Linki News Kontakt O nas Reklama Regulamin FAQ Dodaj opinie Partnerzy Zaproś znajomego Dodaj do ulubionych Angielski Polski
Angielski Polski
Artykuły
Bliżej nieba. Kilka słów o trekkingu w Solo Khumbu.
28-10-10

 

 

 

 

 

Jadę, a właściwie lecę w Himalaje. Z plecakiem. Sama, bo koleżanka z którą wyjeżdżam do Nepalu ostatecznie nie decyduje się na trekking. Brzmi przerażającoLaughing- ale w rzeczywistości jest całkiem łatwe.

 

 

 

 

Szlak pełen jest turystów i towarzyszących im przewodników czy tragarzy - ścieżka tak wyraźna, że trudno się pogubić. Elementarne doświadczenie w terenie górskim, dostosowanie się do specyfiki poruszania się na znacznych wysokościach, zdrowy rozsądek - w zupełności wystarczą, żeby trekking był stosunkowo bezpieczny.

 

 
Mimo wszystko jako samotna backpakerka wzbudzam na szlaku znaczną sensację - większość turystów to zorganizowane grupy, a nawet indywidualni mają zwykle przewodnika i tragarza. Pikanterii dodaje fakt, że jestem dość drobna, więc z 12 kg plecakiem wyglądam wśród innych niemal egzotycznie. Niektórzy z mijanych turystów są niemal przerażeni, przekonani, że raczej nie wrócę ze szlaku żywa. Inni traktują mnie jak atrakcje turystyczną, zaczepiają, robią zdjęcia Smile A ja jestem bezgranicznie szczęśliwa - doświadczenie tak niesamowitych, tak nieziemsko pięknych gór jakimi są Himalaje nie byłoby tak „czyste", gdybym płaciła komukolwiek za towarzyszenie mi czy noszenie mojego bagażu. Poczucie bezpieczeństwa, komfort może i są przyjemne, ale zabierają to ulotne „coś", po które my, nałogowcy wciąż wyruszają na szlak. Podczas trekkingu zrozumiałam chyba, co znaczy „nieść swój krzyż" - bo to trochę tak, jak „nieść własny plecak".

 

Jeszcze pierwszego dnia spotykam Jona z Walii - pierwsze siedem dni spędzamy razem - podobne poczucie humoru i chęć poznawania świata sprawiają, że jesteśmy dobrymi towarzyszami. Razem przemierzamy przez zamieszkaną jeszcze część Solo Khumbu, zaznajamiając się z lokalsami, zagadując turystów. Mamy tylko trochę problem z zapisanym w przewodniku terminem „rest day". W założeniu powinien być to dzień przeznaczony na aklimatyzacje, lekkie wycieczki po okolicy („wejdź wyżej, śpij niżej"). W naszym wykonaniu kończy się to dwukrotnie to solidnym zwiedzaniem okolicy, błądzeniem wśród wąziutkich, często niknących ścieżek (to nie jest główny szlak, tu już można się zgubić!)... oraz porządnym zmęczeniem. W okolicach Tyngboche chodzą plotki, że widziano Walijczyka z tresowanym młodym yeti (mówi po angielsku, robi zdjęcia) - cóż w mojej białej kurtce już po zmroku mogłam zmylić niektórych Szerpów.

 

 

 

 

Jednym z najbardziej niesamowitych momentów na szlaku jest przekroczenie granicy 4 tys. - kiedy przestają już rosnąć drzewa, kiedy kończą się właściwie normalne miejscowości, pozostawiająć tylko pasterskie osady... i oczywiście hotele. Krajobraz staje się jakby z innej planety, porozrzucane wszędzie głazy, dzikie piękno - i kilkukilometrowe ściany Himalajów, jakby na wyciągnięcie ręki. To ten moment, kiedy zaczyna się górami naprawdę oddychać, kiedy czuje się, że wszystkie ziemskie sprawy nieodwołalnie zostały gdzieś tam w dole.

 

 

Innym przecudnym wspomnieniem jest droga z Gorak Sherp pod Everest Base Camp, 5360 m.n.p.m. Szlak wiedzie moreną boczną lodowca. Jest dość długi i męczący - góra - dół-góra-dół, po pokrytej tysiącami kamieni morenie bocznej lodowca. Wszystkie trudy wynagradza niesamowita dzikość wysokogórskiego krajobrazu. Góry, lodowce, huk lawin - mimo zmęczenia czuje niesamowitość miejsca, w którym jestem, tak blisko „prawdziwych" gór, wspinaczki w śniegu i lodzie, plątaniny lin, wielotygodniowych zmagań z Górą, pogodą, własnymi słabościami. Mam nadzieję, że ten świat, będzie kiedyś moim światem.


Moje najpiękniejsze chwile w Solo Khumbu to stanowczo wczłapływanie się na Chukunkg Ri, 5450 m.n.p.m. To szczycik znajdujący się w dolinie Imja Khola, sąsiedniej dla tej, w której znajduje się baza Everestu. Wychodzę rano, jeszcze przed szóstą, przed innymi turystami. Jestem sama - ja i Góry. Rudy kolor trawy przypomina połoninę - tylko widok jakby nie ten. Wielkie himalajskie ściany, na czele z Lhotse i Ama Dablam razem ze mną powoli budzą się w piękny, niedzielny poranek. Wszystko czyste i świeże. Cisza. Od tamtego dnia chyba wiem, jak może wyglądać raj. Tego dnia to nieziemskie piękno zostaje ofiarowane tylko dla mnie, innych turystów spotykam dopiero przy zejściu. Byłam bliżej nieba.

 

 

 

 

Solo Khumbu jest niesamowitym regionem - gdzie tradycyjna kultura w sposób czasem przezabawny łączy się z nowoczesnością i turystycznymi wygodami (jednym z moich faworytów jest Irish Pub w Lukli - z buddyjskimi młynkami modlitewnymi przy wejściu!), gdzie etyka zdobywania gór w czystym, sportowym stylu łączy się z turystyczną komercją, gdzie obok ludzi zakochanych w górach i podróżach możemy spotkać wygodnickich turystów, dla których Mt Everest to po prostu kolejna atrakcja turystyczna. Dla mnie wędrówka do stóp Góry Gór to przede wszystkim głębokie doświadczenie piękna świata oraz doświadczenie swojego człowieczeństwa - jego słabości ale i piękna zarazem. Każdemu polecam!

 

 

 

Tekst dedykuje wszystkim życzliwym duszyczkom, które wspierały mnie w mojej podróży.

 

Autor: Paulinka Wojciechowska

 


Komentarze
  • Robert LelekDodał Robert Lelek 2584 Dni temu
    0 punktów    
    Hej!!!
    Dobre (a jak dobre to i zyczliwe) duszyczki napewno się Tobą opiekuja. Potwierdzają to Twoje wojaże i przygody. Najbardziej rozczulił mnie ten szczycik liczący ponad 5 tyś. metrow. Pozdrawiam serdecznie-Robert
Copyright by planetagor.pl