Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Artykuły
Piramida Carstensz, najtrudniejszy trekking świata,
09-10-14

© Zdjęcia: Maciej Berbeka, Olga Nabiałek, Wojciech Falkowski, Jarosław Nikołajuk, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak,                                               Aurelius&Andrea Waldispuhl, Robert Jurczak

© Tekst Robert Jurczak

 

Po piętnastu godzinach lotu docieramy do stolicy Indonezji – Dżakarty. Na zegarkach prawie godzina 18. To właśnie stąd jutro wieczorem ruszymy do Papui Zachodniej. Kilkunastogodzinną podróż do celu umila nam kilka międzylądowań (m.in. w Denpasar na Bali). Po wylądowaniu w Nabire, nim dotrzemy na nocleg, idziemy coś zjeść w tawernie przy morzu. To właśnie tu, przy jednym stole, poznajemy całą ekipę, z którą spędzimy kilkanaście następnych dni. Do naszego sześcioosobowego zespołu (Maciej Berbeka, Wojciech Falkowski, Jarosław Nikołajuk, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak i ja) dołączają Olga Nabiałek i Barbara Górska oraz kolejnych ośmiu wspinaczy z różnych zakątków świata. Towarzystwo staje się iście międzynarodowe: Andrea i Aurelius są ze Szwajcarii, John i Shehbaz z Kanady, Richard i Liam z Australii, Rasmia-Suzan z Palestyny, a Mustapha z Wielkiej Brytanii. Grupie przewodzi Poxy i jego trzech kolegów (Meldi, Yosh, Meds), którzy wielokrotnie z powodzeniem prowadzili grupy po bagnach, błotach i dżunglach Papui Zachodniej.


Negocjacje, negocjacje...

Po skończonej kolacji udajemy się na nocleg. Na zewnątrz parno, a palmy wokół podwórza przypominają o równikowym położeniu. Tuż po północy budzi nas ogromny huk. Jakby wystrzeliły jednocześnie salwy 100 armatnich dział. Przez kolejne półtorej godziny jest jak w filmie Hitchcocka.

Czyli trzęsienie ziemi, a potem już tylko gorzej. Błyski i gromy raz po raz oznajmiają, że znaleźliśmy się w samym sercu potężnej burzy. Po zaledwie chwili deszcz uderza z takim impetem, jakby to kamienie, a nie woda, spadały z nieba. Burze i ulewy przetaczają się nad nami całą noc i dopiero przed piątą wszystko się uspokaja. Staram się drzemać przy dźwiękach modłów dobiegających z pobliskiego meczetu, ale i tak do rana nie zmrużę już oczu.

Trzeba się będzie przyzwyczaić: las deszczowy paruje tu całe przedpołudnia, skutkiem czego wieczorami lub nocą woda ta wraca na ziemię w postaci silnej ulewy.

„Sorry, taki mamy klimat” – przychodzi mi do głowy słynne zdanie rzucone niegdyś przez panią polityk.
Po bezsennej nocy pospiesznie jemy śniadanie, po którym przekazujemy bagaże porterom i przejeżdżamy na lotnisko, skąd polecimy do Sugapy. To niezwykłe miejsce słynie z licznych misji chrześcijańskich, a przysłowiowe okno na świat otwarte zostało dla tej wioski, gdy w tutejszej dżungli wybudowano krótki pas startowy. Kiedy lądujemy, nasze bagaże trafiają prosto na ubitą ziemię, a następnie w ręce zaprzyjaźnionych miejscowych przewodników i ich porterów. Udajemy się w pobliże budynku sekretariatu policji, a potem przechodzimy kilkaset metrów dalej na nocleg. Gnieździmy się w domu, który w standardzie wsi europejskiej cofnął się do XIX wieku. W czterech pomieszczeniach czujemy się jednak dobrze, a wszechobecni tubylcy bacznie przyglądają się nam zza płotu i z sąsiednich domostw. Zdjęcia z polaroidu, który przywiozłem ze sobą, cieszą się powodzeniem i już o poranku kolejnego dnia kilka fotek wędruje do rąk zadowolonych tubylców. Niektórzy zachowują się tak, jakby po raz pierwszy widzieli swoje utrwalone odbicie na fotografii.
Punktualnie o godzinie dziewiątej przechodzimy do miejsca wczorajszego przywitania. Z ochroną lokalnej policji i uzbrojonych wartowników cierpliwie czekamy na wyłonienie 41 porterów spośród kilkuset osób, które przybyły przed budynek. Po wyczytaniu nazwisk zaczyna się słowna batalia. Najbardziej rzutcy, rośli i mocni w gębie Papuasi (uzbrojeni w łuki i z maczetami w ręku) wykłócają się o miejsca. I kiedy już już wydaje się nam, że mamy komplet ludzi, zaraz inni niezadowoleni podburzają tłum i zabawa zaczyna się od początku. Tuż po godzinie 12 negocjatorzy, nie dochodząc do porozumienia, decydują, że czas na przerwę i że nabór na nowo ruszy kolejnego dnia. Papuasi zaczynają się rozchodzić, ale najbardziej zagorzali postanawiają zostać, okupując nawet izbę naszej chaty.
„Całe szczęście, że nie do nas należy sfinalizowanie tych rozmów” – cieszę się w duchu.
Meldi co chwilę podchodzi do nas, siedzących byle jak na krzesłach, i informuje ze stoickim spokojem, że wszystko jest w porządku.
– Jeszcze parę chwil i „moi” ludzie dokończą negocjacje. I jeszcze dziś ruszymy na szlak – obiecuje.
Kiwamy głowami z niedowierzaniem, ale rzeczywiście około godziny 12.30 pierwsi porterzy zaczynają zabierać nasze bagaże i wolnym krokiem opuszczają skromne progi dzisiejszej bazy. Również i my tuż przed 13 otrzymujemy wiadomość, że możemy ruszać. Ale nie zdążymy nawet wyjść poza ogrodzenie, gdy na naszej drodze staje kilkudziesięciu Papuasów z groźnymi minami. Nic nie robiąc sobie z obecności policji oraz uzbrojonych w długą broń ochroniarzy, skutecznie wstrzymują wymarsz. Nasi opiekunowie znowu podejmują negocjacje i już prawie ruszamy, gdy po niespełna 500 metrach wyrasta przed nami kolejna zbrojona w maczety i łuki grupa.
Czekamy na wzgórzu już ponad godzinę. Czas nagli, bo przed nami dziewięciogodzinny marsz, a do tego zaczyna lekko siąpić deszcz. Przewodnicy obiecują, że za parę chwil pojawią się motocykliści, dzięki którym uda się skrócić dzisiejszy przemarsz. I rzeczywiście: po niespełna kwadransie ruszamy grupą ponad 20 motocykli po szutrowej drodze. Nie upływa jednak wiele czasu, gdy powalona w poprzek kłoda skutecznie uniemożliwia nam przejazd. A za nią... kilkudziesięciu Papuasów pomalowanych w barwy wojenne pręży muskuły. Ich negocjatorzy stają twarzą w twarz z naszymi i rozpoczynają się donośne pokrzykiwania. Negocjacje trwają pół godziny. Sprawę załatwia 400 000 rupii (ok. 100 zł). Uśmiechnięci żegnają się, choć są i tacy, którzy z kamienną wrogością powłóczą wzrokiem, aż ostatni z naszej hordy pozostawi po sobie jedynie tuman kurzu.
Nim dotrzemy do końca drogi, której przedłużeniem jest wąwóz w lesie deszczowym, jeszcze ośmiokrotnie zatrzymywani będziemy przez kolejnych przedstawicieli papuaskich wiosek. Za każdym razem negocjacje muszą zakończyć się kompromisem, bo inaczej w przyszłości będzie kłopot jeszcze większy, a my przecież tą samą drogą będziemy wracać za dwa tygodnie. Wjeżdżamy na kilka pagórków, gdzie wielu pasażerów musi zejść z motocykla, bo pod górę silniki krztuszą się i milkną z braku mocy. Dwugodzinny marsz po błotnistych ścieżkach kończymy w strugach deszczu w wiosce Jambusiga. Roztacza się z niej niezwykły widok na tonące w zieleni wzgórza z parującym lasem deszczowym. To właśnie tu spędzimy noc.


Trzęsawiska, deszcz i błoto
Spakowaliśmy się sprawnie jeszcze przed śniadaniem i w gotowości czekamy na wymarsz. Ale naszą karawanę wstrzymują... porterzy. Tym razem tracimy tylko godzinę.
Ruszamy! Droga prowadzi wzdłuż rzeki, którą za pomocą przerzuconej przez nią kłody niebawem przekraczamy. Siedmiogodzinny marsz w grząskim, błotnistym terenie pozbawia nas resztek sił.

 

Więcej - czytaj w miesięczniku "n.p.m.", wrzesień 2014, http://www.npm.pl/

 


Komentarze
  • Nie ma żadnych komentarzy
Copyright by planetagor.pl