Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Artykuły
Ponieważ Istnieje. O najwyższej górze świata w 60-tą rocznicę zdobycia.
23-05-13

Everest od strony nepalskiejTREKKING. Prawie sześćdziesiąt lat temu, 29 maja 1953. O szóstej rano z obozu nr IX na Przełęczy Południowej wyruszają Nowozelandzyk Edmund Hillary i Szerpa z Darżylingu Tenzing Norgay. O 11:30 są na szczycie, w najwyższym punkcie naszego globu. W zejście ze szczytu Hillary powiedział podobno "skończyliśmy z tą kanalią". Na szczycie jako pierwsi stanęli członkowie brytyjskiej dowodzonej przez Johna Hunta... Przedstawiciele Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce mieli po prostu sporo do powiedzenia w polityce zagranicznej Tybetu i Nepalu po prostu nie dopuszczali przedstawicieli innych nacji do prób zdobycia najwyższej góry świata.

Tenzing na szczycie

Tenzing na szczycie.

 

Często powtarzanym powiedzonkiem na temat Everestu są słowa niedoszłego pierwszego zdobywcy, Georg'a Mallroya, który nieco już zmęczony ciągłymi dziennikarskimi pytaniami czemu próbuje się wspiąć na Everest - odpowiedział „Ponieważ Istnieje" (Because it's there). Sens tego zdania zrozumieją świetnie wszyscy „ludzie gór". Innym wytłumaczyć nie sposób.

 

Najwyższa góra świata jest szeroko znana pod nazwą Mount Everest - na cześć walijskiego geodety sir Georg'a Everesta, który zainicjował prace nad stworzeniem dokładnej mapy Indii. Pierwsze pomiary i odkrycie, że Peak XV jest najwyższym szczytem Ziemi miały miejsce w 1849 i były dokonywane z odległości 150 kilometrów. Popularna jest także nazwa tybetańska - Czomolugma (Bogini Matka Śniegu). Promują ją przeciwnicy globalizacji i dominacji kultury zachodniej. Nepalczycy lansują swoją nazwę - Sagarmatha, poza krajem jednak nie jest używana.

Everest od strony nepalskiej

Everest od strony nepalskiej, z podejścia na Kala Pattar.

fot.: Paulina Wojciechowska


Od 1953 sporo się na górze zmieniło, pokryta została siecią lin poręczowych, znacznie ułatwiających wejście a na Dachu Świata stanęło już wielu zdobywców. Najnowsze dane mówią o ok. 3,5 wejść, w tym jubileuszowym sezonie prawdopodobnie zwiększy się o kolejne kilkaset osób. Dla porównania - inne ośmiotysięczniki mają „na stanie" ok. 150 wejść. Na Everest tyle osób może wejść jednego dnia (miniony weekend - 200 wejść) Na drugą z najwyższych gór świata, K2, zdarzają się sezony, że nie wchodzi nikt. Życie na Evereście straciło już ponad 230 osób - najczęściej z powodu choroby wysokościowej lub wycieńczenia. Na pomniku ofiar najwyższej góry świata w Pherishe, znajdującym się przy trasie do bazy jest sporo miejsca na kolejne nazwiska. Bo statystyki mówią, że przy takiej liczbie wejść muszą być śmiertelne ofiary. Mimo to, chętnych nie brakuje.

 

Liczba Polaków- zdobywców najwyższej góry świata już od dobrych kilku lat nie składa się jedynie z najwybitniejszych ludzi gór - jednym z licznych owoców przemian ustrojowo-materialnych naszego kraju jest nietanie przecież uczestnictwo „naszych" w ekstremalnej turystyce, a więc i w wysokogórskich wyprawach komercyjnych. Popularności Everestowi przysparzają przyszli zdobywcy Korony Ziemi (tzw Seven Summits) - projektu mającego na celu zdobycie najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Cel ten, osiągnięty po raz pierwszy przez pomysłodawcę, Richarda Bassa 1985 roku ma już dziś kilkuset naśladowców. Magia tego, co najwyższe przyciąga widać bardziej niż wydatkowanie energii i środków finansowych na własne, nieco bardziej oryginalne projekty.

 

Wyprawy komercyjne od wypraw „prawdziwych" różnią się nie tylko stopniem komfortu, choć ten może czasem zadziwiać. Z wywiadu z Ryszardem Pawłowskim (himalaistą, ale także przewodnikiem wypraw komercyjnych) „W obozie pierwszym (6400 m n.p.m.), w namiocie, który służył nam za mesę, stały butle z gazem, które ogrzewały pomieszczenie. Amerykanie mieli do dyspozycji kucharzy, którzy codziennie gotowali im to, co tylko sobie zażyczyli. Do obiadów mieli specjalnie sprowadzone wino z Kalifornii. Wypada tutaj przypomnieć, że na tej wysokości większość wspinaczy je już zupki w proszku, nie popija wina ani nie ogląda telewizji."

 

Na wyprawach komercyjnych niebezpieczeństwo i niewygodę minimalizujemy. A więc tlen w ogromnych ilościach (na Everest organizowane są już wyprawy zbierające wysokogórskie śmieci...), nowoczesny sprzęt zapewniający stałą łączność (Szerpowie myślą już nad założeniem szerokopasmowego łącza, aby filmiki można było przesyłać bezpośrednio z wysokogórskich obozów, a może i ze szczytu), nowoczesne ubrania, asystujący na każdym kroku osobiści przewodnicy. Oczywiście, w tak wysokich górach nikt pełnego bezpieczeństwa zagwarantować nie może. Lawiny, obrywające się seraki, załamania pogody, których nawet najlepsze technologie nie przewidują - i przede wszystkim choroba wysokogórska. Nawet organizm wspierany tlenem i prawidłowo zaaklimatyzowany może sobie nie poradzić w nieludzkich warunkach (wysokość powyżej ośmiu tysięcy metrów nad poziomem morza nazywamy strefą śmierci), akcje ratunkowe są niemal niemożliwe. Wyczerpani po prostu siadają ze zmęczenia i tak umierają. Na Evereście nie obowiązują zwykłe zasady świata wspinaczkowego, żeby zwłoki wrzucić choćby do najbliższej szczeliny. Zostają.... i czasem służą za punkt orientacyjny.


Everest Base Camp

"Miasteczko namiotowe" na Base Campie

fot.: Paulina Wojciechowska

Mimo tych wszystkich przeciwieństw - stanąć na szczycie Everestu to brzmi dumnie. A przecież głównie pasjonaci gór odróżniają wejścia komercyjne od sportowych - bez użycia dodatkowego tlenu, wytyczających nowe drogi, samodzielnie torujący sobie szlak w śniegu po pas,w stylu alpejskim (lekkie i szybkie wejścia z wnoszeniem minimalnej liczby sprzętu z udziałem niewielu osób). I jeszcze jedno - uczestnictwo w wyprawie komercyjnej to niekoniecznie chęć szpanowania, snobizm i gadżciarstwo. Znaczna większości klientów wypraw komercyjnych nie jest na siłę wnoszona przez Szerpów na szczyt. Dla wielu to ogromy wysiłek, wieloletnie przygotowania i spełnienie najskrytszych marzeń... Po prostu takie wejścia, a prawdziwy alpinizm to zupełnie inna historia. Jeszcze inną historią jest dewaluacja zasad etycznych świata górskiego, smutna i nieuchronna wszędzie tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze.

 

Oddajmy głos Joe Simsonowi, wspinaczowi (temu od Dotknięcia Pustki) " W 1996 dwóch wchodzących na szczyt Japończyków przeszło na dużej wysokości obok trzech indyjskich wspinaczy w różnych stadiach wycieńczenia. Nie zaoferowali im pomocy, jedzenia, wody, tlenu, nawet pocieszenia. Unikając ich wzroku,ruszyli dalej w zakończoną tryumfalnym wejściem drogę. Kiedy wracali do obozu, znowu minęli wciąż żywych Hindusów. Nie mogli już ich uratować, mogli jednak okazać im chociaż odrobinę współczucia. Po dotarciu do bazy Esiuke Shinqekawa powiedział, że "... na wysokości 8000 metrów nie ma miejsca na moralność". Jeżeli byłoby to prawdą, nikt nie powinien tam chodzić."

 

Hllary i Tenzing to chyba najsławniejsi ludzie związani z Everestem, jednak na karty historii wpisują się też pierwsze wejścia - pierwsze wejście kobiece, pierwsze wejście zimowe, kiedy na szczycie 16 II 1980 stanęli członkowie polskiej ekspedycji (o zimowym zdobywaniu himalajskich szczytów przez Polaków głośno było ostatnio z powodu Broad Peak'u), pierwsze wejście bez tlenu (Messner, Habler, 1980)...później pierwsze wejście przedstawiciela każdej narodowości (Polska - Wanda Rutkiewicz 16 X 1978 - w dniu wyboru Wojtyły na papieża),.. Góra rekordowa - więc i przyciaga rekordzistów. Co jakiś czas padaja nowe liczby odnośnie najmłodszych (obecnie 13-latek) i najstarszych (75-latek) zdobywców szczytu. Rekordy ilości wejść należą oczywiście do Szerpów wysokościowych, bez których nie obywały się pierwsze wyprawy i bez których nie sposób myśleć o wyprawach komercyjncych. Obecny rekord to ponad 21 - Apa Sherpa. Na Czomolungie stanęła już niewidoma 60-letnia kobieta i mężczyzna po amputacji obu stóp.

 

Aby „zaistnieć" trzeba być coraz bardziej oryginalnym. A więc pierwsze zdobycie góry dwukrotnie w ciągu jednego dnia (Chhurim Sherpa). Paradoksalnie w tym wszystkim najmniej jest projektów sportowych, ambitnych, wytyczających nowe drogi. Na tym tle wyróżnia się wyczyn sprzed kilku dni - Kenton Cool i Dorje Gylgen Sherpa dokonali w ciągu trzech dni wejścia na „Koronę Khumbu", czyli trzy sąsiadujące ze sobą szczyty Nuptse (7861 m.n.p.m.), Everest, Lhotse (8516 m.n.p.m.) - bez schodzenia bo bazy. Oczywiście fascynaci sportów czy rozrywek ekscentrycznych także muszą także zainteresować się najwyższą górą świata. Np. Extreme Ironing (tak, tak ... prasowania ektermealne - polega na umieszczeniu deski w dziwnym miejscu i wyprasowaniu kiku rzeczy) miało miejsce na Evereście i kilku innych szczytach z grupy Seven Summits. Obyło się już pierwsze lądowanie helikopterem (a ściślej - dotknięcie płozami szczytu). W 2000 roku odnotowano pierwszy zjazd na nartach.

 

Mieć najwyższą górę w swoich granicach to oczywiście sporo punktów do dumy narodowej - nie dziwne zatem, że co jakiś czas pojawiają się chińsko-nepalskie spory o Mount Everest. O dokładną delimitacje granicy co w terenie wysokogórskim jest niemal niemożliwe. Lub o wysokość. Oficjalnie w atlasach podawane jest 8850 lub 8848 m.n.p.m., jednak Chińczycy dokonali swoją pomiarów i w 2005 i ustalili dokładną wysokość na 8844,21 - wynik dotyczący tylko skały, bez czapy lodowej. Nepalczycy długo nie chcieli uznać tego faktu i nadal podawali 8848. Dopiero w wyniku międzypaństwowego porozumienia ustalono podawanie w atlasach dwóch wysokości - 8848 z czapą lodową i 8844 bez czapy. Sporym dochodem szczególnie dla biednego Nepalu, są pozwolenia na wejścia na szczyt - jedno to koszt kilkudziesięciu tysięcy dolarów. I oczywiście turystyka.

 

Everest przyciąga bo jest „naj" - nie chodzi tylko o pochwalenie się, a więc podwyższenie swojego statusu społecznego - mimo całej komercyjnej otoczki ta góra ma w sobie coś niezwykłego. Sama padłam tej magii „ofiarą", wybierając swój nepalski trekking właśnie w ten region - spośród kilu możliwych stosunkowo łatwo dostępnych miejsce w Nepalu. Z resztą opcji zobaczenia tej góry biura turystyki oferują ogromną ilość - poza klasycznym trekiem, skrócony do klasztoru Tyngboche na 38 tys. (baza leży na 5,3 tys), lądowanie helikopterem w pobliżu góry na kilkadziesiąt minut (nie wolno przebywać na takich wysokościach bez odpowiedniej aklimatyzacji), lot samolotem w pobliże Góry Gór... Od strony tybetańskiej jest nieco łatwiej - Chińczycy zbudowali drogę niemal do samej bazy, więc aby podjechać i przyjrzeć się Górze (od północny znacznie lepiej widocznej) wystarczy nawet jednodniowa wycieczka, częsty punkt w "objazdówkach" po Tybecie. Organizowane są także wyprawy komercyjne, których celem nie jest szczyt, ale podejście do I lub II obozu.


wierzchołek Everestu

Wierzchołek Everestu widoczny z klasztoru w Tengboche

fot: Paulina Wojciechowska

Jednak jedną z tajemnic Góry Gór budzącą od lat wiele emocji i fascynacji jest historia domniemanego pierwszego wejścia z 1924 roku. Geogr'e Mallroy i Andrew Ivrine wyruszają z obozu w celu zdobycia szczytu, od strony tybetańskiej bo Nepal był wówczas zamknięty. Ostatni raz widziano ich na wysokości ok 8600 metrów. Do dziś prowadzona jest dyskusja czy udało im się stanąć na szczycie, prawie trzydzieści lat przed pierwszymi "oficjalnymi" zdobywcami. Magia tej opowieści jest na tyle silna, że organizowane są specjalne wyprawy poszukiwawcze w celu odnalezienia zwłok lub części ekwipunku, a na tych wysokościach to niemałe wyzwanie. W 1999 roku odnaleziono zmasakrowane zwłoki Mallroy'a na wys. ok. 8200 metrów. Zginął na skutek upadku z dużej wysokości - spekuluje się, czy w zejściu ze szczytu czy w drodze powrotnej? Aparatu z filmem dotąd nie znaleziono. Prowadzono także wyprawę w "strojach z epoki", aby udowodnić, że wejście na szczyt było możliwe i przy tamtych możliwościach technicznych. Niektórzy znawcy tematu twierdzą, że wejścia na szczyt "zaliczamy" tylko wtedy, kiedy zdobywca żywy zejdzie do bazy, więc nie ma znaczenia czy Mallroy i Ivrine byli tam w 1924. A jednak...

 

Na koniec, zamiast podsumowania, literacka wizja epokowego wydarzenia sprzed sześćdziesięciu lat: "O szóstej trzydzieści wyruszyli wzdłuż skąpanej w blasku słońca grani prowadzącej na przełęcz i dotarli wreszcie do lawiniastego, ośnieżonego zbocza, poprzedzającego szczyt (...) Rąbiąc kolejne stopnie z determinacją pokonywali ciągnące się bez końca przywierzchołkowi. Nagle grań położyła się. Jeszcze tylko kilka kroków i stanęli na dachu świata (...) Uszczęśliwieni padli sobie w ramiona i uścisnęli sobie dłonie. Zdjęli aparaty tlenowe i podziwiali ogromny, prawie nieznany krajobraz jaki rozciągał się u ich stóp. (...) W tej ogólnej radości, w upojeniu zwycięstwem, nietrudno sobie wyobrazić osłupienie członków wyprawy, gdy wkrótce po powrocie do kraju obejrzeli stertę dopiero co wywołanych zdjęć. (...) był jednak jeden wyjątek, co do którego uzgodniono zachować absolutne milczenie. Był to z pewnością efekt odbicia się światła, zjawisko optyczne, albo może widmo Brockenu... A jednak na odbitce, zrobionej tuż przed dotarciem na szczyt widać to było bardzo wyraźnie: w tumanie wirujących i lodowych płatków, na ośnieżonym wierzchołku siedzieli, pewnie usadowieni, Mallroy i Ivrine, a widząc zbliżających się kolejnych zdobywców, w serdecznym, zapraszającym geście wyciągali ku nim ramiona"

 

 

 

Źródła:

Joe Simson, Zew Ciszy, Katowice 2011

Anne Sauvy, Ciemność i Błętkit, Katowice 2002

Nuptse, Everest, Lhotse - 3 dni, 3 szczyty! Oraz inne rekordy, Drytooling.com http://drytooling.com.pl/serwis/newsy/himalaizm/6334-nuptse-everest-lhotse-3-dni-3-szczyty-oraz-inne-rekordy

Himalaje ze wspomaganiem, Poliyka, http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1507036,1,rozmowa-z-ryszardem-pawlowskim-himalaista-i-przewodnikiem.read

 

Autorka: Paulina Anna Wojciechowska

Redaktorka Działu Trekking


Artykuł ukazał się jednocześnie na blogu stowarzyszenia Centrum Inicjatyw Międzynarodowych, www.blogcim.wordpress.com

 

 


Komentarze
  • Nie ma żadnych komentarzy
Copyright by planetagor.pl