Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Artykuły
Kilimandżaro? Hakuna matata!
19-02-10

 

(fot. www.africatravelwaves.com)

 

„Pole, pole" - co w swahili znaczy „powoli, powoli" - towarzyszyło nam od samego początku wędrówki po Parku Narodowym Kilimandżaro. O ile na początku tempo wszystkim wydawało się żółwie, o tyle po n-tej godzinie ostrego podejścia podczas ataku szczytowego do głowy by mi nie przyszło, żeby przyspieszać. Krótki, rwący się oddech, ołów w nogach i mroczki przed oczami - jedyne, na czym mogłam się skupić to złapanie rytmu - 3 kroki, przystanek, 2 kroki, przystanek, 1 krok...

 

Ale od początku. Kilimandżaro - dla przyjaciół Kili Cool - jest uśpionym (nie wygasłym!) wulkanem, leżącym w Afryce, na pograniczu Kenii i Tanzanii. Skąd dokładnie wywodzi się nazwa szczytu nie wiadomo, osobiście jestem zwolenniczką teorii, że jest połączeniem słów kilima - wzgórze, górka i njaro - biały, błyszczący. Każdy, kto widział skrzące się w słońcu zbocza tego pięknego olbrzyma, uzna nazwę Błyszcząca/Biała Góra za trafną. Cały masyw składa się z trzech głównych wierzchołków: Kibo (5895m n.p.m.), Mawenzi (5150m n.p.m.) i Shira (3840m n.p.m.). Tym najbardziej znanym i najczęściej odwiedzanym jest Kibo, którego najwyższy punkt - Uhuru Peak  - jest najpopularniejszym celem wypraw trekkingowych.

 

Pierwszymi Europejczykami na szczycie Kibo byli Hans Meyer i Ludwik Purtcheller (5 października 1889). Meyer nazwał zdobyty przez siebie wierzchołek Kaiser-Wilhelm-Spitze, której to nazwy używano do momentu przejęcia Tanganiki przez Imperium Brytyjskie w 1918. Kiedy kraj odzyskał niepodległość w 1961, najwyższy szczyt Kilimandżaro nazwano Uhuru Peak - dosłownie: Szczyt Wolności.

 

Na Kibo prowadzi kilka tras: Marangu, Rongai, Lemosho, Shira, Umbwe i Machame. Najczęściej wybierane to 5-6 dniowa Marangu - zwana także Coca-Cola Route, ze względu na swoja popularność i komercyjny charakter (noclegi w schroniskach), oraz  6-7 dniowa  Machame - inaczej zwana Whiskey Route, trudniejsza niż Marangu, ale oferująca w zamian lepszą aklimatyzację i przecudne widoki.

 

Trekking, w którym uczestniczyłam w lipcu 2008 roku, zorganizowany przez tyski Annapurna Klub, prowadził właśnie szlakiem Whiskey Route. Jak trafiliśmy pod bramę Machame i co działo się po zejściu z Kili zasługuje na osobny artykuł - tu skupię się na samym zdobywaniu góry.

 

fot. Ewa Bortowska

 

Dzień pierwszy

Machame Gate 1738 m - Machame 3018 m.

Po wstępnym, charakterystycznym dla Afryki zamieszaniu organizacyjnym - ważeniu bagaży i załatwianiu formalności, ruszamy na szlak. Naszym przewodnikiem jest Hammadi, który ma do pomocy 4 zastępców, a także całą armię tragarzy i kucharza. Ogólnie, na 12 uczestników trekkingu przypada ponad 20 pomocników. Jeden z przewodników zawsze idzie na czele pochodu, narzuca tempo i surowo zabrania się wyprzedzać. „Pole, pole" - „powoli, powoli" słyszy każdy, kto chce iść szybciej - okazuje się, że żeby się dobrze zaaklimatyzować, trzeba się ruszać dużo, choć niekoniecznie energicznie J Drugim ważnym elementem jest picie dużych ilości wody, więc co jakiś czas robimy postój na przymusowe „5 łyków".

Pierwszego dnia idziemy przez las deszczowy. Droga prowadzi bardzo łagodnie pod górę, wokół soczysta i wilgotna zieleń. Nad głowami zwisają nam omszałe liany, gdzieś w oddali słychać wodospad (no, wodospadzik), a w powietrzu unosi się mgła.

Po kilku godzinach spokojnego marszu las przechodzi w łysawe, pokryte jakby glonami krzaczyska i dochodzimy do pierwszego obozu - Machame. Nasi tragarze - z biegiem czasu nazwani pieszczotliwie „szafami" (baaardzo im się ta nazwa spodobała) - byli na miejscu sporo przed nami, więc czekają na nas rozstawione namioty, bukłaczek z ciepłą (!) wodą do umycia rąk i gorący posiłek. Kucharz codziennie wprawia nas w zachwyt serwując różne pyszności: prażoną kukurydzę, pyszną cynamonową owsiankę, omlety z warzywami, różne zupy, tosty itp. Do picia mamy zawsze pod dostatkiem herbaty (oczywiście o nazwie Kilimandżaro, tak jak margaryna, piwo i kilka innych artykułów żywnościowych), kawy i... kakao! Zanim jednak siadamy do pierwszego posiłku, wycieczka do toalety (drewniana budka z dziurą w ziemi - błogosławieństwo w wyższych partiach, gdzie wieje) przynosi ważne odkrycie - okazuje się, że na horyzoncie już widoczny jest cel naszej wyprawy! Wrażenie jest niesamowite... Góra wydaje się tak odległa, aż trudno uwierzyć, że mamy tam dojść.

Tej nocy ciężko jest mi zasnąć. Tym bardziej, że po naszym obozowisku grasują jakieś zwierzęta...

 

 fot. Ewa Bortowska

 

Dzień drugi

Machame 3018 m - Shira  3756 m

Rano budzą nas okrzyki "Jambo! Tea is OK", co oznacza "Witajcie! Herbata jest gotowa" Smile I faktycznie - wczesne wstawanie i chłód poranka rekompensują wszystkim kubki gorącej imbirowej herbaty podane prosto do namiotu. Ali, który od dziś będzie odpowiedzialny za naszą pobudkę, dopytuje się z troską "how are you, my friend" i jest szczerze uradowany dobrymi nastrojami. Chwilę później dowiadujemy się, że i "breakfast is OK", więc czas wstać.

Po śniadaniu zabieramy nasze małe plecaczki i ruszamy „pole, pole" na szlak, a tragarze zwijają obóz i ruszają za nami z głównym bagażem. Wkrótce wyprzedzają nas sprawnie, balansując na głowach kilkunastokilogramowymi pakunkami.

Dzisiaj czeka nas piętro wrzośców - to właśnie te „oglonione" krzaczyska, często wyższe od człowieka, które nijak nie przypominają naszych polskich fioletowych kwiatuszków. Wrażenie jest takie, jakby na wyschniętych szkieletach krzaków osiadła morska roślinność. Pojawiają się także pierwsze skały i głazy. Droga zaczyna się piąć nieco bardziej stromo, ale marsz nadal jest łatwy. Oczywiście zatrzymujemy się często na „5 łyków", mimo że nie zawsze jest na nie ochota. Jednak bardzo szybko okazuje się, że aklimatyzacji nie należy lekceważyć - kiedy dochodzimy do drugiego obozu, Shira, zaczynają się u niektórych pierwsze dolegliwości. Głównie są to bóle głowy i skoki ciśnienia. A przecież jesteśmy jeszcze nisko!

Popołudniu, w ramach usprawnienia aklimatyzacji, ci, co się dobrze czują, idą na spacer do pobliskich jaskiń. Obóz Shira położony jest na praktycznie nieporośniętym płaskowyżu, z którego Kibo widać pięknie jak na dłoni. Jest już dużo bliżej, niż można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę, że szliśmy tylko koło 5 godzin.

Dziś sen przychodzi szybciutko, jednak leki wyganiają mnie do kibelka - kiedy próbuję podbiec (w nocy jest bardzo zimno i okres przebywania poza śpiworem lepiej ograniczyć do minimum), po trzech energicznych krokach dostaję zadyszki i resztę drogi pokonuję „pole, pole".

 

 

 

Dzień trzeci

Shira 3756 m - Lava Tower - Barranco 3972 m

„Jambo! Tea is OK.!". Śniadanie, pakowanie i na szlak. Dzisiejszy fragment drogi jest bardzo ważny dla aklimatyzacji. Zgodnie ze złotą zasadą „wejdź wysoko, śpij nisko", podchodzimy na wysokość 4695 m pod wulkaniczny szczyt Lava Tower (chętni mogą się na niego wspiąć), a potem schodzimy na nocleg do obozu Barranco.

Słonko przygrzewa, do Lava Tower idziemy w zasadzie w piaszczysto-kamienistej scenerii, więc nawet nie ma się gdzie schować. Dla mnie to dość ciężki fragment trasy, mimo że w zasadzie nie jest specjalnie stromo. A jednak droga jest ambitna - dochodząc pod Lava Tower znajdujemy się nagle praktycznie u stóp Kibo!!! Po lunchu, z pewnym żalem, w końcu trzeba było się tam wysoko wdrapać, pozostawiamy Kibo jeszcze na jakiś czas i schodzimy w piętro charakterystycznej dla zboczy Kili roślinności - starców i lobelii. O ile lobelie (lobelia deckenii) nie robią na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia (mimo że miło zobaczyć znowu zieleń), o tyle starcom (dendrosenecio kilimanjari) poświęcona jest osobna sesja fotograficzna. Te gigantyczne sukulenty tworzą na zboczach całe lasy potężnych brązowych pni zakończonych kępkami zielonych liści.

Niestety, im niżej schodzimy, tym gorsza jest widoczność. W kolejnym obozie - Barranco - wita nas ciężka mokra mgła (chmury?), wilgotne głazy i wielkie, złowieszcze kruki z białymi „obrożami". Wrażenie bardzo nieprzyjemne, a że w moim przypadku połączone ze znacznym zmęczeniem i nienajlepszym samopoczuciem, szybko ląduję w namiocie i idę spać.

 

fot. Ewa Bortowska

 

Dzień czwarty

Barranco 3972 m  - Karanga - Barafu 4633 m

Dziś przed nami najtrudniejszy technicznie odcinek drogi. W zasadzie „trudny" to może złe słowo - można by go chyba opisać jako II w skali Kurtyki Smile - ale biorąc pod uwagę, że to w ogóle nie jest wyprawa wspinaczkowa, stanowi ciekawe urozmaicenie.

Zaczynamy na najzwyklejszej ścieżce, która w pewnym momencie przeprowadza nas koło znaku obwieszczającego, że dalej już nie będzie gdzie pobrać wody. Nasza woda pitna pochodzi w zasadzie z butelek dźwiganych przez tragarzy, ale mimo to jest nam nieswojo.

Po chwili droga wchodzi w skały. Tu zaczynają się jej trudności. Bardzo szybko rezygnujemy z kijków trekkingowych i zaczynamy sobie pomagać we wspinaczce rękoma. Idzie nam całkiem sprawnie, a w trudniejszych miejscach pomagają nasi niezastąpieni przewodnicy. Po raz kolejny dużo podziwu wzbudzają w nas tragarze, którzy z uśmiechem na ustach, pokrzykując dziarsko „siafa, siafa" („sz" jest im całkiem obce), żeby zrobić im miejsce na przejście, z gracją wyprzedzają nas nawet na stromych i wąskich fragmentach drogi.

Po jakimś czasie zatrzymujemy się na krótką sesję zdjęciową (i „5 łyków"), bo połyskujące w słońcu śniegi Kilimandżaro są już naprawdę o rzut kamieniem! Potem czeka nas niespodzianka - dochodzimy do bazy Karanga (niektóre ekipy zostają tam na nocleg), a tam nasz kucharz czeka na nas ze smażonym kurczakiem i frytkami!!! I zupełnie nie przeszkadza nam to, że kurczak był chyba wielkości wyrośniętego wróbla Smile takiego obiadu na tej wysokości (powyżej 4000 m) nikt z nas się nie spodziewał!

Popołudniu dochodzimy do naszego ostatniego obozowiska - Barafu. Teraz to już naprawdę jesteśmy u stóp Kibo. Przed samym nosem mamy zbocza krateru, a w głowach kołacze się pytanie: „czy dam radę?".

Około 18tej dostajemy kolację, a nasz przewodnik ustala godzinę wymarszu na 23cią. Atmosfera trochę napięta, wszyscy szykują się w swoich namiotach do wymarszu i próbują się jeszcze zdrzemnąć. Chowam wszystkie ciuchy, w jakich będę szła, do śpiwora - przynajmniej będą ciepłe, jak będę je na siebie w nocy zakładać.

 

fot. Ewa Bortowska

Dzień piąty

Barafu 4633 m - Uhuru Peak 5895 m - Mweka 3102 m

„Wstawaj! Nie idziesz na żadne truskawki! Jesteśmy na Kilimandżaro!" Przez chwilę wydaje mi się, że jeszcze śpię... Ale nie, okazuje się, że po prostu są pewne problemy z dobudzeniem niektórych członków ekipy Wink

Niechętnie i z gulą w gardle zaczynam się ubierać. Z koleżanką dzielącą ze mną namiot zamieniłyśmy kilka żarcików o zimnie i „jak to nam się nie chce", ale tak bardziej dla dodania sobie animuszu, niż z przekonania. W końcu zbieramy się wszyscy pod „jadalnią", gdzie dostajemy nasze termosy z gorącą herbatą i po paczce herbatników (dlaczego nie zabrałam z domu batonów?!?!?!?). Ponieważ nie zjadłam kolacji (wolałam się przespać) i nie zabrałam ze sobą z Polski tzw. „szturm-żarcia", te herbatniki to jedyne, co mam ze sobą na atak szczytowy. Na szczęście mogę liczyć na pomoc grupy i dostaję kilka słodkości. Tak, czy siak - bolesna nauczka - zawsze zabierać awaryjna czekoladę! Inna sprawa, że już za kilka godzin całe to jedzenie będzie zamarznięte na kamień!

Wyruszamy.

Idziemy gęsiego, przy świetle czołówek, „pole, pole". Na początku wszystko jest w porządku. Bardzo szybko jednak zaczyna mnie boleć brzuch, potem głowa. Łykam tabletki i idę dalej. Po jakimś czasie można już wyłączyć czołówki, jest całkiem jasno, księżyc, setki gwiazd. Gdzieś na pewno jest widoczny Krzyż Południa, ale nie w głowie mi teraz obserwacja nieba. Dużo bardziej interesuje mnie to, co pod nogami. A tam - niekończąca się stromizna. Idziemy trawersami, bo łagodniej. Każdy przystanek to błogosławieństwo, ale wszystkie wydają się za krótkie. Po kilku godzinach rezygnuje pierwsza osoba, jakiś czas po niej druga. Reszta z mozołem pnie się w górę. Na którymś postoju wymieniam rękawiczki - moje są za ciasne i przez to przemarzają mi ręce. Nie jest to jeszcze odmrożenie, ale zadziałać trzeba - dostaję od kolegi-przewodnika fantastyczne ciepłe rękawice i rozgrzewacze termiczne i po bolesnej chwili wraca ciepło. Jak przez mgłę rejestruję, że inni też maja problemy - ból głowy, zmęczenie, trudności z oddychaniem. Od pewnego momentu przestaję zauważać co się dzieje na około. Idzie ze mną jeden z przewodników, który wziął ode mnie plecak i teraz kontroluje czy się za bardzo nie zataczam. Jedyne, co wiem, to że muszę zrobić kolejny krok i odpocząć. Nie za długo - przewodnik nie pozwala. Mam wrażenie, jakbym się „rozwarstwiła" - jakbym Ja siedziała sobie w środku obcego mi ciała i z zainteresowaniem, połączonym ze zmartwieniem obserwowała jego wysiłki w pokonaniu kolejnych metrów. Ruszam dalej, krok za krokiem. Po chwili okazuje się, przysnęłam na stojąco, oparta na kijach i tylko mi się śniło, że idę. Kompletnie straciłam poczucie czasu - zaczyna się robić jasno, wzdłuż krawędzi skał pojawia się cieniutka obwódka światła. Na wschód słońca już nie zdążę...

W końcu, przede mną pojawiają się oczekujący mnie towarzysze - docieram na krawędź krateru - Stella Point (5685 m). Najgorsze już za mną!!! Udało się!!! Jeszcze tylko pół godziny dzieli nas od Uhuru Peak. Szczęśliwa i zasmarkana po pas siadam, żeby napić się letniej herbaty, dostaję też skamieniałego na mrozie batonika, na którego rzucam się, jakbym od tygodni nic nie jadła.

A potem, ośnieżonym brzegiem krateru ruszamy ku szczytowi. Ostatnie 200 metrów jest bardzo łagodne, ale ból w klatce piersiowej i szaleńczo szybki oddech stanowią pewną niedogodność.

W końcu, znajdujemy się na szczycie - zapierające resztki tchu w piersiach widoki i ta niesamowita, niewysłowiona radość! Sesja zdjęciowa dla zdobywców - wykończonych, zapuchniętych (ja nadal z lekka zasmarkana), ale szczęśliwych. Wszyscy się cieszą jak dzieci i z niedowierzaniem przyglądają lodowcowi w sercu Afryki.

Długo jednak zostać nie możemy, bo wysokość zbiera żniwo - trzeba jak najszybciej schodzić.

O drodze powrotnej nie chcę pisać. Dość powiedzieć, że wolałabym jeszcze raz wchodzić... Około 13tej jesteśmy z powrotem w Barafu. Pakowanie i od razu dalej w dół, do Mweka.

Do obozu docieram już po 20tej (co oznacza egipskie ciemności), więc w sumie cała akcja trwała 21 godzin. Spora część grupy uporała się szybciej i siedzą już przy kolacji. Nie wiedząc kiedy, zasypiam.

 

Dzień szósty

Mweka 3102 m - Mweka Gate 1649 m

"Jambo! Tea is OK!".

Ja Ci dam "jambo". Nie wstaję. Nigdzie nie idę.

A jednak - śniadanie, pakowanie i czas wracać. Ale nasza dzielna ekipa tragarzy ma dla nas prezent. Zebrali się wszyscy i na naszą cześć tańczą i śpiewają nam „Jambo bwana" - w nagrodę za zdobycie szczytu Cool A potem, to już w dół, w dół, w dół. Schodek za schodkiem, za schodkiem schodek. Niecierpię schodzić. Przewodnicy już się chyba stęsknili za domem, bo nagle zapomnieli swoje „pole, pole" i gnają jak by ich stado lwów goniło!

W końcu jesteśmy znowu pod bramą parku. W ramach podziękowań każdy zostawia zaprzyjaźnionym tragarzom, co może - termosy, karimaty, koszulki - często to dla nich jedyne źródło zdobycia dobrego sprzętu. Potem pakujemy się wszyscy do autobusu, który odwozi nas do hotelu.

 

Na zakończenie przygody, wykąpani i przebrani, spotykamy się w hotelu na kolacji (i przy piwie Kilimandżaro) z naszymi przewodnikami. Hammadi gratuluje każdemu zdobywcy i wręcza nam dyplomy potwierdzające, że staliśmy na Białym Dachu Czarnego Lądu.

 

 Autor: Ewa Bortowska

 

* Tych, którzy nie oglądali „Króla Lwa" informuję, że „hakuna matata" oznacza w swahili „nie ma problemu" Laughing

 


Komentarze
  • Nie ma żadnych komentarzy
Copyright by planetagor.pl