Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Artykuły
Dolina Pyszniańska - tajemnicze miejsce na mapie Tatr
19-11-15
Schronisko na Hali PysznaTREKKING. Jest takie miejsce w Tatrach... nieodwiedzane, zapomniane przez wielu turystów.   Magiczne, kojarzące się przede wszystkim z przedwojennym narciarstwem, mające również niebagatelne znaczenie w okresie okupacji. Dolina Pyszna, bo o niej mowa, stanowi odgałęzienie Doliny Kościeliskiej, a dokładnie jej górne piętro. Kiedyś na jej terenie wydobywano rudy srebra i miedzi. Później była mekką dla narciarzy. Dziś jest zamknięta dla ruchu turystycznego, a na przełęcz znajdującą się nad nią można dostać się jedynie szlakiem od strony słowackiej.
 
Z przełęczy można zejść widoczną ścieżką na dno doliny i ruszyć nią wzdłuż potoku w stronę Hali Ornak, ale trzeba liczyć się z możliwością otrzymania mandatu za poruszanie się na terenie rezerwatu. Szlak wiodący granią w stronę Błyszcza, a następnie Ornaku pozwoli jednak obejrzeć legalnie dolinę z góry, bez narażania się na opłaty i pouczenia.
 
W stronę Pysznej, archiwum Autorki
W stronę Pysznej... Zdjęcie z archiwum Autorki

Dolina Pyszniańska z mitycznym już schroniskiem stała się tłem powieści Stanisława Zielińskiego "W stronę Pysznej", traktującej m.in. o Józefie Oppenheimie, narciarzu, taterniku i wieloletnim naczelniku TOPR-u. Książka stanowi retrospekcję minionych zdarzeń, tak odległych, że nikt ze współczesnych już ich nie pamięta. Maluje świat zaginiony w mrokach pamięci, a jednocześnie bardzo pociągający, świat pierwszych tatrzańskich wspinaczek, pierwszych wypraw, jeszcze dzikich, nie zadeptanych jak dziś Tatr, mających wiele do odkrycia. To świat, którego dziś już nie ma, który w dobie sportowych osiągnięć, biegów górskich i ciągłego pokonywania siebie i innych na drodze do celu nie posiada racji bytu. Pyszna jawi się w książce jako idylliczna kraina, odległa w czasie i przestrzeni. Z jednej strony po lekturze żałujemy, że schronisko spłonęło, że nie można ot tak zagłębić się w dolinie poszukując ruin minionego świata, a z drugiej strony cieszymy się, że jest tak, jak jest, że Pyszną omija obecnie masowa turystyka, że pozostaje ona ukrytą przed rzeszą ciekawskich klapkowiczów, dla których Tatry nie są sacrum, a jedynie kolejną atrakcją turystyczną.
 
Schronisko na Hali Pyszna
Schronisko na Hali Pyszna. Zdjęcie pochodzi z książki S. Zielińskiego, wyd. Iskry, 1978
 
Zapraszam zatem do szałasu na Hali Pyszna. Naprawdę warto tam zajrzeć:
 
"Wycieczka na Pyszną długie lata uchodziła za frajdę nie z tej ziemi. Przygotowania trwały długo. Dobierano towarzystwo, ustalano zawartość worków, projektowano trasy wypraw z Pysznej. Przez kilka dni narciarze chodzili jak błędni, o niczym innym nie gadając, jak tylko o Pysznej. Wreszcie nadchodził ustalony dzień. Ruszano gęsiego Drogą pod Reglami. Każdy z plecakiem wyładowanym jak furgon.

 

U wylotu Doliny Kościeliskiej zatrzymywano się na odpoczynek i pokrzepiano się w restauracji Słowioskiego. Potem maszerowano dalej, ku Hali Smytniej. Tam zwykle nikł ostatni ślad drogi. Posuwano się coraz wolniej, od drzewka do drzewka, żeby nie zbłądzić w zaśnieżonym lesie. Z początku trzymano się wyblakłych znaków czerwonych - malował je Oppenheim z Lesieckim - potem kierowano się według niebieskich. Po przejściu łożyska potoku i nieco bardziej stromego zbocza wchodziło się na nikłą, cienistą polanę.

 

Teraz już prosto do wyniosłego kopca śnieżnego. Odkopywano drzwi wejściowe, wyciągano z plecaka sławetną korbę i następował ceremoniał otwarcia, czyli mocowania się z zardzewiałym żelastwem.

 

Wchodziło się w mrok nasycony pleśnią i mysim odorem. Skręciwszy z sionki na prawo, stawało się na progu dużej izby. Tu mrok panował całkowity. Ze wszystkich kątów rozlegał się szmer umykających myszy.

 

Plecaki składano na ławie, zapalano świecę i wyciągano drugą, mniejszą korbę, służącą do odryglowania okna. Blade, zimowe światło kończącego się dnia wypełniało izbę. „No, to już jesteśmy...” - odzywał się w tym momencie ktoś z przybyłych. - „A gdzie miotła?” „Właśnie, chyba znowu skradli”.

 

Skleciwszy miotłę z kilku gałęzi świerkowych, wymiatano papiery, ogryzki, śmieci i pociętą przez myszy słomę. Wzruszano wilgotne, stwardniałe sienniki, omiatano ściany i prycze. To były babskie zajęcia. Mężczyźni, klnąc poprzedników („Ani miotły, ani drzewa...”), szli po wodę i po opał.

 

Ogień rozpalano wspólnie. Syczały wilgotne szczapy, dym zasnuwał izbę, woda po kominie leciała ciurkiem. Chuchano w zamarznięte palce, ocierano załzawione oczy, ale sądząc po minach, tego tylko tym ludziom brakowało do szczęścia.

 

(...)

 

Ognia nie żałowano. Dudnił i huczał aż do późnej nocy. Parkotała woda w saganie, w izbie robiło się coraz cieplej, gorąco, upalnie. Pewnego wieczoru podhajcowano tak solidnie, że termometr, zawieszony pod powałą, rozleciał się z hukiem. Jedni twierdzili, że stało się to z powodu nadmiernej temperatury. Inni tłumaczyli wypadek bardziej prozaicznie: termometr spadł i się rozbił, bo „innego wyjścia nie miał”.

 

Zrzucano cieplejsze przyodziewki. Ściany, przystrojone portkami i wiatrówkami, dymiły parującą wilgocią. Piec uderzał żarem, a od podłogi - deski leżały wprost na ziemi - ciągnął przenikliwy chłód. Lokowano się najchętniej na górnych pryczach. Mimo podsycanego do północy ognia rano wszyscy dzwonili zębami. Przez dziury w ścianach (myszy nie próżnowały) i w powale wciskał się mróz płosząc ostatki ciepła.

 

Rano ciągnięto losy, kto pierwszy wstanie z pryczy i rozpali ogień. Zdarzali się śmiałkowie, co prosto spod kocy wyskakiwali na dwór, w śnieg. Kąpiel w śniegu, hałaśliwa i krótka, zastępowała mycie. Trzeba przyznać - westchnąwszy nad dawnym obyczajem - że mycie się nie było modne ani na Pysznej, ani w innych schroniskach. Ród męski solidarnie bronił się przed podobną... zniewieściałością. Słynny z elegancji Wujek-Ritterschild golił się co drugi dzień, ostrząc żyletkę na szklance. Kobiety okazywały więcej charakteru. Wyganiały chłopów z izby i myły się całe - tak, tak! - gorącą wodą.

 

„I po co to wszystko? I tak po powrocie z Pysznej trzeba pójść do łaźni, bieliznę oddać do prania, a spodnie, swetry i wiatrówki wietrzyć przez trzy dni, żeby zatracić zapach tytoniu, dymu i topionej słoniny...”. Męskie argumenty wydawały się nie do odparcia.

 

Wody kolońskiej używano chętnie, ale na rozpałkę. Którejś nocy płomień unoszący się nad stołem przestraszył zasypiające towarzystwo. Myślano, że ktoś zaprószył ogień, a to Karol Stryjeński, nie mogąc zasnąć, zabawiał się płoszeniem łasiczek skaczących po stole. Lał na talerzyk wodę kolońską i zapalał... Zosia Mikucka podniosła krzyk. Zdaje się, że rzeczywiście była to jej woda.

 

Śniadanie wszystkich ściągało z prycz. Pałaszowano kiełbasę, ser i dżemy, popijając herbatą barwy smoły.

 

Po solidnym śniadaniu przypominano sobie o nartach. Smarowanie desek i uczone kłótnie o walorach smarów zajmowały co najmniej godzinę. Narciarze starej daty traktowali smary dość lekceważąco. Gołą deskę cenili wyżej niż patentowane specyfiki stosowane przez młodsze pokolenie. Potem ruszano zgodnie do Kotła Pyszniańskiego".

 

Gdzie dziś są takie schroniska? W których pali się samodzielnie w piecu własnoręcznie narąbanym drewnem, a wodę nosi ze strumienia? W których brak prądu i wszelkich wygód? W których przynależność do wspólnoty wyznacza jedynie pasja? Pyszna odeszła i stała się symbolem czasu i przestrzeni niemal nie do odtworzenia, za którymi wszyscy bez wyjątku kochający góry tęsknią.

 

Autorka: Emilia Götz

Redaktorka portalu planetagor.pl

 

Cytat pochodzi z książki Stanisława Zielińskiego "W stronę Pysznej", wydanej przez wydawnictwo Zysk i S-ka, 2008.

 

Warto zajrzeć na stronę Schroniska PTTK na Hali Ornak - ostatniej części Doliny Pyszniańskiej: www.schronisko-ornak.pl

 

Przykładowe trasy w okolicy Pysznej w TrekPLANNER'ze:

Ornak >

Błyszcz, Bystra >

 


Komentarze
  • Andrzej S.Dodał Andrzej S. 585 Dni temu
    1 punkt    
    Ja wiem gdzie są takie schroniska. Na Słowacji: Ramża, Andrejcowa, pod Suchym Wierchem i wiele innych. W Polsce jest gorzej bo leśnicy są zazdrośni i są gotowi użyć bezwzględnych srodków by takie obiekty zniszczyć, jak chate pod Obnogą. Oczywiście w imię ochrony przyrody.
  • Małgorzata FigasDodał Małgorzata Figas 585 Dni temu
    1 punkt    
    świetny artykuł, poczułam magię miejsca - zapach palącego się drewna i usłyszałam pisk myszy gdzieś między deskami skrzypiącej podłogi. Nigdy nie byłam w miejscu , które opisujsz, ale czytając rozmarzyłam się i zapragnęłam nagle się tam znaleźć. Szkoda , że można tam trafić tylko na pożółkłych kartkach starej książki chociaż dzięki takiej literaturze i odrobinie wyobaźni można przenieś się w czasie i pomarzyć . Okazuje się , że gdzieś jeszcze są czarodziejskie chatki ukryte między drzewami Andrzej S znalazł takie miejsca:))
Copyright by planetagor.pl