuro zawodów. Wraz z upływem wskazówek zegara, zjeżdżają się zawodnicy. W sumie jest nas 25 osób w tym jedna kobieta. Rajd ma rangę międzynarodową za sprawą  zawodnika, który przybył z Republiki Czeskiej.

Kilku minutowa odprawa i udajemy się na start - Kościelisko, wylot Doliny Kościeliskiej (restauracja Harnaś); start godz. 8.00

3...2...1....start, krzyknął sympatyczny czeski mężczyzna (kibic), peleton rusza, za nami wóz techniczny. Przez Zakopane staramy się przejechać  zwartą grupą, aby nie utrudniać ruchu drogowego. Tempo jest tak szybkie, że ledwo nadążam. Co tu się dziwić jak tam sami wyjadacze na kolarzówkach, w porównaniu z moim góralem (koła szerokie 26 calowe) nie mam szans na ‘'ściganie się z nimi". 

 Nie jestem samotny w ogonie peletonu, wraz ze Mną dzielnie kręci Mad_Mistrel. W drodze na Łysą Polanę , która wiedzie przez: Jaszczurówkę (ok. 1 km podjazd), Cyrhlę › Brzeziny › Zazadnia › (ok. 5 km podjazd,) Wierch Poroniec, peleton nam odjeżdża. Po drodze jest kilka defektów, mijamy się z kolarzami naprawiającymi swe bicykle. W związku z tym nadal towarzyszy nam uczucie, że jedziemy w peletonie.

 Na którymś podjeździe dochodzimy Olka z Bańskiej Bystrzycy (czy jakoś tak). Olek 61 lat , 5 lat po zawale, bardzo sympatyczny, ubrany w narodowy strój z napisem Podhale. Myślałem, ze pojadą drużynowo, bo oprócz niego w takim samym stroju było jeszcze dwóch, ale gdzie tam zostawili Olka z tyłu Smile. Twardziel z niego, 8 sierpnia bierze udział w pielgrzymce  rowerowej  Zakopane- Hel. 1000km w 10 dni.  Na zjazdach gubimy go, ale dochodzi nas na górkach. Wspólnie pokonujemy ok. 70km. Trasa wiedzie nas przez: Łysa Polana - przejście graniczne› Tatranska Jaworina› Podspady› Żdiar, ostry zjazd ok. 5 km› Tatranska Kotlina › Tatranska Lomnica › ok. 10 km podjazd Stary Smokowiec ›. Mijamy kolejno  te miejscowości podziwiając okolice i piękne widoki. Stary Smokowec jest szczególnie urokliwy. Mad mówi, że jak będzie stary i miał pieniądze, to kupi sobie tutaj domek. Dajemy ostre zmiany. Olek dzielnie się trzyma, aż do ok. 20 km podjazdu na Strbskie Pleso. Odjeżdżamy mu, narzuciłem tempo  prawie 13km/h. Mad cały czas z tyłu na kole.

 Tuż przed szczytem mijamy kolarza z naszego peletonu, na podjazdach jest cienki, ale nadrabia na zjazdach. Będziemy się z nim mijać podczas rajdu jeszcze kilkakrotnie. Sympatyczny chłopak z czapką z daszkiem Smile. Po minięciu Strbskie Pleso, główną drogą w dół, kierunek Liptowski Mikulasz przez  › Pribylina › Vavriszowa › Liptowski Hradok . Dluuuuuuugi zjazd, licznik waha się między 40km/h, a 60 km/h. Momentami nawet ponad 60km/h. Tego dnia biję swój rekord prędkości  65.4 km/h.

Radość ogromna!. Podczas tego zjazdu powstaje pomysł wskoczenia do potoku „na golasa". Podejmowaliśmy kilka prób, znalezienia odpowiedniego miejsca, niestety zawsze ktoś się kręcił. Na następną edycję rajdu postanawiamy zabrać strój kąpielowy. W Liptowskim Hradoku podziwiamy  zamek, potok i pomnik. Pięknie tam jest. Po naszej prawicy cały czas towarzyszą nam Tatry.

W drodze  na  Liptowski Mikulasz, podziwiamy autostradę oraz piękne nowe bloki. Kolorystycznie wygląda to super, bo każdy blok ma inny kolor. Jeszcze nikt w nich nie mieszka, mówię  do Mada : no to Ja mogę tutaj dostać mieszkanieWink. Kilka km dalej stoi wóz techniczny, a  w nim same smakołyki: woda, batoniki, isostar.... Uzupełniamy braki.

Przy wozie technicznym dwóch kolarzy- znajomi Olka, te same barwy. Będziemy się mijać z nimi jeszcze kilkakrotnie na trasie. Nie jest wcale z nami tak źle, biorąc pod uwagę, że zatrzymujemy się w ciekawszych miejscach i do tego dochodzimy jeszcze kolarzy. Kinga kierowca wozu technicznego opowiada nam o kolarzu, który zgubił się już dziś 3 razy i jest .........w czołówceWink. Ostrzega nas również przed niedźwiedziami na przełęczy Huty. W Liptowskim Mikulaszu, kolejna próba zmoczenia tyłka . Nie udana. Pozostaje nam widok na jezioro. W tatralandii impreza, dj i wstęp za free. Znowu żałujemy, że nie mamy kąpielówek.

Po krótkim odpoczynku ruszamy przez Liptowskie Matiaszowce na przełęcz Huty> podjazd ok. 10 km. (nachylenie do 12%). Jest to najtrudniejszy etap trasy. Na tym podjeździe naprawdę można wypluć płuca. Ja czuję się jak ryba w wodzie, uwielbiam takie podjazdy, w takiej pięknej tatrzańskiej scenerii, sama rozkosz. Ogarnia Mnie uczucie wielkiego tour-u,  Tour de France, tym bardziej że przypomina słynny podjazd na  L'Alpe d'Huez- Podjazd z 21 zakrętami prowadzący z Le Bourg-d'Oisans do L'Alpe, jest jednym z najsłynniejszych na Tour de France, Długość podjazdu wynosi 13,8 km. Średnie nachylenie 7,9 % prowadzi na metę ustanowioną na wysokości 1850 m n.p.m. Nasz podjazd wynosi ok.10km i nachylenie do 12%!!!. Oczywiście nie ma 21 zakrętów, ale jest ich sporo i też ma charakter serpentyny. Następnym razem policzę ile jest zakrętów.Laughing

Narzucam tempo, Mad_Mistrel siedzi mi na kole, po drodze mijamy dwóch kolarzy z naszego rajdu, prowadzących rowery!!. Chłopaki nie mieli siły podjechać!!! Wspinamy się ok. 8-9km/h, sukcesywnie podnoszę tempo, nawet nie wiem kiedy Mad zostaje z tyłu, za kolejnym zakrętem oglądam się za siebie Nie ma go. Naciskam na pedał, licznik waha się w okolicach 10km/h. Mijam następnego kolarza z rajdu, który podjeżdża 4km/h! Wygląda jak pijany na rowerze, rzuca go na prawo i na lewo, ale nie poddał się, nie prowadzi rowerka tak jak poprzednicy, cały czas wspina się na szczyt. Mijam go, czuję się kapitalnie, przed oczyma mam obrazki z Tour de France (dla Mnie impreza sportowa nr1 na świecie),gdy kolarze wspinają się w słynnych Alpach.

Przypominają mi się wspaniałe pojedynki Armstronga z Urlichem. Co jakiś czas przejeżdżają samochody, mały ruch pozwala wykorzystać cała szosę do wspinania. Na  szczycie trochu ludu, pożerają Mnie wzrokiemJ.Za szczytem ostry zjazd na Zuberec. Zjeżdżam z prędkością 50km/h. Po kilku km zatrzymuję się i czekam na Mada. To nie wyścig tylko rajd, na miejscu Mi nie zależy. Cel to ukończyć i zobaczyć jak najwięcej. Wygląda na to, że forma jest bo za sobą w tym momencie mam 5 zawodników, wszyscy koła 28 cali i cienkie, a Ja na swoim góralku. Po kilku minutach dojeżdża Mad. Dalej zjazdem ostro w dół na Zuberec. W Zubercu zatrzymujemy się w restauracji na smakołyki. Naleśniki z bitą śmietaną i dżemem oraz frytki.

Trasa następnie prowadzi na Oravice ok. 10 km podjazdu, następnie Vitanova i na przejście graniczne Sucha Hora - Chochołów. Po drodze m.in. jeszcze jedna 12% podjazd, ale krótki. Zostaje prosta droga na Kościelisko Kiry. Droga ta dłuży nam się niesamowicie, humor nam dopisuje (dopisywał nam całą drogę), pojawiają się nawet inicjacje piosenek m.in. o ...........Narcyzie Wink.

Meta znajduje się u Narcyza w domu, dojeżdżamy, na mecie impreza już na dobre w garażu (biuro zawodów),widząc nas dostajemy gromkie brava , zastanawiamy się ,czy jesteśmy ostatni, ale okazuję się, że dwóch jest jeszcze w trasie, zostaną zdjęci i przywiezieni autem. W związku z tym oficjalnie zostajemy okrzyknięci ostatni na mecie. Nasz czas to 12h16min., dostajemy dyplomy, koszulki z nazwą wyścigu i.............................. PUCHAR!!!!!!!!!!! Puchar za „ostatni na mecie". Zdziwienie, radość i zmęczenie tak wymieszało się, że nawet nie wiem jakie mamy miny.

dyplom puchar

W garażu party: projektor z ekranem, na którym wyświetlany był przebieg rajdu (relacja jak na tourze heh ), mnóstwo smakołyków do wyboru do koloru, piFko, a na koniec ognisko z kiełbaskami na które już nie zostaliśmy.

Fantastyczna przygoda, z pięknymi widokami i scenerią nie do opisania. Moje serce jest tak blisko Słowacji, po rajdzie jest jeszcze bliżej. Narcyz wraz z rodziną tworzą super klimat. Dzięki Mad za towarzystwo na trasie, było super. Dzięki również za transport. Następny rajd już za rok ;-).

Gdyby nie informacja na naszym portalu o takim rajdzie , nie wiedziałbym, że taki istnieje. Drogie koleżanki, koledzy wrzucajcie info o wydarzeniach, nawet tych mega mało kameralnych!!!bo WARTO!!

 

wlodec

ps.zdjecia MADA!

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

2015_07_22

Na Bradavicę Droga dłuższa i trudniejsza – umawiamy się godzinę wcześniej niż na Durny.

Wchodzimy Granacką Ławką. Mam obawy co do wyboru drogi (moim zdaniem z Małej Wysokiej zdecydowanie prościej, ale nie udaje mi się przekonać Jurka) więc Granacka Ławka.

Spod Śląskiego Domu za opisem Jaćkiewicza, rozpoznaję trawiaste zachody w ścianie. Łatwo znaleźliśmy zejście ze szlaku i w górę. Po zejściu z rumowiska wielkich want wydeptana ścieżka w trawie.

Za nami z pół godziny wchodzi w tę drogę jakaś para. Wnioskujemy, że oni też na Bradavicę.

Doszli nas, jak łapaliśmy oddech na Niżnym Wielickim Przechodzie. Okazało się, że to pracownik TANAP-u  z jakąś botaniczką – będą spisywać rośliny. I rzeczywiście spisywali bo szli za nami aż do Kwietnikowego Żlebu, ale to nieistotne. Istotne to, że baba nas zagadnęła o zejście ze szlaku i pobyt w miejscu niedozwolonym. Jurek wyciągnął legitymację KW, ja zagadywałam posiadaniem sprzętu, „lanu” acz akurat prócz jednego kasku niczego na wierzchu nie mamy. Babeczka się trochę ciskała, że KW to za mało. Tłumaczę jej, że to członek Polskiego Klubu Alpinistycznego, rzucam hasło Alpy, Kaukaz, ale nie bardzo chce tego słuchać. Jakby nieciekawie zaczęło się robić. Facet był mniej aktywny w tych przepytywankach i w końcu to on odpuścił. Polscy horolezcy – mówi i dali nam spokój.

Ja swojej legitymacji nie miałam –BŁĄD – nawiasem mówiąc składkę opłaciłam dopiero post factum.

Obawy dotyczące przejścia i szukania drogi - trzy lata się tego obawiałam - przy pięknej widoczności okazały się nieuzasadnione.

na Granackiej Ławce

 

Z każdego Przechodu w żebrach widoczny był dalszy przebieg przejścia, ślad ścieżki i problemu z orientacją nie było.

Po 20 minutach zdjęcie za kolejnym żebrem.

 

na Granackiej Ławce

 

i kolejne żebro za nami. Pewien rodzaj monotonii: żebro-przechód-trawers żlebu, żebro-przechód-trawers żlebu i tak ze sześć razy.

na Granackiej Ławce

 

Dopiero na ostatnim Przechodzie – ramię żlebu w prawo? czy ramię w lewo?

Tym lewym schodził człowiek więc my w niego weszliśmy. Wyszliśmy na Zwodną Ławkę.

 

w prawę ramię żlebu czy w lewe?

 

Teraz wszystkie wierzchołki Bradavicy mieliśmy z prawej.

Ubieramy uprzęże, lina do akcji na skalną półkę, którą pójdziemy.

Jurek decyduje by zostawić plecaki. Nie podoba mi się ten pomysł. Zawsze jak na przełęczy zostawiłam plecak to okazywało się, że był potrzebny, że czegoś nie miałam, ale on bez plecaka to ja też.

 Zakładamy stanowisko, Jurek prowadzi ja asekuruję. Jeszcze to miejsce przeszłoby się na luzie, ale nie wiadomo czy dalej będzie miejsce na oszpejanie więc się nie odzywam. Jurek przeszedł, teraz moja kolej. Wybieraj krzyczę, bo nie mamy kontaktu wzrokowego, ale niemrawo mu idzie to wybieranie. Lina się klinowała. Za załomem skały odblokowuję linę, oceniam podejście kolejnym, niezmiernie kruchym żlebem, warunków na stanowisko nie widzę na pierwszy rzut oka i stwierdzam, że ta lina tylko nas opóźnia. Póki co – rozwiązujemy się. To był najtrudniejszy odcinek drogi bo najbardziej sypki. Teraz Klimkowa Turnia, (błąd z zostawieniem plecaka, został w nim gps, nie sfotografuję wskazania wysokości)

Tajbrowa Turnia,

na Tajbrowej Turni

 

ksziążka szczytowa

 

po prostu szczyt

 

Kwietnikowa

 

Keietnikowa Turnia

 

i Pawłowa Turnia

 

jak to ugryźć

 

 A ponieważ Korona wymagała dużo czasu i wysiłku - sukces ten uświetniłam podskokiem na ostatniej turni ostatniego wierzchołka, co mnie się często nie zdarza (taki podskok Smile ). Na dodatek w okrutnie napowietrzonym terenie. Mądre to chyba nie było.

 

koniec wieńczy dzieło

 

– ostatni wierzchołek Bradavicy. Pawłową Turnią zamknęłam mój prywatny projekt KORONA TATAR WYSOKICH vel WIELKA KORONA TATR!!!

Ta daaaammmm (fanfary w tle).

 

Widoki bajeczne

z Bradavicy

 

z Bradavicy

 

z Bradavicy

 

 

Na szczycie przed nami była para na Klimkowej Turni, z boku widzieliśmy parę na Kwietnikowej – to ułatwiało określenie drogi wejścia na każdą i szybko nam poszło.

Nie użyliśmy już liny.

Zejście tą samą kruszyzną na Zwodną Ławkę i dalej graniówka Drogą Tetmajera.

 

na Drodze Tetmajera

 

Zwalista Turnia, Baniasta Turnia do Małej Wysokiej, Polski Grzebień, Śląski Dom.

 

Wielicki Staw

 

Wybieramy się na zapracowaną dzielnie kaweczkę, ale… łapiemy stopa na dół. Kawa będzie na dole. Tym sposobem udało nam się wyeliminować z dniówki bezproduktywne zejście i zaoszczędzić godzinę z haczykiem.

 

Dosyć lekki wyszedł mi ten opis, a szczyt mówi się – najtrudniejszy w KTW.

Na naszą korzyść działały doskonałe warunki atmosferyczne, sucha skała, widoczność, doświadczenie i brak lęku wysokości, lęku przed stromizną, przed przepaścią. Na każdym kroku zachowaliśmy najdalej posuniętą ostrożność. Tam gdzie krucho, sypko – koniecznie idziemy blisko siebie. Tam gdzie można – drugie czekało z boku, za skałą, za załomem.

W żadnym razie nie zachęcam, nie polecam.

 

Najbardziej satysfakcjonujący moment dnia to rzut oka wstecz na grani i konkluzja – na każdej z tych surowych Turni już byłam. Niesamowite Cool

Bradavica

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

Główny Szlak Sudecki na Biegowo


 

Po udanym projekcie GSB Główny Szlak Beskidzki na Biegowo zrealizowanym we wrześniu 2014 roku ( 158 godzin i 7 minut) postanowiłem zmierzyć się z drugą częścią projektu, czyli GSS Główny Szlak Sudecki. 

 

Szlak wokół, którego jest troszkę zamieszania. Chodzi o dodany w 2009 roku odcinek Paczków – Prudnik, by włączyć w strukturę GSS Góry Opawskie. Pierwotnie szlak kończył się i zaczynał w Paczkowie i wynosił 360km. Po podaniu kontrowersyjnego odcinka, obecnie długość szlaku wynosi 440km. Widziałem i czytałem wypowiedzi ludzi, którzy mają różne opinie o tym przedłużeniu.

 

Oficjalnie PTTK uznało dodatkowy przelot i nie zważając na to co mówią ludzie, naturalną dla mnie rzeczą było, by pokonać cały GSS, czyli 440 km w pięć dni.

 

Szlak zaczyna się ( jeśli lecimy od zachodu na wschód) w  Świeradowie Zdrój i kończy w Prudniku.

Do pokonania są takie góry jak: Góry Izerskie, Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Góry Czarne, Góry Sowie, Góry Stołowe, Góry Orlickie, Góry Bystrzyckie, Masyw Śnieżnika, Krowiarki (góry), Góry Złote, Góry Opawskie. 

Poszukując informacji o najszybszym przelocie trasy, trafiłem na dwie relację. Pierwsza to  nieudana próba Piotra Kłosowicza, oraz druga udana Dominika Ewalda. W obu przypadkach pod uwagę brana była stara wersja szlaku GSS, czyli 360km.

 

Dominik starą wersję GSS zrobił w 98h35’ – wrzesień 2014. I był to najszybszy przelot do tej pory, o którym wiadomo.

Ja od początku planowałem mierzyć się z całością szlaku, czyli 440km z metą w Prudniku. Co z tego wyszło, przeczytacie poniżej.

 

 

Etap pierwszy 17 Maj 2015 Świeradów Zdrój

 

Prognoza pogody na najbliższe dni nie była satysfakcjonująca, powiedziałbym że była zła. Zła, ale nie fatalna. Okno pogodowe miałem prawie pewne przez pierwsze dwa dni napierania. Bez opadów, ale za to z mocnym wiatrem, a tam gdzie wiatr to i duże prawdopodobieństwo jakichś opadów. Dlaczego zatem wybrałem ten termin?!. Rozważałem Maj albo Wrzesień. Każda pora ma swoje zalety jak i wady. Uważam, że te dwa miesiące są najbardziej przewidywalnymi w górach. Bardziej stabilny jest Wrzesień. Maj może nam pofiglować, ale bez dużych niespodzianek. Miesiące pomiędzy nimi mogą sprawić sporego psikusa, gdzie największym zagrożeniem mogą być upały i burze. Biorąc pod uwagę moje plany biegowe na ten rok, ostatecznie zdecydowałem  się na próbę majową.

 

Równo o 5 rano stanąłem na swojej linii startu przy tabliczce z czerwoną kropką i białym obrysem, która informuje nas, że to tutaj znajduje się punkt zero Głównego Szlaku Sudeckiego.

 

Po sesji fotograficznej o godzinie 5:04 moje fale mózgowe uwolniły ciało i obróciły je w ruch napędzając system biegowy do realizacji planu.

 

Na pierwsze śniadanie poszły Góry Izerskie. Lekko kropiło, gdy ugryzłem pierwsze kamienie i błotniste podłoże. Piękna Łania była tak uprzejma i powiedziała mi Dzień Dobry. Była tak szybka i zwinna, że nie zdążyłem jej odpowiedzieć. Momentami muszę dawać duże susy, by nie zaliczyć na samym początku mokrego buta. Im wyżej tym bardziej wietrznie. Przyjaciele życzyli mi wiatru w plecy, miałem nadzieję, że na wysokości tak też będzie. Schronisko na Stogu Izerskim mijam o 6 rano. Pustki, jedynie wiatr hałasuje i dobija mnie swoją siłą.

 

Izery to przelot rzędu ok.23 kilometrów. Połowa z tego dystansu to mokra przeprawa. Duże susy przez błoto i obejścia kałuż nieco hamują mój impet biegu. Wraz z dystansem poprawia się szlak oraz pogoda. Przejaśnia się, Słońce nieśmiało smyra po czole, a wiatr wieje tak jak życzyli przyjaciele, czyli w plecy.

 

Nie spotkałem nikogo na tym odcinku. Wpadam do Szklarskiej Poręby, rozglądam się, czy czasem Bennet nie czai się za rogiem. Niestety przyjaciela z biegów brak, zajęty swoimi sprawami, pewnie nawet nie wie, że przyszedł mi do głowy znowu szalony pomysł. Szczerze mówiąc planowałem tutaj wrzucić coś na ząb, ale przy szlaku wszystko zamknięte.

 

Zatem na drugie śniadanie Karkonosze. Znam doskonale z biegów maratońskich. Gdy znalazłem się na Szrenicy wróciły wspomnienia. Od Szrenicy, aż do Śnieżki to fragment trasy Maratonu Karkonoskiego, w którym startowałem dwukrotnie. Fala pięknych wspomnień, alpejskiego krajobrazu i silnego wiatru w plecy mija bardzo szybko. Kilka zdjęć, dwa przeloty przez pozostały śnieg dające dużo frajdy i jestem u stóp Śnieżki. To była niedziela, turystów sporo, tu i ówdzie biegacz, a pod Śnieżką tłumy. Rzucam się w wir zbiegania na śniadanie do Karpacza.

 

 

 

 

Wchodząc do sklepów moje pierwsze słowa to: Dzień Dobry, czy są owoce?

 

W Karpaczu tuż przy szlaku jest dobrze zaopatrzony sklep. Dobrze to znaczy mają warzywa i owoce. Zjeść przy dobrej muzyce humor zawsze idzie w górę. Dużo Słońca i Reggae zapodało dobrą nutę. Zaraz za Karpaczem jest bardzo ciekawy szlak. Niedługi fragment, ale wart zaliczenia.

 

Po opuszczenia Karkonoszy, kolejnym etapem jest przelot przez Pogórze Karkonoszy na Rudawy Janowickie. Po drodze spotykam osiołka zaintrygowanego moim biegiem.

 

Rudawski Park Krajobrazowy powala swą zielonością. Jest tak malowniczy, jak namalowane pędzlem obrazy najwyższej klasy malarza. Nie brakuje tu nic.

 

 

Jest cisza spokój, woda, góry, las,

mówię Wam ta kraina pokocha Was.

 

                                                                                                       wlodec

 

Pędząc przez Rudawy nie mogłem oprzeć się myśli, jak to będzie cudownie tutaj wrócić, gdy teściowa naszego szybkiego przyjaciela Jaro z Zabieganego Teamu, wyjedzie na kilka dni, a My z całą paczką wpadniemy nieco udeptać okoliczne szlaki. Czerwony szlak jedynie odsłania kawałek tej pięknej ziemi. Móc udeptać pozostałe szlaki już na samą myśl noga sama chodzi.

 

 

 

Napierając na Ostrą Małą dopadł mnie delikatny kryzys. Mając w nogach ponad 80km żwawym rytmem, lekko mnie zatkało. Doświadczenie pozwoliło szybko zażegnać kryzys i już mogłem puścić się w wir zbiegania do Lubawki.

 

Pierwszy nocleg na szlaku w samym centrum Lubawki na rynku w Hotelu Lubavia. Zanim tam trafiłem odwiedziłem jedyny otwarty w niedzielny wieczór sklep w mieścinie. Był to całodobowy sklep nocny  z alkoholem, a na moje: Dzień Dobry, czy są owoce?, Pani wybałuszyła oczy i wybuchła uśmiechem. Udało się znaleźć dwa fanty: wafle ryżowe i czekoladę gorzką.

 

W Hotelu witają mnie bardzo sympatyczni ludzie słowami Pan Maratończyk. Udaję się też, dzięki Rubin ,dostać solidny rabat na spanie.

 

Dzień pierwszy 100km, w górę wyszło 3781, w dół 3765 Czas 14h 55'

 

Etap drugi 18 Maj 2015 Lubawka

 

Drugi etap poszedł w ruch o godz. 5:10, na dobry poranek Góry Krucze, Wzgórza Krzeszowskie oraz Pasmo Lesistej. Pogoda zapowiadała ciepły piękny dzień. Już z samego rana widoki cudowne. W odległości 9km za Lubawką jest ciekawe miejsce nazywa się Betlejem. Rozważałem tutaj nocleg po pierwszym dniu napierania, jednak stwierdziłem, że lepiej będzie zrobić trochę mniejszy kilometraż i mieć więcej czasu na regenerację. Dalej nasz malarz od obrazów przenosi nas w przepiękne widoki. Za Krzeszowem, wspinając się na Wzgórza Krzeszowskie barwa kolorów i panorama rozkłada na łopatki.

 

 

 

Na GSS jest dużo przelotów asfaltowych, których nienawidzę. Jedyny plus tego jest, że można zobaczyć budownictwo oraz ich stan, po którym można stwierdzić jak się żyje ludziom. Czasami widoki są bardzo przykre, a świeżość budynków uleciała bardzo dawno.

 

Dziś na obiad pójdą Góry Sowie, ale za nim to nastąpi najpierw Góry Suche, które kończą się w Jedlinie Zdrój. Tam też przerwa na doładowanie baterii.

 

Góry Sowie znam, trenowałem w nich. Wiem, że przy słonecznej pogodzie potrafią dać w kość. Wiem też, że mimo pilnowania szlaku w biegu można się zatracić.

 

W samo południe wbiłem się w Park Krajobrazowy Gór Sowich. Słońce tego dnia wysoko, bardzo wysoko. Gdy mocno wieje to nie jest przyjemnie biec, ale gdy nie wieje to Słońce grzeje jak kaloryfer w zimowy wieczór. Plusy i minusy pogody.

 

Plus i minus to jedyne co widzę,

Plus i minus to jedyne co słyszę,

Plus i minus to jedyne czym żyję

Kaliber 44

 

Zanim dotarłem do Przełęczy Sokoła, dwa razy szlak spłatał figla. Oznaczenia są słabe lub było ich brak. Kilkaset metrów dorzucam i kilka minut do worka.

 

Podejście na Wielką Sowę znam nie tylko z treningów. Byłem tutaj kiedyś na zawodach. Mijam kilku turystów.

Uhu Uhu Wielka Sowa. Na górze trwają jakieś prace budowlane. Liczyłem na mini sklepik w wieży, ale z powodu tych prac jest zamknięty. Przelot przez Góry Sowie, może okazać się ciężki, gdy nie ma się dostatecznej ilości płynów, a Słońce daje po pacynce.

 

Docierając pod Twierdzę Srebrnogórską leciałem na samych ostatkach kropli wody. Musiałem dawkować odpowiednie proporcje, by starczyło do Srebrnej Góry. To był solidny trening wytrzymałości. Twierdza po ciężkim boju w Górach Sowich zdobyta. Tuż przy szlaku zdążyłem przed samym zamknięciem zaopatrzyć się w płyny, ale żeby coś zjeść było już za późno.

 

 

 

Góry Bardzkie to przelot z Małej Przełęczy Srebrnej na Słupiec. I to właśnie Słupiec będzie moim drugim noclegiem na trasie GSS. Nocleg mam zaklepany w starym PRL – owskim Domu Wypoczynkowym. Żeby tam trafić to pół Słupca trzeba przerzucić do góry nogami. Stan w środku taki, że bałem się dotykać klamki, aby nie odpadła, a cena za nocleg solidna. Jest łóżko, łazienka z gorąca wodą, a to dla spragnionego i zmęczonego człowieka wystarczy. Na recepcji można zamówić herbatę. Działa też WiFi.

 

Dzień drugi 92 km; pod górę 3174m, w dół 3172m; czas 15h11'

 

 

 

Etap trzeci 19 Maj 2015 Słupiec

 

Ze Słupca do Wambierzyc jest łatwy przelot przez Wzgórza Włodzickie i Wzgórza Ścinawskie. Jeśli ktoś jest w temacie ultra biegów górskich ten wie, że od jakiegoś czasu poruszam się trasą 7 Szczytów, z tym,  że ….. pod prąd.

 

Znam te zakręty, miejsca i każdy centymetr doskonale. Od dwóch lat wylewam pot na trasie 7 Szczytów, a odcinek w Wambierzycach szczególnie pamiętam, bo zawsze tutaj łapie mnie kryzys. Ale nie tym razem. Tym razem jestem tutaj tak wcześnie, że o kryzysie nie może być mowy, a Słońce jest niziutko i na pewno nie przygrzeje w piekarnik. Wracają wspomnienia, te piękne jak i te bolące.

 

Tuż przed Wambierzycami pole rzepakowe tryska żółcią tworząc piękną panoramę na Góry Stołowe. Zaraz za Wambierzycami zaczyna się odcinek Gór Stołowych. Sarenka zapuściła żurawia i czai z trawy co jest grane. O godzinie 8:00 osiągam Rogacza, co zwiastuje półmetek trasy GSS.

 

 

 

Obserwuję niebo z zaniepokojeniem. Dziś miały zacząć się już duże opady deszczu. Chmur przybywa z każdej strony, a najwięcej zbiera się ich w kierunku w którym zmierzam.

 

Z Rogacza pięknie leci się na Skalne Grzyby, następnie na Szczeliniec i do Karłowa. Z Karłowa bardzo ciekawym szlakiem na Skalniaka. Jedno z ciekawszych miejsc jak dla mnie kończące się Błędnymi Skałami okupowane przez szkolne wycieczki. Niebo zamienia się w wietrzne i mokre krople. Przyspieszam, bo znajduję się na wyeksponowanym terenie, a nigdy nie wiadomo co tam za kocioł w niebie się zagotuje.

 

Z Błędnych Skał to szybki zbieg do Kudowy Zdrój. Tam to też natrafiam na bar mleczny. Biorę ziemniaki ,surówkę i kompot. Płacę 2zł10gr. Surówkę smaczna i dobra, ale ziemniaki zalatują mi zmieszane z masłem. Zwracam  tackę z ziemniakami, popijam kompot i następnie ląduję w warzywniaku obok. Co tu mówić Raj dla weganina.

Po posiłku Wzgórza Lewińskie, które prowadzą mnie do Dusznik Zdrój.

 

 

 

W Dusznikach atakuję ,,Biedre’’. Konsumpcja owoców świata na schodach przy lekko łzawiącym niebie.

 

Odcinek Duszniki Zdrój- Zieleniec-Lasówka to Góry Orlickie. Niestety tyle asfaltu się tu klepie, że się odechciewa. Droga Sudecka. Monotonia i katorga dla mnie. Szukałem jakiejś ścieżyny tuż obok drogi, ale nic nie ma. Kto wie, czy ten asfalt nie był przyczyną moich losów w dalszej części trasy. Na domiar tego, niebo rozpłakało się jeszcze bardziej, a tuż przed samym Zieleńcem, się rozbeczało. Trochę zdziwiony byłem, bo napierając z Dusznik Zdrój do Zieleńca, tuż przed nim znów ujrzałem tablicę informacyjną Duszniki Zdrój. Zanim ogarnąłem, o co chodzi zobaczyłem też tabliczkę Zieleniec.

 

W Zieleńcu przymusowa przerwa przez mocne opady deszczu pod sklepem na ławeczce, ale z daszkiem. Bla bla przez telefon z Rubin. Wyjaśniliśmy też jeden skręt szlaku, który zrobiony jest tylko po to, aby dosłownie przejść pod samym progiem schroniska.

 

Z Zieleńca do Lasówki to dalsze klepanie asfaltu – daleko jeszcze?!.

 

Dopiero w Lasówce można wbić się na normalną drogę, czyli szlak prowadzący do schroniska Jagodna. Momentami jest taka kupa błota, że przypomniał się mi Beskid Niski z GSB.

 

Schronisko omijam mimo głodu, a na pocieszenie znowu klepanie asfaltu Drogi Sudeckiej.

 

Dzisiejszy nocleg zaplanowany we wsi Ponikwa. Zanim tam dotarłem na łąkach już po odbiciu z asfaltu, miałem spotkanie pierwszego stopnia z krową.

 

 

    

Tyle co miałem mały problem ze szlakiem, który szybko rozwiązałem i ku radości nabierałem prędkości, znad przeciwka niczym strzała mknęła w moją stronę krowa!. Jakieś dwa metry przed sobą wyhamowaliśmy prędkość. Stanąłem i myślę zdezorientowany co jest grane?!. Pierwsze co to sprawdzam, czy to nie aby byk. Uf, to nie byk. Ale co z tego jak krowa znowu napiera w moją stronę. Podbiega i oddala się. I tak kilka razy. Gdy ruszam w jej stronę ona rusza w moją. Na nic zdaję się rozmowa z nią. Krzyczę do domu, a ona nic. Obczajam krzak w pobliżu. Szybkim susem jestem tuż przy nim, ale krowa powtarza mój ruch i też już jest przy krzaku. No i zaczęło się. Ganianie wokół solidnego krzaka. Raz w jedną, raz w drugą stronę, jak w berka, albo jak chłopak z dziewczyną, który robi zaloty do dziewuszki. Tylko w tym przypadku to chyba krowie zebrało się na figle. Nie wiem, czy czasem jej przed chwilą byk nie ,,wybyczył’’, bo z gospodarstwa obory, które było tuż obok, byk dawał o sobie znać tak mocno, że nie chciałbym się z nim spotkać. Słychać go było chyba na całą wieś. Wyczekałem moment, gdy zaczęła podgryzać trawkę i cicho chodem dałem dyla do wsi. Tak żwawej krowy w życiu nie widziałem, a ogonem merdała jak pies wyprowadzony na spacer.

 

Ponikowo nad Ponikiem, ale bez paniki  napisała Rubin w poście relacji, którą mogliście śledzić.

 

Gospodarstwo Agroturystyczne, w którym nocowałem jest przepiękne. Gospodarze bardzo sympatyczni, a gospodyni lubi jedzenie wegańskie, z czego oczywiście skorzystałem. Kasza jaglana z warzywami smakowała wybornie.

 

Dzień trzeci 94,5km, w górę 2284m, w dół 2299, czas 14h41’

 

Etap czwarty 20 Maj 2015 Ponikwa

 

Gospodarze wiedzieli o moim porannym planie. Kładąc się spać byłem niemal przekonany, że rano obudzę się i zobaczę ulewę , przekręcę się na drugi bok i dalej będę spał. Jeszcze w środku nocy lało, ale gdy otworzyłem oczy, była cisza. Nie padało. Można było wskoczyć w kimono i ruszyć przed siebie. Ukradkiem przez tylne wyjście opuściłem ciepłe gospodarstwo i o godzinie 4:55 już byłem na szlaku. Chmury wisiały niziutko, ale przez najbliższe 2-3 godziny stwierdziłem, że większych opadów nie będzie. Zaczął się wyścig z czasem, ile uda się zrobić przed zapowiadanymi ulewami.

 

Mokre łąki dały sygnał, że dziś nie będzie łatwo. W Długopolu Zdrój cisza jak makiem zasiał, a planowałem śniadanie. Mokrych łąk ciąg dalszy i od rana już w butach mokro. Tyle saren co do tej pory nie widziałem nigdzie na GSS. Całe stada. Szlak w jednym momencie ucieka, ale dzięki wskazówce Dominika, tego co zrobił stary GSS w 98h35’, wiedziałem że muszę uważać w tym miejscu. Odcinek Długopole Zdrój – Wilkanów to fragment Kotliny Kłodzkiej.

 

Za wszelką cenę jak najszybciej chciałem dotrzeć do Marianówki, by mieć łąki i w perspektywie opadów deszczu odkryty teren za sobą i mieć możliwość schowania się w terenie zalesionym. Wraz z napieraniem pojawia się mżawka. Mniej lub bardziej mży.

 

Wreszcie docieram pod stoki Góry Iglicznej. O godzinie 7:29 jestem już na szczycie i cieszę się ze śniadania jakie zaplanowałem w Międzygórzu. Na śniadanie owoce ze spożywczaka, w menu pojawiły się m.in. tak długo oczekiwane przeze mnie truskawki. Czerwona słodka moc wypełnia mnie i napieram na strome podejście do schroniska na Śnieżniku. Po drodze mijam dwóch turystów. Ubrani w bluzy i kurtki przeciwdeszczowe, ja w krótkim rękawku, dopiero tuż przed schroniskiem zakładam bluzę, bo zaczyna wiać.

 

W schronisku ładuję pyszną świeżą surówkę i słucham ciekawej historii wieży jaka to kiedyś stała na szczycie Śnieżnika. Jak dobrze pamiętam wysadziła ją ówczesna władza w 1972 roku. Zostało z niej tylko zdjęcie. Po co? Dlaczego? Nie wiem, nie zapytałem, bo czas mnie gonił i ruszyłem dalej w misję. 

 

 

 

Mgła oblewa teren dookoła. Wilgotność duża, widoczność słaba, ale nie leje więc nie jest żle. Coś tam kapie i z czasem, gdy docieram do Czarnej Góry rozpadało się. Na jej szczycie leje, czym prędzej zbiegam w dół w stronę Lądka Zdój. Jest to łatwy odcinek pod warunkiem, że nie pada. Momentami robię przystanki pod drzewami, by przeczekać mocniejszy opad. Krótkie przystanki przeradzają się w długie przystanki. Najdłuższy miał czas około godziny. W bezruchu nie można wtedy zostać, bo grozi wychłodzeniem. Deszcz, wiatr, niska temperatura, kupa kilometrów w nogach, a ja pod drzewami rozgrzewałem się robiąc przysiady i pompki.

 

Mógłbym napierać dalej i dotrzeć do celu moknąc przy tym kilka razy. Tylko trzeba sobie zdać sprawę z kilku rzeczy. Czy wychłodzony organizm nadal będzie wstanie jutro być w ruchu, czy rzeczy wyschną, by móc wskoczyć w suche nazajutrz. Z tym nie jest tak łatwo. Z doświadczenia wiem, że nie wszędzie da się wysuszyć rzeczy, nie wszędzie jest gorąca woda, nie wszędzie grzeją. Miałem już różne niespodzianki. Czy następnego dnia nadal będzie padać, bo jeśli tak to ile ubiegnę znowu cały mokry, być może w mokrych rzeczach. Zawsze trzeba rozpatrywać  wszystko. To są czynniki, które mogą zaważyć na całym przedsięwzięciu. Jeden błąd, jedna zła decyzja może kosztować bardzo dużo.

Gdyby to był ostatni dzień napierania, grzałbym ile wlezie i nie patrzył na warunki pogodowe.

 

Skacząc tak pomiędzy większymi opadami z grzędy drzew na grzędę, docieram do Lądka Zdrój. Stąd jest niełatwy odcinek do Złotego Stoku przez Jawornik Wielki. Sporo podejścia, wiatr, mgła, deszcz, wycinka drzew, przez którą szlak zamieniony jest w breję błota i kałuż i tym samym bardzo słabe oznaczenie spowodowało  bardzo surowe warunki na tym odcinku. W Złotym Stoku miałem serdecznie dość. Zacząłem też odczuwać lewą nogę na wysokości golenia. Po godzinie spędzonej pod piwnym parasolem, wpadłem na pomysł, by zdobyć parasol i postawić dziś kropkę nad i, na starym szlaku GSS, który kończył się w Paczkowie. Dotychczasowy najszybszy przelot starego GSS wynosił 98h35’ godziny, zrobiony przez Dominika Ewalda we wrześniu zeszłego roku.

 

Po zaliczeniu trzeciego sklepu w poszukiwaniu parasola, z nową zdobyczą napieram do Paczkowa. Jest to klepanie asfaltu do znudzenia. Dominik napisał mi, że dla niego GSS mógłby się kończyć już w Złotym Stoku. Też tak uważam, bo tam kończą się góry.

 

 

 

W Paczkowie melduję o 20:27. Po 360km ,,stary’’ GSS od momentu startu machnięty w 87godzin 23 minuty. I już w tym momencie poczułem się spełniony.

 

Dzień czwarty 74,5km, w górę 2098, w dół 1998 czas 15h32’

 

Etap piąty 21 Maj 2015 Paczków

 

Gdy zasypiałem w Paczkowie w bardzo zimnym pokoju z jeszcze zimniejszym grzejnikiem, wiedziałem, że coś jest nie tak z moją lewą nogą. Na wysokości golenia pojawiła się górka i bolała. Nie mam pojęcia, gdzie co jak i kiedy. Podejrzewam dwie rzeczy, że gdzieś na zbiegu jak potknąłem się, lub od klepania asfaltu. Rano ból był większy i przeszła mi myśl, aby odpuścić dzisiejszy etap.

 

Niebo zachmurzone, ale bez opadów. Biec nie dawałem rady przez ten ból. Postanowiłem spróbować iść i zobaczyć jak będzie. Odcinek ten to znów udeptywanie asfaltu. Droga jest malownicza, wioski ładne i podobała się mi, ale powiedziałbym, że jest to wspaniały odcinek na rower.

 

 

 

Ból próbowałem koić mokrymi liśćmi, a jak nie były mokre to moczyłem w kałuży i okładałem kontuzję. Niestety opuchlizna coraz większa, ból większy, skóra czerwona i rozgrzana jak pies. Próbowałem jeszcze lody ze sklepów, ale tyle co przyłożyłem to lód topił się po 5 minutach. Po podjęciu wyzwania, przejściu 41km podjąłem decyzję o wycofaniu się z GSS.

 

Dokładnie na 401 kilometrze o godzinie 13:35 na Rozdrożu Pod Czechami zakończyłem imprezę. Do końca zostało jakieś 40km i Góry Opawskie. Decyzja była trudna, ale jedyna właściwa i rozsądna.

 

401 kilometrów Głównego Szlaku Sudeckiego pokonałem w 104 godziny 31 minut. Stara wersja GSS zrobiona w 87godzin 23 minuty i jest to o ile mi wiadomo najszybszy przelot.

 

Dziękuje za wsparcie, kciuki, miłe słowa , doping i że byliście duchem ze mną na szlaku.

 

Projekt wspierał sklep black-rock.pl. Wsparcie medialne zapewniła Planeta Gór.

 

Relację na FB przekazywała Wam Rubin (Monika)

 

Dziękuję i do następnego……

 

Łukasz Pawłowski (wlodec)

 

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

Półtorej roku temu jesienią nabawiłam się kontuzji kolana, a w zasadzie pogłębiłam już istniejącą, do tego stopnia, że dalsze wspinanie i góry stanęły pod znakiem zapytania. Pamiętam, że z gabinetu ortopedy wyszłam zapłakana, z przeświadczeniem, że to, co kocham, stało się dla mnie niedostępne na zawsze, do końca życia. Po kilku miesiącach bezczynności trafiłam na rehabilitację i dostałam cień nadziei, że może jednak kiedyś znowu będzie dobrze. Oczywiście wielogodzinne wycieczki, jak słynna Wyrypa Beskidzka zostają za mną, wybitne szczyty, góry wysokie i wędrówki z dużym plecakiem także są tym, czego już nie będę próbować.

 
W sumie moje dotychczasowe przejścia górskie dały razem, według TrekPLANNERA ok. 2500 km tras. Nie uwzględniłam tam wycieczek, których przebiegu nie jestem w stanie odtworzyć, a także okresu dzieciństwa, kiedy chodziłam po górach z rodzicami. Myślę, że mimo to te dwa i pół tysiąca stanowią całkiem fajną liczbę :). W ciągu ostatnich kilku lat byłam na kursie lawinowym, przeszłam kolejno 50 i 60 km w czasie dwóch Wyryp Beskidzkich, jednym ciągiem, bez długich odpoczynków i bez noclegu, a w polskich Tatrach zaliczyłam niemal wszystkie znakowane szlaki. Sporo osiągnęłam i chcę wyciągnąć rękę po więcej - marzę o alpejskich czterotysięcznikach, prawdziwym zimowym wspinaniu, Koronie Tatr zdobywanej wspinaczkowo, Koronie Słowacji, o wielu szczytach, szlakach, pasmach górskich, o powrocie do mojej Rumunii, magicznej, ze wspaniałymi, dzikimi górami.
 
Od początku rehabilitacji dzielnie starałam się wykonywać pakiet ćwiczeń, który dostałam. Teoretycznie nie powinnam się wspinać i wędrować, ale... Nie mogłam wytrzymać. I tak po pół roku przerwy przeszłam się na Magurkę, następnie pojechałam do Doliny Kieżmarskiej, potem kolejno: pochodziłam po Wapienicy, dwa razy byłam na Koziej Górce (znów ok. 8 km), trochę powspinałam się na Jurze i w Predhorie, w marcu zdobyłam Wysokie Skałki w Pieninach i poszłam do schroniska Stare Wierchy z Obidowej, w kwietniu zdobyłam Błatnią szlakiem z Jaworza (pierwszy raz od tej strony), a w długi weekend majowy znowu zaliczyłam Kozią. Na urlopie, w połowie września na luzie zaliczyłam trekking w Dolomitach, zdobyłam alpejskie wzniesienia o wysokości 2800 m n.p.m., choć celem było zdobycie trzytysięcznika, a potem przez ponad 10 dni wspinałam się w Arco. W tym roku znów zaczęłam nieco intensywniej chodzić po górach, a w marcu zrealizowałam swoje naprawdę wielkie, wielkie marzenie - zimowe wspinanie na tatrzańskich lodospadach.

Kiedyś 22-30 km w każdy dzień weekendu to była norma. Teraz pilnuję nie tylko długości trasy, ale dbam, by przewyższenia nie były zbyt duże, a podejścia za strome. Nie mogę dopuścić do obciążenia kolana, bo w przeciwnym wypadku kilka miesięcy rehabilitacji pójdzie na marne. Na początku każdy krok naznaczony był bólem, nie byłam w stanie przejść kilku kroków, byłam skazana na silne środki przeciwzapalne. Później musiałam bardzo uważać, powoli zwiększać dystans do przebycia, aż w końcu 8 km na Błatnią z Jaworza i z powrotem zupełnie bez bólu stało się wielkim sukcesem. Nauczyłam się cieszyć z krótkich, ale bezbolesnych wycieczek, każde 4-5 km w lesie w okolicy Bielska stanowiło wyzwanie, a 200 m przewyższenia było już poważnym podejściem.

Zawsze uważałam, że trudne doświadczenia wzmacniają, że warto dostrzec ich pozytywny wydźwięk, no i oczywiście, że nic nie dzieje się bez przyczyny - wszystko jest po coś, a to co nas spotyka to tylko lekcje do odrobienia. Kontuzja stała się więc dla mnie taką lekcją: pozwoliła mi dostrzec źródło radości w tym, co mam, nawet jeśli wydaje się, że to tak niewiele. Problemy z kolanem nauczyły mnie wdzięczności za zdrowie, za możliwości, jakie mam, za każdy jeden krok. Dzięki nim zaczęłam doceniać fakt, że nadal mogę chodzić i wspinać się, a że mniej intensywnie niż kiedyś, to już zupełnie nieistotne. To co posiadam, to czego dokonałam i co jeszcze przede mną stanowi wielką wartość - mam wszystko, czego potrzebuję, by być w pełni szczęśliwa :). Zmęczenie, powiew wiatru, szum górskiego potoku, świetni ludzie, z którymi chodzę w góry, ciepło słońca i orzeźwiająca mżawka, trudności na szlaku i bezkresne widoki - o wiele łatwiej to dostrzec i zachwycić się, kiedy wiem, że mogłabym tego nie mieć i nie przeżyć. Jestem wdzięczna za to, czego doświadczyłam w górach i patrzę w przyszłość z absolutną nadzieją - wierzę, że uda mi się zrealizować górskie plany, że wokół mnie zawsze będą fantastyczni, pozytywni ludzie, z którymi przejdę niejeden szlak i że osiągnę - z łatwością lub trudem, ale jednak - każdy sportowy cel, jaki przed sobą postawię :). 
 
Snieg w sierpniu, Tatry 2005
 
zielone góry Bucegi w Rumunii, sierpień 2006
 
deszczowe Fogarasze, Rumunia 2006
 
gdzieś w Tatrach Zachodnich, lato 2004
 
W drodze na Przełęcz pod Chłopkiem, lato 2003
 
słynna drabinka nad Kozią Przełęczą, Tatry 2003
 
Na Przełęczy pod Chłopkiem, lato 2003
 
Na Wrotach Chałubińskiego, lato 2003
 
Orla Perć, cz. II, lato 2004
 
Wołowiec, Tatry A.D. 2002
 
 
 
Rysy, Tatry A..D. 2002
 
Bieszczady A.D. 2002
 
Wielka Racza, lato 2003
 
 
VI Wyrypa Beskidzka, wędrówka przez Beskid Mały
 
IV Wyrypa Beskidzka, lipiec 2011
 
W Dolinie Złomisk, jesień 2012
 
 
Na Ornak, fot. Bożena Z.
 
Pod Siwym Wierchem, jesień! 2011
 
Jest walka! Fot. Bożena Z.
 
I jest poddanie się. Fot. Bożena Z.
 
Dolina Białej Wody, listopad 2011
 
zachód słońca nad Tatrami Zachodnimi
 
Arco jak burzowy las tropikalny :)
 
Dru bawi się w chowanego :)
 
Lodowiec Mer de Glace
 
w Dolinie Kieżmarskiej, styczeń 2014
 
Bela, Mała Fatra, listopad 2011
 
 
Trekking wokół Tre Cime

 
Przedmurze Alp. Jezioro Garda
 
Pod Wildes Mannle. Alpy. Austria
 
Lodospad koło Hrebenioka
 
Pełnia szczęścia :). Grześ. Krokusy A.D. 2015. fot. Patryk K.
 
Pierwsze prowadzenie, Apteka, Podlesice, 2010
 
Arco 2010
 
 
Massone, 2010
 
Tofana, Dolomity, koniec sierpnia 2010
 
Cinque Torri, Dolomity, sierpień 2010
 
Finale Ligure, Wielkanoc 2010
 
Liguryjska skała
 
Tak się spełnia marzenia: działaniem :)
 
Razem na Załupie. Zastrzyk endorfin w czystej postaci :).
 
W stronę Starorobociańskiego, Tatry 2005
 
"Bądź zadowolony z tego, co masz, ciesz się tym, jak się sprawy mają. Kiedy zdasz sobie sprawę, że niczego nie brakuje, cały świat będzie należeć do ciebie". Lao Tsu
 
"Pe­symis­ta szu­ka prze­ciw­ności w każdej okaz­ji. Op­ty­mis­ta widzi okazję w każdej prze­ciw­ności". Winston Churchill
 
"W życiu nie chodzi o czekanie, aż burza minie… Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu". Vivian Green
 
"Wdzięczność otwiera pełnię życia. Sprawia, że to, co mamy, wystarcza. Zamienia opór w akceptację, chaos w porządek, konfuzję w klarowność. Może zamienić posiłek w ucztę, mieszkanie w dom, obcego w przyjaciela. Wdzięczność nadaje sens przeszłości, przynosi pokój dzisiaj i tworzy wizję jutra". Melody Beattie
 

 

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

Witam

 

Mam pytanie czy w polskich górach można znaleźć szczyty na które aby wejść trzeba zapłacić?

 

Odpowiedź - Oczywiście że nie. I tutaj mamy błąd.

Odpowiedź powinna brzmieć- Oczywiście że tak.

 

Gdzie, kiedy jak, dlaczego?

 

Już odpowiadam.

 

W pieninach "Trzy Koronowy" opłata tuż przy wejściu na szczyt 5 zł od łebka. Świat się zmienia. Oczywiście można ominąć te obostrzenie, idą na szczyt bardzo wczesnie rano, lub pewnie zimą. Czyli wtedy gdy prawdopodobieństwo że ktoś wyjdzie na szczyt jest bardzo niskie, i nikomu nie chce sie siedzieć w budce aby kasować za wejście na szczyt.

 

 

trzy

 

Wejście i kasa na Trzy Korony

 

 

trzy

 

Barierki i podest w drodze na szczyt

 


Pewnie dla niejednego ten fakt nie jest szokiem, bo już tam był, ale dla mnie musze przyznać, jest to ostatania rzecz jaką bym się spodziewał w polskich górach. Świat dzie do przodu mamy XXI wiek, az strach co będzie dalej.

 

Moze kosze na szlakach? Nie to już mamy. Gdzie?

 

Opiszę następnym razem

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

 

14.04.2013r.
W piątek dostaję informację: wybieramy się w Tatry w niedzielę.
Bez zadawania pytania wiem co to znaczy - na Rysy. W Tatrach nadal solidna zima więc to niemożliwe w moim wykonaniu. Uprzedzając doprecyzowanie trasy, wymyślam i ślę w odpowiedzi różne ciekawe propozycje zamiast Tatr: może na Klak? może na Wielki Rozsutec? może na Tarnicę?
W sobotę schodzę z Babiej, dostaję sms-a: W niedzielę na Rysy. Zapraszamy.
No to stało się.
Nie zadziałało.
W mailu zwrotnym Marek pisze: Klak to pomyłka, a jak powiem Alkowi o Tarnicy to umrze ze śmiechu.
Dlaczego ja na Rysy zimą nie? - bo lawiny!!!

Mój zimowy kontakt z górami zaczął się od Marka. On mnie zachęcił do kursu turystyki zimowej, wysokogórskiej, zabrał na Szpiglasową Przełęcz (sam wszedł na szczyt, ja nie bo...lawiny). Poza tym parę razy na Grzesiu, Rakoniu, Trzdniowiańskim i Starorobociańskim czyli klasyka w Zachodnich.
Koniec. Dalej nie pójdę... bo lawiny!!! Kolega już wielokrotnie o Rysach mówił, ale ciągle ich nie było co mnie bardzo cieszyło, bo to on nie ma czasu, a nie, że ja się boję.

Teraz jest inaczej. W lipcu lecimy na Kazbek.
Musisz zdobywać doświadczenie zimowe! - słyszę, obywać się z zimowymi warunkami!, itp. Dwa tygodnie wcześniej nie poszłam z nimi na Babią "akademikiem" - bo lawiny!!! (minus dla mnie, ale było dopiero co po świeżych opadach). Nie ma mowy.
Chłopcy byli, wrócili, nic się nie wydarzyło, a ja zniesmaczona moim brakiem odwagi zostałam z nosem na kwintę. Jak teraz nie pójdę - moje akcje spadną do zera. Trzeba iść. Ale...lawiny!!!
Świeżych opadów nie było-plus. Jest zdecydowane ocieplenie - minus.

Marka znam. Podkpiwa sobie z moich zimowych obaw górskich bo sam jest w zimowych górach zakochany. Z Alkiem byłam tylko raz, w styczniu na Rakoniu. Jak teraz mój strach zwycięży to mnie gościu skreśli, powie spadaj na drzewo nie na Kazbek.
Przecież oni wejdą, nic się nie wydarzy, wrócą szczęśliwi, a ja znów z niesmakiem do samej siebie będę swoje obawy pielęgnować. Ech...co by tu wymyślić, żeby nie poszli. Może zdarzy się cud.
W niedzielę rano zabierają mnie po drodze. Prognoza się sprawdza, pogoda ładna (pech). Z asfaltu do MOka szczyty w chmurach (Marek jest uzależniony od słońca - może jeszcze nie pójdziemy - liczę po cichu).

Widok z Włosienicy_chmury dosyć nisko

Doszliśmy do schroniska. Śniadanie.
Może jeszcze ratownik dyżurny wyjdzie i powie, że niebezpiecznie, że nie można iść i będzie po sprawie - moja ostatnia deska ratunku. (Przed Szpiglasem 2 lata temu tak było. Odwiódł Marka od schodzenia na stronę Piątki) Sama w to nie wierzę, bo sprawdzałam komunikat TOPR. Jest dwójka z tendencją malejącą.
Nic się nie wydarza.
Obserwujemy przez okno przynajmniej trzy osoby wspinające się do góry. To trochę napawa mnie nadzieją, że przecież jakoś to będzie.
Zostawiamy kijki w depozycie, ja robię dobrą minę do tej gry, która mnie nie zachwyca, nie zdradzam się nawet mrugnięciem oka i z fasonem ruszamy wprost przez Staw. Na schodkach do Stawu czwórka innych turystów. Zagadnęliśmy ich, ale oni na Rysy nie, bo zbyt niebezpiecznie z powodu ocieplenia.
Mnie tyle wystarczyłoby do odwrotu, ale na Alku to nie robi wrażenia.
Zresztą jak zawrócić takich gości? Ja się boję, a oni się cieszą.

Marek i Alek na tafli Morskiego Oka

Więcej - nad Czarnym Stawem 4 panienki zawróciły - „nie idziemy bo tam jest szczelina". Nie wyglądały na autorytety górskie, więc sama z dystansem do tego komunikatu podeszłam i odrobiną zdziwienia, bo nigdy o szczelinie na Rysach nie słyszałam.
My idziemy niestety.
Żaden z moich towarzyszy nawet na sekundę nie wyraża zwątpienia.
Nie mam szans na odwrót. Będę musiała wejść.
Przekonuję sama siebie - przecież oni wiedzą co robią, przecież lawiny nie czyhają specjalnie na mnie, przecież zagrożenie wielkie nie jest, a wszystko to kwestia psychiki. (psycho-filozofoia górska to jest konik jednego z kolegów i powód do dowcipkowania dla pozostałej dwójki:)
Na dole nad Czarnym Stawem niedzisiejsze lawiniska - to dobry znak - nadmierne depozyty śniegu już z góry zeszły.
Ogłaszam sama sobie - koniec rozczulania. Ruszamy w górę.
W naturalny sposób rozciągamy się trochę zachowując tym samym bezpieczne odległości. Powyżej wanty obserwujemy pierwszych, ślizgiem na pupie zjeżdżających z góry. Byli na szczycie, widoczności nie mieli.
Nie podoba mi się to ich ślizganie. Każdy za sobą jakieś drobne obsuwy ciągnie, ale poza tym nic się nie dzieje. Robi się zbyt ciepło. Zdejmuję kurtkę. Na razie jest ok jak patrzę do przodu, ale do tyłu... Czarny Staw już daleko za nami, a do Buli jeszcze daleko.

Marek na podejściu_Czarny Staw już daleko w dole za nami

Jak dojdziemy do Buli, to potem już będzie lepiej, a po wejściu w rysę teren się trochę kładzie. Tak to widzę z dołu.
Alek cały czas z przodu. Napawa mnie pozytywną energią jego obecność. Zachowuję za nim odległość ze 20-30 metrów, ale więcej lepiej nie. Jak jestem blisko to nic się nie stanie.
Robi się gorąco.

Na podejściu_jeszcze ponizej Buli

Zdejmuję polar. (Żart Marka - na szczycie będziemy toplessCool) Pierwszy łyk picia i oddech. Nie podoba mi się bo stromooooo.

Śnieg wypełnił żleb tak wysoko, że nabrał niewiarygodnie wielkiej szerokości w porównaniu z letnią porą i okrutnej stromizny.

Nie podoba mi się, że idziemy prawie środkiem. Nic mi się nie podoba.

Następny „ślizgacz" minął nas w drodze na dół.
Co on robi?! W życiu tak nie zjadę.
Dostajemy komunikat, że na szczycie już nikogo nie ma.
Alek zauważa, że jesteśmy teraz jedynymi, którzy prowadzą akcję górską w tym terenie. No... nie wiem czy to powód do radości.
Żeby już była Bula, żeby już była Bula... Wiem, że będzie za zakrętem, ale dlaczego jej jeszcze nie ma? A za mną tak stromo! Jak ja stąd zejdę? Jeszcze nie mamy dwóch tysięcy. Wątpliwości mnie nie chcą opuścić.

Śnieg różny. Miejscami świeży!!! Gdy na dole wiosna mamiła nas deszczem, w górach padał śnieg. To wzmaga niebezpieczeństwo i moje obawy, ale... nie myśleć, nie dołować się, nie tracić morale. Nie oglądać się za siebie bo stromo.
Już mi ciężko chwilami, ale to nic. Cukierek i do przodu. Nie myśleć o zagrożeniu, trzymać się Alka i będzie dobrze. Liczę kroki bez celu i... zaczynam cieszyć się, że już tak wysoko jesteśmy. Dopiero połowa, a nic się nie dzieje, lawiny nie walą. Miłe zaskoczenie. Pozytywne myśli próbują się przebić, ale jeszcze za wcześnie. Jeszcze nie pora na radość. Nie oglądać się za siebie. Przecież ludzie stąd schodzą.

Nareszcie Bula jest poniżej. Znikąd nabrałam pewności, że teraz już będzie dobrze.

Nareszcie Bula jest poniżej

Dobrze, że nie ma słońca, temperetura cały czas lekko poniżej zera, ale z drugiej strony niepokojące, że chmury otaczają szczyty coraz niżej. Zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Jakaś odrobina opadu, ni to śnieg, ni grad. Jak się pogoda załamie, to po nas.
Ciągle jeszcze jednak daleko.

Już jesteśmy powyżej Buli_stromizna nie maleje

W połowie rysy, która miała wypłaszczać teren, a moim zdaniem stromieje on niemiłosiernie, czuję pierwsze oznaki wyczerpania. Od śniadania nic nie jedliśmy. Alek zatrzymał się pod ścianą. Nareszcie otoczenie zawęziło się trochę. Dochodzę, on zwalnia mi miejsce na biwak bo jest wygodne, ale jednoosobowe, podaje komunikat, że mamy już 2400 metrów, jest 13.30 czyli mamy prawidłowy czas i rusza.
Marek już wszedł w rysę.

Marek już wszedł w rysę

Alek już z niej wychodzi na przełęcz u góry. Już niedaleko. Tylko 100metrów pionu. Dostrzegam światło w tuneluSmile.

Alek toruje non stop_zbliża się już do grani

Ja wcinam szybką kanapkę, herbatę i za nim, ale Alka już nie widać, moje światło zgasło. Przekazuję Markowi komunikat o wysokości i ruszam zwalniając mu miejsce. Marek się jednak nie zatrzymał. Napiera wytrwale.

Nagle - sama jestem na przełęczy. Naruszam czekanem nawis, żeby czasem nie skusił postawieniem na nim stopy, jaszcze parę kroków i jestem na szczycie kwadrans po Alku.
Chwilę zdziwiona tym faktem, ale potem już tylko radość.

Już się cieszę_na szczycie Rysów


Nie chodzi o to, że szczyt Rysów. Chodzi o to, że pokonałam swoje strachy. Marek miał rację. To kwestia psyche, bo przecież nie możliwości fizycznych jak widać na załączonym obrazku.

Szczęśliwi zdobywcy

Jesteśmy na szczycie.
Marek też już jest! Pokonuje ostatni kamień.

Jeszcze tylko 1 kamień

Gratulujemy sobie. Chłopaki żałują, że nie ma widoków, ale co mi tam widoki. Ja tu weszłam, strachy odeszły do historii. Jeszcze tylko zejść.
Z powodu pogody na szczycie tylko krótki odpoczynek. Jakoś nikt nie miał głowy do zdjęcia wspólnego, szczytowego.
Tuż przed naszym odejściem weszło dwóch narciarzy od słowackiej strony. Marek przytomnie zauważa, że właściwie powinni jechać przed nami, ale oni dopiero weszli, my zabieramy się pierwsi.
Alek długo nie namyślając się rozpoczyna ślizg na pupie.
Noooo, ja nie będę się wygłupiać.
Niebezpiecznie.
Schodzę parę kroków, kolega już ze 30metrów niżej i na mnie czeka. Samo mi się siadło i mi się jedzie. Staram się ostrożnie, ale jak się zatrzymać??? Łaaaaaa!!!
Przytomnie łapie mój czekan. Już wiem jak to zrobić. Chwila i Marek jest z nami. Zdążył nam zrobić zdjęcie.Ślizg w rysie_z Alkiem znikamy we mgle

Krótkich minut kilkanaści i jesteśmy poniżej Buli, w okolicy wanty.

Tak się ślizgało:)

Wcale niegłupi pomysł z tym ślizganiem. Z zachowaniem pewnej ostrożności, żeby nie wzbudzać zbyt dużej masy śniegu, krótkimi ślizgami na dół jesteśmy na tafli Czarnego Stawu po 50 minutach. Nigdy nie myślałam, że można w takim czasie Rysy opuścić. Narciarze równo z nami. Był po drodze czas na zdjęcia.

Metoda dupoślizgów w wykonaniu Marka

Na tafli Czarnego zdejmujemy raki, stuptuty. W jednym bucie śnieg mi się topi. Skąd śnieg w bucie?

Sprawdzam czy na pupie mam jeszcze spodnie czy tylko wielką dziurę, ale jest dobrzeWink, tylko mokroUndecided. Na drugim brzegu Stawu popas zasłużony. Słońce nareszcie wróciło. W schroniskowym kiosku może kupię skarpetki jakieś. Alek dzieli się swoją zapasową parą. Jest lepiej. Teraz już możemy cieszyć się od ucha do ucha. I cieszymy się. I okazuje się, że mamy statyw, że możemy mieć cały zespół na fotce. Rysy w tle, chmury się podniosły.

TEAM KAZBEK 2013 po zdobyciu Rysów

I toasty, i gratulacje, i Kazbek już wydaje się pestką. I życie jest takie piękne!
Różnicę poziomów miedzy Czarnym Stawem, a taflą Morskiego Oka pokonujemy sprawdzoną metodą dupoślizgów, i tu ja prym wiodę. Tak się cieszę, że mogłabym wrócić na RysyLaughing. Chłopaki za mną, dlatego mają fajne zdjęcia.

Ślizgiem z Czarnego Stawu do MOka:)

Ponieważ stuptuty już w plecaku, teraz mam mokro w obu butach. W ogóle wszystko jest mokre. Kurtki, plecaki, w plecaku. Śniegu nabiło w każdy zakamarek, trudno się dziwić.
Na pożegnanie z MOkiem - błękit na niebie się pojawił. W nagrodę dla mnie, że nie wymiękłamWink.

Błekitne niebo na pożegnanie z MOkiem

Piękna wyprawa.

Jak w to uwierzyć, że zdobyłam Rysy zimą? No, może nie zimą, ale w warunkach zimowych.

Czego ja się bałam? Już nie pamiętamLaughing.
Dzięki ChłopakiSmile.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

2011_07_27 Śnieżka_1602m n.p.m. - Karkonosze

Wczoraj wieczór miałam dużo czasu na szperanie w sieci i wymyśliłam, że jak wjadę na Kopę kolejką, to zaoszczędzę z 500 metrów w pionie i ponad półtorej godziny czasu, nie muszę wstawać o świcie, a jeśli wszystko pójdzie ok, z Przełęczy Okraj będę miała dość czasu by dojść na Skalnik w Rudawach Janowickich przez Kowarską Przełęcz i zejść na Przełęcz Pod Średnicą. Od Przełęczy Okraj potrzebuję na to z 5 godzin. Trasa długa, ale bez podejścia z rana będzie nietrudna i dam radę spoko.

Na każdej innej trasie twierdziłam zawsze, że wjazd kolejką to dyshonor. Tym razem odpuszczam regułę.

8.30 jestem pod kolejką jako jedna z pierwszych.

O 9.00 ona nie rusza bo awaria prądu.

O 9.30 siedzę nadal w miejscu i mnie trafia bo nie tylko kolejka nie rusza, ale do tego deszcz leje. Ludzi zgromadziło się moc i przybywa. Awaria miała trwać 20minut.

Jest 10-ta kolejka nadal stoi - ja ruszam z irytacją na twarzy. Nie na deszcz, nie na awarię prądu tylko na siebie. Już byłabym na Kopie, a jestem u jej podnóża. Dobrze mi tak za złamanie mojej dotychczasowej zasady - kolejki są dla lajciarzy.  

Tyle z mojego czekania pożytku, że największa zlewa już przeszła, deszcz ustaje i do końca dnia nie wrócił.

Podejście niezłe jest, ale zasuwam jak mały samochodzik. Na Kopie kawa i oddech, bo dałam czadu. Przed jej opuszczeniem - wjechała kolejka. Wrrrr...

Na Śnieżce jestem dokładnie w południe.

Duże zachmurzenie, ale chmury wędrują. Chwilami widoczność super, chwilami i zero widoczności.

Równia Śnieżnicka

Ludzi mnóstwo. Czeska kolejka wciąż dowozi nowych i nasza kolejka na Kopę już działa. Niesprzyjające miejsce dla zdrożonego turysty przy niepogodzie. W restauracji zakaz spożywania posiłków własnych. W środku tłok i długi ogonek do baru. Uciekam stamtąd. Ubieram się bo zimno, wilgotno i trochę wieje. Zaglądam wszędzie gdzie można zajrzeć. Zaskakuje mnie mnogość obiektów budowlanych. Najciekawsza dla mnie  informacja na znaku - pomysł na jutroJ - Szrenica 20 km! To mi się podoba - tam pójdę.

Na Śnieżce zrodził się pomysł na jutro:)

 Zeszło mi z godzinę na szczycie zanim w każdą „dziurę" zajrzałam i sfotografowałam. Dłuższy popas zrobiłam sobie w kosówce, po odłączeniu się od nadmiaru ludności. Spodziewałam się, że Karkonosze to już nie będą puste szlaki, ale że aż tak zatłoczone to się nie spodziewałam. Długa droga przez kosodrzewinę i wcale nie pnie się do góry.

Za Sowią Przełęczą sytuacja się poprawia. Znaczna część Czechów, którzy wjechali kolejką schodzą na swoją stronę żółtym lub zielonym, ludzi mniej. Do schroniska na Jelence nawet nie zaglądam bo wiem czego się spodziewać. Wolę posiedzieć w ładniejszym miejscu. Idę spokojnie bo już zrezygnowałam z pomysłu ze Skalnikiem.

Na Skalnym Stole_1283m n.p.m.

Przez Czarny Grzbiet, Czarna Kopę_1407m, Sowią Przełęcz_1164m, Skalny Stół_1283m, Kowarski Grzbiet, Czoło_1275m, dochodzę do Przełęczy Okraj_1046m o 16tej.

Na Przełęczy Okraj_1046m n.p.m.

Przy takiej mnogości tras, które się tu krzyżują nie dziwi wielka frekwencja na trasie. Żurek w schronisku i teraz żółtym na Kowarską Przełęcz. Szlak zaczyna się schodzeniem drogą 368, na której przy schronisku parkuje wiele samochodów, w tym jeden z dwoma panami właśnie szykującymi się do odjazdu.

To się nazywa pomyślny zbieg okoliczności. Błyskawicznie rezygnuję z „górskiej" trasy asfaltową drogą.

Panowie mnie zabierają i w Kowarach jestem szybciutko. Bus do Karpacza za chwilę i już. O 18tej jestem „w domu". 

Nazajutrz mam super plan i to mnie cieszy bardziej niż dzień miniony.

2011_07_27 Szrenica_1362m n.p.m. - Karkonosze

 

Dzisiejsza wycieczka to „skok w bok" od KGP, ale nie umiałam sobie odmówićSmile.

Wstałam o 5tej, by 6.15 być już na czerwonym szlaku. Na Rozdrożu Łomnickim mijam kasę - nieczynną. Pomijając 5zł na Szczelińcu, w żadnym poborze opłat nie płacę bo chodzę za wcześnie. Wyjątkiem wczorajszy dzień. Za wcześnie nie było, ale perfidnie ominęłam kasę uznając, że jak przyszłam to była nieczynna, czyli mi wolno. Poza tym straciłam 2 godziny czyli trochę „im na złość".

Elegancka leśna droga do Schroniska nad Łomniczką. Jeszcze nieczynne. Dopiero powyżej ścieżka przybiera górski charakter. Mijam symboliczny Cmentarz Ofiarom Gór i wspinam się na Przełęcz pod Śnieżką.

Przełęcz pod Śnieżką_1400m n.p.m.

Zasadnicze podejście dzisiejszego dnia mam za sobą więc czas na poranną kawę w Śląskim Domu. Jestem na wysokości 1400m. Na południe i zachód mam ładną widoczność, ale obejrzawszy się do tyłu Sokoliki ledwo widzę. Nie mniej jednak już rozpoznaję w panoramie te dwie kopki i wrzucam je do mojego planu na zaś.

Sokoliki ledwo widać, ale są i kuszą na zaś

Na Spalonej Strażnicy znaki kierują do Strzechy Akademickiej 15 min, do Samotni 30. Nie planowałam ich, ale po pierwsze Kotły kuszą (Bogdan je skutecznie reklamował), po drugie jak teraz nie zejdę - nie wiadomo kiedy uda mi się tu przyjechać na powrót?

Jedyna okazja. Takiej się nie przepuszcza.

Schodzę do Strzechy, i do Samotni. Niepowtarzalne miejsce na schronisko górskie. Super.

Nad Małym Stawem na kamieniu przerwa śniadaniowa.

Schronisko opuszcza liczna ekipa plastyków - sądząc po akcesoriach. Przez chwilę było gwarno, ale odeszli.

Jest cicho, pusto, kamienisto i pięknie.

Głęboko w Kotle nie ma słońca. Niepokoi mnie ta pogoda. I nie deszcz jest najgorszy, ale chmuryL.

Trudno - JAKOŚ TO BĘDZIE - jak już nie raz bywało. Niechętnie opuszczam to ciche miejsce, ale trzeba. Wracam na Spaloną Strażnicę uczciwie bez korzystania ze skrótowych ścieżek.

Z górnej krawędzi Kotła mam jak na dłoni obydwa schroniska i Stawy Mały, potem Duży.

Samotnia i Strzecha Akademicka

Tu już jest sporo ludzi i będą mi towarzyszyć tak licznie aż do Przełęczy Karkonoskiej.

Przy Słoneczniku pogoda siadła. Zaczął padać deszcz.

Chmury przewalają się z zaskakująco szybkim tempie. Górą musi nieźle wiać. Dwa zdjęcia Śnieżki zrobione w ciągu pół minuty.

Widać Śnieżkę   ...i nie widać Śnieżki

O 13.30 jestem na Przełęczy Karkonoskiej. Na ten moment nawet na chwilę zaświeciło słońce. Po ilości zaparkowanych samochodów domyślam się, że wiele osób z towarzystwa na szlaku tu właśnie skończy wycieczkę - obiadem w schronisku. Robię swoją przerwę obiadową na kamieniu przed przełęczą.

 

Nad Przełęczą Karkonoską_1198m n.p.m.

Do schroniska Odrodzenie zajrzałam, ale już tam nie musiałam się zatrzymywać. Połowa dnia minęła, a połowa trasy jeszcze nie. Zabieram się dalej. Do Szrenicy jeszcze daleko, a chcę również zejść do Śnieżnych Kotłów.

Ciekawie „rozjechane" słupki graniczne. Plus dla tych co nie kuli skały. W Tatrach widziałam taki tylko na Świnicy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Oczywiście formacje skalne, które są charakterystycznym elementem krajobrazu dostępne tylko z bliska. Z Czeskimi Kamieniami niemal się zderzyłam, dopiero je dostrzegłam.

Chmura - pojawia się i znika

Na Czarnej Przełęczy schodzę na niebieski szlak do Śnieżnych Kotłów. Jest 15.20 Kusi mnie podejście do przekaźnika TV Śnieżne Kotły. Stąd tylko 45 minut, ale chmura pomaga mi zrezygnować z tego pomysłu. Im wyżej tym widoczność gorsza, a czasu jakby przymało się robi. Niewielkie różnice wysokości robią dziś wielką różnicę.

 Do Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem doszłam szybko bo z górkiSmile i odtąd jestem sama. W Śnieżnych Kotłach na wstępie młaka, a potem Śnieżne Stawki. Urokliwe miejsce.

Na urwisku u góry przekaźnik pokazuje się tylko chwilami. Dobrze, że tam nie poszłam. Spędzam trochę czasu w Kotłach. Odpoczynek już mi się należy przyzwoity, a i otoczenie piękne.

Z jednej strony potężna skalna ściana, z drugiej kraina łagodności i wszechogarniający spokój.

Carpe diem ...

Śnieżne Stawki w Śnieznych Kotłach

 Opuszczam Śnieżne Kotły najładniejszym odcinkiem trasy w dniu dzisiejszym. Ścieżka prowadzi po ogromnych głazach w kosówce.  

Przypomina mi do złudzenia przejście przez Świstówkę z Piątki do MOka. Trawersuję teraz zbocze, idzie się lekko, mam panoramę na którą tak czekałam. 

Miejsce odkryte i sprzyja widokom. Przejrzystość powietrza jest niedoskonała, ale i tak się zachwycam.

Wyobrażam sobie jakież panoramy będę miała ze Ślęży - tam już będzie na około płasko. To dopiero będą widoki!!!

Zatrzymuję się i patrzę, patrzę niemal łapczywie.  Napawam się Kotliną Jeleniogórską. Stosunkowo płaski, rozległy teren to niecodzienny dla mnie widok. Szachownica lasów i pól, rozrzucone miejscowości. Pod każdym dachem toczą się czyjeś ludzkie losy, codzienność, powroty z pracy, domowy obiad. Co ja tutaj robię? Do domu...zatęskniło mi się.

 Widok na Kotlinę Jeleniogórską

Z daleka widzę Schronisko pod Łabskim Szczytem w dole. Ciekawość mnie tam sprowadza.

Niby niewiele, ale pół godziny zeszło. Jest 17.35

Do Szrenicy jeszcze godzina drogi, a jeszcze do Szklarskiej Poręby, a gdzie tam Karpacz.

Siadły mi baterie w aparacie. Dopiero co rano założyłam nowe, ale też zdjęć natrzaskałam setki. Akumulatory wytrzymały cały tydzień, baterie 1 dnia nie wytrzymują. Już nie mogę trzaskać. Ma to tę dobrą stronę, że nie zatrzymuję się nieustannie. Jeszcze Mokra Przełęcz i na Szrenicy jestem o 18.30 W schronisku dokupiłam baterie, picie i bez zbędnej zwłoki zasuwam na Halę Szrenicką. Do szosy w Szklarskiej - półtorej godziny wg mapy. Tu już nie wchodzę nigdzie tylko w dół.

Myliłby się ktoś twierdząc, że już luz. Zejście dopiero mi uświadamia, że jestem zmęczona bo ciągle muszę trzymać „na hamulcu" na kociołbowej drodze, a kolano trzeszczyUndecided

Schronisko Kamieńczyk mam o 19.30. Chwila odpoczynku.

Zaglądam z góry na wodospad, ale niewiele widać.

Niżej bramka - zamknięta i punkt poboru opłat. Tym razem JEST JUŻ ZA PÓŹNO na opłaty. Rzut oka po otoczeniu, ogrodzeniu i... skok przez barierki i już. Piękne miejsce, warto było taki nieszkodliwy włam zrobić.

Wodospad Kamieńczyk

 

 

W niespełna pół godziny jestem na drodze nr 3 w miejscu zdawałoby się stosownym do łapania stopa, ale nic z tego.

Czyżby pierwsze problemy z komunikacją?

Późno  jest. Ruszam, może po drodze coś się zatrzyma, a jakby nie - z centrum Szklarskiej może prędzej coś będzie.

Nic się nie zatrzymało. Z półtora km szłam z tym plusem, że obejrzałam z bliska Krucze Skały. Załapałam się na ostatnie promienie zachodzącego słońca w mieście.

Na rozkładzie jazdy - ostatni bus do Karpacza odjechał o 18-tej. Jest 20.30.

Ustawiam się gdzie trzeba i liczę na łut szczęścia.

15 minut. Najdłuższe łapanie stopa, ale był - do Jeleniej. Aż tyle mi nie trzeba, ja tylko do drogi 366 w Piechowicach. Wysiadam na skrzyżowaniu, przechodzę przez most i czekam. Taki niepewny środek lokomocji mam do dyspozycji, że - oby tylko za dnia dojechać!!!.

 

3 minuty i zatrzymała się pani do Sobieszowa. Może być. Zawsze to o jedną wieś bliżej.

Krótka jazda. Pani skręciła, ja przeszłam na drugą stronę skrzyżowania i ... 3 minuty.

- Ale tylko do Sosnówki.

Nie wiem co to, ale jak w stronę Karpacza - może być.

-  To my w Sosnówce postawimy panią na właściwym skrzyżowaniu - otrzymuję uprzejmą propozycję.

Krótka jazda i wysiadka. Jeśli pierwszy nadjeżdżający samochód się zatrzyma - to ja jestem w czepku urodzona.

Nie zatrzymał się. Zatrzymał się dopiero czwarty. Trwało to z 5 minut.

-  W stronę Karpacza?

- Tak.

- No to pasuje.

Rozmawiamy o turystyce. Wysłuchuję żalu kierowcy, że nie może pozwolić sobie na taką wycieczkę, odbieram wyrazy uznania za dzisiejszą trasę.

Pytam dokąd konkretnie dojadę.

- Ja tu tylko na ognisko w pobliżu jadę, ale pani dziś taką piękną trasę przeszła, że podrzucę panią do Karpacza.

Uprzejmy ksiądz zawiózł mnie do Karpacza pod same drzwiLaughing

Niektórzy to mają szczęście.

Dochodzi 22-ga.

Przeszłam pieszo z Karpacza do Szklarskiej Poręby. Google na mapie pokazuje 33km. Granią było krócej - tylko dwadzieścia parę

Wspaniała wycieczka. To nic, że nogi zdrożone, że obiadu nie było, że na trasie czas trochę poganiał, że nie było dziś szczytu z Korony, ale łącznie z dniem wczorajszym grań Karkonoszy przeszłam prawie w całości. Hura! To był bardzo trafiony skok w bok. Kawał mapy zrobiłam. To się nazywa satysfakcjonujący dzień, tylko znów nie miałam czasu na zwiedzenie świątyni Wang. Może jutro.

cdn.

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

  

ULTRAMARATON - BIEG 7 DOLIN

 

Sobota 10 września

 

Start - Deptak w Krynicy Zdrój godz. 3.00

Meta Deptak w Krynicy Zdrój - zamknięcie mety godz. 22:00 (limit czasu 19h)

 

Dystans 100 km , na poszczególnych punktach i przepakach obowiązują limity czasowe:

 

• Rytro (35 km) - limit 6h15'

• Piwniczna (64 km) - limit 12h

• Wierchomla (79 km) - limit 14h45'

• Bacówka nad Wierchomlą (88 km) - limit 16h30'.

 

Profil trasy: trasa trudna wyznaczona w Beskidzie Sądeckim, górzysta, z licznymi podbiegami i zbiegami:

 

j

j

 

Start: Krynica-deptak - Jaworzyna Krynicka (1114) - Runek (1080) - Łabowska Hala - Rytro - Hala Przehyba - Radziejowa (1262) - Eliaszówka (1024) - Piwniczna Zdrój - Łomnica Zdrój - Wierchomla Wielka - Wierchomla Mała - Szczawnik - Bacówka n/Wierchomlą - Runek - Krynica-deptak - Meta

 

 

Najbardziej oczekiwany bieg tegorocznej Jesieni. Niezwykła koncentracja towarzyszyła przez cały tydzień poprzedzający bieg. Bieg ten był bardzo istotny dla mnie z różnych powodów. To miał być bieg, gdzie wreszcie wszystko zagra tak jak jest w nutach. Wykorzystać maksymalnie, swoje krótkie doświadczenie biegowe.

 

Doświadczenie to wykorzystałem na maxa, wszystko poszło zgodnie z planem, a nawet lepiej. Przetestowałem również nowe pomysły na biegi ultra. Zdobyte kolejne doświadczenie nie pójdzie w las. Do tego kończąc B7D wpadły kolejne punkty do UTMB.

 

Sam bieg rewelacyjny, takiej atmosfery i DOPINGU nie ma na żadnej innej imprezie biegowej w PL.

 

Dopingują wszyscy bez wyjątków, w każdej miejscowości mieszkańcy dodają otuchy zawodnikom, mało tego częstują również wodą, jak np. babuszka przed Piwniczną przygotowała dwa wiadra wody dla spragnionych.

 

Życzliwość okolicznych mieszkańców jest niesamowita. W jednym miejscu mijał mnie samochód, na mój widok zatrzymał się, a ludzie siedzący w nim zaczeli bić bravo i zachęcać do dalszego biegu. 12 km przed metą, gdy zdobywałem ostatnie 2 km pod górę - Runek - chłopiec góra pięcioletni, gdy go mijam nagle krzyczy - GAZU ! Smile

 

Wiele już przebiegłem i szczególną uwagę zwracam na doping ludzi na trasie, to co się dzieje w Krynicy jest niesamowite.

 

Gdy się już wbiega do Krynicy wprost ze szlaku, na deptak to ciarki przechodzą, a i łezka może się zakręcić.

 

 Czas na mecie 14:18:05 - 63 miejsce OPEN. Wystartowało 242 zawodników, ukończyło 193.

j

Meta Krynica fot.: P.B

 

Bramki ustawione po lewej i po prawej stronie w kilkumetrowych odstępach zwiastują iż to końcowe metry. Z każdym krokiem biegowym bramek coraz więcej, ludzi coraz więcej, bramki zaczynają się ciągnąć jedna za druga, doping coraz większy, głośniejszy, dłonie publiczności wystawione po lewej i prawej stronie do przybijania piątek, spiker krzyczący wręcz do mikrofonu na widok kolejnych zawodników.

 

Coś przepięknego, to trzeba przeżyć. Atmosfera jak z filmików UTMB.

 

Mam nadzieję, że Festiwal Biegowy w Krynicy będzie się rozwijał, takiej elity biegowej ultra w jednym miejscu nie sposób spotkać. Fajowo też było spotkać starych znajomych.

 

Poznajecie kto biegnie obok mnie? pamiétacie KIERAT 2011? Wink. Znów sié spotkaliśmy

 

j

Rytro - pierwszy przepak

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

12 czerwca 2011r. 

Pomysł na 3 doliny wpadł mi do głowy w ub. roku. Niedopracowany, ale był.

Na niedzielę plan był inny, z dostosowaniem do towarzystwa, ale... wyszło jak wyszło. Poszłam sama. Bez konieczności dostosowywania się zdecydowałam - Zawrat z Doliny Gąsienicowej i zejście przez Piątkę. Na wszelki wypadek raki, czekan bo może być różnie, wszak to dopiero początek czaerwca.

7.35 ruszyłam z parkingu w Kuźnicach. Miły poranny chłodek. Na niebie błękit. Z pełnego busa na lewo, na szlak oprócz mnie tylko 1 osoba. Reszta na prawo do kolejki na Kasprowy. Parę kroków i chwila zawahania: Boczań czy Jaworzynka? Jaworzynka. Boczań deptałam już w tym roku 2 razy.W Dolinie Jaworzynki

Minęłam kilka osób w Dolinie. Na Przełęcz między Kopami 3 doszły równo ze mną z Boczania. Okazja się trafiła, żeby mieć własne zdjęcie. Kościelce i Świnica prezentują się doskonale.Kościelce

Bez zahaczania o Murowaniec idę nad Czarny Staw Gąsienicowy. Pięknie jest. Nad Stawem chwila na oddech, ale popas dopiero powyżej Stawu. Czarny Staw Gąsienicowy widziany z drugiego brzegu, to wg mnie jeden z najlepszych widoków w Tatrach. Można patrzyć, i patrzyć, i patrzyć:)Przy ładnej pogodzie jest niebiesko-zielony. W trakcie obchodzenia zmienia się kąt patrzenia i kolor wody. Odwrócony fotoplastikon. Dopiero w promieniach zachodu robi się czarny.Czarny Staw Gąsienicowy

Jest taki kamień w kosówkach, na którym lubię przysiąść wracając i czekać na zachód. Trochę oddalony od szlaku (nie zbaczać ze znakowanego!). Ludzi coraz mniej. Oddalają się i cichną głosy tych co wracają z Orlej Perci, aż zapada szarówka. I tu koniec romantycznych wrażeń - ostro z buta bo ludzi już nie ma, a misiek może za sąsiednim krzakiem:(

Koniec dygresji. Wracamy do niedzielnego poranka.

Nad Zmarzłym Stawem szukam wzrokiem lodospadu, na który wspinałam się zimą, ale lodospad jest cieknącą strugą. Po prostu mokra skała.

Nad Zmarzłym

Powyżej Stawu kilkanaście osób napiera na Zawrat. Obserwuję co się dzieje, ale nie zawracają czyli da się jakoś przejść. To ja też w górę. Dwa miejsca trudne. Łańcuchy przysypane. Jeden niebezpieczny trawersik w śniegu.. reszta normalnie. Raki się nie przydały.

              Strefa łańcuchów

Przed południem Zawrat osiągnięty.

Na Przełęczy czwórka młodzieży z Krakowa zachwyca się głośno swoim osiągiem wysokościowym, bo dotychczas najwyżej gdzie byli to Kopiec Kościuszki. I nie mogą doliczyć się bułek, których kupili 20:))

Koniec odpoczynku. Jest godzina 12.20. Nie godzi się o takiej porze do domu wracać. Szpiglasowy, Mięgusze, Cubryna z przeciwka tak kusząco się prezentują!Sziplasowy Mięgusze Cubryna

I wtedy zapada decyzja - rezalizować stary pomysł. Pogoda sprzyja. I poszłam.

Do Piątki - wiadomo - luzik w dół (bez schroniska). Na Szpiglasową - wiadomo - opór w górę. Szlak trochę "potargany" po zimie. Zniknął paradny murek. Zza Koziego  chmury się gromadzą i ciemnieją. Wydaje się, że pogoda może nie wytrzymać. Jeszcze godzinę w górę. Oceniam "na oko" - zdążę. Byle tylko grań przeskoczyć. Na szczęście ruszył wiatr. Dodatkowo mam te chmury za plecami więc łatwiej je zignorować.

Na Przełęczy Szpiglasowej już piękne słońce.Na Szpiglasowej

Na Wierchu zimno i silny wiatr. Znów mnie roczochrał:)Na Szpiglasowym W

Dwa kwadranse na zawietrznej w ciepełku. Przejrzystość powietrza niedoskonała, ale i tak jest na co patrzeć. Ciemnosmreczyńska Dolina i panorama super!Panorama ze Szpiglaowego

Jeszcze tylko ceprostrada i już kawa w schronisku. Spotkałam na zejściu miłego pana z Krakowa, więc kawa była w towarzystwie. Dałam się namówić "do złego" i wsadzić na furę!!! Asfalt miałam z głowy i zaoszczędziłam kolano. Jeszcze ostatni rzut oka wstecz z asfaltuRzut oka wstecz

i na 19 tą byliśmy na Palenicy i do domu. Zjadłam i padłamWink, ale to była fantastyczna wyprawa bez planu.                       

KUŹNICE - DOLINA JAWORZYNKI - PRZEŁĘCZ między KOPAMI - DOLINA GASIENICOWA - ZAWRAT - DOLINA PIĘCIU STAWÓW - SZPIGLASOWA PRZEŁĘCZ - SZPIGLASOWY WIERCH - MORSKIE OKO - DOLINA RYBIEGO POTOKU - PALENICA BIAŁCZAŃSKA

Taki miałam pięknie udany 12 czerwiec 2011r.

KONIECSmile

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Trekking Trekking

I stało się. Nie zachorowałem ostatnio i żaden wirus mnie nie dopadł, a tu patrz - jednak. Okazuje się, że te góry zmagań z wirasami i chorobami są nieraz trudnijesze do przejścia niż szlak, czy zdobycie jakiegoś szczytu. Walczysz z chorobą tak prawdę mówiąc sam, choćby Ci inni mieli nie wiem co mówić, podawać cokolwiek, czy jakkolwiek wspierać. Każdy z nas sam musi się zmagać z cierpieniem, chorobą i trudniściami powrotu do zdrowia, lub pogodzenia się z tym, że może trzeba będzie tak a nie inaczej żyć. Coż to jest grypa - ktoś powie? - jednak to wiele, bo nieleczona i bagatelizowana staje się przyczyną śmierci. Cóź to jest Szyndzielnia w Bielsku-Białej - ktoś powie? - jednak to też góra i wiem, że nawet ta góra zdołała wiele osób pokonać. Każdy ma swoje K2 czy to w górach, czy to w życiu. A jak mawiał Jose Ortega Gasset - "Dla człowieka, dla którego nie istnieją małe rzeczy, wielkie rzeczy nie są wielkimi." Wierzę więc, że trzeba umieć walczyć i mieć cierpliwość na małe choroby i góry, by to samo umieć później powiedzieć o większych walkach i większych górach. Tym którzy chorują - życzę szybkiego powrotu do zdrowia i sił do znoszenia cierpienia. A tym, co zdrowie mają - niech szanują je, bo to cenny dar.

TagiTagi: życie choroba góry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Rowery górskie Rowery górskie

Sobotę urozmaiciłem sobie rowerowym wypadem na Jurkę, czyli Jurę. Muszę nadmienić, że jeszcze w piątek do późnych godzin wieczornych rozważałem propozycję  Klubu Turystyki  Aktywnej z Blachowni, który organizował wycieczkę na górę św. Anny. Do wykręcenia było prawie 200km.

Sobotnie kręcenie traktowałem jako podkład przed zbliżającym się rajdem rowerowym dookoła Tatr (3 lipca,210km). Poprzeczkę postawiłem sobie, by wykręcić co najmniej 120km. Wyszło 170km!

Planowy wyjazd z CzeFki  ustalony był na godz. 6 rano. Jednak przesunął się na godz.8, gdyż przymknęło się oko  na dłużej niż planowałem. Wiedząc, iż nikt nie dołączy do mojej spontanicznej wycieczki, nie przejmowałem się zbytnio opóźnieniem  dwu godzinnym.

Kierunek Olsztyn, skąd zaczynam jazdę czerwonym rowerowym szklakiem Orlich Gniazd. Trasa idzie lasami oraz drogami  asfaltowymi prowadząc mnie przez takie miejscowości jak: Przymiłowice-Kotysów, Rędziny, Zrębice, Krasawę I I II, Szczypie. Suliszowice.  Na którymś etapie w jednej  z miejscowości , gdzieś pomiędzy  Rędzinami, a Suliszowicami, foto-radar robi mi zdjęcie!!!Jestem lekko w szoku, pierwsza myśl, słońce odbiło się od lustra?!, ale lustro nie błyska takim fleszem, poza tym słońce nie miało takiej mocy na tą chwilę, była godz. ok. 9.30 i trochę chmur na niebie, momentami zasłaniając promienie słoneczne. Na 99% to był foto-radar. Jest tam taka górka, że można naprawdę wykręcić 50km/h. Tego dnia kilkakrotnie biłem rekord prędkości. Pierwszy raz w życiu radar zrobił mi takie zdjęcie ;-). Będą mieli ubaw, widząc kolarza w koszulce Astany, przekraczającego prędkość w terenie zabudowanym.:-).

W Suliszowicach szlak odbija mocno w las, kierując się na Ostrężnik. Jest trochę do podjechania, ale nóżki i rowerek doskonale współpracują ze sobą. W Ostrężniku odbijam na pieszy szlak czerwony wiodący przez Trzebniów, Moczydło do Niegowej, gdzie szlak pieszy łączy się ze szlakiem rowerowym.

W dorsze  z Niegowej do Mirowa i Bobolic osiągam rekordową prędkość dla mnie. Przyjmując aerodynamiczną pozycję zjazdową osiągam 55,6 km/h. Absolutny rekord.

 Podziwiam piękne zamki w Mirowie i Bobolicach. W Bobolicach remont zamku prawie na ukończeniu, oficjalne otwarcie we wrześniu. Poza tym Mirów jest znanym miejscem ze względu na skałki, gdzie zawsze można spotkać wspinaczy.

Z Bobolic kieruję się na Podlesice przez Zdów. W Podlesiach jakaś impreza, fajnie  kręci się więc nawet nie zatrzymuję się zobaczyć co się dzieje. Docieram do Morska pod kolejny zamek na Jurze.

W Morsku odpoczywa jakaś pielgrzymka, również przysiadam na kilka minut łyknąć napoju izotonicznego i przegryźć trochę węglowodanów. Po odpoczynku ruszam na Podzamcze przez Skarżyce i  Żerkowice. Wjeżdżam na zawierciańskie ziemie, gdzie kręci się wspaniale, ze względu na ukształtowanie terenu, licznik nie schodzi poniżej 40km/h.

W Podzamczu robię dłuższa przerwę ( ok.20 min.)., zastanawiam się co dalej, brnąć na Kraków i dzwonić do przyjaciół o nocleg, czy objechać coś w pobliżu. Pada na Pilice. Słyszałem, że są tam ładne tereny. Po przerwie podczas której analizowałem mapy oraz podziwiałem zapaleńców skałkowych odbijam na pieszy szlak czerwony, który prowadzi wprost na Pilicę.

Szlak prowadzi przez lasy, następnie odbija na asfaltową drogę, chwilę prowadzi przez drogę o kącie nachylenia 9%. Mijam Kocikową i wjeżdżam do Pilicy, która robi na mnie duże wrażenie. Po prawej stronie wita mnie zalew Pilica, po lewej stronie nowiutkie obiekty rekreacyjno sportowe z pełnowymiarowym boiskiem i bieżnią, na którym zaczynał się właśnie mecz piłki nożnej, Piliczanka Pilica ,czy jakoś tak ;-). Po minięciu obiektów sportowych wjazd do  centrum Pilicy, duży przestrzenny piękny rynek, obok stary odmalowany kościółek. Warto również zobaczyć dworek, zespół pałacowo parkowy ( 1325-27, przebudowany w 1612r.- niestety ruina L, oraz klasztor Matki Bożej Śnieżnej (1739-46r.)

Z Pilicy wracam już nie szlakiem tylko trasą na Podzamcze i do Ogrodzeńca. W Podzamczu „łapię gumę", na której dojeżdżam, aż do Zawiercia (ok.10km). Między Podzamczem, a Zawierciem mijam trzy stacje benzynowe, na pierwszej na pytanie, czy jest kompresor pan mówi, że nie w tej chwili, na drugiej nie ma kompresora, a na trzeciej obsługa mówi, że już dziś za późno ( nie łapię o co biega ). Uważajcie jak złapiecie gumę w tej okolicy ;-).

Dopiero na czwartej stacji już w Zawierciu, jest kompresor i dokonuję szybkiej wymiany dętki. Pompkę oczywiście miałem w plecaku, ale po pierwsze  guma nie była tak uciążliwa aby natychmiast dokonać wymiany, a po drugie pompka jest kiepskiej jakości i wolę unikać jej ;-).

W Zawierciu zbieram jeszcze resztę sił i kręcę do Myszkowa. W Myszkowie ze względu na pożną porę i wyczerpanie pakuję się z rowerem do pociągu. W sumie na rowerze spędziłem 13h wykręcając  170km. Następny cel na Jurze to przejechać ją od Częstochowy do Krakowa.

Jura jest piękna, przyciąga swą urodą oraz tajemniczością, bo jak wytłumaczyć jadąc szlakiem suchym jak pieprz ,  nagle pojawiają się kałuże, błoto ......przecież nie padało, dokoła na próżno szukać rzeki , stawu, czy zalewu. Można tam wrócić się do przeszłości, przejeżdżając przez małe miejscowości, wsie, sięgnąć pamięcią do dzieciństwa. Takie obrazy jak „babuszki" stojące przy płocie, dziadki wysiadające na drewnianej skonstruowanej własnoręcznie ławce przed swoim domem, miejscowi smakosze piwa pod sklepem lub przystanku autobusowym, szczekające  kundle wbiegające pod koła, wiejskie zapachy, cisza,  pola, lasy, skałki, ruiny zamków to wszystko sprawia, że kocham te jurajskie klimaty.

wlodec

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Wspinanie Wspinanie

Każdy wspinacz jak i pewnie cześć nie wspinaczy wie że istnieje skala wspinaczkowa, która przedstawia za pomocą cyfr wycenę danej drogi wspinaczkowej. Jest skala krakowska zwana także skalą Kurtyki. Zakres jej to od I do VI z tym że do rzymskiej cyfry Vi dodaje się arabskie cyfry od 1 do maks 7. Choć teraz przy ciągłym podnoszeniu poprzeczki przez Sharme i Ondrę (ostatnio pierwszy zrobił 9b a drugi 9a ) sam już nie wiem czy nie do ósemki. Wszystkie przewodniki skałkowe po jurze posługują się ta skalą. W Tatrach posługujemy się skalą tatrzańska praktycznie tożsamą z skalą UIAA wycena dróg zawiera się w przedziale od I do XI. Są również skale, brytyjskie, mikstowe, lodowe, boulderowe, skala amerykańska i francuska, która jest powszechnie używana w Europie. Prócz tego masa innych skal, w zalezności od kontynentu lub kraju.

Więcej na ten temat można zobaczyć tutaj oraz tutaj dla chętnych wzbogacenia wiedzy i porównania jak one wyglądają.

Jednakże ostatnim czasem w Polsce „powstała" nowa skala, która odnosi się tylko do dwóch skałek, a do tego nie odnosi się do trudności dróg, a do warunków na nich panujących. Cóż one zawiniły. Lub co takiego w sobie posiadają że mają swoja skalę? Otóż skałki to Wzgórze 505 i Fiala. Idealne skałki na pierwsze wiosenne wspinanie. Posiadają południową wystawkę i łajno krowskie w kluczowych miejscach na drogach wspinaczkowych.


Taak tak krowskie łajno, ( przynajmniej tak mi się wydaje bo dokładnie nie sprawdzałem czy jest od krowy ). Otóż pewna osoba, dokładnie nie znana z przyczyn nie przychylnych wspinaczom smaruje ringi zjazdowe jak i kluczowe klamy i chwyty gównem.
Można się nieźle załatwić gdy się nie jest przygotowany na takie niespodzianki. Dlatego pewien „ktoś" na forum wspinanie.pl zaproponował taka oto skalę.

 

1. Gówno, zwykle stare i zaschnięte, zalega na nielicznych formacjach - generalnie bezpieczne warunki do wspinu, nawet bez patyczka.

2. Stare gówno zalega na sporej połaci najczęściej uczęszczanych ścian, ale jest dość łatwe do usunięcia za pomocą patyczka.

3. Gówno - zarówno stare zaschnięte, jak i młode lepkie - pokrywa większą część najczęściej uczęszczanych dróg, wspinanie wymaga dużych umiejętności poruszania się w zagównionym terenie.

4. Gówno pokrywa niemal wszystkie chwyty i stany zjazdowe. Wspinanie w tych warunkach jest praktycznie niemożliwe.

5. Alarm gówniany - podejście pod ściany zagrożone gównem. W świeże, rzadkie kupsko w dużej ilości można wdepnąć już na parkingu. Należy stanowczo powstrzymać się od wspinu.

 

        Ring



Może się to wydawać śmieszne ale problem jest już znany od kilku lat, temat był wielokrotnie poruszany miedzy innymi na forum wspinanie.pl i nic. Jestem ciekaw czy w tym roku znów będę wspinał się tam z patyczkiem w celu czyszczenia chwytów i ringów.

 

Wiem że zawsze można jechać gdzie indziej na wspinanie, ale to wzgórze bardzo mi odpowiada, i poza tym jest stosunkowo łatwą skałka z dużą ilością dróg o łatwej wycenie, do VI -.

Już za tydzień o ile będzie pogoda w weekend zdam relację z sytuacji w tym roku. J

P.s. Ja natknąłem się tam na stopień drugi. Smile

 

TagiTagi: kupa gówno skala 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 7 komentarze Wspinanie Wspinanie

ale ma być lepiej -tzn. mrozy i mało opadów więc może przyszły weekend...

niestety plan Tatry nie wypalił. Choć warunki były niezłe to jednak zdrowie nie dopisało i trzeba będzie z inauguracją sezonu zimowego jeszcze trochę poczekać niestety.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

 Na pewno nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, iż nic bardziej nie cementuje rodziny, jak przebywanie ze soba. Wspólne wedrowanie po szlakach gorskich. Jest rola rodzica by pokazywać dzieciaczkom, te pozytywne wzorce. Myślę że takie wspólne górskie przygody będa do pewnego stopnia ochrona dziecka, przed nie koniecznie dobrymi wzorcami, z którymi nie jednokrotnie spotykamy się w życiu codziennym. Oczywiście nie piszę o budowaniu klosza, tylko o byciu  konkurencja dla wszelkich negatywnych autorytetów. Myślę że zaszczepienie w dziecku pasji może odnieść pozytywne skutki i tego się trzymajmy :). Wiem że jest to ciężki temat, ale jestem aktualnie na takim właśnie etapie życia i postanowiłem się tym podzielić.

Udało nam się juz na krótko być z dziećmi w dolomitach, a 1,5 roczny synek widzac kalendarz z górami mówi: ALPI (czyt. alpy). Oczywiście z 7-mio letnia córa zwiedziła już więcej miejsc.

Tymczasem pozdrawiam.

Jest to mój pierwszy blog więc tym pardziej dzięki za uwagę.

 

Rafał

TagiTagi: góry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Wspinanie Wspinanie

Nadeszła długo wyczekiwana majówka i mój wyjazd na kurs skałkowy. Wyznaję zasadę, że to co niebiezpieczne robię albo w tajemnicy Wink albo pod okiem kogoś, kto się na tym zna. Zatem wspin w skałkach rozpoczęłam pod opieką instruktora, a właściwie to dwóch instruktorów nawet (a co!). No dobra, tak naprawdę to były dwie grupy kursowe, pod opieką dwóch związanych ze sobą (nie tylko liną) instruktorów, w tym samym miejscu i czasie Smile

Pierwszy dzionek to oczywiście głównie podróż. Z Wielkopolski na Jurę "kawałek" drogi jest. Ja po nieprzespanej nocy (ach te emocje!) próbowałam się zdrzemnąć po drodze, raczej z marnym skutkiem, za dużo ciekawych rzeczy za oknem. Naszą bazą była Brandysówka w Dolinie Będkowskiej, u stóp wielkiej Sokolicy. Szybciutko rozlokowanie w pokoju, przydział sprzętu, spakowanie plecaków i w drogę, w skały, póki dnia jeszcze trochę jest. Wybór instruktorów padł na Słoneczne Skały koło Jerzmanowic. Łatwe wspinki, w trudności od IV- do V-. Wszystko na wędkę (to taka asekuracja, gdzie lina od osoby asekurującej przechodzi przez stanowisko na końcu drogi i dopiero do wspinacza), te łatwiejsze powtarzaliśmy również z asekuracją dolną (w tym przypadku lina nie przechodzi przez stanowisko podczas wspinaczki a wspinacz zakłada po drodze tzw. przeloty i przekłada przez nie linę - w razie odpadnięcia od skały spada się poniżej ostatniego przelotu czyli więcej niż przy wędce, przez to zwykle dla początkujących jest to bardziej "straszne" niż wędka). Część kursantów dopiero uczyła się "dołu", stąd taka organizacja działań. Z tego dnia najbardziej pamiętam kłucie skały w paluszki Undecided i to, że chwyty jakoś nie zawsze są takie gładkie, jak na sztucznej ściance. Coś uwiera, coś kłuje, coś jest za płytkie, za wąskie albo właśnie za duże. Czasami wydaje się, że gdzieś jest klama, duży wygodny chwyt, a w bliższym kontakcie okazuje się być płytkim nieużytecznym czymś Tongue out i trzeba sobie poszukać czegoś innego do chwycenia. Na sztucznej ściance widzę, gdzie mam chwyty i stopnie, co najwyżej nie wiem, czy to chwyt dobrze trzymający i ewentualnie jak się go dobrze chwycić. Na skale mało co widać, dużo trzeba sobie wymacać Tongue out a czasami to i pozgadywać Wink. Pewnie jak ktoś się wspina już długo, to widzi to inaczej, ale dla początkującego skałki mogą być pewnym zaskoczeniem Wink

Drugiego dnia zaskoczyła nas pogoda. Według prognozy miało być słonecznie i dość ciepło. Gdzieś pewnie było. U nas lało... O wyjściu w skały mogliśmy pomarzyć. Większość dnia spędziliśmy pod wiatą, ćwicząc na belkach przewiązywanie do zjazdu, zakładanie wędki itd. Chciałoby się rzec, że "na sucho" ale do suchości to było daleko. Mokro i zimno... Jak deszcz nieco zelżał, poszliśmy na Dupę Słonia (nie moja wina, że się tak nazywa Tongue out). Pod przewieszoną ścianką zakładaliśmy stanowiska stojąc na ziemi. Smile Pojechaliśmy też do Doliny Kobylańskiej poćwiczyć zjazdy. Nic więcej nie dało się tego dnia zrobić, taki lajf, bywa.

Dzień trzeci to znowu słoniowy zad Wink ale tym razem oderwani od gruntu ćwiczyliśmy wycof z ringa. Fajne to zjeżdżanie Smile Koniecznie trzeba przed tym gdzieś wejść? Wink I oczywiście wiata na naszej bazie, zajęcia "na sucho". Ach, jeszcze się udało zrobić mały wypadzik na skałę 502 - ładnie położona, ciekawa, tylko... ma posrane drogi. Niestety dosłownie - ktoś tam z okolicy ma takie specyficzne hobby, że załatwia się na skale. Undecided Instruktorzy poczyścili na ile się dało i robiliśmy wspin z dołem. Z każdej grupy zdążyły trzy osoby - kiedy wpadliśmy w oberwanie chmury, więc był błyskawiczny wycof spod skał, szczególnie że coś na niebie warczało na nas...Niestety podczas swojego wspinu wsadziłam nieopacznie łapkę w resztki wiecie-czego. Yell Właśnie z powodu resztek trzeba było zrobić mały trawersik (przejść w bok) i dopiero iść dalej. Kiedy asekurowałam koleżankę będąc na dole, wydawało mi się to takie proste. Tu postawić stopę, tam się chwycić i gotowe. Kiedy przyszła moja kolej, już nie było tak różowo - o jaka lufa!!! tu nie ma na czym stanąć!!! ani czego się chwycić!!! ratunku!!! No dobra, tego ostatniego nie wrzeszczałam. Tongue outZ niezłym pietrem za koszulką, udało mi się ten trawersik pokonać bez pomocy instruktora i dalej już było łatwo. Tyle, że potem na nas lunęło Cry Zdążyłam schować do plecaka szpej (czyli sprzęt wspinaczkowy), odpuściłam zdejmowanie uprzęży, kurtkę zdążyłam założyć ale już nie zapiąć, a kaptur naciągałam jak już miałam mokrą głowę. Fajnie się łazi w przemoczonych butach i spodniach... Dobrze, że do bazy blisko, można się było wkrótce przebrać w suche.

Kolejny dzień powitał nas deszczem. Szczęśliwie przestało padać i pojawiła się nadzieja na schnięcie skały. Po lunchu w Witkowe Skały! Wykorzystanie w praktyce tego, czego się uczyliśmy pod wiatą. Było naprawdę fajnie, skała w kontakcie nieco inna niż na Słonecznych, takie moje wrażenie. I kolejne zdumienie - niezły wycisk dała nam droga o trudności III+, gdzie na ściance sztucznej takie coś robimy bez wysiłku Surprised A potem droga V, z której ja uciekam, bo sobie nie radzę. Może z powodu sakramenckiego zimna które pozbawiło mnie czucia w palcach (i co z tego, że miałam na sobie trzy warstwy odzieży termoaktywnej plus kurtka goretexowa), a może świadomości, że mokra skała jest śliska więc mam opory wykonać co odważniejsze przechwyty (parę razy zjechała mi stopa z niby pewnego stopnia a i ręce trzymały się jakoś tak marnie), a może zwyczajnie ta droga mi nie pasowała - nie zrobiłam jej, koleżanka też nie. Chłopacy weszli, no ale to chłopacy Wink Na koniec dostałyśmy jakąś IV, która według mnie była o niebo (albo chociaż o pół) łatwiejsza od tamtej III+. Same chwyty i stopnie duże, klamiaste. Jedyna trudność to chyba wysokie wstawianie nogi no i do wpinek trzeba się było dość daleko wywieszać z drogi do ringów, ale ponieważ chwyty wielkie - nie stanowiło to dla mnie jakiegoś problemu. Potem trzeba było jeszcze zjechać i zabrać swoje ekspresy po drodze. I to było wesołe zadanie, bo wpinki szły ukosem i zupełnie nie w linii zjeżdżającego wspinacza. Jest na to sposób, żeby nie odjechać od linii ekspresów za mocno Wink ale po wypięciu ekspresa lina "odskakuje" i robi się piękne wahadełko, jak się człowiek dobrze nie zaprze Laughing Ale przynajmniej się zrobiło cieplej od tego Wink

Kurs był czterodniowy, więc tego dnia wieczorem mieliśmy egzamin. Oj, ciężko było Wink ale wszyscy zdali. Myślę, że płonący kominek znacząco podnosił zdawalność Tongue out Większość z nas zostawała na miejscu jeszcze na kolejny dzień, kiedy to mieliśmy się powspinać towarzysko. Pogoda była cudna - niebieskie czyste niebo, ciepełko. Że też nie mogło tak być cały czas... W rzeczywistości wyszedł nam z tego nieoficjalny kolejny dzień kursu. Tym razem padło na Żabiego Konia w Dolinie Kobylańskiej. Droga Jarzębinka, trudność V-. Zaraz mi się przypomniała tamta V, z której uciekłam. Oj, czy dam radę? Hehe, nie dość, że dałam radę, to jeszcze miałam z tego mega radochę Laughing Było jedno dla mnie naprawdę trudne miejsce. Instruktor żartował, że to była walka o życie. Tongue out No, prawie. Wink Był taki moment, kiedy wisiałam na jednej ręce, niezbyt mi było wygodnie a musiałam zrobić wpinkę drugą ręką. Wpięcie ekspresa to był pikuś, ale jak wpiąć do niego linę, kiedy ona nie chce iść?! Po prostu haczyła się po drodze o skały i trzeba było włożyć sporo siły, żeby ją wyciągnąć. W dodatku, wyciągnęłam kawałek a potrzebowałam sporo. Nie dawałam rady samą ręką, bo mi lina uciekała z powrotem w dół a drugą ręką oczywiście nie mogłam sobie pomóc. Instruktor trzymał mnie za uprząż w razie gdybym miała odpadać, ale potem mówił, że nie było to potrzebne, bo sama dałam sobie radę (nie ma emotka pękania z dumy Kiss). Trzeba było zrobić to, czego nie lubię, czyli przytrzymać w zębach. A nie lubię nie dlatego, że lina brudna i bakterie i inne żyjątka są na niej Wink tylko naczytałam się mądrej książki o bezpieczeństwie, a tam napisali, że w razie odpadnięcia człowiek odruchowo zaciska zęby. Czyli liny nie wypuści a nie utrzyma ciężaru ciała na końcu lotu na swoich zębach. Resztę subtelnie przemilczę. Wink Czyli albo wypada mieć zaprzyjaźnionego protetyka albo unikać brania liny w zęby. Tongue out Ale jak widać, nie zawsze się tak da. Smile

Z jednej strony, mając wszystko ubabrane w błocie i nieświeże - tęskniłam za domem i wrzuceniem się razem z plecakiem do pralki. Z drugiej zaś - mam niesamowity niedosyt wspinania w skale. Syndrom kota jak nic - zawsze nie z tej strony drzwi, co by chciał Wink

Sztuczna ścianka juz mi się nie jawi tak rewealcyjnie jak do tej pory. Już widzę, jak wielu rzeczy na ściance nie da się ćwiczyć, jak bardzo sztuczne chwyty odbiegają od naturalnej skałki, jak bardzo trudności ściankowe nie odpowiadają skalnym. To nie znaczy, że przestanę chodzić na ściankę, wprost przeciwnie, ale chyba nabieram dystansu do ściankowej "cyfry" Wink Ćwiczenie przechwytów, sposobów pokonywania różnych problemów, trzymania się na trudnych chwytach i stopniach - tak. Porównywanie osiągnięć ściankowych do skalnych - absolutnie nie. To po prostu inny świat Smile

Oglądam właśnie zdjęcia z ostatniego dnia - ach, powspinać się w suchej skale przez tydzień chociaż, żeby nabrać obycia ze skałą...

Skała jest jak piasek... wciąga Wink

 

 

TagiTagi: jura wspinanie 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

W drode do Rajczy, 4 marca
Boże jak pięknie - jeszcze godzinkę temu wędrowaliśmy widząc w oddali łańcuch solidnie zalodzonych Tatr - teraz widoki uboższe bo tylko na Worek Raczański i pobliskie góry - ale i tak jest super. Piękne, błękitne niebo, góry lśnią się w słońcu. Jeszcze kilkadziesiąt minut i zasiądziemy w czekającym na stacji PKP autokarze. Idę sama i czuję jak do oczu coraz mocniej płyną mi łzy. Bo czuję, że to, że tak pięknie to jakby pożegnanie. W czwartek zaczynam kurację interferonem i rybawiryną - pół roku wcześniej wykryto u mnie żółtaczkę typu C, groźną, śmiertelną chorobę. Leczenie jest ciężkie, i przy moich dobrych genach daję ok. 70% na skuteczne pozbycie się wirusa - jednak cena jest wysoka. Kuracja interferonem jest porównywalna do chemioterapii, lista potencjalnych skutkach ubocznych jest długa, jak kiedyś stwierdził mój kolega czytając ulotkę „od tego można dostać wszystkiego". Jestem młoda, silna, poza wirusem zdrowa - więc liczę na to, że „jakoś to będzie". Ale boję się, bardzo się boję. O lekach wiem, że strasznie osłabiają, nie tylko dlatego, że spada hemoglobina i inne parametry krwi, mówili, żebym zapomniała o górach na ten rok.  Że po tym ma się problemy z chodzeniem po schodach. Wiem, że spróbuję zawalczyć, ale wiem, że moja silna wola może nie mieć żadnego znaczenia. Wobec pewnych spraw jestem bezbronna.
Potrzebuję tych łez, tego smutku, tego pożegnania. Boję się, ale nie jestem przerażona, to co ma przyjść ma być po prostu trudnym zadaniem do wykonania, nie żadną tragedią. I mam nadzieję, że choć troszkę, choć czasem, jakoś będę w tych górach mogła być.

Hala Redykalna

Radość istnienia w Beskidzie Żywieckim - chwilę przed pierwszą dawką

Warszawa, 8 marca
Pierwszy zastrzyk. Ogromy lęk, ale też świadomość, że sama się zdeycodowałam i że po prostu trzeba. Cztery godziny po zastrzyku, podręcznikowo, prszyły bóle mięsiniostawów, gorączka - ale w sumie nie było strasznie - no w każdym razie przytotowałam się na dużo gorszą opcję. Wyszłam na krótki spacer. Wieczorem pierwsza dawka rybawiryny... słyszłam, że niszczy przełyk i żołądek, ale aż takiej zgaagi się nie spodziewałam. Ból w całej klatce piersiowej.... Od tej pory nauczyłam się jeść rybawirynę nie po posiłku lecz w trakcie - najlepiej w serku topnionym lub jogurcie.
Jescze tylko 48 tygodni. Jakoś to będzie.

Gdzieś tam pojawia się pomysł - skoro nie da rady w Himalaje to może stare dobre Beskidy. A żeby był konkret - to może tak najwyższy szczyt każdego z nich? Z zestawienia PTTK pominęłam tylko Lubomir - bo z tym Beskidem Makowskim to różne są teorie i według wielu badaczy Lubomr to jedna z wielu gór Beskidu Wyspowego...


Grześ, 21 kwietnia
Podchodzę na Grzesia (1653 m.n.p.m) pełna obaw. W końcu interferon i hemoglobina 9,5 to nie przelewki. Nie idzie jakoś źle, choć ewidentnie jest gorzej niż było. Często przystaje - a to na herbatkę a to coś przegryźć, więc nie jestem jakoś szybka. Z resztą pogoda ewidentnie się psuję, pada ni to śnieg ni to deszcz i widoczność nie najlepsza. Niby znam tę drogę (choć akurat na tym szlaku nigdy nie byłam inną porą kwietniowo-krokusową), ale tym razem jest jakby dłuższa i bardziej męcząca. Szczególnie kopuła szczytowa już ponad granicą lasu - nie pamiętałam żeby była aż tak stroma. Wreszcie szczyt. Płaczę ze szczęścia bo jednak weszłam, choć mówili, że na pewno nie dam rady.Pogoda zniechęca mnie do dalszego marszu w stronę Rakonia.

Grześ

Na mrocznym i mistycznym nieco szczycie Grzesia

*
Wieczorem spaceruje po okwieconej polanie. Odwiedzam kapliczkę św. Jana Chrzciciela, pamiątkowy wpis w księdze. Dziś padało, krosusy zamknietę, ale fioletowe dywany kwiatów są przepiękne. Później zachód słońca - przez zachmurzone niebo barwy rzucane na Kominiarski Wierch i Ornak są niesamowite... Jest mi dobrze, trochę zmęczona, wieczorem rzucę się na łóżko i szybko zasnę. Przed spaniem spróbuję jeszcze coś zjeść, ale efekt dość marny. Ale i na razie utrata wagi nieduża to nie ma się czym martwić.


Polana Chochołowska

Ukwiecona Polana Chochołowska. Dziś padało, krokusy zamknięte. Klasyczny widok na Kominiarski Wierch i grzbiet Ornaku.

Trzydniowiański Wierch, 22 kwietnia
Piękny górski poranek. Świeci słońce. Pełna obaw o stan zdrowia i kondycję wyruszam na szlak. Na Polanie Chochołowskiej tysiące krokusów. Nie chcą się tylko „otworzyć" a szkoda bo takie zdjęcia ładniejsze.
*
Podejście Krowim Żlebem nie należy do najprzyjemniejszych - ale pamiętam też końcówkę podejścia od strony Jarząbczej i nie wiem, czy w ogóle dałabym radę. Trochę brakuje oddechu. Najgorzej przy stopniach w zmrożonym śniegu, które powstały przy czyiś śladach. Stopnie za wysokie do mojego wzrostu - męczę się. Kiedy sama próbuję „wyrąbać" swoje stopnie - nie dość, że się męczę to jeszcze ślizgam bo nie mam dość sił żeby wybić głębokie ... i bądź tu mądrym Z ulgą osiągam grzbiet. Zjadam żelka, mijam dwóch skiturowców, pierwszych turystów spotkanych tego dnia. Jeszcze tylko granią aż na sam wierzchołek Trzydniowiańskiego Wierchu (1758 m.n.p.m) Pod sam koniec czuję to zmęczenie, walkę o każdy krok i brak tchu - ten jeden jedyny raz anemia mocno daje mi w kość.

*

krokusyDziś słonecznie, więc krokusy "otwarte" - ukwiecona polana prezentuje się wspaniale. Rozkoszuje się widokami, fotorgafuję. Na Polanie tłumy. Spotykam po raz pierwszy w realu Emilkę i Marcina z Planety - potem spotkanie z Iwoną i Moniką, przeczytały na Planecie, że Paulina będzie i szukają - co prawda nie podeszły bezpośrednio do mnie, ale słyszę to się zgłaszam. I tak zapewniony miły wieczór w dobrym, górskim towarzystiwie.

Iwaniacka, 23 kwietnia
Po deszczowo-śniegowej nocy poranek zachwyca - pięknie, słonecznie, krokusy powoli rozkwitają. Z Tomkiem, sąsiadem ze schroniska, zmierzamy w skierunku Przełęczy Iwnaniackiej. Moje pierwsze podejście z plecakiem, lekka trema. Ale nie - tym razem idzie dobrze, oddech w miarę w porządku, tempo też. Czyli jednak z tymi górami jakoś to będzie. Zaczynam jednak lubić podejście na Iwaniacką:) Połamane drzewa, ślady dawnych lawin. Jest „jedynka", śniegu niewiele, więc nie mam wielkich obaw że coś na nas spadnie - ale też nie mam pewności „lawina może zejść zawsze, lawina może zejść wszędzie" - uczyli w grudnio na kursie. Jest pięknie - błękinte niebo i topniejący śnieg, w powietrzu czuć już wiosnę. Chwilo trwaj :)

Kalatówki, 23 kwietnia
Po przejściu z poznanym w schronisku znajomym przez Przełęcz Iwaniacką (hurra jestem w stanie chodzić z plecakiem!) i Dolinę Kościeliską chcę wpaść jeszcze na Kalatówki, zobaczyć reklamowane przez Karolinę krokusy. No faktycznie jest na co popatrzeć! Polana cała fioletowa. Zostawiam plecak i z aparatem w kwiatowy dywan! Fotografuję krokusy na tle gór w każdej pozycji Przy okazji odkrywam, że widok z Kalatówek jest znacznie okazalszy niż ten, który znałam wcześniej - Kopa Kalacka u wejścia do hotelu. W głąb polany roztacza się fantastyczny widok - Kasprowy i Goryczkowa Czuba (i szczyty pomiędzy nimi) w pełnej krasie, jeszcze ośnieżone. Widok jest naprawdę piękny, musi być jeszcze lepiej gdy krokusy prześwietlone są słońcem - to popołudnie jest nieco pochmurne. Kilkadziesiąt minut szaleję z aparatem na Polanie, potem wpadam do Karoliny na pogaduchy. W czasie leczenie będę jeszcze na Kalatówki wracać.

Barwinek 3 maja
Wyraźiście zielona łąka i wyraziście żółte kwiaty - Beskid Niski wiosną... Rozkładamy się na łące z widokiem na niewielkie okoliczne wzniesienia. Za chwilkę śniadanko więc opróżniamy plecaki z pyszności, przygotowanych trochę według listy, trochę według uznania. Przerażają mnie trochę rozmiary grupy - 46 osób, do dziś nie pamiętam wszystkich imio.n Przewodnicy - Ala i Michał, zarządzają jedną z tych gierek na poznanie grupy - niby trochę naiwnych, ale zawsze dobrze mieć w pamięci jakieś podstawowe informację o ludziach z którymi wędruje się kilka dni. Przynajmniej łatwiej zagadać jak akurat obok siebie wylądujemy na jakimś fragmencie szlaku.
Trochę obawiam się marszu z placakiem. I to jakim plecakiem - w końcu idę z SKPB a tak jednak bardziej się dba o żołądek uczestników niż o ich kręgosłup. Na szczęście trasa nie jest z namiotem a i proporcje jedzenia w miarę rozsądne. Wiem, że w razie potrzeby będę mogła poprosić o pomoc. Po śniadanku kawałek drogą i podejście na Studenny Wierch - bez szlaku, ale to nie park to można. Później malowniczą dolinką do Olchowca. Pełna obaw. Ale jednak jest w porządku. Idę. Z grupą. W tempie grupy a nie z tyłu. Nie trzeba mnie odciążać już na wstępnie... czyli innymi słowy jestem uratowana. W klapie plecaka zastrzyk - poniżej jednej doby spokojnie może być poza lodówką. Po trasie 10. dawka interferonu - i obawy jak będzie się szło dzień po zastrzyku...

Studenny Wierch

Podejście z plecarami na Studenny Wierch - w Beskidzie Niskim pełnia wiosna.


Nasza niesamowicie rozciągnięta grupa robi pewnie sporo zamieszania w tym dość spokojnym zakątku. A na postoju tak trudno ogarnąć ją wzorkiem. A ile czekolad, żelków, ciastek i innych przekąsek krąży po grupie...

Olchowiec

Malownicza dolina we wsi Olchowiec. Wrócę tu jeszcze w lutym, na spacerze ekipą z Ropianki.

Burza

Z Olchowca przez Baranie wyruszyliśmy w stronę Ożennej (ześrodkowanie rajdu). Po drodze dopadła nas burza z gradobiciem. Pierwszy raz przeczekiwana z nogmi podulonymi na plecaku. Waliło. Bałam się

Nieznajowa, 6 maja
Nieco ciasną jak na ponad 30-osobową grupkę chatkę w Nieznajowej opuszczamy ze sporym opóźnieniem. Nazwa naszej trasy „trasa dla zabieganych" nabiera nowego znaczenia - jakaś jedna trzecia grupy (finalnie grubo ponad połowa) łapie dziwnego wirusa - to chyba rota wirus bo wiąże się z sensacjami żołądkowymi „w obie strony" i osłabieniem. Przewodnicy organizują łatwiejszą trasę - ale jesteśmy w środku Beskidu Niskiego i jednak biedacy muszą kawałek przejść z ciężkimi „worami". Ja mimo stanu zdrowia znajduje się nieoczekiwanie w silniejszej grupie idącą dłuższą trasą. Cóż, taki rota wirus z interferonem nie ma szans Idziemy dość szybko bo trzeba zdążyć na autokar podstawiony w Gładyszowie o określonej godzinie. Michał - przewodnik pyta, czy nie za szybko dla mnie - ale o dziwo nie. Tylko stopy, które ewidentnie nie znoszą asfaltu i twardy dróg (stare rozpadające się buty nie pomagają...) coraz bardziej bolą. Każdy krok zaczyna być nieprzyjemny. Mimo wszystko jest pięknie. Zieloność i dzikość okolicy. Ten spokój. Wspomnienie trudnej historii, ludzi, których brutalnie wykorzeniono, choć rodzinna ziemia znaczy dla nich nieporównywanie więcej niż dla nas mieszkańców „globalnej wioski" Umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne które miały tu pozostać.

Przełęcz Przysłop, 7 czerwca
Szlak z Krościenka na Przehybę, choć jest to przecież fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, choć jest to długi weekend z Bożym Ciałem - zupełnie pusty - spotkałam może ze dwie osoby. Wędrówka głównie lasem - choć zdarzają się widoki na okoliczne pasma - udaje się też wypatrzeć Tatry. Fajnie, spokojnie, choć plecak nieco cięży i nieprzespana noc daje we znaki. Przystanek na Przełęczy Przysłop. Ładne widoki na Pieniny i charakterystyczną kopkę Wysokiej. Wtedy tego nie wiem - ale na szczycie stanę za mniej niż miesiąc. Powietrze nieco ciężki, chmurzyska- cóż, nie pozwalają się rozsiadać. Wolałabym żeby mnie burza nie dopadła. Więc równym marszem ku schronisku na Przehybie.

*

Na Przechybie rozkładam karimatę i padam ze zmęczenia. Wtedy jeszcze udaje mi się zdrzemnąć na trochę. Później zastrzyk numer 14.

Radziejowa, 8 czerwca
Całą drogę z Przehyby na Radziejową (1266 m.n.p.m. - najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, pierwszy szczyt mojej korony) szłam właściwie sama, mimo że postanowiłam spać ile będę mogła kosztem późniejszego wyruszenia na szlak. Na samym szczycie jednak grupka ludzi, pewnie doszli niebieskim ze Szczawnicy. Szybkie podejście na wieżę widokową. Powietrze zamglone (czuć, że będzie burza - na szczęście dopiero popołudniową porą), Tatr nie widać - ale ogólnie widok dość rozległy - i Pieninki i Beskid Niski i inne góry i pagórki, których nie umiem jeszcze opisać. Wszędzie zielono - późna wiosna ma swoje prawa.

Radziejowa

Kamień uświetniający tysiąclecie Chrztu Polski na szczycie Radziejowej.

Przełęcz Żłobki

Rozległa panorama z Przełęczy Żłobki. Na pierwszym planie Pieniny, w oddali Tatry.

Niemcowa

Widokowa polanka pod szczytem Niemcowej. Później stromawe zejście.

*
Zdązyłam do Chatki na Korodowcu przed nadciągającą burzą. Jest przytulnie i bardzo ładnie. Właściciel bardzo przyjemny i dba o gości , zupełnie inaczej niż w wielu schroniskach. Widoki chyba na pasmo Makowic. Oprócz mnie jest jeszcze jedna Pani (wstyd, ale już nie pamiętam imienia), stały bywalec, ciepła i serdeczna, pozostali goście dopiero wieczorem. Jest fajnie, wiele wspólnych tematów. Dziś otwarcie euro. Mam mecz Polska-Grecja w głębokim poważaniu, ale skoro oni oglądają przecież nie wyjdę. Czytam sobie o Sto lat samotności jednym okiem, mecz oglądam drugim. Właściciel chatki później już cały wieczór przeżywa to że nasi przerżneli a telewizorowi grozi zakopaniem Faceci
Marquez pisze o pladze bezsenności w Macondo. Jak bardzo ten temat jest mi bliski. W maju straciłam umiejętność samodzielnego zasypiania. Były czasy że nawet leki były mi w stanie przynieść 2-3 godziny snu, były noce gdy całkowicie nie zmrużyłam oka. Do tego gignatyczne rozdrażnienie, pobudzenie, zmęczenie nie byciem zmęczonym... koszmar, który udało się z czasem złagodzić, ale już do końca leczenia, i nawet teraz, parę tygodni po ostaniej dawce stale mi towrzyszy.
W Macondo bezsenni przestają pamiętać - ja po tych wszystkich nieprzespanych nocach też nie raz i nie dwa zapominałam o tym co najbardziej oczywiste. Śmiałam się, że niezłą amfę mi dają i że może pójdę na studia skoro mam tyle czasu nocami. Ale nie, to stanowczo nie jest śmieszne.
Nad Korodwcem zapada zmrok. Już po burzy. Jest pięknie. Przykryta śpiworem modlę się, żeby przyszedł sen.

W drodze do Cyrli, 9 czerwca
Z Kasią, Marcinem i Piotrkiem wędrujemy w na TAM - górską imprezę śpiewaną. Trochę pada, nad beskidzim lasem unoszą się mgły, jest pięknie. Momentami ciężko dotrzymać kroku, ale ogólnie daję jakoś radę. Pozastrzykowe bóle dają we znaki, zużywam Marcinowi nieco apapu:)



Cyrla

Dzień po TAMie spokojna i krótka wędrówka w stronę Rytra

Warszawa, czerwiec

Wynik badania na obecność wirusa po 12 tygodniu - MINUS. Czyli bardzo dobrze. Oznacza to dla mnie kontynuację leczenia do 48 tygodni. I większe szansę na minus pół roku od zakończenia leczenia.

Dolinka za Mnichem

Dolinka za Mnichem - sprzątana przez ekipę Planety w ramach akcji Czyste Tatry

Łysa Polana, 1 lipca
Akcja Czyste Tatry udana, impreza w Moku też. Na taternickim obozowisku na Włosienicy było naprawdę miło, także godzina na której jesteśmy na Łysej Polanie pozostawia wiele do życzenia Pierwotny plan zakładał przejście Białej Wody aż do Polany pod Wysoką, ale wiemy już że pójdziemy dużo bliżej. O 17 Emilka i Marcin muszą być z powrotem przy samochodzie. Cóż, nie zawsze trzeba łoić, czasem można tak po prostu przejść się w miłym towarzystwie. Przekraczamy granicę państwową - teraz to niemal niezauważalne, tyle że słowackie tabliczki ze znakami nieco się różnią. Kontemplujemy ile czasu powinno nam zająć dojście do wskazanych lokalizacji - Biała Woda może być miłym początkiem wypadku w słowackie Tatry Wysokie. Nieśpiesznym krokiem ruszamy w głąb doliny.

Kopa Kondradzka, 2 lipca
Dzień zapowiada się ładnie właściwie wszystko widać, ale jakby przez mgłę. Miałam nadzieję, że nie będzie burzy - za parę godzin dowiem się jak gorzko się pomyliłam. Wyszłam bardzo późno jak na tatrzańskie standardy, jest prawie ósma - ale musiałam poczekać na obsługę schroniska żeby wyjęli magiczny interferon z lodówki, a jeszcze jak na złość trochę zaspali. Ale nic to. Idę sobie z plecakiem, mógłby być lżejszy ale da się żyć - na grań Czerwonych Wierchów. Ładną i widokową grań. Na razie spokój, dopiero na grani sporo ludzi idących od Kasprowego. Mam frajdę bo akurat tym zielonym szlakiem jeszcze nigdy nie szlam. Bardzo fajnie wygląda z tej perspektywy masyw Giewontu. Z każdym krokiem widać coraz więcej Tatr Wysokich i innych okolicznych gór. Pójdę tam, gdzie bezmiar błękitu...

Wysoka, 3 lipca
„Pieniny na patelni" tak nazwał album Wojtek i miał rację. Było bardzo, bardzo gorąco -zatrzymywaliśmy się na chwilę przy każdym drzewie stojącym na szlaku. Tuż przed Wysoką słyszę pierwszy grzmot. Wpadam w lekką panikę, jeszcze jestem przestraszona po wczorajszych przejściach. Zostawiam plecak, choć jest na lekko i szybko po schodkach, na szczycie szybka sesja zdjęciowa i spadamy. Trzymam tempo i nie wierzę Wojtkowi, że już niedaleko. Uspokajam się dopiero na dole. Dziś burza nie dopadła.

Wysoka

Na szczycie Wysokiej (1050 m.n.p.m. - drugi szczyt w Koronie), widoki niezbyt rozległe z powodu ciężkiego, burzowego powietrza.

Turbacz, 5 lipca
Ze Starych Wierchów wyszłam wcześnie żeby uniknąć upałów i burz. Mimo, że dopeiro 9 kiedy jestem na szycie czuć duchotę - a ciężkie powietrze nie pozwala na rozległe widoki - od strony Obidowca podejście na szczyt wśród połamanych drzew coś niecoś mogłoby oferować. Na szczycie tabliczka, jakiś post-peerelowski monument, krzyż z Jezu Ufam Tobie. Jeszcze teraz piękne słońce. Oczywiście jestem sama Dziś na lekko, upał w Pieninach za bardzo dał mi w kość żeby decydować się na jakąś dłuższą trasę z plecarem. Gorce przyjazne są turystom - spacerowiczom - większych podejść czy trudności brak. Dobre dla rodzin z dziećmi, dobre dla leczących się interferonem ... nie zostaje na szczycie długo, idę w stronę schroniska. Zamawiam butelekę coli i wypiajm niemal od razu... uff jak gorąco!


Turbacz

Na szczycie Turbacza (1310 m.n.p.m. - trzeci szczyt w Koronie) - połamane drzewa pozowliłyby coś zobaczyć - zamglone burzowe powietrze mocno widoki ogranicza

torfowiska

Zwiedzanie Podhala i Orawy zaczynamy od torfowisk w okolicach Czarnego Dunajca

Pająków Wierch, 7 lipca
Uff jak gorąco. Ciężko się idzie. Nie jest mi słabo, ale nie mam siły. Zostaję z tyłu. Gorąco wydziela ze mnie siły witalne. Nigdy nie chodziłam w takim upale i nie wiem, czy i bez interferonu dałabym radę bo upał zwykle mnie osłabia. No, interek na pewno nie pomaga Przykry moment, kiedy zabierają mi rzeczy z plecaka i rozdzielają między najsilniejszych członków grupy. Niby żaden wstyd, każdy ma prawo czasem być słabszym, każdy ma prawo nie mieć siły. Przed wyjazdem zgłaszałam Pingwinowi, że jestem „uczestnikiem podwyższonego ryzyka". Niby wszystko ok., ale nie ok. Nie jest fajnie być najsłabszym, przynajmniej ja nie umiem. Tak nie lubię sprawiać kłopotu... Jak zabrali większość zawartości plecaka jest już lżej, ale nadal droga po prostu nie sprawia mi przyjemności. Gdzieś tam doceniam uroki miejsca - spokojna okolica, widoki - mijane wioski podhalańskie ze swoimi urokliwymi kapliczkami i ciekawą architekturą - no ale cóż wolałabym być w jakimś innym, chłodniejszym miejscu. Wiem jednak że wcześniejszy powrót do Warszawy nie byłby dla mnie żadnym rozwiązaniem - przecież tam jeszcze bardziej duszno, a otwieranie okna to narażanie się na hałas z ulicy, który tak mnie rozdrażnia i przed którym tak uciekałam. Przydałoby mi się posiedzieć na działce nad jeziorem jakimś - tylko nie znam nikogo, kto by mógł mnie przygarnąć.

Orawa

Upalno-burzyste Podhale - pełne urlokliwych zakątków.

Sidzina, 8 lipiec
Nad górami znów zbierają się burze - właściwie z każdej strony a przecież wczesne popołudnie. Całe szczęście, że będąc w „grupie kościelnej" poszłam krótszą trasą bo burz się boję... duchota nieziemska, po prostu płynę. Buty sklejone taśmą, rozwaliły się zupełnie, stopy piekielnie bolą od tego asfaltu... idziemy do skansenu zapoznać się z miejscową kulturą. Druga grupa przedziera się w tym momencie przez krzale - my byliśmy u spowiedzi, oni odprawili pokutę - śmieją się.

Warszawa, lipiec
Po powrocie do Warszawy odkrywam ze zdumieniem, że ogólna irytacja na świat uległa lekkiej poprawie. Śpię nadal źle, wstawanie do pracy nadal mnie bardzo męczy. Ale jestem ciut spokojniejsza i nie drażni mnie każdy tramwaj przejeżdżający pod oknem (mieszkam przy ruchliwej ulicy). Czyli mamy jakiś postęp.

Skrzyczne, 29 lipca
21 tydzień leczenia. Gorąco, ale na szczęście nie aż tak jak na Orawie. Mimo wszystko z powodu złych wspomnień i ogólnego lenistwa decyzuje się dziś na wersję minimum - wejście na Skrzyczne od strony Szczyrku i resztę dnia na lenia z książką. Początek szlaku był spokojny, ale teraz kiedy połączył się z innymi szlakami ludzi jest naprawdę sporo - oczywiście to w większości wczasowicze, w tusytycznych butach i z plecakiem jestem tam co najmniej dziwna. Zdobyciu szczytu towarzyszy zatem mniej emocji niż zwykle - z resztą nie ma tu jakiegoś punktu kulminacyjnego. Ładnie widać głównie Kotlinę Żywiecką i Beskid Mały, całkiem nieźle prezentuje się Babia. Tatry zobaczę dopiero następnego dnia rano. Na szczycie niezły cyrk - gwarne schronisko bo kupa ludzi przyjeżdża kolejką, jakieś boisko do siatkówki, jakaś ścianka. W środku gra jakiś rmf lub zetka. Totalnie bez atmosfery, którą kojarzy się z górami, ale też i nie spodziewałam się, że tak będzie. Wiem, że w okolicy schroniska nie poodpoczywam sobie ale na szczęście nie muszę wędrować dużo dalej

Skrzycze

Schronisko na szczycie Skrzycznego (1257 m.n.p.m. - czwart szczyt w Koronie) umożliwia nocleg już na grzbiecie - wędówka w stronę Baraniej Góry będzie więc lekka i przyjemna. W nocy padało więc rano witają mnie piękne widoki na Babią i Tatry...

Małe Skrzyczne, 30 lipca

W nocu padało, ale teraz się przejaśniło. Piękny, lekko zachmurzony poranek. Na szlaku sama, oddycham wolnością, czystym powietrzem. Wiem, że upały i burze wiec raczej wyszłam wcześnie - i miałam rację bo od 14 już grzmiało i padało. Podoba mi się tu. Testuje nowe buty - na razie ocierają pięty i lekko za twarde.

Barania Góra

Na szczycie Baraniej Góry - dzięki atakom kornika na okoliczne drzewa widoki na trasie przepiękne

Lidecko, 11 sierpnia
Czechy, w których jestem pierwszy raz w życiu, nie przywitały miło. Nie dość że pada to jest naprawdę zimno- kilkanaście stopni. Niedobrze, bo to namiotówka. Czekaliśmy w pobliskiej kanjpie na poprawę pogody, ale chyba nic z tego. Na szczęście to deszcz, nie ulewa. Wchodzimy na pobliskie Czarcie Skały - legenda głosi, że postawił je jakiś diabeł żeby zdobyć miejscową piękność. Ładne kawałki skały - widoczki na okolicę. Przypomina mi się ścianka - tak bardzo bym chciała się powspinać - to po bólach pewnie jakoś by szło. Ale nie miałabym odwagi nikogo asekurować przy tym osłabieniu. Co prawda zimno -ale chociaż ludzie sympatyczni. Majkę znam ze studiów, przypadkowo byłyśmy na tym samym majowym wyjeździe w maju. Jacka znam z jesiennych Bieszczad. Dzika, Pawła i Magdę dopiero poznaje. Wszytsko super tylko gdyby było choć trochę cieplej...

Czarcie Skały

Nasza przemarźnięta i moknąca grupka w Czarcich Skałach. Dopierpo na zdjęciach widzę jakie wszystko na mnie zrobiło się duuże.

Czechy

Totem na jednej z polanek, gdzie robiliśmy obiad. Mokre drewno nie chciało dać upragnionego ciepła.

Mały Jawornik, 13 sierpnia
Wychodzę z namiotu po ciężkiej nocy. Kolejny lek przestaje działać. I klasutrofobia, nocne wyjścia z namiotu, lęki, niepokoje - a przecież bywałam pod namiotami wcześniej. Po solidnej dawce leku którą zafundowałam sobie żeby wreszcie zasnąć makymalnie ścięta. A tu trzeba iść. Przysypiam na każdym postoju. Myślę o powrocie.

Wielki Jawornik

 

Wielki Jawornik, 1071 m.n.p.m., najwyższczy szctyt Jawroników. Krzyże - symbol Słowacji.

Główny grzbiet Jaworników, 14 sierpnia
Mimo, że Dzidek codziennie pokazywał trasę i góry, które mijamy nie pamiętam już dokładnie większości miejsc z czecho-słowackich Jaworników. Może z resztą nie za każdym razem o tę dokładną pamięć chodzi? Tamten dzień był nie tylko ładny ale i CIEPŁY, wreszcie można było spędzić na postojach tyle czasu ile by się chciało „leniuchować, świat całować... i oczywiście JEŚĆ". Na szczycie, który właśnie zdobyliśmy stoi niewielka wieża widokowa - wszystkie okoliczne pasma czy to Beskid Śląsko-Morowaski, czy to Fatry czy odległe polskie pasma - całkiem nieźle widać. I wszechobecne rzeźby - tu mamy takie jakby aniołki/ślimaki. Mimo, że nie rozumiemy „co artysta chciał przez to powiedzieć" całkiem fajnie, oryginalnie tu wyglądają. Chciałoby się zostać, ale namawiają, żeby jednak iść, jeszcze trochę GOTów dziś przed nami...

Rysy, 20 sierpnia
Nie w koronie, ani nawet zdobyty nie od polskiej strony - ale w końcu Rysy to jakoś najwyższy szczyt więc jakoś pasuje mi do koncepcjiLaughing Kilka dni urlopu jakie mi zostały spędzam w Tatrach słowackich- omijam największe przepaści i eksponpowane szlaki bo teoretycznie przy anemii i lekach nasennych mogę mieć zawroty głowy więc lepiej nie ryzykować. Ciągnęło mnie na Ukrainę, ciągnęło na bardziej ambinte wycieczki - ale wiem, że ambicja może źle się skończyć a opieka medyczna dostępna być musi... no i ten namiot - trasa Dzidka akurat tak się ułożyła, że mogłam zastrzyk przechować w Zakopcu w lodówce tak jak nakazoano i iść, zwykle jednak namiotówek nie układa się pod harmonogram brania interferonu:) Więc padło na Tatry słowackie...
Jestem na szczycie sama od jakiegoś pół godziny. Pogoda wspaniała, widoczność super i widoki piękne i rooooooozległe. Cudo:) No i zupełnie sama na takim szczycie -od Popradzkiego ludzie zwykle nie wychodzą tak wcześnie, ci z Moka niedługo dojdą. Ci z Chatki już poszli. Tłumy mijam z zejściu, teraz rozkoszuję się samotnością i pięknym miejscem. Kiedyś ten szczyt był szczytem moich marzeń, taka byłam dumna z jego osiągnięcia. Dziś - jest jednym z wielu pięknych szczytów jakie zdobyłam - i dumna jestem nie z samego szczytu, lecz z faktu, że mimo tych wszystkich przeciwności chcę doświadczać tyle pięknego ile tylko będzie mi dane...

Lodowa Przełęcz

Lodowa Przełęcz, najwyższe miejsce w jakie dotarłam z plecakiem podcza leczenia.

Czupel,22 września
Grzbietem Pasma Magurki Wilkowickiej spaceruje się bardzo przyjemnie. Cisza spokój - gdzieniegdzie widoczki na Jezioro Międzybrodzkiej - z drugiej na Beskid Śląski z charakterystycznym Skrzycznem. Pogoda jakby powoli zaczęła się poprawiać, bo deszczowy poranek niczego dobrego wróżył. Niewila kumulacja w grzbiecie - i tak - to tu. Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego. Jest tabliczka do pamiątkowych fotek, jest jakiś kopczyk. Ludzi zero więc muszę troszkę powalczyć z autofocusem. Zza drzew widoczki. Niedługo schronisko. Nie zmęczyłam się, ale przecież nie zawsze o to chodzi. Z resztą, najnowszy lek nasenny bardzo nasila pointerferonowe bóle pozatsrzykowe, a ciśnienie miłałam maskarycznie niskie 85/54. Naprawdę byłam zmęczona, naprawdę miałam dość. Jednak cieszę się, że pojechałam. W górach tkwi spokój.

Czupel

Na szczycie Czupla (933 mn.p.m. - piąty szczyt w koronie) - zza drzew widoki na okoliczne masywy


Kiedy zbliżam się do schroniska na Magurce Wilkowickiej mijam coraz więcej ludzi - i grupki i rodziny - pewnie w większości przyjechali na weekendowy spacer po górach, szczęściarze :) Pogoda robi się coraz lepsza - nieco posępny krajobraz staje się jaśniejszy, przyjaźniejszy. Nie przeszłam dziś dużo, ale czuję, że powoli zaczynam mieć dość. Jak dobrze, że niedługo schronisko...
Finalnie nocowałam wóczas nie na Magruce lecz w Chatce na Rogaczu.

Hrobacza Łąka, 23 września
Jesteśmy na miejscu - poznaję po dużym białym krzyżu - nie jestem fanką takiego manifestowania religijności, ale cóż nie mój wybór. Pamiątkowe zdjęcia - moje i Przemka, niemal autochtona, który za pośrednictwem Planety Gór postanowił mi potowarzyszyć :) Zaglądamy do schroniska-domu rekolekcyjnego. Mam ochotę na kawę. Potem podziwianie widoków - pięknie prezentuje się stąd Babia i Tatry, Sporo ludzi - w piękny niedzielny dzień wielu ludzi postanowiło sobie zrobić piknik. Dobrze mi tu.

Przełęcz Przegibek

Gdzieś między Przełęczą Przegibek a Przełęczą u Panienki - urokliwa wędrowka po zakątkach Beskidu Małego

Babia Góra

Masyw Czupla z Jeziora Międzybrodzkiego.

Wołosate, 26 września
Błogosławiąc ludzi, którzy wzięli mnie na stopa - ruszam w kierunku Tarnicy. Piękny słoneczny dzień. Mam w planach przejście przepięknej trasy przez Halicz i Rozsypaniec, ale nie wiem, czy kondycyjnie wyrobię być na dole przed szóstką - podobno ostatnia godzina żeby złapać busa. Niby na lekko, niby z moją formą Bogu dzięki nie jest źle - ale w nocy praktycznie nie spałam. Najnowszy lek nasenny działał na mnie około 3 tygodni, a autobus nie sprzyja raczej wysypianiu się Motywują się jednak do szybszego marszu, obiecuję, że nie będę robić za dużo zdjęć, nie zatrzymuję się także żeby zaprzyjaźnić się z pasącymi się niemal na szlaku hucułami.
*
Na Tarnicy jestem sporo poniżej czasu mapowego Dobrze znany krzyż na tle błękitnego nieba, dobrze znany widok. W końcu Bieszczady to moje góry pierwsze. Szkoda tylko, że urywający głowę wiatr nie pozwala zostać dłużej. Szybkie zejście na Przełęcz pod Tarnicą, tu szukam czegoś osłoniętego od wiatru, coś by się zjadło Czas mam dobry więc ryzykuję jedną z najpiękniejszych tras - przez Halicz, Rozsypaniec i Przełęcz Bukowską. Przede mną masyw Krzemienia - i „połoniny traw, niebieskie przestrzenie".

Tarnica

Na Tarnicy (1346 m.n.p.m. - szósty szczyt w Koronie), charakterystyczny krzyż - przejrzyste powietrze, tłumy ludzi

*
Mocno wieje - na tyle mocno, że często nie da się dostawić kijka, a czasem potrafi nieco przestawić. Z jednej strony cieszy mnie piękne miejsce w którym jestem - z drugiej - zaczynam mnie wkurzać ten wiatr. Takie rozdwojenie charakterystyczne dla tego leczenia - z jednej strony pięknie, bo przecież jest pięknie i przejrzystość powietrza niesamowita i ta jesień w Bieszczadach i och i ach ... ale z drugiej strony to permanentne podenerwowanie, to uczucie że mam wszystkiego dość i nic tylko usiąść i rozpłakać się z tej złości i bezradności. Podejście, na szczęście niezbyt strome. Mijam parkę, która podwiozła mnie na stopa do Wołosatego (busiarze z Ustrzyk nie chcieli brać trzech osób), wdzięczna jestem i im i innym, którzy dzielą się wolnym miejscem w samochodzie Zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, dochodzę na Halicz, (1333 m.n.p.m.), chowam się za jakąś skałką - termos gorącej herbaty, coś przegryzam. Małżeństwo w średnim wieku dzieli się ze mną czekoladą, która oczywiście w tych warunkach jest czymś boskim.

Bukowe Berdo

Grzbiet Bukowego Berda, dzień po wędrówcę na Tranicę, Halicz i Rozyspaniec. Silny wiatr nadal "przestawiał" uczestników rajdu, mimo że większość z nich miała ciężkie plecaki.

W drodze do Jaworca, 28 września
Wczoraj po wycieczce na Bukowe i Szeroki Wierch zastrzyk numer 30. Dziś połonina Wetlińska i zejście czarnym szlakiem w kierunku Bacówki na Jaworcu. Susza, ciężko było znaleźć jar gdzie płynęłyby jeszcze resztki wody - jakimś cudem znaleźliśmy, choć głęboko w krzalu. Obiad na ognisku gotuje się długo, z resztą i my się szybko nie zbieramy. Przedzieramy się przez krzaki, nie lubię tej skibowej mody chodzenia po kłującym i bez ścieżki - po ciemku nie lubię jej jeszcze bardziej. Szczególnie, że parę miesiący teu zgubiłam czołówkę i jeszcze ni kupiłam nowej. Ilość rzeczy, którą podczas lecznia zgubiłam jest przerażająca, chociaż i bez interferonu moje rzeczy mają tendencję do samouciestwiania. Na szczęście życie ratuje mi Michał, miał zapasową, ręczną ale też super Nie boję się chodzić po ciemku, ale jednak po ciemku bez ścieżki trochę ciężko Wreszcie strumo. Myjemy menażki, chociaż mycie w ciemnościach nie daje gwarancji czystości. Egoistycznie nie dzielę się resztkami ciepłej herbaty. Jest wieczór, wzmaga gorączka. Wiem, że mam święte prawo do egoizmu, ale wcale nie czuję się z tym dobrze, zwłaszcza, że na wyjazdach SKPB dzielimy się większością naszych rzeczy. Niedługo za strumolem kraale się kończą. Wędrówka drogą, przy księżycu, w górach - tak mi zdecydowanie lepiej. Jakieś rozmowy, albo i cisza i wsłuchiwanie się w echo czyiś rozmów.

Jaworzec, 29 września
Ciężka noc. Leki, które mam przestają działać. Kręcę się niespokojna. Kolejna dawka leku przynosi sen. Nie chcę wstać, nie chcę iść, gdyby nie z grupą to pewnie bym została w schronisku.

Terka

Zmęczenie po bezsennej nocy

Warszawa, październik
Zaczęło się od niewinnego bólu gardła, potem przyszły gigantyczne osłabienie, gorączki, utrata apetytu, zapalenie ucha. Często walką było pójście do kuchni po herbatę. Teraz wiem, że moja silna wola i detreminacja mają znaczenie, ale leki mogą być silniejsze. I moje chodzenie po górach jest łaską.Z punktu górskiego październik zmarnowany - a przed śniegiem chciałam iść na te trudniejsze szczyty korony.

Sulowa Cyrla, 10 listopada
Piękny jesienny dzień, mocne słońce, kolory - tylko w gdzieś ta za drzewami majaczy potężny, zaśnieżony już masyw Babiej. Docieramy do polanki Sulowa Cyrla skąd mamy piękny widok na Morosny Groń i dalej pasmo Policy. Na szlaku od Zawoi Policzne jesteśmy samu i tak właściwie jest całą drogę. I tak jest dobrze. Herbatka, drobna przekąska - i troszkę czasu tracimy na poszukiwanie szlaku który w tej okolicach jest nieco zakręcony i nieco nielogiczny jak dla mnie przynajmniej. O ile rano był względnie spokój teraz czujemy że zaczyna wiać i to dość mocno. Obawiamy się tego, co może być na górze. Parę godzin później będziemy już wiedzieli jak słuszne są nasze obawy...

Markowe Szczawiny, 11 listopada
Wieje niemiłosiernie - nawet pod przytulnym dachem schroniska to czuć. Wiemy, że będzie ciężko. Ale widzimy jakiś ludzi, którzy schodzą, więc chyba się da. W taką pogodę ciepłe śniadanie jest ważne więc czekaliśmy specjalnie do 8 na otwarcie bufetu żeby wszamać jajecznicę. Przy wejściu do schorniska norweska prognoza i komunikat GOPRu- temperatura, zachmurzenie mniej więcej się zgadza, ale wiatr... słaby (WTF?). A na górze podobno ciężko ustać... czy na silny zmieniają wtedy kiedy urywa dach ze schroniska? Czy kiedy wybija pierwszą szybę? - zastanawiamy się z innymi turytsami

Na przełęczy Brona cienka kilkucentrymetrowa wartstwa śniegolodu błyszczy się w słońcu. Wieje bardzo mocno, ale jeszcze spokojnie stoimi, łudzimy się, że wczoraj kiedy szliśmy na Małą Babią w tym miejscu wiało słabiej. Wiemy, że dalej nie będzie łatwo, ale chcemy próbować. Ja bardzo chcę bo ta korona... Widoczność podobnie jak wczoraj - cudowna - widać nawet Bielsko-Białą czy odległą Łysą Górę w Beskidzie Śląsko-Morawskim, którą pamiętam z wędrówek po Jawornikach. Masyw Babiej przedstawia się imponująco...
Podejście z przełęczy na Babią Górę to niby tylko godzinka... jednak czasem taka odległość jest nie do przejścia. Takiego wiatru nie doświadczyłam nigdy wcześniej, mówili że wiało ponad 100 km/h. Coraz trudniej iść, właściwie idziemy tylko dlatego, że ten szczyt niedaleko, że tak trudno się wycofać. Pod szczytem chowamy się za jakieś skałki od zawierznej da się iść. Jednak ostatniego odcinka zwyczajnie nie da się pokonać. Wiatr przewraca. Decyzja ciężka, ale nie da się inaczej. Tylko pamiątkowe zdjęcia i odwrót. W iście himalajskim stylu - bo przecież zawracamy może sto piędziesiąt metrów od wierzchołka. A potem znów w himalajskim stylu trzeba jak najszybiecj uciec w dół - jak najszybiciej w dół byle się nie wychłodzić, byle uciec od tego wiatru.

Babia Góra

Masyw Babiej Góry (1725 m.n.p.m. - byłby siódmy szczyt w Koronie) Potężny, wystawiony na wiejące zewsząd wiatry. Czeka na "rewanż" wiosną.

Kiedy wiatr zaczął wiać w plecy właściciwie nie jestem w stanie utrzymać się na nogach a i Michałowi nie idzie wiele lepiej. Boże nie mam siły a wiem, że muszę w dół jak najszybciej, że tu nie odpocznę. W dół za wszelką cenę, jak nie na pełnych nogach to i na czworakach... Na granicy dzwonienia po GOPR, choć zanim by dotarli pewnie bym się wychłodziła moncno -więc choć chce się odpocząć trzeba w dół - byle do kosówki potem będzie już lepiej... Jak często w życiu tak jest, że mimo braku sił trzeba walczyć z niesprzyjającym losem - bo okoliczności, które zabierają nam siły nie da się „pozbyć" innaczej niż przez walkę... Ciepła herbata dosłownie stawia na nogi...

To było głupie. Wiedziałam, że jestem chora bardziej narażona na niekorzystne warunki, bardziej osłabiona, żeby z nimi walczyć. Wycofałam się co najmniej kilkadziesiąt minut za późno. Nie należy iść na szczyt za wszelką cenę. Nawet jak niedaleko, nawet jak korona ograniczona w czasie, nawet jak „inni jakoś weszli". Góry były łaskawe pozwoliły wziąźć cenną lekcję bez większych szkód.

Na Babią wrócę wiosną. Pod warunkiem, że nie będzie aż tak strasznie wiało.

Kondradowa, 6 grudnia
40 tydzień leczenia. Przepiękne, niemal baśniowe szczyty otaczające schronisko na Hali Konratowej. Zmęczona, bardzo zmęczona - uciekłam z Warszawy „opocząć nareszcie odpocząć choć nigdzie nie dobiegłam" Popijam gorącą czekoladę. Zakwarterowana na Kalatówkach, poza sezonem tanio - no i raz na jakiś czas mogę przecież pobyć w ludzkich warunkach :) Nastawiam się na łagodne wędrówki, czytanie pod kocykiem, hebratki, regurlane posiłki (na tyle na ile pozwoli mi oblolały żołądek). I spokój. Żadnego intrnetu, choć u Karoliny łatwo go dostanę, smsy ograniczone do minimum. „Czyli czuje się Pani bardziej podle niż zwykle" - jedna z trafniejszy diagnoz lekarza prowadzącego.
Kondratowa o tej porze zamknięta, tylko bufet z ciepłymi napojami. Turystów jeszcze niewielu, przed sezonem przecież. Razem ze mną na werandzie schroniska kot - i dwie panie, które rozmawiają o programach Magdy Gessler i innych telewizyjnych głupotach .. mogłyby już sobie pójść. Rozdrażniona, choć mniej niż w zwykłych miejskich warunkach.
Potem jeszcze spacer nieco wyżej szlakiem ku Przełęczy pod Kopą - widoki śliczne, ciekawie stąd prezentuje się Giewont. I tylko widać nadciągające chmury, zapowiadające opady. Idę na Kalatówki, zjeść coś i poczytać sobie. O!

Polana Olczyska, 7 grudnia
Dziś moje urodziny - wolę nie pamiętać które. A przede wszystkim wolę nie myśleć o wszystkich życzeniach, które nie przyjdą - bo naturalną koleją rzeczy w czasie tego koszmarnego leczenia ubyło mi wiele osób, które były bliskie, i którym ufałam. Nie mówię, - że zabrakło wsparcia - czasem zabrakło nawet jednego dobrego słowa, jednego telefonu - jakbym całkowicie przestała istnieć. Wy, którzy to czytacie - proszę nie uciekajcie, kiedy Waszym bliskim dzieje się coś złego. Może i tak jest że „właściwie" zareagować, ale milczenie to też rekacja - najgorsza z możliwych.
Zewsząd otacza mnie biel. I błogi spokój. Cienka - kilkunastocentrymetrowa warstwa śniegu, przedeptany szlak - opady nie są duże, a w lesie dobrze trzymają się nawet ślad sprzed kilku dni. Nareszcie spokojnie... trochę mroźne, jaks się idzie ok., ale postoju dłuższego niż kilka minut raczej się nie . Na zdobytm kila chwil wcześniej Nosalu czy Polanie Olczyskiej nie byłam nigdy wcześniej - latem trzeba biegać po skałach i graniach . A dziś - biały kolor, kolor ciszy.

Kilkadziesiąt minut później docieram na szczyt Kopieńca. Widoki już popsute, nadciągają ciemne chmurzyska, za niedługo będzie sypać. Szkoda, bo musi być stąd niezła panoramka Tatr Wysokich. Za szczytem szlak zawiany, ale potem bez problemów go znajduję. Nie wiem, kto w tm odludnym miejscu i w tym odludnym czasie przedeptał mi szlak ale chwała mu za to :)


Kasprowy Wierch, 8 grudnia

Zimny i mrożny wiatr sprawia, że nie mam ochoty długo zabawiać na grani - szybko znikam Beskidw przytulnym budynku obserwatorium. Jakie to dziwne miejsce w tym pięknym, zimowym górskim krajobazie - cepry i ich rozmowy nie pasują do mistyki świata, który właśnie zostawiam za drzwiami. Decyduje się na zjad kolejką - może i niehonorowo, ale też trzeba czasem zadbać o komfort. W mrożny dzień przejrzystośc powietrza niesamowita. Widać m.in. znaczną część Beskidu. Dumna, bo tyle ostatnio przeszłam na swoich coraz chudzych nóżkach, dumna bo już dość dobrze rozpoznaję poszczególne pasma.

Warszawa, grudzień
Tatrzańska biel i ten spokój, ten niezłykły spokój, z dala od wszystkiego - poprawiają codzienne funkcjonowanie. Tak naprawdę dopiero teraz dochodzę do siebie po październiku Zaraz po porwocie comiesięczne badania krwi. Hemoglobina 10,7 - najlepsza w całej historii leczenia

Mogielica, 5 stycznia
Na Polanie Strumogi tuż pod szczytem tracimy ostatnie widoki. A szkoda, bo z tego co pamiętam sprzed prawie dwóch lat całkiem tu ładnie. Niby nie jest to ani silny wiatr, ani duży opad śniegu, ani zimno - a jednak nie idzie się jakoś super przyjemnie. Niby tylko dwadzieścia - trzydzieści centymetrów śnieżnej pokrywy a jednak robi to różnicę przy podejściu i przecieraniu szlaku. Krótki postój, jeszcze tylko lasek, troszkę bardziej stromo, potem w lewo i już widzimy szczyt Mogielicy (1171 m.n.p.m. - ośmy szczyt) z charakterystyczna wieżą widokową. Wiemy, że nic nie zobaczymy, więc więżę sobie z Wojtkiem darujemy. Pamiętkowe fotografie na szczycie, oglądamy całkiem niezłą propozycje szlaków rozchodzących się stąd we wszystkich kierunkach. Jest i kalpiczka i krzyż i fragment drogi krzyżowej - nieodłączne elementy górskiego krajobrazu. Jesteśmy sami. Ładnie tu, ale wiatr i chłod jednak nie zachęcają do rozsiadywania się. Więc w dół. W stronę obiadu Smile

Mogielica

Na zalesionym szczycie Mogielicy

Mochnaczka

Nieprzetartym szlakiem z Krynicy do Mochnaczki - naszej bazy wypadowej na Lackową.

Lackowa, 27 stycznia
Słynna zachodnia ściana Lackowej pokonana. Było stromo jak pisali, ale te odcinki na szczęście dość krótkie... Teraz szukamy samego szczytu, wiem, że ma być tabliczka i polska i słowacka. Trochę się niecierpliwie, bo do naszej „godziny alarmowej" -13 zostało dwadzieścia parę minut a wypłaszczenie zdaje się nie mieć końca. Las, piękny, biały, ośnieżony, jak w bajce -nie spotkałyśmy dziś żywej duszy (dopiero w zejściu dwaj słowaccy narciarze). Weszłyśmy cudem - szlaki beznadziejnie oznakowane i gdyby nie podążanie za śladem skutera a później rakiet byłoby ciężko się połapać. I cudem, że szlak wyjeżdżony i twardy bo inaczej Kasia bez rakiet by nie weszła... Pięknie, tylko jednak czuć tutaj chłód i mroźny wiatr. Rano było ponoć minus 19, teraz jest dużo cieplej na szczęście. W końcu szczyt. A jednak się udało No i skończyłam Koronę - mówią. I szybko się reflektuje - nie, jeszcze musimy zejść na dół. I zdążyć złapać stopa przed zmrokiem...

Lackowa

Szczyt Lackowej (997 m.n.p.m. - dziewiąty i ostatni szczyt Korony) nie jest może efektywny... Ale za to podejście dostarcza emocji. Zimą to dość trudna i wymagająca trasa.

Ropinaka, luty
W środę połknęłam ostatnią tabletkę, w czwartek rano badania, ważenie (niecałe 42 kg, spadek masy o prawie 20%) popołudniem wyjazd do Ropianki, chateńki w Beskidzie Niskim. Tym razem mało łojenia, za to dużo śpiewania. Całe dnie i noce, na przemian z pysznymi posiłkami (obowiązuje zasada, że nie należy głodny siadać do obiadu). Śpiewamy, gramy, śmiejemy się. W chatce nie ma prądu, zasięgu, bieżącej wody - czyli jest dobrze:) Większośc ludzi nam bardzo słabo, niektórych wcale - ale to jakby wcale nie przeszkadza, w takim gronie wspólny język tak jakoś sam się znajduje...

Będę odchodził i wrócę niebawem
Do tej chateńki pełnej ziół i malin
gdzie serdeczności zachłanny uczeń
Kochałem tych co mnie kochali

Warszawa, luty

Chciałabym wierzyć, że od tego dnia może być tylko lepiej, cóż kolejne tygodnie pokazały, że detox też musi chwilę trwać. Teraz wielomiesięczne czekanie na wyniki -bezradność wobec spraw, na które już nie mam wpływu. I kolejne górskie marzenia, kolejne górskie cele...

1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Udało się! Trzeci tegoroczny wypad w Tatry doszedł do skutku i co więcej, bardzo się udało :-)

Ale po kolei. Na dzień dobry trafiłam prościutko w ramiona... halnego Wink Od dawna się zastanawiam, jak to tak naprawdę z nim jest i jak bym się czuła. Różne opowieści krążą, że niektórzy próbują sobie życie odebrać a inni zawału dostają. Że może koszmarnie boleć głowa, że można nie móc rano wstać z łóżka... Do Zakopanego dotarłam wcześnie rano, po całej nocce przymykania oczu podczas podróży (spać się jakoś nie udało). Na logikę - powinnam padać z nóg i ziewać jak smok. Nic z tego! Energia mnie roznosiła, nie byłam w stanie usiedzieć na miejscu. Głowa boleć nie chciała i skakać z Giewontu jakoś też nie miałam zamiaru. Dobrze mi było i tyle Laughing Może gdybym była wystawiona na działanie tego wichru dłużej, to byłby to jakiś problem. Może kiedyś się przekonam...

Skoro nie mogłam usiedzieć na tyłku, to chciało mi się iść w góry. W końcu po to przyjechałam. A halny zmylić potrafi, bo i słoneczko było i niebo dosyć czyste i... cieplutko. No i to wcale nie jest tak, że wieje bez przerwy. Są chwile, kiedy jest tylko zefirek, są i momenty całkowitej ciszy. Niespodziewanie potrafi szarpnąć powietrze tak, że chcesz postawić nogę przed sobą a ona ląduje obok. Dałam się nabrać na chwilowy spokój i ciepełko i wyruszyłam w stronę szlaku na Kopieńce. Byłam już dość daleko od kwatery, kiedy natknęłam się na zwalony potężny świerk. Tak po prostu złamał się jak zapałka i jego górna połowa wylądowała na podwórku pensjonatu. Szczęśliwie między autami a nie na nich, ale kilku pojazdom zablokowało wyjazd z placu. Kawałek dalej zerwane druty energetyczne wiatr przemieszczał po chodniku. Oj, nieprzyjemnie się zrobiło... Powędrowałam więc tylko do kapliczki na Jaszczurówce i zdecydowałam się zawrócić. Kiedy przy silniejszym podmuchu zatrzeszczały mi złowrogo gałęzie nad głową, dostałam przyspieszenia i w try miga byłam na kwaterze Wink Uznałam, że bezpieczniej będzie spędzić dzień w muzeum przyrodniczym TPN. Zeszło mi tam kilka interesujących godzinek Smile Po południu wiatr ucichł i można było zaryzykować ostrożną wycieczkę jakimś łatwym nisko położonym szlakiem. Zatem "przebiegłam się" do Polany Olczyskiej i wyszłam w Kuźnicach. No, nie był to lajtowy spacerek. Na ścieżce napotykałam "urządzenia gimnastyczne" w postaci zwalonych drzew (wcale nie takich małych). Raz górą po pniu, raz dołem między gałęziami, znowu górą, znowu dołem... Niezły łobuz z tego halnego... Ale i tak go lubię Wink

Polana Olczyska w końcu września 2012

Kolejnego dnia jako cel wycieczki wybrałam sobie Giewont. Niby żadna nowość, byłam już na nim kiedyś. 17 lat temu Wink Uznałam, że raz na 17 lat wypada go odwiedzić i sprawdzić, czy aby nadal mocno śpi Smile Istotne w podjęciu tej decyzji było to, że dość często zdarza się, że po halnym przychodzą dni ulew a prognozy na ten dzień w różnych źródłach były niezgodne. Szlak na Giewont mija po drodze hotel górski i schronisko, w razie czego można się tam schronić. Ale nie było takiej potrzeby. Poranek był chłodny, niebo miejscami niebieskie, miejscami zasnute. W ciągu dnia robiło się coraz ładniej, coraz słoneczniej. No i te kolory!!! Tatry jesienią mają w sobie to coś Smile 

 

Schronisko na Hali Kondratowej

Sprzed tych wielu lat zapamiętałam sobie samo wejście na szczyt: przepaście, łańcuchy, spory strach żeby nie spaść... Wiecie co? W międzyczasie go przebudowali chyba. Giewont znaczy się. No dobra, są łańcuchy. Chwyciłam pierwszy, weszłam kilka kroków i stwierdziłam, że mi z tym łańcuchem diabelnie niewygodnie. Dużo wygodniej i szybciej szło mi się obok niego chwytając się skały. Dogoniła mnie grupa młodych chłopaków. Odsunęłam się więc na bok, żeby mnie wyprzedzili, bo szli jeszcze szybciej. Za nimi kobieta w wieku mojej mamy zamarła w bezruchu: "jakie mi ciary przechodzą po plecach jak widzę jak pani tak na progu przepaści stoi!". Rozejrzałam się, do przepaści daleko... o co tej pani chodzi Innocent W którymś momencie widzę inną grupę, która schodzi tymi samymi łańcuchami, po których (lub obok których) my wchodzimy. Nawykła do różnego poziomu kultury rozmówców pytam wesoło "A wy dlaczego pod prąd idziecie?". Na co młody chłopak dosłownie zamarł z rękami na kamieniu a nogami w powietrzu Laughing Spytał po słowacku "to schodzi się z innej strony??? a to przepraszamy, my nie wiedzieli, już wchodzimy" i zanim zdążyłam się odezwać już pognał z kolegami w górę. Nie wiedziałam, że taka groźna jestem Wink Chciałam tylko zasugerować ostrożność przy mijaniu podchodzących do góry Smile Na samym szczycie wiadomo, obowiązkowe przyglądanie się okolicy. Nad Tatrami Wysokimi prześliczny układ chmur - takie kłębki poniżej szczytów. Próbowałam uwiecznić na zdjęciu, ale wyszło tak sobie, jeszcze nie potrafię robić takich dobrych zdjęć. Obowiązkowo spojrzałam sobie w stronę Zakopanego. Ku mojej uciesze, nie miałam żadnych objawów lęku wysokości czy ekspozycji. Zupełnie spokojnie mogłam sobie nawet spojrzeć w dół. No nie aż tak, żeby widzieć podstawę ściany, taka wariatka to nie jestem Laughing Postałam sobie trochę z każdej strony. Raz musiałam zrobić dużego susa w stronę krzyża, ponieważ się jeden starszy pan zaniepokoił o mnie "bo tam strasznie daleko w dół". Ja o tym wiem, ale czułam się bezpiecznie, pewnie. Czyli albo się starzeję albo się uodporniłam, przynajmniej w jakimś stopniu Smile Ponieważ pogoda wyglądała na stabilną, wybrałam na drogę powrotną szlak przez Grzybowiec do Doliny Strążyskiej. Trochę się martwiłam, jak to będzie, bo te 17 lat temu ostrzegano mnie przed tym szlakiem, że cały czas w lesie i nudno i męcząco. Cóż, w górach dobrze jest słuchać mądrzejszych od siebie, ale własny rozum też nie zawadzi mieć i swoje doświadczenia gromadzić. Nie jest prawdą, że szlak jest nudny. Ani że cały czas w lesie. Dość długo schodziłam skalną ścieżką, miejscami mając uciechę z konieczności użycia rączek ma skale Smile Najpierw ścieżka biegnie odkrytym zboczem, między skałami, potem wchodzi w kosówkę, potem zaczyna się las, ale on nie jest wszędzie taki sam. I miejscami spomiędzy drzew można zobaczyć a to Tatry Zachodnie a to Suchy Wierch i Podhale. Na pewno jak się idzie w przeciwnym kierunku to jest męczący, bo z definicji podchodzenie pod górę przecież męczy Wink Ogólnie schodziło mi się bardzo miło, a kijki... kijki jechały przytroczone do plecaka, bo więcej mi przeszkadzały niż pomagały. Kolanka spisywały się na medal, totalnie zero problemów! Na polanie Strążyska spożyłam koktajl jagodowy (cudownych jagód ze śmietaną już o tej porze dnia już nie było) i spokojnie spacerkiem - bo nareszcie nie w deszczu!! - zeszłam sobie do wylotu doliny. Oczekując na busa obserwowałam sprytną wiewiórkę stołującą się w... karmniku dla ptaków. Widocznie nikt jej nie wytłumaczył, że to nie dla niej Wink 

 

Giewont

Niestety powyżej schroniska na Hali Kondratowej przyjemność wędrówki zaczęły mi psuć wszędobylskie śmieci Frown Czego tam nie było... Miałam na tę okoliczność spory worek w plecaku, ale szybko okazał się za mały! Na szczyt Giewontu wdrapywałam się już z dwoma worami przytroczonymi do pasa biodrowego plecaka Undecided Schodząc w dół szlakiem przez Grzybowiec uzbierałam jeszcze dwie reklamówki. I to nie szukając specjalnie, czyli zbierając jedynie to co leżało "na widoku". Po drodze od ludzi słyszałam różne wytłumaczenia dla śmiecenia. Prócz standardowego, że wszędzie powinny być kosze (i chyba instrukcja obrazkowa dla niedźwiedzi, że to nie dla nich) było i takie "wyrzucamy śmieci, żeby ktoś miał pracę, bo przecież trzeba zatrudnić kogoś do zbierania" - ciekawa teoria, zaiste. Ciekawi mnie tylko kto pensję płaci...

Jakie są korzyści ze zbierania śmieci na szlaku? Po pierwsze, oczywiste - szlak jest czysty. Przez chwilę, bo kilka godzin, najdalej dzień, za sprzątajacym idzie tym szlakiem kolejny taki delikwent, któremu za ciężko znieść w doliny plastikową pustą butelkę czy papierek po batonie...  Po drugie - stajesz się dodatkową atrakcją turystyczną ("patrz! patrz! baba śmieci niesieeeee") wzmacniając silne emocje turystów podczas zwiedzania gór, co jak wiadomo poprawia znacząco jakość ich wspomnień. Po trzecie - poprawiasz swoje umiejętnosci gimnastyczne, bo iść z plecakiem, nieść kilka worów, podpierać się kijami, coby nie upaść i jeszcze podziwiać okolice - w którymś momencie okazuje się skomplikowanym zajęciem. Po czwarte - może uda się choć jednej osobie unaocznić problem śmiecenia w górach, skutki dla roślinności i zwierząt. Mnie się udało, kilka osób zaczęło zadawać pytania. Potem wzięli ode mnie jeden częściowo wypełniony worek i zbierali sami dalej. Inni siegnęli po własną reklamówkę i również zbierali, dziwując się temu jakie śmieci ludzie zostawiają i w jak dziwnych (złośliwych wręcz) miejscach. Wreszcie po piąte - możesz mieć trochę szczęścia jak ja i spotkać kilka osób, które same z siebie docenią to co robisz. Ba, może się zdarzyć, że ktoś ci serdecznie podziękuje i wyżyczy życiowej pomyślności w imieniu całej rzeszy prawdziwych miłośników gór Wink I wtedy te wory naprawdę stają się "nierobiące" Smile

Na kolejny dzień prognoza pogody mówiła o burzach, które mogą się pojawić po południu. Zatem należało zerwać się rano ale też i nie za wcześnie, bo nad ranem solidnie popadało Wink Około godziny dziewiątej wychodziłam z lasu na Boczaniu zmierzając w stronę Hali Gąsienicowej. Przejrzystość powietrza zapierała dech. Widać było wszystko wyraźnie i bardzo daleko. Pierwszy raz w życiu widziałam z Tatr Babią Górę!! Do tej pory myślałam, że to takie trochę mountain legend, że to niemożliwe Smile Nie mogłam się napatrzyć na Podhale i Beskidy a przecież wzywał mnie cel wyższy. Tym razem zamierzałam przypuścić kolejny raz atak na Kościelec. Oczywiście pod warunkiem, że zechce mnie on wpuścić na szczyt Smile

Na Hali było przyjemnie, dość ciepło, choć czasami pojawiał się wiatr (zimny, więc to nie mój kumpel halny). Po drodze zatrzymywałam się na foto i pogapienie w tych samych miejscach, co pewien chłopak. Zaczęliśmy rozmawiać o widokach i planach na ten dzień. Od słowa do słowa, okazało się że mam do czynienia z ratownikiem medycznym Wink No, jak na wejście na Kościelec (gdzie można po drodze dostać kamieniem w głowę) kompan wręcz wymarzony Laughing Umówiliśmy się, że po zakwaterowaniu w Murowańcu dogoni mnie w drodze na przełęcz Karb. W pobliżu schroniska zresztą spotkała nas straszna przygoda. Z krzaków wystartował nam na spotkanie okrutny drapieżnik tatrzański, z którym już w czerwcu miałam do czynienia - imć kot Wink Łasił się jak szalony, ciężko było zrobić mu nieporuszone zdjęcie Laughing To ci przykład górskiej zwierzyny Wink

Hala Gąsienicowa w końcu września

 

Wszystko było świetnie aż do momentu, gdy dotarłam nad Czarny Staw Gąsienicowy. Matulu jak tam duło!!! Błyskawicznie ubrałam na siebie wszystko co miałam w plecaku, łącznie z czapeczką polarową i rękawiczkami. I wcale nie było mi za ciepło! W dodatku w okolicach Zawratu wisiały jakieś takie niskie siwe chmury. Jakby na deszcz, czy cuś... Razem z tym porywistym wiatrem nie tworzyły zachęcającego zestawu... I co teraz, iść czy nie iść. Miałam pierwszy moment niepewności. Jednak po namyśle wraz z garstką ludków ruszyłam stromym szlakiem w górę w stronę przełęczy Karb. Jeśli tam okaże się, że chmury sięgają Kościelca to odpuszczę. Jeśli nie - będę się zastanawiać. Przy tej stromiźnie oczywiście dostałam swojej dychawki. Miałam wrażenie, że zipię tak, że słychać mnie daleko. No chyba, że wiatr duje, to mnie chwilami zagłusza... Ale uparcie wdrapywałam się dalej. Na przełęczy dogonił mnie kolega ratownik. Jedno spojrzenie - chmury nad Świnicą, nad Kościelcem czysto. Idziemy! No, powiem szczerze, że ile razy wydawało mi się, że widzę kres wdrapywania (i moich zipawek) to okazywało się, że to ledwie garbek i za nim jest ciąg dalszy drogi przez mękę Wink Znaczy się męki dla moich płuc (albo raczej serducha), bo reszta miała się całkiem fajnie. Dzięki przejrzystości powietrza odsłaniały się w miarę zwiększania wysokości coraz kapitalniejsze widoki. Zależnie od przebiegu szlaku, a to na Kasprowy Wierch i za nim Giewont, Tatry Zachodnie a to na Czarny Staw, Granaty i Orlą Perć. Nawet czasami widać było małe ludziki na grani Smile Chmury szczęśliwie trzymały się od nas z daleka, jedynie ten wiatr dawał popalić. Najpierw dziwiłam się trochę, jak na tym szlaku można dostać kamieniem w głowę. Potem zrozumiałam, kiedy sama złapałam się ręką za ruchomą część skały... spokojnie, zauważyłam to w porę i zmieniłam chwyt. Po pierwsze, jeśli się w porę nie zorientujesz i nie przełożysz ręki na coś pewnieszego, możesz zaliczyć upadek w dół szlaku. Może się nie zabijesz ale poturbujesz - owszem. Taki kamień wybity ręką lub nogą (bo i stanąć na czymś niepewnym można) jak najbardziej może kogoś niżej uderzyć. Może nie są to bardzo częste przypadki ale jak pokazuje kronika TOPR - zdarzają się i warto o tym pamiętać. Oczywiscie sprawa się komplikuje przy złych warunkach pogodowych - mokre kamienie, mgła. Nam też zdarzyło się w jednym miejscu pomylić i znaleźć nieoczekiwanie nad przepaścią, a mgły nie było...

I wreszcie szczyt. Ten wymarzony, wytęskniony od dawna. Wreszcie Kościelec mnie wpuścił, nie wzdrygnął się, pozwolił posiedzieć na swoich plecach. Tak na to czekałam!! Sądziłam, że ogarnie mnie euforia. Radość owszem była, ale żeby zaraz rozkosz? Wink

Pozwolę sobie cytat wstawić:

"W momencie, kiedy staje się na wierzchołku, nie ma wybuchu szczęścia - szczęście przeżywa się, gdy wszystko pozostaje jeszcze przed tobą, kiedy wiesz, że do celu masz jeszcze kilkaset, kilkadziesiąt metrów, gdy jesteś tuż przed. To właśnie jest czas szczęścia". Jerzy Kukuczka

No właśnie. Największa radocha to te przygotowania, planowanie, zaklinanie pogody... I ten wysiłek w drodze na szczyt. To nie znaczy, że sam szczyt nieważny albo że radości nie daje - daje, ale ona jest inna. Nie wybucha dziko tylko spokojnie powoli rozlewa się w sercu i szepce "no dobra, tam już wlazłaś, to jaki następny cel?" Wink

Na szczycie posiedzieliśmy sobie chyba z godzinkę. Właściwie nie tyle na szczycie ile za nim. Sam wierzchołek tak był oblegany, że wręcz niebezpiecznie było na nim zostać. Zatem zdecydowaliśmy się na wariant dla orląt (albo dla wariatów, jak kto woli) i przeszliśmy sobie dalej na tak zwane "gniazdo". Dlaczego nie wszyscy tam szli? Chyba dlatego, że trzeba było przejść taką mini grańką. Króciutkie to było ale i wąziutkie, po obu stronach pionowa ściana. Gdyby się człowiek ześliznął to by go łyżeczką na dole zbierali. Ale jako że było to krótkie a profilaktycznie wczepiłam się łapkami w kamienie (gdyby kopytka miały chęć się ślizgać albo kamień pod stopą okazał się ruchomy) więc i problemem dla mnie nie było. Lęku przed ekspozycją nie było Wink Na gnieździe urządziliśmy sobie piknik, długą przerwę na foto i oczywiście oglądaliśmy otoczenie. Ja się szczególnie przyglądałam Zadniemu Kościelcowi, bo może kiedyś będzie mnie dotyczył, jak dobrze pójdzie. Moja uważność została nagrodzona. W pobliżu wierzchołka pojawił się wspinacz. Jak się okazało, prowadzący trzyosobowego zespołu. Dla mnie bomba! Smile I jeszcze wypatrzyłam drugi zespół, dwójkowy, ale blisko podstawy ściany, czyli dopiero zaczynali się wspinać. Daleko na horyzoncie widać było "biustonosz" złożony z Rysów i Wysokiej. Ach jak pięknie!!

Chmury zaczęły się przemieszczać coraz bliżej nas. Najpierw wahały się, czy zostać na Świnicy czy przenieść się na Zawrat. Wreszcie poszły na kompromis i zaczęły sięgać w stronę Zadniego Kościelca. No, nie ma żartów, czas uciekać w dół. Poupychaliśmy wszytko w plecakach tak, żeby nic nam nie utrudniało ruchów podczas schodzenia. Szczególnie, że w kilku miejscach trzeba się posiłkować wspinaczką i warto wtedy widzieć bez przeszkód, co się ma pod stopami. Szczęśliwie zeszliśmy. Na przełęczy Karb ostatnie spojrzenie na szczyt - już zakryty chmurami. Mimo tego całkiem sporo osób decydowało się jeszcze wchodzić... My stanowczo w dół, między stawy gąsienicowe, bo mniej strome zejście. Dogonił nas deszczyk, na szczęście niezbyt intensywny. Przy schronisku nasze drogi ponownie się rozeszły, kolega poszedł coś zjeść a ja szybciutko do Zakopanego, bo dzień chylił się ku końcowi. Podczas schodzenia Doliną Jaworzynki (niebo wyglądało tak, jakby miała przyjść ta "obiecana" burza więc wolałam znaleźć się jak najprędzej jak najniżej) rozbolały mnie mięśnie uda tuż ponad kolanami. Ale same kolana znów na medal Smile Cóż, następnego dnia trochę nózie bolały ale jakoś żal mi nie było Laughing Kościelec zaliczony! Czas rozpocząć kolejne szczęście czyli czatowanie na Świnicę i Orlą Perć Cool No, jeszcze kilka obiektów do czatowania mi potem zostanie Wink

Ostatniego dnia pobytu wypuściłam się na prostą wycieczkę "dołem": Palenica - Wodogrzmoty Mickiewicza - Dolina Roztoki - Siklawa - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty - Palenica. Przyczyna takiego przebiegu dość trywialna - krótki dzień i niestabilna pogoda. Ale nudno nie było, w Dolinie Roztoki przepiękne barwy jesieni. Do tego mało ludzi i... oczywiście worek ze śmieciami. Ciekawostka, że z Kościelca przyniosłam na dół tylko jedną plastikową butelkę, którą ktoś perfidnie zaklinował w skałach gdy zaczęła mu przeszkadzać w zejściu. Potem jeszcze trochę śmieci małego kalibru w Dolinie Jaworzynki i to tyle. Miła odmiana po Giewoncie. Ale w Dolinie Roztoki... nie dość, że śmieci dużo to jeszcze takiego rodzaju, że nie umiem sobie wyobrazić jak to mogło tam trafić Undecided Może doczekam czasów, kiedy polskie Tatry będą czyste...

Jesień w Dolinie Roztoki

 

TagiTagi: tatry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

...''A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne''... W.S. Reymont, Z konstytucyjnych dni.

 

VIVE MONT BLANC ET LUCAS LE GRAND !!!!

 

Plac w samym centrum deptaka w Chamonix wypełniła lawina ludzi przyodzianych w różne i dziwne ozdoby. Ubiór ich wyróżniał nie mniej jak nazwa biegu i dystans, z którym to mieli zmierzyć się. Tego kończącego sierpniowego lata jednak niedane było im. Jedną z najtrudniejszych tras biegowych świata zmieniono. Nadchodzące wiadomości głęboko z Alp zapowiadały kilka dni wcześniej oszałamiające nagłe i złe pogorszenie warunków na szlakach. Po upalnym, słonecznym 30 stopniowym całomiesięcznym dogrzaniu, szczyty zamieniły się w białe lodowate rożki, a potoki wypełniły  spływającym z wysokich gór błotnistym deszczem. Wiatr opanował Doliny i Przełęcze wdzierając się w każdą szczelinę na swej drodze.

 

Królewski dystans 170km 9800+ zostaje skrócony do 100km 6000+. Informacje tą dostaję przy odprawie w dniu zawodów około południa. Jak piorun wiadomość ta rozchodzi się po hali, wychodząc na ulice Chamonix, docierając falą radiową do pozostałych uczestników święta, jakim jest UTMB - ULTRA TRIAL DU MONT BLANC.

 

j

Masyw Mont Blanc w dniu startu

 

Odprawa jest skrupulatna, należy odmeldować się ze sprzętem na miejscu. Wszystko dokładnie jest sprawdzane, lista obowiązkowego sprzętu jest na całą kartkę A4. Czegoś nie masz, nie startujesz. Należy też być przygotowanym na kontrolę podczas biegu. Sprawdzony sprzęt zostaje przypieczętowany i oznakowany specjalną wstążką na plecaku, która to zostanie odcięta po przekroczeniu linii mety. Na nadgarstek dostaje się gumową bransoletę, której to nie można zdjąć aż do zakończenia imprezy.

 

Informacja o skróceniu i zmianie trasy dajé do myślenia, czy w ogóle nie odwołają startu. Patrząc w góry, których i tak nie sposób dostrzec, bo pogoda jest tak fatalna nie można być pewnym, że impreza się odbędzie.

 

Niedługo potem darekk napisze na forum:

 

‘'Niestety w tym roku, ze względu na fatalne warunki pogodowe UTMB skrócono do 100 km.Wlodec trzymamy kciuki.''

 

Jedno jest pewne, że Mont Blanc nie obiegniemy w tym roku, nawet nie wybiegniemy poza terytorium Francji.  Jedynie pierwsze 39km prowadzi normalną trasą, reszta to nawrót i sztukowanie trasy, gdzie najwyższe punkty to 1900 m n.p.m.

 

Les Contamines - La Balme - Les Contamines retor - Les Houches - Argentiere

 

Prognoza: zimno, deszcz i śnieg, wiatr dochodzący do 70km/h powodujący, ze temp odczuwalna to -10 stopni C. Organizator zaleca 4 warstwy odzieży!!!.

 

Nie zmieniam kompletnie nic w swoim sprzęcie i taktyce. Zabieram tyle sprzętu i tyle jedzenia ile miałem zabrać na 170km. Zaczynam tez bardzo wolno, by piąć się w górę po każdym punkcie kontrolnym.

 

Gęstnieje tłum, 2300 zawodników ustawia się na linii startu, trzy razy tyle, to kibice wypełzający z każdej strony, zajmując dogodne dla siebie miejsce, by móc dopingować ruszający korowód biegaczy.

 

To 10- ta jubileuszowa impreza UTMB, w związku z tym tuz przed startem organizator uskrzydla nas krótkim filmikiem na telebimie, znajdującym się po prawej stronie, po którym to następuje odliczanie 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1...START.

 

j

Start/Meta UTMB

 

Przy dźwiękach VANGELIS - CONQUEST OF PARADISE ruszamy do przodu, w deszczowe zaśnieżone zimne i wiatrowe ALPY. Tego piątkowego wieczora Chamonix, Alpy należały do nas, do biegaczy.

 

Cóż to za wiwat tłumu obfitował w gromkie brawa, uśmiechy i nadzieje na twarzach zawodników, kibice barwnie, kolorowo i bardzo żywiołowo, wręcz nieśli dopingiem pełnych energii zawodników. Nie ostawili nawet milimetra, by móc wepchną się i spojrzeć jak ruszają do przodu. Zajęte wszystkie balkoniki, podesty, knajpeczki i kawiarenki. Barierki uginające się pod ciężarem widzów wariują z zachwytu potupywania i truchtania zawodników z 72 krajów, pnących i wijących się w górę strumieniem ludzkich ciał. Widok to niecodzienny bez bała fascynujący ujmujący i wzniosły podnosząc ludzkie serce, dający wiarę i nadzieje na osiągnięcie sukcesu. Niezapomniane i ujmujące na długo, na wieki to chwile.

 

Czterdzieści minut przed startem znajduję dogodne miejsce w ogonie sznura zawodników.  Po odliczeniu i wystartowaniu wbiegam na kamerę przesyłając buziaki wszystkim kibicującym i oglądającym zmagania ultrasów.

 

Pogoda lekko patrząc na nas, nie pada na głowę, na 8km słyszę z tłumu ‘'dajesz Łukasz dajesz'' - obracam się - to Jarek z ekipą, stoją z biało czerwoną flagą i grzeją z dopingiem! Rewelacja!.

 

Nieco kilometr dalej zaczyna kropić, by chwilę później skroplić nas na całego. Zapada zmrok. Odpalone czołówki pryskają energią. Przebiegając przez Le Delevret  14km trasy znajduję się na 1189 pozycji. Ciągnąc w Górą jestem świadkiem, jak jeden z zawodników przede mną wypada z trasy niczym kolarz na zjeździe Tour de France. Dziwię się, że pod górę można wypaść z trasy. Jest ciemno, sturlał się biedak w ciemne i nieznane drzewa. Zatrzymuję się, wyciągam i podaję grabę, z chłopkiem wszystko gra, napieram dalej.

 

j

 

Wzniosłe to pagóry, siejące nieznane w naszych umysłach, kwitujące i stopujące w najmniej oczekiwanych miejscach, dając do ostrożnych stawianych kroków ku przodowi górskiemu w kierunku wschodzącego księżyca za horyzontem, wzbudzając naszą uważność i ostrogę nad nadchodzącymi przeszkodami pojawiających się i czyhających w najmniej spodziewanych miejscach.

 

Deszcz i przenikające zimno jest już tak odczuwalne, ze na pierwszym punkcie żywieniowym, szczeka zaczyna sama gadać. Wbiegając do miejscowości kibice są wszędzie. Mimo tego okropnego zimna, stoją tam i dopingują każdego o każdej porze. Słychać tylko gromkie brawa i ‘'allez allez''. Sama gadająca szczęka mówi mi, ze trzeba przyspieszyć tempo. Na zbiegach mijam zawodników jak tyczki. Jest ciemno, błotnisto, ślisko i wąsko, ale slalom gigant działa i napieram z gracją.

 

 

W pełnym solidnym deszczu po stromym bardzo wymagającym błotnistym zbiegu po wąskiej ścieżce momentami nad przepaściami zaliczając punkt odżywczy wzniosłem sie na wysokość wysokości, nawet nie wiem, kiedy deszczowa mokra kraina zamieniła sie w śnieżną zimną lodowatą nieprzyjemną otchłań. Krok za krokiem, wraz z nim but za butem sunął po śnieżnym stoku.  Przeszywający mokre przemoczone kilkugodzinnym deszczem ubranie chłód i silny wiatr wita mnie wraz z płatkami śniegu na białej polanie. Mocniej zaciskam lodowate dłonie, poruszam palcami by poprawić krążenie, nie ma czasu na zawieszenie, trzeba cały czas myśleć, pełna świadomość i doświadczenie pozwalają mi robić to, co chcę, a chcę do przodu, bez paniki sunę serpentynami po ledwo widocznym szlaku zdobywając kolejne metry. Dookoła ciemność i chmury na wyciągnięcie języka, krople spływające po czole i policzkach, jedyne światło pada z mojej czołówki, zawodnicy przede mną momentami ujawniają się aurą swojej postaci, po czym znikają jak duchy. Podłoże zmienia się jak w kalejdoskopie, po ubitej dróżce nagle pojawia się teren niczym z biegu na orientacje.

 

j

 

To w tym momencie UTMB ujawniło swą moc, niemal jednocześnie uświadamiam sobie, dlaczego organizatorzy skrócili i zmienili trasę, zarazem dziękuje, że chociaż puścili nas na te 100km. Warunki na górze miały być ciężkie temp. do -10 stopni, wiatr dochodzący do 70km, a wszystko to powyżej 2000m n.p.m. Mając na sobie mokre ubranie od deszczu i potu to mało przyjemne uczucie i ryzykowne na dłuższą metę. My wspięliśmy się na 1900m.n.p.m. i już było źle, a co dopiero wyżej. Jak później się okazało na 2500m na jednej z Przełęczy, przez która mieliśmy m.in. biec śniegu chłopaki z PTL mieli po kolana........

 

Po pokonaniu śnieżnego odcinka zbiegiem wśród skał w mleczną krainę z widocznością metra napędzeni szybkością i grawitacją mkną po górskiej nawierzchni rozpychając łokciami, czubkami butów i oddechem gęstą białą przestrzeń wchodzącą do oczu i wdzierającą się do gardła. Tumanów kurzu nie ujrzycie, wszystko przykryte mokrym świeżym deszczem lejącym się nieustannie z ciemnego mrocznego nieba. Naciskając mocniej w swe podeszwy melodyjnie i rytmicznie uderzając w alpejską ziemie, przenikają do przodu i znikają za kolejnym zakrętem nie oglądając się za siebie, a patrząc za następnym kilometrem kierując się ku celowi.

 

Właściwie to nawet nie wiem, kiedy, zmrok zniknął, a pojawił się Świt. Z każdą godzina pogoda poprawiała się, po lodowatej nocy, dzień przyjąłem z utęsknieniem. Opady ustawały, nie mieliśmy już dużej wysokość, przez co wiatr był bardziej znośny. Jednak wyziębione ciało potrzebowało non stop energii na ogrzanie. Na punktach wypijałem zawsze herbatę, a czasami nawet kawę. Herbatę piję rzadko, a kawy to już w ogóle. Zajadałem się pomarańczami i bananami oraz bagietkami. Mimo uginających się stołów na punktach odżywczych, poza wymienionymi produktami żywiłem się wyłącznie swoimi wyrobami. Jednak, gdy ktoś zajada, co popadnie, to tak naprawdę nie musi brać zapasu do plecaka, na tych stołach jest wszystko, uczta jak u króla, włącznie z batonami i napojami energetycznymi. Ciekawym rozwiązaniem jest na punktach wodociąg z kranami, gdzie można bardzo szybko i sprawnie napełniać camelback'i. Osobiście nie skorzystałem w ogóle z napełniania podczas zawodów. To, co zatankowałem przed zawodami ok. 1L wody z magnezem starczyło mi do ok. połowy trasy. Biegłem z bidonem, którym operowałem przez cały dystans, mając swój izotonik, a na punktach jedynie pobierałem do niego trochę wody.

 

Na punktach kontrolnych i żywieniowych w terenie, w górach, zawsze rozpalone jest ognisko, przy których za każdym razem widziałem grzejących się zawodników.

 

Gdy ciemność swą siłą dogniatała wyziębionych bohaterów alpejskich ścieżek górskich, gdy księżyc pospiesznie podążał za swym drogowskazem, gdy mroczne mokre otchłanie odchodziły w nieznane, nagle ujawnił się obrońca Świt, natchniony nową energią, tryskający jaskrawym światłem oświetlając drogę walecznym ultrasom niezmiernie podążającym do celu. Bieg przybrał nowy wymiar, a zwierciadło czasu uruchomiło swe mechanizmy tkwiące w biegaczach, prowadzące do nowych niezliczonych sił strudzonych nocnym napieraniem zmęczonych już walecznych nadludzi.

 

j

 

Niektóre zbiegi po opadach nocnych były dość niebezpieczne, szczególnie jeden porośnięty trawą i błotem po kostki. Rozwinąłem tam bardzo szybką prędkość mijając kolejnych zawodników pnąc się w klasyfikacji generalnej. Podejścia w końcówce okazały się bardzo solidne, na jednym z nich na moich oczach nagle zawodnik przewraca się, pada i nie rusza . Miał szczęście gdyż bardzo blisko była służba medyczna.

 

Ostatnie 8km to dość płaski teren prowadzący do Chamonix, do mety, do kibiców wiwatujących na widok każdego zawodnika. Gromkie brawa na ulicach Chamonix, im bliżej mety tym większe tłumy, większy hałas i aplauz. Wbiegając czujesz się jak zwycięzca nie tylko pokonanego dystansu, ale całej imprezy. Dla nich nie ważne, który jesteś, jesteś bohaterem, częścią historii, publiczność również nią jest i doskonale to reprezentuje oddając cześć i hołd zawodnikom. Taki doping towarzyszy wszystkim podczas całej imprezy, na całej trasie, nie mając znaczenia, które zajmujesz miejsce jesteś witany jak Król.

 

Piłkarze mają World Cup, lekkoatleci Olimpiadę, koszykarze NBA, żużlowcy Polską Ekstraklasę, a My biegacze mamy UTMB, najbardziej prestiżowe i jedne z najtrudniejszych imprez biegowych na świecie, nieoficjalnych Mistrzostw Ultra z bazą w Chamonix, u stóp Mont Blanc, który to odsłonił się w całości w dniu niedzielnym, podczas dekoracji zawodników.

 

j

 

 

Wbiegając na magiczne uliczki i deptak w centrum wspaniałego uroczego miasteczka Chamonix Mont Blanc, uśmiech rysuje się na twarzach ludzi przemierzających dziesiątki, setki kilometrów do upragnionej mety. Zmęczenie widoczne gołym okiem zaczyna błyszczeć szczęściem rozpromienionym na wszystkie strony, odwzajemniając aplauz kosmicznej, magicznej niestrudzonej publiczności zebranej wzdłuż trasy i ogłuszającej zawodników swym dopingiem. Niesieni chórem, muzyką, dzwoneczkami, brawami i francuskim allez allez, uparcie dążą do celu osiągając to, co zamierzali, wznosząc się na szczyty swoich możliwości dokonują to, co z goła wydaje się niemożliwe.

 

Samo dotarcie do mety jest niesamowite, publiczności nie sposób opisać, są niesamowici, Mistrzami nad Mistrzami w dopingowaniu. Ileż razy wykrzykiwano ALLEZ LUKA ALLEZ!. Coś pięknego, w życiu nie bawiłem się tak z publicznością, to był spektakl, na który chce wracać każdego roku, miejsce i czas dla mnie było nieistotne, liczyło się dla mnie ukończenie i zdobycie ogromnego doświadczenia i zdobyłem je. Pozycję, którą zająłem wywalczyłem prężąc się jedynie na zbiegach, na podejściach ani razu tętno nie podskoczyło w górę. Ostatnie 8km to tempo turystyczne.  To była przełomowa setka w moim bieganiu. Wiele patentów się sprawdziło i wiele odkryłem nowych. Biegi Ultra Trial to jest to.

 

j

Niedziely widok po zawodach na Mont Blanc

 

RAW VEGE RUN.

 

Po trzech latach biegania, spełniam swe marzenie, staję na Starcie i docieram do Mety UTMB.

 

...‘'Własna Legenda''. To jest to, co zawsze pragniesz robić (...). Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka. Wszystko jest, bowiem jednością. I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć''...

 

  Paulo Coelho

 

 

j

 

Miejsce 650, Czas 18h47min. Wystartowało 2300 uczestników.

 

650

3643

Lukas PAWLOWSKI

ZABIEGANI/PLANETA GOR 

SE H

294

18:47:15

08:14:39

Pologne

                 

 

 

Dziękuję Wszystkim za Wspaniały doping, kciuki, sms'y, gratulacje. Bardzo się cieszę.

Pozdrawiam.

 

PS. 6 dni po UTMB  jadę do Krynicy na B7D ULTRAMARATON BIEG 7 DOLIN 100km 4500+. Zajmuję 103 pozycję na 300 zawodników z czasem 14h17minut poprawiając tym samym swój czas z roku poprzedniego Smile Allez Allez.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Jak się można było spodziewać, nie zdzierżyłam z dala od Tatr i musiałam przyjechać kolejny raz. Możliwość pojawiła się dość nagle, raptem miałam tydzień i troszkę na zorganizowanie wszystkiego. Przejazdy załatwiłam ale noclegów się nie udało - wszędzie komplet. To przecież niemożliwe, muszą być jakieś wolne pokoje! Uznałam, że można zaryzykować wyjazd w ciemno. Założyłam, że przed weekendem 15 sierpnia nie powinno być aż takiej tragedii z lokalami...

Dzień 1

Po całej nocy w autobusie o 7 rano budzę się na dworcu autobusowym w Zakopanem. Trochę zaskoczona, bo mieliśmy dojechać sporo później. Wyładowuję się i z plecakiem wyruszam na poszukiwanie kwatery. Po 4,5 godziny trawersowania Zakopanego mam serdecznie dosyć. Najbardziej drażnią mnie wywieszki "wolne pokoje" ponieważ okazuje się, że z wolnymi pokojami nie ma to wiele wspólnego, po prostu wszędzie jest pełno. Szczytem wszystkiego była taka wywieszka na ośrodku, który miał komplet aż do... połowy września! Wreszcie zmarnowana zostaję przygarnięta przez bardzo uprzejmą recepcjonistkę w CS Imperial na Bystrem. Początkowo pokoik miał być na dwie noce tylko ale udało się, że jednak był na cały pobyt :-) W cenie śniadanko, wydawane od 8 rano dopiero. Trochę inaczej to wszystko sobie planowałam no ale cóż, jak sie nie ma co się lubi - to się lubi co się ma ;-)

Po ogarnięciu się zjadłam obiadek w położonej niedaleko knajpce "Marzanna" (polecam gorąco!) gdzie "zięć zaprasza bo babcia jest szefem" i wyruszyłam na rozgrzewkę. Pierwotnie zamierzałam zdeptać Nosala i oba Kopieńce ale było już dość późno, poza tym zamierzałam wypożyczyć kask na wypadek wchodzenia na Kościelec lub Przełęcz pod Chłopkiem, więc należało zejść z gór o rozsądnej godzinie. Zaten tylko Nosal. Tym razem pogoda spisała się na medal i miałam mnóstwo słońca, a co za tym idzie - widoki! Nareszcie wiem, o czym pisał Nyka w przewodniku :-)

Pod wieczór wypożyczenie w mieście kasku i... na piwko do knajpki, o istnieniu której dowiedziałam się niedawno. Było przesympatycznie, tak jak lubię, idealne zakończenie dnia.

Dzień 2

Niebo zasnute, pada deszcz... Po śniadaniu jakby trochę się przetarło, zatem podejmuję ryzyko ataku Hali Gąsienicowej. Łudzę się, że może tam nie pada i da się wejść na Kościelca... Wybieram drogę Doliną Jaworzynki. Początkowo chmurno i deszczowo ale z czasem chmury uniosły się wyżej, deszcz zniknął a pojawiło sie słońce. Ale pojawił się też latający tam i z powrotem helikopter TOPR. Czyli nie jest dobrze... Niedaleko Przełęczy między Kopami spotykam gościa idącego z przeciwka. Odradza nam dalszą wędrówkę. Na Hali 3 stopnie, silny deszcz, istny Armagedon. Ponoć TOPRowcy zgarniali ze szlaków kilka przemarzniętych i przemokniętych osób. No cóż, w tym układzie ubieram na powrót porteczki niemoknące, ciepłą bluzę i kurtkę goretexową, żeby nie dać się zmęczyć pogodzie. No i idę dalej, najwyżej będę umykać przez Boczań... Kiedy w zasięgu wzroku pojawia mi się Hala, jest już spokojnie. Chmury dość nisko, otaczają wierzchołek Kościelca i Świnicy, chwilami zabierają Kasprowy Wierch, ale opadu nie ma i wygląda to nieźle. Zatem wyruszam w stronę Kasprowego. Słonko wyłania się zza chmur i po chwili robi mi się wściekle gorąco. No to ściągam wierzchnie warstwy. Po chwili słonko się chowa, robi się chłodno - wierzchnie warstwy włóż... Znów za ciepło - zdejmij. Siąpi deszczyk - kurtka i spodnie. Przestało siąpić ale zimno - zdejmij kurtkę, załóż bluzę... W sumie więcej czasu zajęły mi przebieranki niż właściwe wejście. Po drodze rozmawiałam z pewnym panem, który narobił sobie smaku na Świnicę. Delikatnie wybiłam mu to z głowy podając swój przykład rezygnacji z Kościelca. Kilka godzin później w Zakopanem dowiedziałam się, że na Świnicy był tego dnia wypadek śmiertelny...

Dawno nie wchodziło mi się tak ciężko na Kasprowy. Aż naszły mnie takie myśli, że może nie te latka, nie to zdrowie... Schodziłam przez Myślenickie Turnie i to szło mi nawet sprawnie. Pogoda była stabilna a w dodatku, co ważne, moje kolanko nie stroiło fochów. Ortezę miałam cały czas w plecaku - żadnego bólu. Kiedy zaczynałam czuć opór w kolanie, przestawiałam się na trawers ścieżki - lewo, prawo, lewo, prawo... naprawdę dobry sposób na oszczędzenie kolana. Trawersiki wychodziły mi same z siebie, jeszcze na podejściu w Dolinie Jaworzynki. Tak sobie myślę, że to pierwsze korzyści ze ścianki wspinaczkowej (niedawno zaczęłam ćwiczyć wspinaczki).

Po powrocie do Kuźnic, tradycyjnie obiadek w "Marzannie" i piwko w tym samym miejscu "co zwykle" ;-)

Dzień 3

Pada deszcz. Ale łudzę się, że będzie tak jak wczoraj. Zatem ruszam na szlak ale dla bezpieczeństwa - ścieżka nad reglami. Żeby w razie dramatu móc szybko zwiać w doliny. Do Kalatówek idę w mleku. Zatrzymuję się na gorącą czekoladę, bo skoro jest jak jest to nie ma się co spieszyć. Po wzmocnieniu gorącym napojem wchodzę na ścieżkę. Zdumiewająco dobrze mi się idzie. Tym samy szlakiem szłam z mamą rok temu i jakoś nie pamiętam, żeby było super lekko. Jednak to nie złudzenie. Do połączenia ze szlakiem do Doliny Białego "oszczędzam" 20 minut, do Doliny Strążyskiej kolejne 15. Ha! Czyli latka i zdrówko są ok, można jeszcze po górach pobiegać :-) No niestety przed Doliną Strążyską leje już tak, że kurtka goretexowa odmawia współpracy i przepuszcza wodę do środka. Jestem przemoczona! Wchodzę na szałasu na polanie wzmocnić się jagodami ze śmietaną i gorącą herbatą. Następnie wyciągam daleko nogi, żeby jak najszybciej znaleźć się u wylotu doliny. W budce TPN nabywam palerynkę - co za wstyd! Ale trzeba szybciutko zdjąć kurtkę i opatulić się w coś suchego, bo dosłownie przeciekam. Dopadam jakiegoś busa, nie jedzie całkiem tam gdzie potrzebuję, ale wiem że iść pieszo do Zakopanego to szaleństwo, które może sporo kosztować skoro przemokłam do suchej nitki i czuję że mam problem się rozgrzać nawet przy ostrym marszu.

Po powrocie oczywiście gorący prysznic, gorąca herbata i zaporowa dawka witaminy C. Potem obiadek w "Marzannie" i oczywiście piwko "tam gdzie zwykle".

Dzień 4

Istna masakra pogodowa. Uszykowałam się do wyjścia w góry, skoro zwyczajnie padało. Ale w międzyczasie zwykły deszcz zamienił się w ulewę. W takim razie zmieniłam plany na atrakcje miejskie i przepakowałam do małego plecaka. No to przestało lać. Znów spakowałam plecak w góry - znowu leje... W tym układzie należało góy odpuścić i tak zrobiłam. Uszykowałam się na łazęgi po muzeach. No ale cóż, jedno nieczynne (remont), w drugim "wuchta wiary" i jakoś nic mi z tych muzeów nie wyszło. Poszłam pod skocznię, tam znowu tłumy. W dodatku jak na złosć - nie pada!!! Myślę o tym, że można było jednak pochodzić po jakichś dolinkach, co za szkoda! W końcu wybrałam się na wczesny obiadek. Po obiadku pod skocznię - ludków już mało, więc wygodnie zwiedziłam skocznię. No i zwyczajowo - piwko.

Dzień 5

Tego dnia już lepsza pogoda ale o wyjściu w poważne góry mowy nie ma. Po 16-tej mam autobus powrotny do domu :-( Mogę sobie jedynie poczłapać na Gubałówkę, z bagażem. Tak też zrobiłam. I znów zaskoczona byłam zdolnościami mojego kolana. Pamiętam jak rok temu dało mi popalić na Gubałówce właśnie, a tu proszę, teraz działa jak marzenie. Widziałam owce przepędzane z jednej polany na drugą i piękne widoki na Tatry, choć zasnute chmurami.

Plany były ambitne, pogoda nie pozwoliła ich zrealizować. Cóż, tak to jest z górami. Ale cieszę się, że byłam, że znów je widziałam, że choć te trochę dało się pochodzić. I planuję wypad w październiku. Też na kilka dni tylko. Mam nadzieję, że się uda :-)

 

 

 

TagiTagi: tatry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Jest coś niesamowitego w obcowaniu z majestatem największego twórcy. Każdy dźwięk niosący się z tępej ciszy, niczym piorun, przeszywa nasze myśli i ciało. Niby znajomy, a jakże inny. Bliski, a daleki. Tak niepospolicie wyraźny i prosty. Dopadają nas drgawki, zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. I znowu cisza...

 

Banikov

Jest poniedziałek, 17 października. W Zverowce, oprócz nas i personelu, nie ma już nikogo. Weekendowi turyści powrócili już do swoich domów. Słowacja już za dwa tygodnie zamknie szlaki dla turystów w Tatrach. Już teraz można zwietrzyć ospały klimat. Obudziłem się nieco wcześnie, jest 5.30. Agnieszka, Jurek jak również Mirek, tak samo jak Ja, leniwie odpowiadają na odgłos budzika w telefonie. Trzeba się zwlec z posłania. Zrobić prędkie śniadanie i zapełnić herbatą puste termosy. Dzisiaj rozdzielamy się na dwie grupy: Agnieszka z Jurkiem - zmierzają na przełęcz pod Osobitą, Ja z Mirkiem - posiadamy w zarysie Płaczliwy Rohacz. Pakujemy z Mirkiem małe plecaki , ubieramy się i jako pierwsi pozostawiamy chatkę.


Na zewnątrz panuje niewielki mróz. Jest rześko i przyjemnie, ani znaku po przenikającym wietrze sprzed dwóch dni. Ponownie mamy do przejścia 5km asfaltowego odcinka kierującego do Tatliakovej Chaty. Nieustające rozmowy niwelują monotonię. Monotonię? Ileż to można oglądać ośnieżonego Salatina i podobnie białego Wołowca? Ile razy się można tym zachwycać? Wydawać by się mogło się, że bez umiaru... Jednakże monotonia, może dojść nawet w takie rejony. Wiem, że wieczorem będę tęsknił za tym wszystkim. Będę pragnął wrócić, w myślach przewidując nową ekspedycję!


Przy Tatliakovej Chacie zakładamy raki. Mądrzejsi po wczorajszej wycieczce na Banikov, nie będziemy ryzykować poślizgnięć na szlaku na Smutną Przełęcz. Śnieg trzeszczy pod rakami, a solidne kolce wbijają się w lód. Bezusterkowo i sprawnie przybywamy do rozgałęzienia pod Rohackimi Plesami. Pojawia się więcej śniegu. Tutaj już raki będą nam tylko utrudniać wędrówkę. Zdejmujemy je i czynimy krótki spoczynek.


Na trasie króluje nieskrępowana cisza. Wiatr, który niczym huragan odbija się od skalnych grzbietów - zamilkł. Smutna Dolina jest zacieniona, podtrzymują się tutaj niewielkie temperatury. Po prawej stronie, na skalnym zboczu, utworzył się interesujący lodospad. Lśni on w słońcu nieskazitelnie białym kolorem. Od czasu do czasu słychać odpadające sople, które niszczą się o skały i spadają niczym kryształy do doliny. To promienie padające od słońca niszczą to lodowe dzieło. Nie spodziewaliśmy się, że w naszej najbliższej okolicy, nie będziemy mieli kontaktu wzrokowego z innymi turystami. Zjawisko bardzo rzadko spotykane w Tatrach. W Beskidzie Małym, na mniej popularnych trasach, przez prawie cały dzień można zobaczyć kilkanaście turystów. Jednakże w Tatrach? Nie do pomyślenia! A jednak....

 

Na dachu świata


Podążamy w kierunku Smutnej Przełęczy. Dziś w dwuosobowym zespole. Wzrasta w tej sytuacja uznanie słowa - odpowiedzialność. Zimowy, tak bardzo rygorystyczny krajobraz, jest piękny. Jednak może być podstępny. Rozpoznajemy swoje siły. Ja czuję się znacznie lepiej aniżeli wczoraj. Za to Mirek ma dziś gorszy dzień. To wtedy, po raz pierwszy, pomyślałem co by się stało gdyby? Podążamy dalej...


Dochodzimy na Smutną Przełęcz. Pomimo wolniejszego tempa, jesteśmy na Przełęczy o rozsądnej godzinie. Jest 10.00. Na "dzień dobry" wita nas swoim potężnym grzbietem Baraniec. Nie chcę składać deklaracji, jednak na Barańcu, jeszcze mnie nie było... A takie widoki są jak zaproszenie, którego nie można nie przyjąć! Poniżej Ziarska Dolina. Po prawej stronie znajduje się szlak w kierunku Trzech Kop, które są zamaskowane za nader dużym przewyższeniem. Po lewej szlak na Płaczliwy. Patrzę na drugą stronę przełęczy. Wszystko się topi pod działaniem dominacji promieni słonecznych. W zacienionych miejscach utworzył się lód. Warunki przypominają mi wiosnę w Tatrach.


Sporządzamy dłuższy spoczynek, konsumujemy śniadanie i odnawiamy siły. Jest ciepło, wiatr leniwie przypomina o sobie. Rozmawiamy i chłoniemy to czego doznajemy. Niektórzy lubią jeść śniadanie na tarasie. My też posiadamy tu własny taras... Najbliższych sąsiadów z niego nie dostrzegamy.... Bezcenne.


Ponownie oceniamy sytuację i własne siły. Co prawda pierwsze podejście wygląda nawet ciekawie, jednak omija je nie stanowiący przeszkód trawers. Siły po części zregenerowane. Jest decyzja... Próbujemy! Pozostawiamy ekwipunki i podążamy na Płaczliwego. Gdzie dojdziemy tam będziemy. Nic na siłę! Płaczliwy Rohacz nie ucieknie.

 

Rohacze


Śnieg się topi. Najgorsze są jednak oblodzone odcinki. Można na nich trochę zjechać. Pierwsze przewyższenie osiągnięte. Teren się wypłaszcza. Śnieg jest tutaj bardziej mokry. Za nami ujawnia się Banikov, Przysłop oraz Hruba Kopa z Trzema Kopami. Przysłop wygląda z tego miejsca bardziej okazale od Banikova. Idziemy dalej. Południowo-wschodnie pochylenie Płaczliwego nie jest pokryte śniegiem. Odróżnia się na tle białawych czubków. Jesteśmy mniej więcej za połową drogi do naszego głównego celu. Tutaj musimy po raz kolejny podjąć decyzję - co dalej? Mirek rezygnuje - nie jest to jego dzień. Góra tym razem z nami zwyciężyła. Powracamy na przełęcz.

Jak pewnie przypuszczasz pozostał niedosyt. Rohacz Płaczliwy musi na nas poczekać. Być tak blisko, a jednak za daleko. Sam szlak nawet w takich warunkach nie był zbyt ciężki. Wyłącznie oblodzenia mogły stanowić niebezpieczeństwo. Ta wyprawa wiele mnie nauczyła. Warto mieć ambicje, ale trzeba umieć się z nimi odpowiednio obchodzić. Dzisiaj miało to miejsce pod Płaczliwym, kiedyś może będzie to inne miejsce...

 

 

TagiTagi: płaczliwy rohacz 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

 

Trasa prowadzi grzbietem Grubego Jesenika (Hruby Jesenik). W Polsce spotykana nazwa to Jesionik Wysoki. Jest to część wschodnich Sudetów  północnej Moravii i Czeskiego Śląska. Na terenie Republiki Czeskiej stanowią drugie co do wysokości góry. Najwyższym szczytem jest Praded 1491m, na którym znajduje się wieża pełniąca funkcję nadajnika.

 

j

Serak

42km i 195 metrów wiedzie przez:

 

START: Ramzová 778m - Obří skály - chata Jiřího na Šeráku 1329m - Keprník 1423m - Červenohorské Sedlo 1001m - Švýcárna 1303m - Praděd 1491m - Ovčárna 1300m - Vysoká hole 1465m  - Ztracené kameny 1140m - Skřítek 670m - META.

 

j

 

Najszybciej i najprościej jest dostać się tam przez Głuchołazy (województwo opolskie). Z Opola pociągiem na Nysę, następnie busem na Głuchołazy. W Głuchołazach należy (najlepiej starymi torami) z dworca PKS udać się na dworzec PKP, z którego kilka razy dziennie odchodzi czeski wagon do Jesenika. Dlaczego wagon?, otóż wygląda on tak:

 j

 

Jesenik postanawiamy zwiedzić, dysponujemy czasem, a i pora obiadowa. Zasiadamy na rynku w i delektujemy się ‘'jesenicką topinką'' oraz makaronem. ‘'Jesenicka topinka'' to grzanka z mięsem mielonym, żółtym serem i sosem. Pyszna !.

 j

Rynek - Jesenik

 

Jesenik nas zauroczył, ale czas nagli i udajemy się do Ostrużnej, gdzie mamy nocleg. Ostrużna okazuje się bardzo małą osadą z wiatrakami w tle. Gdyby nie te góry w okolicy to można pomyśleć, że to holenderskie wzniesienia (o ile je mają).

 j

Ostruzna

 

Po małym błędzie nawigacyjnym namierzamy Chate Jonaska, w której mamy zaklepany nocleg. Warunki mega komfortowe, całe poddasze nasze, ale gość kroi nas na 60 koron więcej niż to było w cenniku (więcej nas tam nie zobaczy).

 

Kucharz widzi jak mnie nosi z ochotą na bieganie. On odpuszcza, a ja wieczorem śmigam jeszcze na rozruch - 1km w dół do centrum osady i 1km do góry, tak się rozpędziłem, że minąłem naszą przystajń jak struś pędziwiatr.

 

Dopiero, gdy skończyły się lampy drogowe zorientowałem się, że coś mi tu w krajobrazie nie gra. Powrót do chałupy i jeszcze krótki trening na poddaszu po schodach. Rozruch zrobiony. Do poduchy ‘' Zapiski oficera Armii Czerwonej'' Siergieja Piaseckiego i kima.

 

W sobotę wczesna pobudka i dywagacje o temperaturze. Jest o czym, bo w piątek było plus 36 stopni C !!!.

 

Patrząc za okno zapowiada się podobna temperatura. Uzbrajamy się w sprzęt i napieramy na metę startu do Ramzovej oddalonej o 1km.

 

j

 

W biurze zawodów chaos na całego. Brak kart rejestracyjnych, brak ludzi do pomocy. Frekwencja przerosła organizatorów. Trochę minęło zanim to opanowali. Efektem jest opóźniony start o 4 minuty.

 

j

 

Na linii startu prawie 150 osób. Oprócz Czechów, i może kilku Słowaków,  jeden gość z Serbii i my pierwsi Polacy na tym maratonie.

 

Tuż przed startem witam się z Romanem i Adelą. Roman to legenda czeskiego biegania, na tegorocznym Maratonie Karkonoskim zajął 5 miejsce.

 

Pierwsze kilometry to mozolna wspinaczka na Serak 1329m. Jest mnóstwo cienia, więc patelnia ok.30 stopni C jeszcze nie daje o sobie znać. Sprzyjający dla nas zawodników, był lekki wiaterek, który nieco niwelował wysoką temperaturę.

 

Po pokonaniu jednego szczytu, nadszedł czas na kolejny Keprnik 1423m. Cienia coraz mniej, patelnia na całego. Plusem jest, że jest sporo punktów z wodą, o ile się nie mylę to było pięć lub nawet sześć.

 

Z Keprnika zbieg, czasami ostry, momentami po drewnianych platformach. Na 15km ostra wyżerka, banany, arbuz, czekolada, ciasteczka i wiele innych,  których nie zdążyłem odszyfrować. Łapię swoją pepsi, czekającą na mnie w koszyku z własnymi odżywkami i w długą przez Švýcárna 1303m na Praděd 1491m.

 

Gdzieś na 22-23km dochodzi do częstej pomyłki na trasie. Bardzo mylące rozwidlenie w prawo i lewo. Brak oznaczenia orga i mylące czerwone chorągwie górskiej służby ratunkowej doprowadzały iż w tym miejscu wielu dorzuciło dystansu.

 

Sam biegnąc z grupką biegaczy skręcam w prawo, przekonany, że to właściwa droga. Mylące były te chorągwie w kolorze oznaczenia trasy. Org chyba wyszedł z założenia, że w tym miejscu należy sugerować się szlakiem, który faktycznie skręcał w lewo. Było to jedyne miejsce na trasie, gdzie można było popełnić błąd. Reszta trasy oznaczona bez zarzutu.

 

Praded to oczko turystyczne w tym terenie, turystów jak mrówek. Jak na taką ilość ludzi to doping słaby. Jest trochę i Polaków, ale dopingu brak z ich strony. Wpadłem w oko czeskiej grupce, która dopingowała mnie w drodze na szczyt Pradeda i w drodze powrotnej. Zamieniam słówko i lecę na Vysoká hole 1465m  przez Ovčárna 1300m.

 

Tutaj już słońce daje popalić na całego, odkryty teren, brak jakiegokolwiek cienia. Na 30km mam 3h i 20min. Do mety 12km. Przechodzi mi myśl aby docisnąć i pójść na 4h30, ale po co się żyłować, gdy najważniejszy bieg 10 września. Ustalam plan, aby zmieścić się w 5h. Ostatnie kilometry pokonuję w towarzystwie 50 latka, z którym prowadzę konwersację i ubaw mam po pachy.

 

Przeklinał, krzyczał, a gdy zbliżał się do turystów udawał św. Mikołaja HO HO HO, aby mu ustąpili drogę. Kilometr przed metą mówię mu, że trzeba trochę podkręcić tempo na 5h. Na metę wbiegam z czasem 4:56:41 zajmujác 60 miejsce.

 

Na mecie bufet z darmowym gulaszem i piwem, masaż dla chętnych i odjazdowy prysznic.

 j

Prysznic - pan ładuje drzewo, aby się paliło i macha wajchą, aby leciała woda za parawanem :-)

 

Czekanie na kucharza umilam sobie robiąc fotki oraz rozmową z Romamen, który zajął 3 miejsce. Dokładnie godzinę po mnie wpada kucharz, dla którego to był pierwszy górski maraton. bravo.

 

 j

kucharz na mecie

 

 j

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

Pasmo Czantorii-Slezske Beskydy

W skrócie.

Jawornik- Przełęcz Beskidek-Czantoria Wielka- Nydek-Filipka-Kyrkawica-Kiczory-Kyrkawica-Stożek Wielki-Stożek Mały-Cieślar-Soszów Wielki-Soszów  Mały-Przełęcz Beskidek-Jawornik-Wisła

 

Długość trasy ok.38km, czas przebycia 6h z minutami.

 

Start godz. 8:02

 

Wycieczkę biegową zaczynam  na parkingu w Jaworniku szlakiem czarnym na Przełęcz Beskidek (684n.p.m).

 

8:16 Przełęcz Beskidek. Skręcam w prawo  na Czantorię

 

8:50 Velka Cantoryje (994). Niestety przed 9 rano wszystko zamknięte, szczególnie żal, że wieża widokowa również, chciałem tego dnia przekroczyć 1000m n.p.m. Smile

 

   k h      

                                                                             

 

Z Cantoryje kieruję się  szlakiem niebieskim mijając  Chate na Cantoryji, gdzie skręcam w lewo na Nydek. Po kilku minutach niebieski dochodzi do czerwonego, a czerwonym to już wprost do Nydka na wodo stopa Smile.

 

j

k

 

9:36 Nydek wita mnie ciszą i wczesnowiosennym spokojem. W samym sercu robię pięciominutowy postój na doładowanie się.  Do tej pory spotkałem na szlaku dwie wędrowniczki, dwóch wędrowników z dwoma małymi wędrowniczkami. Pobliskie potraviny (sklepy) zorientowały mnie, że zapomniałem zabrać czeskie korony. Tak bardzo uwielbiam zagraniczną prasę.Lekki niedosyt pozostał.

 

n

 

 

Z Nydka podążam dalej czerwonym szlakiem na Filipka (762). Tuż przed Filipkiem szlak czerwony łączy się ze szlakiem żółtym, prowadzącym na pobliskiego Loućka(835) oraz zielonym, którym można dotrzeć do Hradka. Oba szlaki kuszą i to bardzo. Jednak muszę odpuścić , pozostawiam sobie je na następną wizytę w tej okolicy. Trzymam się czerwonego dobiegając do Filipka o 10:44. Tutaj wszystkie trzy szlaki rozchodzą się. Zielony prowadzi na Maly Stożek, a żółty na Jablunkovo.

 

j

 

Na górze lampa, na dole lód :-)

 

j

 

Z Filipka czerwonym  napieram  na Kyrkawice, na którą musze odbić szlakiem niebieskim. Po drodze mijam trójkę czeskich turystów z żółto- czerwonymi  emblematami na plecakach. Przy rozwidleniu na Velky Stożek, na który prowadzi szlak żółty, wymieniamy ahoyki.  Od tego miejsca zaczyna się totalne wyciszenie cywilizacji. Podążając na Kyrkawice tym odcinkiem odniosłem super uczucie odludzia.  Nie jestem pewny, ale znalazłem ślady chyba wilka i kraina jakaś taka mroźna i  ponura zrobiła się przez moment. Ciekawe uczucie.

 

m

 

Niewątpliwie szlak czerwony od Nydka  do momentu spotkania szlaku niebieskiego na Kyrkawice i żółtego, który prowadzi na Gronićek(832) jest bardzo malowniczy, ciekawy  i piękny. Są tam bardzo fajne podbiegi, które zaczynają się już w Nydku na drodze asfaltowej, gdzie spotkałem dwóch crossowców na motocyklach. Samo podejście szlakiem niebieskim na Kyrkawice jest dosyć wymagające.

 

k

 

11:34 Kyrkawica (973). Tutaj mocno powiało przez moment, trzeba było schować się za drzewem. Jeszcze tylko Kiczory i będę mógł kierować się w stronę Przełęczy Beskidek, aby zacisnąć pętelkę.

 

11:54 Kiczory (990). Wreszcie jakiś rozległy piękny widok. W tym miejscu z obliczeń miało braknąć mi płynów i tak też dzieje się. Łykam ostatnią kroplę i udaję się do schroniska pod Stożek Wielki, w celu naładowania się i uzupełnienia braków.

 

W schronisku pięciominutowy postój na doładowanie się. Następnie zaliczam kolejno Stozek Wielki (978), Stożek Mały (843), Cieślar (918),Soszów Wielki (886), Sosów Mały (764).

 

13.19 zaciskam pętlę na Przełęczy BeskidekSmile. Czarnym zbiegam do Jawornika i pozostaje tylko i aż 6km do centrum Wisły, gdzie jest baza.

 

14.15 wpadam wprost na jadalnię. Po drodze spotykam chłopaków z klubu, którzy też nie próżnowali i zaliczyli sporo km po górkach.

 

Bardzo fajna trasa szczególnie po czeskiej stronie z extra podbiegami, ciekawa, malownicza i momentami tajemnicza ( może ktoś mi powie co to za budynek? budowla? bunkier? wyglądający jakby lata świetności miał w latach 50-stych ubiegłego wieku, coś co jest ogrodzone siatką z drutem kolczastym, tabliczką aby nie wchodzić, otwartą zardzewiałą furtką i widokiem jakby czas zatrzymał  się, znajdujący się tuż za rozwidleniem, szlaku żółtego na Vel.Stożek i czerwonego  w stronę Kyrkawicy, kusiło aby tam zajrzeć, drzwi główne do tego były otwarte, odwagi nie znalazłem i nie wszedłem, stwierdziłem, że to była więźniarka SB w czasach komunistycznych co mocno zniecheciło mnie, aby tam zajrzeć. 

 

Fajna trasa na maraton Wisla-Nydek-Wisla ;-)

 l

 

Mapa trasy:

 

j

TagiTagi: wlo 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

Przelajowa Osemka - Blachownia - 8km


Blachownia, Blachownia hmm, to nie tam gdzie 2 lata temu byla traba powietrzna? Tak, dokladnie  to wlasnie tam.

Juz po raz X Blachownia  powitala biegaczy. Blachownia to male miasteczko niedaleko Czestochowy okryte dookola lasami, a sercem miasta jest jezioro. Pogoda byla w kratke tzn, chmury, slonce, chmury,slonce, a tuz po starcie ''urwanie chmury''. Na mecie i dekoracji, troche slonko poswiecilo, pozniej znow troche przylalo i tak w kolko.... Trasa bardzo malownicza, start na stadionie, nastepnie, uliczkami parkowymi wzdluz jeziora, lasami, uliczkami miasta, lasem, gdzie przeszla  traba powietrzna tzn. kiedys tam byl las, teraz to wyglada jak las widmo i straszy badylami. Ogolnie, bardzo fajna impreza z setkami biegaczy i Nordic Walking-owcow, gdyz impreza towarzyszaca byly zawody w Nordic Walking.

 

Pierwsze zawody  w barwach Planety ukonczylem na  53 miejscu na 387 biegaczy.

M.P.M czyli Maly Pieninsky Maraton wypadl mi z planu ze wzgledu na prace.

wyniki z Blachowni na stronie:

 

http://www.maratonypolskie.pl/wyniki/2010/blachow0op.pdf

 

 Juz za tydzien stawiam sie na zawody w Zakopanem, najwazniejsze moje zawody w sezonie z powodu.......a z jakiego powodu to  dowiecie sie  next time. Smile. Zapraszam na trase :-)

TagiTagi: wlodec 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Dziś sprawdziłam prognozę pogody na następne 16 dni i zapowiada się o dziwo pogoda jeszcze gorsza. :-( Nic tylko siedziec w domu nad książką, lub w pubie nad piwem. 

 

Albo można zwalczyć deszcz jej własną bronią, czyli wodą i iść na basen. :-) Ja tak uczynię w weekend.

 

Trzecia wersja to internet i surfowanie w nim. Dla znudzonych deszczem, dwa filmy poniżej. Pierwszy nakręcony przez BBC z pięknymi widokami i niebieskim niebem, a drugi to już krótki skecz. Idealny na tą pogodę. 

 

        

 

        

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 6 komentarze Trekking Trekking

Od kilku dni wszyscy wszedzie zapowiadali deszczowy wekend i ochłodzenie. I mówili.

Wekend będzie brzydki, znów w wekend bedzie padać a w tygodniu jest ładnie etc.

Toteż nawet nie zeknąłem na ICM i w sobotę 27 marca wybrałem się na moje poddasze celem, remontu i adaptacji jego części na nowy pokój, prace zostały przewidziane na cały dzień.


I CAŁY DZIEN ŚWIECIŁO SŁOŃCE !!!!

Szlag by czlowieka trafił, bo jak widzę z okna mojego pokoju śnieg w górach zaczyna sie dopiero od poziomu gdzieś około 900 m.n.p.m. Więc można się juz było gdzies wybrać na wiosenny trekking. A tak w piękny słoneczny dzień siedziałem na poddaszu bez okien.


WNIOSEK: nie słuchaj, radia, telewizji, ani tego co mówia Twoi nie górscy znajomi, którzy nie wiedzą co to jest ICM.

I ZAWSZE ZAWSZE PATRZ NA PROFESJONALNA POGODĘ A NIE NA POGODE W TV.

 

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2013 18.07-21.07.13

Bieg Siedmiu Szczytów 235km

 

Długość trasy: 240 km
Najwyższy punkt: Śnieżnik (1425 m. n.p.m),
Najniższy punkt: rzeka Nysa Kłodzka koło Barda (261 m. n.p.m),
Różnica wysokości 1164m.
Całkowite wzniesienie terenu: 7635m. 
Całkowity spadek terenu: 7670m.

 

punkt

odległość

lokalizacja

zaopatrzenie

limit czasu

Start

0 km

Stronie Śląskie

-

0,5 h

1

9 km

Przełęcz Gierałtowska

W,I

2,5 h

2

31 km

Przełęcz Płoszczyna

W,I,J

7 h

3

44 km

Międzygórze GOPR

W,I,J

11 h

4

60 km

Długopole Zdrój

W,I,J,D1

14 h

5

75 km

Schronisko Jagodna

W,I,J

17 h

6

93 km

Masarykowa Chata

W,I

21 h

7

105 km

Jamrozowa Polana

W,I,J

23 h

8

120 km

Kudowa Zdrój – Park Zdrojowy

W,I,J,D2

26 h

9

134 km

Schronisko Pasterka

W,I,J

30 h

10

137 km

Schronisko Na Szczelińcu

W,I

31 h

11

157 km

Ścinawka Średnia

W,I,J

37 h

12

178 km

Przełęcz Wilcza - parking

W,I,J

42 h

13

188 km

Bardo Śląskie - park za Nysą

W,I,J,D3

45 h

14

198,0 km

Przełęcz Kłodzka - parking

W,I,J

47 h

15

212 km

Orłowiec - kościół

W,I,J

50 h

META

223 km

Lądek Zdrój - amfiteatr

W,I,J

52 h

 

 

To był mój docelowy start sezonu biegowego. Wszystkie biegi sezonu poprzedzające udział w Biegu Siedmiu Szczytach, były biegami przygotowawczymi. Często testowałem różne rozwiązania, jak na przykład zabierałem dodatkowy balast, który imitował lub stanowił wyposażenie na Siedmiu Szczytach, a zupełnie nie był potrzebny w biegu w którym akurat uczestniczyłem. Skupiałem się także na innych elementach treningowych. Szybkość, czy miejsce było sprawą drugorzędną. Wszystkie zamierzone działania miały przynieść efekt na docelowym starcie.

 

To była podróż w nieznane, cokolwiek bym nie robił i nie wiadomo, jak podchodził do tego biegu, nie uzyskałbym odpowiedzi, jak to jest przebiec 223km (tyle z założenia na początku miał wynosić dystans, a wyszło 235km plus małe błądzenie), z prostego powodu – nigdy w życiu nie pokonałem takiego dystansu jednorazowo.

 

Przygoda w tym biegu była niesamowita i przyniosła niespodziewanie mnóstwo emocji.

 

Na starcie

 

Namacalnie dało się wyczuć niepewność, a zarazem spokój wśród zawodników. Widziałem unoszącą się aurę, zadającą pytania, jak to będzie, jak to biec, czy dam radę, jak to jest pokonać taki dystans. W Polsce wcześniej nie rozgrywano takiego ultra długiego biegu górskiego, każdy był ciekaw jak to się potoczy, jak skończy i co z tego wyjdzie.  Spokojną ciszę przerywały powitania, gdzie nie sposób było nie zauważyć znajomych twarzy z biegów ultra. Jak mogło ich tutaj zabraknąć, to prawdziwy kąsek, święto w którym trzeba wziąć udział, sprawdzić się i doświadczyć przygody. Wspólne pamiątkowe zdjęcia, poklepywanie się po plecach dodające otuchy i pozostające myśli w głowie, z którymi przyjdzie zmagać się podczas wyścigu.

 

Najpierw hałasu narobili ludzie na szczudłach  z bębnami. Kolorowy korowód próbujący rozbudzić ciszę, spokój i energię zawodników. Następnie powitanie przez organizatorów, którzy ogłosili start, a w dalszej części już tylko szmer tuptających butów na trasę pełną wrażeń.

 

Ognia

 

Start ostry był naprawdę ostry, spora grupka od razu ruszyła mocno do przodu. Pierwsze kilometry to pogaduchy, głównie z Kulą do pierwszego punktu żywieniowego. Od tego miejsca nieco przyspieszam wyprzedzając zawodników, których widzę przed sobą. Po jakimś czasie zostaję sam, tempo które sobie narzuciłem jest za wolne, by gonić czołówkę, a za szybkie na zawodników znajdujących się za mną.  Gdzieś na jednym z pierwszych wzniesień Piotr Dymus (najlepszy fotografSmile) ustawia swoje super obiektywy, dzięki którym czaruje niesamowite fotografie. Widząc mnie mówi: - dobrze Ci idzie.

 

Foto: Piotr Dymus

 

 

Utrzymując swoje tempo przez jakiś czas postanawiam nieco zwolnić i nie gonić. Droga do domu jeszcze daleka. Pierwszy etap to przetrwać pierwszą noc jak najmniejszym kosztem sił. W drodze na Śnieżnik po 30km, dogania mnie dwóch zawodników. Jeden z nich utrzymuje podobne tempo do mojego. To Mario z Leszna. Na Śnieżniku robimy pamiątkowe zdjęcia, Mario proponuje ze względu na podobne tempo wspólnie pokonać pierwszą noc. Zgadzam się, pokonujemy trasę ramię w ramię, ucinając przy tym ciekawe konwersacje, zarazem kontrolując trasę. Nad rankiem będąc już po stronie czeskiej, przy pięknych okolicznościach przyrody znów pamiątkowe zdjęcia Smile.Nie wyobrażalnym było dla mnie nie zatrzymać się na zdjęcia w tak pięknych okolicznościach. To co przyroda nam zaoferowała do dziś mam przed oczyma.

 

Foto: z Mario

 


 

 

 

Pierwsza noc za nami, czas przejść powoli do gry. Mniej więcej na 80km objawia za moimi plecami Jarek ( Haczyk). Byłem zaskoczony obecnością Jarka, napierał równym tempem.

 

Co Ty tu robisz? – pyta Jarek, -  Dlaczego nie ścigasz się z Piotrkiem.

 

Myślę sobie, chyba przesadza z tymi słowami, przecież nie jestem na tym poziomie co Piotrek.

 

Odpowiadam – Co Ty z Piotrkiem mam się ścigać?!

 

Jarek – ‘’wcale takiej dużej różnicy między wami nie ma’’.

 

Słowa te podziałały na mnie jak płachta na byka, mimo że mój plan ataku miał zacząć się nieco później, nie zwlekałem już dłużej, szybka modyfikacja planu w głowie i odjazd. Zaczął się bieg. Oderwałem się od Jarka i pozostałych kilku osób sukcesywnie zwiększając tempo i doganiać następnych zawodników.

 

Z Jarkiem spotkałem się jeszcze raz , gdy nie mogłem znaleźć oznaczonej trasy – dogonił mnie. W tym samym punkcie znalazł się też Marian kolega Jarka (obaj z Opola), straciliśmy myślę ok. 20min w poszukiwaniu oznaczenia i właściwej drogi, a Marian jeszcze więcej, bo gdy przybyłem to on już się motał z kierunkiem. Z pomocą Jarka, dzwoniąc do organizatorów i z mapą, namierzamy interesujący nas kierunek.  Wyścig znów się zaczął. Od tego momentu zacząłem kontrolować mapę, czego wcześniej nie robiłem i to był błąd, bo uniknąłbym tego błądzenia. Należy dodać także, że jedna wstążka była tutaj myląca. Później wyjaśniło się to, że trasa szła przez prywatny teren i właściciel pozbył się oznaczenia .

 

W drodze na 120km na odsłoniętym terenie dopadł mnie duży kryzys. Żarówa z nieba tak przygrzała, że musiałem nieco zwolnić i odżyć w napotkanym sklepie. Kryzys ten spowodował, że z  godzinnym opóźnieniem według zakładanego planu dobiegam do punku na 120km. W drodze na ten punkt mijałem się z Marianem i z jeszcze jednym zawodnikiem, którego imienia nie poznałem.

 

Dla mnie to punkt strategiczny, zostawiam sporo zbędnego balastu, głównie plecak, który zamieniam na worek Smile. Widząc mój nowy plecak, Piotr ( ten od najlepszych zdjęć) mówi: - Po co kupować plecak, jak można pojechać na maraton i dostać worek.

 

Pamiątkowy worek uwieczniony na zdjęciu Piotra Dymusa poniżej. Smile

 

 

 

Pościg trwa, wyprzedzam kilku zawodników, na jednym z punktów dowiaduję się, że ktoś z czołówki odpadł. Automatycznie przesuwam się w górę. Pokonując kamienny labirynt za Szczelińcem, spotykam kuśtykającego dotychczasowego lidera. Prosi o skorzystanie z telefonu do organizatorów, aby go zwieźli do bazy. Dowiaduję się od niego, że przede mną jest dwóch zawodników i mają dużą dwugodzinna przewagę nade mną i nie mam co gonić, tylko pilnować swojego aktualnego miejsca. Gdy rozmawia przez telefon zaczynam gorączkowo się rozglądać, głównie za siebie. Gadał przez ten telefon z 5 minut, a ja przeskakiwałem z nogi na nogę, jakby chciało się mi…. Miałem czas rozmyślać co dalej Smile.

 

Samotnia od tego momentu to walka ze wszystkim po trochu, z trasą , z oznaczeniem trasy, z czasem, z mapą, z workiem też. Patent zawiązania worka miałem opracowany przez Didi (ode mnie z ekipy ,razem trenujemy), którą spotkałem przypadkowo trenując wysoko na Jurze. Kłopot sprawiał mi ,gdy chciałem coś z niego wyciągnąć, rozwiązywanie i na nowo opracowane wiązanie było nie lada trudem, w dodatku wszystkie te ruchy w biegu. Było to upierdliwe i spowalniało. Suma summarum działało i sprawdzało się, nie było narzekania. To było świetne posunięcie, ale czas uciekał przy tym wiązaniu i rozwiązywaniu supłów.

 

Foto: Piotr Dymus

 


 

Zanim zapadł zmrok, miałem dwie sytuacje. Kłopot z oznaczeniem trasy. Ktoś ewidentnie bawił się wstążkami, co wybiło mnie z rytmu, kosztowało sporo czasu 20min i dodatkowe parę kilometrów. Wyciągnąłem kompas, który wyprowadził mnie na dobry kierunek. Zmęczenie wgryzało się powoli do organizmu. Od tej pory kontrolowałem każdy zakręt. Niestety taki bieg z jednym okiem na mapie spowalnia tempo, jednak wolałem mieć pewność, że stąpam we właściwym kierunku. Gdy pokonujesz trasę w towarzystwie lub masz w zasięgu wzroku zawodnika (tak chyba było w przypadku pierwszej dwójki), jest dużo łatwiej. Kontrola jest łatwiejsza i mniej czasu spędza się na patrzenie w mapę. Dodatkowo napędza się nawzajem. W tym przypadku od wielu godzin byłem samotny, poza sms’ami i punktami kontrolnymi była totalna izolacja i mogłem polegać wyłącznie na sobie.

 

Foto: Piotr Dymus

 


 

 

Ogromny kryzys uderzył mnie w drodze na bufet nr 11- Ścinawka Średnia 157km. Tuż przed miejscowością Wambierzyce (jak czytałem później wpisy na fb, to Sławek -z mojej ekipy napisał – że może pielgrzym – mając mnie na myśli-znajdzie tam schronienie, biorąc pod uwagę mój kryzys i ten wpis tylko uśmiechnąłem się -nie pomylił się). Brakło mi płynów, teren dokoła suchy, żadnych potoczków, a na niebie Słońce- podgrzewało jak na patelni. Dłużyły się te kilometry. W Wambierzycami na rynku usiadłem na ławce. Obok panowie z trunkiem mocniejszym, nieświadomi jaki mam problem. Z wielką trudnością obsługiwałem telefon. W worku znalazłem parówki sojowe chili. Najlepsze jest to, że wcześniej ich nigdy nie jadłem. Zjadłem niecałą jedną sztukę, zostawiłem resztę na ławce, mówiąc do panów obok, żeby się częstowali. Do piFka jak znalazł Smile.

 

Wpadając  na punkt w Ścinawce jestem bardzo zaskoczony, że nikt mnie nie wyprzedził. Mój kryzys w Wambierzycach trwał dobre 20 min, byłem przekonany, że straciłem świetną pozycję. Fotograf przed punktem kontrolnym, twierdzi mało tego, że nikt mnie nie wyprzedził to za mną jest spora przepaść. Nie chciało się mi w to wierzyć, więc po króciutkim postoju (chyba na tym punkcie włożyłem głowię do wiadra z zimną wodą) ruszyłem dalej.

 

Na kolejnych punktach dowiadywałem się, że zmniejszam przewagę do liderów. Z każdym krokiem byłem coraz bliżej, natomiast w ogóle nie widziałem co dzieje się za moimi plecami. Ciekawiło mnie, czy ktoś depcze mi po piętach. Dostawałem mnóstwo dopingujących wiadomości, ale nikt nie pisał jaką mam przewagę nad pozostałymi. Gdy już powoli słoneczko zachodziło, zadzwonił Kaziu Kordziński, potwierdził mi że jestem na trzeciej pozycji, podał mi też przewagę nad czwartym zawodnikiem. Informacja była z przed kilku godzin, ale zawsze to coś.

 

Celem było nie tylko utrzymanie pozycji, ale również atak na czołówkę. Sukcesywnie powoli zmniejszałem przewagę. W początkowej fazie biegu to było jakieś 2 godziny straty, a na ostatnim punkcie kontrolnym podobno kilkanaście minut, by na mecie stracić zaledwie kilka minut. Ta druga noc w terenie przyniosła mnóstwo wrażeń i emocji.  Od halucynacji do braku światła i kontuzji.

 

Opuszczając punkt Przełęcz Wilcza na 178km, gdzie poza dobrym jedzonkiem, czyli banany, pomarańcze, arbuz i gaworzeniu z wolontariuszkami (nie pierwszy i ostatni raz na tym biegu), przy dopingu tychże sympatycznych dziewczyn i służby pierwszej pomocy ruszyłem zmierzyć się z drugą nocą. Jeszcze było widno, ale w gąszczu zarośli na szlaku z każdą minutą szybko pociemniało się. Gdzieś wcześniej zdałem sobie sprawę, że na przepaku w Kudowie na 120km zostawiłem cięższą czołówkę, a wymieniłem na lżejszą już mocno wysłużoną , gdzie niekoniecznie są mocne baterie. Mając to na uwadze zwlekałem z odpaleniem światła. Korzystałem z dobrej pogody tzn. Księżyc służył mi swym blaskiem. To było dobre posunięcie, bo gdy odpaliłem czołówkę, moc świetlna szybko traciła swój zasięg. Miałem przez to nie lada kłopoty.

 

Po pierwsze tempo biegu spadło, zasięg światła uniemożliwiał szybsze poruszanie. Na tym etapie musiałem być bardzo czujny – zmęczenie, oczy już nie te same co poprzedniego dnia, kontrola mapy. Bardzo łatwo było zgubić szlak. Tak też stało się. Przez słabą widoczność zapuściłem się w jakieś chaszcze zamiast skręcić w prawo za szlakiem. Na szczęście szybko zajarzyłem, że nie tędy droga, odnalazłem szlak ale ciemność i to słabe światło spowolniło mnie mocno na zejściu z tej górki – pamiętam, że było tam mnóstwo ogromnych głazów, Kamoli i tam miałem największy problem z poruszaniem się.

 

Po drugie zaraz na zejściu przez te kamole – głazy i słabej lampie, dostaję ogromną siłą w goleń kłodą, na która przy zbiegu nadepnąłem podczas biegu. Oddała mocno , bardzo mocno ( przez tydzień byłą opuchlizna), także trzy tygodnie później ból odezwał się na Chudym Wawrzyńcu i znów tempo siadło- tylko hart ducha pozwolił mi ukończyć Chudego. Tutaj podobnie, ból też towarzyszył do samego końca biegu.

 

Lampa coraz słabsza, wcześniej nieco słyszałem jakieś głosy. Ale to jeszcze nic, głosy niosą się po lasach więc idzie to wytłumaczyć, ale np. halucynacje typu słoń, czy ludzik leśny przy szlaku to już inna bajka Smile. Widząc tego leśnego ludka, mówiłem sobie, że jeśli okaże się realny to zapytam się, czy ma dla mnie garnek złota. Smile.

 

Wstążki organizatora były wyposażone w odblaski. Gdyby ktoś widział jak podchodziłem do jednej z nich – myśląc, że to zwierze, bo tak ten odblask widziałem, że to świecące oczy. Na szczęście im bliżej podchodziłem to nie ruszało się Smile. Swoją drogą, że tego nie obszedłem, ale szlak szedł ewidentnie przez tego zwierza, a w głowie było tylko aby do mety.

 

Ze mną to chyba jeszcze nie było tak źle z tymi halucynacjami. Po biegu kolega Maria opowiadał jak widział Chińczyka na drzewie, co najlepsze podobno w grupie było ich kilka osób i wszyscy widzieli tego owego Chińczyka. Dobre. :-). W ogóle opowieści z biegu i tuż po nim co się działo można napisać osobny rozdział. Smile

 

Miałem jeszcze jedno zdarzenie tej nocy realne - bardzo realne. Zanim zaczęły się halucynacje, biegnąc nagle poczułem drżącą Ziemie i słyszałem potężny tupot pędzącego bydła. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Tylko wyglądałem jak mi tu coś wyskoczy na szlak. Owe zwierzęta przemieszczały się. Zacząłem dochodzić co to jest. Głowiłem się i próbowałem rozwiązać zagadkę. Odnalazłem ogrodzenie, ale tupot ustał i nic nie widziałem. Gdy wróciłem do domu, pamiętając tą wyjątkową sytuację sprawdziłem w internecie co w tym rejonie może żyć. Okazało się, że dokładnie w tym rejonie, gdzie to było żyją Muflony. Jestem przekonany, że to one tak buszowały, ale jak było w rzeczywistości to już się nie dowiem.

 

Foto: Mario/Leszno

 


 

Podążając tak docieram do Bardo Śląskie na 188km, gdzie znajduje się kolejny ostatni przepak. Miałem oczywiście tam zostawiony głównie prowiant, ale odpuszczam, posilam się tym co zawsze na tym biegu, banan-pomarańcz- arbuz. Wyjątek był na 120km, gdzie czekały na mnie pyszne wegańskie kotleciki. Na drugim przepaku też je miałem, ale wylądowały w worku i zjadłem dopiero po biegu- krótkim śnie między rzędami w kinie usytuowanym tuż za metą. Smile.

 

Mając na uwadze tyły, zastanawiam się, czy zaraz ktoś mnie nie dogoni. Nagle pojawia się Marian, ale mówi, że on już nie bierze udziału w biegu i za mną jest Węgier, ale ma dużą stratę. Jest pod wrażeniem jak wyrwałem do przodu od ostatniego naszego spotkania.

 

Zaraz po opuszczeniu punktu na podejściu dopada mnie trzeci ostatni potężny kryzys. Kładę się na chwilę na ławce, które tam były rozmieszczone. Strome podejście, ciężko było oddychać, ziemia nagrzana. Doprowadzam się do porządku i napieram do przodu. Gdzieś później spotykam Piotrka organizatora i Kamila  zabezpieczających trasę. Ktoś tam podobno bardzo figlował i oznaczenie znikało nawet już po godzinie.

 

Dopingują, mówią że tym tempem powinienem dojść prowadzącą dwójkę. Dobre słowo zawsze miło słyszeć. Dobrze, że robiło się już coraz widniej bo moje światło już ledwo zipało. Ja już lepiej się trzymałem niż moja czołówka Smile.

 

Na Przełęczy Kłodzkiej 198km mocno dopinguje mnie obecny fotograf, którego chyba już spotkałem wcześniej na jakimś punkcie. Nie był to Piotr Dymus, którego spotkałem kilka razy podczas tego biegu, gdy przemieszczał się za pięknymi zdjęciami (co widać po zamieszczonych zdjęciach załączonych w relacji). Smile

 

 

Foto: od fotografa, którego nie znam imienia

 

 

 

Łapię w dłoń banana, arbuza i z buta przed siebie. Im widniej to czuję się coraz lepiej. Ostatnie kilometry sprinterskie – widać na filmiku na mecie jak ciężko oddycham- efekt szybkiego biegu na końcowych kilometrach.

 

Gdy usłyszałem spikera z oddali, gdy wbiegałem już asfaltową drogą do Lądka, wiedziałem, że dotarli do mety mimo to napierałem do końca tak szybko, jak dawałem rady.

 

Na mecie fotele dla pierwszej trójki, które były strzałem w dziesiątkę.

 

Foto: z FB organizatora

 


 

 

Wspaniałe chwile. To był bieg, który dostarczył mi mnóstwo emocji i chyba nie tylko mnie. Dziękuję wszystkim za wspaniałą przygodę, każdy stał się jej częścią. Kibice – krótko- warto dla Was biegać. Smile.

 

Pierwsza Trójka

1.     Kiełbasiński Michał         TEAM360                                           Łódź                                   35h31:53

2.     Kłodnicki Tomasz             MOK Mszana Dolna                       Dobra                                   35h33:26

3.      Pawlowski Lukas              Raw Vegan Run                               Czestochowa                     35h37:23

 


TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

Zainspirowany artykułem „Homo schroniskus” (NPM nr 9 (150) wrzesień 2013) sięgnąłem w głąb swoich górskich wspomnień i zrobiłem podsumowanie typów turystów, których do tej pory spotkałem na górskim szlaku. Pojawiło się wśród nich kilka barwnych postaci. Jedni zaimponowali mi swoim obyciem w górach i kulturą na szlaku, drudzy zasłużyli na pogardliwe spojrzenie. Bez zbędnego mądrzenia się, poniżej przedstawiam krótkie zestawienie kilku typów miłośników górskich wędrówek.

Ranking rozpoczyna:

Nachalus irytatus – zwykle wędruje samotnie wypatrując grupy, pod którą mógłby się podczepić. Cel: umilenie sobie wycieczki, uprzykrzenia dnia innym. Po zaproszeniu do wspólnego przemierzania szlaku niemożliwy do pozbycia się. Występuje główne w wersji male. Swoim zachowanie przyprawia o ból głowy, wrzenie krwi i nagły wzrost ciśnienia. Posiada cały zestaw irytujących pytań, zaczynając od: daleko jeszcze? Co macie do jedzenia? Przez te, mające na celu zredukowanie jego dysonansu i nieprzygotowania do wyjścia na szlak: A dobrze się ubrałem w góry? Raki na prawą, czy na lewą stronę? A w tych spodniach tam wejdę? Jedyny znany sposób na przetrwanie takiego spotkania: milczenie.

Zapraszam do lektury pozostałych typów: Familia tyrannus, Amateur animalus, Alpha masculus, Wycieczkus zakarus, Burżujus pogardus, Idiotus pospolitus na:

http://www.dokadnogiponiosa.pl/turysta-inni-niz-wszyscy/

TagiTagi: turystyka górska tatry 
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Biegi górskie Biegi górskie

 

Kierat ! Górska Setka na Orientacje.

 

Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2013: 


Teren: Beskid Wyspowy, Gorce; 
Start/meta: Limanowa; 
Dystans: 100 km; 
Suma podejść: 3600 m; 
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc); 
Termin: 24-26 maja 2013 r.

UTMB - 3 punkty

 

k

Foto: Adam Bielak

 

KOMUNIKAT SĘDZIOWSKI ( ze strony orga.)


... W X Międzynarodowym Ekstremalnym Maratonie Pieszym KIERAT 2013 wystartowało 611 zawodników, w tym 64 kobiety i 547 mężczyzn. Trzej zawodnicy, którzy nie dotarli nawet do 1 PK, nie zostali sklasyfikowani. Do mety dotarło 387 zawodników, w tym 27 kobiet i 360 mężczyzn. Sześcioro z nich przekroczyło nieznacznie regulaminowy limit czasowy. Sędziowie nie stwierdzili żadnego przypadku rażącego naruszenia regulaminu zawodów - nikt nie został zdyskwalifikowany. 

 

To bardzo dużo, jak na stosunkowo trudną trasę tegorocznego maratonu. Na trudność tej trasy złożyły się: nieco większa niż zazwyczaj suma przewyższeń, rekordowe ilości błota na sukcesywnie zwilżanej deszczem trasie i związana z tym zmniejszona przyczepność obuwia do podłoża, gęsta mgła spowijająca szczególnie górne partie Ćwilina oraz odcinek specjalny w postaci Linii Obowiązkowego Przejścia Percią Borkowskiego pod Luboniem Wielkim. Wyniki osiągnięte przez ogół uczestników X Jubileuszowego MEMP Kierat 2013 świadczą o ich bardzo dobrym przygotowaniu...

 

k

Punkt nr 10 i obmyślanie trasy wraz z Darkiem kompanem 

Foto: Michał Bubel

 

KIERAT MOIM OKIEM 2013

 

Tegoroczny Kierat to popis budowniczego trasy, to wreszcie taki Kierat na jaki przez te wszystkie lata sobie zapracował na swoją już kultową renomę, to Kierat przez duże K. Minimalna ilość asfaltu, trudność terenu, ostre pionowe podejścia, czyli lufy, prawie non stop teren, do tego wymarzona pogoda do ścigania. To był taki Kierat  jaki poznałem 4 lata temu z chaszczowaniem przez większą część terenu. Rzekłbym ze Kierat wrócił do swych korzeni.

 

Start w Limanowej po raz trzeci ramię w ramię z Darkiem. W drodze na pierwszy punkt tradycyjnie ploteczki z ostatniego roku, następnie ustalamy taktykę.

 

Pierwsze podejścia i chaszczowanie zaczyna się już w drodze na drugi punkt tnąc na azymut przez Masyw Łopienia.  Punkt ten i następny w Dobrej nie stanowi większego problemu.

 

Zabawa zaczyna się w drodze na Ćwilin spowijająca gęsta mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów, czasami nawet do 2 metrów. Do tego zapadająca ciemność i ostre podejście na Ćwilin,  bardzo ostre.

 

Na szczycie polany, mgła tak gęsta, ze krzyczę do punktu: Hop Hop punkcie, gdzie jesteś szukamy Cie?! Nagle z kilkunastu metrów odzywa się punkt : tu jestem i nawet podbijam karty!Smile.

 

Po podbiciu 4 punktu mglistym, okropnie mglistym, tak mglistym ,Że po odpaleniu czołówek jest jeszcze gorzej, napieramy żółtym szlakiem do Mszany Dolnej na punkt nr 5. Mimo nieodpalonej czołówki i trudnego terenu we mgle przesyłam informacje (SMS-y)do Tomka111 co się dzieje na trasie. Smile.

 

Punkt w Mszanej znajduje się na wschodnim brzegu Mszanki, którą to nie wiedząc jeszcze będziemy przeprawiać na druga stronę.

 

Mgła mocno spowalnia i utrudnia prawidłowe poruszanie się po szlaku. Jest tez bardzo błotnisto. Buty co rusz jak podeschną to znów mokre i tak w kolo błotka.Smile.

 

 

Urywamy się grupce z która chwilami pokonywaliśmy ten odcinek i nowatorską w tym momencie droga napieramy niemal wprost na punkt nr 5. Wypadliśmy z terenu jedynie jakieś 50m od punktu Smile.

 

Podbijamy karty i lodowatą przeprawą przez rzekę Mszankę przedostajemy się na drugi brzeg. Oczywiście była opcja dorzucić drogi na most, ale szkoda czasu i zabawy. Po tzw. progu spowalniającym nurt rzeki, murku śliskim i z coraz głębszym i silniejszym nurtem pokonujemy rzekę szeroka gdzieś na 10m. Buty w dłoń i na drugi brzeg goń goń goń.

 

Pierwsze kroki ostrożne ślisko, ale im dalej to lepiej za to nurt silniejszy i głębszy. Darek idąc za mną ponagla : szybciej bo mi już stopy odpadają i nie wytrzymam.

 

No cóż trzeba było przyśpieszyć. Lodowata woda wspaniale podziałała na stopy, oj ulga rewelacyjna. Byli też tacy co w butach napierali przez rzekę co w dalszej perspektywie chyba ich spowolniło np. gość wykręcał skarpety, którego minęliśmy już na czarnym szlaku w drodze na punkt nr 6, czyli Stok Adamczykowej.

 

Tuż po przeprawie rzeki, zaraz za nami wpada ekipa Sławusia, stary znajomy ultras, jest ich tam dobre z 15 osób,  co jak się okaże etap nocny będziemy pokonywać razem. Z tego co pamiętam momentami było nas tam ze 20 osób. Bardzo długi tramwaj, ale też bardzo wesoły i zgrany. W grupie tej były m.in. 4 pierwsze kobiety tegorocznego Kieratu w tym legendarna zwyciężczyni Czeszka Magda Horova.

 

Najweselszym momentem, chyba była scenka, gdy w drodze na Glisne punkt 7, zatrzymaliśmy się na chwilę na rozwidleniu dróg. Jakiś jegomość poszedł za potrzebą, dokoła terenu tyle, do wyboru do koloru, ale akurat upatrzył sobie taka miejscówkę, gdzie jak się do niej skierował, to usłyszał: ZAJĘTE.

 

Miejscówkę okupowały już kobiety, no ubaw na całego, dokoła lasy, łąki a tu taki numer, Zajęte. Hehe Smile. Kierat.

 

Na punkcie 7 - punkt żywieniowy, z tym ze jeść nie bardzo było co, umiesz liczyć licz na siebie.

 

Po lekkiej pożywce (własnej) ruszamy na kolejną lufę - Luboń Wielki. Długie ostre podejście. Momentami jak koty wbijamy się w szlak i pniemy w górę. Na górze punkt nr 8.

 

Pomiędzy 8, a 9 punktem budowniczy trasy wprowadził LOP, czyli Linia Obowiązkowego Przejścia. Był to odcinek bardzo wymagający, szczególnie w tych nocnych mglistych warunkach. Perć Borkowskiego, bo tędy prowadził LOP, to bardzo trudny szlak, wymagający ogromnej ostrożności i gimnastyki. To właśnie tutaj noga utknęła mi między głazami, tak, że nie mogłem jej wyciągnąć. Zaklinowała się, dopiero po odepchnięciu głazu mogłem uwolnić stopę.

 

Na końcu relacji dam link do Perci Borkowskiego, jeśli będziecie w tym rejonie musicie tu zajrzeć koniecznie i zaliczyć ja, niekoniecznie w nocy Smile.

 

Na tym odcinku na chwile odprężyłem się i nie spoglądając na mapę podążyłem za Sławusiem i jego bandą.  Sławuś to wybitny nawigator, naprowadził nas po ostrym chaszczowatym zejściu na punkt, który znajdował się w Kamieniołomie.

 

Z punktu 9 na 10 Poręba Wielka - rozwidlenie dróg, można się na chwile odprężyć, jednak trzeba być czujnym, droga mimo, że po szlaku właściwie, ale jest noc i łatwo można przegapić zakręt. Góral spod Nowego Sącza wykazał się tą czujnością i skręcamy we właściwy kierunek.

 

Tradycyjnie już 3 godz. z minutami zaczynają ćwierkać ptaszki, co zwiastuje rychły świt. Tej nocy mimo fatalnej prognozy pogody nie odczuwało się zimna i nie padało też, a zapowiadano deszcz już od samego startu. Chmury wisiały cały czas, choć przez kilka momentów coś się przejaśniło w nocy.

 

k

FOTO : Adam Bielak

 

 

Już nie pamiętam, pomiędzy którymi punktami to było, ale przeprawialiśmy się przez ogrodzenia pod napięciem, mierżąc się wzrokiem z bykami i skacząc przez jeszcze jakieś ogrodzenia. Wesoło było.

 

Jak zastanawiasz się jak pokonać 2 metrowe ogrodzenie to oto sposób: rzucasz mapę i nie masz wyjścia musisz już chybać na drugą stronę, oto mój sposób.Smile

 

Gdy docieramy do punktu nr 11 jest już od dawna widno, po krótkim postoju na herbatę Sławuś po okrzyku : BANDA JEST? Ruszamy dalej na przód do punktu nr 12 mieszczącym się na polu biwakowym. Już na tym odcinku grupa nocna szarpie się i topnieje z każdym kilometrem. Multum wariantów pozwala każdemu na rozwiniecie skrzydeł.

 

Z Darkiem nawigacja na tegorocznym Kieracie idzie nam bezbłędnie, po zaliczeniu punktu nr 12 zostawiamy przesympatyczna bandę Sławka i obieramy już własne warianty. Z Darkiem to już trzeci Kierat uzupełniamy się doskonale, z roku na tok poprawiając się w każdym elemencie, w tym najważniejszym nawigacji.  

 

Multum dróg, przecinek i gęsty las na wzgórzu w drodze na punkt nr 13, daje dużo możliwości, łatwo tez zatracić się i zmarnować czas. Jednak tutaj nawigacja pod moim dowództwem przebiega idealnie na punkt znajdujący się na polanie.

 

Po zaliczeniu punktu nr 13 należy zbiec w dół,oczywiście chaszczujemy pokonujemy jakieś strumyki, by po przekroczeniu drogi znów zapychać pod górę i to ostro. Troszkę nas rzuciło za bardzo na prawo i chaszczujemy mokrą wysoka trawą. Zresztą cały ten Kierat to mokro w butach. Łąki tniemy na azymut we czwórkę, po drodze dołącza do nas Koń. Piękny ogier z długą grzywą. Tak nas polubił, że szedł za nami dobre ze 100m, popychając jednego z naszej ekipySmile .

 

Po naprowadzeniu na 14 punkt, gdzie chłopaki rzucili się na kabanosy  GOPR-u, nawet jakiś miejscowy kundelek miał smak na nie,  pozostaje nam ostatnie podejście na punkt 15,a później już tylko 8km asfaltu do mety Smile.

 

W drodze na punkt 15 zaczyna padać, co jednak przynosi tylko uśmiech na mej twarzy i dodatkowe siły. Dużo nie popadało, ale na tyle fajnie by móc sobie pohasać jeszcze te ostatnie km po mokrym w deszczu lesie.

 

Zaliczamy punkt nr 15 i pokonujemy ostanie 8km po asfalcie do mety, mając przed sobą zwyciężczynie  Czeszkę. Nie gonimy jej, pozwalamy jej odskoczyć ostatecznie, nie mamy sumienia wyprzedzać jej, ani nawet rzucać wszystko na jedna szale i walczyć o pierwsza 20.

 

 Jesteśmy bardzo zadowoleni z siebie, wspaniały czas dla nas, bezbłędna nawigacja, fenomenalna trasa, pogoda, przygoda,ludzie. Te kilka miejsc wyżej nie wiele i ta by zmieniło. W porównaniu z poprzednimi Kieratami robimy milowy skok, uzyskując tym samym nasz najlepszy wynik, poprawiając zeszłoroczny o 3 godziny !!!.

 

Oczywiście Kierat Kieratowi nie równy, bo trasa jest inna i nigdy nie wiadomo co się wydarzy i jak pójdzie nawigacja, nie mniej można już określić po takich wynikach miejsce w szeregu, wierzę, że za rok będzie jeszcze lepiej, bo podkręcimy tempo.

 

k

META !

Foto: Darek Bielak

 

Zajmujemy ex quo 23 miejsce z czasem 16h48min i jesteśmy szczęśliwi, a to co przeżywamy podczas tych napierań to nasze i nikt nam tego nie zabierze. Kierat to jest jedyna impreza, która chce zaliczać co roku bezwzględnie, jak tylko warunki życiowe pozwalają. To był mój już 4 z rzędu i chce jeszcze Smile.

 

wlodec - Raw Vegan Run

 

 

Link do Perci Borkowskiego ( wikipedia)

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Per%C4%87_Borkowskiego

 

 

 

 

 

 

 

 

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

Nareszcie swobodny dzień w moim intensywnym życiu. Nie pozostaje nic innego jak wybrać się w najbliższe górki (ze względu na zmianę nocną w tym samym dniu). Godz. 3:30. Pobudka! Szybkie spakowanie plecaka, zrobienie śniadania i w drogę do katowickiego dworca PKP. Polecam zwiedzenie dworca, który ma być jednym z najpiękniejszych nie tylko w Polsce, ale i w Europie! Udaję się do Kasy Kolei Śląskich i pierwszy raz kupuję bilet SilesiaWeekend (informacja dostępna w internecie na stronie Koleji Śląskich) i dokładnie o godz. 5:31 w przepełnionych wagonach jadę do stacji Bielsko-Biała Leszczyny. Po godzinie i dwudziestu minutach wysiadka. Zastaje mnie drobny deszczyk i słaby wiatr. Przede mną plan ambitny, więc po ubraniu kurtki przeciwdeszczowej natychniast ruszam w drogę! Na początku asfalt, którego nigdy nie lubiłem i staram sie go pokonać jak najszybciej. Na wysokości kościoła w Straconce szlak czerwony dobrze oznakowany skręca w lewo, po godzinie osiąga znaczną wysokość i dochodzimy do wierzchołka Czupel, ale nie tego najwyższego w Beskidzie Małym. Potem spokojną, przyjemną wędrówką poprzez Gaiki, Groniczki, Przeł. u Panienki dochodzimy do Chrobaczej Łąki gdzie stoi potężny krzyż. Warto sie przy nim zatrzymać, aby przeczytać informację. Z Chrobaczej Łąki można sobie wybrać jedną z dwóch tras prowadzących do Międzybrodzia Bialskiego. Szlakiem czerwonym przez zaporę w Porąbce lub szlakiem żółtym (także dla rowerzystów). Dochodzę do Miedzybrodzia Bialskiego i tutaj zaplanowana godzinna przerwa! W miejscowości tej krzyżuje sie wiele szlaków, ale dla lepszego poznania tej pięknej okolicy proponuję przyjazd samochodem. Drugie śniadanie zjedzone, herbata wypita, więc czas na osiągnięcie najwyższego szczytu Beskidu Małego. Czerwony szlak skręcający w prawo od szosy Miedzybrodzie Bialskie - Żywiec ostro idzie ostro pod górę! Potem jest już nieco lżej, ale cały czas pod górę. Tuż przed szczytem rozwidlenie szlaków. Czerwony zbiega do Łodygowic, z lewej strony niebieski z Czernichowa podąża w kierunku Magurki. Na tym szlaku znajduje się najwyższy szczyt Beskidu Małego. Po ok. 2 godzinach osiągam najwyższy szczyt Beskidu Małego czyli Czupel! Niestety na szczycie brak jakiejkolwiek informacji na temat osiągnięcia tego szczytu. Dwie ławeczki, kopczyk i grupa młodego towarzystwa to zbyt mało! Po krótkiej przerwie udaję się do schroniska na Magurce, gdzie nawet w pochmurny dzień bardzo duży ruch. Rozwidlenia szlaków w bardzo różnych kierunkach. Nie lubie hałasu i tłoku w górach, więc szybko czerwonym szlakiem udaję się do stacji PKP w Mikuszowicach Śląskich, a stamtąd jadę do Katowic. Wycieczka udana, tylko szkoda, że widoki były bardzo ograniczone. Może jak bede następnym razem pogoda dopisze:-)

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

 2011_04_25 Lubomir 904 m n.p.m. - Beskid Makowski

Tydzień później były Święta Wielkanocne i udało mi się wyprowadzić całą rodzinkę na Lubomir, w wielkanocny poniedziałek. Typowy, świąteczny, rodzinny spacer nie górska wyprawa. Do schroniska na Kudłaczach dojeżdża się samochodem na odległość 300m. W godzinach przedpołudniowych pusto. Nie ma nikogo.

Schronisko na Kudłaczach

Widać wszyscy uczciwie w domach świętują. Dopiero od schroniska zaczyna się wędrówka.

W drodze na Lubomir - widok z Trzech Kopców

Lekko, miło i przyjemnie. Śmiech towarzyszy nam non-stop. Nie zwracam w ogóle uwagi na znaki, bo mam najlepszą na świecie obstawę osobistą. Żartom nt. "mama w lesie gubi się za pierwszym drzewem" nie ma końca. Rodzą się kosmiczne pomysły jak mamę wyposażyć na następną trasę żeby się nie zgubiła. Propozycja: towarzyszyć mamie - odpada 2:1. Nie mam siły przebicia w TYM towarzystwieL, ale też nie ma zmartwienia - na którymkolwiek szlaku mama się nie zgubiła - zawsze się znajduje.

Wiosna, pogodny dzień, świąteczny nastrój, stosowna do daty w kalendarzu wałówka - po prostu super. Wracamy tą samą drogą. W schronisku na Kudłaczach postój. Po południu okazało się, że byli tacy co podjechali zupełnie pod schronisko. Jest około 15-tej. Frekwencja zdecydowanie wzrosła, ale fajnie posiedzieć jeszcze na świeżym powietrzu. W powrotnej drodze, co się nie zdarza na solowych wyprawach - kwiaty dla kierowcy - dziś mama wszędzie skręcała jak trzeba. Z dwoma pilotami w samochodzie to nie problemJ.

W drodze powrotnej kwiaty dla kierowcy:)

 

2011_04_29 Mogielica 1170 m n.p.m. - Beskid Wyspowy

 

Jest piątek 29 kwietnia. Zaczynam w Jurkowie ok. 9-tej rano. Na początku zwraca uwagę starannie utrzymany kościół.

Kościół w Jurkowie

Niebieski szlak prowadzi przez centrum wsi w dwie strony. „Prywatną"-  metodą w prawo - znaczy się w lewo, skręcam we właściwą. Prognoza nie na cały dzień była pomyślna, ale ranek jest słoneczny. Na polach już widać wiosnę. Zieleń zaczyna być dominującym kolorem. Cisza, spokój, nikogo w pobliżu. Z każdym krokiem w górę to „pobliże" robi się większe. Z przyjemnością można pomyśleć, planować. Najlepszy czas w roku dopiero się rozpoczyna. Nadzieja na piękne lato. Co w tym roku zrobimy?

Nazajutrz wyjeżdżam do Słowackiego Raju na długi weekend. Spotkam nowe planetarne towarzystwo. Kogo spotkam? Zawsze jakiś margines obawy przed, który potem okazuje się zbędny. Przynajmniej dotychczas tak bywało.

Lubię takie samotne wędrowanie. Mam czas na wyciszenie i przemyślenia. W końcu czymś trzeba się zająć przez parę godzin. Czas wyłącznie dla siebie.

W lesie jeszcze drzewa nie okryły się liśćmi. Widać co nieco w okolicy.Na niebieskim szlaku z Jurkowa na Mogielicę

Na ziemi zeszłoroczne liście, ale fiołki już są.

Wiosna, wiosna, wiosna-zakwitły fiołki

Wzdłuż całego szlaku stacje drogi krzyżowej. Początkowo myślałam, że to przydrożna kapliczka. Zwróciłam dopiero baczniejszą uwagę, jak kapliczki zaczęły się systematycznie powtarzać.

Stacje Drogi Krzyzowej na niebieskim szlaku na Mogielicę

Mogielica zdobyta. Na szczycie kilka osób. (można tu dojść trzema szlakami z pięciu różnych kierunków), 1 rowerzysta - ekstremista i quadowiec. Wrrrr...

Wieża widokowa z daleka psuła co prawda panoramę, ale teraz korzystam z niej. Widoki jakie oferuje uzasadniają jej obecność.

Panorama z wieży widokowej na Mogielicy

Spędzam na wieży sporo czasu, ale pora zmykać. Chmur gromadzi się coraz więcej. Ludzie już odeszli, zostałam sama. W razie burzy...

Widok z zejścia zielonym szlakiem z Mogielicy

Zielonym szlakiem na Przełęcz Rydza Śmigłego. Miałam zamiar wejść jeszcze na Łopień, ale burza jest tuż, tuż. Trasa wiedzie przez las - lepiej nie. Na przystanku autobusowym jakaś mama czeka z parasolami na dzieci, które przyjadą szkolnym autobusem. Korzystam z okazji i zjeżdżam nim do samochodu w Jurkowie. Burza ostatecznie nie zebrała się. Trasę zrobiłam niecałą, ale szczyt Mogielicy zdobyty. W mojej Koronie dziewiąty. ...

 

2011_05_21 Babia Góra 1725 m n.p.m. - Beskid Żywiecki

 Byłam na Turbaczu z Helą, na Radziejowej z Jurkiem, na Babią Górę idę z Helą i Jurkiem.

Startujemy z Przełęczy Krowiarki. Pogoda zapowiada atrakcje. Nie utrzyma się cały dzień.

Deszcz dopada nas w lesie jeszcze przed Sokolicą. Zatrzymujemy się pod drzewem bo to tylko zlewa. Ja testuję nową pelerynę, Jerzyk ma kurtkę, która nie przemaka, ale ostatecznie wszyscy są zmoczeni. Mój plecak też, bo postawiłam na ziemi i woda dołem go załatwiła. Dopiero początek trasy, a już jest ciekawie.

Na Sokolicy świeci słońce. Troszkę się osuszamy i chwila przerwy.

Po deszczu, na Sokolicy z Heleną

Ruszamy w górę. Burzy nie było przed Sokolicą to dopadła nas na podejściu na Babią. Pociemniało zdecydowanie. Zdjęcia piękne bo chmury na niebie, urozmaicają to co mgły przysłaniają na ziemi.

Widok w stronę Babiej z podejścia

Początkowo tylko grzmoci i leje. Sporo ludzi jest na szlaku. Większość zdecydowana zawraca. My póki co idziemy do góry, a robi się coraz groźniej. Szkoda nam wycieczki. Jeszcze nawet pół drogi nie zrobiliśmy. Cytujemy bezpieczne zasady zachowania w czasie burzy.

Unikać cieków wodnych - schodzimy ze ścieżki, którą szoruje woda jak potokiem ze 2 metry w bok.

Unikać wielkich skał - odsuwamy się od skały parę metrów niżej.

Unikać wysokich drzew - stoimy w kosówce, pod  drzewkiem, ale niewielkim. 

Nikt nie kwapi się do odwrotu, albo raczej wszyscy nadrabiamy miną, żeby nie być tym pierwszym, który wymięknie. Zaczynają walić pioruny. Miny nam rzedną, na odwrót jednak już za późno. Przeczekaliśmy i udało się, ale nikt z nas specjalnie mądrością nie zgrzeszył. Burza przeszła, my poszliśmy dalej. Na grani wiatr dawał się we znaki, widoczność się popsuła, deszcz nadal padał, ale humory dopisywały i nie było tłoku.

Wierzchołek mi się nie podobał. Nadmiar zbędnych elementów. Murek, cokół, tablice „ku chwale", tyczki traserów, znaki polskie i słowackie - za dużo!!!

Nadmiar

Deszcz w końcu ustał, ale jest chłodno. Odpoczynek, posiłek i maszerujemy dalej. Być może wejdziemy na Małą Babią, ale jak się później okazało nie weszliśmy. Na zejściu ładna panorama. Chmury podniosły się trochę.

Panorama z Babiej Góry

Z Przełęczy Brona zeszliśmy do schroniska w Markowych Szczawinach. Elegancka toaleta to plus, reszta nie powinna nazywać się schroniskiem. Restauracja pełna więc z przyjemnością odpoczywamy na powietrzu. Trochę żałujemy, że nie weszliśmy na Małą, ale i tak jest ok. Pogoda się poprawia. Przed zachodem nawet słońca zażyliśmy.

Schodzimy na powrót na Przełęcz Krowiarki

Schodzimy na powrót na Przełęcz Krowiarki, tym razem niebieskim szlakiem.

 

2011_06_3-5 Skrzyczne 1257 m n. p. m. - Beskid Śląski

 

Na Skrzyczne - z wątpliwościami czy dojazd komunikacją publiczną uda się jako tako - wyprawa super. Najpierw komunikacja publiczna okazała się zaskakująco skuteczna na naszej trasie i bez przestojów byłyśmy w Szczyrku przez Bielsko, w piątek, przed 20tą. Plan A -wejść w piątek na Skrzyczne i nocleg w schronisku, plan B - gdyby za późno było - nocleg w mieście. Poszło sprawnie - no to w górę!

Piękny zachód słońca nad Pasmem Klimczoka. My w górę, słońce w dół. Wspaniała kolorystyka. Cudne zdjęcia, ale to kosztuje czas bo najpiękniej mamy za, a nie przed sobą czyli zatrzymujemy się nieustannie.

Zachód słońca nad Pasmem Klimczoka

Po zachodzie wierzchołek zaczyna "ubierać się" w chmury. W las wchodzimy już o szarówce. Słychać pierwsze pomruki burzy gdzieś bokami. Co nam błyskawica "odpali" gdzieś za plecami - to mocniej napieramy z buta - bo nie ma, że boli - dojść trzeba. Weszłyśmy w chmurę. Widoczność kilka metrów. Ciemno i mgła, ale szkoda czasu na szukanie latarek. Jeszcze oczy stopniowo przyzwyczajane do ciemności widzą co nieco. Chyba zeszłyśmy ze szlaku. Kierujemy się na czerwone światła masztu na szczycie. One wskazują nam kierunek. Już jesteśmy prawie na wierchu, ale nic nie widać i zaczęło padać. Co tam padać - lunęło! Na okrycia też machnęłyśmy ręką. Za późno. Przemoczyło nas natychmiast, a poza tym już koniec trasy. Wiemy, że schronisko 3 kroki stąd, ale w którą stronę? Jak ćmy kierujemy się dalej na światła. Najpierw spenetrowałyśmy zabudowania wyciągu, potem obiekt techniczny przy maszcie i dopiero metodą "na macanta" - trzecie było schronisko:) Dobrze, że już nic więcej nie świeciło na Skrzycznem:) Tyle świateł było przed, ale nad drzwiami wejściowymi żarówki nie było. Dokładnie okrążyłyśmy jeszcze budynek, aby znaleźć drzwi wejściowe. Chyba żeby nie było za krótko w deszczu.

Na szczęście bar jeszcze był czynny i załapałyśmy się na gorącą herbatę no i był nocleg, bo mało ludzi było. Nie miałyśmy rezerwacji. Zrobiłyśmy wrażenie na kilkorgu ludziach w barze swoim nocnym wejściem na mokro.

Schronisko ze wszystkimi atrybutami górskiego schroniska, bez znamion bycia hotelem. Opiera się tendencji czasów. I dobrze. Nocleg w pokoju 6-osobowym, ale luz - byłyśmy same.

Ranek z piękną pogodą. Zanim wstałam Hela już obfotografowała wschód słońca i odbyła długi spacer. Celem na sobotę jest Barania Góra, a dalej - zobaczymy. Może Czantoria? - rozmarzamy się przez chwilęJ. Nie mamy ani samochodu, który zmusza do powrotu w to samo miejsce, ani rezerwacji noclegu, który zmusza do dotarcia pod konkretny adres. Dokąd nogi doniosąJ.

Jeszcze zdjęcia w i przed schroniskiem i żegnamy Skrzyczne.

Schronisko na Skrzycznem

Poranek po wczorajszym deszczu rześki. Zaczynamy nie nazbyt wcześnie bo po ósmej, ale wysoko więc nie ma ludzi. Mijają nas trzej rowerzyści, później dochodzimy trzech innych gości na szlaku. 11 perłę do mojej KGP zdobyłam nocą:) O poranku szybciutko opuściłyśmy wierzchołek i reflektuję się, że jakoś tak mimochodem mi to Skrzyczne przeleciało, więc jeszcze rzut oka wstecz.

Rzut oka wstecz na Skrzyczne

Fajny szlak, widoczność niezła (przynajmniej do południa). Typujemy nazwy kolejnych wierzchołków przed nami z umiarkowanym skutkiem. Zaaferowana widokami i rozmową zaliczam zderzenie ze złamanym konarem. Ramię skaleczone, na szczęście niegroźnie. Pod Baranią zaskakująco zmasakrowany las. Dopiero na wierzchołku Baraniej jest kilkanaście osób.

W południe jest gorąco, parno, duszno - może być burza. Jak było daleko do tej wyprawy drugim punktem, programu miały być źródła Wisły. Jak już jesteśmy na szczycie rezygnujemy z nich. Idziemy do przodu. Jeszcze jesteśmy na etapie, że może by tak Czantoria? Ostatecznie do Czantorii nie doszłyśmy i źródeł Wisły nie widziałyśmy. To bezprecedensowy minus wycieczki.

Na Baraniej Górze z Heleną

W schronisku na Przysłopie burza zatrzymuje nas na ponad godzinę. W końcu można iść dalej. Szeroka, płaska droga leśna - prowadzimy „międzyplanetarną", sms-ową korespondencję.

Spotykamy gościa, który zabawia się GPSem w komórce. Zagaduje nas:

- Panie też eksperymentują ścieżkami pozaszlakowymi jak ja?

- Nie, my jak najbardziej szlakiem tylko.

- No to są Panie poza szlakiem.

No to panie zawracają i skupiają się na obserwowaniu znaków. Więcej sms-ów nie będzie.

Czerwonym dochodzimy przez Stecówkę na Przełęcz Szarcula. Rezygnujemy z Kubalonki bo kierowanie się na lewo oddala nas od Szczyrku. Szosą, która oznakowana jest jako ścieżka rowerowa obok Zameczku Prezydenta RP dochodzimy nad Jezioro Czarniańskie, na przystanek autobusowy Czarne Duże chyba. Busa dziś już nie będzie. Musimy się dostać do drogi 942. Noclegu nie mamy, ale pasuje nam w Szczyrku. Minuty mijają jak samochody, które się nie zatrzymują. Zaczynam wątpić w powodzenie na końcu dnia. Perspektywa kilku kilometrów z buta asfaltem mnie nie zachwyca. Wcale nie jest z górki. Hela już by szła, ja się opieram. Stałyśmy z pół godziny zanim zatrzymało się cinquecento. Pani za kierownicą była tak miła, że podrzuciła nas na właściwy przystanek wylotowy, przy właściwej drodze. Stąd jak nie wyjedziemy to ostatecznie można tu noclegu próbować szukać. Znów z pół godziny zeszło, ale udało się. Zabrał nas pan z Tarnowa, również wracający z górskiej wycieczki.

Elegancki nocleg w Jesionie na ulicy Zdrowia znalazłyśmy bez problemu.

Jeszcze piękny, ciepły, długi wieczór na werandzie. Można pomilczeć, pogadać, skomentować przygody, przerzucić pod powiekami kalejdoskop widoków minionego dnia. W takich chwilach czuje się pełnię własnego istnienia. Nogi bolą, a lekkość człowieka ogarnia niezmierna. Kawał drogi przeszłyśmy. Jesteśmy zadowolone. Planujemy jutro.  Na dobranoc nie odmówiłyśmy sobie jeszcze nocnego spaceru po Szczyrku. Sobota była udanaJ . Wieczór przemknął błyskawicznie.

Nazajutrz niedziela 2011_06_05 - przez Klimczok, Szyndzielnię do Bielska i powrót do domu.

Duży wybór tras ze Szczyrku:)

Dzień wg schematu: rześki poranek, potem gorąco, parno i burza.

Przeczekujemy opad w schronisku na Szyndzielni. Dwukrotnie zbieramy się do odejścia i dwukrotnie nas zatrzymuje bo chmura wraca. Niecierpliwię się. Wolałabym czekać na dworcu w Bielsku. Być może o ten kwadrans czy dwa tracimy doskonałe połączenie. Wreszcie po deszczu jest. Na sucho dochodzimy do przedmieść. Na trasie zagadnęłam jedną Panią - bielszczanka na spacerze. Mamy nieocenione źródło info z pierwszej ręki - którym autobusem, dokąd dojechać i gdzie wysiąść. W międzyczasie ulewa wróciła nad miasto. Opuszczamy Bielsko w deszczu.

Teraz to już niczemu nie przeszkadza. Trzy dni w Beskidzie Śląskim zaliczamy do bardzo udanych. Wyprawa na jedenasty szczyt mojej KGP, ósmy w tym roku - atrakcyjna. Jeszcze 17.

Na ówczesną chwilę wyglądało na to, że z KGP wszystko co w tym roku mogłam zrobić - zrobiłam. Przyszłość okazała się jednak zaskakująco różna od krótkoterminowej perspektywy jaką wtedy mogłam dostrzec - KGP zdobywała się dalej, ale o tem - potemJ

cdn.

TagiTagi:  
1 Styczeń, 19701 Styczeń, 1970 5 komentarze Trekking Trekking

 

2011_11_19 Tarnica 1346m n.p.m.

Mógł wyjazd nie dojść do skutku, ale udało się! W piątek po pracy minimum obowiązków domowych do zrobienia i w drogę.

O 20-tej dojeżdżam do Wetliny. Nauczona zeszłorocznym doświadczeniem, że po 22-giej już nikt nie chciał mnie do domu wpuścić dzwonię na jedyny nr jaki zanotowałam, (Hotel PTTK w Ustrzykach Górnych) aby zapowiedzieć się z noclegiem. Poszło bez problemów.

Sobota rano - za oknem jest ok, ale górą mgła i chmury.

- Jak dostać się na przystanek autobusowy Widełki (6km)? Kręcący się po hotelu Pan wyglądający na miejscowego zgodził się podwieźć mnie tam moim samochodem. I już. Problem rozwiązany.

8.45 startuję na niebieski szlak. Przejdę Bukowe Berdo, Tarnicę, być może Halicz - to zależy od pogody. Przewiduję powrót do Ustrzyk jeśli z Tarnicy lub do Wołosatego jeśli z Halicza. Rzeczony Pan, deklaruje, że w razie czego wyjedzie po mnie do Wołosatego (w końcu ma czym) i przewiduje, że zachmurzenie górą utrzyma się cały dzień. Nie dodaje mi tym otuchy, ale co tam...

Na wstępie zmrożony potok. Temperatura +1, ale musiał być niezły mróz.Na początku przymrożony potok bez nazwy

W lesie sucho. Gruba warstwa szeleszczących liści pod stopami. Gałęzie drzew zupełnie nagie. Nie zdążyłam na bieszczadzką, kolorową jesień. Na dole stał jakiś samochód. Teraz na oszronionej ścieżce znaczy się ślad czyichś stóp czyli ktoś idzie przede mną. To mi dodaje otuchy, chociaż obaw niewiele. Szlak oznakowany doskonale. W zasięgu wzroku po kilka znaków na raz.Szlak oznakowany doskonale

Fajnie się idzie. Jest mi ciepło, cicho i w ogóle super. Cieszę się niezmiernie, że tu jestem.

Wreszcie wychodzę z lasu, zaczyna się połonina. Sentymenty trącają struny w sercu. Przypomina mi się stara harcerska piosenka: „...tam gdzie nie ma szosy, wąskiej ścieżki ślad, właśnie tędy poprowadzi nas bieszczadzki szlak..." Ech, kiedy to było? Im dalej od tych czasów, z tym większym sentymentem pragnę wracać Bieszczady.

Tam gdzie nie ma szosy...poczatek Bukowego Berda

Jeszcze kilkadziesiąt metrów i będę na grani. To jest to!!! Wzdłuż Bukowego Berda mam niezłą widoczność. Nie mam z kim podzielić się radością więc uśmiecham się do siebie i bardzo pasuje mi ten stan rzeczy. W dużej odległości od siebie dostrzegam w którymś momencie trzy osoby na szlaku.

Z lewej widzę nawet kolory jesieni, odrobinę błękitu na niebie. Prawa strona w chmurach. Mgły przesłaniają dolinę. Przelewają się, podnoszą do góry, ale zwał chmur nad Tarnicą trwa nieporuszony.Na grani z Tarnicą utrzymuje się zwał chmur

Niedobrze. Nie żeby groźnie, ale nie będzie widoków. Mój szlak skręca w prawo. Muszę wejść w chmurę i wchodzę. Mija mnie z przeciwka jeden człowiek. Mówi, że nie ma problemów bo wszędzie tylko szron nie śnieg, ścieżka jest widoczna. Wobec tego spoko.

Na Przełęczy Goprowców 1160m n.p.m. odpoczynek. Już  3 i pół godziny maszeruję bez przerwy. Gorąca herbata i kanapki jak zawsze w takiej sytuacji - pyszne. Zastana