Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Artykuły
Trekking dookoła Dhaulagiri 8167 m n.p.m
26-06-11

 

Dhaulagiri w łoskieTREKKING. Nazwa szczytu, oznaczonego przez Indyjską Służbę Topograficzną numerem XLII, wywodzi się z dwóch sankryckich wyrazów Dhavala Giri i oznacza Białą Górę. Kiedy pierwsi podróżnicy docierający w Himalaje pytali miejscową ludność o nazwę dominującego nad okolicą szczytu, otrzymywali odpowiedź - Dhaulagiri. Prawdopodobnie zaskoczeni tym pytaniem, podawali pierwsze oczywiste określenie, jakie im przychodziło do głowy. Przecież większość szczytów w Himalajach jest białych.

 

I wtedy ją zobaczyłem. Po prostu nie do opisania, górę potężną i niewypowiedzianie piękną - Dhaulagiri - Kurt Diemberger

 

Dhaulagiri znajduje się z środkowo-zachodnich Himalajach, oddzielony od pobliskiej Annapurny głęboko wciętą doliną rzeki Kali Gandaki. Wznosi się na wysokość 8167 m n.p.m. Jest siódmym co do wysokości szczytem Ziemi. Przez pewien czas, od pomiarów dokonanych w 1818 roku , aż do połowy XIX wieku, uważany za najwyższą górę świata. Pierwszą próbę wejścia podjęła wyprawa francuska w 1950 roku. W obliczu trudności orientacyjnych, spowodowanych brakiem map i nieznajomością terenu, Francuzi zrezygnowali. Góra poddała się 13 maja 1960 roku wyprawie szwajcarskiej kierowanej przez Maxa Eiselina. Na szczycie stanęli wówczas: Kurt Diemberger, Peter Diener , Ernest Forrer, Albin Schelbert oraz szerpowie: Nawang Dorje i Nyima Dorje. Pierwszego wejścia zimowego dokonali w 1985 roku Andrzej Chok i Jerzy Kukuczka. 8 kwietnia 2009 roku podczas wejścia na Dhaulagiri zginął wybitny polski himalaista Piotr Morawski.


pm

Pamięci Piotra Morawskiego

fot.: Marek Bytom

Trekking wokół Dhaulagiri

Długa, dość trudna technicznie i orientacyjnie trasa pozwala poznać dziką, wysokogórską dolinę Myagdi Khola, otaczającą od południa i zachodu jeden z najwyższych szczytów Nepalu - Dhaulagiri (8167 m n.p.m.). W trakcie trekkingu przekraczamy dwie wysokie przełęcze: Francuzów (5360 m n.p.m.) i Dapa Col (5200 m n.p.m.). W najwyższych partiach trasy często zalega gruba warstwa śniegu. Wymagane jest odpowiednie przygotowanie kondycyjne oraz obycie z dużą ekspozycją.

 

Etapy trekkingu

 

1. Beni (830 m n.p.m.) - Darbang - Dharapani (1560 m n.p.m.)

Z samego rana pakujemy się do wynajętego busa i jedziemy w dalszą drogę. Jazda takim małym samochodem dostarcza wielu emocji. Po trzech godzinach podróży docieramy do końca drogi - wioski Darbang. Osada ta leży po obydwu stronach rzeki Myagdi Khola. W 1988 roku podczas intensywnych opadów deszczu potężne masy ziemi zasypały wieś zabijając 110 osób W miejscowej chacie zjadamy dal-bata (ryż z warzywami i soczewicą). Najedzeni i napojeni udajemy się na szlak. Pierwszy odcinek nie jest długi. Prowadzi częsciowo wykutą w skale ścieżką, która wije się wysoko ponad całą doliną. Późnym wieczorem dochodzimy do wioski Dharapani. Na nocleg zatrzymujemy się w jednej z miejscowych chat, a na kolacje zajadamy się ryżem.

 

2. Dharapani (1560 m n.p.m.) - Muri (1850 m n.p.m.)

Dzień rozpoczynamy skromnym śniadaniem składającym się z tybetańskich chlebów, jajek i dżemu. Rejon Dhaulagiri jest ubogi i inne jedzenie jest tu rzadkością. Z wioski możemy podziwiać piramidę Dhaulagiri. Trasa naszego trekkingu wiedzie przez rozległe pola ryżowe. Pogoda jest piękna, ale upał daje się we znaki. Napotykana ludność z podziwem patrzy na nasze duże plecaki i ostrzega nas, że w dalszej części trasy jest trudno. My jednak jesteśmy dobrej myśli. Wieczorem dochodzimy do Muri, wioski zamieszkałej przez lud Mogarów. W samym jej środku, na boisku szkolnym rozbijamy namioty. W osadzie odbywa się festiwal oraz turniej siatkówki. Dla nas to nowe doświadczenie i z chęcią udajemy się pokibicować miejscowym drużynom, a przy okazji zajadamy się pysznymi pierożkami momo.

 

3. Muri (1850 m n.p.m.) - Boghara (2080 m n.p.m.)

Dziś długi etap przed nami. Z wioski obniżamy się do koryta rzeki, by przekroczyć ją po wiszącym moście. Dalej już wędrujemy dnem doliny wśród bujnej roślinności. W jednym z biwakowych miejsc spotykamy sporą grupę wojska. Z rozmów z nepalskim żołnierzem dowiadujemy się, że oddział został tu skierowany do naprawy szlaku wokół Dhaulagiri, aby był bardziej bezpieczny. Szef brygady wojskowej zatrzymuje nas na dobre dwie godziny. Wykorzystujemy ten czas na relaks oraz na zjedzenie nepalskiej zupy. Gdy tylko dostajemy pozwolenie na dalszą drogę zakładamy plecki i ruszamy. Początkowo szlak trawersuje strome zbocza. W dużej ekspozycji pokonujemy kolejne zakręty. W pewnym momencie dochodzimy do miejsca, gdzie ścieżka urywa się w przepaść. Okazało się że wojskowi trochę przedobrzyli z poprawą drogi i wysadzili całą ścieżkę w powietrze. Teraz na szybko wykuwają stopnie w skale i zakładają poręczówkę. Miejsce to przechodzimy ze sporą obawą. Jest bardzo niebezpiecznie, ale jakoś wszyscy szczęśliwie pokonują przeszkodę. Później, już bez większych emocji dochodzimy do małej wioski Boghara, gdzie zatrzymujemy się na nocleg.

 

4-6. Boghara (2080 m n.p.m.) - Doban (2450 m n.p.m.) - Baza Włoska (3650 m n.p.m.)

Kolejne trzy dni to żmudne zdobywanie wysokości oraz przedzieranie się przez nepalską dżunglę. Co chwilę przekraczamy potoki po prowizorycznych mostkach. Szlak czasami zanika w bujnej roślinności. Już czuć bliskość Dhaulagiri. Nie spotykamy żadnych turystów. Trzeciego dnia dochodzimy do dużej łąki, na której stoją dwa kamienne szałasy. Jest to baza włoska. Nad całą okolicą góruje potężna zachodnia ściana Dhaulagiri I.

 

7. Baza włoska - dzień aklimatyzacyjny (3650 m n.p.m.)

Fajnie jest być w górach i nie musieć nic robić. Można leżeć w namiocie, gotować i podziwiać piękne widoki na zewnątrz. Taki relaksacyjny dzień jest bardzo potrzebny, żeby dobrze się zaaklimatyzować. Jedyną czynnością wymagającą większego wysiłku jest zejście kilkadziesiąt metrów niżej po wodę do gotowania. Po południu do bazy przychodzą miejscowi ze świeżą dostawą jajek. Zatem zamiast tradycyjnego dal-bata, na kolację zjadamy po omlecie z sześciu jaj.

wł

Dhaulagiri - widok z bazy wloskiej

fot.: Marek Bytom


 

8. Baza włoska (3650 m n.p.m.) - baza szwajcarska (3730 m n.p.m.)

Dopiero popołudniu wyruszamy w dalszą drogę. Dziś przed nami tylko trzy godziny marszu do kolejnego miejsca biwakowego. Etap krótki, ale wymagający szczególnej uwagi. Zaraz po opuszczeniu bazy czeka nas wymagające i bardzo nieprzyjemne zejście na lodowiec. Dobrze , że mamy linę i podstawowy sprzęt by założyć poręczówkę. Komin, który musimy pokonac , ma ze dwadzieścia metrów. Po osypujących się piargach i kamieniach wszyscy docieramy do podstawy lodowca. Pokonujemy strome moreny i w końcu naszym oczom ukazuje się cel dzisiejszej wędrówki - mały kamienny szałas. Jest to ostatnie miejsce na trasie, gdzie można kupić coś do jedzenia. Nie zastanawiając się długo, po rozbiciu namiotów rozkoszujemy się pysznym dal-batem. Gdy tylko słońce zachodzi za szczytami, chowamy się do namiotów. Robi się coraz zimniej.

 

9. Baza szwajcarska (3730 m n.p.m.) - baza japońska (4200 m n.p.m.)

Wstajemy bardzo wcześnie. Choć dziś też mamy tylko parę godzin marszu przed sobą, to etap jest niebezpieczny. Szlak do kolejnego miejsca biwakowego wije się w bardzo wąskim kanionie. Z otaczających go ścian grożą nam lawiny kamieni oraz lodu. Dlatego etap ten chcemy pokonać zanim słońce przyświeci na okoliczne szczyty. Udaje się nam to i w pierwszych promieniach dochodzimy do naszego dzisiejszego celu - bazy japońskiej. Rozbijamy namioty, a podczas przygotowywania posiłku obserwujemy małe lawiny, które schodzą z otaczających bazę szczytów.

 

10. Baza japońska (4200 m n.p.m.) - baza Dhaulagiri (4750 m n.p.m.)

Dalsza droga biegnie w górę lodowca. Co chwilę spod zwałów piargu ukazuje się nam szklisty lód. Klucząc wśród szczelin, po pięciu godzinach marszu, dochodzimy do miejsca, gdzie wyprawy zazwyczaj zakładają bazę przed atakiem na Dhaulagiri. W głębi doliny ukazuje się nam szczyt Tukuche z charakterystycznymi fałdami skalnymi. Nad całą bazą dominuje potężna sylwetka 3,5 kilometrowej ściany ośmiotysięcznika, której najbardziej charakterystyczną formacją jest ogromne urwisko zwane Eiger. Sama baza nas trochę odstraszyła. Wszędzie pełno pozostałości po wiosennych wyprawach, do tego unosi się nieprzyjemny zapach bazowej toalety. Nie zostało nam nic innego jak pójść dalej i poszukać innego, przyjemniejszego obozowiska. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce po następnej godzinie marszu.

 

11. Baza Dhaulagiri (4750 m n.p.m.) - Przełęcz Francuzów (5360 m n.p.m.) - Hidden Valley (5100 m n.p.m.)

Pobudka o szóstej rano. Szybkie pakowanie namiotów i całego dobytku. Jest przeraźliwie zimno. Tego dnia każdy swoim tempem podąża w kierunku najwyższego punktu na trasie - Przełęczy Francuzów. Z miejsca obozowiska droga wiedzie łatwym lodowcem bez szczelin. Pierwsze promienie słońca dopadają nas dopiero po czterech godzinach marszu. Droga do przełęczy dłuży się niesamowicie. Po pokonaniu stromych piargów i długiej moreny ukazuje się nam duże wypłaszczenie. Na jego końcu znajduje się cel naszej wędrówki - Przełęcz Francuzów (5360 m n.p.m.). W ciągu pół godziny meldują się tu wszyscy uczestnicy trekkingu. Robimy pamiątkowe zdjęcie, odwiedzamy czorten ku pamięci naszego wielkiego himalaisty młodego pokolenia, Piotra Morawskiego, który zginął niespełna pół roku wcześniej, podczas próby zdobycia Dhaulagiri. Gdy zaczyna mocno wiać schodzimy w dół w kierunku nieznanej doliny. Na ogromnym wypłaszczeniu rozbijamy namioty. Szybkie gotowanie posiłku i każdy wskakuje do swojego śpiwora. Jest bardzo zimno.

hv

Zejście do Nieznanej Doliny (Hidden Valley)

fot.: Marek Bytom


 

12. Hidden Valey (5100 m n.p.m.) - Dapa Col (5244 m n.p.m.) - Yak Kharka (4100 m n.p.m.)

Poranek równie mroźny jak i cała noc. Z namiotu kolegów dobiegają krzyki, u nich w nocy w środku było minus dwadzieścia pięć stopni. Moja herbata, przygotowana poprzedniego wieczoru , zamieniła się w bryłę lodu. Nawet z termosu wylewa się tylko zimna ciecz, ale w końcu jesteśmy w wysokich górach. Śniadanie jakoś za bardzo też nie wchodzi. Udało się zjeść trochę zupy zagryzanej kabanosem. Czas zacząć pakowanie zlodowaciałego namiotu i reszty sprzętu, by wyruszyć w dalszą drogę. Przed nami kolejna przełęcz do pokonania. Osiągamy ją bardzo szybko, bo już po dwóch godzinach możemy podziwiać roztaczające się z niej piękne widoki na całą grupę Annapurny. Po krótkim odpoczynku na przełęczy Dhampus schodzimy w dół. Droga ciągnie się w nieskończoność. Zamiast wytracać wysokość, ciągle trawersujemy kolejne zbocza. Zajmuje nam to dużo czasu. Po drodze nie ma żadnego dogodnego miejsca biwakowego z wodą. W ciemnościach dochodzimy do obozowiska Yak Kharaka.

 

13. Yak Kharka (4100 m n.p.m.) - Marpha (2670 m n.p.m.)

Śpimy do oporu, wychodzimy z namiotów, kiedy słońce dobrze już ogrzewa ich ścianki. Po wczorajszej, długiej trasie należało nam się trochę odpoczynku. Bardzo leniwie zjadamy śniadanie. Na deser ktoś z ekipy wyszukał w plecaku puszkę szynki krakowskiej. Smakowała wyśmienicie. Leniwie pakujemy cały nasz dobytek i schodzimy, do widocznej gdzieś w dole , wioski Marpha. Z miejsca naszego biwaku podziwiać możemy przepiękną panoramę. Jak na dłoni widać krainę Mustang, przełęcz Thorong La i szczyty Nilgiri. Po trzech godzinach schodzenia jesteśmy w cywilizacji. Od razu swoje kroki kieruję do najbliższej lodży, gdzie podają zimne piwo. Ależ smakuje po takiej trasie ! Reszta grupy także rozkoszuje się tym szlachetnym trunkiem. Później oczywiście zajadamy się specjałami miejscowej kuchni. Jako że wioska słynie z jabłkowych sadów, w naszym menu nie mogło zabraknąć momo z nadzieniem jabłkowym oraz Aple Paia - ciasta w rodzaju naszej szarlotki. Później już tylko wygodne łóżko w miejscowym schronisku i pierwsza kąpiel po dwóch tygodniach. W Marpha zostajemy dwa dni, by trzeciego, małym samolotem wylecieć z Jomson do Pokhara. Taki lot dostarcza wielu wrażeń. Z okien samolotu podziwiać możemy ogromną ścianę Dhaulagiri, Annapurnę oraz strzelisty Machhapuchhre. Po dwudziestu minutach lądujemy w skąpanej w słońcu Pokhara. Część grupy udaje się do Parku Narodowego Chitwan, ja natomiast odpoczywam przed czekającym mnie kolejnym wyzwaniem - trekkingiem pod południową ścianę Lhotse, ale o tym w następnej relacji...


zach

Himalaje o zachodzie słońca

fot.: Marek Bytom


Informacje praktyczne

 

Przygotowanie do wyjazdu
Trasa wokół Dhaulagiri jest trudnym trekkingiem. Przed wyjazdem należy być w dobrej kondycji fizycznej i posiadać obycie z dużą ekspozycją oraz znaczną wysokością. Nie polecam tej trasy, jako pierwszego trekkingu w Nepalu. Jest to dobra trasa dla osób szukających czegoś nowego w Himalajach, gdy już mają większość łatwych trekkingów za sobą.

 

Odzież i ekwipunek
Do bezpiecznego przejścia trasy konieczny jest podstawowy sprzęt górski. Należy zabrać kije teleskopowe i raki. W niektórych zalodzonych miejscach oraz gdy cześć szlaku pokryje warstwa śniegu przydatny jest czekan. Na strome zejście z bazy włoskiej do podstawy lodowca warto mieć linę. Należy być przygotowanym na częste zmiany pogody. Koniecznie trzeba zabrać dobry, ciepły śpiwór puchowy. Noce powyżej 4000 m n.p.m. są bardzo zimne. W Hidden Valey nasze termometry wskazywały minus 25 stopni. Konieczne zabieramy namiot - większość noclegów spędza się pod własnym dachem. Trzeba wziąć też palnik, najlepiej na gwint typu coleman. Nie polecam zabierania palnika typu campig gaz, bo są trudności z zakupem do nich butli z gazem. Palnik, jak i gaz, sa do kupienia w sklepach w Kathmandu.

 

Opłaty, pozwolenia i transport

Aby wyruszyć na trasę wokół Dhaulagiri nie potrzebujemy specjalnych pozwoleń. Musimy jedynie wykupić bilet wstępu do obszaru chronionego Annapurna oraz posiadać kartę trekkingową Tims. Za taki bilecik zapłacimy 2000 rupii. Należy posiadać 2 zdjęcia. Fotografia jest także potrzebna do wyrobienia karty trekkingowej. Te formalności załatwimy zarówno w Kathmandu, jak i w Pokhara. Trekking rozpoczynamy z wioski Beni, do której docieramy autobusem z Kathmandu lub Pokhara. Aby skrócić sobie pierwszy etap wędrówki możemy z Bei podjechać busem do wioski Darbag. Ostatni etap trekkingu, po zejściu do Marpha, pokonać możemy w dwojaki sposób. Pierwszy to całodniowa jazda autobusem po krętej i niebezpiecznej drodze do Beni. Szybszy i o wiele wygodniejszy sposób zakończenia naszej wędrówki, to dwudziestominutowy lot z Jomson do Pokhara. Cena biletu to około 70 dolarów.

 

Na szlaku
Trekkingu dookoła Dhaulagiri nie musimy organizować go przez miejscową agencję turystyczną. Na trasę możemy udać się indywidualnie, lecz samotne przejście, bez osoby znającej drogę, jest ryzykowne. Warto wynająć przewodnika na cała trasę, zalecane jest posiadanie porterów (tragarzy). Strome odcinki mogą być trudne do pokonania przy dużym obciążeniu.

W Kathmandu działa wiele biur specjalizujących się w organizacji wypraw. Ceny są różne, w zależności od żądanych wygód i zasobności portfela uczestników. Polecam nie brać całego pakietu, a tylko ograniczyć się do wynajęcia przewodnika na trasę oraz do zabrania jednego tragarza na dwie osoby. Przewodnik to koszt 20-25 dolarów za dzień, tragarz to wydatek ok. 18-20 dolarów. Trzeba też opłacić im wyżywienie podczas całego trekkingu.

Jak wspomniałem wcześniej, większość nocy spedzimy we własnym namiocie. W wioskach można kupić kilka produktów żywnościowych. Prawie wszędzie możemy zjeść da-bata (ryż z warzywami i soczewicą), czasem też można się załapać na makaron oraz ziemniaki. Na śniadanie dostaniemy jajka i tybetański chleb. Bez problemu kupimy coca-colę oraz piwo. Ostatni dal-bat na trasie można zjeść powyżej bazy włoskiej - w tzw. Swiss Camp. Na resztę dni, aż do zejścia do Marpha, musimy posiadać własne jedzenie. Warto zabrać trochę kalorycznej żywności z kraju. Nie ma nic lepszego w górach, niż kawałek polskiej kiełbasy czy boczku. Aby zminimalizować nasze jedzenie pod względem wagi, dobrym rozwiązaniem będzie żywność liofilizowana. Podczas trekkingu należy pić bardzo dużo płynów. W górach trzeba posiadać nepalskie pieniądze, dolary przyjmowane są niechętne.


Autor: Marek Bytom

Wszelkie dodatkowe informacje na http://www.marek.bytom.pl

 


Komentarze
  • Nie ma żadnych komentarzy
Copyright by planetagor.pl